Oddycham twoim oddechem - Ewa Madeyska

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

DANIEL

- Może krowy powi­nie­nem doić? - mruk­nął mece­nas Daniel Orłow­ski.

Zatrzy­mał się na scho­dach Sądu Okrę­go­wego w War­sza­wie. Spoj­rzał z góry na ludzi. Podra­pał się po gło­wie. Prze­su­nął dło­nią po bro­dzie. Nie. Jed­nak nie. Krowy odpa­dają. Dużo łatwiej doić nie­szczę­śni­ków w miej­scach rów­nie śmier­dzą­cych jak obora Cycka Józe­fo­wi­cza, lecz znacz­nie czyst­szych i bar­dziej docho­do­wych. Poza tym prze­stał tęsk­nić za sie­lan­ko­wym życiem w Uro­czy­skach, za bajką, która się skoń­czyła wraz ze śmier­cią Poli. Uro­czy­ska odpa­dały. Liczyła się tylko War­szawa. Kan­ce­la­ria BUT­KIE­WICZ I ORŁOW­SKI. I sprawy roz­wo­dowe, któ­rych Daniel miał tyle, że nie mógł zna­leźć chwili nawet na spo­tka­nie z matką.

"A myśla­łem, że Cycek tylko w Uro­czy­skach", wes­tchnął.

Nie tylko.

Daniel zro­zu­miał, dla­czego przy­po­mniał mu się kolega z mazur­skiej wsi. Tuż obok niego zatrzy­mał się na scho­dach męż­czy­zna w prze­po­co­nej mary­narce. Cuch­nęła jak kle­pi­sko w obo­rze Józe­fo­wi­cza.

- Do kibla pan wie któ­rędy? - zapy­tał męż­czy­zna.

Wyglą­dał na zde­spe­ro­wa­nego.

Orłow­ski wska­zał prze­po­co­nej mary­narce drogę do męskiej toa­lety na trze­cim pię­trze, cho­ciaż do tej na dru­gim było dużo bli­żej. Do tej na dru­gim sam poszedł. W toa­le­cie rzu­cił na niski para­pet skó­rzaną torbę i togę.

Daniel sta­nął przed lustrem. Spoj­rzał na zadbany kil­ku­dniowy zarost. Na świeżo ostrzy­żone, szpa­ko­wate na skro­niach włosy.

"Prze­cież mam dopiero trzy­dzie­ści sześć lat", pomy­ślał.

Trzy­dzie­ści sześć lat. Wyborny wiek, żeby żyć albo umrzeć.

"Ewen­tu­al­nie schud­nąć", stwier­dził Orłow­ski.

Bo chyba przy­tył. Przyj­rzał się sobie.

- Nie, jed­nak nie - mruk­nął.

Odkrę­cił kran. Zanu­rzył dło­nie w zim­nej wodzie. Prze­mył twarz. Znowu kiep­sko spał. Śniła mu się Pola. Tak jak zawsze. W bia­łej koszuli do kolan. Spa­ce­ro­wała po pomo­ście w Uro­czy­skach. Kusiła spoj­rze­niem. Pach­niała zmierz­chem, wia­trem i wodą. I mig­da­łami.

Daniel wycią­gnął rękę, żeby jej dotknąć.

Pola zro­biła krok do tyłu. Roz­pły­nęła się we mgle spo­wi­ja­ją­cej pomost. Zosta­wiła Daniela nad brze­giem Jeziora Uro­czy­skiego.

"Może Jakub ma rację?"

Orłow­ski się­gnął po papie­rowy ręcz­nik. Wytarł twarz i ręce. "Może powi­nie­nem wresz­cie uło­żyć sobie życie?"

Prze­su­nął dło­nią po czole. Wyszcze­rzył zęby w lustrze. Przyj­rzał im się dokład­nie. Czy­ste. Nie ma nic gor­szego niż ozdoba ze szpi­naku mię­dzy gór­nymi jedyn­kami. A wła­śnie kanapkę ze szpi­na­kiem zjadł w Adwo­katce - małej knaj­pie przy sądzie.

- Dobra, stary - powie­dział Orłow­ski, patrząc na swoje odbi­cie w lustrze. - Żad­nego uża­la­nia się nad sobą. Żad­nego uty­ski­wa­nia, bez względu na to, co ci się przy­śniło.

Do łazienki, z któ­rej Daniel wła­śnie wycho­dził, wpadł męż­czy­zna w prze­po­co­nej mary­narce.

- Na górze sracz zapchany! - krzyk­nął.

Orłow­ski pomy­ślał, że zapchany sracz na górze to meta­fora całego sądow­nic­twa.

Wyszedł na kory­tarz. Z daleka ujrzał dok­tora Roberta Kra­cha.

- Klient do wydo­je­nia - mruk­nął. - Tym razem byczek.

Krach stu­dio­wał wokandę.

"Wylu­zuj, czło­wieku", pomy­ślał Daniel. "Har­mo­no­gram roz­praw to nie budowa, nie wiem, krę­go­słupa?"

Popra­wił togę zsu­wa­jącą się z ramie­nia. Nagle dostrzegł, jak na Kra­cha wpada kobieta obła­do­wana doku­men­tami. Doku­menty wylą­do­wały na pod­ło­dze, a kobieta na Kra­chu.

To była Jowita Jaskuła, sekre­tarka jed­nego z wydzia­łów cywil­nych. Cały sekre­ta­riat, ba! cały sąd wie­dział, że od dawna szuka męża mię­dzy dobrze wyglą­da­ją­cymi i jesz­cze lepiej roku­ją­cymi pra­wie roz­wod­ni­kami.

Dok­tor Robert Krach prze­rwał stu­dia nad wokandą. Obró­cił się w stronę Jowity. Zatrzy­mał wzrok na jej twa­rzy, następ­nie zer­k­nął na biust i na talię. Uniósł głowę. Spoj­rzał kobie­cie w oczy. Roz­ło­żył ręce. Moż­liwe, że powie­dział: "Prze­pra­szam". Moż­liwe, że dodał: "To przeze mnie". Schy­lił się i zaczął zbie­rać doku­menty z pod­łogi. Wciąż zer­kał na łydki i kolana kobiety. W końcu się pod­niósł. Wrę­czył sekre­tarce plik papie­rów. Dorzu­cił poca­łu­nek w dłoń.

"Wystar­czy", pomy­ślał Orłow­ski.

Pod­szedł do Kra­cha i do Jaskuły.

- Pani Jowito. - Lekko popchnął sekre­tarkę w kie­runku scho­dów pro­wa­dzą­cych na pię­tro. - Sędzia Jawor­ska czeka. Wła­śnie od niej wra­cam.

Jaskuła pod­sko­czyła. Zaczer­wie­niła się, mruk­nęła: "Prze­pra­szam", i znik­nęła mię­dzy ludźmi.

- Spóź­nił się pan, mece­na­sie - oznaj­mił Krach. Spoj­rzał na zega­rek w różo­wym zło­cie.

- To pan przy­szedł za wcze­śnie, dok­to­rze - odrzekł Daniel.

Uści­snął dłoń klienta. Pewną, zde­cy­do­waną, mocną.

"Gotową na ostre cię­cie", pomy­ślał Daniel.

- Czy pana żona będzie z adwo­ka­tem? - zapy­tał.

Wyłącz­nie z cie­ka­wo­ści.

Dok­tor odpro­wa­dzał wzro­kiem Jowitę.

- Słu­cham? - zapy­tał mało uważ­nie.

Daniel powtó­rzył pyta­nie.

- Nie. Myślę, że nie - odpo­wie­dział Krach. - Wie pan, Aleks, to zna­czy moja żona, jest pie­lę­gniarką w Świę­tym Szcze­pa­nie. Święty Szcze­pan to publiczny szpi­tal. W dodatku zadłu­żony.

- Pan pra­cuje w pry­wat­nym? - zapy­tał Daniel.

- I cza­sem żałuję. - Dok­tor się uśmiech­nął. - W publicz­nych pla­ców­kach mia­łem dużo wię­cej cie­ka­wych przy­pad­ków. - Krach znowu zer­k­nął na zega­rek. - Ta sprawa, mece­na­sie. Długo potrwa? - zapy­tał.

- To zależy - odrzekł Daniel.

Zało­żył togę na mary­narkę. Popra­wił pod brodą zie­lony żabot.

- Od czego to zależy? - Chi­rurg patrzył na adwo­kata.

- To zależy od tego, co się wyda­rzy na sali sądo­wej.

- O czter­na­stej czter­dzie­ści pięć mam safe­nek­to­mię. To pro­sty zabieg, ale nie mogę się spóź­nić. - Krach wypro­sto­wał plecy. Spoj­rzał z góry na Orłow­skiego. - Myśli pan, że godzina wystar­czy na prze­słu­cha­nie mnie i... - Krach wska­zał dło­nią na kobietę, która zaj­mo­wała wła­śnie miej­sce na jed­nej z ławek tuż przy wej­ściu do sali dwie­ście dwa­na­ście - ...mojej żony? Pro­szę spoj­rzeć. Przy­szła - dokoń­czył Krach.

Orłow­ski zer­k­nął na żonę chi­rurga.

Zoba­czył trzy­dzie­sto­latkę z burzą dłu­gich rudych krę­co­nych wło­sów. W bia­łej bluzce i w ciem­nej pli­so­wa­nej spód­nicy za kolano. W dłoni ści­skała jedwabną apaszkę, która paso­wała do jej stroju jak świni sio­dło.

"I to ona chce roz­wodu?", zdzi­wił się Daniel. "Ta sie­rota?"

Orłow­ski pojął zachwyt, który Jowita chwilę wcze­śniej wzbu­dziła w Kra­chu. Przy niej tak zwana Aleks wyglą­dała jak pod­ku­chenna z przy­tułku dla bez­dom­nych.

"I te buty". Daniel się skrzy­wił. Czarne koturny, w któ­rych nogi, chyba zgrabne...? Przyj­rzał się. Tak, cał­kiem zgrabne - wyglą­dały jak w wię­zien­nych cho­da­kach.

- Mój ojciec, który był leka­rzem... - zaczął Orłow­ski.

- Spe­cja­li­za­cja? - wtrą­cił się Krach.

Wzrok mece­nasa spo­tkał się ze wzro­kiem żony chi­rurga. W jej zie­lo­nych oczach dostrzegł pogardę.

- Der­ma­to­lo­gia - opo­wie­dział.

- Pro­fe­sor Andrzej Orłow­ski? - zapy­tał Krach. - Ten Orłow­ski?

Daniel potwier­dził.

- Uczy­łem się z pod­ręcz­ni­ków pana ojca. - Chi­rurg się uśmiech­nął. - I nie poszedł pan w jego ślady? - zdzi­wił się Krach. - Dla­czego?

- Czy ja wiem? - Orłow­ski wzru­szył ramio­nami. - Może zna­la­złem wła­sną drogę? Może gdy­bym poszedł w ślady ojca, zaszedł­bym w ślepą ulicę? - Zapiął guziki togi.

- Więc co pana ojciec?

- Powta­rzał, że w medy­cy­nie jak w kinie. Wszystko się może wyda­rzyć. Sala roz­praw jest jak sala ope­ra­cyjna. Kli­mat. Emo­cje. Zwroty akcji. Ni­gdy nie wia­domo, jak się skoń­czy pozor­nie pro­sta sprawa.

- Tym razem wia­domo. - Dok­tor Krach poło­żył dłoń na ramie­niu Orłow­skiego. - Moja sprawa, a wła­ści­wie roz­prawa z Aleks, mece­na­sie, powinna być... - Chi­rurg poki­wał głową. - Prze­cież pan pamięta.

- Dosko­nale - potwier­dził Orłow­ski.

Krach podo­bał mu się coraz bar­dziej.

Chi­rurg spoj­rzał z wyż­szo­ścią na żonę.

- Nie mogłem zna­leźć lep­szego peł­no­moc­nika.

Peł­no­moc­nika, który sły­nął z roz­wo­dów z pomyśl­nym zakoń­cze­niem, ale tylko dla tych, któ­rzy pła­cili mu za peł­no­moc­nic­two. W ciągu trzy­na­stu lat nie prze­grał żad­nej sprawy.

- Cie­szę się, że na pana tra­fi­łem - powie­dział Krach.

Dwa mie­siące wcze­śniej poja­wił się w Kan­ce­la­rii Adwo­kac­kiej BUT­KIE­WICZ I ORŁOW­SKI z pozwem żony, Alek­san­dry Malic­kiej-Krach. W gabi­ne­cie Daniela od razu poczuł się swo­bod­nie. Usiadł na sofie. Roz­ło­żył ręce na opar­ciu. Wypro­sto­wał nogi.

Orłow­ski pomy­ślał, że gość wie, czego chce. Pewny sie­bie, zde­ter­mi­no­wany i z peł­nym port­fe­lem.

- Wie pan, nie rozu­miem decy­zji żony - zaczął chi­rurg. - Prze­cież miała wszystko, czego chciała. Powiem panu, że nie­któ­rym kobie­tom w gło­wach się prze­wraca od nad­miaru. Oczy­wi­ście szczę­ścia - dodał.

- Pana żona wnio­skuje o roz­wód bez orze­ka­nia o winie - oznaj­mił Daniel, zer­ka­jąc do pisma. - Cała sprawa może się skoń­czyć szybko i bez­bo­le­śnie.

Krach wes­tchnął.

- Szybko i bez­bo­le­śnie - powtó­rzył. - Ni­gdy w życiu nie prze­pro­wa­dzi­łem ope­ra­cji, która byłaby szybka i bez­bo­le­sna. A roz­wód to ope­ra­cja. W pew­nym sen­sie. Mam rację?

Abso­lutną.

- Czego pan ocze­kuje? - zapy­tał Daniel.

- Dłu­giego i bole­snego pro­cesu. To nie ja, mece­na­sie, pono­szę odpo­wie­dzial­ność za roz­pad mał­żeń­stwa z Aleks. Chce pan wie­dzieć, jak było?

Jak zwy­kle.

Kłam­stwo. Zdrada. I pie­nią­dze.

"Pro­sta sprawa", pomy­ślał Daniel.

Kiedy Krach wyszedł, Daniel otwo­rzył okno, żeby prze­wie­trzyć gabi­net. Uno­sił się w nim duszący zapach per­fum. Dobrych per­fum. Pola wie­dzia­łaby jakich. Ale Poli nie było.

Daniel zna­lazł w kan­ce­la­ryj­nej kuchni wspól­nika, Jakuba But­kie­wi­cza.

- Ten cały Krach - zaczął. Wyjął z lodówki zimną wodę. - Podobno skie­ro­wa­łeś go do mnie.

- Nie wiem - burk­nął Jakub.

Na jego łysi­nie poja­wiły się kro­ple potu.

- Jak to nie wiesz? - zdzi­wił się Daniel.

- Nie wiem, gdzie jest mój kubek. Wiesz który. - Jakub szpe­rał w szafce. - Pew­nie Kinga gdzieś go znowu wynio­sła.

- Co z Kra­chem? - Daniel odkrę­cił butelkę.

- Co ma być? Pytał mnie o naj­lep­szego adwo­kata. Lep­szego od cie­bie nie znam. To zna­czy jed­nego. - Wska­zał na sie­bie. - Cho­lera jasna. Gdzie ten kubek?

- W zmy­warce. - Orłow­ski oparł się o ścianę.

Pomy­ślał, że gdyby Jakub zaj­mo­wał się roz­wo­dami, byłby lep­szy od niego.

But­kie­wicz spe­cja­li­zo­wał się jed­nak w spra­wach spółek cywil­nych i w pra­wie gospo­dar­czym.

- Dzięki, stary. - Wspól­nik Daniela wycią­gnął ze zmy­warki kubek z nadru­kiem zdję­cia, na któ­rym razem z córką budo­wał zamek z pia­sku. Nad zdję­ciem wid­niał napis: NAJ­LEP­SZY TATA NA ŚWIE­CIE. - Słu­chaj. Zaj­mij się Kra­chem jak wła­snym bra­tem.

- Nie mam i nie mia­łem brata - odrzekł Daniel.

- Tym bar­dziej. - Jakub uru­cho­mił eks­pres do kawy. - Krach to w porządku czło­wiek i jesz­cze bar­dziej w porządku chi­rurg. Ura­to­wał Ani rękę.

Dwa albo trzy lata wcze­śniej córka Jakuba spa­dła z huś­tawki w ogro­dzie. Let­nia zabawa skoń­czyła się poważną ope­ra­cją.

- Chce wal­czyć z żoną, która nie chce walki - powie­dział Daniel.

- Od kiedy ci to prze­szka­dza? - zapy­tał Jakub.

Daniel uśmiech­nął się pod nosem.

- Od ni­gdy - powie­dział.

Może kie­dyś, na początku kariery, miał kilka wąt­pli­wo­ści, kilka pytań o sens swo­jej roboty. Wszyst­kie jed­nak znik­nęły po śmierci Poli. Daniel przyj­mo­wał każdą sprawę i dzia­łał jak śmierć, która zabrała Polę - bole­śnie, sku­tecz­nie, do ostat­niego odde­chu prze­ciw­nika albo prze­ciw­niczki. Płeć nie miała zna­cze­nia. Zna­cze­nie miała udręka. Taka sama, jaką czuł, kiedy Pola uto­nęła.

Roz­wód był jak mała śmierć. Przy­no­sił tyle samo bólu. Może wię­cej, ponie­waż pie­kło robili sobie ludzie, któ­rzy kie­dyś się kochali.

"Niech cier­pią", myślał Daniel przy każ­dej kolej­nej spra­wie.

Żad­nej nie trak­to­wał oso­bi­ście.

- Więc po co pytasz o Kra­cha? - zapy­tał Jakub.

- Bo mam jedną sprawę w Szcze­ci­nie, drugą w Rze­szo­wie, a trze­cią...? - Daniel wypił tro­chę wody. Zakrę­cił butelkę. - Nie pamię­tam. Kinga tego pil­nuje.

- Stary, cho­dzi o Kra­cha. - Jakub opa­rzył usta kawą. Skrzy­wił się lekko.

- Wiem. Może Suł­kie­wicz by go wziął?

- Zapo­mnij. - Jakub posta­wił kubek na szkla­nym bla­cie stołu. - Po pierw­sze, Suł­kie­wicz po wypadku nie wró­cił do formy. Po dru­gie, Krach wybrał nas, a nie Suł­kie­wicza, któ­rego sława, umówmy się, to prze­szłość. Wiem, że masz sła­bość do Sułka. To w końcu twój men­tor. - Jakub prze­su­nął pal­cem po zdję­ciu na kubku. - Ale ty jesteś lep­szy. Obie­caj - Jakub spoj­rzał uważ­nie na Daniela - że Krach będzie zado­wo­lony.

Orłow­ski wrzu­cił butelkę do kubła.

- Wąt­pisz we mnie? - zapy­tał.

I oto dwa mie­siące póź­niej stał obok Kra­cha przed salą roz­praw. Skoro jego klient chciał uka­rać nie­wierną żonę dłu­gim i bole­snym roz­wo­dem - pro­szę bar­dzo. Daniel zamie­rzał dotrzy­mać obiet­nicy.

"To nie będzie trudne", pomy­ślał. Zer­k­nął na żonę chi­rurga. Uśmiech­nął się w duchu. "To chu­chro?", zdzi­wił się. "Nie­wierne? Kto by ją chciał?"

Ruda, chuda i wystra­szona. Sie­działa z opusz­czoną głową. Wpa­try­wała się w brudną pod­łogę. Pogła­dziła z namy­słem apaszkę i zawią­zała ją na szyi.

Daniel wyjął z torby teczkę. Zaj­rzał na wszelki wypa­dek do pozwu żony Kra­cha. Skła­dał się z dwóch stron. Kobieta pisała o nie­zgod­no­ści cha­rak­te­rów, a także o trwa­łym roz­kła­dzie poży­cia mał­żeń­skiego. Pod­kre­ślała ("z całą mocą"), że w związku z pozwa­nym nie poja­wiło się potom­stwo. Na koniec wyja­śniła, że zależy jej na polu­bow­nym roz­wią­za­niu mał­żeń­stwa. Dla dobra obu stron.

Orłow­ski natych­miast roz­po­znał jeden z goto­wych wzo­rów pism roz­wo­do­wych.

"Z inter­netu", stwier­dził.

- Mam nadzieję, że wyjdę stąd przed pięt­na­stą. - Krach znowu popa­trzył na zega­rek. - Żylaki pre­zesa banku nie wyba­czą mi spóź­nie­nia.

- Wyj­dzie pan. Z całą pew­no­ścią - powie­dział Daniel.

Z sali roz­praw wyszła pro­to­ko­lantka. Wyczy­tała sygna­turę akt. Wezwała Alek­san­drę Malicką-Krach i Roberta Kra­cha.

Tuż przed drzwiami Daniel się­gnął po tele­fon. Zauwa­żył trzy połą­cze­nia od matki. Wyci­szył komórkę. Wyci­szył matkę. Wyci­szył emo­cje.

Obie­cał Jaku­bowi, że Krach będzie zado­wo­lony.

- Jak ni­gdy wcze­śniej - mruk­nął Daniel i zamknął za sobą drzwi.

ALEKSANDRA

W sali roz­praw Alek­san­dra Malicka-Krach usia­dła we wska­za­nym miej­scu. I znowu opu­ściła głowę. Jak ska­zana. Nie wia­domo za co. Nie wia­domo na co. Nie wia­domo na jak długo.

Popra­wiła na szyi apaszkę. Jedyny kolo­rowy akcent w jej idio­tycz­nym stroju.

"Znowu posłu­cha­łam Nata­lii", burk­nęła do sie­bie w myślach. "Bo co?" Bo Nata­lia to sio­stra? Bo o dwa­na­ście lat star­sza? Bo wycho­wała Alek­san­drę? Nie. Bo zawsze wie­działa lepiej. I jak każda star­sza sio­stra, która nie wyszła za mąż, dosko­nale zarzą­dzała życiem innych. Najdosko­nalej życiem młod­szej sio­stry.

Kilka godzin wcze­śniej przy­je­chała do pod­war­szaw­skiego miesz­ka­nia Alek­san­dry, spięła włosy (rów­nież rude) i zabrała się do roboty. Zro­biła śnia­da­nie, któ­rego Malicka-Krach pra­wie nie tknęła. Posprzą­tała w kuchni. Ogar­nęła bała­gan w dużym pokoju i łóżko w sypialni. W końcu posta­no­wiła, że wybie­rze sio­strze strój. Do sądu. Przej­rzała szafę i półkę z butami.

- To wło­żysz - zade­cy­do­wała.

Białą bluzkę, gra­na­tową spód­nicę z czte­rema pli­sami i buty na kotur­nie, w któ­rych naj­zgrab­niej­sze nogi wyglą­dały jak kolumny Zyg­munta.

- Wypchaj się - zapro­te­sto­wała Alek­san­dra. - Nie idę na maturę. I nie chcę tej apaszki.

Jedwab­nej. W sło­necz­niki.

- Zawsze przy­no­siła mamie szczę­ście - stwier­dziła Nata­lia.

Zarzu­ciła chustkę na szyję Alek­san­dry.

- To mama miała szczę­ście? - zdzi­wiła się młod­sza sio­stra.

- Do córek - powie­działa ze śmie­chem Nata­lia.

- Nie. - Alek­san­dra zdjęła chustkę. - Nie włożę jej.

- Bo?

- Bo nie. - Alek­san­dra scho­wała jedwabne sło­necz­niki do szafy.

- Pła­czesz? - Nata­lia pode­szła do sio­stry.

- Mam aler­gię - odpo­wie­działa Alek­san­dra.

- Od kiedy?

Alek­san­dra odwró­ciła się od Nata­lii.

- Może... - Rozej­rzała się po pokoju. - Może włożę tamtą. - Wska­zała chustkę wiszącą na opar­ciu fotela.

Gra­na­tową w róże.

- Nadaje się tylko na pogrzeby - par­sk­nęła Nata­lia.

- Prze­cież idę na pogrzeb - burk­nęła Alek­san­dra. - W pew­nym sen­sie.

Nata­lia pode­szła do szafy i wycią­gnęła jedwabne sło­necz­niki. Zarzu­ciła je na szyję sio­stry.

- No, no, no! - Nata­lia się ziry­to­wała. - Zostaw! Nie ścią­gaj!

- Zakrywa anioła. - Alek­san­dra pogła­skała bursz­ty­no­wego sera­fina na srebr­nym łań­cuszku.

Co to za pomysł, żeby kawa­łek szmaty przy­no­sił szczę­ście? Anioły przy­no­siły szczę­ście. I pocie­sze­nie.

Nata­lia uparła się jed­nak.

Dla­tego Alek­san­dra się pod­dała.

- Wyglą­dam gorzej niż Ber­nadka Zawal­ska - jęk­nęła, patrząc w lustro.

Naj­więk­sza bida w kla­sie. Na maturę przy­drep­tała w bia­łej bluzce od dresu, w baweł­nia­nej spód­nicy ze stra­ganu z uży­wa­nymi ciu­chami i w kotur­nach takich jak te, które Nata­lia kazała wło­żyć Alek­san­drze, a które nada­wały się tylko do kon­te­nera PCK.

- Irena mówiła, że im gorzej wyglą­dasz, tym lepiej wypad­niesz w sądzie - powie­działa Nata­lia. - Zresztą nie tylko Irena tak mówiła. Edyta jest po roz­wo­dzie. Justyna też. Obie powie­działy to samo. Cze­kaj. Włosy uczesz, skoro nie chcesz wią­zać. - Podała Alek­san­drze szczotkę.

Młod­sza sio­stra tylko wes­tchnęła. Wie­działa, że nie wygra z auto­ry­te­tem kole­ża­nek Nata­lii.

Zbun­to­wała się jed­nak, kiedy sio­stra chciała ją pod­wieźć do sądu samo­cho­dem.

- Spa­daj - burk­nęła. - Pojadę auto­bu­sem.

Poje­chała. I bar­dzo dobrze. Prze­ko­nała się, że nikt, ale to nikt, nie zwraca na nią uwagi. Ani na jej sta­ro­modną spód­nicę, ani na jej szpetne buty.

Przy­glą­dała im się teraz, na sali roz­praw, z nie­ocze­ki­waną nadzieją. To, że brzyd­kie, nie ozna­cza, że nie­szczę­śliwe. Może Alek­san­dra wyj­dzie w tych butach za pół godziny lub za godzinę jako wolna osoba.

Zro­biło jej się tro­chę lepiej.

Pod­nio­sła głowę. Popa­trzyła na sędzię Kata­rzynę Wil­czew­ską.

Sędzia prze­rzu­cała akta sprawy. Akta, na które skła­dały się dwie strony pozwu Alek­san­dry. Histo­ria mał­żeń­stwa zamknięta w kilku okrą­głych zda­niach. Pięć lat wspól­nego życia w kilku krót­kich aka­pi­tach.

"W kwiet­niu", uświa­do­miła sobie Alek­san­dra. "W kwiet­niu minęła szó­sta rocz­nica ślubu". Alek­san­dra obe­szła ją - ale tam i z powro­tem - na szpi­tal­nym kory­ta­rzu w Świę­tym Szcze­pa­nie. Aku­rat wypadł jej dyżur.

Z Kra­chem wytrzy­mała pięć i pół roku. Wypro­wa­dziła się od niego sie­dem mie­sięcy temu, w pewne paź­dzier­ni­kowe popo­łu­dnie. Poczuła wów­czas ulgę, cho­ciaż jesz­cze nie wol­ność.

"Wol­ność poczuję dzi­siaj", pomy­ślała Alek­san­dra, nie spusz­cza­jąc wzroku z sędzi.

Wil­czew­ska, kobieta może po czter­dzie­stce, może po pięć­dzie­siątce (toga doda­wała jej lat i powagi), spoj­rzała naj­pierw na powódkę, póź­niej na pozwa­nego i na jego peł­no­moc­nika. Wyglą­dała tak, jakby pró­bo­wała prze­wi­dzieć wynik star­cia na sądo­wym ringu.

Alek­san­dra popa­trzyła na męża.

Sie­dział w ławce naprze­ciwko. Zim­no­nie­bie­sko­oki. Wystro­jony jak na... roz­wód? Ostrzy­żony, przy­strzy­żony, we wło­skim gar­ni­tu­rze, w pół­bu­tach z lico­wej skóry.

"I z adwo­ka­tem", zorien­to­wała się Alek­san­dra. "Jed­nak z adwo­ka­tem".

Zauwa­żyła go przed roz­prawą, ale pomy­ślała, że to dobry zna­jomy Roberta. Na takiego wyglą­dał. Żar­to­wał z Kra­chem. Śmiał się z nim. Pozwo­lił, żeby Krach pokle­pał go po ramie­niu.

"Po co mu adwo­kat?", zdzi­wiła się Alek­san­dra. Prze­cież Robert się zgo­dził na roz­wód bez orze­ka­nia. Sie­dem mie­sięcy wcze­śniej zale­żało mu na for­mal­nym roz­sta­niu. Zako­chał się jak szcze­niak w stu­dentce medy­cyny. Kiedy w pierw­szej poło­wie roku mignął Alek­san­drze kilka razy na kory­ta­rzach w Świę­tym Szcze­pa­nie, wyglą­dał na męż­czy­znę w śred­nim wieku, któ­remu życie układa się jak świe­żut­kie pra­nie w sza­fie.

"Zmie­nił plany", pomy­ślała Alek­san­dra. "Na pewno zmie­nił plany". Strach przy­ło­żył Alek­san­drze lewym pro­stym i dopra­wił cio­sem od dołu. "I te baby", wzdry­gnęła się na widok ław­ni­czek.

Ta po lewej stro­nie sędzi oglą­dała swoje paznok­cie.

Ta po pra­wej patrzyła na Alek­san­drę ze zdzi­wie­niem. Jakby pytała: "Co ty robisz, dziew­czyno? Roz­wo­dzisz się z pącz­kiem nadzie­wa­nym różaną kon­fi­turą?".

Alek­san­dra poczuła mdło­ści, jak po pączku nadzie­wa­nym kro­wią masą. I twarde opar­cie ławki wbi­ja­jące się w plecy.

Sędzia Wil­czew­ska zaczęła posie­dze­nie.

Usta­liła, kto jest kim i z jakiego powodu poja­wił się na sali roz­praw. Po wstęp­nych for­mal­no­ściach kazała Alek­san­drze wstać.

Malicka-Krach ruszyła w stronę barierki.

- Może pani zostać na miej­scu - powie­działa sędzia.

Pro­to­ko­lantka skie­ro­wała oko kamery na Alek­san­drę.

- Napi­sała pani, że mię­dzy nią a pozwa­nym ustała wszelka wspól­nota - oznaj­miła sędzia. - Co to zna­czy?

Malicka-Krach wyja­śniła, że stół i łoże prze­stała dzie­lić z pozwa­nym osiem, może dzie­więć mie­sięcy przed wypro­wadzką. Mniej wię­cej w lutym dwa tysiące sie­dem­na­stego roku. Nie­zgod­ność cha­rak­te­rów zamknęła w krót­kiej opo­wie­ści o róż­nych tem­pe­ra­men­tach. Ona była doma­torką, jej mąż, to zna­czy pozwany, lubił wyjazdy: na week­end do Paryża lub Madrytu, na urlop tro­chę dalej, na przy­kład do Dubaju. I czę­sto na narty. W sezo­nie.

Alek­san­dra źle zno­siła podróże samo­lo­tem, jesz­cze gorzej zmiany czasu i kli­matu. A na nar­tach ni­gdy nie nauczyła się jeź­dzić.

- Myślę, że mia­łam inną wizję związku - powie­działa.

Ona chciała mieć dziecko, pozwany prze­ciw­nie. Ona lubiła oszczę­dzać pie­nią­dze, pozwany lubił wyda­wać. Ona była wege­ta­rianką, pozwany lubił tatar z prze­piór­czym żółt­kiem i steki z jagnię­ciny.

Zeznała na koniec, że nie rości sobie praw do wspól­nego majątku. Jedyną war­to­ściową rze­czą, jaką wnio­sła do mał­żeń­stwa, jest stu­let­nia szafa.

Przy tej infor­ma­cji obie ław­niczki pod­nio­sły głowy. Jedna znad paznokci, druga znad zegarka.

Szafa?

Alek­san­dra na koniec oświad­czyła, że liczy na roz­wód bez orze­ka­nia o winie, jak rów­nież na dobrą wolę pozwa­nego. Skoń­czyła. Usia­dła na miej­scu. Czuła się jak po trzy­dzie­sto­sze­ścio­go­dzin­nym dyżu­rze. Spoj­rzała na Kra­cha. Na jego twa­rzy dostrze­gła gry­mas lek­ce­wa­że­nia. Spo­tkała się wzro­kiem z jego adwo­ka­tem. Patrzył na nią z poli­to­wa­niem, prze­su­wa­jąc wypie­lę­gno­waną dło­nią po bro­dzie.

"Naj­gor­sze za mną", pomy­ślała Alek­san­dra.

Sześć lat temu myślała, że naj­lep­sze przed nią.

Była prze­ko­nana, że zła­pała Pana Boga za nogi w szpil­kach od Loubo­utina.

Ona, jedna z wielu mło­dych pie­lę­gnia­rek na oddziale chi­rur­gii w szpi­talu kli­nicz­nym Świę­tego Szcze­pana.

On, jeden z naj­zdol­niej­szych chi­rur­gów, który popi­sowo ope­ro­wał nie tylko w Świę­tym Szcze­pa­nie i pro­wa­dził zaję­cia ze stu­den­tami.

Ona pew­nego dnia wymknęła się z pokoju pie­lę­gnia­rek na dobrą her­batę.

On w prze­rwie mię­dzy ćwi­cze­niami szu­kał miej­sca, w któ­rym ser­wują zno­śną kawę.

Spo­tkali się przy szpi­tal­nym auto­ma­cie.

Pobrali się trzy mie­siące póź­niej w pol­skim kon­su­la­cie w Wene­cji, w sło­neczny kwiet­niowy dzień. Sło­neczny tylko do połu­dnia. Po połu­dniu barwne mia­sto w ciągu kliku godzin zmie­niło się w ściek cuch­nący wodą z cmen­tar­nych gazo­nów.

Alek­san­dra pomy­ślała, że to zły omen. Że to matka mówi do niej w desz­czu i zapa­chu tru­pów. Odsu­nęła od sie­bie tę myśl. Czuła się szczę­śliwa. Jak w tych wszyst­kich książ­kach, które mówią o miło­ści. O tym, że żyli długo i szczę­śli­wie.

Żadna z nich nie wspo­mi­nała, że tylko do roz­wodu. Bo rok po ślu­bie Robert zaczął zdra­dzać Alek­san­drę. Zmie­niał kochanki jak latek­sowe ręka­wiczki. O roz­sta­niu z Alek­san­drą nie chciał jed­nak sły­szeć. Przez ponad pięć lat. W końcu znu­dził się żoną.

Zna­lazł kobietę młodą, wykształ­coną...

- ... i piękną - poin­for­mo­wał żonę w pewien jesienny pora­nek mię­dzy kawą a kęsem gry­czano-ryżo­wego ame­ry­kań­skiego tostu z jaj­kiem. - Ma na imię Syl­wia.

Alek­san­dra dolała kawy do fili­żanki męża.

- Chcesz roz­wodu? - zapy­tała.

Przed domem, w czer­wo­nym mini­va­nie, cze­kała już na niego Syl­wia. Zatrą­biła.

- Napisz pozew i zaj­mij się for­mal­no­ściami. Nie mam na to czasu. - Robert wstał od stołu. - Śpie­szę się.

Wtedy się śpie­szył.

Teraz zwol­nił. On i jego adwo­kat, który wolno pod­niósł się z ławki. Wolno poło­żył ręce na sosno­wym bla­cie stołu. I oświad­czył, że się nie zga­dza na roz­wód bez orze­ka­nia o winie.

- Powódka mija się z prawdą - powie­dział mece­nas Kra­cha. - Powódka, Wysoki Sądzie, kła­mie.

Alek­san­dra wbiła paznok­cie w uda.

- Do tego, by stwier­dzić cał­ko­wity roz­kład poży­cia mał­żeń­skiego, potrzeba co naj­mniej sze­ściu mie­sięcy - oznaj­mił mece­nas. - Otóż pięć mie­sięcy temu, dokład­nie dwu­dzie­stego dzie­wią­tego grud­nia dwa tysiące sie­dem­na­stego roku, mię­dzy godziną trzy­na­stą a trzy­na­stą trzy­dzie­ści, powódka odbyła, wedle zeznań pozwa­nego, sto­su­nek sek­su­alny z pozwa­nym. W domu pozwa­nego, do któ­rego miała klu­cze. Z zeznań pozwa­nego wynika, że wciąż ich nie oddała.

Alek­san­dra wbiła jesz­cze moc­niej paznok­cie w uda.

- Czy ostatni sto­su­nek sek­su­alny nastą­pił za obo­pólną zgodą stron? - zapy­tała sędzia.

Krach sze­roko roz­ło­żył ręce.

Wstał.

- Oczy­wi­ście, że tak - powie­dział.

I usiadł.

Wil­czew­ska spoj­rzała na Alek­san­drę.

- W pozwie napi­sała pani o zupeł­nym i trwa­łym roz­kła­dzie poży­cia - zwró­ciła się do Malic­kiej-Krach. - Czy rozu­mie pani, co zna­czy poję­cie "zupełny i trwały"? - zapy­tała.

- Tak - oznaj­miła Alek­san­dra.

- Pro­szę wstać, kiedy pani odpo­wiada - pouczyła sędzia Malicką-Krach.

Alek­san­dra wstała.

- Rozu­mie pani - sędzia Wil­czew­ska lekko wychy­liła się w jej stronę - że mię­dzy mał­żon­kami cał­ko­wi­cie, pod­kre­ślam, cał­ko­wi­cie ustają więzi eko­no­miczne, uczu­ciowe i fizyczne? W świe­tle tego, co zeznał pozwany, część więzi nie ustała.

Mece­nas Roberta chrząk­nął.

- Czy doszło mię­dzy panią a pozwa­nym do sto­sunku sek­su­al­nego dwu­dzie­stego dzie­wią­tego grud­nia ubie­głego roku? - zapy­tała Wil­czew­ska.

- Tak - odpo­wie­działa cicho Alek­san­dra.

- Czy potwier­dza pani, że sto­su­nek sek­su­alny, który miał miej­sce dwu­dzie­stego dzie­wią­tego grud­nia ubie­głego roku, nastą­pił za obo­pólną zgodą? - uści­ślała sędzia.

Alek­san­dra dotknęła jedwab­nej apaszki w sło­necz­niki.

Krach podra­pał się za uchem.

Adwo­kat skre­ślił parę słów w note­sie.

Wil­czew­ska ude­rzyła dwa razy dłu­go­pi­sem w blat sędziow­skiego stołu.

- Pro­szę pani - pona­gliła Malicką-Krach. - Czy potwier­dza pani...?

- Potwier­dzam! - krzyk­nęła Alek­san­dra.

Prze­stra­szyła się, że dosta­nie karę.

Tysiąc zło­tych za obrazę sądu. Dwa tysiące zło­tych za obrazę ław­ni­czek. I jesz­cze tysiąc za to, że w ogóle zde­cy­do­wała się na roz­wód.

Cze­kała.

Docze­kała się kolej­nego pyta­nia.

- Czy po tym sto­sunku sek­su­al­nym wró­ciła pani do regu­lar­nego współ­ży­cia z pozwa­nym? - Wil­czew­ska popra­wiła fio­le­towy żabot przy szyi.

- Nie.

- Może pani usiąść. - Sędzia ski­nęła głową w stronę Alek­san­dry. - Mece­na­sie? - zwró­ciła się do adwo­kata.

Orłow­ski wstał.

- Mój klient chciałby dodać, że od momentu, w któ­rym powódka zło­żyła pozew roz­wo­dowy, dwu­krot­nie udzie­lił jej wspar­cia finan­so­wego na łączną kwotę tysiąca trzy­stu zło­tych - oznaj­mił mece­nas.

"Ja pier­dzielę", jęk­nęła w duchu Alek­san­dra. "To prawda".

I zara­zem nie­prawda.

W paź­dzier­niku, po jed­nym z roz­kosz­nych week­en­dów z Syl­wią, Krach miał tak dobry humor, że sfi­nan­so­wał prze­wóz szafy Alek­san­dry do pod­war­szaw­skiego miesz­ka­nia, które wyna­jęła na szybko w ciągu jed­nego popo­łu­dnia.

"Na mój koszt", powie­dział sze­fowi ekipy od prze­pro­wa­dzek.

Pokle­pał samo­chód po pace, kop­nął oponę i kazał zjeż­dżać.

W stycz­niu nato­miast prze­słał Alek­san­drze trzy­sta zło­tych na trzy­dzie­ste uro­dziny.

Zdzi­wiła ją wów­czas hoj­ność Kra­cha.

Teraz zro­zu­miała, że w stycz­niu roz­stał się z młodą, piękną, wykształ­coną panną i zaczął gro­ma­dzić pierw­sze dowody prze­ciw Alek­san­drze.

- W świe­tle tego, co powódka napi­sała, a następ­nie potwier­dziła pod­czas prze­słu­cha­nia, jak rów­nież w świe­tle wia­ry­god­nych zeznań mojego klienta - kon­ty­nu­ował mece­nas - odrzu­camy wnio­sek o roz­wód bez orze­ka­nia o winie. Jed­no­cze­śnie wno­simy o roz­wód z orze­cze­niem wyłącz­nej winy powódki.

Adwo­kat Roberta usiadł na ławie.

Krach pokle­pał go po przed­ra­mie­niu. Wyraź­nie zado­wo­lony.

Sędzia popa­trzyła na Alek­san­drę.

- A pani? Chcia­łaby pani zgło­sić ostatni wnio­sek?

Alek­san­dra wstała. Popa­trzyła na sędzię. Na Roberta. Na jego papugę.

- Ostatni wnio­sek? - powtó­rzyła pyta­nie. - Ostatni wnio­sek... Tak. - Pod­nio­sła głowę. - Wno­szę o roz­wód z orze­cze­niem wyłącz­nej winy pozwa­nego.

Krach par­sk­nął śmie­chem.

Wil­czew­ska przy­wo­łała go do porządku i ogło­siła - o ile Alek­san­dra dobrze usły­szała - że sąd zobo­wią­zuje strony do tego, by do kolej­nego posie­dze­nia sądu w lipcu powo­łały świad­ków oraz przed­sta­wiły dowody.

Tylko tyle.

Aż tyle.

DANIEL

Orłow­ski wyszedł z Kra­chem przed gmach sądu.

Chi­rurg zer­k­nął na zega­rek.

- Powi­nie­nem zdą­żyć na zabieg - powie­dział. Wycią­gnął rękę w stronę adwo­kata. - Dzię­kuję, mece­na­sie - dodał. - Naprawdę dzię­kuję. I... - Spoj­rzał Orłow­skiemu pro­sto w oczy. - Wie pan? Nie wiem, na co liczy moja żona.

- Potrze­bu­jemy dowo­dów - odpo­wie­dział Daniel.

- Mam kilka. Bar­dzo moc­nych. - Krach zna­lazł klu­czyki w kie­szeni. - Aleks tylko wygląda jak anioł. Nie uwie­rzy pan, ale prze­sze­dłem przez nią pie­kło. - Wes­tchnął. - A teraz prze­pra­szam. Żylaki pre­zesa banku.

Ski­nął głową na poże­gna­nie i ruszył na par­king.

Daniel dostrzegł, jak wsiada do gra­na­to­wego lexusa RX L i rusza w stronę Woli.

Na alei Soli­dar­no­ści robił się coraz więk­szy ruch.

W kie­szeni Daniela roz­dzwo­niła się komórka.

- Tak, mamo? - zapy­tał. - Nie mogłem ode­brać. Byłem w sądzie. Teraz? Nie, nie jestem w kan­ce­la­rii. Ale będę. Za pół godziny. Może za godzinę. Dla cie­bie zawsze znajdę czas - powie­dział. Zmarsz­czył czoło. - Mamo? Czy ty roz­ma­wiasz przez tele­fon pod­czas jazdy? Tyle razy ci mówi­łem, że... Mamo? Jakie dru­gie połą­cze­nie? Mamo!

Ale matka Daniela, Agnieszka Orłow­ska, się roz­łą­czyła.

"Wciąż to robi", pomy­ślał Daniel. "Gada przez tele­fon, kiedy pro­wa­dzi samo­chód". Ostrze­gał matkę. Pro­sił. Tłu­ma­czył. Gro­ził. "Nie licz na to, że będę cię wycią­gał z tara­pa­tów, kiedy w końcu stra­cisz prawo jazdy", powta­rzał. Widocz­nie za rzadko. Agnieszka wciąż łamała prawo.

Daniel wrzu­cił tele­fon do kie­szeni mary­narki.

Przy jego nogach wylą­do­wał czarny gołąb. Nastro­szył pióra. Zaczął krą­żyć wokół pstrej gołę­bicy. Panna zigno­ro­wała zaloty kawa­lera. Odwró­ciła się, podrep­tała w drugą stronę. Kawa­ler za nią. Panna odle­ciała. Kawa­ler za nią. Z amo­rami. Kiedy się poja­wił kolejny ado­ra­tor, tym razem siwy, panna zwiała na drugą stronę alei Soli­dar­no­ści. Zosta­wiła chło­pa­ków na środku chod­nika.

Daniel się uśmiech­nął. Po raz pierw­szy od dawna przy­glą­dał się gołę­biom. Zapo­mniał, że w ogóle ist­nieją. Ode­tchnął głę­boko. W hała­sie mia­sta usły­szał śpiew sikor i pohu­ki­wa­nie sier­pó­wek.

Stał na chod­niku. Z torbą na ramie­niu. Z togą w ręku. Ktoś go szturch­nął. Ktoś na niego burk­nął, że co tak stoi na środku drogi.

"Muszę wra­cać do kan­ce­la­rii", stwier­dził Daniel, ale gołę­bie znowu zaczęły godowy taniec. Przy­glą­dał im się z zain­te­re­so­wa­niem. Reguły gry były pro­ste. Zwy­cię­żał sil­niej­szy. Pomy­ślał, że ruda-chuda to żadna prze­ciw­niczka.

- Wystar­czy - powie­dział do sie­bie Daniel. - Matka czeka.

Wyjął z kie­szeni mary­narki klu­cze od kil­ku­let­niej mazdy w kolo­rze, nomen omen, gołę­biego błę­kitu.

Poczuł jed­nak na sobie czyjś wzrok. Odwró­cił się. Na scho­dach sądu dostrzegł żonę Roberta Kra­cha. Przy­glą­dała mu się z uwagą. Z jej torebki wysta­wała apaszka w sło­necz­niki.

"Jesz­cze chwila, a zgubi tę szmatkę", pomy­ślał Daniel. Z daleka dostrzegł, że ruda-chuda ma dosko­nałe nogi. Lep­sze niż miała Pola.

Ruszył w stronę Malic­kiej-Krach, lecz kobieta się cof­nęła.

"To jak gołębi taniec", pomy­ślał Orłow­ski.

- Pani Alek­san­dro! - rzu­cił w stronę Malic­kiej-Krach. - Pani chustka...!

Żona chi­rurga w tym samym momen­cie się potknęła, może o scho­dek, może o wła­sne buty, i upa­dła. Na plecy. Jęk­nęła.

Daniel rzu­cił togę na chod­nik. Pod­biegł do żony Kra­cha.

- Wszystko w porządku? - zapy­tał.

Po twa­rzy Alek­san­dry spły­wały łzy.

- W naj­lep­szym - odrze­kła.

Daniel pochy­lił się nad Malicką-Krach. Spoj­rzał w jej zie­lone, pełne nie­na­wi­ści oczy. Dostrzegł piegi na nosie. Ciemny pie­przyk nad lewym kąci­kiem ust. Bursz­ty­no­wego anioła na szyi.

- Apaszka - powie­dział. - Wypa­dła pani apaszka.

Pod­niósł chustkę. Wycią­gnął rękę w stronę kobiety.

Zlek­ce­wa­żyła jego gest. Wstała sama. Bez pomocy. Popra­wiła płaszcz. Roz­ma­so­wała dolną część ple­ców z gry­ma­sem bólu na twa­rzy.

Daniel podał Alek­san­drze chu­stę.

Scho­wała ją głę­boko do torby. Bez: "Dzię­kuję" albo: "To miłe z pana strony". Lub: "Wciąż mi się to przy­da­rza".

- Dobrze się pani czuje? - zapy­tał.

- Obcho­dzi to pana? - odpo­wie­działa.

- Nie. Chyba nie. - Daniel podra­pał się po gło­wie. - Z dru­giej strony to przeze mnie pani upa­dła. Może panią, nie wiem, pod­wiozę? - zapro­po­no­wał. - Dokąd pani chce? Do domu?

- Chyba pogrze­bo­wego - mruk­nęła Alek­san­dra.

- To może do szpi­tala?

- Waria­tów - powie­działa Malicka-Krach. - Jak dla mnie może pan w nim zostać na zawsze. Wszystko przez pana - mruk­nęła Malicka-Krach. - Niech pan zjeż­dża.

Malicka-Krach wycią­gnęła z kie­szeni płasz­cza chu­s­teczkę higie­niczną. Otarła twarz i dło­nie.

- Nie to nie. - Orłow­ski wzru­szył ramio­nami. - Chcia­łem pomóc. Jak czło­wie­kowi. Zwy­czaj­nie.

- Pomaga pan. Ale mojemu mężowi. - Malicka-Krach spoj­rzała na Orłow­skiego. - Mnie pan wykoń­czy.

- Histe­ryczka - burk­nął Daniel.

- Kłamca. - Alek­san­dra nie pozo­stała dłużna.

- Stąd tylko dwoma auto­bu­sami do Two­rek - par­sk­nął Orłow­ski.

- I jed­nym na cmen­tarz. - Malicka-Krach zeszła na dół. - Naj­lep­sze miej­sce dla adwo­ka­tów w zafa­ja­da­nej... - Zamil­kła. Wska­zała ręką chod­nik, na któ­rym leżała toga Daniela.

Bez­pań­ski pies robił na nią wła­śnie...

- Wyno­cha! - Orłow­ski odpę­dził kun­dla.

Burek pod­ku­lił ogon i pobiegł przed sie­bie. Kupa, wielka kupa została na miej­scu.

- To do trzy­na­stego lipca - powie­działa Malicka-Krach.

- Jasna cho­lera. - Daniel pod­niósł togę z chod­nika. Otrze­pał. - Co do trzy­na­stego lipca? - zapy­tał.

- Do trzy­na­stego lipca wymy­śli pan histo­rię o mojej winie? - zapy­tała Malicka-Krach.

- A pani histo­rię o swo­jej nie­win­no­ści? - wypa­lił Orłow­ski.

Twarz Alek­san­dry poczer­wie­niała. Kobieta zaci­snęła usta. Wbiła wzrok w Daniela.

- Jest pan skur­wy­sy­nem, mece­na­sie - powie­działa. - Jak mój mąż.

- W takim razie pani... - Orłow­ski skrzy­wił się na widok tego, co zro­bił pies. - Pani jest żoną skur­wy­syna.

Malicka-Krach zmru­żyła zie­lone oczy.

- Tylko do następ­nej roz­prawy - oznaj­miła.

- To się okaże - odrzekł Daniel.

Żona chi­rurga wło­żyła chu­s­teczkę do kie­szeni płasz­cza.

- Każdy roz­wód się kie­dyś koń­czy. - Popra­wiła torbę na ramie­niu.

- Kosz­tami - dodał Daniel. - Jeżeli pani prze­gra, zapłaci pani za pro­ces. Dużo droż­szy niż ta toga. - Wpa­ko­wał sądowy uni­form do naj­bliż­szego kosza na śmieci. - Stać panią?

Malicka-Krach zsu­nęła z głowy na nos oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Scho­wała za nimi zmę­czone oczy.

- Zapłacę - powie­działa. - Z przy­jem­no­ścią zapłacę. Wie pan dla­czego?

Orłow­ski mil­czał.

- Bo wol­ność jest dla mnie bez­cenna.

Lekko kule­jąc, ruszyła w stronę przy­stanku auto­bu­so­wego.

W kie­szeni Daniela zawi­bro­wał tele­fon.

- Za godzinę, mamo.

ALEKSANDRA

- Za gorąca, cho­ciaż powiem ci, że jak na taką z auto­matu, to cał­kiem nie­zła. - Nata­lia obli­zała usta. Trzy­mała w dłoni tek­tu­rowy kubek z kawą. Rozej­rzała się po holu w Świę­tym Szcze­pa­nie. Zer­k­nęła na sio­strę. - A jak twoja cze­ko­lada?

- Kie­dyś była lep­sza - odpo­wie­działa Alek­san­dra.

- Wszystko się ułoży. - Nata­lia pogła­skała sio­strę po dłoni. - Zoba­czysz.

Alek­san­dra prze­su­wała pal­cem po kra­wę­dzi papie­ro­wego kubka.

- Puste konto zoba­czę - powie­działa. - Krach mnie wykoń­czy.

- Powiesz w końcu, jak było? - Star­sza sio­stra od trzech godzin cze­kała na rela­cję z roz­prawy.

Trzy godziny wcze­śniej, po wyj­ściu z sądu, Alek­san­dra poje­chała na Moko­tów, do Nata­lii. W małym miesz­ka­niu na Cie­szyń­skiej wzięła tabletki na ból głowy. Zdrzem­nęła się na nie­wy­god­nej sofie. Kiedy się obu­dziła, wzięła długi prysz­nic. Wło­żyła miękki szla­frok Nata­lii i usia­dła przy kuchen­nym stole.

- Póź­niej - odrze­kła Alek­san­dra.

Skub­nęła tro­chę ryżu z jar­mu­żem i fasolką mung. Obej­rzała odci­nek tele­no­weli, w któ­rej co chwila padały kwe­stie: "Muszę z tobą poroz­ma­wiać" i "Czy wszystko w porządku?".

Alek­san­dra z nikim nie chciała roz­ma­wiać.

A w jej życiu wszystko było nie w porządku.

- Powiesz coś? - zapy­tała Nata­lia, sprzą­ta­jąc tale­rze ze stołu.

Alek­san­dra tylko pokrę­ciła głową.

Jej sio­stra wzru­szyła ramio­nami i zadzwo­niła do kole­żanki. Skoń­czyła z nią gadać tuż przed osiem­na­stą.

Alek­san­dra szy­ko­wała się do wyj­ścia z miesz­ka­nia Nata­lii. Z Moko­towa do Świę­tego Szcze­pana miała trzy­dzie­ści pięć minut metrem. Spoj­rzała w lustro.

"Jezu", jęk­nęła w duchu. "Wyglą­dam gorzej niż źle"

- Ty dokąd? - zapy­tała Nata­lia z tele­fo­nem w ręku.

- Na dyżur - odrze­kła.

- Mia­łaś zała­twić zastęp­stwo.

- Nie wyszło - powie­działa Alek­san­dra.

Wło­żyła czarne koturny.

I zdjęła.

- Pożycz mi jakieś trampki - popro­siła. - I ciu­chy.

Alek­san­dra się prze­brała.

- Pod­wiozę cię - zaofe­ro­wała się Nata­lia. - No już. Zbie­raj się.

Młod­sza sio­stra tym razem sko­rzy­stała z pro­po­zy­cji. Nie miała siły nawet na krótką podróż komu­ni­ka­cją miej­ską.

Po kwa­dran­sie zna­la­zła się razem z Nata­lią w szpi­tal­nym holu.

- Będziesz wszystko dusić w sobie? Emo­cje to nie gulasz - powie­działa Nata­lia. - Dawaj, kobieto.

Alek­san­dra oparła głowę o ścianę. Z za słod­kim kakao w dło­niach. Z inten­syw­nym zapa­chem kawy Nata­lii w noz­drzach.

Przy­po­mniała jej się matka. Ostat­nie wspólne śnia­da­nie przed dwu­dzie­stu dwu laty pach­niało świeżo zmie­loną ara­biką. I jajecz­nicą z pomi­do­rami i ze szczy­pior­kiem.

- Pozmy­wasz po śnia­da­niu? - zapy­tała Olę mama.

Dziew­czynka ski­nęła głową.

Mama szy­ko­wała się do wyj­ścia. Do pracy. Do szpi­tala. Do Świę­tego Szcze­pana. Krzą­tała się po dużym pokoju, któ­rego ogromną część zaj­mo­wała szafa. Mama pode­szła do szafy, zdjęła z wie­szaka biały żakiet z pod­wi­ja­nymi ręka­wami. Z szu­flady wycią­gnęła apaszkę w białe gro­chy. Zer­k­nęła do lustra, które znaj­do­wało się po wewnętrz­nej stro­nie mebla. Uma­lo­wała usta. Na czer­wono.

Biały żakiet.

Białe gro­chy.

I biały cukier, w któ­rym Ola grze­bała pal­cem, kiedy matka pode­szła, żeby ją poca­ło­wać.

Na czer­wono.

- Znowu pudło - powie­działa dziew­czynka.

Poca­łu­nek matki zamiast na policzku, wylą­do­wał mię­dzy uchem a szyją.

Ola poczuła tłu­stą szminkę na skó­rze.

Matka się zaśmiała. Pogła­skała córkę po wło­sach. Szarp­nęła. Tro­chę za mocno.

- No pro­si­łam, żebyś tak nie robiła - mruk­nęła Ola.

Już ni­gdy wię­cej tak nie zro­biła. Wyszła z domu i nie wró­ciła. Zgi­nęła w dro­dze na dyżur do Świę­tego Szcze­pana. W jej samo­chód wje­chał pijany kie­rowca. Zmarła na miej­scu.

Alek­san­dra została z zapa­chem kawy i jajecz­nicy w noz­drzach, z pamię­cią o nie­zgrab­nym poca­łunku matki i o jej dłoni szar­pią­cej włosy.

Spoj­rzała na Nata­lię, która dopiła kawę i wrzu­ciła kubek do szpi­tal­nego kosza na śmieci.

- Co powie­dzia­łaby o tym wszyst­kim nasza matka? - zapy­tała Alek­san­dra.

- Nic - odrze­kła Nata­lia.

- Świ­nia jesteś.

- Gdy­byś potrak­to­wała ją tak samo jak mnie, nie mia­łaby ci nic do powie­dze­nia. Co można powie­dzieć komuś, kto mil­czy? - ziry­to­wała się Nata­lia. - Jadę. Trzy­maj się.

Nata­lia wstała z krze­sła.

- Usiądź. - Alek­san­dra pokle­pała sąsiedni zydel z pożół­kłego pla­stiku.

- Po co?

- Krach w sądzie... - zaczęła Alek­san­dra.

Popły­nęła krótka opo­wieść, po któ­rej Nata­lia rzu­ciła "kurwą", słod­szą niż cze­ko­lada w kubku Alek­san­dry.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki