Oddech nocy - Magdalena Góralska
Kup ebooka
20.19 zł
16.76 zł
(17,16 zł najniższa cena z 30 dni)
«
»
Sycylia
winogronowe sny
piasek palący
stopy
dom na wzgórzu nadziei
cytryny w oknie
życia
tam świat śpiewa
beztroską
pomarańczami kwitnie
cisza
poranki o zapachu
espresso
wstrzykują wolność
do krwiobiegu
"Buongiorno!"
żar z nieba
wypala demony
jak strupy
uwalniając umysł
od bylejakości
rozkwitasz spełnieniem
A gdyby tak...
a gdyby tak nagle
popaść w nieistnienie
przydarzyć się światu
jako motyl
lub pszczoła
a gdyby tak nagle
zniknąć jak tęcza
pójść w byle pustkę
a gdyby tak nagle
przestać oddychać
nie sklejać już skrzydeł
a gdyby tak nagle
porozcinać sobie
myśli
i w danse macabre
wykonać pierwszy
krok
Umieram
umieram
wciąż niedokładnie
i niedoskonale
jakby na raty
z przymrużeniem oka
w niezapisanych wersach
ciągle za późno
a może za wcześnie
w zakurzonym fotelu
wśród sterty myśli
i pogniecionych prawd
z mrokiem w kieszeni
i butelką pustki
każdej
nocy
Śmierć poetki
znieczuliłam serce
wysokoprocentowym (nie)istnieniem
zostawiłam cień
na czerwonych światłach
powrócił jak bumerang
odcinając skrzydła
jaskółkom
(wiosny nie będzie)
szczekające witryny sklepowe
błagają o litość
bezpańskie psy
znieczuliłam serce
śmiertelną dawką życia
gdy Syzyf rozłupał głaz
na miazgę
zapajęczone lustro mówi
że po drugiej stronie
nie kwitną kaczeńce
kruki umilkły
nie zabijam już cierpienia
Lody pistacjowe
metalowa muszelka
znaleziona na chodniku
ubrudzonym zadeptanymi myszami
poranna mgła
zalepia oczy smołą
tylko trzy dni
na śmierć i zmartwychwstanie
nim brzytwa podziurawi ci
noc
ból rośnie w siłę
nabiera mięśni
lody pistacjowe
mrożą szklane myśli
przez dziurkę od klucza
dojrzysz magiczną fasolę
usłyszysz skowyt wilków
którym łamią karki
skrzypiące pod butem życie
przepada w chaosie mercedesów
zdmuchnij nicość z ramion
nim zdołasz ulepić
nową twarz
Szyba
za oknem neonowe księżyce
ujadają brocząc
w brokatowym bagnie
szyba wygina się
pod naporem wypłowiałych
fraz
wchłonęłam w płuca ostatnie słońce
wypluwając pożółkłe kartki
i nienapisane akty zgonu
purpurowe zasłony spoglądają
złowieszczo
obnażając wydęte brzuchy
i drapiąc szyby do kości
szmaragdowe szkiełko
przecięło skórę nocy
wypuszczając demony
z krwiobiegu
uczę się ciszy
na pamięć
Wrzesień
jesiennieje mi świat
rozwija rdzawe dywany
kwitnie ciszą
i długimi wieczorami
zakłada korale z jarzębiny
nawleczone na jakieś
tęsknoty
i sweter utkany z pajęczej
nici
już za niedługo
ubierze suknię z kasztanów
napiszą się wiersze
cynamonem sypnie czas
kubek gorących wzruszeń
i ciepły koc melancholii
to wszystko czego mi trzeba
by wtopić się w aurę tej ciszy
i zaistnieć magią
jesiennego uroku
Pustynia
wygłodniałe małpy
zadeptały muchę
bo nie chciała zbawić świata
poodcinane języki
zawisną na choince
zamiast plastikowych bombek
(milczenie jest srebrem)
wydrapaliśmy sobie oczy
by nie patrzeć dłużej na słońce
które wypaliło nam skórę
piasek zgrzyta między zębami
różnokolorowe paciorki
wypadają z dziurawych kieszeni
nieznośna ciężkość bytu
miażdży płuca
brak wody
brak tlenu
brak...
??????Zasuszone ćmy (bezsenność)
powieki z mosiądzu
szeroko zamknięte
wilgotne od grzechów
waniliowe owce
skaczą przez kolczasty drut
zdzierając skórę
i łamiąc kości
jazgoczące mewy
które zapomniały dziś umrzeć
wyjadają resztki malin
z chmur
zasuszone ćmy
utknęły w gardle
jak zardzewiałe gwoździe
Ukrzyżowanego
drzewa zabijają czas
drapiąc ciszę
do krwi
Deszcz
przez sześć dni
kroczyłam z deszczem
w akcie kreacji tęczy
widnokrąg pękł na pół
gubiąc anielski puch
z jedwabnych poduszek
i sypiąc nim pod nogi
jak perłami przed wieprze
pod parasolem z tektury
śmierć walczy o życie
spijając deszczówkę
z parapetów i mogił
siódmego dnia
zakwitły żonkile
słońce urodziło się na nowo
rozpruwając niebo
twardym odłamkiem nocy
kalosze zdarły stopy do krwi
Mały Książę
pojawił się o wschodzie księżyca
z pierwszą rosą i pianiem
koguta
w cierniowej koronie
ubrany w mgłę i szal
z lisa
wieczność kapała spod
zakurzonych powiek
nicość z pogryzionych
żył
z zasznurowanych ust
wyfrunęły łabędzie
sól zakrzepła na skroniach
spakował świat do plastikowej reklamówki
ujarzmił jaskółki skaczące
z dachu
zakrztusił się szczęściem
obcinając królikom łapy
wplótł tęczę we włosy
i wykrzesał życie
piorunem
wydobył słońce spod klosza
i oswoił obłęd
ciemnością
Szklane ptaki
rozbijają się
gdzieś o krawędzie nieistnienia
każdy lot kaleczy tęczę
i rozpruwa brzuchy chmurom
obnażając trzewia
szklane ptaki
zamknięte w klatce
na złotą kłódkę i drewniany klucz
pozbawione duszy i piór
z potłuczonymi ogonami
i woskiem zastygłym na skrzydłach
rozsypują życie po polach
gniew to za mało
by obrócić wszystko w pył
szklane ptaki
wypełniają płuca ciszą
trwoniąc świat na pograniczu
snu