3. Babka
Weszły po cichu do sieni. Podłoga ziębiła ich bose stopy, a na posadzce pozostały grudy ziemi spod butów. Dużo ich było. Ula pospiesznie je zebrała i wyrzuciła przed dom.
Nad drzwiami wisiała zardzewiała podkowa. Na szczęście albo na nieszczęście, bo wszystkie kłóciły się, w którą stronę powinna być zwrócona - w dół czy w górę - dlatego powiesiły ją w bok. Na przekór.
Stół i szafki w kuchni były wysprzątane, ale kąty pozostawały zawsze ciemne, jakby zagnieździł się w nich pan brud albo pan grzyb. Ale prędzej kurz z podłogi zamieciony na boki. Ula nie zaglądała tam, by czegoś nie dostrzec, czegoś bezkształtnego i bezimiennego. Z błyszczącymi oczami.
Ciotka położyła torbę z grzybami na stole.
- Usmażymy je z cebulką i jajkiem na kolację.
Uli przypomniało się danie z dzieciństwa. Aromat grzybów, bardziej gęsty niż smak. Wybierała zawsze grube ogonki, które chrupały między zębami.
Zaskrzypiały drzwi w głębi kuchni, prowadzące do małego pokoiku na tyłach domu.
- Dużo tego macie?! - usłyszały głos, ale nikt nie pojawił się w drzwiach.
Zobaczyły jedynie końcówkę kija, który popchnął drzwi, by szerzej się otworzyły.
- Galancie! - krzyknęła ciocia i popatrzyła znacząco na Ulę. - Zapasy na całą zimę. Ledwo utargałyśmy.
Z pokoiku dobiegło stęknięcie:
- Sama będziesz je obirać. Ja dłubać po próżnicy w gównie nie mam zamiaru.
Ula uśmiechnęła się do ciotki. Babka była w dobrym humorze. Ostatnio rzadko to się zdarzało. Tak samo nieczęsto wychodziła ze swojego pokoiku za kuchnią, który teraz stanowił jej sypialnię, graciarnię, sezam, jaskinię, bazę wypadową i centrum dowodzenia domem. Pomieszczenie było wielkości łazienki i zostało zrobione ze starej spiżarni, kiedy babka powiedziała, że nie będzie już spała w pokoju ze starym dziadem, czyli ze swoim mężem, dziadkiem Tadeuszem. A w ogóle to w nim straszy. Stary dziad w nim straszy.
Dziadek nawet na nią nie spojrzał, być może tego nie usłyszał. Dalej memłał w buzi kawałek chleba. Cała sypialnia małżeńska została dla niego, więc co miał protestować. Do tego miał tam taki podnóżek, gdzie mógł klęczeć przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej i wywijać bezgłośnie wargami. Kiedy z głośnym stęknięciem wstawał z kolan, babka syczała pod nosem: "Stara dewota".
A głośno:
- Módl się i pracuj, a garb ci sam wyrośnie.
Dziadek odpowiadał jej wtedy:
- Za ciebie też zdrowaśkę odmówiłem.
- A Bóg ci zapłać - odpowiadała - kijem po plecach.
Ciotka wysypała grzyby do miski. Znajomy zapach rozszedł się po całym pomieszczeniu. Grzybni i pleśni. Ula dawno nie czuła go tak intensywnie. Tak swojsko. Nie, to złe słowo. Raczej przyjaźnie i blisko.
- Gośka, przekrawaj, czy robaków ni ma - znowu odezwał się głos z pokoiku.
- Wiem, mama. Wiem.
- Bo ja z mięsną wkładką grzybów nie lubię.
- A białko potrzebne. Siła w uszach od tego.
- Nie mądruj się, bo cię pająki pod obraz wciągną!
Ciotka już powstrzymała się od kolejnej riposty.
W małym pokoiku coś zgrzytnęło, zaskrzypiało i z ciężkim stęknięciem starsza kobieta wstała z łóżka.
- A gdzie ta cholera się podziała? - usłyszały mruknięcie.
- Jaka cholera?
- No, moja laska.
- Spaliłam ją w piecu.
- Co?!
Ula drgnęła, ale ciotka pozostała niewzruszona nad miską z grzybami.
- Jest przy drzwiach - odpowiedziała i uśmiechnęła się pod nosem.
- Aaa...
Szuranie kapci zbliżało się powoli w ich kierunku. Po chwili starsza kobieta powinna pojawić się w drzwiach kuchni.
- Pójdę już do pokoju. - Ula miała zamiar się wycofać.
Coś jej podpowiadało, że wraz z wejściem babki do kuchni zabraknie dla niej miejsca. Przestrzeń zostanie zawładnięta przez gęstą energię, aż przebywające w niej osoby opadną bez sił na podłogę jak puste baloniki.
- Zostań, będziemy smażyć grzyby. - Z ciotki już powoli wylatywało powietrze.
Dziewczyna jednak cofnęła się o krok w stronę wyjścia.
- Zaraz przyjdę. Umyję się tylko.
- I sprawdź, czy nie masz kleszczy.
- Sprawdzę.
Zdążyła wyjść z kuchni, kiedy z drugiej strony pojawiła się niska, zgarbiona postać.
- Uciekła? - Babka oparła się całą siłą o powykrzywiany kij.
- Wystraszyła się ciebie.
- A co ja? Baba jaga jestem?
- A nie?
- Czarownica?
- A nie?
Babka nie odpowiedziała, tylko pokuśtykała w kierunku miski z grzybkami.
- Kto to chodzi na grzyby w sierpniu - gderała.
- Sama kazałaś.
- Jezu, a mniejszych to nie znalazłaś? - Zajrzała do środka. - To się tylko na korale nadaje. Piórko w dupkę i na podryw.
Ciotka przemilczała tę uwagę. Usiadła z miską między kolanami i zaczęła małym kozikiem skrobać grzyby z ziemi i igliwia. Starsza kobieta usiadła po przeciwnej stronie kuchennego stołu. Pomarszczonym palcem prostowała zagniecenie na ceracie w kwiaty. Ale zagniecenia nie dało się wyprostować.
- Kolana mnie bolą - stęknęła. - Muszę sobie kapustą owinąć.
- Bolą cię? - Goska zdziwiła się. - Przecież cały dzień w domu siedziałaś.
- A bolą. Może jeszcze sprytem posmaruję.
- Spirytus miał być na nalewkę.
Gośka spojrzała ukradkiem na twarz kobiety. Powieki opadły, skóra pomarszczyła się jeszcze bardziej niż zwykle, głowa zawisła nad stołem.
- A Ulka...? - Babcia coraz wytrwalej dłubała paznokciem w ceracie.
- Co Ulka? Poszła się umyć. Po grzybach.
- Przyjechała.
- No tak, przyjechała.
- Dlaczego?
- Jak to dlaczego? Tutaj jest jej dom.
Ciotka poczuła teraz na sobie wzrok matki. Wiercił jej dziurę w mózgu, w myślach i sumieniu, jak paznokciem w starej ceracie.
- Dlaczego przyjechała? - powtórzyła pytanie babka. - Nie przyjeżdżała całymi miesiącami. A jeśli już, to na parę dni. I znowu w nogi. Jak najdalij, jak naszybcij. Przecież jej tu nie było z siedem lat.
Ciotka syknęła. Ostrze noża przejechało jej po palcu.
- Dziewięć z hakiem - rzuciła nad miską.
- No właśnie.
Babka przestała dziurawić obrus palcem. Podparła dłonią policzek. Jej ciało się jeszcze bardziej zgarbiło, a głowa zawisła nad biustem. Z przymkniętymi powiekami wyglądała jak drzemiąca skała. Głowa opadała coraz niżej i niżej, z każdym oddechem.
- Może w końcu zatęskniła i stwierdziła, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
Gośka rzuciła w kąt przełamany na pół grzyb. Robaczywy. Dobry dla duszków.
- Może. - Babka nie otworzyła oczu, tylko zamieniła rękę podtrzymującą głowę. - Może coś się wydarzyło?
- W życiu młodego człowieka ciągle się coś dzieje.
- Tym razem coś poważniejszego. - Staruszka kiwała się w medytacji.
- Wiesz? - Kpiący uśmiech wykrzywił usta Gośki.
- Wiem.
- Skąd?
- Ja, dziecko, wszystko wiem - stęknęła babka i wstała od stołu. - Nie to, co ty.
Zaszurała po podłodze stopami w starych grubych pończochach, bez kapci, które zostały pod stołem.
- Mam pięćdziesiąt lat. - Ciotka wyprostowała się nad miską.
Paznokcie umazane miała w czarnej grzybni i mchu.
- I co z tego? - Babka odwróciła się od niej. - Powiedz, co z tego masz? Jesteś starą panną. Nawet dziecka nie umiałaś sobie załatwić. Sama jak palec.
"To przywaliło, babsko jedno" - pomyślała Gośka. Ciągle to samo słyszy od starej baby jagi.
- Bo żaden mi nie odpowiadał. A ty mówiłaś: "Gdybyś mieć miała męża...".
- Wiem, "...tłuka, niech ugorem leży dupa" - dokończyła babka.
- Zresztą... - powiedziała Gośka. - Mam Ulę.
- Ulę masz...
Babka podeszła do szafki. Wyjęła z niej butelkę z przezroczystym płynem, usiadła na krześle, podciągnęła fartuch i zaczęła smarować sobie kolana octem. Pończocha zrolowała się po kostki. Skóra, pomarszczona powłoka, z której wypuszczono powietrze, drgała pod każdym dotknięciem, pod każdym dmuchnięciem wiatru. Zgrzybiałe palce masowały ciało, jakby wbrew swojej woli, kierowane przez jakąś wyższą siłę. Mechanizm z góry.
- Ulę masz. - Babka masowała teraz kolano. - To ją sobie przywiąż, jak potrafisz.
- Przestań, mamo! - Gośka nie chciała już jej słuchać.
Ale ona nie przestawała.
- Nic na kolację niezrobione - warknęła. - Dziadek nieprzebrany. A ty łazisz po lesie cały dzień i zbierasz jakieś gówna, z których nie wiada, co zrobić. Zgarnij choć resztki w gorszkę.
Gośka znieruchomiała nad miską. Wrzuciła do niej nożyk i z hukiem położyła na stole. Bez słowa wybiegła z kuchni. Trzasnęła jedynie drzwiami, aż zawieszona nad nimi w sieni podkowa zadrżała. Ale nie spadła. Gośka zatrzymała się dopiero na środku podwórka.
- Pani Gosiu? Co pani jest?... - usłyszała głos zza płotu.
Babka udawała, że nie zauważyła zniknięcia córki. Odsunęła miskę z grzybami ze stołu i zgarnęła w garść resztki ziemi, igliwia i zeskrobanych grzybów. Podeszła do szafki, wyjęła z niej kawałek chleba i oderwała okruszek. Zmieszała w dłoni z resztkami po grzybach. Pokuśtykała do kąta, tego, który skrył się w ciemności, kurzu i cieniu stojącej szczotki do zamiatania, i wysypała tam to, co miała w garści.
Kaśka, Maryśka, rum tum tum.
Strugała pyry na piuntą.
Przyszedł dziad, pyry zjadł.
Kaśka Maryśka rum tum tum...
Kiwała się na swoich chorych i skurczonych nogach i tuptała od kąta do kąta. W każdym kącie wysypała trochę grzybni z chlebem. Dlatego one, te kunty, nigdy nie będą widoczne, nie wyjdą z cienia. Nikt nie wie, co tam się dzieje. Babka też nie wiedziała. Wolała, by kunty pozostały kuntami. Jak piwnice, czy strychy. I tyle.
- Kaśka, Maryśka, rum tum tum...