Rozdział I. Kiedy przychodzi "ten" moment
Rozdział I
Kiedy przychodzi "ten" moment
Punkt widzenia pensjonariuszy
WIKTORIA, osiemdziesiąt sześć lat, kiedyś redaktorka w wydawnictwie,
mieszka w państwowym domu opieki w dużym mieście:
Upadłam, komórka leżała na stole, ale nie mogłam się podnieść, żeby po
nią sięgnąć i wezwać pomoc. Podpierając się na łokciach, doczołgałam się
do przedpokoju i waliłam kulą w drzwi wejściowe. Miałam szczęście, po
dwóch godzinach usłyszał mnie sąsiad, który wracał z pracy. Zadzwonił na
pogotowie, razem z policją wyłamali drzwi, zabrali mnie do szpitala.
Znajoma, też starsza osoba, opowiadała, że w jej kamienicy na piętrze
mieszka tylko jedna rodzina. A gdyby u nas tak było? Nie chcę myśleć,
jak długo bym leżała. Czy ktoś by mnie znalazł? Od dwudziestu lat jestem
wdową, dwie córki mieszkają w Kanadzie, złamałam biodro, mam kłopoty z chodzeniem. Dom pomocy przyjęłam jak wybawienie. Tylko samotna osoba
zdana na siebie zrozumie dlaczego. Wcześniej najgorsze były niedziele i święta. Przychodnie nie działają, lekarz do domu nie przyjdzie. Z pogotowiem problem, bo do starych ludzi dyspozytorzy nie chcą wysyłać
karetek. A tu naciskam dzwonek w pokoju i ktoś zawsze przyjdzie. Ulga i wdzięczność.
***
JAGODA, siedemdziesiąt lat, dawniej pani domu, od dziesięciu lat wędruje
po prywatnych pensjonatach dla seniorów, gdzie umieszczają ją dzieci:
Zbudowaliśmy z mężem piękną willę, a jestem bezdomna. Nie ma nikogo, kto
by mnie przygarnął: dzieci, dwie córki i syn, wyniosły się do Australii.
To przez męża - pił, awanturował się, wiele razy mnie skatował.
Uciekłam. Dzieci musiały wynająć mi kawalerkę. Nie mogłam sobie na nią
pozwolić, emerytury dostaję nieco ponad tysiąc złotych. Ale kiedy
dziesięć lat temu zachorowałam na depresję, uznały, że nie powinnam
mieszkać sama. Skąd depresja? Pani psycholog wytłumaczyła, że z tęsknoty
za dziećmi właśnie. Może? Teraz żyję na walizkach. Mieszkam przez rok,
czasem krócej, w domu opieki. Czekam na bilet, na który zrzucają się
dzieci. Kiedy go dostaję, lecę do Australii. To wyzwanie: puchną mi
nogi, a podróż trwa dwadzieścia osiem godzin, no i czuję się niepewnie,
nie znam angielskiego. Przez pierwsze miesiące jest dobrze. Pomagam
wychowywać wnuki, chodzę na plażę, cieszę się słońcem. Ale w końcu
zaczynam się martwić, że będę musiała wracać, i siada mi nastrój.
Zaczynam być smutna, czepiać się. Podobno jestem trudna. Dzieci odsyłają
mnie do Polski, do kolejnego domu opieki. Rozumiem to - są zajęte,
ciężko pracują. Po cichu liczyłam, że ściągną mnie do siebie na stałe,
ale wiza pobytowa dużo kosztuje, a one są na dorobku. Pensjonatów dla
seniorów zaliczyłam cztery.
***
ZOFIA, dziewięćdziesiąt lat, farmaceutka, mieszka w państwowym domu
opieki w Krakowie:
Kiedyś, kładąc się spać, zastanowiłam się, czy tego dnia zamieniłam z kimś dwa słowa. Czasem tak - ze sprzedawczynią w sklepie, kiedy
poprosiłam o pięć deko szynki. Zrozumiałam, że dłużej nie chcę żyć w pojedynkę, bo stanę się odludkiem i zdziwaczeję. Dom znalazłam sama. Gdy
córka dowiedziała się o mojej decyzji, wpadła w panikę: "Mamo, co ludzie
powiedzą?!". Mają z mężem wolny pokój, mogłam u nich zamieszkać.
Odmówiłam. Nie ze złości, z rozsądku. Dzieci mają swoje życie. Jeśli się
pokłócą, coś będzie między nimi nie tak, będę cierpiała. Jeszcze
przyjdzie mi do głowy, że to przeze mnie, bo jestem intruzem i zabieram
przestrzeń. A tak mam spokój i towarzystwo - zaprzyjaźniłam się tutaj z dwiema paniami. Nie narzekam.
***
WANDA, osiemdziesiąt sześć lat, księgowa, dwa lata temu wprowadziła się
do DPS-u:
Każdemu radzę, żeby w porę zastanowił się nad starością. Ja sama
podjęłam decyzję, że nie będę dla nikogo ciężarem, że zamieszkam w domu
opieki, i twardo się jej trzymam. Miałam siostrę bliźniaczkę, umówiłyśmy
się, że na stare lata we dwie postaramy się o pensjonat dla seniorów i zamieszkamy w jednym pokoju. Niestety, nie doczekałyśmy, siostra zmarła.
Jest powiedzenie: "Jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach". Ja w nie wierzę.
***
LUCYNA, kiedyś była nauczycielką biologii, mieszka w państwowym domu
opieki nad morzem:
Z najbliższej rodziny został tylko siostrzeniec. Mąż umarł, dzieci nigdy
nie miałam. Kiedy przeszłam na emeryturę, siostrzeniec zaproponował,
żebym się do niego wprowadziła i pomogła w wychowaniu dzieci. Sprzedałam
domek, pożegnałam przyjaciół i zamieszkałam w Gdańsku. Byłam zadowolona,
że się komuś przydam. Tak minęło piętnaście lat. Ale dzieci siostrzeńca
urosły, stały się samodzielne, a mnie ubywało sił. Okazało się, że nie
daję już rady, no i nie mam własnego dachu nad głową. Niby mogłabym
poprosić siostrzeńca o pomoc. Wolałam jednak dom opieki. Człowiek mimo
wszystko jest tu u siebie, jeśli gorzej się czuje, może się schować.
Bliskich wstydziłabym się absorbować chorobami, nie chciałabym ich
martwić. Tu wszyscy jesteśmy starzy, więc jedziemy na tym samym wózku.
***
ANNA, osiemdziesiąt sześć lat, rolniczka, wiejski dom opieki na południu
Polski, do śmierci rodziców zajmowała się nimi, więc nie chciała robić
krewnym takiego kłopotu:
Przez całe życie pracowałam na gospodarce, trzy hektary miałam do
obrobienia. W czasie żniw nieraz do północy byłam przy młócce. A o świcie należało wstać do krów i świń. Mam swoje lata, nie mogę tak
harować. Różni się chłopcy kręcili, za mąż jednak nie wyszłam. Obok
mieszkali sąsiedzi, którzy pili, a potem działy się rzeczy, o których
mówić się nie chce. Napatrzyłam się, przez to czułam do mężczyzn wstręt.
Teraz, gdy potrzebuję pomocnej ręki, mogłabym niby zamieszkać u siostrzeńca, ale po co robić kłopot? Wiem, o czym mówię: sama do śmierci
opiekowałam się rodzicami. Myłam ich, karmiłam. Nie skarżę się, ale
przecież każdy ma prawo do życia. Teraz w domu opieki inni się mną
zajmują. Jedzenie mamy tu dobre, dziś piątek, więc rybka.
***
KRZYSZTOF, dziewięćdziesiąt dwa lata, był inżynierem, od pięciu lat
mieszkają z żoną w domu opieki społecznej w Warszawie. Takie miejsce to
dla niego wygoda:
Długo dawałem sobie radę. Robiłem zakupy, które wnosiłem na trzecie
piętro, pomagałem żonie w gotowaniu, nawet prasowałem i prałem. Żona
jest o trzy lata ode mnie starsza, ma kłopoty z pamięcią, chodzeniem. A jeszcze nasz jedyny syn... Nie ułożyło mu się życie, dwa razy się
rozwodził, za każdym razem, gdy zaczynał od nowa, pomagaliśmy mu
finansowo. Na to szły oszczędności, a także na lekarzy, bo Marek ma
kłopoty z kręgosłupem, grozi mu wózek. Przeszedł kilka operacji, czeka
na kolejną. Kiedy zobaczyłem, że kończą się pieniądze, poczułem panikę.
Bo z naszych emeryturek nie damy rady utrzymać siebie i pomagać dziecku.
Co więc zostało? Sprzedaż mieszkania. Za dwie klitki w starym bloku w Warszawie wzięliśmy pięć lat temu trzysta tysięcy złotych. Szczęście, że
udało nam się załatwić miejsce w państwowym domu opieki. Luksusów nie
ma, dwuosobowy pokoik jest niewielki, ale pierwszy raz od dawna
odpoczywam. Obiad pod nos, lekarz na miejscu, nawet do kościoła nie
muszę się szykować, bo mamy tu kaplicę. Duża wygoda.
***
BARBARA, dziewięćdziesiąt dwa lata, urzędniczka w ministerstwie,
prowadziła światowe życie, siedem lat temu wprowadziła się do
państwowego domu opieki:
Trzeba wziąć się w garść, a nie krzywdować sobie, że coś się w życiu
skończyło. Ja pracowałam w ministerstwie, podróżowałam. Odłożyłam trochę
pieniędzy, dostałam cztery tysiące złotych emerytury. Stać mnie było na
jedną panią do sprzątania, drugą do gotowania i zakupów. Ale pewnego
dnia policzyłam zasoby. Wyszło, że do końca życia nie wystarczy. No i coraz bardziej męczyło mnie, że po domu kręcą się obce osoby, a jeszcze
Ukrainki, które zatrudniałam, często się zmieniały. A to wiza się
kończyła, a to ktoś w domu zachorował. Z przekonaniem zmieniłam
sześćdziesięciometrowe mieszkanie w dobrej dzielnicy na dwunastometrowy
pokój w państwowym domu pomocy. Nie chciałam go zobaczyć wcześniej,
bałam się, że się rozmyślę. Zgromadziłam niezbędne dokumenty, stanęłam
przed komisją, która kwalifikuje do domu. Przeszłam weryfikację
pozytywnie. Dopiero wtedy poszłam obejrzeć nowe lokum. Wzdrygnęłam się
na jego widok, ale szybko mi minęło.
Jaki dom dla kogo?
Na koniec 2020 roku liczba osób w wieku 60 lat i więcej wynosiła 9,7
miliona. W stosunku do roku poprzedniego zwie?kszyła sie? o 0,2%.
Odsetek oso?b starszych w populacji Polski osia?gna?ł poziom 25,7%.
Według prognozy GUS liczba ludnos?ci w wieku 60 lat i wie?cej w Polsce
w roku 2030 ma wzrosna?c? do poziomu 10,8 miliona, a w 2050 roku
wyniesie 13,7 miliona.
Osoby te be?da? stanowiły około 40% ogo?łu ludnos?ci!
Na realizację świadczeń opieki zdrowotnej w zakresie geriatrii NFZ
wydał w 2021 roku przeciętnie 11,03 złotych na jedną osobę w wieku 60
lat i więcej. Najwięcej w województwie małopolskim - 28,29 złotych,
najmniej w województwie zachodniopomorskim - zaledwie 28 groszy.
Liczba ludności w wieku 60 lat i więcej według prognozy GUS w roku
2030 wyniesie 10,8 mln (wzrost o 10,8% w stosunku do roku 2021), w roku 2040 będzie na poziomie 12,3 miliona (wzrost o 26%). W 2050 roku
w Polsce będzie mieszkać 13,7 mln osób starszych (czyli o 40,8% więcej
niż w roku 2021), stanowiąc 40,4% ogółu ludności1.
Na co dzień nie myślimy o starości, ale prawda jest taka, że większość z nas będzie potrzebować pomocy. Nie mówiąc o rodzicach bądź dziadkach,
którzy są pod naszą opieką. Jak ją zorganizować? Możliwości jest kilka.
Dzienne domy pobytu: Starsi ludzie chodzą tam sami bądź zawozi ich
rodzina. Zajęcia odbywają się od rana do popołudnia. Seniorzy mają
zapewnione jedzenie, opiekę medyczną i atrakcje. Podejmuje się też
starania, by ich aktywizować na różne sposoby. Dobrym pomysłem jest na
przykład łączenie dziennych domów pobytu z przedszkolami czy domami
dziecka. Starsi ludzie, którzy czują się na siłach, czytają dzieciom
bajki, towarzyszą w zabawie. I najważniejsze: są potrzebni. A maluchy,
na co dzień obserwując starość, uczą się ją rozumieć i akceptować. No i mają zastępczą babcię albo dziadka, którzy przytulą i podmuchają na
stłuczone kolano. Takie rozwiązania są u nas testowane, na świecie
sprawdzają się od lat. Od 2004 roku z sukcesem działa w Łodzi Dom
Dziecka nr 9 - Dom Międzypokoleniowy Bednarska, w którym seniorzy mają
wydzieloną część. Dwa pokolenia istnieją koło siebie na zasadzie
dobrowolności: jeśli dzieciaki mają ochotę spotkać się z "dziadkami",
przychodzą do wspólnej świetlicy. Jeżeli nie czują takiej potrzeby, mają
swoje pokoje na piętrze.
Domy pomocy społecznej (DPS-y): O pobyt mogą starać się wszyscy,
którzy z powodu wieku lub niepełnosprawności potrzebują całodobowej
opieki i nie mogą na nią liczyć we własnym domu.
DPS-y podlegają Ministerstwu Rodziny i Polityki Społecznej. Pacjentów
kieruje tam gmina po przeprowadzeniu wywiadu środowiskowego i zebraniu
odpowiedniej dokumentacji przez seniora.
Dokumentacja trafia do powiatowego centrum pomocy rodzinie, gdzie zapada
decyzja o wyborze domu. Powinien być jak najbliżej miejsca zamieszkania
przyszłego pensjonariusza. Jeśli tam brakuje miejsc lub czas oczekiwania
jest długi, kandydat może zostać skierowany do innego powiatu.
Państwowych domów jest za mało, więc na miejsce czeka się długo. I jest
to czekanie obciążające sumienie wszystkich - musi umrzeć któryś z podopiecznych, żeby przyjąć nowego.
Rodzinne domy pomocy: Tworzą je osoby fizyczne lub organizacje
pozarządowe dysponujące odpowiednim lokum. Gło?wnymi? zaletami takich
domów są kameralność i indywidualne podejście. W rodzinnym domu może
mieszkać nie mniej niż trzech podopiecznych i nie więcej niż ośmiu.
Prywatne domy opieki: To rozwijający się biznes, w którym nie zawsze
obowiązują wysokie standardy. Część prowadzą ludzie, którym brakuje
doświadczenia w opiece nad seniorami, są nastawieni na szybki zysk i to
oni psują opinię uczciwym placówkom, a takich jest większość. Prywatne
domy, które przechodzą kontrole i spełniają wymogi, są wpisywane do
rejestru wojewody aktualizowanego - co niezwykle ważne - co rok. Można
go znaleźć na stronie każdego województwa. Do prywatnych domów
niepotrzebne jest skierowanie.
Osiedla senioralne: Sprawdzają się na przykład w USA, w Polsce to
stosunkowo nowe rozwiązanie. Ludzie starsi mogą w nich wykupić bądź
wynająć apartament. Mieszkają wśród rówieśników, mają zapewnione
jedzenie, całodobowego concierge'a, zajęcia grupowe i opiekę medyczną.
Deweloper, który zbudował takie osiedle niedaleko Warszawy, chwali się,
że zainteresowanie jest duże. Rozwiązanie dla ludzi w miarę sprawnych,
którzy nie potrzebują pomocy przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.
No i z zasobnym portfelem. Inwestor z Wielkopolski sprzedawał metr
apartamentu za ponad pięć tysięcy złotych.
Zakłady opiekuńczo-lecznicze (ZOL-e): Dla ludzi, którzy zakończyli
leczenie w szpitalu, ale wciąż wymagają całodobowej wyspecjalizowanej
opieki medycznej. Starsza osoba, która chce się tam dostać, przechodzi
test kwalifikacyjny. Określa się jej stan według tzw. skali Barthel.
Pokazuje ona między innymi sprawność ruchową, samodzielność w czasie
posiłków, mycia się itp. O miejsce w ZOL-u może się ubiegać każdy, kto w stupunktowej skali Barthel uzyskał wynik poniżej 40% (nie dotyczy to
osób uzależnionych, w terminalnej fazie choroby nowotworowej i psychicznie chorych, które nie są przyjmowane do takich miejsc). Oceny
dokonuje pielęgniarka i na tej podstawie lekarz wystawia zaświadczenie
(może orzec o trybie pilnym lub planowym w zależności od wyniku
wywiadu). Ustawa mówi, że maksymalny czas, który można spędzić w ZOL-u,
to pół roku. Ma on przygotować do funkcjonowania we własnym środowisku.
Z tym bywa różnie, bo ZOL-e pełne są ludzi, którzy po sześciu miesiącach
nie są dość sprawni, by żyć samodzielnie bądź wprowadzić się do DPS-u.
ZOL-e podlegają Ministerstwu Zdrowia i są finansowane ze środków
NFZ-etu. Kieruje do nich szpital.
Liczby
Pod koniec 2021 roku funkcjonowało 2015 stacjonarnych zakładów pomocy
społecznej (o 164 placówki więcej niż w 2020 roku), wśród których było
897 domów pomocy społecznej oraz 556 placówek zapewniających całodobową
opiekę osobom niepełnosprawnym, przewlekle chorym lub osobom w podeszłym
wieku.
Najwięcej zakładów stacjonarnych pomocy społecznej zlokalizowanych było
w województwie mazowieckim - 308, oraz w województwie śląskim - 244,
czyli w dwóch województwach o największej liczbie ludności w wieku 60
lat i więcej. Najmniej znajdowało się w województwach lubuskim - 49,
oraz podlaskim - 62.
W stacjonarnych zakładach pomocy społecznej przebywało blisko 114,3
tysiąca osób, w tym w wieku 60 lat i więcej - 76,1 tysiąca, co stanowiło
66,6% ogólnej liczby mieszkańców tych placówek.
Na koniec 2021 roku, podobnie jak rok wczes?niej, ze stacjonarnych
zakłado?w pomocy społecznej korzystało 8 oso?b w wieku senioralnym na
1000 ludzi w tym wieku.
Najwięcej osób korzystało z tego rodzaju wsparcia w województwie
opolskim (prawie 11 osób na 1000), najmniej w województwie lubelskim - 6
osób na 10002.
Rozdział II. Tu nie ma dobrego rozwiązania
Rozdział II
Tu nie ma dobrego rozwiązania
Głosy rodziny
KRYSTYNA, kosmetyczka, jej ojciec od roku mieszka w prywatnym domu
opieki:
Co mnie zmusiło do tej decyzji? Brak pieniędzy. Nie mam oszczędności,
moja emerytura to tysiąc czterysta złotych na rękę. Dorabiam w salonie
kosmetycznym, w dobrym miesiącu mam dodatkowe dwa tysiące. Odkładam,
żeby mieć coś na starość. Wiem, że mną nikt się nie zajmie, więc ja też
nie mogę na pełen etat zaopiekować się ojcem. Tata skończył
osiemdziesiąt dziewięć lat. Długo trzymał się dobrze, mieszkał w letnim
domku na działce, trzydzieści kilometrów od Warszawy. Gdy stał się mniej
samodzielny, zapominał o posiłkach i nie odbierał moich telefonów, więc
nie wiedziałam, czy żyje. Znalazłam mu miejsce w dziennym domu pomocy.
Chodził na ósmą rano, miał zajęcia, towarzystwo, jedzenie. Zawsze mógł
się zwrócić do kogoś o pomoc. O piętnastej wracał do siebie. To
opiekunki zauważyły, że dzieje się z nim źle. Raz coś mu się
przywidziało, przyszedł do ośrodka o północy, siedział przed drzwiami na
ławce, czekając, aż otworzą. Potem oddał swoją protezę do naprawy, ale
nie pamiętał gdzie. Gdy dostał telefoniczne zaproszenie na prezentację
pościeli z wielbłądziej wełny, poszedł i wcisnęli mu kołdry oraz
poduszki za cztery tysiące złotych. Przeraziłam się, że naciągną ojca na
pożyczkę, którą będę musiała spłacać latami. Z bolącym sercem zabrałam
mu kartę do bankomatu i dowód osobisty. A i tak ciągle czułam lęk. Czy
bierze leki? Co będzie, jeśli napali w piecyku ogrzewającym domek i zaśnie? Czy nie wypadnie iskra, nie wybuchnie pożar? To opiekunki z ośrodka poleciły mi prywatny pensjonat dla seniorów. Uznałam, że choć
tyle jestem ojcu winna. A jego stać - ma emeryturę, trzy tysiące
złotych. Kiedy podjęliśmy decyzję, przepłakałam tydzień. Miałam wyrzuty
sumienia, odezwał się stereotyp, że obowiązkiem dziecka jest opiekować
się rodzicem. Może gdybym miała siostrę, brata, dałabym radę? W pojedynkę to zadanie ponad siły.
***
IZA, trzydzieści lat, nauczycielka języka francuskiego, przez rok
opiekowała się teściową, która teraz mieszka w prywatnym domu opieki:
Krytyczny moment? Kiedy mama przestała spać. Błądziła między łazienką a sypialnią i raz po raz spuszczała wodę w toalecie. W nocy spotęgowany
ciszą dźwięk wwiercał się w mózg. Teściowa brała leki wyciszające,
lekarze zapewniali, że zaczną działać, więc liczyłam, że jakoś się
ułoży. Ale po dwóch miesiącach byłam pewna, że nie ma co liczyć na cud -
pigułki nie pomagały. Jeszcze się łudziłam, że przyzwyczaję się do
chorej kobiety w domu. Naprawdę się starałam. Gotowałam jej ulubione
zupy, wyciągałam ją z apatii, zabierając na spacery. Błagałam dzieci,
żeby częściej odwiedzały babcię - to sprawiało jej radość. Tylko że
życie zaczęło mi się wymykać spod kontroli. Raz, stojąc w korku na
autostradzie, zmęczona przymknęłam oczy i zasnęłam. Obudził mnie
klakson. Potem, cofając, źle obliczyłam odległość i zniszczyłam auto.
Mąż zaczął ze mną rozmawiać o miejscu, które zapewniłoby jego matce
całodobową opiekę. Miałam opory. Naczytałam się w internecie opinii o państwowych domach, w których staruszkowie w fatalnych warunkach czekają
na śmierć. W prywatnych, z wyglądu eleganckich, żeby nie sprawiać
kłopotu, śpią nafaszerowani środkami uspakajającymi. Każdy wybór wydawał
się zły. Ostatecznie teściowa zamieszkała w prywatnym domu pod Warszawą.
Czekaliśmy, kiedy spadną na nas cięgi ze strony otoczenia. Nie
pomyliliśmy się. "Życzliwa" koleżanka z pracy powiedziała: "Zaczniecie
żyć jak ludzie, wreszcie pozbyliście się kłopotu". Zabolało. Pomogły
słowa kobiety, która prowadzi pensjonat: "Wy nie oddajecie teściowej, wy
nam ją powierzacie". Marketing? Może. Złapaliśmy się tego z mężem jak
koła ratunkowego.
***
WANDA, księgowa, jej mama mieszka w prywatnym pensjonacie:
U mamy bywałam codziennie. Najpierw, by po śmierci ojca dotrzymać jej
towarzystwa, potem zaczęłam robić zakupy, przynosić obiady, umawiać do
lekarza. Nie była chora, miała dobrą pamięć, ale stawała się coraz
bardziej ode mnie zależna. Dzwoniła: "Reniu, czy mogłabyś załatwić,
sprawdzić, przyjść?". Nie docierało do niej, że choć nie mam rodziny,
jestem zajęta pracą. No i mogę być zmęczona, mnie też przybywa lat.
Pewnego dnia mama stwierdziła: "Czuję się tak źle, że nie wstałam z łóżka". Wezwałam internistę. Zbadał ją i stwierdził, że jest zdrowa. Ale
ona leżała przez tydzień, drugi, trzeci. Zdesperowana wcisnęłam ją na
prywatną wizytę u psychiatry. To, co brałam za złośliwość i chęć bycia
ciężarem, lekarz nazwał depresją. Bolało mnie, że nie umiem pomóc, że
matka - dawniej moja podpora - zmieniała się w kogoś opryskliwego,
obcego. Miałam zrywy: wprowadzę się do niej, rozruszam, wyciągnę z marazmu. Udawało się przez dwa tygodnie, potem uciekałam do siebie. Nie
byłam w stanie słuchać jej narzekań, patrzeć, jak gaśnie. Czułam się
potwornie zmęczona, samotna. Oddałam ją do domu opieki i nie czuję
wyrzutów sumienia. Zrobiłam tyle, ile mogłam. Czas pomyśleć o sobie.
***
ROBERT, sześćdziesiąt lat, inżynier w dużym przedsiębiorstwie, jego mama
cierpi na demencję, więc szuka dla niej domu opieki:
Odsuwałem od siebie problem starości matki. Naiwnie myślałem, że jakoś
to będzie. Wyjechałem z rodzinnego miasta po studiach. Z mamą miałem
dobry kontakt, ale rzadki. Chyba chciałem ją zapamiętać jako zadbaną,
elegancką kobietę, a nie zagubioną staruszkę, którą się stawała. Dłużej
jednak nie mogłem udawać, że jest OK. Matka wydzwaniała, skarżyła się na
wszystko, a potem przez kilka dni nie odbierała telefonu. Na miejscu
była moja siostra, ale mało się tematem interesowała. Kiedyś
powiedziała: "Jest źle, ale spoko, lekarz twierdzi, że matce został
miesiąc życia, najwyżej dwa". Wtedy dowiedziałem się, że choruje na raka
przewodów moczowych. To żona zdecydowała, że zabieramy ją do nas.
Naiwnie myśleliśmy, że się podleczy i wróci do siebie. Z pamięcią było
coraz gorzej, więc prywatnie zrobiliśmy tomografię komputerową, która
pokazała zaniki kory mózgowej. Ich efektem jest otępienie
naczyniopochodne. Na szczęście mama nie zachorowała na alzheimera,
któremu często towarzyszy agresja. Psychiatra powiedział, że stan jest
ciężki i będzie szybko postępował. Oddaliśmy mamie sypialnię,
przenieśliśmy się do salonu. Nie mieliśmy wyboru, mieszkanie nie jest
duże. Skończyły się wieczorne wyjścia do kina, kolacje w knajpce. Raz
podczas naszej krótkiej nieobecności mama włożyła do toalety wszystkie
owoce, jakie znalazła: pomarańcze, jabłka, mandarynki. Spuszczała wodę,
a ta lała się na podłogę. Pół roku później zaczęła otwierać okna,
wychodzić na balkon. To niby nic, ale w jej stanie trudno było
przewidzieć konsekwencje. Gdy musieliśmy zostawić ją samą, wiązaliśmy
klamki sznurkami. Odcinaliśmy gaz, bo interesowała się kuchenką. Podczas
jednej z bezsennych nocy podjęliśmy z żoną decyzję, by szukać domu
opieki. Ale zaraz ogarnęły nas wątpliwości. Mama jest bezbronna, ufna
jak dziecko. Jeśli ktoś będzie chciał ją skrzywdzić, nie obroni się, nie
zareaguje, nie powie, że dzieje się coś złego. Jesteśmy na etapie
sprawdzania prywatnych domów w naszej okolicy. Państwowe nie wchodzą w grę, byłem w dwóch i załamałem się - są w fatalnym stanie. Może jestem
przeczulony, ale mnie śmierdziało tam moczem. Na razie przychodzi
prywatna opiekunka, ale to nie załatwia sprawy, bo pomoc jest potrzebna
przez całą dobę. Mama wymaga przewijania, karmienia, mycia. Ja nie
jestem w stanie tego zrobić, żona sobie radzi, jednak jest na skraju
wytrzymałości. Zdecydowaliśmy, że dajemy sobie miesiąc na rozwiązanie
problemu. Wiem, że nie ma innego wyjścia, ale wyrzuty sumienia są
straszne.
***
IWONA, pięćdziesiąt pięć lat lat, prawniczka w międzynarodowej
kancelarii, ma ojca w prywatnym pensjonacie:
Tata po śmierci mamy się załamał. Kiedy dzwoniłam, przyjeżdżałam z wizytą, prawie zawsze był na rauszu. Przymykałam oko, rozumiałam, że w ten sposób poprawia sobie nastrój. Zaniepokoiłam się, kiedy przestał
gotować, choć zawsze to lubił. Tłumaczył, że dla jednej osoby nie warto.
Zorganizowałam obiady, ale na nie też nie chodził, mówił, że są
paskudne. Wpadałam więc trzy razy w tygodniu ze słoikami zupy i kotletami, licząc, że sobie odgrzeje. A przecież jestem zajęta w pracy
od rana do nocy! Pół roku później przestał się myć i zmieniać ubranie.
Próbowałam być delikatna. Przecież nie powiem ukochanemu tacie, że
śmierdzi. Wiedziałam, że powinien się do mnie przeprowadzić. Ale o tym
nie chciał słyszeć mąż. Rozumiem go, nigdy nie mieli dobrych relacji,
trudno, żeby nagle zaakceptował starego, trudnego człowieka. Nie miałam
wyjścia, musiałam poszukać domu opieki. Można powiedzieć, że wybrałam
własną rodzinę, nie tatę. Uznałam, że to moje życie i mam do tego prawo.
***
WOJCIECH, kiedyś dziennikarz polityczny, jego siedemdziesięciotrzyletnia
żona mieszka w prywatnym domu:
Diagnozę: alzheimer usłyszałem dwa lata temu. Łudziłem się, że dzięki
opiece psychiatry i lekom moja Marta będzie funkcjonowała normalnie w mieszkaniu. Nie mamy dzieci, optymistycznie zakładałem, że z opieką
sobie poradzę. Żona nie chciała brać leków i zaczynała być coraz
bardziej agresywna. Któregoś dnia rzuciła się na mnie i podrapała do
krwi. Innym razem uciekła z samochodu na czerwonym świetle i pobiegła
środkiem ulicy. Kiedy zatrzymała ją policja, tłumaczyła, że ją porwałem.
Stawała się bezradna: nie umiała się ubrać, nie pamiętała, do czego
służy łyżka, stała w toalecie i nie wiedziała, jak ją obsłużyć.
Opiekunki, które z trudem znajdowałem, rzucały pracę po miesiącu. Nie
dawały rady. Kiedy Marta zachorowała na zapalenie płuc, było jasne, że
jeśli przeżyje, do domu nie wróci. Znalazłem jej prywatny pensjonat. Nie
jestem nim zachwycony, ale mogłem zapłacić góra trzy tysiące złotych,
więc nie wybrzydzam i cieszę się, że jest bezpieczna, a ja mogę w miarę
normalnie żyć.
***
KRYSTYNA, laborantka w małym mieście, jej ojciec mieszka w tanim
pensjonacie:
Ojcem zajmowałam się sama, choć mam starszego, dobrze sytuowanego brata.
W czasie dwóch lat, gdy postępowała u taty depresja, nie przyjechał ani
razu, choć o to błagałam. W końcu zagroziłam, że namówię tatę, by złożył
w sądzie pozew o alimenty. Wtedy brat się zjawił i zrobił awanturę, że
źle się ojcem zajmuję. Ustaliliśmy, że oddamy go do domu opieki.
Znalazłam niezły prywatny pensjonat za trzy tysiące dwieście złotych.
Brat zgodził się płacić tysiąc osiemset złotych, resztę pokrywaliśmy z emerytury taty. Na mojej głowie były pampersy, lekarstwa i bieżące
wydatki. Układ sprawdzał się przez niecały rok, bo brat przestał
przysyłać pieniądze. Przepraszał, zawile tłumaczył, że ma kłopoty w pracy. Chodziłam do właścicieli domu, prosiłam o wyrozumiałość, mówiłam,
że wyrównamy zaległości. Zaczęłam pożyczać od znajomych. Napisałam do
brata list, wysłałam poleconym. Wrócił z adnotacją: "Adresat nieznany".
Zaczęłam więc szukać tańszego pensjonatu. W mojej okolicy ceny zaczynają
się od trzech tysięcy. Fortuna. Znalazłam dom w małej miejscowości na
Kielecczyźnie za dwa tysiące złotych, trzysta kilometrów od miejsca,
gdzie mieszkam. Pojechałam i... się załamałam. Stary, nieremontowany od
lat budynek. W małych pokoikach trzy, cztery łóżka. Odrapane z farby
szpitalne szafki. Pod sufitem rozklekotany telewizor. Ściany pomalowane
na ohydne zielony i pomarańczowy kolory. Posprzątane po łebkach, pod
łóżkami koty, toalety z żółtym osadem kamienia. Smród. Starzy ludzie
leżą i patrzą nieobecnym wzrokiem. Właścicielka, nawet miła, tłumaczyła,
że nie jest elegancko, za to tanio. Zapewniała, że pensjonariusze mają
troskliwą opiekę, są zadbani. Nie wierzę. Na pięćdziesiąt mieszkających
tam osób przypadały, sama widziałam, dwie opiekunki, dziewczyny z Ukrainy. Nie sądzę, żeby były fachowe. A jednak... podpisałam umowę. Co
mogłam zrobić? Nie stać mnie na luksus w lepszym pensjonacie, nie mogę
się zajmować tatą przez całą dobę. Nie daję rady fizycznie i psychicznie. Pocieszam się, że on coraz mniej kojarzy. Może nie ma
znaczenia, w jakich warunkach mieszka? Staram się być u niego co dwa
tygodnie. Te wizyty dużo mnie kosztują. Pokazują, jak trudna i okropna
jest starość. Przyzwyczaiłam się do widoku ludzi w nieświeżej pościeli,
wyszczerbionych talerzy, na których dostają złej jakości jedzenie. Ktoś
krzyczy, ktoś jęczy, ktoś płacze. Gdy tata mnie widzi, uśmiecha się, mam
nadzieję, że poznaje. Zaczyna z ożywieniem opowiadać, gestykuluje, potem
zapada się w sobie. Siadam przy nim, trzymam za rękę, karmię. Po cichu
cieszę się, że wrócę do mojego normalnego życia. Kiedy całuję go na do
widzenia, myślę: Tatusiu, jesteś dzielny, że wytrzymujesz. Mam też
inną myśl, z którą trudno mi sobie poradzić. Życzę ojcu, by Pan Bóg
zabrał go do siebie bezboleśnie, we śnie. Dla wszystkich, a zwłaszcza
dla niego, tak byłoby lepiej.
***
RADEK, czterdzieści lat, grafik komputerowy z Warszawy, musiał znaleźć
miejsce dla ukochanego dziadka:
Dziadek długo był sprawny, ale wydarzył się wypadek. Upadł, dostał
wylewu i stracił pamięć. Miał już dziewięćdziesiąt lat, więc było jasne,
że do dawnej formy nie wróci. Po pobycie w szpitalu i zakładzie
opiekuńczo-leczniczym został wypisany do domu, bo nic więcej nie dało
się zrobić. Na poprawę też nie można było liczyć. Kto miał się nim
opiekować? Moja sześćdziesięciosiedmioletnia matka czy ja, który pracuję
w innym mieście, czterysta kilometrów od domu? Powinienem rzucić pracę,
zatrudnić się w biedronce - na taką posadę mógłbym liczyć na miejscu - i pełnić przy dziadku dyżury? Nikt, kogo życie nie postawiło w takiej
sytuacji, nie ma prawa mówić, co wolno, a czego nie wolno rodzinie. Dla
nas najlepszym rozwiązaniem okazał się państwowy dom pomocy, gdzie
dziadek ma dobrą opiekę, a my jesteśmy o niego spokojni.
***
Głos pracownika
PAULINA POLEK, psycholog, neurokognitywistka, od piętnastu lat zajmuje
się pacjentami w domach opieki w Warszawie i okolicy:
Dla starszej osoby przeprowadzka do domu opieki jest wielką i najczęściej trudną zmianą. Najlepiej, jeżeli to wspólna decyzja jej i dzieci. Pobyt w ośrodku często poprzedzony jest pobytem w szpitalu, do
którego senior trafia w wyniku nieszczęśliwego wypadku bądź po planowym
zabiegu, który wymaga rekonwalescencji. Niezbędna jest rehabilitacja:
miesięczna, dwumiesięczna. W jej trakcie dociera do starszej osoby, że
sama we własnym domu może sobie nie poradzić, choć nie są to częste
sytuacje. Żyje w iluzji, że powrót do poprzedniego stylu życia jest
możliwy. Słucha zaleceń lekarzy, chodzi na rehabilitację, chce odzyskać
dawną sprawność. Rzadko jednak wraca do formy sprzed. I wtedy zaczyna
myśleć, co będzie dalej.
Wiele starszych osób nie chce być ciężarem dla swoich bliskich,
przynajmniej w okresie rekonwalescencji po leczeniu szpitalnym, więc
motyw: "nie będę martwić bliskich, mają tyle własnych spraw na głowie"
ma duże znaczenie. To bywa sygnałem do decyzji o przeprowadzce do domu
opieki. Oczywiście ważne są poczucie sprawczości i zasobność portfela.
Jedna z pacjentek, z którą pracuję, odwiedziła wiele domów, zanim
wybrała ten, który jej odpowiada. Stać ją, ma oszczędności i wysoką
emeryturę. Jest zadowolona, choć w pensjonacie nie jest idealnie. Skarży
się, że nie smakuje jej jedzenie. Wie jednak, że kiedy będzie
potrzebowała pomocy lekarza, otrzyma ją dużo szybciej, niż gdyby
mieszkała sama i w kryzysowym momencie zadzwoniła na pogotowie. Daje jej
to poczucie bezpieczeństwa, a dla starszej osoby to ważne.
Rozterki przeżywają też dorosłe dzieci. Kiedy rodzic ma wyjść po
dłuższym pobycie ze szpitala, pojawia się pytanie: "Co dalej?". "Ja
pracuję, ty pracujesz, dzieci są na studiach, musimy zarabiać, a nie
mamy warunków, możliwości, żeby zabrać dziadka/babcię/ciocię do siebie i zaangażować się w opiekę". I wtedy zaczynają się poszukiwania docelowego
domu opieki. Tylko gdzie go znaleźć? Na przykład w okolicach Warszawy,
bo tu mieszkają dzieci, czy niedaleko Suwałk, bo tam całe życie spędziła
mama. To są trudne decyzje.
W dużych miastach podejmuje się je łatwiej. Ludzie wiedzą, że są ośrodki
dla seniorów. Dzięki nim rodzice mają opiekę, a dorosłe dzieci normalnie
funkcjonują, wpadają, gdy pozwala im na to czas. Im dalej od
aglomeracji, tym jest trudniej. Stereotyp o przytułkach, gdzie na
ostatnie lata życia oddaje się seniorów, trzyma się mocno. Osoby, które
znajdują rodzicom dom opieki, są piętnowane, nazywa się je wyrodnymi. Z taką łatką trudno żyć.
***
Głos specjalisty
- W naszej kulturze starszej osobie nie wypada zwrócić uwagi. Dorosłe
dziecko nie powie: "Mamo, umyj się, upierz ubranie, bo brzydko
pachniesz". To może zrobić obcy człowiek: opiekunka bądź pielęgniarka -
mówi Ewa Woydyłło, psycholożka, terapeutka uzależnień, autorka
książek.
Na internetowym forum wykończona kobieta napisała, że znalazła ojcu
dom pomocy. Spadła na nią fala krytyki, nienawiści. Dlaczego?
Mówimy tutaj o sile czwartego przykazania: "Czcij ojca swego i matkę
swoją", a także o traktowaniu profesjonalnej opieki jak braku rodzinnej
miłości. Ta problematyka jest nieobecna w codziennej rozmowie. Kiedy
więc ktoś mówi o domach opieki, zostaje zakrzyczany, osądzony. Na pewno
Pan Bóg go pokarze. Dobrze mu tak! Bierze się to stąd, że dla wielu
ludzi państwowe domy są podejrzane, a o prywatnych niewiele wiedzą lub
są one po prostu za drogie.
Odwiedziłam kiedyś dom dla seniorów w Irlandii, kierowany przez
polskiego lekarza i zatrudniający również polskie pielęgniarki. Ośrodek
funkcjonuje jako placówka państwowa i cieszy się bardzo dobrą opinią.
Najwyższe piętra są dla ludzi zdrowych, parter i pierwsze piętro dla
leżących. Nie trzeba być starym i schorowanym, żeby tam zamieszkać.
Można mieć siedemdziesiąt lat i się przeprowadzić, bo ma się wokół
koleżanki, organizowane są imprezy kulturalne i atrakcyjne formy
spędzania czasu. Rano przychodzi ktoś z personelu i pyta: "Jak się pani
czuje? Zje pani śniadanie u siebie czy zejdzie do jadalni?". Kto w domu
zorganizuje seniorowi taką opiekę?
U nas starsza osoba często, niestety, siedzi przed telewizorem albo w przychodni. To zazwyczaj jedyne rozrywki.
Takich atrakcji i kontaktów towarzyskich jak w dobrze zorganizowanym
domu opieki rodzina raczej nie zapewni. Poza tym w naszej kulturze
starszej osobie nie wypada zwrócić uwagi. Dorosłe dziecko nie powie:
"Mamo, umyj się, upierz ubranie, bo brzydko pachniesz". To może zrobić
obcy człowiek: opiekunka bądź pielęgniarka. Rzadko się zdarza, aby
dzieci przez dłuższy czas zajmowały się rodzicami i nie odczuwały
znużenia. Co więcej, opieka - zwłaszcza nad schorowanymi starszymi
osobami - utrudnia jednoczesne zajmowanie się innymi zadaniami
życiowymi, na przykład związanymi z zapewnieniem dzieciom dobrej opieki
i odpowiednim kierowaniem ich rozwojem.
Tym bardziej że stan osób starszych szybko się pogarsza. Jak powinna
wyglądać opieka nad tymi, którzy osuwają się we własny świat, cierpią na
demencję?
Jest takie nowatorskie miejsce pod Amsterdamem, czytałam o nim w "New
Yorkerze". Zamierzam je odwiedzić. Gra tam muzyka poważna, bo
udowodniono, że Mozart, Chopin, Grieg tonizują nerwy, wyciszają. Ten
ośrodek dla seniorów wygląda jak minimiasteczko czy osiedle, działają w nim na przykład sklepy. Starsza osoba dostaje umowną kwotę i może sobie
kupić ulubiony dżem czy ciastka. Jeśli sobie nie radzi, pomaga
ekspedient. A gdy zatęskni za swoim domem i dawnym życiem, opiekunka
mówi: "Świetny pomysł". Nie ma tego, co senior słyszy w polskich domach
opieki, czyli kategorycznego zakazu. Tam opiekunka pomaga się spakować i razem idą na przystanek. Podjeżdża autobus, który jedzie tylko kawałek.
Po chwili się zatrzymuje, ale za oknami jest symulacja podróży: leci
film, obrazy się zmieniają, więc starsza osoba myśli, że faktycznie jest
w drodze. Po pewnym czasie zaczyna się nudzić. Chciałaby wysiąść albo
kolację by zjadła. Zwykle już nie pamięta, dokąd się wybierała. Przez
cały czas jest szczęśliwa: chciała pojechać, pojechała, chciała wysiąść,
wysiadła.
To moralne, że starszą osobę się oszukuje?
Pamiętajmy, że mówimy o ludziach, których możliwości poznawcze są mocno
ograniczone. W artykule padło pytanie, jakie są granice fikcji. Okazuje
się, że nie ma żadnych, ponieważ poczucie komfortu, spełnienia daje
starszej osobie najwięcej wewnętrznego ładu i harmonii, a to jest ważne
na ostatnim etapie życia. Największy konflikt jest wtedy, gdy czegoś się
jej zabrania. Takiego podejścia do osób odchodzących w swój świat uczy
się pielęgniarki, pielęgniarzy i asystentów specjalizujących się w pracy
ze starszymi podopiecznymi.
***
Trudno mi jednak uporać się z myślą, że ludzie starsi - kiedyś zapewne
wykształceni, sprawczy i przebojowi - są traktowani jak dzieci, że się
ich oszukuje. A może na szczęście nie skonfrontowałam się z taką
sytuacją? Być może pod koniec życia najważniejsze są spokój mamy czy
taty i pewność dzieci, że rodzicom nie dzieje się nic złego, że są
szczęśliwi? Może wtedy kłamstwo oznacza coś innego?
***
Głos córki
Niedołęstwo mamy postępowało stopniowo. Pomagałam jej, jak długo mogłam.
W końcu potrzebowała całodobowej opieki, więc musiałam znaleźć jej dom -
rozmowa z Renatą, architektką z dużego miasta.
Najtrudniejszy moment?
Kiedy matka zdała sobie sprawę, że nie poradzi sobie w pojedynkę we
własnym mieszkaniu. To było po drugim złamaniu kości udowej. Lekarze
powiedzieli, że nie będzie chodziła. Przygnębiło ją to, powiedziała, że
nie ma po co żyć. W końcu zgodziła się przeprowadzić do mnie. Do
osiemdziesiątego piątego roku życia była samodzielna, zadbana, biegała
do fryzjera. Lubiła teatr, co tydzień spotykała się ze znajomymi na
brydża.
Co musiała pani zmienić, żeby zaopiekować się mamą?
Wyremontowałam łazienkę, tak by mogła wjechać pod prysznic na wózku
inwalidzkim, wymieniłam drzwi na większe, zamontowałam pochylnię, dzięki
której mogłyśmy wyjść na dwór. Nauczyłam się pomagać jej w toalecie i codziennych czynnościach. Przy kąpieli asystował mój syn, sama nie
dałabym rady. To było trudne, przy nieumiejętnym dotknięciu mama
krzyczała z bólu. Kości miała poskładane na kilka śrub, w jej wieku nie
można było ich wyjąć. Przeszłam już na emeryturę. Kiedyś myślałam, że to
będzie beztroski etap, czas tylko dla mnie. Okazało się, że nadal muszę
pracować, by zarobić na remont, rehabilitację mamy i opiekunkę. Była
niezbędna, gdy szłam do biura.
Dlaczego ostatecznie mama zamieszkała w domu opieki?
To było po trzecim wypadku, tym razem złamała główkę kości biodrowej.
Długo leżała w szpitalu, zrobiła jej się odleżyna, przyplątało zapalenie
płuc. Wydawało się, że to koniec, ale przeżyła. Potrzebna była
dwudziestoczterogodzinna wyspecjalizowana opieka. Na szczęście znalazłam
miejsce w zakładzie opiekuńczo-leczniczym w moim mieście.
Jak mama przyjęła zmianę?
Musiała się pogodzić, choć warunki są, mówiąc eufemistycznie, mało
wytworne. Niewielki pokój dzieli z inną panią. Ma łóżko, szafeczkę,
umywalkę. To wszystko. Może mogłabym poszukać lepszego ZOL-u, ale nie
mam na to siły. Codziennie w porze obiadu przychodzimy do mamy ja albo
prywatna opiekunka. Mam szczęście, od pięciu lat pomaga ta sama pani.
Karmimy mamę, sprawdzamy, czy ktoś przebrał ją z piżamy w ubranie,
przesadził na wózek, dbamy, by pościel była czysta. Nie mam zaufania do
personelu, ale też go nie oskarżam. Obsada jest niewielka, a pracy mają
mnóstwo.
Czuje pani wyrzuty sumienia?
Chcę wierzyć, że na swój sposób mama jest tam szczęśliwa. Miewa gorsze
dni. Przychodzę, a ona mówi: "Byłam wczoraj w Paryżu, miałam na sobie
piękną sukienkę, tańczyłam". Wiem, że osuwa się w swój świat i chyba nie
chcę jej z niego wyciągać. Śmieję się: "Mamusiu, to była szybka podróż,
skoro jesteś już na miejscu, w swoim pokoju". Patrzy na mnie i też
zaczyna się śmiać. Ale bywa racjonalna. Wchodzę, a ona mówi: "Patrzyłaś
dziś w lustro? Co ty na sobie masz?". Wtedy wiem, że to moja mama, która
przez całe życie była krytyczna i dużo ode mnie wymagała.
***
Wizja lokalna
Dom pierwszy
Lokalizacja: dwudziestotysięczne miasto.
Profil: dom pomocy społecznej dla ludzi w starszym wieku i przewlekle chorych, pensjonariusz płaci 70% swoich dochodów.
Koszt: cztery tysiące złotych.
Liczba miejsc: dwieście.
- We śnie chodzę - mówi pan Wiktor. - Odwiedzam rodzinne strony, znajome
miasta. Często towarzyszy mi Alicja. Choć budzę się zmęczony, jakbym
przebiegł maraton, lubię ten sen. Rano chciałbym naprawdę wstać i pójść.
Nie mogę, mam nogi jak z waty.
Jest po pięćdziesiątce, od trzydziestu lat choruje na stwardnienie
rozsiane. Objawy nasiliły się w 2012 roku, wtedy zamieszkał w domu
pomocy społecznej. Alicja to jego partnerka, spotykają się od dziesięciu
lat. W dzieciństwie przeszła chorobę Heinego-Medina, ma zdeformowane
ciało, chodzi o kuli. Codziennie odwiedza Wiktora, przyjeżdża samochodem
dostosowanym do jej niepełnosprawności.
DPS, w którym Wiktor mieszka, to bezosobowy moloch. Kilka pawilonów
połączonych długimi korytarzami. Powstał w latach osiemdziesiątych i na
tym etapie zatrzymał się wystrój. Poza recepcją i holami - te robią
dobre wrażenie na gościach. Wiktor dostał dwudziestopięciometrowe
mieszkanko z łazienką, aneksem kuchennym, balkonem. Warunki byłyby
możliwe, gdyby nie urządzenie. Meble to zniszczone rupiecie: z szafy na
ubrania schodzi brązowa okleina, drzwi kuchennych szafek ledwo trzymają
się na wyrwanych zawiasach, przy łóżku leży ciemny, wytarty dywanik,
któremu przydałoby się porządne odkurzenie. Gospodarz nie awanturuje się
z tego powodu. Przyzwyczaił się. Wiele mu do szczęścia nie potrzeba.
Większość czasu spędza przed laptopem. Na YouTubie wyszukuje romantyczne
ballady, które puszcza Alicji. Przed chorobą był muzykiem, miał piękny
głos. Teraz jest metaliczny, bezdźwięczny. To też z powodu choroby.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki