Oddaję ci swoje serce - Wendy Holden

Kup ebooka

46.00 zł
36.80 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Nie pamiętam, ile miałam lat, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o Holokauście. Jako dziecko wiedziałam, że moi rodzice przeżyli okropną tragedię i dotknęła ich wielka strata. Byłam też mgliście świadoma niezwykłej historii związanej z przeszłością mamy: dotyczyła ona pewnej dzielnej kobiety z Warszawy oraz nastoletniej dziewczyny, której życie owa kobieta uratowała.

Nastolatką była moja mama Ella Frenkiel Złotnik, a jej wybawicielką - Zofia (Zula) Pieńkiewicz. Na przestrzeni lat, kiedy mama dzieliła się ze mną kolejnymi fragmentami wspomnień, na światło dzienne wychodziły nowe informacje. Chłonęłam również wszystko, co podsłuchałam na ten temat w rozmowach matki z przyjaciółmi, którzy - jak ona - przeżyli wojnę. Wiele się od niej nauczyłam: czym są miłość, tolerancja, empatia, przebaczenie i człowieczeństwo.

Gdy byłam dziewczynką, postać Zuli jawiła mi się ogromna, niczym promień światła symbolizujący wszystko, co dobre. Poznałam ją osobiście, mając siedem lat. Zula weszła do naszego nowojorskiego mieszkania z moją mamą pod rękę, prosto z lotniska, ale wcale nie wyglądała tak, jak ją sobie wyobrażałam. Osoba, którą zobaczyłam, nie miała mitycznych rozmiarów, jakich się spodziewałam; była zwykłą starszą kobietą (pięćdziesiąt cztery lata), znacznie niższą niż w moich wyobrażeniach, o ciepłej twarzy i uśmiechniętych oczach. Nie mówiła po angielsku ani słowa. Odtąd jednak, oczarowana, trzymałam się jej niczym przyklejona. Choć jej przecież nie znałam, to rzeczą zupełnie naturalną stało się zwracanie do Zuli per "babciu"; bądź co bądź była osobą najbliższą prawdziwej babci, którą powinnam mieć.

Obie wspomniane kobiety mieszkały ponad sześć tysięcy kilometrów od siebie, lecz Zula nigdy nie przestawała być obecna w myślach mojej mamy; ich pełna miłości relacja na odległość trwała aż do śmierci. Mimo trudności w komunikacji oraz podróżowaniu do kraju za żelazną kurtyną w okresie zimnej wojny mama odwiedziła Zulę na przestrzeni lat kilkukrotnie i była u jej boku w ostatnich chwilach życia. Kiedy wiele lat później zdrowie mojej matki również zaczęło podupadać, nie zdążyłam jej już wypytać o więcej szczegółów na temat doświadczeń czasów wojny ani też zagłębić się w kolejne wspomnienia.

Teraz sama jestem matką Danielle, Ilany oraz Ari, teściową Rona i Shai, ciotką Josha, Rissy, Davida, Alexy, Griffina, Malin i Jake'a, babcią Leory, Elli, Yuvala, Liv oraz Mai. Odczuwam przymus upublicznienia historii Zuli i Elli, pragnienie, aby ich niezwykła spuścizna była przekazywana z pokolenia na pokolenie.

Jestem wdzięczna córce Zuli, Jowicie Pieńkiewicz, za podzielenie się ze mną tyloma szczegółami, iloma tylko mogła - to ponadsześćdziesięciostronicowe spisane świadectwo, które okazało się bezcenne dla upamiętnienia historii mojej matki. Jowita zgodziła się też towarzyszyć pisarce Wendy Holden oraz mnie w licznych podróżach w przeszłość, zarówno w sensie geograficznym, jak i przenośnym (a podjęcie kilku z nich nie było wcale dla niej łatwe). Powiedziała mi kiedyś: "Zasługujesz na tę relację. Spróbuję zarysować ci historię dwóch znających się rodzin oraz okoliczności ich codziennego życia".

Jestem niezmiernie dumna i szczęśliwa, że niezwykłe świadectwo Jowity, wsparte i poszerzone o kwerendę przeprowadzoną przez Wendy, a także o wywiady, w których uczestniczyła moja mama, zostało tak pięknie w tej książce przedstawione. Jest to list miłosny do Zuli i Elli, dwóch kobiet, które nie pozwoliły, aby różnice między nimi stały się powodem rozdzielenia, nie dały się zniszczyć mrokom historii.

Książka Oddaję ci swoje serce wyraża im obu cześć.

Nigdy nie wybrałabym się w tę podróż, gdyby nie miłość i wsparcie mojego męża Marka oraz trojga naszych dzieci. Ich stała zachęta, popychanie mnie ku marzeniu, jakim było ujrzenie owej opowieści w formie spisanej, umożliwiło mi doprowadzenie projektu do końca. Chciałabym również podziękować kilku innym osobom, które w ostatnich latach pomagały mi na różnych obszarach. Dziękuję swemu bratu Mitchelowi Perkielowi za to, że wniósł do książki własne wspomnienia i wrażenia. Szczerą wdzięczność wyrażam Nadii Ficarze z United States Holocaust Memorial Museum za zainteresowanie tą historią, a także za to, że przedstawiła mnie Wendy. Dziękuję ponadto Igorowi Pietraszewskiemu, Dworze Negbi Meneshof, Aline Grossman, Olimpii Novick Sulli oraz Andrzejowi Puchaczowi za wszystko, co zrobili, by wspomóc mnie podczas pisania tej książki.

Oczywiście szczególnie wdzięczna jestem Wendy Holden. Kiedy się poznałyśmy, od razu rozpoznałam w niej nadzwyczajną istotę; posiada ona wrodzoną umiejętność sprawiania, że każdy czuje się ważny i akceptowany. Po przeczytaniu jej książki My, dzieci z obozów (wcześniej wydanej pod tytułem Urodzeni, by żyć) talent pisarski Wendy oraz solidność jej kwerendy stały się dla mnie oczywiste. Każda chwila naszej wspólnej pracy dała mi ogromną radość.

Anita Perkiel Sarna, Nowy Jork, USA

Prolog

Londyn, lato 1970 roku

W hotelowym lobby Ella rozpoznała Jowitę natychmiast. I nie chodziło tylko o płaszcz, który tamta miała na sobie - stare letnie okrycie po Zuli, szerokie w pasie - lecz raczej o uśmiech. Taki sam jak u jej matki. Ella podbiegła i gorąco uściskała gościa z Polski. Przez chwilę jej mąż Romek, który stał z boku i się przyglądał, nie był pewny, czy te dwie kobiety się kiedyś rozdzielą.

- Rozpoznałabym cię wszędzie! - zawołała Ella.

Oczy jej błyszczały.

- Uznałam, że jeśli założę ten płaszcz, mimo upływu lat będzie wiadomo, kim jestem - odparła Jowita.

- Pasuje ci - oznajmiła Ella, natychmiast biorąc pod rękę trzydziestoośmiolatkę, młodszą od niej o osiem lat, po czym dalej podziwiała jej ubiór oraz fryzurę.

Jowita zrewanżowała się takim samym komplementem; obie też skomentowały zieloną jedwabną suknię kobiety, która właśnie minęła je w pośpiechu w drodze do baru.

Zafascynowany Romek zakaszlał, przypominając o swoim istnieniu. Ella, przeprosiwszy, przedstawiła męża. Mężczyzna przekrzywił głowę.

- Przypomnijcie, proszę, kiedy się ostatnio widziałyście.

- Osiemnastego kwietnia tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku - odrzekły unisono. Patrząc sobie w oczy, kiwnęły głowami z pełnym szacunkiem dla pamięci o tym doniosłym dniu.

- Zabrano was w środku nocy - dodała Jowita cicho, wywołując dawno pogrzebane wspomnienie nastolatki o smutnych oczach, którą z czasem uznała za siostrę.

- Tak. - Ella ścisnęła jej ramię. - Tak, to prawda.

Romek się roześmiał.

- Nigdy nie zrozumiem kobiet, jak żyję. Tysiąc dziewięćset czterdziesty czwarty? To prawie trzydzieści lat temu, a wy zachowujecie się tak, jakbyście wczoraj jadły razem obiad. A skoro mowa o jedzeniu, drogie panie, to jestem głodny. Pójdźmy coś przekąsić.

Nadal trzymając się pod ręce, obie kobiety ruszyły za Romkiem do sali jadalnej hotelu Ambassador w pobliżu londyńskiego Marble Arch. Nie przestawały rozmawiać. Ella paliła swoje ulubione papierosy marki Kent, które wyjmowała ze srebrnej cygarniczki wysadzanej kamieniami półszlachetnymi, wskutek czego jeszcze bardziej przypominała gwiazdę filmową. Romek nie palił. Jowita pomyślała, że jest przystojny i wygląda niczym rzymski cesarz. Niepotrzebnie się martwiła, że nie rozpozna jego żony - ładnej, młodej dziewczyny, która mieszkała z nimi podczas wojny. Nie chodziło tylko o oczy. Ella po prostu niewiele się zmieniła. Była piękną, bardzo elegancką kobietą, a jej kręcone jasne włosy stanowiły znak szczególny, który trudno byłoby zapomnieć.

Tego wieczoru Romek pałaszował kolację z wielkim apetytem, ale jego towarzyszki prawie nie tknęły jedzenia. Miały sobie mnóstwo do przekazania - dwie stare znajome spotykające się po latach i darzące się sympatią. Jowita opowiedziała, że wolno jej było wybrać się na Zachód tylko dzięki specjalnemu zezwoleniu. Dowiedziawszy się o jej pracy w Teatrze Telewizji Polskiej i Polskiego Radia, zresztą nagradzanej, British Council zaprosił Jowitę do odwiedzenia brytyjskich teatrów i studiów telewizyjnych, gdzie mogłaby zobaczyć aktorów przy pracy. Gościa zakwaterowano w akademiku studenckim w Oksfordzie. Jowita zdążyła już złożyć wizytę w Royal Shakespeare Company w Stratford-upon-Avon.

Ella mówiła z kolei, że wraz z Romkiem prowadzą interesy także na terenie Zjednoczonego Królestwa. Kilka dni temu wyjechali z domu w Nowym Jorku do Europy, gdzie Romek miał do załatwienia sprawy służbowe, chciał również odwiedzić paru starych znajomych. Dopiero w Londynie po skontaktowaniu się z bratem Zuli, Jerzym, Ella dowiedziała się, że w tym samym tygodniu Jowita przyjedzie do Wielkiej Brytanii pierwszy raz w życiu.

- Nie mogłam uwierzyć w taki zbieg okoliczności! Byłam bardzo szczęśliwa, że znów się spotkamy po tak długim czasie.

- Ja też - odrzekła Jowita wzruszona. - Zdecydowanie zbyt długim czasie.

Pozwoliwszy, aby potrawy stygły im w zatłoczonej restauracji hotelowej, kobiety rozmawiały niemal na bezdechu o wszystkim: począwszy od dzieci, przez pracę zawodową, prowadzenie domów, po przyjaciół, wymieniając wspólnych znajomych, z którymi utrzymywały kontakt od wojny. Romek zrezygnował z zadawania pytań i słuchał uważnie, starając się nadążać.

- Muszę ci coś pokazać - powiedziała Ella, nagle o czymś sobie przypominając. Sięgnęła do torebki, wyjęła z niej portfel, a z niego kruchą kartkę papieru, podobną do bibułki. - Widziałaś to już kiedyś? - spytała, a jej wzrok spochmurniał pod wpływem jakiegoś wspomnienia.

Jowita ujęła ostrożnie kruchy wycinek, z którego krawędzi posypały się drobinki. Z drżącymi rękami zaczęła czytać tekst napisany wyraźnym charakterem pisma swej matki, choć pomniejszonym. Był to wiersz zatytułowany Ogród, który Zula ułożyła podczas wojny w żeńskim oddziale niesławnego gestapowskiego więzienia na Pawiaku w Warszawie. Ella wyjaśniła łagodnie:

- Twoja mama dała mi go w celi, w której siedziałyśmy, zanim nas rozdzielono. Niech spojrzę... To musiał być lipiec tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego... Odtąd się z nim nie rozstaję.

Patrzyła, jak wargi Jowity poruszają się bezgłośnie, gdy czyta słowa Zuli skierowane do Elli, ładnej młodziutkiej Żydówki, dla ratowania której ryzykowała życie - swoje oraz całej swojej rodziny. Elli, jasnowłosej, niebieskookiej, którą z czasem zaczęła traktować jak własne dziecko. Ów poruszający wiersz powstał w czasach wielkiej niepewności, kiedy Armia Czerwona zbliżała się do Warszawy, a naziści podejmowali decyzje, którego z więźniów zlikwidować najpierw - eliminowali bowiem świadków swoich zbrodni. Staranny dobór słownictwa świadczył o bliskości, jaka połączyła te dwie ludzkie istoty więzione w straszliwych warunkach.

Wspólna lektura wiersza po latach spowodowała, że pierwsza pękła Ella, a zaraz po niej Jowita. Siedząc tuż obok siebie, wpatrywały się w przeszłość. Jowita powiedziała później:

- Schylałyśmy się nad tą karteczką, objęte... i nagle wybuchnęłyśmy płaczem... Jakby cała restauracja nagle zniknęła. Jakby nie było tych wszystkich eleganckich, gapiących się z konsternacją ludzi, nawet Romka. Tak naprawdę spotkałyśmy się dopiero w tamtej chwili, wojna znów była z nami.

Opisywała, że Romek, który przeżył kilka obozów koncentracyjnych, zachował stoicki spokój.

- Przeczekał pierwszy wybuch, delikatnie uspokajał innych gości, nieco zaniepokojonych, którzy chcieli wezwać pomoc. Potem podał nam wodę oraz chusteczki, zapłacił rachunek i zabrał nas na górę, do apartamentu. Z tamtego wieczoru nie pamiętam już nic więcej poza tym, że było to prawdziwe spotkanie i że Romek się o wszystko zatroszczył. Przez cały czas siedziałyśmy, obejmując się jak dzieci w schronie przeciwlotniczym.

Owego wieczoru Romek, słuchając nowych szczegółów historii, którą - jak sądził - już znał, podjął decyzję. Niezwykła opowieść o Zuli i Elli musiała zostać przekazana światu. Kiedyś już się o to starał, zapraszając do domu dziennikarza, ale czteroczęściowy reportaż, który wówczas powstał, nie zdołał przedstawić tej historii tak, jak na to zasługiwała.

Był to bowiem dramat utkany z miłości i odwagi, poświęcenia i zaufania. Znalazły się w nim największe potworności wojenne oraz groza Holokaustu. Ryzykowano w tym dramacie wiele i wiele utracono, ale dla dobra tych, którzy przetrwali, oraz dla kolejnych pokoleń - dzieci Romka i Elli, a także dla syna Jowity - kwestią kluczową było, ażeby ta historia nie zaginęła wraz ze śmiercią siedzących przed Romkiem dwóch kobiet. Ich gorzkie łzy spadały na kruchy skrawek papieru, który pewnego dnia zmieni się w pył...