Oddać serce - Lindsay Harrel

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

1 czerwca

Po raz pierwszy w życiu Megan Jacobs poczuła się niemalże odważna. Zaparkowała swojego forda focusa i zgasiła silnik, jednak jej dłonie nadal spoczywały na kierownicy, dłużej, niż było to konieczne. Parking przy sali bankietowej był zapełniony, a w stronę wejścia podążali ludzie ubrani w smokingi i suknie wieczorowe, by wziąć udział w przyjęciu charytatywnym.

Z jednej strony Megan bardzo chciała, żeby wśród nich był Caleb, a z drugiej - miała nadzieję, że go tutaj nie będzie. Jednak prawda była taka, że głównie dla niego tu przyszła. To nie tak, że zbiórka funduszy na szpital, w którym przeszczepiono jej serce, nie była ważnym argumentem, aby się pojawić na kweście. Jednak ostateczną decyzję dotyczącą przyjęcia zaproszenia podjęła po tym, kiedy zobaczyła na Facebooku post informujący, że jej stary kumpel ze szpitala wrócił do domu na weekend. Nadszedł wreszcie czas na przeprosiny.

Megan wypuściła powietrze z płuc, po czym odchyliła osłonę przeciwsłoneczną i spojrzała w swoje odbicie w oświetlonym lusterku. Jej twarz otulały naturalne ciemnobrązowe i falowane włosy. Przez ostatnie trzy i pół roku, które upłynęły od operacji, nieco się zaokrągliła, przez co wyglądała zdrowiej niż kiedykolwiek. Czy Caleb zauważy w niej różnicę?

Drżącą dłonią dotknęła dekoltu swojej czerwonej, satynowej sukienki. Jej palce napotkały bliznę, która biegła od szyi prawie do pępka. Lekarze powiedzieli, że z czasem zblednie. Ale ponad trzy lata później była tak samo widoczna jak zaraz po operacji, niczym pulchna biała gąsienica, która nigdy się nie poruszała.

Chwyciła gładki, lekki szal, który leżał na zabałaganionym fotelu pasażera, i przez chwilę myślała, co by to było, gdyby go jednak zostawiła. Ale w końcu westchnęła, owinęła go wokół szyi i udrapowała, aby ukryć bliznę.

Gdy się pochyliła, żeby wziąć torebkę, jej dłoń musnęła list, który otrzymała w zeszłym tygodniu. I nie mogła się odważyć, by coś z nim zrobić. Przykryła go czasopismem leżącym na podłodze. Pomyśli o tym później. Teraz musiała się skupić na znalezieniu Caleba Watkinsa.

Kiedy wysiadła z samochodu, chwiejąc się na nowiuteńkich szpilkach, otuliły ją blednące promienie zachodzącego nad Minnesotą słońca. Teraz, gdy wreszcie nadeszło lato, dni były coraz dłuższe. Zima w tym roku trwała dłużej niż zwykle, bo jeszcze sypnęła śniegiem na początku maja.

Megan uwielbiała wszystkie pory roku, jednakże odczuwała szczególny związek z zimą. Może dlatego, że najbardziej ją rozumiała - śnieg opadający na ziemię, zasypujący ją i czekający, aż coś się wydarzy. Aż coś się zmieni. Czasami wydawało jej się, że ona tak czekała całe swoje życie.

Ruszyła wolno w stronę holu, a pod jej szpilkami zachrzęściły maleńkie kamyki. Dobiegająca ze środka muzyka poważna zaczęła otaczać ją swoimi dźwiękami. W drzwiach, przy których widniał duży napis wskazujący, że jest we właściwym miejscu, zebrało się kilka osób. Megan przywitała się i weszła do wnętrza eleganckiej sali, w której znajdowało się co najmniej trzydzieści okrągłych stołów okrytych czarnymi, lśniącymi obrusami i ozdobionych kwiatowymi kompozycjami w złotych flakonach. Przy każdym ze stołów było osiem krzeseł, a każde miejsce - oznaczono wizytówką.

W sali było już mnóstwo ludzi, którzy gromadzili się w małych grupkach, trzymając kieliszki z szampanem lub winem. Kelnerzy wchodzili i wychodzili z lewej strony przez wahadłowe drzwi, niosąc srebrne tace i zatrzymując się, by zaoferować gościom przystawki. Za każdym razem, kiedy kelnerzy znikali lub ponownie pojawiali się w drzwiach, z kuchni rozchodził się delikatny zapach smażonej wołowiny.

Z trudem stawiała nogę za nogą, ukradkowo wyszukując wzrokiem kogoś, kogo znała - a konkretnie chudego mężczyznę o ciemnych włosach, który zawsze potrafił ją rozśmieszyć, nawet w najgorsze dni. Megan podążała w kierunku rogu zatłoczonej sali. Radzenie sobie z kardiomiopatią przerostową przez tak długi okres jej życia nie dawało wielu okazji do uczestnictwa w eleganckich spotkaniach towarzyskich takich jak to i jak dotąd nie odnalazła wśród zaproszonych gości nikogo znajomego. Może Caleb w ogóle się nie zjawi.

Instynktownie położyła dwa palce na nadgarstku. Przez piętnaście sekund liczyła puls i pomnożyła go przez cztery. Dziewięćdziesiąt uderzeń na minutę. W normie, choć trochę więcej niż zwykle. Wyjęła mały notes ze swojej torebki i zanotowała najnowsze dane. Niektórzy mogliby nazwać to niepotrzebnym nawykiem, który pojawił się w ciągu pierwszego roku po operacji, gdy lekarz zalecił jej monitorowanie rytmu serca po posiłkach i kiedy przyjmowała lekarstwa. Sugerował jej wtedy kupno urządzenia sprawdzającego tętno firmy Fitbit - które nie wymagałoby od niej zachowania czujności. Nie zgodziła się na nie. Gdyby korzystała z tego urządzenia, mogłaby kompletnie zapomnieć o konieczności kontrolowania pulsu - a nie chciała sobie pozwolić na taką swobodę.

Megan zamknęła pióro i wepchnęła je wraz z notesem do torebki. Odetchnęła głęboko. Czas znaleźć miejsce.

Odszukała wzrokiem rozkład miejsc, po czym krokiem pewniejszym, niż jej się wydawało, skierowała się do pierwszego rzędu stolików, szukając swojej wizytówki. Była tak skupiona, że nawet nie rozglądała się wokół i naraz wpadła prosto na kogoś wysokiego i solidnie zbudowanego.

- Och! - Ból przeszył jej nos. Zamknęła oczy i się cofnęła. - Przepraszam.

Przytrzymywały ją czyjeś ramiona. 

- Meg?

Poznałaby ten głos wszędzie. Otworzyła oczy i spojrzała w górę. Swoimi szmaragdowymi oczami patrzył na nią Caleb.

Och... Nie był już jej bladym, chudym przyjacielem z bujną czupryną, który potrzebował nowego serca. Jego policzki nie były już zapadnięte. Miał modnie obcięte włosy, a jego skóra przybrała ładny brązowy odcień. Dopełnieniem nowego wyglądu był dobrze skrojony garnitur otulający umięśnioną sylwetkę, jakiej nigdy wcześniej u niego nie widziała. Na Facebooku nie było żadnych jego ostatnich zdjęć. Jedyne fotografie to te, które sam zrobił jako profesjonalny fotograf. Była zupełnie nieprzygotowana na tę metamorfozę. Szczerze mówiąc, wyglądał cudownie.

Megan nerwowo zamrugała i stanęła jak wryta, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. Nie rozmawiali ze sobą od ponad roku, więc ich koleżeńska relacja się ochłodziła. Pamięta, że zadzwonił wtedy i poprosił ją, żeby pracowała z nim w Londynie. Zawsze o tym marzyli, więc zgodziła się, jednak na tydzień przed wyjazdem zmieniła zdanie, zostawiając go w trudnym położeniu, gdyż na ostatnią chwilę musiał szukać nowego pisarza.

- Meg? Wszystko w porządku? - Caleb przyjrzał się jej twarzy, ściągając w zmartwieniu brwi.

Opuściła dłoń.

- Tak - odpowiedziała drżącym ze zdenerwowania głosem, po czym odchrząknęła. - Tak, wszystko w porządku. Przepraszam, że wpadłam na ciebie. To znaczy za to, że dosłownie wpadłam na ciebie. Nie chodzi o to, że żałuję, że cię widzę. 

"O matko..." Z każdą minutą było coraz gorzej. I co teraz? Ma go przytulić? Przybić piątkę jak kiedyś? Odwrócić się i uciec przez frontowe drzwi, nie oglądając się za siebie?

Zawładnął nią kompletnie inny rodzaj niepokoju niż ten, który odczuwała wcześniej tego wieczoru. Prawie jak... Ale to nonsens. To był Caleb. Chłopak, który był jej nastoletnim przyjacielem ze szpitala, chłopak, który wielokrotnie wjeżdżał o drugiej w nocy swoim wózkiem inwalidzkim do jej sali szpitalnej, aby wspólnie zjeść zakazaną pizzę. Przyjaciel, z którym spędziła wiele godzin w szpitalnym ośrodku dziecięcym, gdzie przeglądali stare wydania National Geographic i marzyli o tym, jak będzie wyglądało ich życie, gdy otrzymają nowe serca. 

Caleb dostał swoje serce pięć lat temu. Razem cieszyli się jego szczęściem. Jednak niezwykle trudno było patrzeć, kiedy wyszedł ze szpitala i natychmiast zaczął robić wszystko to, o czym wspólnie marzyli - bez niej. Oczywiście nie było sensu mieć mu tego za złe. Poza tym podczas jej rekonwalescencji po przeszczepie dzwonił do niej i ją wspierał. Niestety rok temu, kiedy poprosił ją, żeby do niego dołączyła, stchórzyła. Dlatego dzisiejszego wieczoru pojawiła się w tym miejscu, aby naprawić błąd z przeszłości.

"Wystarczy". Megan zrobiła krok naprzód i przytuliła się do jego klatki piersiowej. Otoczył ją ramionami i przez chwilę czuła się jak w siódmym niebie. Hałas dobiegający z sali osłabł.

Kiedy się odsunęła, hałas powrócił. Caleb się uśmiechnął, ale jego rysy wydawały się napięte. 

- Miło cię widzieć.

- Ciebie też. - Chciała powiedzieć coś więcej, ale jak mogła przejść od "cześć" do "przepraszam" w ciągu dwóch sekund?

Crystal wiedziałaby, jak się zachować. Weszłaby do sali z podniesioną głową, jakby była u siebie. Zupełnie inaczej niż Megan, która przestępowała z nogi na nogę i skubała skórki przy paznokciach. No ale przecież jej siostra bliźniaczka zawsze była jej przeciwieństwem pod każdym względem. 

Megan chwyciła pasemko swoich włosów zwisających nad karkiem. 

- J-jak się masz?

- Wiesz, realizuję swoje marzenia. - Caleb zachichotał, ale w jego śmiechu coś brzmiało nie tak. Nerwowo bawił się zawiązaną na szyi muszką.

- To świetnie. - Wyczuła udawany optymizm w swoim głosie. - Nadal pracujesz jako niezależny fotograf? - Jakby nie śledziła jego profilu na Facebooku i nie widziała wspaniałych zdjęć z całego świata, które opublikował: niesamowitych krajobrazów, niebezpiecznych zwierząt, obcokrajowców, cudów świata.

Wszystkie miejsca, o których mówili, że "kiedyś" razem zobaczą, on już widział. A ona była zajęta... robiąc co?

- Tak, właśnie wróciłem z Kamerunu. - Na wargach Caleba zagościł uśmiech. - Nie uwierzyłabyś, jak tam jest zielono. I ludzie są tacy przyjaźni. Miałabyś o czym pisać w swoim dzienniku.

Powróciła do wspomnień z pobytu w szpitalu, kiedy mnóstwo razy wieczorami wspólnie oglądali w telewizji Travel Channel. Megan chłonęła wtedy każdy szczegół na ekranie, a następnie spisywała wszystko, co ją urzekło. Caleb czytał jej "reportaże", rozmyślając nad zdjęciami, które by zrobił, aby je uzupełnić. Ale minęły lata, odkąd ostatni raz miała w rękach swój dziennik.

- Z pewnością.

- Nadal pracujesz w bibliotece?

- Tak. U mnie nic się nie zmieniło.

Od czasów szkoły średniej Megan była asystentką w małej wypożyczalni w jej rodzinnym mieście, a mimo że uzyskała online tytuł licencjata z anglistyki, nadal otrzymywała minimalne wynagrodzenie. Co więcej, w wieku trzydziestu dwóch lat wciąż mieszkała z rodzicami bez żadnych konkretnych planów na wyprowadzkę. Oczywiście chciała się usamodzielnić zaraz po tym, jak tylko poczuje się na siłach. Niestety oczekiwanie na takie dni zamieniły się w tygodnie, miesiące, a nawet lata, a ona nadal tkwiła w tym samym punkcie. Z każdą chwilą jej życie wydawało się coraz bardziej żałosne.

Caleb zmarszczył brwi. Otworzył usta, aby coś jeszcze powiedzieć, jednak cokolwiek by to nie było, nie zmieni faktu, że czuła się już wystarczająco zawiedziona samą sobą. Nie mogłaby znieść dodatkowego ładunku rozczarowania od najlepszego przyjaciela z dawnych lat.

- Tu jest naprawdę duszno. Potrzebuję odetchnąć. - Odwróciła się na pięcie i przecisnęła przez tłum. 

Wyszła na balkon, wciągając głęboko świeże powietrze. Jej płuca zdawały się płonąć.

- Meg, poczekaj.

Oparła się o betonową poręcz odwrócona plecami do mężczyzny.

Caleb zbliżył się do niej i położył łokcie na poręczy. Zapach jego wody kolońskiej unosił się na wieczornym wietrze. Był to lekki aromat, którego nie znała. Nieznajomy, ale przyjemny. 

- Możemy zacząć od nowa?

Megan przechyliła głowę w stronę Caleba. W jego oczach dostrzegła wyrzuty sumienia. Przytaknęła i przygryzła dolną wargę.

- Pięknie dziś wyglądasz.

Zarumieniła się i szybko odwróciła wzrok, spoglądając daleko przed siebie.

- Dzięki. 

Powinna mu też powiedzieć coś miłego. 

- Ty też wyglądasz nieźle. 

- Wiem.

Zaśmiała się i żartobliwie musnęła dłonią jego ramię.

- Ale jesteś skromny. 

Wreszcie... było po staremu.

- Jednak i tak wolę mieć na sobie zwykłe dżinsy i koszulkę. - Rozejrzał się wokół siebie, po czym odpiął muszkę i włożył ją do kieszeni. Po chwili rozpiął też kilka guzików swojej śnieżnobiałej koszuli. - W końcu. Teraz znowu mogę oddychać. 

Spod rozchylonej koszuli widać było bliznę po przeszczepie, ale najwyraźniej nie czuł się tym skrępowany. 

Zapadła cisza. "Teraz albo nigdy, Megan". Odwróciła się w jego stronę, opierając się biodrem o poręcz.

- Calebie, przyjechałam dziś wieczorem, żeby się tobą zobaczyć.

- Naprawdę?

Przytaknęła. 

- Przykro mi z powodu tej sprawy z Londynem - wydusiła.

Przez chwilę milczał. 

- O co chodziło?

Widok tak silnego, prężnego i spełniającego swoje marzenia Caleba... obudził w niej tęsknotę. Tak bardzo pragnęła mieć choćby połowę jego odwagi.

- Byłam przekonana, że nie doszłam do pełni zdrowia. To była "przygoda na później". 

- Myślałem, że minęło już wystarczająco dużo czasu, abyś wydobrzała. Po dwóch latach od operacji powinnaś była już dojść do pełni sił. Poza tym z naszych SMS-ów i rozmów telefonicznych jasno wynikało, że twój lekarz był naprawdę pod wrażeniem twoich postępów. Nigdy nie chciałem na ciebie naciskać.

- Nie naciskałeś. - Zaczęła nerwowo chodzić tam i z powrotem, a po chwili wyrzuciła z siebie wszystko, co od dawna leżało jej na sercu: - Prawda jest taka, że gdzieś w głębi duszy odczuwam strach przed nawrotem choroby. Ale chodziło też o coś więcej. Chciałeś, żebym przyjechała do Londynu i przeżyła największą przygodę mojego życia, i opisała to w gazecie.

Caleb podrapał się za uchem. 

- Nie rozumiem cię. Czy nie o tym rozmawialiśmy od wielu lat? Ja fotografuję, ty piszesz? A kiedy pojawiła się doskonała okazja, zrezygnowałaś z niej.

- Bardzo chciałam spełnić swoje marzenia, ale strach zwyciężył. Bo kim ja jestem, żeby pisać? Ja, która nigdy nigdzie nie byłam ani niczego nie dokonałam? Która od matury wciąż mieszkam z rodzicami i pracuję w tym samym miejscu? Która przez lata pisałam niezliczone artykuły i miałam odwagę pokazać je jedynie tobie i swojej rodzinie... i nigdy ich nigdzie nie opublikowałam? 

Caleb przez chwilę milczał. 

- Powiedziałaś, że jest ci przykro. Czy to znaczy, że żałujesz swojej odmowy, czy raczej masz wyrzuty sumienia ze względu na mnie, że znalazłem się w trudnej sytuacji?

Jej oczy wypełniły się łzami, które zaraz też zaczęły spływać po policzkach. Wytarła je dłonią.

- Żałuję wszystkiego.

- Dlaczego więc nic nie zrobiłaś, aby to zmienić? Dlaczego nie wysłałaś do jakiejś redakcji choć jednego ze swoich tekstów? Nie pojechałaś gdzieś, żeby zdobyć doświadczenie? 

"Pytania za milion dolarów". 

- Nie potrafię tego wyjaśnić. Po prostu utknęłam. Za każdym razem, kiedy chcę iść naprzód, coś mnie powstrzymuje. Nie chodzi tylko o pisanie. Nie mogę nawet zdobyć się na odwagę, by poznać rodzinę mojego dawcy. - Przez głowę przemknął jej obraz listu czekającego w samochodzie. Jeszcze jedna pozycja do jej długiej listy porażek. Nadal nerwowo chodziła w tę i z powrotem. 

Caleb delikatnie ją zatrzymał i poprowadził w stronę krawędzi balkonu. 

- Kontaktowali się z tobą?

- Janice Harding przekazała mi list, który napisali kilka tygodni temu. Powiedzieli, że są gotowi się ze mną spotkać.

- Poznanie rodziny mojego dawcy było dla mnie zbawienne. - Caleb się zawahał. - Oczywiście każdy inaczej reaguje, ale myślę, że mogłoby to być dla ciebie czymś dobrym. 

- Może. 

Janice, pełnomocniczka do spraw rodzin dawców w programie transplantacyjnym, dołączyła do listu swoją własną notkę. Napisała, że następny ruch należy do Megan. Musi podjąć decyzję o spotkaniu z nimi. O spotkaniu, o które nigdy nie prosiła i którego propozycja spadła na nią jak grom z jasnego nieba. Lecz jak mogła odmówić tym ludziom?

To było coś o co babcia, gdyby żyła, kazałaby jej się modlić. Ale po co to wszystko? Bóg i tak zrobi, co będzie chciał, czy będzie się do Niego modliła, czy nie.

Caleb wyciągnął ręce i ścisnął dłoń Megan. Ten czuły dotyk był jej dobrze znany, ale nie ogień, który wywołały jego opuszki palców dotykające jej skóry. 

- Jeśli szukasz sposobu na "odblokowanie", może to być dobry pomysł na start. 

Nie zrozumiał jej. A może faktycznie rozumiał. 

- Ale jak mam się tam u nich pojawić. Mam być dla tych ludzi żywym wspomnieniem kogoś, kogo stracili? Nie wiem zbyt wiele o mojej dawczyni, poza tym, że była osiemnastoletnią dziewczyną, która miała przed sobą całe życie. Jak jej rodzina będzie się czuć, kiedy się dowie, że absolutnie nic nie zrobiłam z moim życiem, które ich córka czy siostra uratowała? 

To prawda, ukrywała się. Chowała się w domu rodziców, w bibliotece, uciekała przed życiem.

Odwróciła się w stronę rozświetlonej panoramy miasta Rochester. Gdzieś tam czekała rodzina na zamknięcie pewnego etapu w ich życiu. Etapu, który tylko ona mogła pomóc im zamknąć. Być może powinna zrobić swój pierwszy krok i w końcu znaleźć w sobie odwagę, której szukała od lat.

Rozdział drugi

Jeśli chodzi o bóle brzucha, to poziom cierpienia Crystal Ballinger był poza skalą. Jęknęła i zwinęła się w kłębek na łóżku. Jedną ręką próbowała w ciemnościach znaleźć na szafce nocnej pastylki na obniżenie poziomu kwasów żołądkowych. Bez problemów odkręciła wieczko, wyciągnęła tabletkę i włożyła ją do ust, żując do momentu, aż okropny proszek pokrył jej język. Potem leżała przez chwilę, pozwalając odpłynąć resztkom snu.

Dlaczego Briana nie było w łóżku? Czyżby poszedł już do kościoła? Zwykle mówił, kiedy wychodził.

Dzisiaj była niedziela, prawda? Nie, zaraz. Zeszłej nocy wyszedł na dwudziestoczterogodzinny dyżur do remizy. Więc dzisiaj był poniedziałek.

- Która jest godzina?

Nikt jej nie odpowiedział, ale kot leżący na krańcu łóżka wyraził dezaprobatę, kiedy Crystal gwałtownie się podniosła i złapała za telefon. 

Ósma szesnaście. I kilka wiadomości od Tony'ego, w których pytał, gdzie jest. O nie!

Pomimo bólu żołądka Crystal zerwała się na równe nogi i z grymasem cierpienia na twarzy pobiegła w stronę garderoby. Zapaliła światło i rozglądnęła się za ubraniem, które przygotowała na dzisiaj. Kiedy je zlokalizowała, pospiesznie zdjęła z siebie piżamę i w szaleńczym tempie zaczęła wsuwać nogi w nogawki spodni od kostiumu. Niestety pośpiech sprawił, że niefortunnie zaczepiła stopą o tył spodni, rozdzierając materiał.

"Nie, nie, nie". Zsunęła z siebie spodnie i bacznie im się przyjrzała. Rozdarcie było tak duże, że kompletnie nie nadawały się do założenia. Crystal odrzuciła je na bok i sięgnęła po inną parę, która pasowała do marynarki, ale nie było ich na wieszaku. Miała je na sobie w piątek, czyż nie? Tak, wepchnęła je przecież do torby wraz z innymi spodniami, które zamierzała zabrać do pralni chemicznej. Tylko że w ten weekend nie miała czasu, aby tam pójść, ponieważ od świtu do północy pracowała nad projektem Hoffmana. To był koszmar.

Nie miała innego wyjścia. Mocnym szarpnięciem wyciągnęła z torby parę spodni z piątku i ostrożnie założyła je na siebie, do tego wybrała białą bluzkę oraz dopasowaną marynarkę, a na nogi wsunęła szpilki. Kiedy przyjrzała się swojemu odbiciu w lustrze, jęknęła ze złości. Pozostała jej tylko nadzieja, że Leonard Hoffman będzie bardziej zainteresowany projektami remontu nowojorskiego banku aniżeli jej pomiętymi spodniami.

Podbiegła do frontowych drzwi, chwyciła swoją torbę z laptopem i torebkę i popędziła w stronę stacji metra. Z każdym krokiem jej ciało błagało o kawę. Kawa. Kawa. W końcu dotarła na peron i wsiadła do wagonu - zatłoczonego i cuchnącego czymś, czego nawet nie umiała określić - i przywarła do poręczy. Pociąg ruszył pełną parą, ale i tak nie była to wystarczająca prędkość. Crystal wysłała Tony'emu wiadomość, w której poinformowała go, że będzie na czas. Modliła się - nie, miała nadzieję - że się nie myliła. Dzięki Bogu, miała przy sobie cały arsenał kosmetyków do makijażu. Zrobiła wszystko, co w jej mocy, aby jedną ręką nałożyć podkład i róż na policzki i pomalować szminką usta. Następnie psiknęła sobie do ust miętowym odświeżaczem i przejechała dłońmi po przedwczorajszej fryzurze, układając ją w luźny kok i spinając długopisem, który wygrzebała z dna torebki.

W końcu dojechała do swojego przystanku i wyskoczyła na peron. Spojrzała na zegarek i skierowała się w stronę schodów prowadzących do wyjścia. Z każdym stopniem coraz radośniej witały ją promienie porannego słońca. Do prezentacji jej projektu pozostało około dziesięciu minut. Crystal przeciskała się przez tłum, mijając dzieci idące do szkoły, matki z wózkami i niezliczonych biznesmenów i kobiety. 

- Przepraszam... Przepraszam...

W końcu dotarła do budynku. Gdy zobaczyła tłum czekający na windę, zdecydowała się wbiec na dziesiąte piętro w swoich dziesięciocentymetrowych szpilkach. Z trudem łapała powietrze w dusznej klatce schodowej.

Jej pierś poruszała się szybko z każdym oddechem, kiedy Crystal z rozmachem otworzyła ciężkie metalowe drzwi prowadzące do biur. Ból żołądka nasilił się w najmniej odpowiednim momencie, ale nie powstrzymał jej przed kolejnymi szaleńczymi krokami. Była prawie na miejscu - dwie minuty przed czasem. Gdy wpadła do pomieszczeń firmy architektonicznej Samson Group Architectural, pracownik sekretariatu, Todd, niemal zaniemówił na jej widok. Zdołał jedynie wydusić z siebie jedno słowo: 

- Co...

- Nie chcę tego słuchać. - Crystal wyprostowała się i zwolniła tempo. 

Jeśli Leonard Hoffman już tu był, to ostatnią rzeczą, jakiej chciała, było spłoszenie go. Pierwsze dobre wrażenie w jej wykonaniu było nieosiągalne - mogła sobie wyobrazić, jak okropnie się prezentowała ze spoconymi pachami i zaniedbanym wyglądem.

W końcu dotarła do głównej pracowni, gdzie stały rzędy biurowych boksów. Jedni architekci krzątali się to tu, to tam, inni rozmawiali przy dystrybutorze z wodą, a jeszcze inni wisieli na telefonach. Stażystka Jamie zauważyła ją jeszcze w korytarzu i szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia. Crystal dotarła do swojego biurka, wyjęła z torby laptopa i wydrukowany projekt, po czym rzuciła pustą torbę na krzesło. Odwróciła się i ruszyła korytarzem w stronę sali konferencyjnej, z której dobiegał głos Tony'ego. Kiedy weszła do środka i zobaczyła wewnątrz tylko jego i Jamie, odetchnęła z ulgą.

- Jamie, potrzebuję kawy. Natychmiast. Proszę.

Dziewczyna od razu wyszła z pokoju.

Szef zmrużył oczy. 

- Gdzie byłaś?

- Nie widziałeś mojego SMS-a? - Crystal odstawiła laptopa i schyliła się, by wziąć właściwe kable. - Zaspałam. Zeszłej nocy siedziałam długo w pracy i chyba wyszłam nad ranem. Bardzo mi przykro. - Skutecznie unikała jego wzroku, skupiając się na wkładaniu przewodów do właściwych gniazd w swoim komputerze. Nie był to czas, aby pokazać się jako niekompetentna osoba, zwłaszcza kiedy miała awans na wyciągnięcie ręki.

- Masz szczęście, że klient jeszcze nie dotarł. Właśnie przyjechał do miasta. Lot był opóźniony. 

Posłała mu zmęczony uśmiech. 

- Widzisz? Wszystko się udało. 

Niektórzy mogliby powiedzieć, że udało się jej, bo czuwa nad nią dobry Bóg, ale Crystal wiedziała lepiej.

Kliknęła na właściwy plik z prezentacją, który po chwili załadował się i wyświetlił na ekranie. Poszło. Zrobiła to. Chwyciła się za brzuch i skrzywiła.

Tony zmarszczył brwi i uważnie jej się przyjrzał. 

- Znowu twój żołądek?

- Nic mi nie jest. 

Prawdopodobnie paskudna choroba wrzodowa. Mama też kiedyś przez cały czas je miała i mówiła, że to przez stres. Nic dziwnego, martwiła się wtedy o Megan. Nie byłoby to niespodzianką, gdyby Crystal też miała wrzody żołądka ze stresu przez pracę, którą ostatnio wykonywała. Gdyby Brian o tym wiedział, namawiałby ją na wizytę u lekarza, ale nigdy nie było na to czasu. Poza tym miała ból pod kontrolą, łykając swoje pastylki.

- Wyglądasz okropnie. Hoffman spodziewa się Młodszego Architekta Dwa Tysiące Siedemnastego Roku, nie bezdomnej. 

Jej policzki zalała fala gorąca. 

- Pozwól, że wyjdę i ogarnę się trochę. 

Nie czekając na odpowiedź szefa, szybko wybiegła z pokoju... i wpadła prosto na Jamie. Kawa z kubka w jej dłoniach wylała się na bluzkę i żakiet Crystal. Nie mogła powstrzymać pisku wydobywającego się z jej ust.

Jamie się cofnęła. 

- O nie! Nie chciałam... To był wypadek. Pójdę po papierowy ręcznik albo coś innego do wytarcia. 

- Nie ma sprawy. I tak idę do łazienki. - Jakby pomięte spodnie i niechlujny makijaż nie wystarczyły...

Kiedy zbliżała się do holu, zauważyła kilka kobiet siedzących na kanapach i trzymających skórzane aktówki na kolanach. Mogły być potencjalnymi klientkami albo współpracownicami pana Hoffmana. W żaden sposób nie może im się tak pokazać. Odwróciła się na pięcie i szybko zawróciła do swojego boksu biurowego. Co mogła zrobić z poplamioną bluzką?

Zza rogu wyszła Jamie. 

- Pan Hoffman i jego zespół są tutaj. - Dziewczyna wyglądała na przerażoną.

Crystal zatrzymała wzrok na czerwonawopomarańczowym swetrze stażystki. Nie pasował do stylu Crystal, ale jaki miała inny wybór? 

- Jamie, potrzebuję twojego swetra. Pospiesz się! - krzyknęła głośniej, niż zamierzała. - Proszę.

Dziewczyna natychmiast przystąpiła do działania, odsłaniając pod swetrem golf z krótkim rękawem. Crystal rozpięła żakiet i odrzuciła go na bok, po czym naciągnęła sweter Jamie na poplamioną bluzkę. Sweter był wykonany z najbardziej gryzącego materiału, jaki Crystal kiedykolwiek nosiła - gdyby miała zgadywać, powiedziałaby, że to poliester - ale szybkie spojrzenie w dół uświadomiło jej, że przynajmniej pokrył odrażającą plamę.

- To musi wystarczyć. Dzięki

Natychmiast wyszła ze swojego boksu, zostawiając za sobą Jamie, i skierowała się w stronę sali konferencyjnej. Kiedy weszła do środka, Tony i Landon - inny partner - rozmawiali z dystyngowanym około siedemdziesięcioletnim dżentelmenem i dwoma kobietami, które Crystal wcześniej widziała w holu. Mężczyzna miał na sobie garnitur od Armaniego i pachniał kubańskimi cygarami.

Crystal uśmiechnęła się szeroko i podeszła do niego, podając dłoń na przywitanie. 

- Crystal Ballinger. Jest mi niezmiernie miło, że w końcu pana poznałam, panie Hoffman.

Przywitał się, uniósł jedną brew i skinął głową.

- Wzajemnie. Słyszałem wspaniałe rzeczy o pani pracy. 

- Dziękuję panu. Mam nadzieję, że się pan nie zawiedzie. 

To było to. Jeśli doskonale sobie poradzi z tą prezentacją, Tony wreszcie awansuje ją na starszego architekta. Od tylu lat ją do tego przygotowywał, a wraz z odejściem Karen w zeszłym tygodniu, awans miała na wyciągnięcie ręki.

Crystal rozpoczęła prezentację. W ciągu ostatnich kilku tygodni wyszukiwanie właściwych pomysłów w jej przemęczonym mózgu było nie lada wyzwaniem, jednak udało jej się wymyślić coś naprawdę dobrego. Brianowi nie podobało się, że ślęczy długie godziny nad pracą, ale obiecała mu, że trochę zwolni po tym, jak projekt dla Hoffmana zostanie przyjęty, a ona dostanie upragniony awans. Obiecała mu nawet, że w końcu będą mogli zaplanować wyjazd do jej rodziny w Minnesocie. 

Brian nie miał własnej rodziny, dlatego tak bardzo mu zależało na tym, aby poznać jej krewnych. Jednak Crystal na samą myśl o spotkaniu z Megan i rodzicami dostawała rozstroju żołądka. Cóż, jeśli ludzie naprawdę się kochają, to idą na kompromisy, a ona kochała swojego męża z taką intensywnością, że czasami ją to przerażało. Nie była jednak dobra w okazywaniu mu swojej miłości. Ale poprawi się. Był to jeden z punktów na jej liście rzeczy do poprawienia.

Przebrnęła przez prezentację. Miała wielką nadzieję, że pan Hoffman zauważył, że pomimo jej wyglądu jej praca mówi sama za siebie.

W odróżnieniu od innych klientów tego człowieka trudno było rozszyfrować, ale od samego początku, kiedy siedem lat temu zaczęła pracować w Samson Group, zawsze udawało jej się pozyskać nowego kontrahenta. Pomimo braku kawy i bólu, który kłuł ją w żołądku jak igła, prezentacja była doskonała. Pokazała ostatni slajd.

- Z przyjemnością odpowiem na wszelkie państwa pytania.

W pomieszczeniu zrobiło się cicho. Pokerowa do tej pory twarz pana Hoffmana wyrażała dezaprobatę, a do świadomości Crystal wślizgnęło się zwątpienie. Mimo to jej uśmiech nadal był przyklejony do ust.

- Mam jedno pytanie. - Pan Hoffman splótł palce, opierając dłonie na stole konferencyjnym. Jego spojrzenie natychmiast zburzyło u Crystal pewność siebie.

"Bądź silna. Bądź spokojna. Nie pozwól mu zobaczyć, jak się pocisz". 

- Tak, proszę pytać.

- Chcę wiedzieć, gdzie pani ukrywa tę młodą, bystrą architekt, o której tyle słyszałem.

Czy miał na myśli Meredith, inną młodszą architekt, która była jej główną konkurentką do awansu?

- Przykro mi. Nie...

- Ta prezentacja to było coś, czego mógłbym spodziewać się od ucznia szkoły średniej. 

Każde słowo wywiercało dziurę w masce pewności siebie, którą Crystal jeszcze miała na twarzy. Ból ściskał jej żołądek. Wypuściła przez zęby powietrze z delikatnym syczeniem. 

- Tak mi przykro, że nie spełniłam pana oczekiwań.

Tony dostrzegł grymas na jej twarzy i stanął w jej obronie. 

- Jako jedna z naszych najbardziej utalentowanych młodszych architektów Crystal ostatnio tonęła w morzu pracy, podejmując się zadań dla pracownika z dwukrotnie większym doświadczeniem. Być może nie daliśmy jej wsparcia, którego potrzebowała, aby przygotować należycie pański projekt. Czy zechciałby pan dać nam kolejny tydzień na złożenie bardziej atrakcyjnej propozycji? 

- Nie sądzę. - Pan Hoffman wstał, a za nim jego współpracownicy. - Pani Ballinger, słyszałem, że jest pani jednym z najbardziej kreatywnych umysłów w branży, a pani umiejętności wykraczają znacznie poza kompetencje pani kolegów. - Z niesmakiem rzucił jej projekt na biurko. - Chyba się przesłyszałem. Miłego dnia. 

Odwrócił się i wyszedł z sali, a jego współpracownicy pospieszyli za nim.

Crystal bezsilnie opadła na najbliższe krzesło. Spojrzała na Tony'ego, który siedział ze zmarszczonymi brwiami. 

- Przykro mi.

Tony zdjął okulary i dotknął oprawek. 

- Mnie też. - Postukał krawędzią swoich okularów o dębowy stół. - On miał rację. To nie była najlepsza robota. 

W głębi duszy wiedziała o tym. 

- Harowałam dzień i noc nad tym projektem, żeby był doskonały. Po prostu... - Zamilkła. 

Nie mogła powiedzieć swojemu szefowi, że nie ma pomysłów, że tak bardzo próbowała, ale nie umiała wykrzesać z siebie ani odrobiny inspiracji, aby się obronić. Nawet najlepsi architekci nie wypalali się po siedmiu latach pracy, owszem, zdarzało się, że po dwudziestu. Ale po siedmiu?

Po prostu będzie musiała bardziej się postarać. Stworzyć nowy plan. Przypomnieć sobie, że ma własny los pod kontrolą. To zawsze działało w przeszłości. I musi zadziałać teraz.