ROZDZIAŁ 2 KORPORACYJNE BEZPRAWIE
Podejście do szklanego, rekordowo wysokiego wieżowca o smukłej bryle w południowej części centrum Neoport było standardowo obstawione przez korpogliny. Sensory wieżyczki automatycznej zamontowanej na szczycie transportera opancerzonego leniwie skanowały przestrzeń publiczną przed budynkiem. Trzech gości w kombinezonach klasy militarnej, z bronią krótką przy biodrach stało przy bramkach bezpieczeństwa, a kolejnych trzech, w tym ich dowódca, siedziało wewnątrz auta i odczytywało zapiski sensorów. Gdyby zaszła taka potrzeba, byli w stanie zareagować w mgnieniu oka. Ale od lat takowej nie było.
Elysia bardzo dobrze to wszystko wiedziała. W końcu pracowała w dziale bezpieczeństwa tutejszego oddziału korporacji Black Union Arms. Firma ta, mająca swoją główną siedzibę w SeaCouver na Ziemi, zajmowała się głównie produkcją broni oraz wyposażenia żołnierzy i policjantów.
Głównie, gdyż poboczną działalnością korporacji były usługi z zakresu zapewniania bezpieczeństwa, cokolwiek kryło się pod tym pojęciem. Dlatego tutaj, na planecie Eterya, gdzie ziemski rząd zauważył pewien problem z niepokojami, armia Sojuszu Ziemskiego po ogromnych perypetiach zakontraktowała Black Union Arms do zapewnienia bezpieczeństwa na planecie.
I znowu pod pojęciem "zapewnienie bezpieczeństwa" kryło się wiele znaczeń. W tym również korporacyjne bezprawie.
Młoda, bo mająca dwadzieścia dwa lata Elysia przeszła przez bramkę skanującą i położyła firmowy identyfikator na czytniku podstawionym przez oficera Kyle'a Petersa z oddziału bezpieczeństwa korporacyjnego. Zielone światło potwierdziło jego autentyczność, więc Elysia została przepuszczona dalej. Wbiegła po schodach, potem wprost do windy, ignorując po drodze ciche przywitanie wyszeptane przez recepcjonistę. Wcisnęła przycisk sześćdziesiątego trzeciego piętra i czekała.
Myśli, których się obawiała, zaatakowały: "A co, jeśli odmówi? A co, jeśli mnie wyśmieje? Co, gdy mnie zignoruje? Powinnam nalegać, czy milczeć i odejść? Może powinnam czekać?". Bing. Dzwonek windy oznajmił, że dojechała. Wyszła i od razu skierowała się w stronę swojego biurka. Zerknęła na zegarek. Właśnie wybiła dziewiąta.
- Hej, Elysia - przywitał ją John Tapp. Trzymał w ręku kubek z kawą. - Ty nie na odprawie? Zostałaś do nich wyznaczona, pamiętasz?
Słowa mężczyzny wywołały u niej chwilową konsternację.
- Cholera, odprawa! - krzyknęła.
Nie zastanawiając się zbyt długo, rzuciła plecak ze sprzętem na fotel i pobiegła do sali spotkań. "Kurwa mać, to już drugi raz w tym tygodniu", pomyślała i zapukała.
- Proszę - odparł głos po drugiej stronie. To Mike Ashen, główny śledczy i manager całego działu, któremu podporządkowane były wszystkie zespoły nasłuchowe.
Delikatnie otworzyła drzwi i wślizgnęła się do środka. Zajęła pierwsze wolne miejsce z brzegu. Szef patrzył na nią wymownie, gdy to robiła.
- Zespół numer siedem, sprawdziliśmy wasze wskazania. Oddział naziemny zrobił nalot na oznaczony przez was blok w East Town, ale nie znalazł nic wielkiego. Podejrzany miał przy sobie trochę syntetycznych narkotyków i broń palną bez pozwolenia. Został aresztowany, ale poza tym nic nie wykryliśmy.
- Rozumiem - odpowiedział analityk siedzący z prawej strony sali.
- Zdajcie mi raport z waszej metodologii wyszukiwania zagrożeń. Może będziemy w stanie coś zmienić lub ulepszyć. - Zrobił krótką pauzę na przełknięcie śliny. - Tak czy inaczej dobra robota, ale pamiętajcie, po co tu jesteśmy. Wiem, że procedury zobowiązują każdego z was do zgłaszania wszystkich przypadków niepożądanych działań, ale rząd wynajął nas po to, byśmy wykryli na wczesnym etapie ślady rebelii oraz zorganizowanej przestępczości, w tym terrorystycznej. Nie chcą mieć powtórki z tego, co działo się tu w przeszłości. Zresztą, sami dobrze wiecie, co obecnie dzieje się na Limei. - Kolejna krótka pauza. - Standardową przestępczością niech zajmują się służby miejskie. My mamy ważniejsze zadanie, zrozumiano?
- Tak jest, szefie - odparł analityk. Poczekał chwilę niepewny, czy Mike nie będzie chciał czegoś dodać. Nie chciał. - Szefie, więc jak mamy reagować w takich przypadkach jak ten? Bo domyślam się, że wykorzystane zasoby nie były współmierne do osiągniętych rezultatów.
Szef, ubrany w garnitur droższy niż całe wyposażenie tego pomieszczenia, pokiwał głową w geście aprobaty.
- Otóż to, Khaled. Trafne spostrzeżenie. Słuchajcie wszyscy - powiedział nieco donośniejszym tonem. - W takich sytuacja jak ta, gdy nie macie pewności, czy to dilerka, gangusy, czy zwykła patologia, gdy nie macie całkowitej pewności, że to przestępczość zorganizowana wymierzona we władze na tej planecie, konsultujcie działania ze swoimi przełożonymi. A oni w razie dalszych wątpliwości omówią to ze mną.
Po sali rozniosły się odgłosy potwierdzenia. Mike Ashen kilka razy przejechał palcem po tablecie. Zmarszczył brwi i już było widać, że coś mu się przypomniało, ale poczekał chwilę i nie odezwał się. Elysia wiedziała, że wyjdzie to w trakcie dnia. A może jeszcze podczas tego spotkania.
- Dobrze, ludzie. W takim wypadku życzę wam udanego dnia. To wszystko, wracajcie do pracy. - Swobodnie wydał polecenie, ale wzrok zawiesił na młodej dziewczynie o włosach koloru jesiennych berberysów. Na Elysii. - Panno Blackthorne, zapraszam do mojego gabinetu.
Elysia miała kamienną twarz. Pracowała tutaj już kilka miesięcy, ale nadal z jakiegoś powodu, zupełnie dla niej niezrozumiale, rozmowa i jakakolwiek interakcja z tym człowiekiem, jak chociażby wymienienie uprzejmości przy wyjściu z pracy, przyprawiały ją o lęki i mdłości. Facet zdecydowanie przerażał ją swoją aurą opanowania i władzy. Nie był złym szefem. Dowoził wynik, był miły i uprzejmy, ale sposób jego pracy mówił jasno: "Nie wchodź mi w drogę, inaczej cię zniszczę".
- Oczywiście, szefie - odparła niepewnym głosem.
Gabinet Mike'a Ashena mieścił się w sąsiednim pomieszczeniu. Przeszli tam niezwłocznie, a mężczyzna przepuścił ją w drzwiach i zamknął je za nimi. Elysia domyśliła się, dlaczego ta rozmowa musi być prywatna.
Szef usiadł w swoim fotelu i pozwolił na to samo Elysii, która zajęła miejsce po drugiej stronie szerokiego biurka z tworzywa. Nie miała zbyt wielu okazji, by tu być, więc wykorzystała chwilę, gdy Mike wyszukiwał dane w tablecie, i rozejrzała się po pomieszczeniu. Panele świetlne wbudowane w sufit rzucały równomierne białe światło na całe wnętrze. Oprócz biurka i foteli, które wchodziły w ten "szefowski" zestaw, pod ścianą po drugiej stronie stały standardowe szafki biurowe z wyciąganymi szufladami na akta elektroniczne, a w rogu był mały stolik, na którym stał ekspres do kawy i zestaw małych ceramicznych filiżanek.
- Proszę się częstować, jeśli ma pani ochotę - powiedział Mike, gdy dostrzegł, że Elysia wbija wzrok w ekspres. - Filiżanki dostałem od żony lata temu dla uczczenia awansu. Pierwszy raz mam swoje biuro - dodał, odkładając tablet.
Dane przerzuciły się na główny monitor na jego biurku.
- Dziękuję, panie Ashen. Nie chcę nadwyrężać pana gościnności. Skorzystam z aneksu kuchennego po naszej rozmowie - odparła z lekkim uśmiechem.
- Czy aby na pewno? - odparł.
To był ten moment, w którym Mike Ashen zmienił się z czułego szefa, przyjaciela, który interesuje się losem swoich pracowników, w autorytarnego bossa, pana i władcę, który dzierży życia swoich niewolników w rękach. Jego twarz mocno spoważniała. Położył dłonie na ciemnym blacie biurka i postukał palcami. Posłał Elysii mrożące krew w żyłach spojrzenie.
- Zaczynajmy - powiedział cichym, ale stanowczym tonem. - Panno Blackthorne, nie jestem w stanie zliczyć, ile razy spóźniła się pani na odprawę przez ostatnie trzy miesiące. Do tego ostatnie raporty, które otrzymuję co tydzień od zespołu analityków do spraw jakości dostarczanej usługi, nie napawają mnie optymizmem, a panią stawiają w bardzo złym świetle. Proszę zobaczyć. - Przerzucił dane ponownie, tym razem z głównego monitora na ścianę będącą jednocześnie ekranem do spotkań konferencyjnych.
Kilka wykresów kołowych i słupkowych pojawiło się wprost przed twarzą Elysii. Już domyślała się, że jest to ocena jej wydajności i ogólnego poziomu świadczonej pracy.
Ashen wstał z fotela i wziął klasyczne pióro, które nie było mu tutaj do niczego potrzebne, ale chciał, by jego pozycja w tej rozmowie została odpowiednio zaakcentowana bez zbędnych słów. Cały zasiedlony przez ludzi wszechświat od stuleci korzystał tylko z elektronicznych plików, a prawdziwy papier istniał tylko w kilku miejscach, głównie na Ziemi.
Podszedł do wykresów i wskazał piórem po kolei każdy z nich.
- Tutaj jest ocena trafności analiz. Tutaj czas spędzony w pracy. Tutaj natomiast liczba spóźnień. Mógłbym tak wypunktować każdy z wykresów, ale pani to wie - powiedział, a Elysia w milczeniu słuchała.
Przestrzeń wypełniła się ciężką ciszą. On czekał na jej komentarz. Ona na jego dalsze uwagi. Ale żadne z nich niczego nie powiedziało. Z tego też powodu Mike Ashen usiadł obok niej, na drugim fotelu przeznaczonym dla gości. Znów zmienił swoje zachowanie, wracając do roli troskliwego szefa.
- Elysia - powiedział po imieniu - jest mi niezmiernie przykro, że musimy o tym rozmawiać. Ale sama widzisz. - Wykonał gest w stronę ekranu. - Dane nie kłamią. Musisz poprawić swój performance.
- Wiem, panie Ashen. Muszę - odparła z cicha, ze wzrokiem wbitym gdzieś we włochatą wykładzinę.
- Czy jest coś, co odrywa cię od pracy? Jakieś problemy zawodowe, o których nie wiem? Problemy prywatne? Może coś w domu?
- Nie, nic z tych rzeczy. - Otrząsnęła się i podniosła wzrok. - Po prostu gorszy okres. Nic z tych rzeczy, zapewniam.
- To dobrze - podsumował Ashen i ponownie włożył maskę szefa-autokraty. - Jeżeli za kwartał będziemy musieli odbyć ponownie tę rozmowę, odbędziemy ją w towarzystwie kogoś z działu HR, zrozumiano?
- Tak, szefie.
- To, co tu dzisiaj omówiliśmy, zostanie wpisane do protokołu i przesłane do akceptacji. Gdyby miała pani jakieś uwagi, proszę niezwłocznie nanieść niezbędne komentarze i odesłać mi plik.
Elysia pokiwała głową. Wstała z fotela i zebrała się do wyjścia z gabinetu szefa.
- Jeszcze jedno - dodał Ashen. - Raportem w sprawie bójki w centrum Piątaka zajmował się drugi zespół?
- Z tego co pamiętam, tak - odpowiedziała niepewnie Elysia.
- Dostałem ten raport, ale jest bardzo niekompletny. Od teraz pani przejmuje sprawy z centrum Piątaka i proszę to traktować jako szansę na poprawienie wyników.
Elysia poczuła lekką panikę, ale z drugiej strony najgorsza dzielnica w mieście była czymś, czego potrzebowała. Działo się tam wiele i zawsze była jakaś okazja do obserwacji i raportowania. To znacznie pomoże jej poprawić, jak to powiedział Ashen, performance. Odrzucając te myśli na bok, złapała za klamkę i otworzyła drzwi, a lekka panika sprzed sekundy ustąpiła miejsca ekscytacji. Nowy obszar działania. Nowe wyzwania. I szansa na odkupienie.
- Panno Blackthorne - powiedział Ashen do wychodzącej Elysii. - Proszę zaprosić do mojego gabinetu Arcadię Oak z zespołu drugiego.
- Oczywiście, szefie - odpowiedziała, kiwając głową i opuściła gabinet.
Arcadię Oak. Serce zabiło jej szybciej. Oddech przyspieszył. Dłonie lekko zadrżały. Chciała z nią porozmawiać od dawna, to prawda. Ale nie w taki sposób. Mike Ashen wzywał ją na rozmowę, prawdopodobnie z powodu raportu, o którym przed sekundą wspomniał, co mocno sugerowało, że może to być rozmowa dyscyplinarna. Może gdyby Elysia nie spóźniła się na tę jedną odprawę, szef nie miałby powodu, by ją wzywać na rozmowę sam na sam. Nie przypomniałoby mu się o błędach w raporcie zespołu drugiego i nie wezwałby na taką samą rozmowę Arcadii.
Może powinna zignorować polecenie szefa, a potem udawać, że zapomniała? Nie, to zdecydowanie tylko bardziej by jej zaszkodziło. Stało się. I się nie odstanie.
Mimo że tylko zaprosi ją do gabinetu szefa w jego imieniu, Elysia była pewna, że to pogorszy jej relacje z Arcadią, które praktycznie i tak nie istniały. W biurze witała się z nią i żegnała, tyle. Czasami wpadały na siebie na korytarzu bądź w aneksie kuchennym, bez słowa, z nic nieznaczącym spojrzeniem. Przynajmniej tak się jej wydawało.
Elysia chciała być dla niej kimś więcej. Nie znała Arcadii, ale czuła, że jest w niej to "coś" i dzisiaj, gdy już zebrała się do zrobienia tego pierwszego kroku, o którym od dawna myślała, zrobi to, ale nie tak jak planowała.
Zamiast podjąć niewinny small talk, będzie musiała przekazać wezwanie do gabinetu Ashena. I w sumie to już się działo, bo właśnie znalazła dziewczynę w aneksie kuchennym. Podeszła do niej nieśmiało. Arcadia nalewała sobie właśnie syntetycznej kawy. Nawet nie zwróciła na nią uwagi.
- Hej - zaczęła Elysia nieco przyciszonym głosem.
Dredowłosa dziewczyna obróciła się.
- Hej? - zapytała z niepewnością. - Elysia, tak?
- Tak - odparła. Była zaskoczona tym, że jej rozmówczyni kojarzyła jej imię, chociaż równie dobrze mogła je odczytać z identyfikatora firmowego w taki sposób, że Elysia tego nie zauważyła. - Mike Ashen, znaczy szef, on chce cię widzieć. W sensie... miałam ci przekazać, że chce z tobą rozmawiać. W swoim gabinecie. Teraz. - Elysia wyrzucała słowa jak z karabinu.
Uśmiech na twarzy Arcadii w jednej sekundzie zmalał do minimum, a w kolejnej znikł. Westchnęła ciężko, wylała syntetyczną kawę do zlewu, a kubek wstawiła do zmywarki.
- Zrobię sobie nową. Ta i tak by na pewno wystygła.
***
Minęła pełna godzina, a biuro powoli pustoszało. Elysia zarzuciła na plecy szarą katanę, chwyciła plecak, wcześniej restartując sprzęt, gdyż w tle wcześnie zainstalowała się aktualizacja softu. W sumie dzięki tej aktualizacji, podczas której sprzęt nie był zdatny do użytku, miała czas na ułożenie sobie planu poprawy swoich wyników.
W pierwszych chwilach po rozmowie z szefem i Arcadią, gdy już dotarła do swojego biurka, miała wątpliwości, czy ta korporacja, ta planeta i to konkretne biuro w tej konkretnej pracy to jest jej miejsce we wszechświecie. Była o krok od odejścia, ale po zrobieniu listy "za" i "przeciw" przekonała się, że nie warto rzucać wypowiedzeniem w twarz szefa.
Przeszła przez korytarz i dotarła do holu windowego. Jedna z wind się właśnie zamykała, więc podbiegła i energicznym ruchem wbiła przycisk przywołania. Drzwi windy w ostatniej chwili zatrzymały się, trzeszcząc stalowymi blachami.
Weszła do środka i... spotkała tam Arcadię Oak. Znowu to samo. Rytm serca przyspieszył. Ręce zadrżały, więc schowała je do kieszeni kurtki. Oddech stał się lekko nierówny i płytki.
Starała się z tym chwilę powalczyć, wzięła powolny, ale głęboki wdech w taki sposób, by dziewczyna z dredami, która stała obok, tego nie zauważyła. Popatrzyła chwilę na swoje buty, przełknęła ślinę. Kątem oka dostrzegła, że Arcadia też na nią zerka.
"Lepszej okazji nie będzie", powiedziała sama do siebie w myślach. Podniosła wzrok. Odwróciła głowę w jej stronę.
- Arcadia, chcesz może skoczyć na piwo?