Odchodzimy spełnieni. O miłości i śmierci - Bert Hellinger

-
Proszę czekać

WIEL­KOŚĆ

Wiel­ki jest tyl­ko ten, kto czu­je się rów­ny in­nym, po­nie­waż to, co mamy naj­więk­sze­go, jest wspól­ne wszyst­kim lu­dziom. Kto czu­je i uzna­je w so­bie to coś wiel­kie­go, uwa­ża się za wiel­kie­go i jed­no­cze­śnie po­wią­za­ne­go ze wszyst­ki­mi. Uzna­jąc to w so­bie, uzna­je to jed­no­cze­śnie we wszyst­kich in­nych. Uwa­ża się za rów­ne­go im i czu­je się z nimi rów­ny. Bez pro­ble­mu może się przy­znać do tej wiel­ko­ści, po­nie­waż nie wy­wyż­sza go ona, lecz czy­ni rów­nym. Tym sa­mym po­twier­dza on wiel­kość in­nych, a oni po­twier­dza­ją jego wiel­kość. Ko­cha on in­nych w ich wiel­ko­ści, a inni ko­cha­ją jego w jego wiel­ko­ści. Ta wiel­kość łą­czy wszyst­kich lu­dzi w mi­ło­ści i po­ko­rze.

Kto wy­no­si się po­nad in­nych, tra­ci z nimi więź. Wy­co­fu­je się i oni się wy­co­fu­ją. Dla­te­go wy­wyż­sza­nie się pro­wa­dzi do sa­mot­no­ści, a tak­że do nie­uf­no­ści. Ten, kto się wy­wyż­sza, musi się oba­wiać, że inni go od­rzu­cą, że skry­cie cze­ka­ją, aż spad­nie z uzur­po­wa­nej wy­so­ko­ści i znów bę­dzie im rów­ny. Ba, on sam cze­ka skry­cie na swój upa­dek, po­nie­waż jego du­sza nie wy­trzy­mu­je dłu­go tego wy­wyż­sza­nia. Po­peł­nia w koń­cu błę­dy, któ­re dla sto­ją­cych z boku są nie­zro­zu­mia­łe, ale po­zo­sta­ją w zgo­dzie z jego du­szą. Nie wy­trzy­mu­je­my dłu­go swo­jej wła­snej wiel­ko­ści wy­no­szą­cej się po­nad in­nych. Rów­nież inni lu­dzie dłu­go jej nie wy­trzy­mu­ją.

Ra­iner Ma­ria Ril­ke opi­su­je wni­kli­wie dzia­ła­nie tego upad­ku na ko­niec dzie­sią­tej "Ele­gii du­iń­skiej":

A nas, co o szczę­ściu my­śli­my,

że się wzno­si, prze­ję­ło­by

omal nie­po­ko­ją­ce wzru­sze­nie,

sko­ro to, co szczę­śli­we, pada.

(tłum. Adam Po­mor­ski)

Jed­nak rów­nież ten, kto się sta­wia po­ni­żej in­nych lu­dzi, tra­ci z nimi kon­takt. W po­ko­rze tego ro­dza­ju czu­ją oni rosz­cze­nie i od­mo­wę czy­nie­nia tego, co sto­sow­ne dla ludz­kiej wiel­ko­ści.

Praw­dzi­wa wiel­kość jest wy­ma­ga­ją­ca, ale w do­bro­czyn­ny spo­sób. Uzna­je in­nych i ocze­ku­je od nich uzna­nia. To ocze­ki­wa­nie wy­cho­dzi wszyst­kim na do­bre. Łą­czy tam, gdzie wy­nio­słość lub od­mo­wa dzie­lą.

Do wiel­ko­ści na­le­ży też to, że uzna­ję w so­bie i jed­no­cze­śnie w każ­dym czło­wie­ku coś wy­jąt­ko­we­go, co zo­sta­ło i mnie, i jemu po­da­ro­wa­ne. To coś wy­jąt­ko­we­go jest wspól­ne wszyst­kim lu­dziom i wią­że, a nie dzie­li, po­nie­waż po­zo­sta­je w służ­bie ca­ło­ści. Dla­te­go na­wet gdy wy­da­je się od­mien­ne, jest w ca­ło­ści rów­ne każ­de­mu in­ne­mu wy­jąt­ko­we­mu.

SIŁA

Spo­ty­ka­jąc in­nych lu­dzi, na­tych­miast czu­je­my, czy mają siłę i ile jej mają. Czło­wiek, któ­ry ko­cha ro­dzi­ców, ma wię­cej siły niż ktoś, kto od­rzu­ca jed­ne­go ro­dzi­ca lub na­wet obo­je ro­dzi­ców. Męż­czyź­ni i ko­bie­ty, któ­rzy mają dzie­ci i trosz­czą się o nie z mi­ło­ścią, mają wię­cej siły niż męż­czyź­ni i ko­bie­ty, któ­rzy są bez­dziet­ni. Rów­nież mał­żon­ko­wie mają z re­gu­ły wię­cej siły i więk­szy cię­żar niż oso­by sa­mot­ne. Naj­wy­raź­niej za­tem lu­dzie po­wią­za­ni z in­ny­mi mają wię­cej siły niż ci, któ­rzy za­my­ka­ją się na in­nych - nie­za­leż­nie od tego, z ja­kie­go po­wo­du tak czy­nią.

Lu­dzie, z któ­ry­mi je­ste­śmy zwią­za­ni mi­ło­ścią mi­łu­ją­cą, sza­nu­ją­cą, ob­da­ro­wu­ją­cą i przyj­mu­ją­cą, dają nam peł­nię i cię­żar. Im więk­sze jest gro­no lu­dzi, z któ­ry­mi je­ste­śmy zwią­za­ni w taki spo­sób, tym więk­szy bę­dzie nasz cię­żar du­cho­wy i tym więk­sza bę­dzie siła, któ­rą mamy i któ­rą pro­mie­niu­je­my.

Z tego, co po­wie­dzia­łem, wy­ni­ka, że mo­że­my swo­ją siłę wzmóc i po­mno­żyć. Po pierw­sze, zwra­ca­jąc się do człon­ków swo­jej ro­dzi­ny, któ­rzy przy­szli przed nami, bio­rąc z mi­ło­ścią i sza­cun­kiem to, co od nich do nas pły­nie, i da­jąc im miej­sce w swo­im ser­cu. Od­no­si się to przede wszyst­kim do na­szych ro­dzi­ców.

Cza­sa­mi ro­dzi­ce są nam obcy, po­nie­waż do­szło do wcze­sne­go roz­sta­nia (np. jed­no z ro­dzi­ców zmar­ło, ro­dzi­ce się ro­ze­szli) albo jako małe dziec­ko chcie­li­śmy się do nich zbli­żyć, jed­nak ruch mi­ło­ści zo­stał prze­rwa­ny lub unie­moż­li­wio­ny przez nie­sprzy­ja­ją­ce oko­licz­no­ści (np. by­li­śmy dłu­go cho­rzy lub cho­re było jed­no z ro­dzi­ców). Dla dziec­ka ta­kie roz­sta­nie jest do tego stop­nia bo­le­sne, że swój ból po­tra­fi wy­ra­zić je­dy­nie od­rzu­ce­niem, roz­pa­czą i zło­ścią. Co­kol­wiek ro­dzi­ce ro­bią po­tem, żeby po­móc dziec­ku, nie do­cie­ra to do nie­go. Za­rów­no ro­dzi­ce, jak i dziec­ko cier­pią z tego po­wo­du i tra­cą w ten spo­sób siłę.

Roz­wią­za­nie po­le­ga na tym, że dziec­ko wra­ca do cza­su przed roz­sta­niem. Wra­ca nie­ja­ko do swo­jej pierw­szej mi­ło­ści. Gdy zro­zu­mie, że wy­ob­co­wa­nie wy­ni­ka z nie­za­spo­ko­jo­nej tę­sk­no­ty i po­trze­by, wte­dy z pier­wot­ną mi­ło­ścią raz jesz­cze może pod­jąć ruch mi­ło­ści ku ro­dzi­com, aż w koń­cu ten ruch do­trze do celu. To uda­je się ła­twiej, kie­dy przy­ję­cie ro­dzi­ców się­ga po­cząt­ków ży­cia; kie­dy dziec­ko mówi we­wnętrz­nie swo­im ro­dzi­com: "Bio­rę od was ży­cie tak, jak wy otrzy­ma­li­ście je od swo­ich ro­dzi­ców i od wszyst­kich przod­ków przed wami, ze wszyst­kim, co ze sobą nie­sie, z moż­li­wo­ścia­mi i ogra­ni­cze­nia­mi, z ra­do­ścią i cier­pie­niem, z za­da­nia­mi, ko­rzy­ścia­mi i nie­unik­nio­ną ceną. Wy je­ste­ście dla mnie je­dy­ny­mi moż­li­wy­mi i je­dy­ny­mi wła­ści­wy­mi ro­dzi­ca­mi. Bio­rę was jako mo­ich ro­dzi­ców ta­ki­mi, jacy je­ste­ście, jako je­dy­nych i naj­lep­szych dla mnie". W tym mo­men­cie cała siła ro­dzi­ców może spły­nąć na dziec­ko. Dziec­ko dzię­ki ro­dzi­com czu­je się bo­ga­te i speł­nio­ne, a oni dzię­ki nie­mu też czu­ją się bo­ga­ci i speł­nie­ni.

Oczy­wi­ście, ro­dzi­ce po­peł­nia­ją błę­dy. Są jak wszy­scy lu­dzie ogra­ni­cze­ni w swo­ich moż­li­wo­ściach przez swo­je po­cho­dze­nie i przez swo­ją hi­sto­rię, przede wszyst­kim zaś przez swo­ją oso­bi­stą winę. Czy to wła­śnie - choć może brzmi to dziw­nie - nie czy­ni ich więk­szy­mi? Nie­do­sko­na­li ro­dzi­ce prze­ka­zu­ją swo­im dzie­ciom rze­czy­wi­stość ży­cia. Nie uła­twia­ją im ży­cia, ale za to le­piej je do nie­go przy­go­to­wu­ją. Kto za­tem zgo­dzi się na ro­dzi­ców ta­kich, jacy są, kto ich sza­nu­je ta­ki­mi, jacy są, kto weź­mie ich tak­że z tym, czym go obar­czy­li i cze­go od nie­go wy­ma­ga­ją, ten zy­sku­je całą siłę, moż­li­wą dla nie­go do osią­gnię­cia.

Lu­dzie zy­sku­ją siłę tak­że dzię­ki lo­so­wi, wy­ko­na­nym za­da­niom i za­zna­ne­mu cier­pie­niu, po­nad­to dzię­ki lu­dziom, z któ­ry­mi byli i są zwią­za­ni, któ­rzy im - ni­czym nie­wi­dzial­ny krąg wo­kół nich - dają cię­żar, siłę i for­mat. Na przy­kład oca­le­ni z ho­lo­cau­stu wy­da­ją się oto­cze­ni przez zmar­łych, z któ­ry­mi są zwią­za­ni lo­sem, jak gdy­by zmar­li byli z nimi jak nie­ma siła. I dla­te­go się wy­da­je, że oca­le­ni, ży­jąc, przy­na­le­żą do zmar­łych, jak gdy­by przy­po­mi­na­li tych zmar­łych i jak gdy­by przy­po­mi­na­li nam o in­nej, po­tęż­niej­szej, mrocz­nej rze­czy­wi­sto­ści. Po­dob­nie jest z oca­lo­ny­mi wo­jow­ni­ka­mi. Rów­nież oni są zwią­za­ni z wie­lo­ma zmar­ły­mi, oto­cze­ni przez zmar­łych to­wa­rzy­szy bro­ni i zmar­łych wro­gów.

Siłę zy­sku­je­my też dzię­ki tym, któ­rych wspie­ra­my, któ­rym dzię­ki swo­je­mu dzia­ła­niu umoż­li­wia­my ży­cie oraz trwa­nie. Od­no­si się to nie tyl­ko do tych, któ­rzy bez­po­śred­nio są w służ­bie ży­cia, na przy­kład le­ka­rzy, lecz tak­że do wszyst­kich, któ­rzy coś ro­bią dla in­nych, nie­za­leż­nie od tego, w ja­kiej dzie­dzi­nie. Na­le­żą do tej gru­py przede wszyst­kim ci, któ­rzy mają wpływ na ży­cie wie­lu lu­dzi, na przy­kład po­li­ty­cy, pra­co­daw­cy, do­wód­cy, i w tym kon­tek­ście rów­nież lu­dzie bo­ga­ci, je­śli ich bo­gac­two słu­ży in­nym. Tak­że wszel­ka przed­się­bior­czość daje tym, któ­rzy się nią zaj­mu­ją, oso­bi­sty cię­żar, szcze­gól­ne pro­mie­nio­wa­nie i siłę.

W psy­cho­te­ra­pii ma zna­cze­nie to, czy te­ra­peu­ta po­świę­ca uwa­gę po­je­dyn­cze­mu czło­wie­ko­wi, czy ma na oku lu­dzi, z któ­ry­mi ten po­je­dyn­czy czło­wiek jest zwią­za­ny.

Kie­dy klient zaj­mu­je się tyl­ko sobą, całą swo­ją we­wnętrz­ną psy­cho­dy­na­mi­ką, ma z re­gu­ły mniej siły, chy­ba że cho­dzi o oso­bi­stą trau­mę. Kie­dy jed­nak ma na oku tych, któ­rzy do nie­go na­le­żą, zy­sku­je siłę, a te­ra­peu­ta może le­piej i sku­tecz­niej z nim pra­co­wać. Je­śli klient jest na przy­kład za­gro­żo­ny sa­mo­bój­stwem i mówi o tym tyl­ko w od­nie­sie­niu do swo­ich uczuć, to jest sła­by, a te­ra­peu­ta nie­wie­le może dla nie­go zro­bić. Je­śli klient ma na wzglę­dzie człon­ków swo­jej ro­dzi­ny i opo­wia­da na przy­kład, że mat­ka jego mat­ki zmar­ła w po­ło­gu, wte­dy jego pro­blem jawi się w in­nym kon­tek­ście. Moż­na te­raz zo­ba­czyć klien­ta ra­zem z jego mat­ką i bab­ką. On i jego pro­blem zy­sku­ją dzię­ki temu na cię­ża­rze i na sile.

Rów­nież te­ra­peu­ta zy­sku­je siłę, gdy ma za­wsze na oku i klien­ta, i jego ro­dzi­nę i daje im wszyst­kim miej­sce w swo­im ser­cu, przede wszyst­kim tym, któ­rzy w tej ro­dzi­nie zo­sta­li wy­klu­cze­ni, oczer­nie­ni lub za­po­mnia­ni. Oni do­łą­cza­ją nie­ja­ko do lu­dzi z ro­dzi­ny te­ra­peu­ty, da­ją­cych mu siłę, i do tych, któ­rzy do nie­go na­le­żą, po­nie­waż on za­jął się nimi wcze­śniej w szcze­gól­ny spo­sób. Z tą siłą i z tym cię­ża­rem te­ra­peu­ta może in­ge­ro­wać w sys­tem klien­ta bez uzur­pa­cji i zna­leźć roz­wią­za­nie, któ­re za­rów­no klien­to­wi, jak i człon­kom jego ro­dzi­ny wska­że dro­gę wyj­ścia z ich uwi­kłań oraz nowe moż­li­wo­ści speł­nio­ne­go ży­cia.