Odblask - Piotr Kotwica

Kup ebooka

20.00 zł
16.00 zł (15,21 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Intro

 

 

 

Koniec kropka. Nie ma pierdolenia, książki na czterysta stron o niczym, którą gównowiedząca krytyka aż się dławi z zachwytu.

Będzie bolało.

– Rejestracja, następny proszę!

No to idę.

– Imię nazwisko rok urodzenia – jak maszyna wypowiedziała po raz tysiączny dzisiaj.

– Z., 1989.

– Podpisz tutaj, daj dokument i łóżko 13 jest wolne.

Cieszę się, że sobie kupiłem nową komórkę. Czuję się jak moja nowa komórka.

Czy to prawda, że kiedy się dorasta, wypada się z zanurzenia w świat buntu i zapada się w świat materializmu? Tak czy siak – pewna immersja.

Na wstępie zaznaczam, że jestem schizofrenikiem. Chorobę wywołałem sobie, biorąc rozmaite używki, tyle używek i takie używki, że nawet o nich nie słyszeliście. Pewnie dlatego byłem bardziej empatyczny, wydawało mi się, że więcej rozumiem. Pisałem, dużo pisałem, pewnie dlatego, że pewne ośrodki w moim mózgu, odpowiadające za wyobraźnię, zostały pobudzone. Niestety, nie na stałe. Wszystko, co wzleci do góry, musi w końcu upaść. Nawet nie wiecie, jak ciężko się teraz pisze na trzeźwo.

Dowód osobisty. Zapalniczka. Scyzoryk (podobno szwajcarski). Dwadzieścia siedem groszy.

Zastanawiam się czasami, czy wynająłem dobrego Diabła-Stróża. Ubóstwo to raczej domena mnichów buddyjskich czy amiszów (to pewnik, że nie katoli).

Cierpienie spowodowane brakiem dóbr materialnych zataja w jakiś sposób niepokój egzystencjalny, który jest gorszą formą cierpienia, bo człowiek racjonalny zdaje sobie sprawę z tego, że jest to ból, który nie znajduje ukojenia.

Poszukiwanie "sensu życia" przypomina poszukiwanie pracy w małym miasteczku. Mnóstwo możliwości, ale żadnego odzewu.

"Mam zaświadczenie o niepełnosprawności" i, jakby to miało coś zmienić, dopisuję: "Co w sumie fortunnie pozwala zaoszczędzić na mnie Pracodawcy". Kurwa, jaka bania.

Rozumiesz, może umiesz żyć na czysto, ale w sumie nie pozwala ci to na pełną percepcję.

Jestem ćpunem. W dodatku opętanym przez Demona. Ale o tym później.

"Pozwól, że się przedstawię, oto ja, człowiek bogactwa i gustu"[1].

Z. Jak Zapamiętaj to imię. Jak Zaraz wracam. Jak Znikam i wynikam. Jak Zagłada.

Zasada jest jedna. Nie przestać lecieć. Upadać. Są takie studnie, które nie mają dna. Królicza nora, jeśli też czytałeś te same zaćpane bajki z dzieciństwa co ja. Lata sześćdziesiąte, Zjednoczone Stany Upalone.

Ktoś mądry powiedział, że Polska jest jakieś pięćdziesiąt lat w czerwone (jak Związek Śmierdziecki) plecy w stosunku do tzw. "cywilizowanego świata". Więc witaj, panie władzo, w XXI wieku, gdy chodzę po twoich ulicach naćpany jak stado owiec na jesieni, a ty mi możesz uwierzyć, że znam swoje prawa i nigdy, ale to NIGDY w swoim życiu nie miałem w swojej kieszeni nic, co byłoby nielegalne. Taka pajda swojskiego chleba. Polityczne bierki. Wy nam cap, a my wam srap.

Żeby być zupełnie szczerym w pisaniu tej Ewangelii, należałoby wytyczyć zdarzeniom przebieg chronologiczny. Więc zacznijmy od środka.

[1] Tłumaczenie fragmentu utworu Rolling Stones Symphaty for the Devil.

"Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem, hej......wziął mnie ojciec, wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł"[1]

 

 

 

*

 

Jezu, płyn do płukania pochwy.

Piję płyn do płukania pochwy.

Naprawdę, człowieku, bez kitu. Bełkotpsychina. Jak to klepie! Według ulotki ma działanie przeciwzapalne i antyseptyczne. Dziewczyna X rozpuszcza saszetkę w wodzie i myje sobie cipkę. Ja przeprowadzam banalną, kuchenną ekstrakcję z czterech saszetek i piję to około godziny 20.00. Dwa gramy. Powinno mnie wyklepać jak amen w pacierzu. Smak jest tak słony, że język cierpnie na jakieś dwadzieścia minut. Lepiej potem nic nie jeść, bo bełkotpsychina może się spienić w żołądku i z całego tripu[2] zostaną tylko torsje. Całość tej słonej chemii wyleci z żołądka z powrotem przez gardło, nos, usta. Wyląduje w kiblu. Smak na pewno nie będzie wtedy lepszy. Chociaż gorszy chyba być nie może.

Niektórzy zawijają wyekstraktowane gówno w chusteczkę higieniczną i tak połykają. Ale mniej klepie i jak się chusteczka rozleci w gardle... Smak jest tak ohydny, że zrobisz wszystko, byle się zrzygać.

Do mycia pizdy.

Noo, właściwie to nie tylko.

Bełkotpsychina ma działanie silnie halucynogenne. Jazda prawie jak na kwasie. Światła w oczach tańczą pogo, przedmioty deformują się w zupełnie coś innego, coś z kosmosu, figurki na moim biurku wstają i zaczynają chodzić. Takie tam.

Problem jest taki, że sama w sobie wyciąga z podświadomości człowieka wszystkie jego lęki i fobie. Widzisz wszędzie robale, węże, ściany porastają pleśnią, z której wychodzą bliżej niezidentyfikowane facjaty, po podwórku chadza gigantyczna modliszka pragnąca mnie zeżreć. Takie tam. Przeżycie ostre, ale nieprzyjemne. Leżysz w swojej kochanej pościeli, a rysunki na niej wiją się glistowato, snują, są włochate. Widzisz je, słyszysz i czujesz swędzenie na nogach. Wiesz, że to tylko halucynacja, że to iluzja, ale:

PRIMO – nigdy nie masz pewności,

SECUNDO – mimo tej świadomości nadal czujesz, jak robale wiją się po twoich nogach, zbliżają się w stronę krocza.

Nie ćpaj bełkotpsychiny, jeśli nie masz leków uspokajających pod ręką.

Silnych leków. Najlepiej takich, które nadają się do ćpania. Bagatelozyn. Pyszne, małe, kolorowe guziczki, po których wszystko jest w porządku. Robaki zamieniają się w kwiatki, z kwiatków wylatują karzełki. Bajka. Po podwórku chadza dmuchana żyrafa. Jest przezabawna.

Bagatelozyny są "ezoterycznie" zamknięte za szybą apteki, a przepustką do nich jest wiarygodna recepta.

Uwierzyłbyś człowieku, gdybym ci powiedział, że tak to się skończy?

Płyn do płukania pizdy.

Inaczej mówiąc – zapalenie sromu i pochwy.

Zapalenie szyjki macicy po chemioterapii.

Higiena osobista w okresie połogu.

W twoich jelitach.

Śmiało, rzygaj.

Leżę i czuję, że zaczyna się sztorm łódeczek bełkotpsychiny na wściekłym oceanie moich kwasów żołądkowych. Jak puszczę pawia, to wszystko wywalę. Z tripu nici. Basta. Nie będziesz rzygał. Organizm chce to wywalić, ponieważ wcale nie chce tej chorej substancji. Kto by chciał pić płyn do...

Nie myśl o tym teraz. Nie będziesz rzygał. Nie będziesz rzygał. NIE BĘDZIESZ RZYGAŁ!

 

 

* *

 

– Tylko małą kreseczkę! Człowieku, jedną kreskę[3]!

– Nie szuraj[4] tego gówna!

To dość zabawne, ale mój dealer zawsze powtarzał mi, żebym nie ćpał. Za każdym razem, jak go widziałem i coś od niego brałem, to samo: "Nie ćpaj tych narkotyków! Ile razy mam powtarzać?!".

– Stary, no zrozum. Jedną kreskę. Mam hajs.

– Nie ma mowy. Mam zielone.

Chyba nigdy nie mówił tego na poważnie.

– Nie potrzebuję.

– Nara.

I zatrzasnął mi drzwi przed nosem.

Potrzeba mi amfetaminy.

Bardzobardzobardzo.

Generalnie kopnął mnie niedowład[5] mózgu. Niedotlenienie wszechkomórek. Wycieńczenie. Zjazd kolejką górską. W pień. Drżenie mięśni. Pytam umysł: "Halo, halo?"... Brak odpowiedzi. Brak sygnału. Totalnie.

Taki moment, w którym wszystko jedno. Prymitywny głód. Amfa jest teraz dla mnie czymś, czym był kotlecik schabowy z ziemniaczkami dla więźnia Auschwitz. Tak przynajmniej mi się wydaje.

Więc wychodzisz z klatki na ulicę, by powłóczyć nogami w niepewnym kierunku. Gdzie szukać ratunku?

Sześć razy przeglądałem listę kontaktów w telefonie.

Sześć razy:

– Ziomek, dałbyś radę coś wykminić?

– Nie, nie. Już z tym skończyłem. <Klik!>

Albo:

– Stary, namieszałbyś coś?

– Nie ma mnie teraz w mieście. <Klik!>

Kompletna beznadzieja.

To ten wariat Murphy i jego chore zasady.

Zasada przekory.

Jak mam hajs, to nie ma towaru. Jak jest towar, to nie mam hajsu. Logiczne, prawda?

Wchodzę więc do apteki całodobowej, mojej ulubionej, i kupuję trochę tego, trochę tamtego. Jakbym odwiedzał sam24h przed sobotnią projekcją filmu, kupując sobie piwo, chipsy, ciasteczka, smakołyki. I jeszcze trochę tego, no, tamtego. Wszystko bez recepty. Przed wojną bez recepty była dostępna heroina. Hera na przeziębienie. Na kaszel. Wyobrażasz sobie, człowieku? Duża biała tabletka z kreską przez środek. Te wszystkie starowinki, które były uzależnione od heroiny i nawet o tym nie wiedziały. W domu prababci zawsze musiała być ta tabletka. Nawet jak nikt nie był chory, to musiała być "na wszelki wypadek".

Więc "na wszelki wypadek" biorę jeszcze dwa opakowania leku z katatoniną, pochodną morfiny, i wychodzę odbyć mój prywatny, dogłębny, szczery, sobotni seans z filmem.

 

 

* * *

 

W pewnym momencie ciągu następuje takie miejsce, w którym wszystko zlewa się w jedno. Wszystko: co było, co jest i co będzie. Nie masz pewności niczego, a wszystko jest absolutnie pewne, bo takie przecież być musi. Nie pamiętasz, czy To ci się śniło, czy faktycznie było, czy to tylko taki haloon[6]. Kolejność zdarzeń jest totalnie zachwiana. Spoglądasz w lustro i na darmo próbujesz zanalizować abstrakcyjny obraz, który się w nim pokracznie odbija. Chora twarz szaleńca. Wyszczerzona, szydercza facjata. Źrenice rozciągnięte do granic możliwości. W oczach, zwierciadle duszy, widać tylko czerń. Wszędobylska, wszechwypełniająca czerń.

– Na co się gapisz? – pyta koleś w lustrze. Zadziornie.

– Blektormsss. – Tyle tylko mogę odpowiedzieć. Język nie jest sługą mojego umysłu. Dziwnie się plącze, tańcząc, gdzieś biegnąc.

– No, co się gapisz? Czubka nie widziałeś?

Nie próbuję odpowiedzieć. Ale nie mogę się oderwać od oglądania tej dziwacznej twarzy. Wygiętej w hiperrzeczywistości o sinus z czterech milionów zaćpanych stopni. Ciekawe, kim on jest... W co się ubiera? Co je na śniadanie?

– Coeszszsz na abanie? – próbuję zagaić.

– Śmiało, popaprańcu! Śmiej się! Śmiało! Brechtaj! Dalej!

Zamykam oczy i po omacku uciekam z łazienki. Słyszę za sobą głos:

– Uciekaj z mojego królestwa, zwierzaku! Wilku wśród owiec!

Nachodzi mnie dziwna myśl, że koleś na pewno zyskuje na bliższym poznaniu. Otwieram oczy dopiero w dużym pokoju. Znów jest cicho i spokojnie. Miło i wygodnie.

Spoglądam na swoje dłonie, stopy i wyraźnie widzę, że porastają futrem. Futrem szarym, futrem codzienności. Wyrastają mi szpony, kły, być może nawet ogon. Kręgosłup ugina się pod brzemieniem bycia zwierzęciem. Ląduję na czterech łapach. Próbuję coś z tym wszystkim zrobić, ale nie mogę. Nie mogę podnieść się z czterech łap. Wyprostować. Mentalnie wyprostować, człowieku, się nie mogę...

Człapię więc pokracznie, nieprzyzwyczajony do takiej formy podróży. Właśnie tak człapię w stronę swojego łóżka. By zasnąć.

W uszach tylko szum.

[1] Kiedy byłem małym chłopcem..., sł. Bogdan Loebl, muz. Tadeusz Nalepa, wyk. Breakout, Blues, Muza, Warszawa 1971.

[2] Trip (ang.) – podróż; slangowe określenie całości przeżyć związanych z zażyciem związków psychoaktywnych.

[3] Kreska (slang.) – niewielka porcja, zwykle amfetaminy bądź kokainy.

[4] Szuranie (slang.) – zażywanie amfetaminy.

[5] Wład, władek (slang.) – amfetamina.

[6] Haloon (slang.) – halucynacja.