OD WSCHODU DO ZACHODU (#1). Ucieczka - Stanisław Krzemiński

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (28,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Bal(maj 1857)

- Te­raz pro­szę zdać się na mnie... I na ta­niec - po­sły­szała Emi­lia.

Sku­piła się więc tylko na tym, by jej kroki były płynne i nie wy­prze­dzały mu­zyki. Czuła na so­bie spoj­rze­nie hra­biego Go­łu­bo­jewa. Sama nie miała od­wagi na niego pa­trzeć, więc roz­glą­dała się dys­kret­nie po sali, szu­ka­jąc wzro­kiem ro­dzi­ców. Męż­czy­zna lewą ręką lekko ko­ły­sał nią w tańcu, drugą trzy­mał za ple­cami. "Jak przy po­je­dynku" - zdą­żyła je­dy­nie po­my­śleć, bo rytm gwał­tow­nie przy­spie­szył. Mę­ska dłoń stała się na­gle sta­now­cza, a bez­czynna do­tąd ręka ob­jęła dziew­czynę mocno w pa­sie i przy­cią­gnęła do ele­ganc­kiego fraka.

Je­dy­nym mę­skim stro­jem, który do tej pory oglą­dała z tak bli­ska, była bon­żurka, kiedy oj­ciec w dzie­ciń­stwie brał córkę na ko­lana. Po­tem, ca­łu­jąc przed kon­fe­sjo­na­łem stułę, wi­dy­wała tuż przed sobą su­tannę księ­dza Mu­szyń­skiego. Te­raz pa­trzyła na je­dwabny fon­taź i dłu­gie wy­łogi fraka. Przez ba­lowe rę­ka­wiczki prze­bi­jało cie­pło do­tyku hra­biego; odu­rzały ją za­pach jego wody ko­loń­skiej oraz po­czu­cie, że dół se­le­dy­no­wej sukni fruwa za nią w po­wie­trzu.

"Na­wet nie mu­szę za­sta­na­wiać się nad ko­lej­nymi kro­kami" - prze­mknęło jej przez myśl, kiedy męż­czy­zna za­krę­cił nią jak frygą.

Wszystko w tym tańcu działo się pod jego dyk­tando. Emi­lia miała wra­że­nie, że jej ciało słu­cha tylko jego. Prze­stra­szyło ją to na­głe od­kry­cie, ale jed­no­cze­śnie chciała, by ten walc ni­gdy się nie skoń­czył.

Pan Au­gu­styn Ros­snow­ski z nie­po­ko­jem wo­dził wzro­kiem za córką. Para wi­ro­wała na środku sali, a tyle było w tych pi­ru­etach ener­gii i siły pro­wa­dzą­cego Emi­lię tan­ce­rza, że co­raz wię­cej osób im się przy­glą­dało. Co­roczny bal de­biu­tan­tek, roz­po­czy­nany za­wsze w nie­dzielę przed po­łu­dniem, sta­no­wił swo­iste okno wy­sta­wowe mło­dziut­kich pa­nien, które koń­czyły oko­liczne pen­sje. Od kilku lat, pod ko­niec maja, cały Płock i są­sied­nie mia­sta żyły tym wy­da­rze­niem. Na dwa mie­siące przed eg­za­mi­nami we wszyst­kich szko­łach dla dziew­cząt or­ga­ni­zo­wano kursy tańca. Ćwi­czono po­lki, ma­zury, ka­dryle, po­lo­nezy i walce, choć te ostat­nie w bar­dzo sto­no­wa­nej for­mie. Matki na­ma­wiały mę­żów na za­kup su­kien, a dziew­częta szep­tały mię­dzy sobą o kro­jach i zdo­bie­niach. Na­uczy­ciele w przed­ba­lo­wym fer­wo­rze usi­ło­wali przy­go­to­wać do­ra­sta­jące pan­nice do koń­czą­cych szkoły eg­za­mi­nów: od fran­cu­skiego i li­te­ra­tury pol­skiej po ma­te­ma­tykę i hi­sto­rię Ro­sji, nie mó­wiąc o re­li­gii.

Mu­zyka zwol­niła. Hra­bia znów pro­wa­dził Emi­lię tylko jedną dło­nią.

- Kiedy or­kie­stra przy­spie­szy, pro­szę mi za­ufać - ode­zwał się ci­cho.

Jesz­cze przez chwilę ko­ły­sali się w po­wol­nym tak­cie sa­mot­nych fle­tów. Włą­cze­nie się gło­śnych smycz­ków zmie­niło gwał­tow­nie rytm. Tym ra­zem był jesz­cze szyb­szy niż po­przed­nio.

Jedna ręka męż­czy­zny unio­sła jej dłoń, druga ob­jęła ją w ta­lii. Wi­ro­wali w walcu, wta­pia­jąc się w jego me­lo­dię. Kiedy tan­cerz pu­ścił Emi­lię, po­czuła się swo­bodna, ale nie wolna...

Ku zgor­sze­niu pa­trzą­cych ta­necz­nym kro­kiem okrąża hra­biego.

Mi­gają sło­neczne re­fleksy od okien, więc przy­myka oczy.

Wi­dzi krę­cące się skrzy­dełka, które spa­dają ze sta­rego klonu.

Se­le­dy­nowa suk­nia wi­ruje sze­ro­kim ko­łem.

Sły­szy brawa, ale nie wie, że klasz­czą głów­nie pa­no­wie.

Emi­lię znów ota­czają mę­skie ra­miona.

Czuje na so­bie dzie­siątki oczu.

Za­rządca płoc­kiej gu­berni, ge­ne­rał Mark Je­go­ro­wicz Al­ber­tow, w nie­ska­zi­tel­nym fraku ozdo­bio­nym dwoma rzę­dami woj­sko­wych ba­re­tek, po­chy­lił się do ucha swej mał­żonki. Spo­glą­da­jąc na roz­tań­czo­nego hra­biego, szep­nął:

- Wot mo­ło­diec! Patrz, jak te pol­skie damy po­że­rają go wzro­kiem...

Pani ge­ne­ra­łowa ro­zej­rzała się dys­kret­nie. Nie bez sa­tys­fak­cji mu­siała przy­znać mę­żowi ra­cję. Dziew­częta sie­dzące przy mat­kach wy­raź­nie za­zdro­ściły pan­nie dok­to­rów­nie, a po­zo­stałe tań­czyły z za­ci­śnię­tymi ustami, ustę­pu­jąc miej­sca pa­no­szą­cej się na środku pa­rze.

- Taka je­stem dumna z na­szej córki - szep­nęła wzru­szona pani Bo­gu­miła. - Zo­bacz, pa­nie mężu, jak ona pięk­nie wy­gląda! - Po­chy­liła się do pana Au­gu­styna i ze zdzi­wie­niem za­uwa­żyła jego ryt­micz­nie za­ci­ska­jącą się żu­chwę.

- Nie po­winna z nim tań­czyć - mruk­nął przez zęby.

- A to cze­muż, do­bro­dzieju?! Prze­cież on jest hra­bią, po­dobno bar­dzo ma­jęt­nym i...

- Póź­niej o tym po­mó­wimy, moja pani - syk­nął.

Sie­dzący na pa­ra­pe­cie okna re­dak­tor "Gońca Płoc­kiego" za­no­to­wał w ka­je­cie:

Te­go­roczny bal de­biu­tan­tek koń­czy bra­wu­rowe wy­ko­na­nie przez or­kie­strę jed­nej z naj­now­szych kom­po­zy­cji pana Straussa syna, walca z opusu 175, pod wy­mow­nym ty­tu­łem Pod­wyż­szony puls. Za­iste serca wszyst­kich za­biły żwa­wiej, gdy pa­trzyli na tań­czącą w ob­ję­ciach hra­biego Go­łu­bo­jewa pannę Emi­liję Ros­snow­ską, córkę chi­rurga w na­szym grodz­kim szpi­talu. Ta drobna sza­tynka o sza­rych pło­ną­cych oczach za­dzi­wiła ze­bra­nych lek­ko­ścią tańca i gra­cją ru­chów. W skrom­nej, ale gu­stow­nej ja­sno­zie­lo­nej sukni ob­szy­tej je­dy­nie ko­ron­ko­wymi zdo­bie­niami oraz z wpię­tymi we włosy bia­łymi kwiat­kami po­lnych ró­ży­czek mo­gła się praw­dzi­wie po­do­bać.

Ko­lejny po­wolny pa­saż utworu zbli­żał się do końca. Ką­tem oka Emi­lia spo­strze­gła, jak mu­zycy wstają na znak dy­ry­genta. Wy­raź­nie szy­ko­wało się fi­nale grande walca, a tym sa­mym i ca­łego balu. Jesz­cze zdą­żyła od­no­to­wać lekki uśmiech w ką­ciku ust hra­biego, kiedy gruch­nęła mu­zyka silna i szybka ni­czym po­dmuch bu­rzo­wej wi­chury.

Obie ręce hra­biego obej­mują mocno jej ta­lię.

Od­chy­leni od sie­bie kręcą się co­raz szyb­ciej.

Pod­rywa ją do góry i wi­ruje, uno­sząc ją jak piórko.

Twa­rze wo­kół zle­wają się jej w ró­żowo-biały bo­ho­maz.

Odu­rzona tań­cem roz­po­ściera ra­miona.

Nie wi­dzi jego zwy­cię­skiego spoj­rze­nia.

Nie sły­szy mę­skiego po­kla­sku.

Hra­bia po­sta­wił Emi­lię na ziemi. Dziew­czyna za­chwiała się i gdyby jej nie pod­trzy­mał, mo­głaby upaść. W gło­wie panny Ros­snow­skiej cią­gle wi­ro­wał walc.

- Dzię­kuję pani, panno Emi­lio, za tego walca - po­wie­dział, kła­nia­jąc się.

Dziew­czyna miała su­cho w ustach i z tru­dem prze­ły­kała ślinę. Nic nie od­po­wie­działa, stać ją było tylko na głę­bo­kie dy­gnię­cie; z tru­dem opa­no­wała lek­kie drże­nie nóg.

Re­dak­tor Cza­plicki przed scho­wa­niem no­tat­nika za­pi­sał po­spiesz­nie:

Fi­na­łowe pas balu w wy­ko­na­niu hra­biego Go­łu­bo­jewa i ślicz­niut­kiej panny Ros­snow­skiej wy­wo­łało po­ru­sze­nie wśród mę­skiej czę­ści pu­blicz­no­ści. Kilka dam wy­ra­żało na­to­miast dez­apro­batę dla zbyt śmia­łych fi­gur ta­necz­nych jak na bal de­biu­tan­tek. Któ­raś z pań su­po­no­wała na­wet, że ta­neczna edu­ka­cja na pew­nej płoc­kiej pen­sji skan­da­li­zu­jąco wy­biega poza przy­jęte w oby­czaj­nem to­wa­rzy­stwie kon­we­nanse.

- W domu po­roz­ma­wiamy - rzu­cił pan Ros­snow­ski i nie pa­trząc na córkę ani nie oglą­da­jąc się na żonę, ru­szył szybko do wyj­ścia z ba­lo­wej sali.

Emi­lia o mało nie wy­buch­nęła pła­czem. Uko­chany papa ni­gdy jesz­cze nie ode­zwał się do niej tak lo­do­wa­tym to­nem.

- Pięk­nie wy­glą­da­łaś. - Pani Bo­gu­miła usi­ło­wała po­cie­szyć po­bla­dłą córkę. - Wszy­scy na was pa­trzyli.

Kiedy dziew­czyna mi­jała pro­wa­dzone przez ro­dzi­ców ko­le­żanki z pen­sji, mil­kły roz­mowy i do­cho­dziły ją tylko pod­eks­cy­to­wane szepty. Na­gle zdała so­bie sprawę, że oto zna­la­zła się na cen­zu­ro­wa­nym.

Na ulicy Pie­kar­skiej ra­zem z matką wto­piły się w tłum wra­ca­jący z nie­dziel­nej sumy.

- W domu się prze­bie­rzesz i wie­czo­rem pój­dziemy na ma­jowe - po­wie­działa matka ta­kim to­nem, jakby to na­bo­żeń­stwo miało uspo­koić jej wła­sny ro­dzący się nie­po­kój.

"Prze­cież ja ni­czego złego nie zro­bi­łam" - prze­ko­ny­wała w du­chu samą sie­bie Emi­lia. Gdzieś w głębi serca czuła jed­nak, że jej my­śli i pra­gnie­nia wła­śnie wy­rwały się w nie­znane do tej pory, a nę­cące re­jony.

* * *

Hra­bia Ni­ko­łaj Mi­chaj­ło­wicz Go­łu­bo­jew w sza­rych sztucz­ko­wych spodniach i sa­mej ko­szuli stał przed otwar­tymi drzwiami bal­ko­no­wymi swo­jego apar­ta­mentu w Ho­telu Ber­liń­skim. Zdjęty przed chwilą frak nie­dbale rzu­cił wraz z muszką na krze­sło. Ob­ser­wo­wał, jak sta­ro­za­konni kra­ma­rze wła­śnie koń­czą wy­kła­dać to­war na sto­iskach, gdy roz­legł się dźwięk ko­ściel­nych dzwo­nów zwia­stu­jący ko­niec nie­dziel­nej mszy. Od strony far­nego ko­ścioła Świę­tego Bar­tło­mieja w czerń ży­dow­skich cha­ła­tów za­częły wta­piać się ciem­no­szare sur­duty i wik­to­riań­skie kry­no­liny. Po­mię­dzy rude li­siury co­raz gę­ściej wpla­tały się smo­li­ste cy­lin­dry, je­dwabne ko­lo­rowe chu­sty i strojne w kwiaty ka­pe­lu­sze.

Było wcze­sne po­po­łu­dnie, czyli we­dług swo­ich zwy­cza­jów hra­bia po­wi­nien udać się gdzieś na obiad, ale jesz­cze nie czuł głodu. Wciąż upa­jał się ostat­nim wal­cem.

"Nos mnie nie za­wiódł - my­ślał z za­do­wo­le­niem. - To dziew­czątko ukła­dało się jak rę­ka­wiczka".

I znów dzwony prze­rwały jego roz­my­śla­nia. Drugi stru­mień wier­nych wle­wał się na plac, pły­nąc od ka­te­dry Naj­święt­szej Ma­rii Panny.

Hra­bia się­gnął po cy­garo i ob­ciął kap­tu­rek smu­kłego ve­gu­erosa.

"Cie­kawe... Tań­czyła na balu pierw­szy raz, a nie bała się tego ada­gio. - Za­cią­gnął się płytko, bo dym na po­czątku za­wsze był nieco cierpki. - To stwo­rze­nie nie wie jesz­cze, że po­winno się bać".

Od strony ko­sza­ro­wej cer­kwi przy Czar­nym Dwo­rze za­ro­iło się od pa­rad­nych gra­na­to­wych mun­du­rów car­skich ofi­ce­rów. Na ten mo­ment cze­kał chudy, tycz­ko­waty mło­dzie­niec, by przy dźwię­kach do­mo­ro­słego grajka ru­szyć po li­nie roz­pię­tej po­mię­dzy sto­jącą przed ma­gi­stra­tem, obu­do­waną drew­nem stud­nią a wieżą nie­dawno wznie­sio­nego ra­tu­sza.

Ni­ko­łaj Mi­chaj­ło­wicz ob­ser­wo­wał li­no­skoczka, który roz­po­ście­ra­jąc ręce, utrzy­my­wał chwiejną rów­no­wagę.

"Pra­wie jak przed go­dziną panna Emi­lia". Uśmiech­nął się do sie­bie na wspo­mnie­nie jej odu­rzo­nych tań­cem oczu.

Im wy­żej wspi­nał się li­no­sko­czek, tym wyż­sze dźwięki man­do­liny prze­bi­jały się przez gwar gro­ma­dzą­cych się ga­piów.

Nie było końca prze­róż­nym ochom i achom, chu­s­tecz­kom przy­kła­da­nym do ust w lęku o ży­cie śmiałka, po­spiesz­nym zna­kom krzyża przy każ­dym drgnię­ciu stóp na le­d­wie wi­docz­nej w po­wie­trzu kre­sce.

Tym­cza­sem hra­bia nie mógł się opę­dzić od ob­razu trzy­ma­nej w gó­rze dziew­czyny. Nie da­wały mu też spo­koju jego wła­sne dło­nie.

Li­no­sko­czek ob­jął zwy­cię­skim ge­stem czu­bek ra­tu­szo­wej wieży. Do czapki mu­zy­kanta sy­pały się ko­piejki i sze­lesz­czące ru­ble, więc chło­pak ru­szył przez plac, zbie­ra­jąc pie­nią­dze. Gdy zna­lazł się pod ho­te­lo­wym bal­ko­nem, Ni­ko­łaj Mi­chaj­ło­wicz się­gnął do kie­szeni, wy­jął mo­netę i rzu­cił ją w dół. Czy rzut był tak celny, czy chło­pak tak by­stry, dość, że ru­bel wy­lą­do­wał w kasz­kie­cie mu­zy­kanta. Kilka osób za­kla­skało. Hra­bia po­ru­szył pal­cami, w któ­rych jesz­cze przed chwilą trzy­mał mo­netę, i znów po­czuł w dło­niach ki­bić panny Emi­lii.

"To dziew­czę jesz­cze nie nosi gor­setu" - uzmy­sło­wił so­bie, uno­sząc cy­garo do ust. Tym ra­zem dym miał przy­jemny miękki smak.

* * *

Z ko­ścioła wra­cały bryczką o zmroku. Kiedy Szy­mon za­trzy­mał po­wóz przed dwor­kiem pań­stwa Ros­snow­skich, przez okno dziew­czyna wi­działa żół­tawe świa­tło naf­to­wej lampy i ojca krą­żą­cego po ga­bi­ne­cie z cy­ga­rem w ręku.

- Idź na górę - po­wie­działa za­nie­po­ko­jona matka. - Oj­ciec pali...

Prze­stra­szona Emi­lia wbie­gła na pię­tro do swego po­koju. Na mszy czuła się znowu jak uczen­nica pen­sji pani Au­dra­no­wej. W sza­rej su­kience do pół łydki, gru­bych trze­wi­kach i płó­cien­nym be­re­ciku w ni­czym nie przy­po­mi­nała ra­do­snej, roz­tań­czo­nej dziew­czyny sprzed kilku go­dzin.

- Pani żono, pro­szę do mnie! - usły­szała do­cho­dzący z dołu roz­ka­zu­jący ton ojca. - Naj­wy­raź­niej pani do­bro­dziejka nie za­uwa­żyła, że to dziew­czę nie jest już dziec­kiem... - do­bie­gło do niej jesz­cze, a po­tem trza­snęły drzwi ga­bi­netu.

W po­czu­ciu bez­rad­no­ści Emi­lia rzu­ciła się na łóżko, przy któ­rym wi­siał się­ga­jący su­fitu ki­lim. Z boku, na wy­so­ko­ści po­duszki, do wzo­rzy­stych weł­nia­nych splo­tów two­rzą­cych wy­bla­kłe orien­talne kwiaty przy­pięty był ryn­graf z Matką Bo­ską, a z wi­szą­cej na środku nie­wiel­kiej akwa­reli pa­trzyła na dziew­czynę jej zmarła przed ro­kiem babka.

- Ba­bu­niu - szep­tała Emi­lia - prze­cież ja na­prawdę nie zro­bi­łam nic złego.

Twarz pani Ce­cy­lii po­zo­stała nie­ru­choma. Spod czar­nej ko­ron­ko­wej chu­sty spo­glą­dała na wnuczkę chłod­nymi sza­rymi oczami.

- A je­żeli coś zro­bi­łam, to nie wiem co... - uspra­wie­dli­wiała się dziew­czyna, ale wzrok babki po­zo­stał su­rowy. Emi­lia skryła twarz w po­duszkę.

Na biurku leży dy­miące cy­garo oparte na po­piel­niczce.

Pan Au­gu­styn wkłada mo­nokl pod lewą brew i marsz­czy ją tak, by przy­trzy­mać szkło.

Sięga po książkę i otwiera na stro­nie za­zna­czo­nej weł­nianą za­kładką.

Pani Bo­gu­miła pro­stuje się na krze­śle i prze­łyka ślinę.

Mąż staje przed nią, stu­ka­jąc pal­cem w kartkę:

- Tu... tu... tu... na sto czter­dzie­stej stro­nie pod­ręcz­nika, który pani do­bro­dziejka sama ku­piła... - mówi, nie­mal ją­ka­jąc się ze zde­ner­wo­wa­nia, i to­nem na­uczy­ciela ga­nią­cego uczen­nice za brak ele­men­tar­nej wie­dzy za­czyna czy­tać:

Jest taka cnota, która in­nym cno­tom cenę na­daje, a bez któ­rej ko­bieta prze­sta­łaby pra­wie być ko­bietą: cnota, którą każdy de­li­katny męż­czy­zna pra­gnie wi­dzieć w swo­jej sio­strze, w swo­jej żo­nie i w swo­jej córce; cnota, która wznie­ca­jąc mi­łość, uchyla nie­bez­pie­czeń­stwo, po­nie­waż na­ka­zuje usza­no­wa­nie; tą cnotą jest przy­zwo­itość.

Dok­tor prze­rywa i spo­gląda na żonę przez mo­nokl. Pani Bo­gu­miła aż kuli się w so­bie.

Po raz pierw­szy mał­żo­nek pa­trzył tak na nią trzy lata po ślu­bie. Było to późną nocą. Ma­leńka Emilka, któ­rej wy­rzy­nały się ząbki, za­no­siła się pła­czem. Ona usi­ło­wała uspo­koić nie­mowlę, tu­ląc je do piersi. W drzwiach dzie­cię­cego po­koju sta­nął na­gle jej mąż. Po­przez szkło mo­no­kla wpa­try­wało się w nią z iry­ta­cją nie­na­tu­ral­nie po­więk­szone oko.

- Pani żono - roz­ka­zał - pro­szę marsz do n a s z e g o łoża!

Te­raz ma po­dobne spoj­rze­nie.

Dok­tor znów unosi książkę i czyta:

Je­śli młoda dziew­czyna przy­pad­kowo uj­rzy się sama po­śród męż­czyzn, usu­nie się od nich bez prze­sady i zbliży się do swo­jej Matki. Ta­jemne prze­czu­cie prze­strzeże ją, że w jej wieku uni­kać na­leży oczu męż­czyzn i im mniej stara się im po­do­bać, tym wię­cej im się po­do­bać bę­dzie.

Pan Au­gu­styn po­pra­wia mo­nokl, spo­gląda na żonę.

- Do­bro­dziejka za­po­mniała wi­dać te na­uki, któ­rym sama kie­dyś hoł­do­wała.

"A Emilka tak ład­nie dziś na tym balu wy­glą­dała" - my­śli z ża­lem pani Ros­snow­ska, ale jej mąż jest nie­ubła­gany. Upo­ka­rza­jąca lek­cja trwa da­lej:

Przy­zwo­ita dziew­czyna nie jest ani skrom­ni­sią, ani świę­toszką; a jed­nak nikt z nią po­ufa­ło­ści so­bie nie po­zwoli, at­mos­fera wsty­dli­wo­ści, która ją ota­cza, jest do­sta­tecz­nym jej za­bez­pie­cze­niem.

Znów kar­cące spoj­rze­nie.

Taka panna tak swoje po­waby osło­nić umie; z ta­jem­ni­cami i sztuką po­wab­no­ści nie­obe­znana, że bę­dzie kie­dyś taką, jaką każda ko­bieta pra­gnąć po­winna: przez jed­nego ko­chana, a sza­no­wana przez wszyst­kich.[1]

Pan Au­gu­styn odło­żył książkę, zer­k­nął na żonę i wy­jął mo­nokl. Wo­kół oka po­ja­wiła się czer­wona ob­wódka.

"Jaki on przy­gnę­biony" - prze­mknęło przez myśl jego żo­nie.

- Pani do­bro­dziejko, za­de­cy­do­wa­łem o przy­szło­ści na­szej córki - ode­zwał się ci­szej, zmę­czo­nym gło­sem. - Nie dam Emilki na zmar­no­wa­nie. - Przy­pa­lił wy­ga­słe w po­ło­wie cy­garo. - Pro­szę mnie zo­sta­wić sa­mego.

Pani Bo­gu­miła chciała o coś za­py­tać, ale wi­dząc, jak mę­żowi na­gle opa­dły ra­miona, uznała, że le­piej bę­dzie wyjść bez słowa.

* * *

Nie było jesz­cze siód­mej, kiedy bryczka wje­chała przez bramę na tyły żół­ta­wego pię­tro­wego bu­dy­neczku przy Do­mi­ni­kań­skiej. Gło­śne uja­da­nie uwią­za­nego na łań­cu­chu ol­brzy­miego psa spło­szyło ko­nia.

- Ażby cie, dia­bel­skie na­sie­nie... - za­klął Szy­mon, ze­sko­czył z ko­zła i za­czął uspo­ka­jać białą klacz, po­kle­pu­jąc ją po py­sku.

Na od­głos szcze­ka­nia w oknie na par­te­rze po­ru­szyła się fi­ranka.

- Niech Szy­mon nie czeka na mnie. - Dok­tor Ros­snow­ski wziął do ręki wy­słu­żoną le­kar­ską torbę i wy­sia­da­jąc z po­wozu, do­dał: - Po­tem pójdę pie­szo do szpi­tala.

- Jak pan dok­tór ży­czy, ale na to by­dle to trza uwa­żać, bo jak się ta sa­baka urwie... - Woź­nica po­krę­cił głową, po czym po­spiesz­nie wsko­czył na ko­zioł, lekko sma­gnął ba­tem, cmok­nął: "Nu, ru­szaj", i po­cią­gnął za lejce. Po chwili znik­nął z po­dwórca głów­nego urzędu pocz­to­wego gu­ber­nial­nego mia­sta Płocka. Dok­tor na wszelki wy­pa­dek nie zbli­żał się do war­czą­cego i od­sła­nia­ją­cego białe zę­bi­ska zwie­rzaka.

Na­czel­nik poczty Piotr Fajko opu­ścił za­słonę. Wi­zyta dok­tora Ros­snow­skiego o tak wcze­snej po­rze ozna­czała pilną sprawę, a on nie zdą­żył się jesz­cze ubrać. Drep­cząc do wej­ścia, na­cią­gnął w po­śpie­chu kurtkę mun­duru i ner­wowo do­pi­nał me­ta­lowe gu­ziki zdo­bione dwu­gło­wym or­łem, by jak naj­szyb­ciej po­wi­tać nie­spo­dzie­wa­nego go­ścia.

Otwo­rzył drzwi.

- Nero, spo­kój! Do budy! - wrza­snął na psa, a ten scho­wał się na­tych­miast z pod­ku­lo­nym ogo­nem.

- Moje naj­niż­sze usza­no­wa­nie panu dok­to­rowi. - Po­czmistrz ukło­nił się i ge­stem za­pro­sił pana Au­gu­styna do środka.

Sie­dzieli na­prze­ciw sie­bie w nie­wiel­kim sa­lo­niku. Dzie­lił ich okrą­gły stół i le­żące na nim trzy ko­perty z dwoma pa­ry­skimi ad­re­sami i jed­nym wie­deń­skim. Dok­tor Ros­snow­ski pa­trzył py­ta­jąco na na­czel­nika poczty, ten jed­nak ucie­kał spoj­rze­niem. Mil­cze­nie się prze­dłu­żało.

Wresz­cie urzęd­nik prze­łknął ślinę i po­wie­dział ci­cho:

- Pa­nie dok­to­rze, je­stem tylko ma­łym try­bi­kiem w car­skiej ma­chi­nie. - Pod­niósł oczy. - Ot, ja­kiś tam czy­now­nik dwu­na­stej rangi. Ale ten czy­now­nik ma swoje lata i wie, co może gwa­ran­to­wać, a czego nie.

- Ja tylko nie chcę, żeby ktoś poza pa­nem do­wie­dział się o tych li­stach. To wszystko.

Po­czmistrz pod­niósł pa­lec wska­zu­jący.

- Ale chce pan je wy­słać spe­cjal­nym ku­rie­rem... - za­uwa­żył.

- Prze­cież za­płacę - prze­rwał pan Au­gu­styn.

- Pa­nie dok­to­rze. Znamy się nie od dziś. Zda­rzało się, że słał pan w po­śpie­chu li­sty do Pa­ryża i do­sta­wał od­po­wiedź na­wet po ty­go­dniu, naj­póź­niej dwóch. Ale wtedy, drogi dok­to­rze... Wtedy nie było tu na­szego dan­dysa Go­łu­bo­jewa. - Ostat­nie słowa po­czmistrz wy­mó­wił z lek­kim prze­ką­sem.

"Zna­czy, że plotka o balu już po­szła w mia­sto" - po­my­ślał pan Ros­snow­ski, ale spró­bo­wał raz jesz­cze:

- Prze­cież pan mu nie pod­lega.

- Oczy­wi­ście, że nie. Ja pod­le­gam radcy stanu, car­skiemu urzęd­ni­kowi pią­tej rangi, księ­ciu Alek­san­drowi Go­li­cy­nowi, dy­rek­to­rowi ge­ne­ral­nemu Poczt Kró­le­stwa Pol­skiego...

- No wła­śnie - wtrą­cił dok­tor.

Po­czmistrz tym ra­zem nie po­zwo­lił jed­nak so­bie prze­rwać.

- ...ale w spra­wie ko­re­spon­den­cji za­gra­nicz­nej - kon­ty­nu­ował - moim prze­ło­żo­nym jest ge­ne­rał Pa­niu­tin, urzęd­nik szó­stej rangi, który nie­dawno ob­jął sta­no­wi­sko gu­ber­na­tora wo­jen­nego w War­sza­wie. - Na­czel­nik po­pa­trzył w oczy dok­tora. - On wła­śnie pod­pi­sał ukaz, w któ­rym ob­li­guje mnie do skła­da­nia od­po­wied­nich ra­por­tów ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem poczty ku­rier­skiej urzęd­ni­kowi siód­mej rangi kie­ru­ją­cemu w na­szej gu­berni wy­dzia­łem wo­jenno-po­li­cyj­nym...

- ...a tym od mie­siąca kie­ruje pan hra­bia Ni­ko­łaj Mi­chaj­ło­wicz Go­łu­bo­jew - po­nuro do­koń­czył dok­tor.

- Za­po­mniał pan do­dać, dok­to­rze: hra­bia i za­ra­zem puł­kow­nik...

- Puł­kow­nik?! Prze­cież on nie ma na­wet trzy­dziestki!

- No wła­śnie. Musi więc mieć do­brych pro­tek­to­rów w Mo­skwie albo i sa­mym Pi­trze[2].

- Zo­sta­wię panu te li­sty, może coś pan wy­my­śli - z prośbą w gło­sie ci­cho po­wie­dział pan Au­gu­styn.

- Dok­to­rze drogi, niech mnie pan nie sta­wia w ta­kiej sy­tu­acji. Pan le­czy lu­dzi, pan za­wsze za­robi na ży­cie... - Na­czel­nik od­su­nął od sie­bie li­sty. - Pro­szę je na­pi­sać tak, żeby ten, kto je bę­dzie czy­tał, nie mógł panu za­szko­dzić. - Wi­dząc zre­zy­gno­waną minę go­ścia cho­wa­ją­cego ko­perty do kie­szeni sur­duta, do­dał ci­cho: - A tę naj­waż­niej­szą ko­re­spon­den­cję do Wied­nia czy Pa­ryża niech panu prze­wozi ktoś za­przy­jaź­niony... - a po chwili mil­cze­nia rzu­cił: - Może ja­kaś ko­bieta?

Dok­tor Ros­snow­ski czuł, że jest w po­trza­sku. Był prze­ko­nany, że od tych li­stów za­leży przy­szłość jego córki.

"Ju­tro po­jadę do War­szawy - po­sta­no­wił - i będę wa­ro­wał jak ten pies na sta­cji pocz­to­wych dy­li­żan­sów idą­cych na Pa­ryż. - Się­gnął po ko­perty. - Może ktoś godny za­ufa­nia zli­tuje się i weź­mie je ze sobą". Wstał.

Po­czmistrz pa­trzył na niego ze współ­czu­ciem.

"Wi­dać, że bar­dzo mu na tych li­stach za­leży" - po­my­ślał.

- Na po­cie­sze­nie - po­wie­dział, wsta­jąc - opo­wiem panu aneg­dotę. Go­łu­bo­jew za­żą­dał ode mnie wy­kazu oby­wa­teli na­szej gu­berni naj­czę­ściej ko­rzy­sta­ją­cych z usług pocz­to­wych ku­rie­rów na Pa­ryż, Ber­lin, Lon­dyn, Wie­deń i Rzym.

Pan Au­gu­styn spoj­rzał na niego zdzi­wiony.

- Aneg­dota bę­dzie za chwilę. - Na­czel­nik uśmiech­nął się. - Otóż niech pan so­bie wy­obrazi, że Nero tak po­szar­pał książkę ku­rier­ską, że pan Go­łu­bo­jew nie mógł z niej nic od­czy­tać. - Po­czmistrz uniósł zna­cząco jedną brew. - A tak się składa, że wśród pię­ciu oby­wa­teli na­szej gu­berni naj­czę­ściej ko­rzy­sta­ją­cych z ku­riera znaj­do­wał się pe­wien le­karz, ale ja nie pa­mię­tam jego na­zwi­ska...

Obaj wy­buch­nęli śmie­chem.

"To do­bry czło­wiek - po­my­ślał pan Au­gu­styn. - Szkoda, że nie może mi po­móc".

* * *

Le­dwo Szy­mon zdą­żył ogar­nąć oba ko­nie pań­stwa Ros­snow­skich, le­dwo łyk­nął tro­chę kawy, którą ra­zem z dwiema bu­łecz­kami z wy­nio­słą miną po­dała mu Ro­zalka, gdy w drzwiach po­ja­wiła się, jesz­cze w szla­froku, pani Bo­gu­miła i jed­nym spoj­rze­niem omio­tła kuch­nię.

- Niech Szy­mon bę­dzie tak do­bry i za kwa­drans za­przęga. Po­je­dziemy z Emilką do mia­sta. - Tym ra­zem lu­stro­wała kre­dens. Po­de­szła i prze­cią­gnęła pal­cem po ran­cie prze­szklo­nych drzwi­czek, przez które wi­dać było śnia­da­niowy kom­plet fa­jan­so­wych fi­li­ża­nek, kub­ków i ta­le­rzy.

- A Ro­zalka niech no tu prze­trze ku­rze - po­wie­dziaw­szy to, pani dok­to­rowa od­pły­nęła w stronę mał­żeń­skiej sy­pialni.

"Na pewno te­raz mi się to dzie­wu­szy­sko po­krzy­wia za ple­cami" - my­ślała, za­sta­na­wia­jąc się przez mo­ment, czy nie od­wró­cić się gwał­tow­nie, by przy­ła­pać na tym słu­żącą. Wy­brała jed­nak sta­teczną god­ność pani domu.

Pani Ros­snow­ska po­my­liła się jed­nak - tym ra­zem dwie osoby w kuchni stro­iły miny po jej wyj­ściu.

Z pięt­na­stu mi­nut zro­biła się po­nad go­dzina i do­piero grubo po dzie­wią­tej pani dok­to­rowa ra­zem z córką wy­szły na ga­nek. Emi­lia pod­bie­gła do kla­czy, przy­tu­liła do jej łba po­li­czek i ukrad­kiem wsu­nęła ka­wa­łek cu­kru w koń­ski pysk.

- Ja to wi­dzę, pa­nienko - po­wie­dział ze śmie­chem Szy­mon. - Roz­pu­ści mi ją pa­nienka jak jaki dzia­dow­ski bicz.

- Emilko, wsia­daj, pro­szę - ode­zwała się su­cho matka.

Za­trzy­mały się na Tum­skiej pod dzie­wią­tym. Pod so­snową kuczką[3], którą do­bu­do­wał nowy wła­ści­ciel ka­mie­nicy, było nie­wiel­kie okno wy­sta­wowe, w któ­rym stały trzy dam­skie ma­ne­kiny opięte cia­sno otu­li­nami w ko­lo­rze ró­żo­wym, kre­mo­wym i bia­łym. Za­wie­szona przed szybą bla­cha ki­wała się na wie­trze, to przy­bli­ża­jąc, to od­da­la­jąc wy­ma­lo­wany na niej na­pis:

Brana Tau­ben­fli­gel

GOR­SE­CIARKA

Trzy­mały go w dzio­bach dwa me­ta­lowe go­łę­bie z gor­se­ci­kami na brzusz­kach oraz roz­po­star­tymi do lotu skrzy­deł­kami.

Gdy pa­sa­żerki wy­sia­dły z bryczki, pani Ros­snow­ska ru­szyła zde­cy­do­wa­nym kro­kiem do wej­ścia, a za nią, noga za nogą, su­nęła córka. Za­wsze ucie­kała do swego po­ko­iku na pię­trze, kiedy z sy­pialni do­cho­dził pod­nie­siony głos matki: "Niechże Ro­zalka cią­gnie z ca­łych sił" - iry­to­wała się pani Bo­gu­miła. "Kie­dyk siem boje, coby pani dy­chać zmo­gła" - od­po­wia­dała czer­wona z wy­siłku dziew­czyna, za­cią­ga­jąc sznu­rówki na ple­cach chle­bo­daw­czyni. "Już ty się o mnie nie bój. Za­przyj się i cią­gnij".

"Ni­gdy na sie­bie cze­goś ta­kiego nie włożę" - przy­rze­kała so­bie wtedy panna Ros­snow­ska.

Gor­se­ciarka Brana Tau­ben­fli­gel była nie­wy­soką, dość pulchną ko­bietą o za­dzi­wia­jąco wą­skiej ta­lii, co przy jej tu­szy sta­no­wiło naj­lep­szą re­klamę szy­tej przez nią bie­li­zny. Na gło­wie miała szajtł[4] z pięk­nych mie­dzia­no­brą­zo­wych wło­sów, ozdo­biony de­li­katną sia­teczką z drob­nymi kre­mo­wymi ko­ra­li­kami, a spod pe­ruki spo­glą­dały na Emi­lię czarne świ­dru­jące oczka tak­su­jące jej szczu­plutką fi­gurę.

- Tu nie bę­dzie kło­pot.

Za­uwa­żyła zlęk­nione spoj­rze­nie dziew­czyny, która roz­glą­dała się po sto­ją­cych wo­kół ma­ne­ki­nach za­sznu­ro­wa­nych w go­towe gor­sety. Na kilku sto­łach pra­cow­nice ob­szy­wały ko­lejne płót­nem, je­dwa­biem, kasz­mi­rem, sa­tyną lub de­li­katną cie­lęcą skórką.

- Tu się nie ma co bać - uspo­ka­jała. - To tylko po­trze­buje pod­kre­ślić piękną fi­gurę panny dok­to­równy. - I na­gle przy­ło­żyła obie ręce do jej ta­lii, a palce wpiły się tak bo­le­śnie w ki­bić, że Emi­lia aż się wzdry­gnęła.

"Hra­bia mnie zdo­łał pod­nieść i to nie bo­lało" - prze­szło jej przez myśl.

- Pro­szę nie roz­pusz­czać mi córki, pani Tau­ben­fli­gel - po­wie­działa z uśmie­chem pani Ros­snow­ska. - Po­zwoli pani, że zer­knę na ma­te­riały - bar­dziej stwier­dziła, niż spy­tała.

- Ależ pani dok­to­rowa, pani nie po­trze­buje mnie o to py­tać.

- Po­cze­kaj chwilę, có­reczko.

Pani Bo­gu­miła ru­szyła w głąb pra­cowni i ko­lejno brała do ręki ma­te­riały, któ­rymi ob­szy­wano gor­sety, ba­dała ela­stycz­ność wi­kli­no­wych, me­ta­lo­wych i trzci­no­wych prę­tów two­rzą­cych ażu­rowe rusz­to­wa­nia.

Na bocz­nym stole, wśród fran­cu­skich i nie­miec­kich żur­nali, za­uwa­żyła naj­now­szy nu­mer "Gońca Płoc­kiego". Jej uwagę przy­kuł ty­tuł na pierw­szej stro­nie: "Pi­kantny bal de­by­utan­tek".

Po­wstrzy­mu­jąc emo­cje i si­ląc się na obo­jęt­ność, od nie­chce­nia się­gnęła po pi­smo. Wa­chlu­jąc się nim, krą­żyła mię­dzy pra­cow­ni­cami. Jej wzrok przy­cią­gnął wą­ski kasz­mi­rowy gor­set w bla­do­mo­re­lo­wym ko­lo­rze. Miał wpraw­dzie sznu­rówki z tyłu, ale jed­no­cze­śnie pięć du­żych me­ta­lo­wych ha­ftek z przodu. Pani Bo­gu­miła jedną dło­nią na­dal po­ru­szała ga­zetą, drugą spraw­dzała ja­kość ma­te­riału. Po­de­szła do gor­se­ciarki, która bacz­nie ob­ser­wo­wała jej każdy krok.

- Tam­ten wy­gląda wdzięcz­nie...

- My to ro­bimy dla córka sa­mego pana Pa­weł Ray­stoff z Go­sty­nina. - Gor­se­ciarka za­uwa­żyła, że na­zwi­sko nie robi na pani Ros­snow­skiej żad­nego wra­że­nia. - No jak­żesz?! Panna Ray­stoff też była wczo­raj na ten bal. - Ści­szyła głos. - Tyle że szpetna... Kudy jej do pa­nienka. - Spoj­rzała na Emi­lię. - Ale na moje oko fi­gura po­trze­buje być taka sama - rzu­ciła. - Ma­rylka, pójdź no tu z ro­bótka. - Gor­se­ciarka kiw­nęła na rudą, bladą dziew­czynę sie­dzącą pod oknem. - To sam naj­now­szy wy­na­la­zek pana Do­uglas z Ame­ryka... - cią­gnęła, się­ga­jąc po gor­set. - Pani dok­to­rowa po­trze­buje po­pa­trzeć.

De­mon­stra­cyj­nie za­częła wy­gi­nać przed­nie li­stwy na wszyst­kie strony.

- Mię­kuchny. W sam raz dla pa­nienka. - Pani Tau­ben­fli­gel uśmiech­nęła się do Emi­lii. - Te ha­ftki po­trze­bują być wszyte w bry­kle z ple­cionki ze sta­lo­wego drutu. - Przy­ło­żyła gor­set do sukni Emi­lii. - Jak się raz z tyłu do­brze za­sznu­ruje, to pa­nienka po­trze­buje tylko wstrzy­mać od­dech i bę­dzie mo­gła z przodu za­pi­nać sama. - Za­wie­siła głos. - Pani có­ruś warta ten cy­mes. - Spoj­rzała za­chę­ca­jąco na pa­nią Bo­gu­miłę i po­spiesz­nie wy­dała po­moc­nicy po­le­ce­nie: - Niech Ma­rylka weź­mie pa­nienka dok­to­równa do go­to­walni i przy­mie­rzy to pan­nie.

Ruda dziew­czyna bez słowa skło­niła głowę i ci­cho zwró­ciła się do Emi­lii:

- Pa­nienka wy­ba­czy, że pójdę przo­dem. Mu­sim przejść na tył domu, przez po­dwó­rze. Tam trza uwa­żać, bo błoto. - Za­ru­mie­niła się.

Gor­se­ciarka od­pro­wa­dziła wzro­kiem obie dziew­czyny.

- Na moje oko po­trze­buje być jak ulał. - I za­raz do­dała kon­fi­den­cjo­nal­nie: - Pani Ray­stoff bę­dzie tu z córka do­piero w pią­tek. Dziś po­nie­dzia­łek. Ma­rylka po­trze­buje się tylko po­spie­szyć. - Po­tem, na­chy­la­jąc się do pani dok­to­ro­wej, szep­nęła przy­mil­nie: - A pani dok­to­rowa może ze­chce kawy, bo przy­miarka a bisl[5] po­trwa.

Sie­dzą w nie­wiel­kim po­koju gor­se­ciarki przy okrą­głym sto­liku, a z dzbanka unosi się za­pach kawy. Pani Ros­snow­ska wciąż się wa­chluje ga­zetą.

- A wie pani dok­to­rowa, że ten Ray­stoff z Go­sty­nina to oprócz dwie far­biar­nie i córka ma jesz­cze syn? - Gor­se­ciarka uśmie­cha się chy­trze. - Przy­stojny mło­dzie­niec. Na dwa­dzie­ścia lat mu idzie. - Po­chyla się ku pani Ros­snow­skiej. - To po­trze­buje być bar­dzo do­bra par­tia... - Przy­suwa się z krze­słem. - Znacz­nie bez­piecz­niej­sza niż ten puł­kow­nik... - Za­wie­sza głos. - Pani prze­cież wie, dla­czego tu przy­słali pana hra­biego. - Urywa i spo­gląda na nią zna­cząco.

Pani Ros­snow­ska mil­czy, tylko jej palce moc­niej za­ci­skają się na ga­ze­cie.

"Oni tu wszystko wie­dzą, i mój Au­gu­styn, i na­wet ta Ży­dówka, tylko ja nic nie wiem" - my­śli roz­ża­lona.

W go­to­walni są tylko we dwie. Emi­lia nie bar­dzo ro­zu­mie, co ma ze sobą zro­bić.

- Pa­nienka się roz­bie­rze - mówi ci­cho Ma­rylka. Wi­dząc spe­sze­nie panny Ros­snow­skiej, do­daje: - Ja nie będę pa­trzeć.

- W Pi­trze córka ja­kie­goś kupca, do­stawcy dworu - pani Bo­gu­miła sły­szy głos gor­se­ciarki - skoń­czy­łaby w maju szes­na­ście lat.

- Skoń­czy­łaby? - pyta pani dok­to­rowa.

- W marcu po­trze­bo­wała rzu­cić się do Newy z mi­łość do... - Pani Tau­ben­fli­gel za­wie­sza głos.

Py­ta­jące spoj­rze­nie.

Lek­kie ski­nie­nie głową.

- Uwiódł ją nasz pan hra­bia.

Mil­cze­nie.

- Za­miast sądu ze­słano go do nas...

"Wielki Boże! I taki czło­wiek pod­no­sił wczo­raj Emilkę?!" Pani Ros­snow­skiej trudno zła­pać od­dech.

Gor­se­ciarka wstaje.

- Zo­sta­wię pa­nią na chwilę. - Na­lewa do fi­li­żanki kawę. - Sza­nowna pani spo­koj­nie się na­pije, a ja po­trze­buję zer­k­nąć, czy ten gor­set nada się dla panna dok­to­równa.

Gdy tylko za gor­se­ciarką za­my­kają się drzwi, pani Ros­snow­ska roz­kłada po­miętą ga­zetę. Szybko prze­biega wzro­kiem tekst.

Uspo­kaja się, od­no­to­wu­jąc opis tego, jak Emilka ład­nie tań­czyła i jak gu­stow­nie wy­glą­dała.

Sku­lona w so­bie Emi­lia stoi tylko w płó­cien­nej ko­szuli. Pa­trzy spod oka na Ma­rylkę, która po­lu­zo­wuje sznu­rówki z tyłu gor­setu, roz­pina przed­nie ha­ftki i roz­po­ściera go na całą sze­ro­kość.

"To wy­gląda jak ja­kiś ol­brzymi chra­bąszcz" - prze­myka Emi­lii przez myśl.

Tro­chę nie­po­koi pa­nią Bo­gu­miłę sfor­mu­ło­wa­nie, że fi­na­łowe pas wy­warło wra­że­nie głów­nie na pa­nach.

"Roz­pustny pi­smak - po­mstuje pani dok­to­rowa. - I jesz­cze do tego ten ty­tuł!"

Ma­rylka od ple­ców otula pannę Ros­snow­ską otwar­tym gor­se­tem.

- Niech pa­nienka te­raz to po­za­pina - sły­szy Emi­lia głos dziew­czyny.

Trzę­są­cymi się dłońmi sięga po oba bry­kle, przy­bliża je do sie­bie.

Jedną ręką przy­trzy­muje li­stwy, a drugą usi­łuje za­piąć ha­ftkę.

- Nie mogę tra­fić jedną ręką - mówi za­kło­po­tana.

- Pa­nienka po­zwoli. - Ma­rylka od tyłu obej­muje Emi­lię w pa­sie i scze­pia środ­kową ha­ftkę.

- Od tej trzeba za­czy­nać - ra­dzi.

Pani Ros­snow­ska czyta o tym, z jaką dez­apro­batą wśród in­nych ma­tek spo­tkały się zbyt śmiałe fi­gury ta­neczne. Czuje na­głe pul­so­wa­nie w skro­niach.

Emi­lia opiera się rę­koma o ścianę. Z tyłu sły­szy sa­pa­nie Ma­rylki, która z ca­łej siły ściąga ko­lejne sploty sznu­rówki. Panna Ros­snow­ska nie­mal traci od­dech.

"Te­raz bym na­wet nie po­czuła, że ktoś pod­nosi mnie do góry" - my­śli z tru­dem, ła­piąc po­wie­trze.

- Układa się na pa­nience jak rę­ka­wiczka - mówi za­do­wo­lona pani Tau­ben­fli­gel, wcho­dząc do go­to­walni.

Ostat­nie zda­nie pani Bo­gu­miła musi czy­tać dwa razy. Li­tery ska­czą jej przed oczami:

Któ­raś z pań su­po­no­wała na­wet, że ta­neczna edu­ka­cja na pew­nej płoc­kiej pen­sji skan­da­li­zu­jąco wy­biega poza przy­jęte w oby­czaj­nem to­wa­rzy­stwie kon­we­nanse.

Z tru­dem ła­pie od­dech.

"Jak pan śmiał, nędzny pi­smaku, wplą­tać Emilkę w taki skan­dal!" W my­ślach po­licz­kuje re­dak­tora Cza­plic­kiego.

Do po­koju wcho­dzi gor­se­ciarka, a za nią sztywno Emi­lia. Dziew­czyna ma te­raz znacz­nie głęb­sze wcię­cie w ta­lii.

- Strasz­nie tu go­rąco - mówi pani Bo­gu­miła.

Szyb­kie ru­chy ga­zetą.

- Za­raz przy­niosę zimną li­mo­niadę...

Stuk­nię­cie za­my­ka­nych drzwi.

Pani Bo­gu­miła ma cią­gle przed oczami hra­biego Go­łu­bo­jewa trzy­ma­ją­cego w rę­kach jej córkę.

"Boże, jaki prze­wi­du­jący jest ten mój Au­gu­styn..." - my­śli z po­dzi­wem, a za­ra­zem po­czu­ciem winy, że za­wiódł ją ko­biecy in­stynkt.

Emi­lia pa­trzy z nie­po­ko­jem na matkę.

- Czy ma­man do­brze się czuje?

- Do­brze... Już do­brze, Emilko... - od­po­wiada pani Ros­snow­ska, ale ga­zeta w jej ręku nie prze­staje się po­ru­szać.

Sto­jąca obok Emi­lia aż czuje na swo­jej twa­rzy ruch po­wie­trza.

"Jak do­brze, że ma­man się wa­chluje. Ła­twiej mi od­dy­chać - my­śli, do­ty­ka­jąc bez­wied­nie swo­jej opan­ce­rzo­nej ta­lii. - Ale ni­gdy nie będę umiała w tym za­tań­czyć". Pró­buje głę­biej wcią­gnąć po­wie­trze.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki