Od ognia piekielnego - Paulina Cedlerska

Kup ebooka

46.90 zł
37.52 zł (28,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ I

Pla­ster świa­tła prze­są­czył się przez brudną szybę do nie­wiel­kiego po­miesz­cze­nia. Mirka z dzie­cięcą na­iw­no­ścią przy­mknęła oczy, łu­dząc się, że dzięki temu uda się jej unik­nąć świ­dru­ją­cego spoj­rze­nia na­czel­nego. Wy­jazd służ­bowy był w tym mo­men­cie ostat­nią rze­czą, na jaką miała ochotę. Uchy­liła po­wiekę, spo­glą­da­jąc dys­kret­nie na Tomka. Po­czer­wie­niałe po­liczki jed­no­znacz­nie wska­zy­wały na to, że on też nie zgo­dzi się na de­le­ga­cję bez walki. Krępy męż­czy­zna o si­wych wło­sach wy­rzu­cał z sie­bie słowa, które zle­wały się w je­den dźwięk, ba­zgrząc jed­no­cze­śnie po flip­char­cie. Nie mo­gła zna­leźć siły na to, by do tych pu­stych brzmień przy­pi­sać zna­cze­nie.

- Mi­ro­sławo, my­ślę, że ty świet­nie po­ra­dzisz so­bie z tym za­da­niem. - Gło­śne wy­po­wie­dze­nie jej imie­nia w peł­nej wer­sji spra­wiło, że gwał­tow­nie się po­ru­szyła.

- Sze­fie, ale ja nie je­stem jesz­cze do końca za­do­mo­wiona w re­dak­cji. Wo­la­ła­bym tro­chę po­pra­co­wać w te­re­nie... Tu na miej­scu, żeby le­piej zżyć się ze spo­łecz­no­ścią, po­znać lo­kalne pro­blemy. A to po­ważny pro­jekt, więc może To­mek... - wy­mi­gi­wała się nie­po­rad­nie.

- Mam nie­mow­laka w domu, więc od­pa­dam. Nie ma opcji na ża­den wy­jazd, żona w ży­ciu mnie nie pu­ści - rzu­cił w od­po­wie­dzi chudy blon­dyn w oku­la­rach opra­wio­nych w srebrne dru­ciki.

- Je­dzie Mirka i bez dys­ku­sji. Żad­nych li­cy­ta­cji. To­mek musi zło­żyć nowy nu­mer i zna­leźć te­mat na je­dynkę, po­trze­buję go na miej­scu. Ko­niec ze­bra­nia. - Grubą dło­nią chwy­cił z biurka za­pal­niczkę i paczkę czer­wo­nych che­ster­fiel­dów, po czym znik­nął za po­żół­kłymi drzwiami, po­ma­lo­wa­nymi nie­dbale olejną farbą.

- Świet­nie, że ktoś się tu w ogóle li­czy z moim zda­niem. - Osten­ta­cyj­nie za­częła ude­rzać pal­cami o kla­wia­turę, wpi­su­jąc w edy­to­rze tek­stów przy­pad­kowe słowa.

To­mek uda­wał, że tego nie do­sły­szał.

Za­gry­zła mocno wargi, sta­ra­jąc się sku­pić wy­łącz­nie na ryt­micz­nym stu­ka­niu w kla­wi­sze.

- Co ty tak bie­gasz jak sza­lona? Zupy ci na­la­łam. Zjedz, za­nim wy­sty­gnie. - Matka z wło­sami na­wi­nię­tymi na pa­pi­loty krzą­tała się po sa­lo­nie.

- Nie mam czasu, mu­szę szybko się spa­ko­wać i zor­ga­ni­zo­wać ja­kieś za­kupy. Rano jadę w de­le­ga­cję.

- W de­le­ga­cję? Z na­szej ga­zety? To tam się na­wet wy­jeż­dża służ­bowo? No, nie po­my­śla­ła­bym - cmok­nęła, a wą­skie usta po­ma­lo­wane nie­równo po­ma­rań­czową szminką wy­gięły się w gry­mas.

- Też się nie spo­dzie­wa­łam.

- A za­płacą ci cho­ciaż za to do­dat­kowo? Ja­kieś nad­go­dziny, dieta?

- Nie wiem - rzu­ciła, pa­ku­jąc do zme­cha­co­nej torby po­dróż­nej spray prze­ciw ko­ma­rom.

- Jak to nie wiesz? - Po­sta­wiła gwał­tow­nie ta­lerz z po­mi­do­rówką na stole. Po­ma­rań­czowe kro­ple roz­pry­snęły się wo­koło.

- Zwy­czaj­nie. Po pro­stu nie wiem.

- Tyle lat w War­sza­wie sie­dzia­łaś, ka­rierę ro­bi­łaś, a te­raz da­jesz się wy­ko­rzy­sty­wać jak na­sto­latka. - Matka ręcz­nicz­kiem pa­pie­ro­wym pró­bo­wała usu­nąć plamy ze stołu. - Jedz.

- Dzięki, ale ja­koś nie mam ape­tytu - od­po­wie­działa, wy­cią­ga­jąc z szafki stare ja­ponki pod prysz­nic.

- Czło­wiek się na­go­tuje, a ta jesz­cze wy­brzy­dza. Trzy­dzie­ści lat skoń­czy­łaś, a na­dal za­cho­wu­jesz się tak, jak­byś miała trzy­na­ście.

- Pro­sił cię ktoś, że­byś mi go­to­wała?

- Mi­zer­nie wy­glą­dasz. Ktoś musi cię tro­chę pod­tu­czyć.

- Tu­czy to się pro­siaki na rzeź.

- Znowu za­czy­nasz? Nie po to cię przy­ję­li­śmy pod swój dach po tym wszyst­kim, że­byś mi te­raz...

- Po czym wszyst­kim?

- Po tym, jak na stu­dia ło­ży­li­śmy tyle lat i lu­dziom się chwa­li­łam, że moja Mi­ru­sia taką ka­rierę robi w sto­licy. Że ślub miał być i... A tam, szkoda ję­zyka strzę­pić. Wstyd mi na­wet do ko­ścioła iść na tę mszę co za­wsze. Rano cho­dzę, bo...

- Za­mknij się - wark­nęła Mirka przez za­ci­śnięte zęby.

- Co ty do mnie po­wie­dzia­łaś? - Twarz ko­biety po­bla­dła, kon­tra­stu­jąc z brą­zo­wymi wło­sami, przez które po­ły­ski­wały siwe pa­sma.

- To, co sły­sza­łaś.

- Nie­wdzięcz­nica! Kiedy cię uro­dzi­łam, po­wta­rza­łam ojcu, że gdyby trzeba było cier­pieć te bóle po­ro­dowe co­dzien­nie, byle cię tylko mieć przy so­bie... - za­wa­hała się. - A te­raz ża­łuję, że w ogóle zde­cy­do­wa­li­śmy się na dziecko.

Mirka po­czuła uczu­cie żalu roz­le­wa­jące się pod pier­siami.

- Co tu się znowu wy­pra­wia? - Tu­balny głos ojca niósł się po kuchni. Krępy si­wo­włosy męż­czy­zna w nie­bie­skim uni­for­mie wszedł do po­miesz­cze­nia dziar­skim kro­kiem.

- Nic, tylko na­sza córka jak zwy­kle na­rzeka i kry­ty­kuje wszystko, co ro­bię. Na­wet...

- Dość! - Ude­rzył po­sza­rzałą pię­ścią w stół. Z ta­le­rza znów pry­snęła zupa. - Nie będę wy­słu­chi­wał wa­szych py­skó­wek. Je­stem zmę­czony po ca­łym dniu ha­rówki. Chcę przy­naj­mniej zjeść w spo­koju.

- Tak, tak, ko­cha­nie, już ci zupkę pod­grze­wam, bo ta cał­kiem wy­sty­gła. - Matka za­brała ta­lerz córki i w pod­sko­kach ru­szyła w stronę kuchni.

- Nie mo­że­cie od­pu­ścić? - Wy­glą­dał na zmę­czo­nego. Pro­mie­nie słońca oświe­tliły głę­bo­kie zmarszczki pod siwą grzywką.

- To nie ja.

- Z matką mamy już swoje lata. Mo­gła­byś cza­sami oka­zać sza­cu­nek i ugryźć się w ję­zyk. Szcze­gól­nie że wszystko ci po­świę­ci­li­śmy.

Po­czuła, jakby do­stała w twarz. Wie­działa, że ta myśl miała ciąg dal­szy, któ­rego oj­ciec nie wy­po­wie­dział na głos.

Otwo­rzyła skrzy­piące drzwi do naj­mniej­szego po­koju na stry­chu, nad­słu­chu­jąc szczęk­nię­cia zamka. Czuła, jakby ktoś mocno za­ci­skał sznu­rek wo­kół nie­wiel­kich piersi. Uczu­cie żalu roz­pie­rało jej płuca. Na ścia­nach wi­siały stare pla­katy z Ke­anu Re­eve­sem i To­mem Cru­ise'em, które wzma­gały po­czu­cie tę­sk­noty za bez­tro­skim, na­sto­let­nim ży­ciem. Kiedy opusz­czała ten po­kój, była prze­ko­nana, że świat leży u jej stóp i wszystko, czego tylko za­pra­gnie, sta­nie się rze­czy­wi­sto­ścią. Wy­ma­rzone stu­dia w War­sza­wie były jak prze­pustka do in­nego świata, peł­nego neo­nów, ko­lo­ro­wych drin­ków i lu­dzi zna­nych z okła­dek ga­zet. Za­śmiała się gorzko do tej my­śli. Uchy­liła okno da­chowe, a do po­miesz­cze­nia prze­są­czyło się cięż­kie czerw­cowe po­wie­trze. Ode­tchnęła głę­boko. Spoj­rzała na wy­słu­żoną torbę po­dróżną ojca, do któ­rej upchnęła ubra­nia i ko­sme­tyki. Po­ża­ło­wała, że wy­pro­wa­dza­jąc się od Marka, nie za­brała ze sobą ele­ganc­kich czer­wo­nych wa­li­zek na kół­kach, w które pa­ko­wali się na eg­zo­tyczne wa­ka­cje. Wi­dok prze­tar­tej miej­scami torby po­dróż­nej wzma­gał po­czu­cie bez­na­dziej­no­ści. Za­ci­snęła mocno po­wieki. Po­kój po­chło­nęła ko­jąca ciem­ność.

- Masz tu­taj, przyda ci się na ja­kieś za­kupy pod­czas tej de­le­ga­cji. - Oj­ciec wci­snął jej w rękę zwi­nięte w ru­lon pięć­set zło­tych.

- Tato, ale nie trzeba.

- Matce nie mów i weź, wy­płaty jesz­cze na­wet nie do­sta­łaś, bo do dzie­sią­tego jesz­cze kilka dni.

Przy­gry­zła usta. Wie­działa, że oj­ciec ma ra­cję i gdyby nie jego wspar­cie, po­je­cha­łaby ze stówą w port­felu.

- Dzięki. Od­dam, jak tylko za­ro­bię.

- Matki auto weź, za­tan­ko­wa­łem ci rano do pełna.

- Ale...

- Nie ma żad­nego ale, do tych Trzci­nic nie do­jeż­dżają żadne po­ciągi ani PKS-y. A sto­pem jeź­dzić nie bę­dziesz, bo to wstyd.

A więc o to cho­dziło - o wstyd przed ludźmi. Bez słowa wzięła od ojca klu­czyki.

- Daj tam czadu na tej de­le­ga­cji, może cię awan­sują.

Nie od­po­wie­działa, tylko uśmiech­nęła się smutno.

- Ar­nold, co wy tam tak szep­cze­cie po ką­tach? - Matka w błysz­czą­cej po­domce wyj­rzała z kuchni.

- Nic, ko­cha­nie, tylko Mirkę in­stru­uję, jak tego two­jego gru­chota od­pa­lić, bo jesz­cze utknie gdzieś po dro­dze.

- Do­bra, to ja będę le­ciała, dzięki za wszystko.

- Ka­napki tu ci zro­bi­łam, że­byś nie ja­dła tych okrop­nych bu­łek z pie­karni z toną mar­ga­ryny i naj­tań­szą szynką. - Matka wrę­czyła jej prze­zro­czy­sty wo­re­czek z ciem­nym pie­czy­wem.

- Będę za kilka dni. Pa! - Trza­snęła drzwiami, tłu­miąc w so­bie pra­gnie­nie ukry­cia się przed świa­tem w po­koju na stry­chu przez naj­bliż­sze ty­go­dnie.

Kiedy wsia­dła do auta, po­czuła bo­le­sny skurcz w dole brzu­cha. Wy­jazd do wiej­skiego ośrodka wy­po­czyn­ko­wego stał się na­gle wy­zwa­niem bu­dzą­cym w niej tremę. A jesz­cze rok temu bie­gała z kie­lisz­kiem szam­pana po­mię­dzy ce­le­bry­tami bez cie­nia za­wsty­dze­nia. Wtedy była pewną sie­bie spe­cja­listką od PR-u, która wie­rzyła, że wszyst­kie wspa­nia­ło­ści tego świata są na wy­cią­gnię­cie ręki. A za jej ple­cami za­wsze stał Ma­rek, go­towy, żeby po­dać jej rękę w ra­zie na­głej utraty rów­no­wagi. Te­raz była zu­peł­nie sama. I ta sa­mot­ność prze­ra­żała ją naj­bar­dziej. Kiedy mi­jała wy­lo­tówkę z Ostródy, z za­my­śle­nia wy­rwał ją dźwięk te­le­fonu. Zje­chała na oświe­tlone słoń­cem po­bo­cze i włą­czyła świa­tła awa­ryjne.

- Mirka? Dzień do­bry, mówi na­czelny.

- "W te­le­fo­nie ist­nieje taka funk­cja jak za­pi­sy­wa­nie nu­me­rów" - po­my­ślała z po­li­to­wa­niem.

- Je­steś już na miej­scu?

- Do­piero wy­je­cha­łam.

- Cho­lera, czy wy z tej War­szawy na­prawdę nie wie­cie, czym jest punk­tu­al­ność?

- Nie wspo­mi­nał pan, że mam tam być o okre­ślo­nej go­dzi­nie.

- Nie wspo­mi­nał, nie wspo­mi­nał. Ale rano to nie jest do cho­lery je­de­na­sta, tylko dzie­wiąta. Jest już dwa­dzie­ścia po dzie­wią­tej, a ty do­piero wy­jeż­dżasz. Do­bra, nie­istotne. Po­spiesz się, ale nie po to dzwo­nię, aby uczyć cię pod­staw tego za­wodu i kul­tury.

- Może gdy­by­ście za­pew­nili mi ja­kiś śro­dek trans­portu, wy­je­cha­ła­bym wcze­śniej. Niech się pan cie­szy, że nie jadę sto­pem, bo by­ła­bym tam około pół­nocy - od­gry­zła się.

- Prze­cież zwró­cimy ci za pa­liwo. Ale ko­niec tych po­ga­du­szek, nie mam czasu na bez­sen­sowne dys­ku­sje. Chcę ci tylko przy­po­mnieć, że wła­ści­ciele tego ośrodka to nasi in­tratni re­kla­mo­dawcy. Mu­simy więc bar­dzo się po­sta­rać. Ten ma­te­riał po­wi­nien być ab­so­lut­nym hi­tem. Bę­dzie prze­druk we wszyst­kich dzien­ni­kach w pół­noc­nej i środ­ko­wej Pol­sce. Ro­zu­miesz, co to zna­czy? Za­sięgi, o ja­kich prze­ciętna dzien­ni­karka o two­jej po­zy­cji może je­dy­nie po­ma­rzyć.

- Yhm.

- Mo­żesz cho­ciaż uda­wać ja­ki­kol­wiek en­tu­zjazm, za­miast mi tu mru­czeć.

- Tak sze­fie, zro­bię, co w mo­jej mocy.

Słońce prze­bi­ja­jące się przez szybę grzało mocno mimo wcze­snej pory. Prze­krę­ciła korbkę, żeby uchy­lić szybę.

- Przy­po­mi­nam ci, że od tego ma­te­riału za­leży przy­szłość na­szej ga­zety i twoja - po­ło­żył ak­cent na ostat­nie słowo. - Tu­taj na­gra­dzamy za­an­ga­żo­wa­nie i ga­nimy jego brak. Ro­zu­miesz, co mam na my­śli?

Przy­tak­nęła, a na­czelny da­lej cią­gnął swój mo­no­log. Oczami wy­obraźni wi­działa, jak opluwa wąsy, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie ko­lejne słowa. Przy­mknęła po­wieki, roz­ko­szu­jąc się let­nim słoń­cem wle­wa­ją­cym się przez po­ma­zaną przed­nią szybę. Kiedy się roz­łą­czył, ode­tchnęła z ulgą.

Je­chała po­woli, sta­ra­jąc się od­wlec mo­ment do­tar­cia na miej­sce. Wie­działa, że roz­mowa z dy­rek­to­rem ośrodka bę­dzie wy­ma­gała od niej nieco wy­siłku. A zu­peł­nie nie miała ochoty na kur­tu­azyjne uprzej­mo­ści z ja­kimś na­dę­tym biz­nes­me­nem. W uszach wciąż po­brzmie­wały groźby na­czel­nego. Skrę­ciła w wą­ską drogę zgod­nie z po­le­ce­niami GPS-u. Szu­trówka z jed­nej strony oto­czona była stro­mym zbo­czem, z dru­giej strony drogi sre­brzyło się je­zioro. W nie­wiel­kich sza­rych fa­lach od­bi­jały się po­je­dyn­cze chmury.

Ośro­dek le­żał na wzgó­rzu. Trój­kątne drew­niane domki po­wty­kane mię­dzy zie­lone zbo­cza wy­glą­dały jak wy­rwane z in­nej rze­czy­wi­sto­ści. Mi­nęła bramę z wiel­kim ko­lo­ro­wym na­pi­sem: "We­hi­kuł wy­wCZASU", obok usta­wiono sym­bo­liczny me­ta­lowy ze­gar. Za­par­ko­wała auto obok bia­łego bu­dynku z szyl­dem: "Re­cep­cja" i wy­cie­ra­jąc spo­cone ręce w tylne kie­sze­nie je­an­sów, po­pę­dziła na spo­tka­nie z dy­rek­to­rem ośrodka. Po­miesz­cze­nie było pu­ste. Osten­ta­cyj­nie za­stu­kała ob­ca­sami, ale w za­sięgu wzroku nie było ni­kogo, kto mógłby za­re­ago­wać.

- Prze­pra­szam - krzyk­nęła w prze­strzeń - jest tu ktoś?

Od­po­wie­dział jej dźwięk otwie­ra­nych za ladą re­cep­cyjną drzwi. Sta­nął w nich wy­soki bru­net o śnia­dej ce­rze, około pięć­dzie­siątki. Biała ko­szula pod­kre­ślała jego eg­zo­tyczny typ urody, a de­li­kat­nie szare pa­sma wło­sów wy­sta­jące spo­mię­dzy czar­nej czu­pryny do­da­wały mu szla­chet­no­ści, co w wielu ko­bie­tach mo­gło wy­wo­ły­wać przy­śpie­szone bi­cie serca.

- Dzień do­bry, Mi­ro­sława Am­bro­ziak. Zajmę się wa­szym ma­te­ria­łem re­kla­mo­wym - w od­po­wie­dzi przy­stoj­niak po­dał jej rękę. Miał mięk­kie dło­nie i silny uścisk.

- Da­riusz Skwier­czyń­ski. Wła­ści­ciel tego przy­bytku, bar­dzo mi miło.

Po­czuła jego wzrok na wy­so­ko­ści bio­der i bar­dzo za­pra­gnęła skoń­czyć tę roz­mowę, za­nim się jesz­cze na do­bre za­częła.

Mo­no­log do­ty­czący uni­kal­no­ści obiektu na tle kon­ku­ren­cji zda­wał się nie mieć końca. Mirka przy­lgnęła do ta­pi­ce­ro­wa­nego mięk­kim we­lu­rem krze­sła, sta­ra­jąc się sku­pić uwagę na naj­waż­niej­szych in­for­ma­cjach, które przy­da­dzą się jej pod­czas pi­sa­nia tek­stu. Za­no­to­wała kilka ko­śla­wych zdań w czer­wo­nym no­tat­niku. Cie­płe po­wie­trze wy­peł­niało każdy cen­ty­metr cia­snego, ale ele­ganc­kiego biura.

- Sama pani ro­zu­mie, wa­ka­cje tu­taj to ma być pre­tekst do tego, by się na chwilę za­trzy­mać, wró­cić do ko­rzeni. Ten ośro­dek zbu­do­wany zo­stał na wzór obiek­tów z lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Bę­dzie sprzy­jał in­te­gra­cji, ogni­skom, roz­mo­wom w ko­lejce do prysz­ni­ców. Re­zy­gna­cja z wy­gód zna­nych z dzi­siej­szych ho­teli to jed­no­cze­śnie moż­li­wość na­wią­za­nia no­wych kon­tak­tów, zbli­że­nia się do ro­dziny, sku­pie­nia się na wła­snych po­trze­bach.

- A nie uważa pan, że lu­dzie we współ­cze­snym świe­cie szu­kają ra­czej urlopu peł­nego wy­gód i ka­drów, które do­brze wy­padną na In­sta­gra­mie?

- Więk­szość być może tak. Ale są osoby, które tę­sk­nią za mi­nio­nym cza­sem, za świa­tem zbu­do­wa­nym na po­nad­cza­so­wych war­to­ściach, pro­stych ra­do­ściach. Ci lu­dzie za sprawą wa­ka­cji w na­szym ośrodku mogą po­ka­zać dzie­ciom świat, który już prze­mi­nął. Za­brać ich w po­dróż, która zbliży ich od­mienne per­spek­tywy.

- My­śli pan, że tam­ten świat był lep­szy?

- Na pewno lu­dzie byli inni. Lepsi dla sie­bie. Ro­dziny przy po­sił­kach roz­ma­wiały, a wspólne węd­ko­wa­nie pod­czas wa­ka­cji z ro­dzi­cami było wspa­niałą roz­rywką. Dzi­siaj wśród od­pu­sto­wych stra­ga­nów i sto­isk z za­krę­co­nymi fryt­kami w po­pu­lar­nych ku­ror­tach trudno zna­leźć siel­ski cha­rak­ter i ma­gię daw­nych wa­ka­cji. U nas jest ina­czej. Je­ste­śmy ni­szą. W dom­kach nie ma ła­zie­nek, a na te­re­nie ośrodka nie bę­dzie re­stau­ra­cji czy sto­łówki. Pani tego nie pa­mięta, ale ja, jako dziecko, wy­jeż­dża­łem z ro­dzi­cami, mó­wi­li­śmy wtedy, że je­dziemy na domki. Wcze­śniej ro­biło się za­kupy, pla­no­wa­li­śmy obiady na cały ty­dzień, które póź­niej wspól­nie przy­go­to­wy­wa­li­śmy całą ro­dziną na ma­łej ga­zówce. Tata cho­dził rano na ryby, które mama sma­żyła na ko­la­cję. To była ma­gia, któ­rej nie znają moje dzieci. A dzięki temu miej­scu będą mo­gły po­znać.

Nie miał ra­cji, pa­mię­tała ta­kie wy­jazdy. Wła­ści­wie je­dy­nie skrawki, bo mu­siała być wtedy bar­dzo mała, ale uczu­cie ra­do­ści, które im to­wa­rzy­szyło, wy­raź­nie za­pi­sało się w jej wspo­mnie­niach.

- Rano można bę­dzie wy­sta­wić kanki, lo­kalni go­spo­da­rze będą do­star­czali świeże mleko od krów. Eko­lo­giczne. Nie­da­leko można ku­pić jaja od kur z wol­nego wy­biegu. Żad­nych le­ża­ków, pla­żo­wa­nie wy­łącz­nie na ko­cach czy ręcz­ni­kach. Praw­dziwy po­wrót do prze­szło­ści, bez pół­środ­ków. A te­raz za­pra­szam do domku, w któ­rym pani za­mieszka przez naj­bliż­szy ty­dzień. Nie ma jesz­cze żad­nych go­ści, poza ekipą re­mon­tową bę­dzie więc pani tu zu­peł­nie sama. Ci­sza i spo­kój. Roz­wiąże to też z pew­no­ścią pro­blem po­ran­nych ko­le­jek do ła­zienki. - Za­śmiał się sztucz­nie, a Mirka po­czuła dreszcz na ple­cach na myśl o wie­czor­nych eska­pa­dach do to­a­lety.

Szli wą­skim chod­ni­kiem po­mię­dzy dom­kami. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach świeżo ko­szo­nej trawy, po­mie­szany ze słod­ka­wym aro­ma­tem. Wzdłuż kra­węż­ni­ków ro­sły krzewy dzi­kiej róży. W od­dali po le­wej stro­nie za pło­tem sre­brzyła się ta­fla je­ziora. Wszystko pre­zen­to­wało się dość zwy­czaj­nie, a jed­nak w tej po­wsze­dnio­ści była ja­kaś ma­giczna no­stal­gia. Czuła się tak, jakby bu­dziła się w niej tę­sk­nota za prze­szło­ścią, choć nie po­tra­fiła skon­kre­ty­zo­wać, ja­kich wy­da­rzeń czy miejsc do­ty­czyła. A jed­nak wy­raź­nie od­czu­wała ja­kiś brak.

- To pani do­mek, dzie­wią­teczka. - Głos Świer­czyń­skiego wy­rwał ją z za­my­śle­nia. - Pro­szę bar­dzo, klu­cze. Ten mały złoty jest od to­a­let i prysz­ni­ców, więk­szym do­sta­nie się pani do swo­jego apar­ta­mentu. Mam na­dzieję, że spę­dzi pani tu­taj przy­jem­nie czas, a jed­no­cze­śnie uda się stwo­rzyć pani do­bry ma­te­riał. Chcemy, żeby to było coś wię­cej niż zwy­kła re­klama. - Wci­snął jej do ręki pęk klu­czy i wi­zy­tówkę. - Tu­taj jest mój nu­mer, gdyby były ja­kieś py­ta­nia albo pro­blemy. Mi­łego dnia.

Sta­nęła przed drew­nia­nymi drzwiami po­ma­lo­wa­nymi olejną farbą.

W środku pa­no­wał lekki pół­mrok, kwie­ci­ste za­słonki w oknach sku­tecz­nie od­ci­nały do­pływ świa­tła. Ga­zówka, nie­wielki aneks, kran z kur­kami, lo­dówka Po­lar, bo­om­box. Wszystko wy­glą­dało jak wy­rwane z nieco prze­sta­rza­łego filmu. Za­pach drewna wdzie­rał się do nosa, przy­wo­dząc na myśl bo­żo­na­ro­dze­niowe drzewko. Usia­dła na nieco twar­dej ka­na­pie obi­tej ja­kąś pstro­katą tka­niną i po­my­ślała, że to mo­głyby być cał­kiem cie­kawe wa­ka­cje. Mo­głyby być, ale nie będą. Gdyby spę­dzała je z Mar­kiem, pew­nie za­chwy­ca­liby się każ­dym ele­men­tem tego po­cho­dzą­cego z prze­szło­ści kon­ceptu. Z za­my­śle­nia wy­rwał ją dźwięk te­le­fonu.

- Tu po­now­nie na­czelny. Mam na­dzieję, że je­steś już na miej­scu? - Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, kon­ty­nu­ował swoją pa­pla­ninę. - Wy­ku­pi­łem ci więk­szy pa­kiet in­ter­ne­towy na te­le­fon, bo tam chyba nie ma wi-fi, a chcę, że­byś re­gu­lar­nie za­glą­dała na służ­bową pocztę. I oczy­wi­ście pra­co­wała nad tek­stem.

- Zby­tek ła­ski - bąk­nęła, za­nim zdą­żyła ugryźć się w ję­zyk.

- Droga pani War­sza­wianko, albo chcesz pra­co­wać i prze­sta­jesz za­dzie­rać nosa, albo wra­caj i za­bie­raj swoje rze­czy z re­dak­cji. Nie będę to­le­ro­wał ta­kich prze­ko­ma­rzań, bo mam już swoje lata i ocze­kuję sza­cunku. - Ostat­nie słowo prze­li­te­ro­wał.

- Ja­sne, prze­pra­szam. In­ter­net, oczy­wi­ście, się przyda.

- Świet­nie, w ta­kim ra­zie wy­sy­łam ci na e-ma­ila brief i ju­tro cze­kam na pierw­sze no­tatki. Roz­ma­wia­łem z wy­dawcą i może po­dzie­limy ten ma­te­riał na­wet na dwa, trzy tek­sty, po­myśl więc wstęp­nie, ja­kim klu­czem mo­żemy roz­bić go na cykl. Do ju­tra. - Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, roz­łą­czył się.

Wy­szła na nie­wielki ta­ras. Słońce przy­jem­nie pie­kło w ra­miona. Przy­mknęła oczy. Ośle­pia­jące złote pro­mie­nie pod po­wie­kami i uczu­cie go­rąca przy­po­mniały jej wspólne wa­ka­cje w Hisz­pa­nii spę­dzane z Mar­kiem. Nie­mal po­czuła mu­so­wa­nie cavy na ję­zyku i smak pa­elli. De­li­katne po­ca­łunki Marka i jego duże, bez­pieczne dło­nie, a także ni­ski głos. Ten sam, który póź­niej oznaj­mił jej, że jest dla niego obcą osobą.

"Dość" - po­my­ślała, gwał­tow­nie otwie­ra­jąc oczy. "Trzeba się ro­zej­rzeć, za­nim na­czelny znów za­cznie pluć ja­dem, su­ge­ru­jąc, że je­stem bez­war­to­ścio­wym le­niem".

Ru­szyła scho­dami z du­żych be­to­no­wych płyt w stronę po­mo­stu. Wo­kół nie było zu­peł­nie ni­kogo. Świsz­cząca wo­kół ci­sza, prze­ry­wana ła­god­nym sze­le­stem drzew, wy­da­wała się ko­jąca. Za­cu­mo­wane przy nie­wiel­kiej plaży łódki z logo ośrodka i me­ta­lowe ro­wery wodne sta­rego typu ko­ły­sały się ryt­micz­nie na nie­wiel­kich fa­lach.

- Dzień do­bry. - Mę­ski głos wy­rwał ją z za­my­śle­nia. Ni­ski star­szy męż­czy­zna z wiel­kim wor­kiem na śmierci nie­spo­dzie­wa­nie po­ja­wił się w jej polu wi­dze­nia.

- Ależ mnie pan prze­stra­szył. My­śla­łam, że ni­kogo tu nie ma.

- No, pra­wie ni­kogo. Ja je­stem i jesz­cze kilku ro­bot­ni­ków, co wy­kań­czają domki. Mnie to się pani bać nie musi. Ich po zmroku, jak się po­piją, le­piej nie spo­ty­kać na dro­dze. Bo albo to awan­tury wsz­czy­nają, albo jesz­cze co gor­szego im przyj­dzie do głowy. A pani tu pra­cuje?

- Nie... cho­ciaż wła­ści­wie to tak. Je­stem dzien­ni­karką i będę pi­sać ar­ty­kuł o ośrodku.

- O, to pani mia­stowa. Nu­dzić się tu pani bę­dzie, bo tu nic się nie dzieje.

- Chęt­nie po­de­lek­tuję się ci­szą.

- Może dla mia­sto­wych ta ci­sza to ja­kiś luk­sus. Ja tu całe ży­cie miesz­kam, to mi już bo­kami wy­cho­dzi. Ale przy­naj­mniej czło­wiek ma oka­zję do eme­ry­tury so­bie do­ro­bić, jak bu­dują ten ośro­dek. A ta­kie cie­cio­wa­nie to ża­den wy­si­łek. Cza­sem coś uprzątnę, po­ma­luję, a kil­ka­set zło­tych wpad­nie. Dla wnu­ków bę­dzie...

- Ach, więc pan jest stąd. - Nie­udol­nie sta­rała się pod­trzy­mać roz­mowę.

- No, wła­ści­wie to ze wsi, ale tu­taj mam rzut be­re­tem, z ja­kieś dwa, trzy ki­lo­me­try bę­dzie, to pra­wie pod no­sem. Ro­we­rem so­bie co rano pod­jeż­dżam.

-To może mi pan pod­po­wie, gdzie w oko­licy znajdę ja­kiś sklep?

- A, to w Trzci­ni­cach mamy. Wszystko tam pani kupi, raj­stopy, kieł­basę, cia­sto i piwko. Na­rze­kać nie można. Na kre­skę też dają, jak trzeba.

- O, to świet­nie. Będę mu­siała zro­bić so­bie ja­kieś za­pasy żyw­no­ściowe, żeby nie umrzeć z głodu przez ten ty­dzień.

- A to aż ty­dzień tu pani zo­staje?

- Na ra­zie wszystko na to wska­zuje.

Nic jej nie od­po­wie­dział, tylko wy­tarł rę­ka­wem nos, po czym so­czy­ście splu­nął.

- Dzię­kuję panu bar­dzo za wska­zówki, przejdę się i ro­zej­rzę po oko­licy. Mi­łego dnia.

- Ano, mi­łego, mi­łego - od­po­wie­dział sta­rzec, pod­no­sząc z trawy nie­do­pa­łek pa­pie­rosa i wrzu­ca­jąc go ze zło­ścią do worka.

Nie­da­leko po­mo­stu usta­wiono nie­wielki dro­go­wskaz z wy­rzeź­bio­nym w drew­nie na­pi­sem: "Źró­dełko 1 km". Mirka uznała, że to bę­dzie opty­malny dy­stans na pierw­szy spa­cer po oko­licy. Za­mknęła więc za sobą nie­wielką me­ta­lową bramkę i po­dą­żyła ścieżką wzdłuż je­ziora. Przez więk­szość drogi mi­jała głów­nie pola i za­ro­śla. Tuż przed ce­lem po­dróży, po­środku nie­użyt­ków, rzu­ciło się jej w oczy wiel­kie, za­nie­dbane go­spo­dar­stwo. Po­roz­rzu­cane po po­dwórku ma­szyny rol­ni­cze, wa­łę­sa­jące się brudne kaczki oraz psy ucze­pione na krót­kich łań­cu­chach. To wszystko nie ro­biło do­brego wra­że­nia. Za po­nurą po­sia­dło­ścią zło­ciło się w słońcu zboże. Ze smu­kłymi, pa­ste­lo­wymi kło­sami kon­tra­sto­wał duży, wście­kle zie­lony na­miot. Z jego środka do­cho­dził gło­śny śmiech.

"Chyba ktoś się tu do­brze bawi" - po­my­ślała, in­stynk­tow­nie przy­śpie­sza­jąc kroku. Kiedy do­tarła na miej­sce, po­czuła lek­kie roz­cza­ro­wa­nie. Dumne okre­śle­nie "źró­dełko" oka­zało się du­żym wgłę­bie­niem w ziemi, ukry­tym wśród za­ro­śli, z kry­sta­licz­nie czy­stą i lo­do­watą wodą. Obok stała ta­blica in­for­ma­cyjna opi­su­jąca le­gendę o pa­rze za­ko­cha­nych, któ­rych we­dług po­dań po­łą­czyło to miej­sce. Au­tor tego gra­fo­mań­skiego beł­kotu po­szedł o krok da­lej, gło­sząc, że kto­kol­wiek na­pije się tej wody, bę­dzie miał za­pew­nione szczę­ście w mi­ło­ści aż po wsze czasy.

"Głu­poty, ale na­czelny bę­dzie za­chwy­cony" - po­my­ślała Mirka i zro­biła kilka zdjęć te­le­fo­nem.

- Żeby za­dzia­łało, trzeba skosz­to­wać wody. - Na dźwięk mę­skiego tu­bal­nego głosu pod­sko­czyła na­gle, a smart­fon upadł jej na zie­mię. Pod­nio­sła go od­ru­chowo. Za jej ple­cami stał na oko dwu­dzie­sto­letni bru­net z równo przy­strzy­żoną brodą.

- Jak będę chciała za­pew­nić so­bie je­li­tówkę, na pewno skosz­tuję - od­po­wie­działa szorstko.

- Cóż za ra­cjo­nalne po­dej­ście do te­matu, a ja my­śla­łem, że wszyst­kie ko­biety są ro­man­tycz­kami?

Za­ci­snęła mocno palce na te­le­fo­nie, jakby chciała go w ra­zie po­trzeby użyć jako broni.

- Cóż, z na­iw­no­ści wy­ra­sta się z wie­kiem - osten­ta­cyj­nie mi­nęła nie­zna­jo­mego sze­ro­kim łu­kiem, jakby chciała dać mu do zro­zu­mie­nia, by się do niej nie zbli­żał.

- Za­wsze tak roz­ma­wiasz z ludźmi?

- Tak, czyli jak?

- Jak­byś chciała na nich na­srać.

Już miała pójść da­lej, igno­ru­jąc za­czepki bez­czel­nego gów­nia­rza, jed­nak we­wnętrzny opór nie po­zwo­lił jej ugryźć się w ję­zyk.

- Słu­chaj, je­stem w pracy i nie mam ochoty na nic nie­wno­szące prze­py­chanki z ja­kimś ob­cym ko­le­siem, który za­cze­pia mnie smęt­nymi gad­kami. Więc je­śli mój brak za­in­te­re­so­wa­nia od­bie­rasz jako chęć na­sra­nia na cie­bie, to nie będę za­bu­rzać two­jej in­ter­pre­ta­cji. Przy­je­cha­łam tu pi­sać ar­ty­kuł, a nie pro­wa­dzić bez­ce­lowe po­ga­wędki, bo na­czelny ra­czej nie za­do­woli się re­la­cją z na­szego oso­bli­wego spo­tka­nia. Więc pójdę już, je­śli po­zwo­lisz.

- Pi­szesz o gro­bowcu? - jej ty­rada zda­wała się nie ro­bić na nim żad­nego wra­że­nia.

- O gro­bowcu?

- Ach, my­śla­łem, że zaj­mu­jesz się po­waż­nym dzien­ni­kar­stwem i przy­je­cha­łaś tu­taj zro­bić fajne śledz­two. Bo to te­mat złoto, dziwne, że nikt po niego jesz­cze nie się­gnął. Ale naj­wy­raź­niej je­steś pod­rzędną re­dak­to­rzyną, która pi­sze o źró­dełku mi­ło­ści, więc sorry - po­wie­dział ze śmie­chem, a grzywka uro­czo opa­dła mu na czoło. Z tyl­nej kie­szeni le­wi­sów wy­cią­gnął pa­pie­rosa.

- Wy­obraź so­bie, że pi­szę po­ważny tekst o spo­rej in­we­sty­cji. Ale gro­bo­wiec też brzmi do­brze. Nie warto się za­my­kać. Chęt­nie po­słu­cham. - Wy­raź­nie zła­go­dziła ton swo­jej od­po­wie­dzi.

- A my­śla­łem, że się śpie­szysz.

- To tylko do­wód na to, że my­śle­nie nie wy­cho­dzi ci naj­le­piej.

- Je­steś tak wredna, że aż mi się to po­doba.

- Na­prawdę nie­wiele mnie ob­cho­dzi, co ci się po­doba, a co nie. Za to gro­bo­wiec...

- Mo­żesz jesz­cze raz tak uro­czo wy­dąć usta? Roz­czu­la­jąco wy­glą­dasz, kiedy się zło­ścisz.

- Wi­dzę, że jed­nak tracę czas. Cześć. - Gwał­tow­nie ru­szyła w prze­ciw­nym kie­runku.

- Do­bra, za­cze­kaj... - Po­biegł za nią. - Źle za­czę­li­śmy. Po pierw­sze, je­stem Kuba. - Wło­żył do ust pa­pie­rosa i wy­cią­gnął do niej dłoń.

- Mirka - od­po­wie­działa po chwili za­wa­ha­nia, od­wza­jem­nia­jąc uścisk dłoni.

- Świet­nie, to już prze­staję gów­nia­rzyć i za­czy­nam za­cho­wy­wać się tak, że­byś nie mu­siała mną gar­dzić.

- Od razu brzmi le­piej.

- Li­czy­łem na de­kla­ra­cję, że ty prze­sta­niesz być wredna.

- Na to aku­rat mu­sisz so­bie za­słu­żyć.

- Będę się sta­rał. Spa­cer na do­bry nowy po­czą­tek zna­jo­mo­ści?

- Nie mam zbyt wiele czasu. Je­stem w pracy. Ale... może po pro­stu od­pro­wa­dzisz mnie do ośrodka.

- Spoko, w pa­kie­cie z opo­wie­ścią o gro­bowcu. Stoi?

- Brzmi do­brze.

Nie miała ochoty na spa­cer z tym bez­czel­nym gów­nia­rzem, ale od­nio­sła nie­od­parte wra­że­nie, że ta­jem­ni­czy gro­bo­wiec to ele­ment, który może wpro­wa­dzić do jej tek­stu ele­ment za­sko­cze­nia. Je­dyny.

Szli po­ro­śniętą gę­sto krza­kami ścieżką, wi­jącą się wzdłuż je­ziora, pa­pla­jąc o bła­host­kach, dzięki któ­rym uda­wało się pod­trzy­mać roz­mowę.

- O, a tam jest na­sza re­zy­den­cja. - Wska­zał pod­bród­kiem na po­ły­sku­jący w słońcu na­miot.

- Nie było lep­szego miej­sca do ko­czo­wa­nia niż szczere pole?

- Wła­ści­ciele po­zwo­lili nam bi­wa­ko­wać za sym­bo­liczną stówkę. Na do­da­tek mo­żemy ko­rzy­stać z wody w go­spo­dar­stwie, więc mamy luk­susy.

- To pole na­leży do wła­ści­cieli tego go­spo­dar­stwa na wzgó­rzu?

- Do­kład­nie, do star­szej babki i jej córki. W su­mie są tro­chę dziwne, ale nie ro­bią pro­ble­mów, i to się li­czy.

- Okej, wiem już wszystko na te­mat two­jego miej­sca za­kwa­te­ro­wa­nia. Ale co, do li­cha, z tym gro­bow­cem?

- No wła­śnie w tej spra­wie tak bar­dzo się po­świę­camy, sy­pia­jąc w środku szcze­rego pola, jak to zgrab­nie okre­śli­łaś.

- Przy­je­cha­li­ście go obej­rzeć? Zba­dać?

- Dru­gie okre­śle­nie zde­cy­do­wa­nie bar­dziej pa­suje. Bo wi­dzisz, ten gro­bo­wiec to nie tylko mo­giła ca­łej ro­dziny tu­tej­szego wła­ści­ciela ma­jątku ziem­skiego. Ale przy­czyna wielu nie­szczęść.

Ro­ze­śmiała się gło­śno, za­nim zdą­żyła się po­wstrzy­mać.

- Za­brzmiało bar­dzo pa­te­tycz­nie - od­po­wie­działa na jego kar­cące spoj­rze­nie, szcze­rząc przy tym zęby.

Do­tarli do bramki ośrodka w naj­bar­dziej in­te­re­su­ją­cym mo­men­cie roz­mowy.

- Usią­dziemy na po­mo­ście? - Kuba, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, wszedł pew­nym kro­kiem na chwiejną, drew­nianą kon­struk­cję. Przy­tak­nęła. Ta opcja wy­da­wała się Mirce znacz­nie bar­dziej kom­for­towa niż za­pra­sza­nie no­wego zna­jo­mego do domku.

- Więc co to za nie­szczę­ścia?

Mętne fale de­li­kat­nie roz­bi­jały się o drew­niane belki. Słońce co­raz moc­niej pie­kło w ra­miona. W tych oko­licz­no­ściach przy­rody roz­mowa o ja­kimś prze­klę­tym gro­bowcu wy­da­wała się abs­trak­cyjna. Jed­nak dzien­ni­kar­ska cie­ka­wość spra­wiała, że za wszelką cenę chciała po­znać tę opo­wieść.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki