MŁYNARSKI. ABSOLUTNIE
Językowy słuch absolutny przejawia się darem wyrażania dowolnej myśli w dowolnych rejestrach języka. Językowa empatia pozwala na wyczucie wszelkich podtekstów i kontekstów w czyichś tekstach, które bywają najlepszymi pretekstami dla naszych tekstów. Gdybyśmy mówili sami do siebie, to by wystarczyło.
Są teksty, niewiele ich, ale może to i dobrze, które mówią do nas tak, jakbyśmy mówili sami do siebie. Gdybyśmy mogli. I wystarczy je usłyszeć, żebyśmy lepiej wiedzieli, co myślimy. Takie bywają oczywiste stwierdzenia i nieoczekiwane paradoksy, opowiadania i opisy, abstrakcyjne refleksje i anegdoty. Czasem przypowieści i parabole. Bywa, że w takim tekście pojawi się myśl szczególna, sama dająca sumę jakiejś wiedzy, sądu, niby oczywistego, a dotąd słabo pomyślanego. I niknie potem ta myśl, jak inne, i zostajemy z tym, co było.
Ale niektóre z takich myśli zostają. I dla ich treści, i dla ich formy. Aż nie chce się odróżniać formy od treści. Potrzebną i oby jak najdłużej trwającą tajemnicą jest, jak się budują skrzydlate słowa, jakie aforyzmy i przysłowia, jakie slogany i szlagworty, jakie wzniosłe cytaty i proste konstatacje, a także jakie całe wiersze, czasem przebrane za piosenki, pozostają w nas dłużej, czasem na zawsze. Niekiedy pomaga im rytm, niekiedy rym - im bardziej oryginalny, tym bardziej pomaga.
Czasem pomaga muzyka. Pieśni, hymny, także niestroniące od melodii rapsody czy ballady stanowią najistotniejszy składnik kultury oralnej, pozwalając przetrwać tekstom o wielkiej wartości. A piosenka? Wcale nie zawsze to, co tak nazywamy, zasługuje na takie protekcjonalne zdrobnienie. U nas Nobla Dylanowi by nie dali (by sięgnąć po taką kuszącą eufonię), ale przecież znamy piosenki, które mogą istnieć bez muzyki, czasem w myśli zresztą skrycie dośpiewywanej.
Jeżeli takie dobrze pomyślane myśli, językowo artystycznie ubrane lub pięknie rozebrane, dają jeszcze satysfakcję estetyczną, przeżywamy małe radostki, a nawet drobne szcząstka, w towarzystwie których możemy się poczuć, jakbyśmy sami do siebie trafili.
*
Historię opowiedzieć dobrze, tak, żeby została, trudno. A umieć ją opowiedzieć tak, żeby była cała i niemała, a w krótkich słowach - to już bardzo rzadkie. To jak bajka Krasickiego. I jeśli jeszcze na końcu, po wabiącym początku i wypełnionym po brzegi treścią środku mamy zakończenie jak uderzającą puentę, z którą możemy na długo zostać, cieszymy się, jakbyśmy tam byli - w środku opowieści.
*
Lepiej nam jest, jeśli nieraz niełatwa pogoda ducha pomaga w uczynieniu z czegoś, co oburza - czegoś śmiesznego, nawet gdyby oburzać nie przestało. I z drugiej strony, jeśli w tym, co bywa wyśmiewane, znajdziemy coś bliskiego, zasługującego na sympatię. I jeśli zobaczymy, że bez potrzeby agresji - choćby tylko myślowej - daje się rozbroić coś groźnego. I że bez patosu można uwznioślić coś, co niezasłużenie lekceważone.
A jeszcze lepiej, gdy spostrzeżemy, że to, co proste, może być głębokie, że to, co cholernie zabawne, może być jednocześnie bardzo mądre. Że możliwa jest inteligencka, a nawet arystokratyczna plebejskość i że liryka i humor to mogą być dwie strony tego samego stosunku do ludzi i świata.
Tak bywało u wielkich poetów, od Kochanowskiego do Gałczyńskiego - ale tak w ogóle to wcale nieczęsto bywało. Nasi wielcy zwykle woleli albo jedno, albo drugie. Przekonanie, że gdzie głębia, tam ciemno, że jak rozbawia, to nie wzrusza, że jak proste, to nie subtelne - mamy gdzieś wpisane i trudno nam się pogodzić z tym, że da się to pogodzić. Na szczęście, nie wszystkim nam.
A poza tym to, co proste, może takim pozostawać, ale może czasem okazywać się, gdy bliżej się temu przyjrzeć, całkiem skomplikowane, i to świetnie skomplikowane. Wielu to lubi najbardziej.
*
Łatwo nam przyjdzie przyznać, że lepiej jest, jeśli po usłyszeniu czy przeczytaniu czegoś będziemy skłonni spostrzegać świat jako nam życzliwszy. I jeśli będziemy mogli uznać swój wkład w tę - oby najpowszechniejszą - życzliwość. Ale przecież z drugiej strony zbyt często kusi nas wspólnota wrogości, często jednoczymy się w oburzeniach i w oskarżeniach. Atrakcyjna jest też, i to bardzo, ponurość pesymistycznych refleksji. Siadamy z takimi skargami nad brzegami i bieleje nam włos. Z satysfakcją sięgamy po mocne słowa, mówiąc o polskim piekle, niemożliwości porozumienia i powszechnej nienawiści. I nie pomagają zapewnienia, że zgoda buduje.
Ale popatrzmy, jak silna może być też radość ze wspólnego zrozumienia jakiegoś czegoś, na przykład ze spostrzeżenia podobieństwa naszych reakcji na głęboki żart. Lubimy czuć się inteligentni, także wspólnie, i wspólnie rozumieć aluzje i inne nieoczywiste odniesienia.
*
Młynarski daje mi wiele radości. Wynikającej z kunsztu formy, z międzytekstowych i międzystylowych zabaw, z pokazywania wielostronnych nieoczekiwanych możliwości językowych. Z operowania niespodziewanie dopuszczalnymi znaczeniami nieoczywiście przywołanych słów. I jednocześnie z nieodpartego poczucia swobody w tym wszystkim. Radości z odczuwania - oby uprawnionych - różnych odmian wspólnoty, wspólnoty myślenia, emocji i chęci. Radości z uznania, że można pisać mądrze i prosto, jasno i głęboko, ciekawie i prawdziwie, żartobliwie i zarazem poważnie. I że jest ktoś, kto tak pisze, jak sam bym chciał. I mówi mi to, co sam bym chciał sobie powiedzieć, gdybym na to wpadł. I gdybym umiał.
*
I cieszę się z tego, że taka dobra muzyka do tego bywa, i że on to tak śpiewa, choć nie śpiewak wcale, i z tego, że nie spotkałem nikogo, kto by go nie znał i kto by nie uważał, że to twórca o ogromnym znaczeniu dla polskiej kultury, a właściwie, że to gość, i że pełny szacun.
*
W temacie Młynarskiego mam jasność.
Jerzy Bralczyk