Rzeka i szynkownia na wyprzeżu Picot i oznajmienie
kapitana, że podróż z Kalkuty dobiegła do końca i że za parę godzin
dotrzemy do Rangoonu, nie robi żadnego wrażenia. Rzeka ma brzegi
płaskie, ubogie i błotniste. Jednak gdy nas mijały kołyszące się
łodzie, obładowane ryżem, przyszło mi na myśl, że oto płynie
przedemną rzeka "Straceńców" - droga, którą tylu ludzi znanych mi
przepłynęło w ciągu trzech lat ostatnich - przepłynęło po to, by
nigdy nie powrócić... Jeden płynął tędy do Birmy i zginął w
utarczce, rozpłatany birmańskim bułatem; drugi dążył, żeby panować
nad tym krajem w imieniu jej królewskiej mości, lecz nie zdołał
zapanować nad górskim strumieniem i utonął razem z koniem. Inny
zginął od kuli swego służącego, inny z ręki krajowca "dakoita,"
który go zastrzelił podczas obiadu, a tylu innych otrzymało
truciznę jadowitej febry, jako jedyną nagrodę za "trudy i
poświęcenie nieodłączne od wojskowej służby," według słów
regulaminu bengalskiej armii. Przebiegłem w myśli długi szereg
nazwisk oficerów młodych, cywilnych i policyjnych urzędników,
ajentów handlowych, służących wielkim firmom i awanturników...
Płynęli wszyscy przez tę rzekę i pomarli...
Obok mnie stał jeden z pracowników, dążących do Nowej Birmy i
opowiadał o nieskończonych pościgach za uciekającymi krajowcami, o
marszach i kontrmarszach bez żadnego rezultatu, o zgonach w dzikich
puszczach tamecznych, o zgonach bohaterskich i rozdzierająco
smutnych... Nagle jakaś zagadkowa złocistość ukazała się na widnokręgu, jakiś
cud, jaśniejący w słońcu, którego rysy nie były podobne ani do
muzułmańskich kopuł, ani do strzelistych świątyń Hindusów. Wznosiło
się to na zielonej pochyłości, a później zarysowały się szeregi
magazynów, szop i młynów. - Do krainy jakiegoż bóstwa dostaliśmy się, my, niezależni
Anglicy? - pomyślałem. - To świątynia! - objaśnił mnie towarzysz. - Niech ją... Ale nie godziło się przeklinać. Do tej chwili moje nieoswojone
oczy nie mogły dopatrzeć różnicy pomiędzy tym krajem a innemi, lecz
ta złocista kopuła mówiła wyraźnie: "Oto Birma, kraj niepodobny do
żadnego innego znanego tobie..." - To sławna starożytna świątynia - objaśniał dalej mój towarzysz.
- A teraz, odkąd otwarto drogę żelazną Tonghov-Mandalay, płyną tu
tysiące pielgrzymów. Postradała ona podczas trzęsienia ziemi
olbrzymi złoty szczyt, zwany przez krajowców "htee" i dlatego jedna
trzecia jej część zasłonięta jest bambusowem rusztowaniem.
Powinienbyś pan obejrzeć po wykończeniu. Teraz wyzłacają go nanowo. Nie idzie mi o to, jaka jest właściwie ta świątynia i co napisano
o jej przeszłości. Tak, jak stoi teraz, górując ponad wszystkiem,
jest dostatecznem objaśnieniem sprawy birmańskiej - dlaczego tylu
młodzieńców szło tędy na śmierć, dlaczego uwijają się tu żołnierze
i dlaczego roi się na tych wodach od parowców, podobnych do mew
czarnogrzbietych. Przybiliśmy do nowej krainy, o której jeden z pierwszych naszych
ministrów-rezydentów wyrzekł: - To już nie Indye. Należałoby ten kraj uczynić kolonią angielską. Jeżeli wydał on ten sąd na zasadzie delikatnego powonienia, miał
słuszność; bo chociaż Kalkuta ma swoją własną odrębną woń, Bombaj
swoją, a trzecią, odrębną i najsilniejszą Pendżab, mają jednak te
zapachy pewne powinowactwo między sobą, gdy tymczasem odór Birmy
jest zupełnie inny. Nie jest to odór chiński, ale nie jest i
indyjski. - Co to jest? - zapytałem. A towarzysz mój odrzekł: -
Napi. To jest ryba, którą solą wtedy, gdy już oddawna powinnaby być
pogrzebana, a która pożerana jest przez wszystkich. Tak, nowy to kraj, kraj, w którym ludzie rozumieją, co to gra
kolorów, a naród to rozkosznie leniwy. Mnóstwo pięknych dziewcząt.
Najgorsza rzecz, że anglo-indyanin jest tu obcym, istotą bez
znaczenia. Nie zna on języka birmańskiego - co jest nie wielką
szkodą - a Hindusowie z Madrasu przemawiają tu do niego po
angielsku. Jest ich tu znaczna liczba, a zajmują oni miejsce
krajowców, niechcących pracować, i po niewielu latach pobytu
powracają do rodzinnego Madrasu z pieniędzmi i z pierścieniami na
palcach; skutki tego są widoczne. Madrasczyk żąda i otrzymuje
ogromną płacę, i przekonywa się, że jest niezbędny. Birmańczyk żyje wygodnie, a kobiety birmańskie zaślubiają
madrasczyków, a nawet Chińczyków, którzy im mogą zapewnić dobrobyt.
Jeżeli krajowiec podejmuje się roboty, najmuje do jej wykonania
ludzi z Madrasu. Zkąd bierze pieniądze na ich zapłacenie, nie
mogłem się dowiedzieć, ale wszyscy jednozgodnie twierdzili, że
mieszkaniec Birmy za nic w świecie nie będzie szedł drogą uczciwej
pracy. A jednak, gdyby łaskawa Opatrzność była ubrała cię w
purpurową, zieloną, bursztynową lub brunatną szatę, osłoniła ci
głowę zawojem z różowego szala i dała ci za ojczyznę kraj, w którym
ryż dziko rośnie, a ryby same się łowią, gniją i zostają nasolone -
czy chciałbyś pracować? Czy nie wolałbyś jeść chleb na ulicy,
przyglądając się wszystkiemu, co się dzieje? Gdyby dwie trzecie
dziewcząt twojego kraju chichotało się wesoło, a wszystkie bez
wyjątku były ładne, czy nie wolałbyś przepędzać czas w miłostkach? Birmańczycy zajmują się tem właśnie, a Anglicy, którzy za nich
pracują w Birmie, wyrażają się o jej mieszkańcach surowo. Ja
osobiście lubię birmańczyków, zaślepiony sympatyą, jaką powziąłem
od pierwszego wejrzenia. Po śmierci zamienię się w mieszkańca
Birmy, okrytego dwudziestu jardami prawdziwej jedwabnej materyi
(angielskiego wyrobu), z papierosem w ustach, i będę rozmawiał
wesoło, żartując dowcipnie, i będę się przechadzał z dziewczyną, o
cerze migdałowej, która także będzie się śmiała i żartowała, jak
przystało młodemu dziewczęciu. Nie będzie zarzucała na twarz
zasłony, gdy na nią spojrzy mężczyzna, ani nie będzie szła za mną z
tyłu podczas przechadzki, według indyjskiego obyczaju. Będzie mi
patrzeć prosto w oczy, uczciwie i po koleżeńsku, a ja odzwyczaję ją
od szpecenia pięknych usteczek paleniem siekanego tytoniu,
zawiniętego w liść kapuściany i nauczę ją palić wykwintne papierosy
najlepszego gatunku. Szczerze mówiąc, birmańskie dziewczęta są bardzo ładne i,
zobaczywszy je, zrozumiałem lepiej to, co tu opowiadano o naszej...
o naszej armii... Opatrzność opiekuje się tymi, którzy sami sobą nie umieją się
zaopiekować. Szedłem ulicą nieznanego nazwiska, znęcony barwami,
rozlanemi tak hojnie na całej jej długości. Świetny koloryt ma Radiputana i południowe Indye, i całą tęczę
jaskrawych barw można tam widzieć; ale koloryt Birmy jest zupełnie
inny. U kobiet szarfy, spódnice i kaftany są w trzech różnych
żywych barwach, a u mężczyzn zawoje i szaty, "putso," są wprost
olśniewające. Świetne barwy odcinają się jaskrawemi plamami na tle
ciemnych, drewnianych domów, oprawionych w zielone liście. Nigdzie
sztuka niema określonych przepisów, a koloryt zależy od natężenia
światła słonecznego. I dlatego ludzie, żyjący w mgle londyńskiej,
wierzą jeszcze w blado-zielone i ponuro-czerwone odzienia. Dajcie
mi kolor lila, różowy, czerwony, lapis lazuli i olśniewającą
purpurę pod jaskrawem światłem słonecznem, które łączy, i łagodzi
wszystko. Zastanawiałem się nad tem właśnie i nad tem, że lud
tamtejszy obchodzi się łagodnie ze zwierzętami, gdy człowiek,
jadący śmiesznie małym powozikiem, zastosowanym do wzrostu
tłustego, birmańskiego kuca, zabrał mnie z sobą na przejażdżkę i
pojechaliśmy ku angielskiej dzielnicy, gdzie "sahibowie"
przemieszkują w ładnych domeczkach, zbudowanych jakby z deseczek od
cygarowych pudełek. Zdawałoby się, że mogłyby rozsypać się od
jednego uderzenia i dlatego zbudowano je na nogach. Domy nie są
podobne do koszar, a nierówny grunt i zakurzone, czerwone drogi,
nie przypominają wcale Indyj. Kucyk zawiózł nas do ogrodu, utkanego małemi jeziorkami,
nasadzonemi mniejszemi jeszcze wysepkami, a po wodzie pływali w
łódkach sahibowie, strojni we flanelowe garnitury. Po za parkiem
stały klasztorki, pełne wygolonych ludzi, przyodzianych w
złocisto-brunatne szaty, którzy wyrzekli się świata, rozkoszy i
szatana, i spędzali życie na wesołej gawędce; w pobliżu stały trzy
małe dziewczynki ze szkoły, jakby zeszły tylko co ze sceny po
przedstawieniu "Mikada," a najdziwniejsze było to, że wszyscy się
śmiali - śmiali do błękitnego nieba dlatego, że było błękitne, do
zachodzącego słońca i do siebie dlatego, że nie mieli nic innego do
roboty, a małe, tłuste dziecko śmiało się najgłośniej. Pagoda była niedaleko, cudowna i błyszcząca tak, jak w pierwszej
chwili, gdyśmy ją ujrzeli z rzeki: lecz zblizka widziane jej
kształty zmieniły się, odsłaniając w pośrodku gniazdo nielicznej
liczby małych pagod, stojących w jej obrębie. Ukazały się też dwa
olbrzymie gipsowe tygrysy (według birmańskich religijnych
przepisów), stojące na wzgórzu, strażnicy, strzegący największej
świątyni w Birmie. Naokoło roiły się tłumy wesołego ludu w pięknych
szatach, a wszyscy szli po kamiennych schodach, które pomiędzy
tygrysami prowadziły do szczytu. Osobliwa była budowa tych schodów.
W większej części zbudowane były jak tunel, a raczej jak kolumnada,
bo widać było złocone, drewniane filary wśród mrocznego korytarza.
Późno już było po południu, gdy doszedłem do tego dziwnego miejsca
i zobaczyłem, że chcąc się dostać do pagody, stojącej na szczycie
wzgórza, trzeba przebyć długie bez końca schody. Pobyt mój w Rangoonie liczył się na godziny, więc można mi
darować, że stawałem dęba z niecierpliwości na dole schodów, nie
mogąc utworzyć sobie dokładnego, zupełnego i ścisłego wyobrażenia o
wszystkiem, co było do widzenia. Znaczenie trzech
tygrysów-strażników, wnętrze głównej świątyni, mnóstwo mniejszych,
było dla mnie niedostępne i niezrozumiałe. Nie wiedziałem dlaczego
ładne dziewczątka sprzedawały małe laseczki i kolorowe świece do
postawienia przed wyobrażeniem Buddy. Wszystko było niezrozumiałe,
a nie było nikogo, ktoby mi to wytłómaczył. Tyle tylko mogłem się
dowiedzieć, że niezadługo wielki, złocony
Htee, zniszczony podczas trzęsienia ziemi, ma być
ustawiony na dawnem miejscu, z wielką uroczystością i śpiewami, i
że połowa ludności Górnej Birmy miała się zebrać na tę ceremonię. Przeszedłem środkiem pomiędzy dwoma olbrzymiemi zwierzętami, potem
przez czysto wymyte podwórze, do bramy o spłaszczonym wierzchołku,
przy której trzymali straż kulawi, niewidomi, trędowaci i garbaci.
Gdym ich mijał, czepiali się z jękiem i piskiem mego ubrania, ale
tłum, niknący na łagodnej pochyłości schodów, nie zwracał na nich
uwagi. I ja wszedłem w półmrok bardzo długiego krużganku,
wyłożonego kamieniami, wypolerowanemi stopami ludzkiemi
przechodniów; pod ścianami jego stały rzędami kramiki. W najdalszym końcu tego krużganka widać było skrawek wieczornego
nieba i tam zaczynały się drugie nierównie więcej strome schody,
prowadzące już prosto do Shwedagonu, jak nazywają tę świątynię.
Zatrzymałem się tam; przedemną był wspaniały przedsionek, w czystym
stylu birmańskim, ozdobionym chińskiemi napisami i pomyślałem, że
nic już piękniejszego nie zobaczę, chociażbym poszedł dalej. Nie
mogłem pojąć, jakim sposobem ten naród może wydawać rozbójników, o
których się czytuje w dziennikach. I ujrzałem wtedy oblicze, które
było dla mnie objawieniem. Podbródek, policzki, usta, szyja
modelowane według starorzymskiego typu, a ponad tą doskonałością
linii tkwił nos mongolski, wąskie czoło, błyszczące skośne oczy.
Przypatrywałem się bacznie temu człowiekowi, a on obejrzał się
także ze zdumiewająco zuchwałym wyrazem, wykrzywiając szyderczo
usta. Potem odszedł z miną wyzywającą, a ja zostałem wzbogacony
jednem więcej wspomnieniem i obserwacyą. Ten człowiek wydał mi się typem
dakoita. Przy sposobności potrafiłby ukrzyżować... Potem brunatne dzieciątko zjawiło się na ręku matki i roześmiało
się, a ja zapragnąłem uścisnąć je za rączkę i wyszczerzyłem też do
niego zęby. Matka podniosła w górę maleństwo i roześmiała się, i
dziecię się śmiało, i wszyscy się śmiali, bo zdaje się, że już taki
zwyczaj w tym kraju, a potem zeszedłem z powrotem ciemnym już teraz
krużgankiem, w którym mrugały tylko lampy właścicieli kramików i
tłumy ludzi śmiały się do siebie. Birmańczycy muszą być ludem o
łagodnych obyczajach, bo pozostawiają trzyletnie dzieci pod opieką
glinianych lalek lub tygrysów. W klubie spotkałem znajomego z Pendżabu i rzuciwszy się w jego
potężne objęcia, zażądałem pożywienia i rozrywki. W klubie pełno
było ludzi, jadących w górę rzeki, lub przybywających stamtąd, a
rozmowy były echem podbojów, posuwających się ku północy. Wyprawa i
podbój Birmy są najmniej znane i oceniane ze wszystkich naszych
przedsięwzięć wojennych w ostatnich czasach. - Czy widzisz tego człowieka tam w rogu? Miał on rozciętą głowę w
Zoungloung-goo. Niesłychanie odporny osobnik... Ten chłopiec obok
niego cały rok spędził na uganianiu się za dakoitami. Rozproszył
bandę Boh-Manga i schwycił samego Boha, jak wiadomo. Tamten znów
jedzie do kraju za urlopem, bo jest chory; tkwi w nim jakiś kawał
żelaza. Spróbuj-no naszej baraniny, upewniam cię, że w całym
Rangoonie jedynie u nas w klubie można jadać baraninę. Nie
przemawiaj tylko krajowym językiem do naszych chłopców. Wszyscy są
z Bombayu lub Madrasu. Tam w pierwszym szeregu stoi paru
birmańczyków służących, ale prawdziwy birmańczyk nie pracuje nigdy.
Woli być poprostu niewinnym
daku. - Czem? - Lubym
dakoitem. Nazywamy ich
daku przez skrócenie, tak sobie, pieszczotliwie. Weź ryby.
Tak, Rangoon ma swoje zalety. Płaci się tu po książęcemu: niewielki
dom z meblami sto pięćdziesiąt rupii. Płaca służby dwieście lub
dwieście pięćdziesiąt. Razem czterysta. Mój drogi chłopcze,
kominiarz tu nie weźmie mniej, niż dwanaście do szesnastu rupii
miesięcznie, i w takim jeszcze razie nie ogranicza się do jednego
domu. Daleko gorzej tu, niż w Quetta. Każdy, kto jedzie do Niższej
Birmy, a liczy, że się utrzyma ze swojej pensyi, jest głupcem. Głos z drugiego końca stołu rzekł: - Dyabelny głupiec! Co innego w Górnej Birmie, gdzie można dostać
posadę i na koszta podróży. Inny głos, wyrywający się z ogólnej rozmowy, dodał: - Nie rozpisywali się nad tem w dziennikach, ale mówię wam, że
wcale nie z taką łatwością zdobyliśmy ten fort, jak się potem
zdawało. Boh Gwee złapał nas w istną pułapkę i w chwili, gdyśmy
ścisnęli szeregi, nasi ludzie byli już dobrze przerzedzeni od
frontu i od tyłu. Te walki w dżunglach dyabła warte i tyle! Proszę
dajcie mi jeszcze lodów... Potem opowiedzieli mi o śmierci mego szkolnego kolegi, zabitego na
szańcach reduty Minhla, a czy kto jeszcze pamięta utarczkę pod
Minhla, którą otworzył się trzeci bal w Birmie? - Byłem blizko niego - mówił jakiś głos. - Umarł na ręku. A o ile
mi się zdaje, lecz nie jestem pewny. W każdym razie wiem, że śmierć
miał lekką. Dobry był chłopiec... - Dziękuję wam - powiedziałem. - Sądzę, że czas mi już wyjść. I wyszedłem w duszną noc, a w głowie dzwoniły mi opowiadania o
bitwach, morderstwach i nagłych śmierciach. Uchyliłem rożek
zasłony, kryjącej Górną Birmę i byłbym dał dużo zato, żeby popłynąć
w górę rzeki i zobaczyć mnóstwo dawnych przyjaciół, a teraz
wyniszczonych wojną, i pobytem w dżungli żołnierzy. Całą noc śniły
mi się nieskończone schody, po których zstępowały tysiące pięknych
dziewcząt, ubranych w piękne szaty tak jaskrawe, że aż raziły mój
wzrok. Na górze, na samym szczycie wisiał złoty demon, u stóp
schodów leżał z twarzą, zwroconą ku niebu biedny mój kolega,
poległy pod Minhla, a gromada brodatych oberwańców, ubranych w
khahi trzymała przy nim straż.