Wstęp
Jest w mowie francuskiej wyraz brzmiący aventurier, lecz bardzo daleki od dawnego polskiego przekładu: awanturnik.
Polski "awanturnik" nasuwa wyobraźni naszej człowieka wyprawiającego mniej lub więcej szalone brewerie. Francuski aventurier, włoski awenturiere, niemiecki Abenteurer nie wyprawia bynajmniej, niejako zawodowo, awantur; nie jest bynajmniej urodzonym zabijaką, kłótnikiem, hałaburdą. "Awanturnik" w rozumieniu zachodnioeuropejskim nie wyprawia awantur, lecz tylko szuka nadzwyczajnych przygód, hazardów i przypadków osobliwych; nie wszczyna bynajmniej burd, lecz łaknie życia awanturniczego, prowadzi życie awanturnicze, jest, wyrazić się wolno, typowym "błędnym rycerzem", aczkolwiek nie żadnym w guście Donkiszota szermierzem cnoty. Pasję ma zaplątywania się w niepospolite przygody dlatego, aby... wydostawać się z nich bez szwanku. Życie uprawia pełne zmian i wydarzeń, jak sztukę dla sztuki. Nie potrafiłby żyć inaczej... Wciąż też "zmienia miejsca, widoki"; wciąż podróżuje; nienasycony z niego globtroter. Stałego miejsca pobytu nie ma i ani mu się śni zatęsknić kiedy do "własnego domu". Czułby się "u siebie" jak w więzieniu. Stałych też środków do życia nie posiada; żyje z dnia na dzień; to na wozie, to pod wozem. Nie gardzi wszelką nastręczającą mu się "dobrą aferą" i uważa za całkiem zbyteczne skrupulatne badanie jej wartości moralnej. Przepadając za każdym hazardem, jest oczywiście namiętnym graczem - a szczęśliwym. Niedalekim jest krewnym po duchu włoskich kondotierów i francuskich korsarzy, zwanych flibustierami. Cygan - zawsze; a gdy pole po temu - zawołany szarlatan.
Poprzedza go zazwyczaj rozgłos; otacza tajemniczy urok.
Zwłaszcza wiek XVIII obfitował w tego pokroju "awanturników". Takim był przede wszystkim słynny paryski hrabia de Saint-Germain, który uniósł do grobu tajemnicę i swego pochodzenia, i swej olbrzymiej fortuny; takim był Cagliostro, którego generał Dąbrowski, zdobywszy szturmem San Leo, nie zdążył wyzwolić z oków Inkwizycji rzymskiej; takim był do znacznego stopnia kawaler d'Eon, słynniejszy z intryg i mistyfikacji niż z roli swej politycznej. Takim wreszcie był, najsłynniejszy może z nich wszystkich i najpopularniejszy do dziś dnia w pamięci ludzkiej: Jan Jakub Casanova de Seingalt.
*
Na wstępie do swych pamiętników wywodzi imćpan Giovanni Giacomo vel Jacopo ród swój niemal od Adama i Ewy. Fanfarońskie to dygresje w najczystszym stylu XVIII stulecia. Sam sobie arystokratyczne "de Seingalt" przydał do nazwiska bardzo nawet wątpliwie szlacheckiego. Faktem jest to tylko, że Casanovowie pochodzą z Hiszpanii, że sporo ich jest do dziś dnia na Półwyspie Iberyjskim, tudzież we Włoszech, dokąd się chętnie przesiedlali.
Giovanni Giacomo ujrzał światło dzienne w Wenecji 2 kwietnia roku 1725. Ojciec jego był miernym aktorem, matka cudnej piękności szewcówną, nazwiskiem Farusi. Też występowała na scenie; złośliwi twierdzili, że "na scenie ją pokazywano", gdyż talentu aktorskiego nie posiadała wcale. Jeszcze złośliwsi zaklinali się, że drugi jej syn Franciszek, późniejszy, wcale nawet słynny malarz-batalista, miał za ojca samego króla angielskiego Jerzego I. Mniejsza jednak o Franciszka Casanovę; wystarczy przypomnieć, że zarabiał krocie, że sypał złoto garściami i że jest twórcą wcale nie pospolitego Zdobycia Oczakowa.
Jan Jakub piękny nie był. Postawę miał jednak okazałą, oczy pełne wyrazu, doskonałe maniery, wytworną ogładę towarzyską, łatwość i zręczność w obcowaniu z ludźmi i dar jednania ich sobie. Umysł posiadał niezmiernie lotny i bystry, świetną pamięć, żywą wyobraźnię, zdolności wcale nie przeciętne, a wykształcenie ogólne bardzo nawet szerokie. Casanova może służyć za wzór... dyletanta najwyższej rangi. Już w piętnastym roku życia potrafił wyborną łaciną skreślić rozprawę jurydyczną o... testamentach! Kolejno: ksiądz, żołnierz, historyk, antykwariusz, publicysta, poeta, skrzypek, chemik, magik, przedsiębiorca, dyplomata... byłby niewątpliwie zaszedł daleko w którejkolwiek z tych licznych specjalności, gdyby nie rządził się przez życie całe - fantazją. Poświęciłby zbawienie wiekuiste dla dogodzenia chwilowemu kaprysowi, nagłej zachciance. Życie jego to najciekawsza powieść, to jeden nieprzerwany romans...
Wydalony z seminarium weneckiego za okazywanie zbytniej galanterii wobec płci pięknej, faworyzowany jednak przez patriarchę i bywalec najwykwintniejszych pałaców, wykręcił się od grożącego mu więzienia i puścił się aż do Rzymu w pogoni za karierą kapłańską. Przy boku kardynała Aquavivy, w łaskach u papieża Benedykta XIV miał istotnie otwartą drogę do nie lada stanowisk i zaszczytów, lecz łaska papieska ulotniła się rychło na przysłowiowym pstrym koniu i Casanova, zrzuciwszy sutannę, wstąpił do wojska weneckiego, stojącego załogą na wyspie Korfu. Wśród kosterów i opojów zgrywa się do nitki, zastawia klejnoty i po drodze do Konstantynopola, zaznawszy przygód niemało z wędrownymi aktorkami, dostaje się w niewolę wojsk hiszpańskich; ucieka; dociera szczęśliwie nad Bosfor, zaznajamia się tam z hrabią Bonnevalem, słynnym awanturnikiem, wówczas (1743) istotnie już sturczonym, a urażony jakąś "niesprawiedliwością" służbową, rzuca mundur do licha. Dla chleba przyjmuje w Wenecji skromne stanowisko skrzypka w orkiestrze teatralnej, lecz ślepy traf daje mu w rękę nie lada atut życiowy. Senator Bragadino, zaleczany na śmierć przez największe powagi medyczne, jest umierający; Casanova wyrzuca odważnie za okno wszystkie lekarstwa i przywraca senatora do życia. Wdzięczny pacjent osypuje go złotem, które Casanova trwoni na skandalicznych hulankach, dokazując jak szalony. Pozwany przed trzy naraz trybunały, ucieka, napełniając kolejno rozgłosem swych przygód Weronę, Mediolan, Mantuę, Ferrarę, Bolonię. W Parmie ma za towarzyszkę jakąś wysoce tajemniczą i romantyczną młodą Francuzkę, z którą rozstaje się z okropnym skandalem w Genewie i wraca do Wenecji.
Próbuje utrzymywać się z gry w karty; jeździ dwakroć do Paryża; sądy weneckie nasiadają nań ostro i z wyroku państwowej inkwizycji wtrącony zostaje do straszliwego więzienia, zwanego I Piombi ("Ołowie"), znajdującego się, jak wiadomo, bezpośrednio pod pokrytym ołowianymi blachami dachem Pałacu Dożów. Z tragicznej tej awantury wybawia Casanovę iście genialna przytomność umysłu, połączona z żelazną energią, bajeczną wytrwałością i nietuzinkową odwagą. Udaje mu się zbiec!... W lat trzydzieści parę po tej przygodzie sam Casanova opisał ją po francusku w wydanej w Lipsku w 1788 Histoire de ma fuite des prisons dela République de Venise i książka, rozchwytywana i pochłaniana przez setki ludzi, obiegła świat, jednając autorowi-bohaterowi rozgłos nadzwyczajny.
Uciekinier wenecki oparł się w Paryżu. Jego niewyczerpany humor, łatwość i układność towarzyska, jego iskrząca się inteligencja dały mu dostęp do najwytworniejszych środowisk wielkoświatowych. Obcuje z marszałkiem de Richelieu, z Crebillonem, z Fontenellem, z Janem Jakubem Rousseau. Zabobonną księżnę de Chartres wtajemnicza w praktyki kabalistyczne; de Bernis, piastujący wówczas tekę ministra spraw wewnętrznych, wielki pan w każdym calu, mąż stanu wytrawny i w szerokich lubujący się widnokręgach, natomiast poeta nieznośnie wymuskany, słodki i bagatelny, upatrzywszy w Casanovie nadzwyczajne uzdolnienie do spraw finansowych, polecił go Choiseulowi jako wynalazcę niezmiernie pomysłowej... loterii. Loteria ta była dla Casanovy istną złotą żyłą, przynoszącą mu z kilku kolekt, oddanych mu na wyłączną eksploatację, krociowe dochody. W misjach sekretnych, politycznych i finansowych posyła go Choiseul to do Dunkierki, to do Amsterdamu, to w inną jaką stronę, a każda taka ekspedycja przynosi mu sumy, rzec wolno, bajońskie. Toteż żyje w Paryżu na stopie okazałej, we własnym pałacyku, pełnym służby, trzymając na stajni przepyszne konie cugowe. Cały ten jednak splendor, jak zajaśniał nagle z poniedziałku na wtorek, tak też rozwiewa się - jak sen jaki złoty. Możni protektorowie przestają troszczyć się o Casanovę, który przerzuca się do... fabrykacji wzorzystych tkanin jedwabnych. Nie wiedzie mu się. Wpada w szalone deficyty, zwalają się nań procesy, szarpany jest na wsze strony. Słowem: fiasko i pech na całej linii. Na domiar niepowodzenia, wzięty zostaje pod klucz i tylko osobliwa przychylność margrabiny d'Urfe więzienne przed nim otwiera podwoje. Rozgoryczony i rozżalony opuszcza w 1709 r. Paryż, unosząc jednak z sobą do dyskontowania weksli Choiseula na sto tysięcy franków i tyleż w klejnotach. Jedzie do Hagi; tam pożyczka nie udaje się; spieszy do Kolonii, gdzie go elektor przyjmuje łaskawie; z Kolonii udaje się do Stuttgartu, skąd, wdawszy się w pewną skandaliczną aferę, zmuszony jest uciekać i dopada Zurychu, postanawiając święcie - wstąpić do klasztoru.
Nowa przygoda miłosna udaremnia świętobliwy zamiar. Niedoszły mnich, popasawszy krótko w Solurze u ambasadora Francji pana de Chavigny, podąża rzemiennym dyszlem przez Bazyleę, Berno, Lozannę do Genewy. Po drodze zawiązuje długotrwały w następstwie stosunek i przyjaźń ze znakomitym uczonym-fizjologiem Hallerem. Z Genewy odwiedza wielokrotnie rezydującego w Verney Woltera; rozmowy z nim skrzętnie spisuje i da ich bardzo ciekawe streszczenie w Pamiętnikach swoich. Jest w Sabaudii, w Grenobli, w Awinionie. Intrygi miłosne zatrzymują go przez czas dłuższy w Aix, skąd via Nizza, Genua (gdzie grają jego przekład jednej ze sztuk Woltera) udaje się do Rzymu i Neapolu - na krótko. Zamierzał na czas dłuższy osiąść we Florencji; wygnano go na rozkaz wielkiego księcia... Próbował wędrowny swój namiot rozbić w Modenie; władze miejscowe i stamtąd go wydaliły, nie bacząc na jego zażyłość z samym Suworowem. Tedy przez Turyn wraca do Paryża. Pojedynek zmusza go opuścić stolicę i przez czas niejaki mieszka w Augsburgu. W 1761 znowu jest w Paryżu, a rychło potem w Metzu, znowu jako konfident i doradca zwariowanej, niezmiernie bogatej pani d'Urfe, wierzącej święcie, że Casanova... odmłodzi ją w postaci cudnego pacholęcia. Widać stąd, jak dalece bohater słynnych Pamiętników mało był skrupulatny w używaniu i nadużywaniu szarlatanerii, a nawet ordynarnego oszustwa, gdy chodziło o zdobycie dla siebie dobrobytu - po linii najmniejszego oporu.
Zaledwie jednak oskubał co się zowie sfiksowaną wielką damę, puszcza się, szukając nowych przygód, morzem z Marsylii do Anglii i w Londynie prezentowany jest królowi Jerzemu III. Ma przed sobą otwartą drogę do zaszczytów i nie lada stanowiska, wiedzie jednak życie tak lekkomyślne, tak hulaszcze, tak nad wszelki wyraz romansowe i romantyczne, a tak rozrzutne, że zaplątany w brzydką sprawę ze sfałszowanym (nie przez niego!) wekslem, uważa za roztropne ulotnić się nie tylko z Londynu, lecz w ogóle z Anglii. Na kontynencie spotyka się w Tournai z hrabią de Saint-Germain, czyniącym tam praktyki i eksperymenty alchemiczne w przebraniu czarnoksiężnika, z brodą czarną po pas i laseczką z kości słoniowej w ręku. Mag nad magami zmienia mu sam, osobiście miedziaka w dukata i - o ile wnosić wolno - wtajemnicza go w niektóre magii swej arkana. W Brunszwiku ratuje Casanovę ze srogiej finansowej opresji... królewicz pruski, a w Berlinie do tego stopnia znajduje w nim upodobanie Fryderyk II, że proponuje mu stanowisko... dyrektora w jednej ze szkół kadeckich. Ale gdzieżby kto przykuł do miejsca Ahaswera! Niespokojny duch Casanovy unosi go wciąż dalej i dalej... Przerzuca się do Rosji i zaopatrzony w listy polecające ryskiego Birona znajduje w Petersburgu dostęp do imperatorowej Katarzyny Wielkiej. Lecz nadnewskie "nuda, chłód i granity" uroku dlań nie miały. Wabiła go Warszawa. Streścimy obszerniej opis pobytu Casanovy w stolicy Stanisława Augusta, tu przeto wystarczy tylko nadmienić, że ostry pojedynek z potężnym hetmanem polnym koronnym Branickim zmusza Casanovę opuścić na rozkaz królewski Warszawę.
Z Warszawy udaje się do Drezna, z Drezna do Wiednia. Nad pięknym, modrym Dunajem obdarza go wyjątkową sympatią słynny już na świat cały Metastasio, poeta i dramaturg, autor Dydony opuszczonej, wielki faworyt cesarzowej Marii Teresy; zaprzyjaźnia się też z Casanovą znakomity La Peyrouse, francuski naturalista. Nie przeszkadza to atoli bynajmniej nieuleczalnemu amatorowi najwyszukańszych przygód ściągnąć na siebie niezadowolenia policji wiedeńskiej, która go z miasta wydaliła. Powtórny pobyt w Paryżu nie udał się, jak pierwszy. Musiał raz jeszcze zmykać. W Madrycie, dokąd się schronił, przyjęto go w wielkim świecie z honorami, na jakie liczyć mógł protegowany ministra, hrabiego d'Arandy. Niestety, natura wilka znów pognała do lasu. Dwie, trzy przygody miłosne, owiane niedającym się zatamować skandalem, zaprowadziły ich bohatera do więzienia. Wypuszczony zeń, po to tylko przyjechał do Barcelony, aby w tamtejszej cytadeli odsiedzieć równo dni czterdzieści trzy, podczas których zdążył napisać rozprawę krytyczną o Dziejach Wenecji Amelota de la Houssaye. Pod koniec roku 1768 zawiera w Aix znajomość z Cagliostro, zaś w Rzymie spotyka się z przyjacielem swoim de Bernisem, ambasadorującym hucznie i buńczucznie w purpurze kardynalskiej.
Widzimy potem Casanovę to w Neapolu, to w Bolonii, to w Ankonie, to w Trieście, pogodzonego z rządem weneckim i oddającego - podobno - swej ojczyźnie różne usługi dyplomatyczne. O tych politycznych usługach i zasługach Casanovy różnie mówią jego biografowie. Przypuśćmy, że istotnie Rzeczpospolita Wenecka korzystała z usług tak zręcznego i tak ustosunkowanego agenta, jakim mógł być Casanova. Rzeczą jest niewątpliwą, że opłacany był dobrze, mogąc na taką żyć stopę i na takie pozwalać sobie wydatki, wręcz rozrzutności, jak w Neapolu, w Ankonie, w Bolonii lub w Trieście. Latka zaś biegły...
To, co wiemy o pobycie Casanovy w Paryżu w roku 1783, nie świadczy bynajmniej jeszcze o "zmierzchu" 58-letniego światowca, przywykłego tak nałogowo do zdobywania serc niewieścich, jak kto inny do palenia lub do kawy czarnej, lecz spoza wiecznej fety tego jedynego w swoim rodzaju żywota poczyna wyzierać cicha, wierna towarzyszka starości: melancholia. We dwa lata potem francuski ambasador w Wenecji zaznajamia Casanovę z wnukiem księcia de Ligne, nieskończenie bogatym hrabią Waldsteinem, posiadającym między innymi rozległe dobra w Czechach. Hrabia, zachwycony Casanovą, ofiarował mu posadę bibliotekarza w jednych ze swoich czeskich dóbr, mianowicie na zamku Dux. Że Casanova zgodził się zagrzebać w zapadłym bądź co bądź kącie, na wsi, prawie na bezludziu, przypisać to należy istotnemu znużeniu, które i nad jego temperamentem, i naturą brać zaczęło górę.
W Dux zabrał się do spisywania głośnych w następstwie na świat cały Pamiętników, które atoli doprowadził tylko do roku 1774. W Dux też, coraz bardziej zapadając na zdrowiu i na humorze, cierpiąc srodze z racji pewnej, bądź co bądź służebnej od hrabiego zależności, zgorzkniały i przeczulony - życie zakończył. Jedni powiadają: w 1799, drudzy podają datę 4 czerwca 1798, jeszcze inni utrzymują, że Casanovę śmierć zaskoczyła nagle w Wiedniu, dokąd był się z Dux wybrał na krótkie odwiedziny w roku 1803.
Oprócz wspomnianego wyżej opisu ucieczki z więzienia weneckiego oraz rozprawy De testamentis napisał Casanova i drukiem ogłosił niejedną pracę z zakresu historii, krajoznawstwa, filozofii i etyki. Sporą zwłaszcza dozą zdrowego rozsądku i bynajmniej nie banalnych i powierzchownych zapatrywań wyróżnia się rzecz o lichwie, dedykowana cesarzowi Józefowi II; w innym essai, niewydanym dotychczas, traktuje Casanova kolejno o niewolnictwie, bogactwie, karze śmierci, władzy monarszej, chemii, matematyce, o ateizmie, astronomii, malarstwie, teozofii, budownictwie, językach starożytnych etc. etc. Dla nas oczywiście najciekawsze jest ogłoszone w 1774 roku studium o wypadkach zaszłych w Polsce: Istoria delle turbulenze della Polonia dalle morte di Elisabeth Petrovna fino alia pace fra la Russia e la Porta Ottomana.
Ale przetrwał Casanova w pamięci ludzkiej do dnia dzisiejszego i rozgłos zyskał wszechświatowy tylko i jedynie jako autor Pamiętników. Są też one istotnie urągającym czasowi monumentem wysokiej wartości obyczajowej i psychologicznej. Pisał je, jak się rzekło, sześćdziesięcioletni Casanova w Dux, w dalekim od świata, ustronnym tusculum, w malowniczych okolicach czeskich Cieplic (Teplitz) nie w rodzinnym języku swoim włoskim, lecz po francusku, popełniając niejeden italianizm, niejeden latynizm, a nawet ordynarny błąd gramatyczny. Styl tylko pozostał dziełem istotnego, niepowszedniego talentu pisarskiego. Casanovy Dzieje mojego życia (Histoire de ma vie) ukazały się w druku dopiero w lat wiele po śmierci ich autora. Zaczęła je drukować w oryginale jedna z największych firm wydawniczych świata, F. A. Brockhausa w Lipsku, w roku 1826; ukończyła druk ostatniego, dwunastego tomu w r. 1838.
Od tej daty szło w świat Pamiętników Casanovy wydanie za wydaniem. Tłumaczono je, jeżeli nie od deski do deski, to w obszernych wyciągach we wszystkich cywilizowanych krajach. Tylko nie u nas, w Polsce. Pełnego przekładu rozgłośnych "memuarów" piśmiennictwo nasze nie posiada; nie istnieje też ścisły lub streszczony przekład polski poszczególnych rozdziałów.
*
Ostatnimi czasy obiegał świat efektowny film kinematograficzny, będący transpozycją w czasy teraźniejsze wirtuozowskich przygód miłosnych Casanovy. Mniejsza o mniej lub więcej szczęśliwą pomysłowość układaczy i reżyserów filmu; chodzi o to, że *stosując się do utartych wyobrażeń*, zwano w anonsach reklamowych filmu, a we wszystkich językach świata Jana Jakuba Casanovę de Seingalt "królem donżuanów".
Nic bardziej opacznego być nie może!
Nieśmiertelny bohater opery Mozarta i poematu Byrona ma to tylko wspólnego z autorem nieśmiertelnych pamiętników, że zarówno jednemu, jak drugiemu ulegała dosłownie każda kobieta, po którą spodobało mu się sięgnąć. Ma jeszcze to wspólnego jeden i drugi, że obaj byli, jak wyrażano się w Polsce przed wiekami, wielce płci niewieściej ciekawi, czyli wyrażając się najprościej, że obaj nad wszystko lubili kobiety.
Na tym się jednak kończy erotyczna analogia, ustępując miejsca bardzo, ale to bardzo wyraźnej antytezie.
Pierwowzór wszystkich w następstwie donżuanów świata, Don Juan Tenorio, nie tylko był par excellence, lecz, wyrazić się wolno, był jedynie: zdobywcą. Prawy donżuan zdobywa kobietę, łamiąc opór jej z niewzruszoną bezwzględnością, często gęsto pastwi się nad swą ofiarą i porzuca ją, sięgając po następną. Chodzi mu nie tyle o nasycenie swego pożądania, ile o tryumf, o nasycenie bezgranicznej miłości własnej. Chodzi mu równolegle o możliwie największą liczbę tych, które padły mu w objęcia, mniejsza, czy oszołomione jego brawurowym atakiem, czy ujęte w sidła wyrafinowanej strategii, czy zmożone własnej krwi rozszaleniem się nagłym... mniejsza! Byle posiąść!
Od pani w królewskiej purpurze,
Kończąc na rybackiej córze,
Uwodną siecią serdeczną
Całą drabinę społeczną
Przeszedłem. To nie są baśnie!
powiada bohater fantastycznego dramatu Zorilli; a gdy jego współzawodnik Don Luis zwraca uwagę na brak w tej ogromnej liście konkiet... nowicjuszki klasztornej, dotknięty w ambicji swej Don Juan ofiaruje się chełpliwie dorzucić... gotującą się do ślubu narzeczoną przyjaciela! Byle uwiedzionych była liczba nieprześcignięta przez nikogo! Wprost bajeczna! W słynnej arii Madamina da Leporello u Mozarta przepysznie złośliwy wyraz tej ambicji typowo donżuańskiej.
Donżuan pławi się z lubością nie tylko w tkliwych spojrzeniach, lecz i we łzach niewieścich. Donżuanem utarło się nazywać powszechnie wytrawnego, wykwalifikowanego, niejako zdobywcę serc: le séducteur émérite, wyraziłby się Francuz. Donżuan rzuca złoto, jeżeli nie garściami, to z gestem wielkopańskim, nosi wysoko głowę i do brylowania jak stworzony; epikurejczyk i sceptyk do szpiku kości, kpi sobie z Pana Boga i diabła, uwodząc kobiety na prawo i na lewo, mordując ojców, mężów, braci, a wszystko bez cienia wyrzutów sumienia. Kobiety, odzyskawszy przytomność i równowagę, lżą i przeklinają donżuana. Wspomnienia o nim trapią je jak zmora. Desperują, że go na drodze swej spotkały... A on nic sobie z tego nie robi. Nasycił się i rekord zdobył. Niczego mu więcej do szczęścia nie trzeba.
Typem wręcz odmiennym jest Casanova. Jeżeli Don Juan ma wszelkie prawo do nazwy doskonałego uwodziciela, parfait seducteur, to Casanova natomiast jest doskonałym kochankiem, l'amant parfait.
Dla donżuana rzeczą jest główną, ba, jedyną: zdobycie kobiety. Dla Casanovy, i każdego posiadającego w mniejszym lub większym stopniu jego organizację duchowo-fizjologiczną, ma wartość bezcenną cały przebieg miłosnej przygody, choćby miała mu zgotować nie same tylko rozkosze i upojenia. Casanova sam kocha; Casanova samego siebie oddaje kobiecie ukochanej; Casanova dba w równej mierze o danie jej maksimum szczęścia, jak o zadowolenie własne; Casanova splata i rozplata wiecznie nowy marywodaż erotyczny, z upodobaniem, z pasją, z lubością, z maestrią wirtuoza, egzekwującego na koncercie najtrudniejszą i najświetniejszą zarazem kompozycję muzyczną.
On też, podobnie jak donżuan, wciąż i nieustannie przez życie całe ma do czynienia z kobietami. Czy tylko dla kolekcjonowania i kompletowania trofeów? Nie! Casanova tak żyć nie może bez stosunku miłosnego z kobietą, jak - wybaczyć proszę trywialne porównanie - jak palacz nałogowy bez papierosa lub cygara. Dnia nie przeżyłby bez kobiety. Casanova nie goni za coraz nową liaison dangereuse; ona się sama mu nawija, jakby całkiem naturalnym rzeczy składem. Magnes po drodze wszystką stal przyciąga, zagarnia. Stu ludzi, zaaferowanych lub niewrażliwych, przejdzie mimo najpiękniejszej, najciekawszej kobiety... Zatrzyma się jeden tylko: Casanova. I "epizod" gotowy. Z takich epizodów złoży się niepostrzeżenie życie całe.
Życie całe Jana Jakuba Casanovy było jedną, nieprzerwaną serią przygód miłosnych.
I żadna z nich nie zostawiła po sobie ani jemu... ani partnerce wspomnień przykrych, gorzkich, bolesnych. Wręcz przeciwnie! Kobieta, z którą Casanova przeżył w stosunku miłosnym choćby dzień jeden tylko, wspominać o nim będzie długo, długo bardzo, może do końca życia z uczuciem dziwnie tkliwym; jeżeli nie z melancholią tęsknoty za czymś bardzo cudnym, a niepowrotnym, to w każdym razie z przedziwnie szlachetną serdecznością. Kobiety z właściwą im instynktowną przenikliwością czują doskonale w mężczyźnie Casanovę lub Don Żuana. Zmożone, oddają się donżuanowi; same w ręce idą Casanovom. Z pierwszymi idą na emocjonująca grę hazardową i najczęściej przegrywają, opłacając słono i gorzko zaznane tylko... wrażenia; z drugimi idą jak na niewątpliwie znakomicie zaaranżowaną majówkę, pewne prześlicznych krajobrazów, wystawnego menu, rozkosznych rozrywek, urozmaiconej zabawy, chwil w miarę tkliwych i w miarę szalonych, a pewne dyskrecji... murowanej.
Wirtuozostwo miłosne w połączeniu z niespożytym temperamentem przedłuża, zda się, w nieskończoność życie erotyczne "wieczystego kochanka" z typu Casanovy.
Płomienność i głębia uczucia cudnych elegii siedemdziesięcioparoletniego Goethego, rozkochanego w młodziutkiej Ulryce von Levetzow, towarzyszce długich sam na sam spacerów po cienistych alejach Marienbadu i Karlsbadu, miłosne intermezzo mediolańskiego Kossutha, liczącego niewiele mniej lat, przyjazd bez mała siedemdziesięcioletniego Kraszewskiego w 1881 roku do Wiednia na kongres międzynarodowy w towarzystwie prześlicznej panny Negri, dialogi u kominka osiemdziesięcioletniego Fontenelle'a z kochanką lat młodzieńczych, panią de Chevreuse, listy dogorywającego Heinego do tajemniczej po dziś dzień panienki (może Kamili Selden, może Elizy von Krienitz?) którą zwał swoją najdroższą "Mouche" (muszka) - wszystko to jest przecie niegasnącym nigdy, wspólnym wszystkim krajom i czasom odblaskiem nieśmiertelnego casanowizmu. Nie donżuanerii, lecz tej właśnie całożyciowej *potrzeby kobiety*, tej odradzającej się nieustannie potrzeby narkotyzowania życiowej atmosfery stosunkiem z kobietą coraz innym, właśnie oczarowującym niewyczerpanym odmian swych bogactwem. Nie chodzi o kobietę coraz inną; chodzi o coraz to nowy, w nieśmiertelnej swej świeżości, stosunek do kobiety. A powiedziane już jest przez to, że nie to jest najcenniejsze, co się od kobiety bierze - a nawet otrzymuje - lecz to ma najprzedziwniejszą wartość dla natur o całe niebo szlachetniejszych i subtelniejszych niż Don Żuana, to mianowicie... co się kobiecie daje.
Nie za kobietami gonił przez życie całe Casanova, lecz - za miłością. Nie był on kolejnym kochankiem "dwóch czy trzech tysięcy kobiet", jak woła przerażony Janin, lecz był do ostatniego tchu kochankiem, wielbicielem, najwierniejszym niewolnikiem Miłości.
A że w tej nieustannej pogoni za ekstazą miłosną, podczas tych nad wyraz częstych wypraw do Cytery "zniesławił", jak wyraża się tenże Janin, tyle to a tyle "ofiar wyuzdanej namiętności"... Ach!... Czy nie wypadałoby raz przecie odzwyczaić się od upatrywania w każdej "uwiedzionej" kobiecie... ofiary mężczyzny? Zazwyczaj role są równe; odpowiedzialność, o ile w ogóle mowa o niej być może, jednakowa... Przeto też jeżeli już a tout prix chcemy cisnąć gromem oburzenia w żywot Casanovy, weźmy w dłoń zamiast jednego gromu pęk cały i "ogniem z nieba" ogarnijmy całe cywilizowane społeczeństwo XVIII stulecia, którego obyczajowości jednym z najwierniejszych i najciekawszych odbić był awanturniczy żywot rozgłośnego "libertyna".
Społeczeństwo XVIII stulecia poczytywało przecie za rzecz całkiem naturalną i logiczną pędzenie takiego żywota, jaki pędził Casanova. Powiedzmy więcej. Casanova posiadał nie jeden, lecz mnóstwo przymiotów otwierających przed nim wśród współczesnego mu społeczeństwa: sławę i kredyt. Był szarlatanem, jak Cagliostro magnetyzerem, jak Mesnier iluminatem, magiem koptyjskim, posiadał niezmierny talent wyprowadzania ludzi w pole, mistyfikowania ich, wykierowywania na kpów, a zarazem nie mniejszy dar wyszachrowywania od kobiet wszelkich "dóbr doczesnych", tumanienia bogaczy i wyzyskiwania hojnych legatów. Obdarzył Francję loterią; miał wszystko po temu, aby być wynalazcą montekarlońskiej ruletki! Żył, nie oglądając się na nic; sto razy z cudzej kieszeni; sto razy jak "ptak niebieski"; niezliczoną ilość razy w zatargu z władzami bezpieczeństwa publicznego... I... fetowano go, ściskano, honorowano. Wszystkie drzwi stały przed nim otworem. Piersi miał zasypane orderami wszystkich włoskich księstewek; kawalerem był krzyża papieskiego.
"Życie Casanovy - pisał Janin, najsurowszy i najniesprawiedliwszy ze wszystkich komentatorów jego Pamiętników - to jedno bagno, to jedno kazirodztwo, jedno wiarołomstwo od Paryża do Rzymu, jedna ruja i porubstwo, wszeteczeństwo i nierząd, praktykowane dzień po dniu, godzina za godziną. Urodzony z dziewczyny publicznej i ojca o niewiele większej wartości moralnej, w piętnastym już roku życia ojca przeszedł i matkę. Ileż wręcz nieprawdopodobnych przygód! Ileż okoliczności i wydarzeń sprzyjających, jak nie można lepiej, chuciom wyuzdanym! Ileż ten człowiek splugawił miejsc poświęconych i niepoświęconych, nie oszczędzając ani niskich chat, ani dumnych pałaców! Nie było dlań świętego miejsca ani w zajeździe, ani w klasztorze, ani na poddaszu, ani pod stropem katedry, w polu, w ogrodzie, na publicznej drodze!... Nie uszanował ani Paryża, ani Wenecji, ani wsi, ani miasta, ani monarszego dworu! Ani młodości zaledwie rozkwitniętej, ani lat podeszłych, ani dzieciństwa, ani starości, ani damy, ani pokojówki, ani komediantki, ani przeoryszy!... Nic nie było w stanie pohamować impetu jego chuci wyuzdanej, niesytej, rozszalałej. Kochał w równym stopniu złoto i rozkosze miłosne, z jednakową zręcznością umiał przerabiać miłość na złoto, jak złoto na miłość".
Rozmyślnie przytoczyliśmy sąd ten surowy, wyszły spod pióra głośnego swego czasu krytyka paryskich "Debatsów", szermierza "zdrowego rozsądku" w epoce rozkwitania romantyzmu; przytoczyliśmy dlatego, aby szkic niniejszy nic nie miał - w niczyjej opinii - wspólnego z "apologią" Casanovy. Owszem, niech i Katon przyjdzie do głosu! Od wymyślań: libertyn, deprawator, rozpustnik, debosz, farmazon, szuler, szarlatan, oszust! - podobnie jak dotąd nie rozsypała się w proch sława wszechświatowa Casanovy wespół z poczytnością jego nieśmiertelnych Pamiętników, tak też i wobec nieuniknionych w dalszym ciągu wznoszeń oczu do nieba oraz załamywania rąk przy akompaniamencie sutych wyzwisk niechybnie się ostoi.
O wiele słuszniej chciano widzieć w Casanovie wiele cech Fausta. On też był człowiekiem, którego interesowało wszystko, dosłownie wszystko, co umysł ludzki zaprzątało. On też mógł powtórzyć za legendowym bohaterem arcydzieła Goethego:
Habe nun, ach! Philosophie
Juristerei und Medicin,
Und leider auch Theologie
Durchaus studiert...
może nie z tak "gorącą usilnością" (heisses Bemühen), jak średniowieczny wędrowny alchemik wirtemberski, w każdym jednak razie z pasją i zręcznością nie byle jako wykształconego dyletanta, zdobywającego się od czasu do czasu na traktowanie tej lub owej specjalności ze sprawnością najzupełniej zawodową. I nie tylko jako sport naukowy uprawia Casanova przerzucanie się od filozofii do matematyki ścisłej, od astrologii do bibliofilstwa, od zabiegów leczniczych do gry dyplomatyczno-politycznej. Chodzi mu o istotę spraw, zagadnień, objawów. Stara się dotrzeć do jaźni rzeczy i do ich początku. Szuka prawdy... Jest w nim niezaprzeczenie przynajmniej coś niecoś z Fausta niepokojów, usiłowań - i rojeń.
Jeszcze żywiej wobec Casanovy staje przed oczyma postać Żyda Wiecznego Tułacza. Oczywiście, że skończony światowiec i na wskroś "Europejczyk" z epoki roccoco nie odbywa wiecznej swej wędrówki z kosturem w dłoni, w płaszczu romantyczno-balladowym, z rozwianą na piersiach siwą brodą - jak sobie wyobrażamy bezimiennego ucznia Chrystusowego, o którym wyrosła nieśmiertelna legenda z ostatnich wersetów Ewangelii św. Jana. Oczywiście, że żywot Casanovy nic nie ma w sobie ekspiacyjnego, jak straszna wędrówka tułacza Ahaswera. Niesie go tylko i niesie po świecie, pędzi z miejsca na miejsce, jakby jakaś siła fatalna, jakby jakieś Przeznaczenie. Nie brakło niezawodnie przesadnych i bojaźliwych dusz, żegnających się in petto przy spotkaniu dziwnego, jakby upiorowego człowieka w nieustannym ruchu, okrążającego nieprzerwanie Europę, jakby w pogoni za dniem wczorajszym, lub partego naprzód pod przymusem jakimś tajemniczym. Tfu! Zgiń, przepadnij, maro niesamowita! Joannes Buttadeus?... Isaac Laquedem?... Czy ducha ich tragiczne wcielenie?
Uspokójcie się, panie i panowie, nie macie przed sobą żadnej inkarnacji jerozolimskiego sprzed dziewiętnastu wieków Żyda o kamiennym sercu, co z progu swej lepianki zaszydził ongi plugawo ze Zbawcy Świata, dźwigającego krzyż na Golgotę. Przed wami wytworny, elegancki, bajecznie sprytny i bajecznie interesujący "awanturnik", używający życia bez miary i bez pamięci, robiący w samej rzeczy najautentyczniejsze złoto z łatwowierności i głupoty ludzkiej, mistrz nad mistrzami w grze miłosnej, uwodziciel nieskończonej liczby kobiet, bezpamiętny i bez żadnych skrupułów, ale tak subtelny, iż każda z uwiedzionych stanąć by mogła do przysięgi, że właśnie ona zgięła go do swych stóp, podczas gdy wszystkie inne kobiety rzucały mu się bezwstydnie w objęcia!
Pan Aldo Rava, wydawca i komentator całego szeregu listów niewieścich pisanych do Casanovy (Lettres de femmes a Jacques Casanova, Paryż, 1912) wyraża się z niezaprzeczona słusznością:
"Listy te, które ja pierwszy oddaję do rąk szerokiej publiczności, wierzę święcie, iż rzucą nieoczekiwane światło na Casanovę, tego wręcz wyjątkowego człowieka, to jest takiego, który byłby wyjątkowym człowiekiem w każdym kraju, w każdej w ogóle epoce. Dowiodą te listy, sądzę, niezbicie, że musiało być w Casanovie coś więcej i coś wartościowszego ponad piękną prestancję urodziwego mężczyzny, ponad wirtuozowską zręczność pogromcy serc i uwodziciela, ponad niejako zawodowość szczęśliwego amanta. Musiało w nim być coś, co nie tylko kładło mu kobiety w ramiona, lecz zarówno za młodu, jak i wówczas, gdy ciążyło na nim spore już brzemię lat - dawało mu kobiet najszczersze uczucia, przywiązanie, sympatię, szacunek, poświęcenie, a to ze strony kobiet zarówno młodych, jak starych, bardzo inteligentnych i bardzo przeciętnych, niepospolicie głośnych, tudzież niepospolicie rozumnych i utalentowanych".
Kto z kobietami dużo miał do czynienia, odczytywać będzie nie bez wzruszenia i nie bez głębszych refleksji listy takiej np. szczerej, prostej, a jakże wiernej i kochającej Franczeski Buçohim, "uściskującej z całego serc" przez lat tyle... "takiego" Casanovę! "Vous avez bien raison de vous aimer car vous étes tr?s intéressant et aimable. Vous avez tort de croire qu'on ne vous aime pas" - pisała do siedemdziesięcioparoletniego Casanovy ostatnia w życiu jego kobieta, Eliza von der Recke, "naturalna" siostra księżnej Doroty Kurlandzkiej, uosobienie, to prawda, egzaltacji nerwowej, ale bądź co bądź jedna, jeżeli nie z gwiazd, to z gwiazdek XVIII wieku.
*
Memuary Jana Jakuba Casanovy de Seingalt należą do pereł literatury pamiętnikowej.
Nie są, ani słowa, lekturą dla pensjonarek... Lecz tyle jest przecie innych, a prześlicznych utworów wierszem i prozą, jakby stworzonych na nagrody szkolne w niebieskiej lub czerwonej oprawie ze złoconymi wyciskami! Zostawmy Pamiętniki Casanovy, nie urągając im i nie złorzecząc, w spokoju na półce bibliotecznej, na miejscu - honorowym. Cenne są jako dokument historyczny sporej wagi, tudzież jako utwór nieskazitelnie "stylowy".
Przy całej swej formie powieściowej i treści nieraz bardzo drastycznej, nie współzawodniczą one bynajmniej i wyłącznie z takimi li tworami jak Il Decameron Boccaccia lub romans Louveta de Couvray Les amours du chevalier de Faublas. Rychlej już dadzą się pamiętniki Casanovy porównać pod względem werwy i ujmowania przedmiotu z autobiografią Benvenuta Celliniego, a pod względem otwartości z Wyznaniami Jana Jakuba Rousseau. Rzecz jednak główna i zasadnicza w tym, że w memuarach Casanovy zajmuje szeroki i mistrzowski obraz obyczajów i i zwyczajów prawie tak wielkie i wybitne miejsce, jak historia w pamiętnikach Ksenofonta, Cezara lub Jeffersona. Ta właśnie kulturalno-obyczajowa duża wartość pamiętników Casanovy stanowi główny ich tytuł do sławy i niewygasającej świeżości.
Dzisiejszym naszym upodobaniom może nie odpowiadać jedynie chyba tylko "rozwlekłość" niezmiernie drobiazgowej narracji Casanovy. Aczkolwiek opis np. ucieczki spod więziennych ołowianych dachów weneckich skreślony jest z mocą dramatyczną, której by Casanovie mógł szczerze pozazdrościć niejeden pierwszorzędny powieściopisarz współczesny. Przypomnijmy, że zupełny tekst Pamiętników Casanovy w monachijskim najwzorowszym wydaniu J. Müllera obejmuje czternaście tomów, a najlepsze wydanie francuskie świeżej daty (1910, Paryż, Garnier Fr?res), wzorowane na pierwszym wydaniu włoskim Brockhausa, liczy zwartego druku tomów osiem. Zapoznanie się od deski do deski z taką obfitością choćby najświetniej prowadzonego opowiadania wystawiłoby na zbyt ciężką próbę ciekawość czytelnika teraźniejszego, a przede wszystkim jego czas, rozbity dziś na tyle różnorodnych, a terminowych zajęć.
Książka, którą pozwalamy sobie oto złożyć w ręce publiczności naszej, jest jakby spacerem po ogromnych Pamiętnikach Casanovy. Poszczególne rozdziały, stanowiące w odpowiednim streszczeniu zamkniętą w sobie całość, niby nowele samoistne i obrazki, ukazują całe ich bogactwo, wyrazistość i wdzięk. Dają pełne wyobrażenie o całości tego jedynego w swoim rodzaju kalejdoskopu, potrząsanego z niezmierną zręcznością przez istnego "magika" galanterii, zalotności, sentymentu, bezczelności i dowcipu.
Cz. J.
Zakopane, na Antałówce, willa Witkiewicza, sierpień, 1920 roku.
Bettina
Co też za dziwny czasem zbieg okoliczności ludzi ze sobą sprowadza!
Gdybym, będąc dzieckiem, nie cierpiał na częste nadmierne rzucanie się krwi nosem, nigdy by oczy moje nie oglądały Bettiny, tej Bettiny, dla której serce moje chłopięce pierwszą w życiu zabiło miłością. Nadmierne tracenie krwi dało się zdrowiu memu fatalnie we znaki; osłabłem, ledwiem włóczył nogami i chodziłem jak osowiały, niezdolny zająć się niczym. Nie pomogły "odczarowywania" pewnej wiedźmy-znachorki z Murano, do której babka parokrotnie mnie woziła. Lekarz radził wywieźć mnie z Wenecji, zapewniając, że zmiana powietrza i otoczenia przywróci mi zdrowie. Matka moja, babka i opiekun mój, jegomość pan Grimani, usłuchali dobrej rady. Przewieziono mnie do Padwy i zalokowano u pewnej wysoce niesympatycznej starej Słowaczki. Wszystko mnie od niej odstręczało: i zachowanie się, i wygląd, i mizerność jej niechlujnego "pensjonatu". Nocą zagryzały mnie literalnie pchły i pluskwy; w dzień głodny byłem jak pies, ile że klimat padewski istotnie wyśmienicie oddziaływał na mój zdrowostan. Ani słowa, raz po raz udawało mi się ściągnąć coś niecoś z wiktuałów ku wielkiemu zmartwieniu gospodyni, zachodzącej w głowę: kto by to mógł w jej spiżarni myszkować! Zdarzało mi się też często wyciągnąć profit z mego "urzędowania" jako decurio w szkole, do której uczęszczałem. Do zaszczytu tego doszedłem przez pilność i wrodzone zdolności. Urząd mój polegał na przeglądaniu zadań trzydziestu moich kolegów, poprawianiu i wystawianiu stopni. Toteż zabiegano o moje względy, podsuwając mi nawet przednie smakołyki, którymi... nie gardziłem, cenzurując zadania coraz niesprawiedliwiej. Tego już w końcu było niektórym starszym kolegom za wiele. Zadenuncjowali mnie nauczycielowi. Podczas indagacji wyszła na jaw cała mizeria mego bytowania w "pensjonacie" starej Słowaczki. Nauczyciel, sprzyjający mi bardzo, wymógł na matce mojej, że mnie od Słowaczki odebrano i oddano na kwaterę - do jego własnego domu. O zacny, szanowny, nieoceniony mój dobroczyńco!
Księdzem był doktor Gozzi; miał lat dopiero 26; skromny, ugrzeczniony, okrąglutki... Do tego stopnia był tylko mną zajęty, że w ciągu niespełna półrocza opuścili go wszyscy uczniowie. Postanowił tedy otworzyć kolegium połączone z internatem; projekt ten atoli dojrzewał całe dwa lata, w ciągu których nauczył mnie doktor Gozzi wszystkiego, co sam umiał, do gry na skrzypcach włącznie. Przydała mi się ta gra, ach, jak bardzo przydała raz nie jeden w życiu!
Gdy po owych dwuletnich studiach - było to w Wielkim Poście 1736 roku - zjawiliśmy się, ja i mój mistrz, u matki mojej w Wenecji, nie chciano wierzyć uszom i oczom. Wręcz zaimponowałem całej mojej rodzinie i wszystkim znajomym moją uczonością i ogładą, nie wspominając o biegłości w układaniu wierszy, która wszystkich wprawiła w zachwyt. Przezacny mój mentor cieszył się jak dziecko, że jemu przypisywano zasługę uczynienia z na wpół zidiociałego chłopaka tak wypolerowanego i do rzeczy nieomal kawalera. Nie podobała się tylko matce mojej moja jasnoblond peruka, okrutnie nieharmonizująca z mymi czarnymi brwiami i oczami. Spytała doktora, dlaczego własnych moich włosów nie każe fryzować. Doktor odrzekł, że to siostra jego obstaje przy peruce, którą łatwiej utrzymywać w ochędóstwie niż moją czuprynę. Naiwna ta odpowiedź wywołała głośny śmiech całego towarzystwa, który wzmógł się jeszcze, gdy na pytanie zwrócone do doktora, czy siostra jego jest zamężna, wyrwałem się ja z odpowiedzią, że Bettina jest najpiękniejszą panienką w całej dzielnicy miasta i liczy lat dopiero czternaście. Tedy matka obiecała piękny prezent Bettinie, jeżeli tak gorliwie opiekować się będzie moją czupryną jak moją peruką, na co doktor odparł, że od dnia dzisiejszego stanie się życzeniu matki zadość i peruki nosić nie będę.
Ach, tak! Bettina była istotnie prześliczna, wesoła i wielka amatorka czytania powieści. Rodzice byli z niej niezadowoleni, a doktor nie mógł nigdy pogodzić się z jej pasją do lekkiej lektury. Dzieweczka spodobała mi się od razu, sam nie wiem czemu. Ona to pierwsza rozpaliła w sercu moim uczucie... nieprześcignione przez żadne już potem w życiu. Spotęgował jej sympatię dla mnie hojny dar mojej matki: pięć łokci materii jedwabnej i tuzin rękawiczek. Tak gorliwie zajęła się od tej daty moimi włosami, że już po sześciu miesiącach mogłem chodzić bez peruki. Czesała mnie też często, leżącego jeszcze w łóżku, gdyż czasu nie miała z tym czekać, aż wstanę. Myła mi twarz, szyję, piersi, nie szczędząc dziecięcych pieszczot, które poczytywałem za całkiem niewinne, które mnie jednak drażniły, za co sobie czyniłem w duchu ostre wymówki. Byłem od niej o trzy lata młodszy; sądziłem, że dla tego samego nie będzie mogła mnie pokochać i gryzłem się tym i martwiłem. Bywało, usiadłszy na moim łóżku, dowodzi, że utyłem i stara się o tym przekonać rękami, od czego aż mi się gorąco robiło, lecz pozwalałem jej robić, co chce, w obawie, aby nie spostrzegła mego pomieszania. Innym razem powiada, że mam skórę dziwnie delikatną i tak mnie łechcze, że aż usuwać się muszę, żałując okrutnie, iż nie śmiałem jej odpłacić pięknym za nadobne i że ona nie domyśla się, jak bardzo bym tego pragnął. Gdym był ubrany, całowała mnie raz i drugi, nazywając "najdroższym swym dzieckiem"... ja zaś, pożerany chęcią pójścia za jej przykładem, nigdy i nigdy nie mogłem zdobyć się na odwagę. Później, podniecony dworowaniem Bettiny z mej nieśmiałości, przemógłszy się, oddawałem jej całus za całusa, a nawet z nawiązką, zatrzymując się zawsze, ilekroć chętka mnie brała posunąć się dalej; wówczas odwracałem głowę, jakbym czego szukał, a ona wychodziła z pokoju. Po jej odejściu byłem w desperacji, żem nie pofolgował mojej naturze, i zdumiony, że Bettina może tyle ze mną dokazywać, wstrzymując się zawsze w porę, podczas gdy ja hamować się muszę z największą biedą. Za każdym razem obiecywałem sobie święcie zmienić postępowanie.
W początkach jesieni zalokowało się u doktora trzech nowych pensjonarzy, z których jeden, młodzian piętnastoletni, wszedł rycho bardzo w konfidencje z Bettiną. Obudziło to we mnie uczucie całkiem mi dotąd nieznane, a z którego zdałem sobie sprawę dopiero po wielu latach. Nie była to zazdrość ani też nienawiść. Obudziło się we mnie dla Cordianiego tylko uczucie - pogardy. To miał być mój rywal szczęśliwy, ten syn jakiegoś dzierżawcy, nieokrzesany, głupi, bez krzty polotu w duszy? Cała jego wyższość nadmierna polegała na tym, że był nieco ode mnie starszy. Gorzką też pogardę zacząłem żywić dla Bettiny, którą kochałem, sam nie wiedząc o tym. Aż nadto rychło spostrzegła ona zmianę w moim dla niej usposobieniu. Gdy usiadła, jak zazwyczaj, na moim łóżku i zabierała się mnie czesać, odtrąciłem precz jej ręce i nie kwapiłem się wcale jej całować. Podrażniona, powiedziała mi wręcz, że jestem o Cordianiego zazdrosny. Uniosłem się i odparłem, że ona warta jest Cordianiego, a on jej. Zaśmiała się i wyszła.
Teraz już za wszelką cenę chciała rozkochać mnie w sobie i oto na jaki wzięła się sposób. Pewnego ranka przyniosła mi do łóżka parę pończoch własnej roboty. Uczesawszy mnie, oświadczyła, iż sama mi je włoży, gdyż z pewnością wypadnie je poprawić. Doktor właśnie był wyszedł mszę odprawić. Bettina, zabrawszy się do moich nóg, znalazła, iż są nie dość czyste, i nie pytając o pozwolenie, zabrała się je myć. Nie śmiałem okazać zakłopotania i pozwoliłem jej robić, co chce, nie przeczuwając, co z tego wyniknie. Bettina, siedząc na moim łóżku, posunęła się w ochędożeniu mnie ponad wszelką gorliwość, ciekawość jej atoli sprawiała mi tak żywą rozkosz, że ustała dopiero wówczas, gdy już żywsza być nie mogła. Gdym się uspokoił, zacząłem ją przepraszać, uważając, iż tak mi wypada postąpić. Nie oczekiwała przeprosin, pomyślała chwilę i rzekła z wielką wyrozumiałością w głosie, że cała wina po jej stronie, lecz że się już nigdy więcej do tego stopnia nie zapomni. Rzekłszy to, wyszła, pozostawiając mnie moim refleksjom.
A refleksje to były nad wyraz bezlitosne. Zdawało mi się, żem Bettinę zbezcześcił, żem nadużył zaufania jej rodziny, żem popełnił coś haniebnego, co da się tylko naprawić poślubieniem Bettiny. Ogarnęła mnie czarna melancholia i byłbym się zakochał na śmierć i życie, gdyby mi serca nie żarła zazdrość straszliwa, aczkolwiek byłem święcie przekonany, że takiego jak ze mną występku Bettina z Cordianim nie popełniła. A rankami już do mnie nie przychodziła wcale. Wyobraziłem sobie, że się wstydzi i ma wyrzuty sumienia. Głaskało to moją miłość własną. Postanowiłem w bezdennej mojej głupocie napisać do niej. Napisałem krótki list, mogący ją jednak w zupełności uspokoić i ośmielić. Wydało mi się, żem wykoncypował arcydzieło stylu epistolarnego, że ono bez chyby Bettinę podbije, a Cordianiego całkiem od niej odsądzi, aczkolwiek i bez tego nie wierzyłem w gruncie rzeczy, aby Bettina mogła tego rodzaju osobnikowi dawać preferencję nade mną.
W niespełna godzinę po otrzymaniu mego listu dała mi ustną odpowiedź, że pojutrze przyjdzie do mnie rano jak zwykle, jak bywało przed pamiętnym dniem przełomowym. Alem czekał jej nadaremnie. Nie przyszła. Byłem wzburzony. Jakież było moje zdziwienie, gdy podczas obiadu zagadnęła mnie, jak gdyby nic, czy ma przyjść przebrać mnie za dziewczynkę na balik maskaradowy, mający się odbyć za dni parę u naszego sąsiada. Wszyscy przyklasnęli projektowi przebrania mnie za dziewczynkę, tedy musiałem się rad nierad zgodzić. Zresztą zdawało mi się, że ta okoliczność da nam najlepszą okazję rozmówić się i tak ułożyć nasz stosunek, aby zmysły nigdy już więcej nie mogły mi wypłatać figla. Wszystko jednak pokrzyżował następujący wypadek.
Pewien stary, dobry przyjaciel Gozziego, mieszkający na wsi, zmożony długotrwałą chorobą i pewny, że niedługo już pożyje, przysłał powóz, prosząc, aby opiekun mój wespół z ojcem swoim niezwłocznie do niego przybył, oczy mu zamknął i duszę jego oddał Bogu. Stary szewc, ojciec Gozziego, wychylił całą flaszę wina (ile że dopiero poczuwszy alkohol w mózgu był w stanie myśleć i obracać językiem), wciągnął na się szatki od święta i puścił się z synem w drogę. Tu mnie ogarnęła niepohamowana chęć skorzystania z niebywałej sposobności... Balik miał się odbyć dopiero za dni kilka; wydało mi się niepodobieństwem czekanie tak długo na widzenie się z Bettiną... szepnąłem jej tedy, że drzwi mego pokoju zostaną w nocy otwarte na korytarz... gdy zaś wszyscy w domu usną... niech do mnie przyjdzie. Zgodziła się. Spała na parterze w gabinecie, przylegającym cieniutką ścianką do sypialni ojca. Po wyjeździe doktora spałem sam w pustym pokoju; trzej pensjonarze lokowali się na przeciwległej stronie; nikt nas tedy spłoszyć nie mógł. Cały podniecony, nie mogłem doczekać upragnionej chwili...
Natychmiast po udaniu się na spoczynek zamknąłem na klucz drzwi od dalszych komnat, a otworzyłem wychodzące na korytarz, zgasiłem światło i - nie rozbierając się - jąłem wyczekiwać. W romansach zdarzają się często sytuacje takie i nie ma w nich żadnej przesady. Tak zupełnie, jak ja na Bettinę, czeka u Ariosta Raggiero na Alcinę. Czekałem aż do północy, nie niecierpliwiąc się nadmiernie; gdy jednak upłynęła godzina jedna po pół nocy... druga... trzecia... czwarta... wściekłość mnie ogarnęła i krew we mnie zawrzała. Na dworze padał śnieg i ziąb był nieznośny, lecz nie czułem najdokuczliwszego chłodu. Na krótko przed świtem, nie mogąc dłużej opanować niecierpliwości, postanowiłem zejść w pończochach - aby psa nie zbudzić - na dół i przekonać się, czy drzwi Bettiny zamknięte czy otwarte. Znalazłem je zamknięte; nie wychodziła; musiała oczywiście przespać naszą schadzkę. Chciałem zapukać, lecz wstrzymała mnie obawa, że pies zacznie szczekać. Zrozpaczony i przybity, usiadłem na schodach, nie wiedząc, co począć. Dygotałem z przejmującego zimna. Nagle przyszło mi do głowy, że służąca będzie wychodziła niebawem na miasto i może mnie spostrzec. Zdecydowałem się tedy wrócić do siebie. Podnoszę się... i w tej chwili słyszę w pokoju Bettiny hałas. Przekonany, że to ona wstaje, aby iść do mnie, zbliżam się spiesznie do jej drzwi... drzwi odmykają się... lecz zamiast Bettiny ukazuje się w nich - Cordiani. Kopnął mnie siarczyście w brzuch, żem się aż w zaspę śniegu potoczył, i znika w pokoju, gdzie sypiał wespół z dwoma swymi kolegami. Zerwałem się, odchodząc od zmysłów, dopadłem do zamkniętych drzwi Bettiny i jąłem w nie bez miłosierdzia łomotać pięściami i nogami. Pies zaczął natychmiast ujadać - oprzytomniałem - pobiegłem do swego pokoju, zamknąłem się i padłem na łóżko na wpół żywy.
Zawiedziony, zdradzony, upokorzony, układałem przez dobrych godzin trzy najczarniejsze plany zemsty. Otruć ich wszystkich? Nie, to mściwości mojej nie nasyci! Wszystko opowiedzieć jej bratu?... W tym momencie doleciał uszu moich skrzeczący głos matki Bettiny, wołający, abym co rychlej schodził na dół, gdyż córka jej - umiera! Zły, że wymyka mi się ofiara zemsty, udaję się do pokoju Bettiny, przy której łóżku znajduję zgromadzoną całą familię. Bettina wije się w kurczach straszliwych; na wpół ubrana, wyrzuca rękami i nogami na wszystkie strony, że nikt jej utrzymać nie może. Nie wiedziałem, co mam myśleć o tym wszystkim. Nie znałem jeszcze ani natury niewieściej, ani niewiast podstępnej przewrotności. Dziwiłem się własnemu spokojowi... Po godzinie miotania się Bettina usnęła. Przywołani do jej łóżka lekarz, tudzież akuszerka nie mogli w żaden sposób określić istoty tak nagłej i niezwykłej choroby. Uśmiechnąłem się w duchu; zaczynałem rozumieć, że choroba ta pozostaje w ścisłym związku zarówno z nocną wizytą Cordianiego, jak z wykryciem przeze mnie całej sprawy. Postanowiłem jednak czekać cierpliwie z pofolgowaniem mej zemście na powrót doktora.
Przechodząc do mego pokoju przez gabinet Bettiny, spostrzegłem jej saczek, poniewierający się na stole. Otworzyłem go; spostrzegłem bilecik, skreślony znanym mi dobrze pismem Cordianiego. Zdziwiła mnie niemało nieopatrzność Bettiny; bilecik mógł przecie tak łatwo wpaść w ręce jej matki lub brata!... Jakże dalece musiała, biedaczka, stracić głowię! Bilecik uniosłem do swego pokoju i tam dopiero rzuciłem się go czytać. Łatwo wyobrazić sobie, co się ze mną działo, gdym wyczytał następujące wyrazy: "Ponieważ ojciec wyjechał, nie potrzebujesz zostawiać drzwi otwartych jak zwykle. Po kolacji przyjdę do twego gabineciku, gdzie mnie zastaniesz".
Po chwili osłupienia i bicia się z myślami parsknąłem śmiechem; wydałem się sobie bardzo śmiesznym, Bettina godną pogardy, a Cordiani godnym przebaczenia. Myślałem, żem się z miłości dla takiej dziewczyny gwałtownie wyleczył. Gratulowałem sobie, żem otrzymał zbawienną nauczkę na całe życie. Uznałem nawet, że Bettina ma rację, dając Cordianiemu pierwszeństwo, chłopakowi już piętnastoletniemu, podczas gdy ja czymże jestem? Dzieckiem. Jednej tylko rzeczy nie mogłem przeboleć, mianowicie tego, że mnie Cordiani tak nieludzko kopnął.
Podczas obiadu, spożywanego w kuchni, rozległy się nagle wrzaski Bettiny. Wszyscy porwali się do sypialni, ja tylko kontynuowałem spokojnie jedzenie, nie zwracając najmniejszej uwagi na ogólny popłoch. Podczas kolacji powtórzyło się to samo; ja znowu ani drgnąłem. Wrócił doktor - alem mu nic nie powiedział; wszelkim planom zemsty dałem był za wygraną; opowiedzieć mu tak wysoce skandaliczną historię mogłem jedynie w wielkim podnieceniu; na chłodno nie mogłem. Spostrzegłem łóżko Bettiny, stojące tuż przy łóżku matki, lecz udałem, że na taki szczegół nawet uwagi nie zwracam - oddałem się cały nauce. Nazajutrz matka Bettiny przerwała nam lekcję, żeby oświadczyć doktorowi, że doszła do przekonania, iż na Bettinę musiał ktoś z pewnością rzucić urok. Może służąca?
- Mam niezbity dowód! - rzekła.
- Jaki? - spytał doktor.
- Zagrodziłam drzwi dwiema skrzyżowanymi miotłami. Zamiast je rozsunąć i przejść, ominęła drzwi zalękniona... i weszła do pokoju innymi drzwiami. Oczywiście bała się tknąć skrzyżowanych mioteł. To niewątpliwie czarownica. Rzuciła na moją córkę urok.
Tedy doktor, włożywszy komżę, poszedł siostrę egzorcyzmować. Przyglądałem się ciekawie tym praktykom. Wszyscy biorący w nich udział wydali mi się niespełna rozumu i śmiech mnie porywał, ilekroć ktoś nazwał Bettinę nawiedzoną przez... diabła. Gdy się ceremonia skończyła, zbliżyłem się cichaczem do Bettiny i szepnąłem jej:
- Bądź dobrej myśli, zdrowiej i bądź pewna mojej dyskrecji!
Nie odrzekła mi nic i obróciła się do ściany. Dnia tego już konwulsji nie było; sądziłem, że wyzdrowiała; nazajutrz atoli opanowała ją istna demencja, podczas której wylatywały jej z ust wyrazy łacińskie i greckie, co przekonało wszystkich ostatecznie, że Bettina jest opętana przez diabła. Sprowadzono natychmiast najsłynniejszego w Padwie egzorcystę. Był to niezmiernie brzydki na twarzy kapucyn, ojciec Prosper de Bovolenta. Bettina atoli zaczęła świętobliwego człeka lżyć najordynarniejszymi wymysłami, a dobranymi tak kunsztownie, że nikt ani na chwilę nie wątpił, że jeden tylko diabeł zdobyć się może na coś podobnego. Kapucyn porwał się grzmocić Bettinę krucyfiksem, za co się ona śmiertelnie obraziła i palnąwszy mu bajeczne verba veritatis, cisnęła w niego flaszką z jakimś czarnym lekarstwem, które spryskało też akuratnie stojącego opodal Cordianiego, z czegom się serdecznie ucieszył. Egzorcysta zabrał się i poszedł, nie dopiąwszy swego. Wieczorem Bettina nagle i niespodziewanie zjawiła się w kuchni i spokojna jak trusia siadła z nami do kolacji. Do mnie przemówiła słodko i łagodnie, przypominając, że jutro bal maskowy i że trwa niezłomnie w zamiarze przebrania mnie za dziewczynkę. Po pewnym czasie poszła z powrotem do łóżka, ja zaś znalazłem w fularze, którym głowę na noc owijałem, bilecik brzmiący jak następuje: "Albo pójdziesz ze mną na bal przebrany za dziewczynkę, albo taką wyprawię hecę, że będziesz się zalewał łzami". W nocy, gdy wszyscy spali, odpisałem jej, że mam zamiar pilnie unikać wszelkiego z nią sam na sam i proszę, aby oszczędzała moje serce, które żywi dla niej uczucia... braterskie, że wreszcie odesłałem jej bilecik pisany do Cordianiego, prosząc, aby poczytywała to za dowód mej przyjaźni i mej wspaniałomyślności. Otrzymawszy nazajutrz rano mój list, Bettina wpadła w doskonały humor. Ja byłem dla niej niezmiernie ugrzeczniony; żal mi było dziewczyny; uniósł ją temperament w ramiona niegodziwca... Biedaczka!
Atoli po dniu pogodnym nastał wieczór burzliwy. Bettina poszła wcześnie do łóżka i znów zaczęła wyprawiać niesłychane brewerie. Wiedziałem, co o nich sądzić. Rozpoczynała się zapowiedziana "heca". Bettina czuła moją wyższość nad sobą i to wyprowadzało ją z równowagi. Ach, wyznać muszę z całą szczerością, że pomimo doskonałej "szkoły", którą przeszedłem w latach jeszcze chłopięcych, pomimo doświadczeń, które mogły mnie obronić od wielu niespodzianek, wyznaję, że byłem oszukiwany przez kobiety... często, bardzo nawet często. Nie dawniej jak dwanaście lat temu byłbym poślubił w Wiedniu młodziutką, niezmiernie lekkomyślną panienkę. Nie dało spełnić się temu szaleństwu najwidoczniej owo bóstwo, co szalonych od początku świata strzeże. Dziś... w siedemdziesiątym drugim roku życia szaleństwa nie popełnię, głupstwa nie palnę... i to jest właśnie najświetniejsza rzecz!
Nazajutrz Bettina jęła dokazywać tak, że sam doktor gotów był przysiąc, że diabeł w niej siedzi. I postanowił wezwać innego, jeszcze bardziej zawołanego egzorcystę. Był nim dominikanin, pater Mancia. Porwałem się za głowę, gdy stanął u łoża Bettiny! Pater Mancia był piękny jak Apollo Belwederski; lat najwyżej trzydziestu, pysznie zbudowany, blady, o prześlicznie karminowych ustach, spod których błyszczały białe jak śnieg zęby; z wyrazem twarzy ujmującymi miłym.
Bettina udawała, że śpi. Gdy ją atoli pater Mancia pokropił wodą święconą, otworzyła oczy, obejrzała dokładnie egzorcystę, położyła się na wznak, opuściła ręce, przechyliła z niewysłowioną gracją główkę na bok i - usnęła, bardziej podobna do aniołka niż do ziemskiej istoty.
Pater Mancia, dopełniwszy swych zabiegów, ulotnił się, obiecując wrócić nazajutrz. Nazajutrz Bettina mówiła całkiem od rzeczy, improwizując jakieś poetyckie tyrady, nie przerywając tej gadaniny wobec przybyłego egzorcysty. Z kwadrans przysłuchiwał się pilnie, po czym poprosił, abyśmy wszyscy wyszli z pokoju, gdyż pragnie z "chorą" pozostać sam na sam. Pospieszono uczynić zadość życzeniu świętobliwego męża. Bite trzy godziny trwały tajemnicze praktyki. Około południa pater Mancia zawołał nas; zastaliśmy Bettinę całkiem uspokojoną; egzorcysta zabierał się do wyjścia. Wyraził nadzieję, że stan "chorej" ulegnie gruntownej zmianie, prosił o udzielenie mu wiadomości...
Po wyjściu egzorcysty Bettina spożyła obiad w łóżku, po czym wstała, wieczorem jadła kolację z nami przy stole i nie zdradzała już żadnego "obłędu". Oto zaś okoliczność, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że Bettina nie była nigdy ani wariatką, ani opętaną.
Doktor zadecydował, że w wigilię Oczyszczenia Matki Boskiej mamy wszyscy spowiadać się u ojca Mancii. Cordiani i obaj Feltrinowie nic nie mieli przeciw temu, ja zaś postanowiłem nie dopuścić do tego, gdyż nie wyobrażając sobie, aby można było zataić cośkolwiek na spowiedzi, nie chciałem, aby pater Mancia w bohaterce mojej przygody z "pewną dziewczynką" poznał od razu Bettinę. Raniutko otrzymałem liścik od niej tej treści: "Żaden z was nie powinien spowiadać się u ojca Mancii. Możesz mnie nienawidzić, ale szanuj moją cześć. Ty jeden możesz obalić postanowienie mego brata. Po tym poznam, czy ty jesteś czy nie jesteś moim przyjacielem". Odpisałem, że o mnie może być spokojna, co zaś do Cordianiego, to niech sama wpłynie na swego... kochanka. Odpowiedziała: " Z Cordianim nie widziałam się od owej nocy, która mnie unieszczęśliwiła, i nie chcę się z nim widzieć nigdy więcej. Tobie wyłącznie chcę zawdzięczać ocalenie mi życia i honoru".
Prowadziła ze mną niecną grę; czułem to dobrze. Była pewna swego. Kto ją tak wtajemniczył w arkana serca ludzkiego? Romanse, które pochłaniała? Nie, romanse tak gruntownych lekcji dać jej nie mogły...
Zdecydowany byłem uczynić zadość jej prośbie. Idąc spać, oświadczyłem kategorycznie, że spowiadać się będę, ale nie u ojca Mancii. Doktor uznał racjonalność moich skrupułów i obiecał, że zaprowadzi mnie do innego kościoła. Tegoż wieczora stłukłem sobie mocno nogę, postanowiono, że co najmniej dzień muszę przeleżeć w łóżku i oto zostaliśmy nazajutrz sami: ja i Bettina. Pod pierwszym lepszym pretekstem przyszła do mego pokoju; łaknąłem rozmówienia się z nią, byłem przeto uszczęśliwiony. Usiadła na moim łóżku. Zacząłem natychmiast jej tłumaczyć, że owej pamiętnej nocy miłość moja dla niej przemieniła się w nieubłaganą nienawiść, że potem jednak rozbroiły mnie jej przytomność umysłu, jej spryt, jej subtelność i że obecnie żywię dla niej rzetelną przyjaźń, podziwiając jej niepospolite zalety; prosiłem, aby była względem mnie również szczera i otwarta; zakląłem się, że nie mam do niej najmniejszego żalu; niech - rzekłem - kocha choć na śmierć i życie "swego" Cordianiego; jestem pewny, że i jego, podobnie jak mnie, złowiła w swoje sidła i że jest niezawodnie bardzo nieszczęśliwy... Odrzekła, że wszystko a wszystko polega na fatalnym nieporozumieniu! Cordiani podpatrzył jej i moją tajemnicę przez wywiercony w suficie otwór i groził, że wszystko opowie doktorowi, jeżeli ona, Bettina, nie przestanie rankami chodzić do mnie, natomiast jemu pozwoli przychodzić do niej. Opowieść była długa... Tak też i owej okropnej nocy, kiedy obiecała do mnie przyjść i nie przyszła, musiała pod groźbą jawnego szantażu wpuścić Cordianiego do swego gabinetu. Wciąż spodziewała się, że Cordiani lada chwila ją opuści i że będzie mogła choć po północy przyjść do mnie, ale Cordiani wciąż rozpowiadał i rozpowiadał o tym, że ucieknie z nią do Ferrary, do swego wuja, który wyjedna od jego rodziców zgodzenie się na ich związek.
- Na myśl, co ty tam u siebie, biedaku, robisz i jak cierpisz - ciągnęła dalej Bettina - krwawiło mi się serce. Ale nic nie mam sobie do wyrzucenia!... I wierz mi, nic takiego nie zaszło, co by mnie mogło uczynić niegodną twego szacunku. O, jeślibym zdecydowała się pozwolić Cordianiemu na to, o co może mężczyzna błagać kobietę tylko w imię płomiennej miłości byłabym się go z łatwością pozbyła w godzinę, może szybciej jeszcze; ale - dodała, zalewając się łzami - rychlej bym wybrała śmierć niż sposób taki! Czyliż mogłam przypuszczać, że ty tam marzniesz na wietrze i w śnieżną zamieć? Oboje byliśmy pożałowania godni, lecz ja bardziej niż ty. Przeznaczenie widać chciało, abym postradała zmysły. Teraz jeszcze w głowie mi się chwilami mąci i mam wrażenie, że znowu konwulsji dostanę. Mówią, że jestem opętana przez diabła; może tak jest, może nie jest... Nie wiem! Wiem tylko, że jestem najnieszczęśliwszą pod słońcem istotą.
Przestała mówić, dając folgę westchnieniom i szlochaniom. Byłem głęboko wzruszony, aczkolwiek czułem, że to, co mi opowiada, jest niewątpliwie prawdopodobne, nie będąc jednak w wystarczającej mierze wiarogodne. Forse era ver, ma non pero credibile - jak powiada poeta. Gdy oschły nieco jej łzy, zatopiła swoje oczy w mych oczach, szukając w nich potwierdzenia odniesionego zwycięstwa. Stropiłem ją, dotknąwszy nagle pewnego punktu, pominiętego przez nią, zdawało mi się, rozmyślnie, a przezornie. Spytałem ją, co mam myśleć o oczywistym udawaniu przez nią jakiegoś straszliwego cierpienia, urągającego, comme de raison, wszelkim egzorcyzmom i zjawiającego się na zawołanie.
Popatrzyła na mnie jakby szklanymi oczyma, po chwili zaczęła znowu płakać, nic nie mówiąc. Od czasu tylko do czasu wyrywały się jej wyrazy przerywane chlipaniem: "O ja nieszczęśliwa! O ja nieszczęśliwa!" Sytuacja stawała się niewyraźna. Spytałem się tedy, co mogę dla niej uczynić. Odparła smutnie, że gdy serce mi nic nie dyktuje, to ona nie poczuwa się do żadnych wskazówek.
- Przyjdzie czas - dorzuciła - że gorzko będziesz żałował, iż moje cierpienia poczytujesz za fikcję lub udanie, cierpienia, któreś ty sam na mnie sprowadził.
Po tych słowach chciała odejść. Zatrzymałem ją, aby jej oświadczyć, iż może odzyskać moje uczucie, powstrzymując się przez cały miesiąc od "demonicznych" kontorsji i od zabiegów egzorcystycznych pięknego patra Mancii.
- To ode mnie nie zależy - rzekła. - Ale skądże ten przytyk do piękności ojca Mancii? Czyżbyś przypuszczał...
- Strzeż Boże, nie bawię się w żadne przypuszczenia! I nie jestem zazdrosny, o nie! Przyznaj jednak sama, że nie czyni ci zaszczytu okoliczność, iż dziwnie jakoś skuteczniejsze okazały się egzorcyzmy pięknego dominikanina niż szpetnego jak sto diabłów kapucyna. Zresztą, jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz.
Na tym urwała się nasza rozmowa. Bettina wyszła i w kwadrans potem dom był już pełen ludzi.
Po kolacji służąca oznajmiła mi, że Bettina dostała silnej gorączki, że kazała przenieść swoje łóżko do kuchni, gdzie sypia matka, i że leży tam cała w ogniach. Gorączka mogła być oczywiście najautentyczniejsza; nie bardzom jednak w nią wierzył. Byłem przekonany, iż Bettina nigdy nie odzyska zdrowia, gdyż w takim razie miałbym prawo absolutnie nie wierzyć w jej rzekomo całkiem niewinną sielankę z Cordianim. Że przeniosła się do matki i kazała swoje łóżko przystawić do jej łóżka, poczytywałem również za jakiś manewr strategiczny. Lecz nazajutrz gorączka wzmogła się, Bettina zaczęła istotnie majaczyć, a na czwarty dzień zdeklarowała się - ospa. Cordianiego i obu Feltrinich, którzy ospy nie przechodzili, przeniesiono natychmiast do innego domu; jam został, gdyż ospa już mi nie groziła. Nieszczęsne dziewczę chorowało tak silnie, że dosłownie wszystkie jej ciało pokryte było krostami. Leżała z zamkniętymi oczyma, a z gardłem tak ściśniętym, że przełykać mogła z trudem tylko parę kropli rozpuszczonego miodu. Przyspieszony oddech był jedyną oznaką życia. Matka prawie nie odchodziła od jej łóżka, a na mnie, siedzącego opodal za stołem i spokojnie piszącego, patrzono jak na bohatera. Biedne stworzenie bardziej podobne było do monstrum niż do ludzkiej istoty; cała głowa Bettiny była jakby spuchnięta; nosa prawie nie było widać, a obawiano się, że wzrok całkiem postrada - o ile, dodawano, da się utrzymać ją przy życiu. Nie do zniesienia była ostra bezwoń jej pocenia się, com jednak heroicznie usiłował znosić. Dziewiątego dnia ksiądz dał jej absolucję in articulo mortis i olejami namaścił, nie omieszkawszy powiedzieć, że poleca ją miłosierdziu Bożemu. Stan jej pogarszał się z dnia na dzień. Przezwyciężając mężnie odrazę i znosząc okropne powietrze napełniające pokój, gdy wszyscy ją odstąpili, nie opuściłem jej ja. O nieobliczalności serca ludzkiego! Czy da kto wiarę? Właśnie podczas najstraszliwszego stadium tej odstraszającej choroby zbudziło się we mnie dla Bettiny to przedziwne tkliwe uczucie, które po jej wyzdrowieniu miało jeszcze mocniej opanować całe moje jestestwo.
Gdy trzynastego dnia choroby gorączka ustała, jęło rekonwalescentkę trapić nieopisane świerzbienie po całym ciele. Żadna, zda się, siła ludzka nie mogła powstrzymać niepohamowanej potrzeby ulżenia sobie w tej męce. Uczyniły to może słowa, którem Bettinie nieustannie powtarzał: "Bettino! Niebawem wrócisz zupełnie do zdrowia. Pamiętaj jednak, że jeśli będziesz się skrobać, zbrzydniesz na zawsze tak, iż nikt cię kochać nie będzie!"
Niechże jaki lekarz znajdzie doskonalszy środek przeciw skrobaniu się młodej niewiasty, co wie, że z przyrodzenia jest piękna, oraz to, że jeśli się poskrobie, to piękność swą utraci!
Nareszcie... nareszcie... zaczęła Bettina przychodzić oczywiście i szybciej do zdrowia. Powieki podniosły się znad przepięknych jej oczu. Przeniesiono ją z kuchni do sypialni... Musiała jednak leżeć w łóżku aż do samej Wielkiejnocy. Upływający czas tudzież moja niewyczerpana troskliwość rozwinęły i w niej uczucie dla mnie pełne tkliwości. Odpłacała mi szczerze i bez żadnych już "incydentów", najstateczniejszą miłością za miłość najstateczniejszą - a pomimo to nie pokusiłem się ani razu uszczknąć ów kwiat, który Przeznaczenie, sekundowane przez odwieczny przesąd, rezerwuje dla sakramentu małżeństwa.
Pożal się Boże, co też to i było za małżeństwo! Bettina poślubiła we dwa lata potem pewnego szewca nazwiskiem Pigozzo, szołdrę pierwszej klasy, który ją unieszczęśliwił i w dodatku pogrążył w nędzy, że aż brat zmuszony był zabrać ją do siebie i utrzymywać. W lat piętnaście potem, gdy doktor Gozzi został dziekanem, Bettina mieszkała przy nim w San Giorgio di Nogaro. Przybywszy tam do doktora w odwiedziny, lat temu osiemnaście, ujrzałem Bettinę postarzałą, chorą i umierającą. Na moim też ręku oddała Bogu ducha w dwadzieścia cztery godziny po moim przybyciu. Było to w roku tysiąc siedemset siedemdziesiątym szóstym.