1. Ojcowie narracji
(Ernest Hemingway, William Faulkner)
W latach czterdziestych i pięćdziesiątych dwudziestego wieku Stany Zjednoczone szybko odbudowują wyczerpaną i nastawioną na wojnę gospodarkę i wchodzą w okres widocznego i nieznanego wcześniej dobrobytu. Stają się globalną potęgą militarną, odnoszą sukcesy w dziedzinie technologii, nauki i sztuki. Wkrótce będą liderem podboju kosmosu, powszechnie dostępnych mediów i globalnej komunikacji elektronicznej. Na zewnątrz są krajem atrakcyjnym społecznie i kulturowo, oferującym, mimo istniejących do lat sześćdziesiątych barier rasowych i kontrowersyjnych decyzji politycznych, jak maccartyzm czy wojna wietnamska, system stabilnych, demokratycznych i prostych relacji międzyludzkich, wygodnego stylu życia i powszechnej, nieklasowej dostępności do dóbr, a także łatwej kultury masowej. Zmęczony drugą wojną świat chce teraz podpatrywać triumfującą Amerykę, naśladować ją, porównywać z nią własny rozwój lub ją kontestować. Podgląda i naśladuje też jej literaturę. Szuka klarownych, wpisujących się w historyczne i romantyczne tradycje obrazów Ameryki silnej i zwartej, podbudowanej spójnymi narodowymi mitami i kulturową przejrzystością. Tymczasem pisarze, przynajmniej ci najodważniejsi, oferują mu często coś zupełnie odwrotnego - skostniałą moralność i wygodnicki konformizm, rasowe i społeczne kontrasty, kontestacje i ucieczki. Paradoksalnie, takie obnażanie i łajanie kraju umocni status prozy amerykańskiej, da jej trwającą kilkadziesiąt lat światową popularność, która kwestionowana zacznie być dopiero w pierwszych latach dwudziestego pierwszego wieku, kiedy to umrą jej główni architekci: Mailer, Bellow, Salinger, Vonnegut, Updike i Roth.
Wróćmy na chwilę do pierwszych lat po drugiej wojnie. Wśród najbardziej znanych, którzy sławę i uznanie zdobywają wcześniej, w latach dwudziestych i trzydziestych, są Sinclair Lewis (1885-1951), odkrywca prowincjonalnej mentalności Środkowego Zachodu, John Dos Passos (1896-1970), eksperymentator pragnący zmieścić w powieściach całą Amerykę, wyczulony na biedę i krzywdę społeczną John Steinbeck (1902-1968) i pejzażysta ubogiego wiejskiego Południa Erskine Caldwell (1903-1987). Wszyscy proponują obrazy Ameryki wymagającej korekt moralnych, społecznych, ekonomicznych, także estetycznych. Są też ci bardziej śmiali, Ernest Hemingway i William Faulkner, którzy chcą przebudowy całego instrumentarium amerykańskiego pisarza. Stają się kierunkowskazami dla twórców szukających nowych zasad literackiej wrażliwości. Hemingwaya fascynuje człowiek (głównie mężczyzna) osadzony w chaosie i rywalizacji, Faulknera - prawda o ludziach w czasach minionych, wplecionych w wydarzenia i mity już osiadłe. Hemingwaya pociąga język prosty, niedopowiedziany, ironiczny, Faulkner celebruje jego obfitość, wieloznaczność, treści podświadome. Do dziś proza amerykańska oscyluje między takimi odmiennymi postawami, a Hemingway i Faulkner pozostają w niej jak wzorce miar. Definiując np. prozę McCarthy'ego w To nie jest kraj dla starych ludzi, czołowa recenzentka "New York Timesa" Michiko Kakutani lokuje ją pomiędzy "czystą prozą hemingwayowską i pseudofaulknerowską górnolotnością", co może dodatkowo sugerować, że łatwiej jest sięgać po "czystego" Hemingwaya niż skomplikowanego Faulknera. Pisząc o twórczości Tima O'Briena, ta sama krytyczka dostrzega w jego prozie nakładanie się "ostrych, pozbawionych sentymentów rytmów Hemingwaya z opisami bardziej lirycznymi". Właśnie między wizjami, jak i stylistykami Hemingwaya i Faulknera rozwija się unikalna literacka formuła współczesnej prozy amerykańskiej. Nie tylko męskiej. Jej podszyta absurdem i dowolnością nonszalancja idzie w kierunku albo prostego, ironicznego i muskularnego opisu życia, albo przenikliwej i nostalgicznej miłości do sensu, całości i korzeni. Czasami łączy obie możliwości lub modyfikuje się nasilającymi się od lat sześćdziesiątych wpływami postmodernizmu.
Spójrzmy na twórców tej nowej powojennej poetyki. W latach czterdziestych i pięćdziesiątych najjaśniej świeci, w znacznym stopniu światłem odbitym od własnej osobowości, Ernest Hemingway (1899-1961), pisarz już przed drugą wojną postrzegany jako jeden z najbardziej rozpoznawalnych na świecie. Choć od 1940 roku przez dziesięć lat nic nie wydaje i mieszka na Kubie, media pilnie śledzą jego życie, choroby, wypadki i rozwody. A on zapewnia, że pisze, pisze... Świat wierzy, bo jego wcześniejsze powieści, m.in. Pożegnanie z bronią, Komu bije dzwon czy Zielone wzgórza Afryki, są gwarancją kolejnych dokonań. Pozostanie, także po śmierci w roku 1961, symbolem nie tylko sukcesów literackich (Pulitzer, Nobel), ale też odwagi i wytrwałości, twardzielem, którego można "zniszczyć, ale nie pokonać". Jak Santiago z powieści Stary człowiek i morze, znużony trudami życia kubański rybak, który choć przegrywa z morzem, z wręcz antycznym uporem wygrywa z własną słabością. Umieszczane na obwolutach książek zdjęcia pisarza umacniają wpisaną w nie legendę: przystojna, szorstka twarz, masywna sylwetka, męskie konteksty; stoi przy złowionym marlinie lub klęczy przy upolowanym lwie, rozmawia z żołnierzami hiszpańskiej wojny domowej, pokazuje swój nagi tors, boksuje.
Młodego Hemingwaya kształtowały przygody wśród dzikiej przyrody Michigan, bunt wobec wygodnego mieszczańskiego życia i europejska wojna (pierwsza światowa) z całą jej bezsensownością i okrucieństwem. Mając dziewiętnaście lat, pojechał jako sanitariusz amerykańskiego Czerwonego Krzyża na front włoski. Swoje doświadczenia sfabularyzował w wydanej dużo później powieści Pożegnanie z bronią (A Farewell to Arms, 1929), w której szukający sensu życia, niedoświadczony, zbuntowany wobec religii, patriotyzmu i wszystkiego, co wzniosłe, amerykański ochotnik Frederic Henry dochodzi do wniosku, że istotą każdej wojny jest niszczycielski chaos, a wiara w bohaterstwo i poświęcenie przestała mieć sens. Zniechęcenie i cynizm stają w szranki z miłością i rozsądkiem, gdy Frederic, zakochawszy się w Catherine, angielskiej pielęgniarce, próbuje wyrwać się z piekła wojny, zawrzeć z nią "odrębny pokój". Udaje im się uciec do bezpiecznej Szwajcarii, ale tam Catherine umiera wraz z dzieckiem w czasie porodu.
We wczesnych latach dwudziestych Hemingway pojawia się w Paryżu, gdzie poznaje grono młodych, ambitnych twórców: Jamesa Joyce'a, Ezrę Pounda, Scotta Fitzgeralda i Gertrude Stein. Tu spędza najszczęśliwszy okres swojego życia, tu osadza swoją pierwszą, szybko napisaną, zwartą, niekonwencjonalną powieść Słońce też wschodzi (The Sun also Rises, 1926), utwór dla wielu młodych Amerykanów tamtej doby wręcz kultowy, swoisty literacki manifest "straconego pokolenia", jak nazwie amerykańskich ekspatriantów w powojennej Francji, za pewnym mechanikiem warsztatu samochodowego (według cytującego ją Hemingwaya), Gertrude Stein (choć sama twierdziła, że był to właściciel hotelu). Bohater-narrator, Jake Barnes, jak jego koledzy, jest gwałtownie odarty z wiary w sens życia. Poharatany przez pocisk, nie może współżyć z pociągającą go Lady Brett Ashley, która odwzajemnia jego uczucia i sygnalizuje cierpiętnicze gesty, ale trafia w ramiona innych mężczyzn. Jake nie skarży się i nie filozofuje, w powojennym chaosie szuka prawd najprostszych: "Może jeżeli ktoś się dowie, jak trzeba żyć na świecie, wywnioskuje z tego, o co w ogóle chodzi" (przeł. Bronisław Zieliński).
Wojna fascynowała Hemingwaya. Ironicznie przypatrywał się bitewnej i partyzanckiej śmierci, rejestrował jej wszechobecność i przypadkowość, pokazywał, jak przetwarza ją ludzka wyobraźnia. Opisywał ją, używając prostych, oszczędnych słów i niegłębokich refleksji. W Zielonych wzgórzach Afryki przyznał, że w wojennych zmaganiach widział "jeden z ważniejszych tematów i na pewno jeden z najtrudniejszych do rzetelnego opisania, [...] coś zupełnie niezastąpionego" (przeł. Bronisław Zieliński). Choć wcześnie dostrzegał globalną groźbę faszyzmu i przekonywał, m.in. w Komu bije dzwon (For Whom the Bell Tolls, 1940), że wojna "w dobrej sprawie" godna jest ran i ofiary z życia, nie idealizował jej i nie szukał w niej sensu. Właściwie unikał obrazów walki, skupiał się na jej konsekwencjach, na obrażeniach, szpitalnych kuracjach, rozmowach z żołnierzami, którzy chcą wyrwać się z pól śmierci, wrócić do domu, młodości, przygody, bezpieczeństwa. Ale u Hemingwaya wojna nie szanuje romantyków. Bohater, Amerykanin Robert Jordan, zakochany w prostej, tragicznie skrzywdzonej przez wojnę dziewczynie, umiera, wspierając oddziały sabotujące faszystowskie siły Franco.
W latach trzydziestych, oprócz angażowania się w wojnę domową w Hiszpanii, której poświęca kilka innych utworów i liczne reportaże, Hemingway w roku 1933 odwiedza Afrykę. Przywozi z niej myśliwskie trofea i materiał na Zielone wzgórza Afryki (Green Hills of Africa, 1935), a także znakomite opowiadania. Zielone wzgórza Afryki, jak sam na początku zaznacza - "absolutnie prawdziwa książka", to wygłaszane przy ognisku i alkoholu, przeplatane myśliwskimi wspominkami refleksje z podróży, ukazujące, dosadniej niż dawniej, pragnienie pisania o sobie z mieszaniną chełpliwości i niepewności, zazdrości i pokory, zarówno w tropieniu zwierzyny, jak i dążeniu do literackich triumfów. To także wyraz podziwu dla realistów takich jak Stephen Crane, Henry James, a nade wszystko Twain, i pogardy dla romantyków, Emersona czy Hawthorne'a, którzy, czytamy, posługiwali się słowami nieużywanymi przez ludzi, a zamiast ciała "mieli umysły [...] grzeczne, suche, czyste umysły". Jest też w Zielonych wzgórzach Afryki krytyka Ameryki, za którą Hemingway nie tęskni, bo jej dobry czas już minął, a "myśmy zrobili z niej diabelne paskudztwo" (przeł. Bronisław Zieliński).
Powraca motyw mężczyzny zranionego, niespełnionego, ale uparcie szukającego prostych życiowych rozwiązań i jasnych odpowiedzi. Mężczyźni w opowiadaniach "Śniegi Kilimandżaro" ("The Snows of Kilimanjaro", 1936) i "Krótkie szczęśliwe życie Franciszka Macombera" ("The Short Happy Life of Francis Macomber", 1936), zanim umrą, bronią własnego wizerunku, męskości, głoszonych ideałów. Dochodzą obawy własne Hemingwaya o niszczycielską moc pieniędzy i kobiet, utratę męskich ambicji, atrofię artystycznej potencji, a także "firmowy" wątek pisarza - opanowanie w obliczu śmierci.
W latach czterdziestych i pięćdziesiątych Hemingway jest już powszechnie rozpoznawany jako twórca posiadający osobliwie męską optykę i własny, siermiężny, charakterystycznie niedopowiedziany język. W jego prozie coś jednak się zmienia. Na zewnątrz człowiek legenda, wzór pisarskiej dyscypliny i pewności siebie, coraz intensywniej przeżywa duchowe konflikty i utratę wiary w to, co robi. Gdy wraca do tematu wojny - w powieści Za rzekę w cień drzew (Across the River and into the Trees, 1950) - pisze o niej inaczej. Wydaje się parodiować samego siebie i ośmieszać własną legendę. Pułkownik Richard Cantwell, który po wojnie odwiedza Włochy, by odnaleźć miejsce, w którym został poważnie ranny, tylko na pierwszy rzut oka przypomina wcześniejszych gruboskórnych zawadiaków Hemingwaya. Widzi brzydotę przemocy, dostrzega wrażliwość i piękno miłości do kobiety, sens posiadania i analizowania pamięci.
Twórca Cantwella również przeżywa rozterki. W kolejnych, długo i z mozołem pisanych teraz powieściach i opowiadaniach, których nie chce publikować, z trudem szuka stylu adekwatnego do skomplikowanej powojennej rzeczywistości, a dawne doświadczenia postrzega jako nieprzydatne. Wydawane przez dziesięciolecia po jego śmierci (np. opowiadanie "Pursuit as Happiness" magazyn "The New Yorker" ogłosił drukiem po raz pierwszy dopiero w czerwcu 2020 roku), podważać będą jego konsekwentnie budowaną legendę i kwestionować skrótowe hasła o potrzebie odwagi czy prawdy, a także wzniecać spekulacje dotyczące skrywanych biograficznych tajemnic.
Zadziwi długo chowana, wydana w roku 1986, powieść Rajski ogród (The Garden of Eden), w której podobny do Hemingwaya narrator odkrywa, że jego młoda żona w czasie podróży poślubnej kocha się z inną kobietą, a potem z zazdrości pali rękopis jego opowiadania. Skonsternowany, chowa się w świecie wspomnień i stworzonej przez siebie, wyidealizowanej krainie pisania. Życie postrzega jako groźny splot knowań, namiętności i dręczącej egzystencjalnej pustki. Przyznaje, "jak bardzo jest rozdarty, jak oderwany od rzeczywistości", "cały zatopiony w nierzeczywistości, w jaką przemieniła się ich rzeczywistość" (przeł. Mira Michałowska).
Dawne hemingwayowskie pozy rozpadają się też w innych niewydanych za życia powieściach. W Wyspach na Golfsztromie (Islands in the Stream, 1970) żyjący na Kubie malarz, kolejny zawoalowany autoportret pisarza, starzejąc się, z trudem zachowuje stoicki dystans do świata. W wydanej w 1999 roku To co prawdziwe o świcie (True at First Light) Bwana lub Papa, czyli sam Hemingway, nie śpi po nocach, cierpi na senne koszmary, walczy z widmem nowych nieokreślonych niebezpieczeństw, nagłej śmierci.
Nie mając jeszcze sześćdziesięciu lat, Hemingway był już człowiekiem schorowanym, tracącym wiarę w to, co robił. W ciągu ostatnich lat życia uległ dwóm wypadkom samolotowym, miał pękniętą czaszkę, uszkodzoną nerkę, wątrobę i śledzionę oraz poparzenia pierwszego stopnia. Leczył się z powodu raka skóry, dyzenterii, zapalenia nerek i wątroby, nadciśnienia i kilku innych dolegliwości. Pojawiły się też cukrzyca, szybko postępująca utrata pamięci i głęboka depresja.
Ale o tym wszystkim w latach pięćdziesiątych wiedziało niewielu, a w mit o legendarnym komentatorze wojny i męskiej przygody wierzyły miliony. Sceptyków, którzy sądzili, że nie napisze już nic ciekawego, Hemingway zaskoczył krótką, scenograficznie atrakcyjną i moralnie klarowną powieścią Stary człowiek i morze (The Old Man and the Sea, 1952), która brzmi jak eksplikacja, dla niektórych przerafinowana i uproszczona, przekonań starzejącego się autora. "Człowiek nie jest stworzony do klęski", mówi Santiago, widząc, jak rekin rozrywa z takim trudem zdobytą rybę (przeł. Bronisław Zieliński)1. Utwór otrzymał Nagrodę Pulitzera, a potem, w roku 1954, był podstawą Nagrody Nobla. Do Sztokholmu Hemingway jednak, z powodów zdrowotnych, nie poleciał. Na początku roku 1961 nie był w stanie napisać jednego zdania, jakie wcześniej przyrzekł dodać do księgi upamiętniającej inaugurację prezydentury Johna Kennedy'ego. Kilka miesięcy później zastrzelił się, wkładając w usta lufę swojej ulubionej strzelby. James M. Hutchisson, autor nowej (2016) biografii Hemingwaya, w znacznym stopniu odzierającej pisarza z towarzyszącej mu mitycznej aureoli, podkreśli, "jak trudne było dla niego bycie Ernestem Hemingwayem". A Woody Allen, w filmie O północy w Paryżu, pokaże, jak pyszne i trudne ego pisarza już w młodości zderzało się z jego pragnieniem prostoty i przejrzystości.
Jednak Hemingway pozostał ważny dla Ameryki. Odnowił język prozy dla swojego i kolejnych pokoleń, zmienił jego rytmy i akcenty. Wprowadził powieść w tryb prostoty bliski psyche Amerykanów, tryb, z którego nie mogą i nie chcą się wyzwolić. Potrafił być, wyobraźnią i słowem, blisko ludzi i ich problemów, i konkretnych miejsc. Dał prozie umiejętność tworzenia bliskości bez rozwlekłego opisywania świata, obserwowania bez wyjaśniania. Powiedzenie, że ktoś pisze "prostą hemingwayowską prozą", funkcjonuje ciągle jak ponadczasowy komplement. Oczywiście nie chodzi o kopiowanie stylu Hemingwaya. Zmieniający się, jakże szybko pod wpływem postmodernizmu, język literatury wydobywa nowe odcienie prostoty, wymusza jeszcze większą skrótowość i sugestywność, tworzy odważne asocjacje i zmiany planów. Ferowane od czasu do czasu brutalnie brzmiące sądy, że Hemingway nie był wielkim pisarzem, nie mają sensu, jak nie mają sensu próby definiowania literackiej wielkości, szczególnie w czasach zamętu i nadmiaru. Lepiej zastanowić się np., jak pisarz ten reagowałby na narracje naszych czasów, czy zmieniałby dla nich swoje przekonania i styl, czy wyznawałby sugerowaną, ale skrywaną pod koniec życia "genderową płynność". Lub jak należy oceniać dziś, gdy Ameryka tak nerwowo rewaluuje pomniki swojej kultury i historii, przypisywany mu maczyzm, przejawy antysemityzmu i rasizmu, alkoholizm i to, że zabił tyle lwów i słoni. Na niektóre z tych pytań próbują odpowiedzieć Ken Burns i Lynn Novick, twórcy przedstawionego w kwietniu 2021 serialu Hemingway.
Wpływ tego najpopularniejszego amerykańskiego prozaika dwudziestego stulecia na literaturę, nie tylko amerykańską, był olbrzymi. To, że umieszczał fabuły swoich książek w różnych, często egzotycznych częściach świata, nie wchodził głęboko w niuanse historyczne, społeczne i obyczajowe Ameryki (jak jego znani rówieśnicy: Faulkner, Steinbeck czy Dos Passos), był w zasadzie apolityczny i skupiał się na zwykłych ludziach szukających jasnych, egzystencjalnych prawd, których niedomówiony sens osadzony był w romantyce (zazwyczaj męskiej) przygody, czyniło go pisarzem globalnie atrakcyjnym i komunikatywnym. Z fanatycznym wręcz uporem łączył takie kryteria z pozornie prostą tajemnicą dobrego pisarstwa, które, jak wyjaśniał w Śmierci po południu (Death in the Afternoon, 1932), powinno być jak góra lodowa, której "dostojeństwo wynika z tego, że tylko jedna ósma jego część jest ponad wodą". Pozostawiając czytelnikowi dostrzeganie tego, co pod wodą, genialnie akcentował... i uciekał od tego, co najtrudniejsze.
Gdy na spotkaniu ze studentami William Faulkner (1897-1962) wyraził kiedyś (podchwyconą przez prasę) opinię, że twórcy Komu bije dzwon brak było pisarskiej odwagi w używaniu słów, szczególnie trudniejszych, takich, "które trzeba by sprawdzić w słowniku", Hemingway poczuł się dotknięty. Faulkner musiał przeprosić, wyjaśniając, że nie chodziło mu o odwagę życiową. Myślał o jego upartym opieraniu się na krótkich oznajmujących zdaniach, niezmiennym punkcie widzenia, linearnym ujmowaniu czasu. Sam był duchowym i estetycznym przeciwieństwem Hemingwaya. Podziwiany w Europie, szczególnie we Francji, w Stanach długo postrzegany był jako przerafinowany dziwak i samotnik.
Początkowo, jak Hemingway, pisał o wojnie. Choć wstąpił do lotnictwa, nie zdążył wziąć w niej udziału. Pilotem uczynił jednak pułkownika Donalda Mahona, protagonistę debiutanckiej powieści Żołnierska zapłata (Soldier's Pay, 1926), który wróciwszy z europejskiej wojny, oszpecony ranami i prawie pozbawiony wzroku, "najwyraźniej na coś czeka [...] na coś, co wyniósł z przeszłości", spotyka się jednak z odrazą i emocjonalną pustką rodzinnego miasteczka (przeł. Zofia Kierszys). Wojna zmienia też i psychicznie wypacza innego pilota, Bayarda Sartorisa, młodego mężczyznę wywodzącego się ze znanego i zamożnego rodu w powieści Sartoris (Sartoris, 1929). Nie może on zapomnieć, że w czasie podniebnej walki nie udało mu się uratować brata, który wyskoczył z palącego się aeroplanu. Pragnie władzy, męskiej chwały, nieistniejącej już rycerskości, chce uciec od świata, którego nie pojmuje. Tęskni nie tyle za "rozgrzeszeniem, ile za zrozumieniem, za jakąś ręką, wszystko jedno czyją, która swoim dotknięciem wyzwoliłaby go z tego czarnego chaosu" (przeł. Kalina Wojciechowska). Jego udrękę oglądamy na tle rozpadających się mitów jego rodziny i zmieniających się realiów społecznych. Sam Faulkner prawdopodobnie nie przypuszczał, że temat powrotów z wojen będzie tak często, z konieczności, przerabiany i szlifowany przez następne pokolenia amerykańskich pisarzy. Że przyszli świadkowie interwencji zbrojnych USA, jak Tim O'Brien, autor klasycznych już opowieści o powrotach z Wietnamu, zmagać się będą z tą samą nieopisywalnością wojennej grozy i traumą powrotów.
Choć, jak Hemingway, Faulkner dostrzega atrakcyjność pisania o europejskich doświadczeniach, nie umieszcza ich na pierwszym planie. Wrośnięty w dzieje i legendy Południa (jego pradziadek był bohaterem wojny secesyjnej i popularnym pisarzem), wykorzystuje je w swoich powieściach i opowiadaniach. Skupia się na złamanej psychice południowców i ich nieuleczalnej, często niszczycielskiej romantyce. Rejestruje, piętrząc lub kontrastując, serie głosów, metafor i wewnętrznych monologów, "nurza się", jak powiedział pewien krytyk, "w baroku" gęstego historycznie i kulturowo klimatu Południa, jego leniwej, naelektryzowanej zmysłowości: "Negry i muły. Popołudnie na ulicy jak kobieta przed chwilą kochana. Cicha i ciepła, po odejściu kochanka będąca już niczym", to tylko jedno, jakże wymowne zdanie z Żołnierskiej zapłaty (przeł. Zofia Kierszys). Akcję utworów co rusz umieszcza w Jefferson, w hrabstwie Yoknapatawpha, ufikcyjnionym Oxford w stanie Missisipi, w którym mieszkał od wczesnej młodości. Zasiedla ją ludźmi prostymi i potomkami arystokratycznych rodów i plantatorów, weteranami wojny secesyjnej, byłymi czarnymi niewolnikami i Indianami. Tworzy mozaikę jednych z najciekawszych i często najbardziej złożonych postaci literatury amerykańskiej. Przypomina, że amerykańskie Południe ma własną zawikłaną duszę, a jej mitologię można próbować uchwycić jedynie przy pomocy wyrafinowanego, przepełnionego przymiotnikami języka i przenikliwej, malarskiej wyobraźni.
Wydana w tym samym roku co Sartoris powieść Wściekłość i wrzask (The Sound and the Fury, 1929) jest modernistycznym wyzwaniem, dziełem skomplikowanym formalnie, wirtuozerskim w swej wymagającej, rekonstruującej, porządkującej uwagę czytelnika stylistyce. Zawiera studium społeczności zanurzonej w obsesjach, skrępowanej przez przeszłość, uwikłanej w grzechy nie do naprawienia. Pierwszym z czterech narratorów jest bezmyślnie bełkoczący, upośledzony umysłowo Benjy, dorosłe już dziecko ważnej kiedyś, ale degenerującej się rodziny Compsonów. Jego brat Quentin opętany jest przez strach przed czasem i kazirodczy pociąg do siostry Caddy, "upadłej", wyrzuconej z domu. Kolejny brat, cyniczny i chciwy Jason, przywłaszcza sobie pieniądze, jakie Caddy przysyła swojej córce. Ścinki takich luźno tylko powiązanych opowieści podporządkowane są jedynie jakiejś ulotnej logice subiektywności bohaterów i mistrzowsko wykorzystanemu, zapożyczonemu od Jamesa Joyce'a "strumieniowi świadomości".
Mamy więc, jak u Hemingwaya, radykalne odnowienie formy i treści. Język wyraźnie wyrażający ducha modernizmu, sprzeciwiający się tradycjom narracji realistycznej, sugerujący raczej niż oznajmiający, introspekcyjny, zmieniający punkty widzenia, podporządkowany poszarpanej akcji i pogardzie dla chronologii. I mamy rozbudowaną, uwiarygodnioną mapami i genealogiami, rejestrowaną przez pokolenia mitologię amerykańskiego Południa, a dokładniej północnego Missisipi, efektownie podpatrzone i przycięte pejzaże świadomości mieszkańców Yoknapatawphy, ich indywidualnych i zbiorowych nawyków i potrzeb. Wszystko w powieściach obszernych, bogatych obyczajowo, skomplikowanych psychologicznie. W Kiedy umieram (As I Lay Dying, 1930) kilkanaście osób, każda oddzielnie, wyjaśnia wydarzenia związane z kilkudniowym pogrzebem starej kobiety, której zwłoki rodzina, zgodnie z jej życzeniem, odprowadza na ciągniętym przez muły wozie do odległego Jefferson. Żałobny kondukt doświadcza koszmarnych niepowodzeń. Powodziowa fala prawie porywa trumnę, jeden z synów podpala stodołę, inny łamie nogę, którą chciwy ojciec usztywnia cementem, sępy krążą nad rozkładającym się ciałem. Obserwujemy przejmujący, groteskowy rytuał, w którym przeszłość wtóruje teraźniejszości, obowiązek egoizmowi, poświęcenie chciwości, życie śmierci. Pogrzeb Addie Bundren to podróż-rytuał, w którym religia i tradycja ujawniają się raz jako obyczajowe stereotypy, kiedy indziej jako złogi uprzedzeń, egoizmu i głupoty.
Podróż jest też tłem powieści Światłość w sierpniu (Light in August, 1932). Prosta wiejska kobieta boso przemierza Południe, szukając ojca swego jeszcze nieurodzonego dziecka. Jednocześnie inna napiętnowana postać, Joe Christmas, wyrusza w drogę, która zakończy się jego linczem. Wie, że "całe życie ludzkie wokół niego stało się znów ciemną, gorącą, pierwotną kobietą" (przeł. Maciej Słomczyński). Postrzępione motywy rasowe i religijne, pożądanie i zbrodnia podbudowują odmienne wspomnienia i oceny trzech różnych narratorów.
Są jeszcze większe, bardziej monumentalne dzieła, historyczne panoramy i galerie postaci, jakich nie tworzył Hemingway. Powieść Absalomie, Absalomie... (Absalom, Absalom!, 1936) odtwarza, ustami kilku zarówno przyjaznych, jak i wrogich mu mniej lub bardziej wiarygodnych narratorów, historię życia Thomasa Sutpena, biedaka, który pragnął stać się właścicielem wielkiej plantacji, głową sławnego rodu. Pycha, uprzedzenia, niszczące obsesje, a także tragiczny splot wydarzeń niweczą jego plany, czynią z Sutpena postać tragiczną, napiętnowaną, tajemniczą i wieloznaczną. Mamy do czynienia z obszerną, pełną symboli i historycznych faktów, wręcz detektywistyczną inwigilacją pisaną przez Południowca, trawestacją amerykańskiego marzenia, mutacją Wielkiego Gatsby'ego.
Faulkner robi to, czego programowo unikał Hemingway: zagęszcza i komplikuje nie tylko fakturę tekstu, ale też treści, skupia się na ambiwalentnych i nietypowych zachowaniach postaci, a także na ich własnych niejasnych wypowiedziach i wywodach, które wkłada w długie, znaczeniowo spiętrzone zdania. Jednocześnie eksperymentuje z czasem i obrazem historycznym i ich wpływem na świadomość. Sugeruje, że odzwierciedla w ten sposób złożoność i wieloznaczność ludzkich poczynań oraz, jak powiedział w mowie noblowskiej, "problemy ludzkiego serca w konflikcie z samym sobą". Dostrzega głównie ciemniejsze strony życia, obsesje, przemoc, zło. Fabuły umieszcza w różnych momentach historii, od wczesnego osadnictwa na Południu do czasów mu współczesnych, ale niechętnie wyjaśnia, co się kiedy dzieje lub kto jest kim. Odrzuca surowość, prostotę i towarzyszącą im ironię, do minimum ogranicza odautorskie wyjaśnienia, skupia się na tym, jak postaci same siebie określają albo jak widzą je inni. W ten sposób podkreśla ich tajemniczość i nietypowość. Gdy Hemingway, jak większość pisarzy amerykańskich, chce poznawać przede wszystkim otaczającą go teraźniejszość, Faulkner spogląda wstecz, czuje silny zmysłowy związek z przeszłością i jej nieuniknionym i podstępnym wpływem na teraźniejszość.
Taka fascynacja przeszłością, odbudowywanie jej indywidualnych i zbiorowych doświadczeń w kontekstach historii, kształtować będzie wyobraźnię przyszłych pokoleń. Sięgać będą po nią Afroamerykanie - Ernest Gaines, Alex Haley, Gayle Jones i oczywiście Toni Morrison, która przyznała, że czytała Faulknera w poszukiwaniu "przeszłości kraju, jakiej nie znajdowała w historii". Odbudowywanie mitów przeszłości poprzez odtwarzanie dwuznacznych postaci i przemglonych zdarzeń, zagęszczanych opisów i zindywidualizowanego języka bliskie będzie E.L. Doctorowowi, Cormacowi McCarthy'emu, Donowi DeLillo czy ostatnio George'owi Saundersowi. Także nam. Jan Lechoń dostrzegł w faulknerowskich ewokacjach przeszłości nuty polskiej wrażliwości, "jakże znaną nam atmosferę, którą nazwać by można poezją rzeczy straconych", a w bohaterach wojny secesyjnej bliskie nam "bratnie" postaci tych, którzy "umierali za owe stracone sprawy lub do śmierci dochowywali im wierności".
Choć trudno to sobie dziś wyobrazić, za życia Faulkner, według Vargasa Llosy "najbardziej przekonujący twórca prozy naszych czasów", był często krytykowany, a powieści, za które dostał Nagrodę Nobla (w roku 1949), przez lata nie były wznawiane jako zbyt eksperymentalne i nietypowe. Choć dziś pisarz ten obecny jest na listach akademickich lektur i na księgarskich półkach, przeciętny Amerykanin podchodzi do niego z podejrzeniem, że ma do czynienia z autorem, którego raczej wypada przeczytać, niż który się dobrze czyta. Zakłada, że w odróżnieniu od Hemingwaya nie jest on łatwy w odbiorze.
1 W Polsce lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku proza Hemingwaya trafia do czytelników dzięki tłumaczeniom Bronisława Zielińskiego. Gdy politycznie niegroźna powieść Stary człowiek i morze ukazuje się w 1956 roku, jej tytuł jest dla nas dwuznacznie zabawny. W pochodzącym z tego okresu dowcipie zachwyt Ameryką nakłada się na fantazje seksualne - ona do niego: "poczytaj Hemingwaya, w Ameryce nawet stary człowiek może".