Od ekonomicznej teorii do politycznej praktyki - Grzegorz W. Kołodko


Reflow text when sidebars are open.
Coraz więcej wskazuje na to, że nie da się wyjść z wirażu, na którym znalazł się nasz świat, bez kryzysu i kolejnych rewolucji. Lepiej byłoby poprzez wszechstronnie zrównoważony - politycznie, kulturowo, społecznie, ekologicznie, gospodarczo, finansowo - rozwój i poprzez ewolucję, ale na to nas chyba już, a zarazem jeszcze, nie stać. Jaki kryzys - nie wiemy. Kiedy - też nie wiadomo, ale to już tylko kwestia czasu, sprzeczności jest bowiem coraz więcej. I nabierają one antagonistycznego charakteru. Wobec tego ich przezwyciężenie wymaga ruchów bez mała tektonicznych, zasadniczych zmian strukturalnych, przesunięć w systemach alternatywnych wartości i odmiennego niż obecny rozkładu sił i ról na globalnej scenie.
Ktoś powie, że w tych zdaniach nie ma nic odkrywczego. A jednak... Zostały sformułowane 12 lat temu w książce Wędrujący świat (s. 335-336). Jeśli ktoś przez nieuwagę jej nie przeczytał, to jeszcze może zdążyć. Znajdzie tam ostrzeżenie, że w obliczu nieporadności polityki wobec wyzwań współczesnego świata z czasem nadejdzie Jeszcze Większy Kryzys, JWK (s. 349). Określenie to zostało użyte, aby zaakcentować nieuniknioność kryzysu bardziej rozległego niż Wielki Kryzys z lat 1929-1933. "Nadejdzie Jeszcze Większy Kryzys, w którym na znaczące perturbacje gospodarcze nałożą się poważne zaburzenia demograficzne, ekologiczne i polityczne. Pytanie tylko kiedy, i jaka będzie jego dynamika". Te zdania też nie są nowe; pisałem tak 10 lat temu w książce Świat na wyciągnięcie myśli [Kołodko 2010a]. A trzy lata później, w pracy Dokąd zmierza świat, dawałem takie przestrogi: "Grozi nam jeszcze większy kataklizm niż ostatni kryzys i dalsze narastanie sprzeczności, a w ślad za tym zaostrzanie się konfliktów nie tylko ekonomicznych" (s. 10), oraz że "nie uda się uniknąć Jeszcze Większego Kryzysu, JWK, z towarzyszącymi mu rewoltami społecznymi" (s. 399).
Gdy dzisiaj zatem internauta pyta: "Panie profesorze, czy to już JWK - Jeszcze Większy Kryzys, o którym Pan pisał?", odpowiadam: "Tak. Rzeczy bowiem dzieją się tak, jak się dzieją, ponieważ wiele dzieje się naraz". Cóż zatem takiego się dzieje, co trzeba widzieć w długim czasie i rozległej przestrzeni, a nie tylko hic et nunc? W trylogii o świecie piszę o tuzinie Wielkich Spraw Przyszłości, WSP. Tu uwypuklę tylko połowę z nich, te najistotniejsze z obecnego punktu widzenia, bynajmniej nie lekceważąc pozostałych.
Nie zostały usunięte systemowe i strukturalne źródła poprzedniego globalnego kryzysu finansowego i gospodarczego. Górę wzięła zachłanność możnych tego świata i uległość elit politycznych wobec ich nacisków. Nie udało się do końca wyeliminować wpływów neoliberalizmu - ideologii z systemem marnych wartości oraz opartej na niej polityki i złej regulacji gospodarki - służącego wzbogacaniu nielicznych kosztem większości. W rezultacie globalizacja, skądinąd nieodwracalna, wciąż nie ma charakteru dostatecznie inkluzywnego, co jest warunkiem sine qua non zrównoważonego rozwoju [Harvey 2005; Tirole 2017]. Nie udało się zahamować procesów dewastacji naturalnego środowiska człowieka i ocieplania klimatu [Diamond 2019; Wallace-Wells 2019]. Ludzkość sama siebie wprowadza na drogę do termicznej zagłady, chociaż wcale nie musi w tym celu trafić do piekła; zgotuje je sobie tu, na Ziemi. Poza wyjątkami nie udało się stłumić eskalacji nierówności dochodowych i majątkowych oraz wprowadzić gospodarki i społeczeństwa na ścieżkę ich redukcji [Malinowski 2016; Milanovic 2016; Tomkiewicz 2017]. Bez tego nie ma szans na zachowanie spójności społecznej w dłuższej perspektywie czasowej. Pogłębia się nierównowaga demograficzna skutkująca z jednej strony niebywałym rozstrzeleniem współczynnika rozrodczości i, w ślad za tym, dysfunkcjonalną nadwyżką bądź deficytem rąk do pracy, z drugiej zaś masową migracją. Wielkie, liczące dziesiątki milionów osób fale uchodźców z miejsc, w których żyć spokojnie nie można, jak i imigrantów z regionów, gdzie żyć przyzwoicie się nie da - dopiero zaczną napływać do krajów bogatych. Narastają napięcia polityczne na tle niezdolności do koncyliacyjnego rozwiązywania piętrzących się ponadnarodowych problemów i braku mechanizmów sterowania współzależną gospodarką światową. Unoszą się upiory ksenofobii i szowinizmu, nowego nacjonalizmu i protekcjonizmu, czemu towarzyszy druga zimna wojna i wojna handlowa wypowiedziana przez Stany Zjednoczone nie tylko Chinom i Rosji, lecz także własnym sojusznikom [Klein, Pettis 2020].Zapytać ktoś może: jakie rewolucje?, jakie rewolty? Otóż ludzie wychodzą najpierw z siebie, a potem na ulice. Od Arabskiej Wiosny do Black Lives Matter, od Majdanu do Occupy London, od placu Taksim w Stambule do Wall Street w Nowym Jorku, od Delhi do Santiago, od żółtych kamizelek we Francji i koszulek z napisem KON-STY-TUC-JA w Polsce po "biały protest" na Białorusi. Będzie ich coraz więcej z wielu powodów. Jednym z nich będzie to, że w większości miejsc, w kontekście walki z zarazą, ludzie jeszcze bardziej zwrócą uwagę na to, jak duże są nierówności. Chociażby taki fakt, że w Chicago, gdzie Afroamerykanie stanowią 30 proc. mieszkańców, aż 70 proc. zgonów spowodowanych przez koronawirusa dotyczy tej grupy ludności, jest wart głębszej refleksji, prawda?
Po pandemii na ulice będzie wychodziło coraz więcej niezadowolonych. Nie będzie światowej rewolucji, ale narastać może chaos. Świat potrzebuje nowych idei i wielkich przywódców, globalnych mężów stanu, a nie demagogów krzyczących America First! czy Alternative für Deutschland! By świat uniknął dewastującej kulturę i gospodarkę anarchizacji, potrzebne są nowe idee i koncepcje rozwojowe, choćby takie, jak nowy pragmatyzm [Bałtowski 2017; Galbraith 2018].
Dożyliśmy kuriozalnego czasu, w którym szwedzka licealistka jest mądrzejsza i bardziej odpowiedzialna niż amerykański prezydent; w którym nadzieje na utrzymanie światowej gospodarki na ścieżce wzrostu pokładane są w Chinach i Indiach, a nie w USA i Japonii; w którym wielu polityków modli się o lepszą przyszłość, bo bez pomocy sił nadprzyrodzonych sami nie potrafią sterować jej tworzeniem; w którym przedsiębiorcy wolą oszczędzać niż inwestować; w którym jakże często głupota triumfuje nad mądrością, a agresja nad empatią. To wszystko nasza, ludzka zasługa.
Na dodatek nieszczęścia chodzą nie tylko parami, ale bywa, że gromadami. Oto do skrajnie niekorzystnego zbiegu wspomnianych megatrendów współczesnej cywilizacji i zglobalizowanej gospodarki dołączył dopust pandemii. Nikt nie wiedział, kiedy dokładnie nadejdzie i jak będzie wyglądała, ale przecież wiadomo było, że nadejdzie. To przecież nie jasnowidztwo - albo raczej czarnowidztwo - ale właśnie w Wędrującym świecie pisałem, że czeka nas "narastające zagrożenie masowymi chorobami i szybko przenoszonymi i rozprzestrzeniającymi się epidemiami (...)" (s. 111), że "skrajną naiwnością byłoby zakładać, że nie będzie kolejnych chorób na zabójczą miarę AIDS czy SARS. Zdarzyć się to musi prędzej czy później" (s. 116), dodając, że "Wielkie Chiny i kraje zamożniejsze radzą sobie z takimi konsekwencjami. W krajach biednych epidemie są dewastujące. Dla nich bywa to istne pandemonium. Tak więc choroby pogarszają jakość życia same z siebie na pniu, a pośrednio poprzez zmniejszanie potencjalnego PKB" (s. 167), oraz że "Zwłaszcza profilaktyka i prewencyjne poczynania wobec epidemiologicznego zagrożenia muszą we współczesnym świecie stawać się w coraz większym stopniu przedmiotem koordynacji polityki na skalę ogólnoświatową" (s. 168).
Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Nie czas ubolewać nad spadkiem produkcji, gdy jest on efektem walki o ludzkie życie. Miliony tych, którym wskutek radykalnych i kosztownych działań prewencyjnych i leczniczych ratuje się zdrowie i życie, to dużo większa wartość niż straty powodowane recesją, która pewnych gospodarek nie ominie, a bez wątpienia większa niż te biliony kapitału straconego na giełdach. Jego spekulacyjnego trzonu nie ma co żałować, jednakże spadku wartości funduszy emerytalnych oraz ekonomicznych konsekwencji pandemii nie można lekceważyć - ani po stronie podażowej i popytowej, ani w sferze ludzkiej psychiki i świadomości społecznej, co odczuwać będziemy nawet po upływie kolejnych dekad.
Z tymi krótkookresowymi skutkami sobie poradzimy, chociaż dramatycznych sytuacji w skali mikroekonomicznej jest mnóstwo, ale ich makroekonomiczne następstwa też są dotkliwe. Rządy słusznie zwiększają sięgające miliardów, a nawet bilionów dolarów wydatki publiczne sprzyjające podtrzymywaniu koniunktury gospodarczej oraz osłaniające grupy ludności i jednostki w szczególnej potrzebie. W zależności od realiów trzeba dodatkowo tą drogą sensownie wpompować olbrzymie kwoty, częstokroć sięgając do innowacyjnych instrumentów finansowych specjalnie tworzonych i uruchamianych na tę okazję.
Ważniejsze wszak są konsekwencje długookresowe. Niewątpliwie spowodowane pandemią perturbacje w sferze produkcji i konsumpcji odcisną piętno na działalności transnarodowych korporacji i na podejściu polityków gospodarczych do włączania, a raczej odłączania lokalnych projektów od zagranicznych łańcuchów produkcyjno-zaopatrzeniowych. Tym, czego należy się obawiać, jest narastanie fobii i irracjonalizmu, zaściankowości i nacjonalizmu, partykularyzmu i protekcjonizmu. Zagraża nam nie tylko to, czego nie widać - mikroskopijny koronawirus, któremu damy radę - lecz i to, co widać gołym okiem. Nienawiść...
Nienawiść rasowa, islamofobia, sinofobia, rusofobia, nienawiść "prawdziwych Polaków" do tych z odmiennych kultur, "prawdziwych Finów" do tych z imigracji, buddystów z Mjanmy do muzułmanów z grupy etnicznej Rohingja, szyitów z Iranu do sunnitów z Półwyspu Arabskiego, konserwatywnych Anglików do Europejczyków z Brukseli. Niechęć do obcych, do innych, tych nie stąd; tych z shithole countries i tych "gwałcicieli z Meksyku"; tych kolorowych i tych innowierców. Szkodzi nam wszystkim, bo takie są sprzężenia globalizacji, nienawiść Donalda Trumpa do bez mała wszystkiego, co zrobili jego demokratyczni poprzednicy, a zwłaszcza Barack Obama, z dobrymi następstwami dla pokojowej współpracy i inkluzywnej globalizacji - do zaangażowania w regionalne porozumienia o wolnym handlu, do porozumienia paryskiego w sprawie przeciwdziałania ocieplaniu klimatu, do umowy gospodarczej z Kanadą i Meksykiem, do porozumienia w sprawie programu nuklearnego Iranu, do układu z Rosją o kontroli systemu rakiet średniego zasięgu, do prerogatyw Światowej Organizacji Handlu (WTO), do multilateralizmu w globalnej grze ekonomicznej i politycznej.
To żałosne, gdy prezydent USA, odnosząc się do zarazy, mówi o "chińskim wirusie", ale żenujące jest i to, że chińskie MSZ sugeruje, że to amerykańskie służby wojskowe zaaplikowały go w Wuhanie, pierwszym ognisku epidemii. W Polsce, gdzie rozkwita nienawiść posolidarnościowych "elit" - między ładnie się nazywającą Platformą Obywatelską (PO), z jej prawicowo-neoliberalnym nurtem, a Prawem i Sprawiedliwością (PiS), z jego nurtem populistyczno-nacjonalistycznym - nie tak dawno słyszeliśmy, jak pomawiano uchodźców o roznoszenie zarazków. Akurat to nie oni zawinili, ale niektórzy najchętniej i tak zamknęliby granice dla tych spoza, dla tych innych winnych; nie przejściowo, ale na zawsze. Najlepiej jeszcze z murem albo drutem kolczastym pod napięciem.
Czasy ciężkie - a te obecnie nam dane ciężkie są wyjątkowo - powinny być również okresem głębszej refleksji intelektualnej i politycznej. Jeśli demokracja nie poradzi sobie z wyzwaniami, które niosą ze sobą wspomniane megatrendy, na które ze swymi długofalowymi konsekwencjami nakłada się pandemia, detonując kryzys, jakiego jeszcze nie było, to coraz częściej, a nie rzadziej, zdarzać się będzie uciekanie do autorytaryzmów. Wtedy być może mniej będzie recesyjnych wstrząsów, nie będzie wielkich wędrówek ludów, nie będzie nadmiernie przegrzanego klimatu, ale demokracji też nie będzie...
Liberalna demokracja znalazła się w poważnych opałach jeszcze przed pandemią i niektórzy wywodzą, że dla podtrzymania konkurencyjności wysoko rozwiniętych gospodarek dobrze byłoby ją nieco ukrócić [Jones 2020]. Stało się tak z powodu erozji demokracji kolaboratywnej i ekspansji w to miejsce tzw. demokracji adwersaryjnej [Mansbridge, Martin 2015; Reykowski 2020], która ostatnio kwitnie w krajach tak różnych, jak Stany Zjednoczone i Polska, Wielka Brytania i Korea Południowa, Kolumbia i Indonezja, gdzie społeczeństwa w wielu podstawowych kwestiach są często podzielone pół na pół. Teraz demokracja może jeszcze bardziej ucierpieć, dlatego że z jednej strony dają o sobie znać jej ułomności i limitowana zdolność do praktycznego rozwiązywania problemów, które przynosi życie społeczne w niezwykle szybko zmieniającym się świecie, z drugiej zaś strony, dlatego że wprowadzone w kilkudziesięciu państwach świata na czas walki z pandemią ograniczenia swobód obywatelskich mogą się utrzymywać nawet jeszcze wtedy, gdy wygasną przesłanki ich zaistnienia [Economist 2020a].
Jak zatem będzie wyglądał świat po pandemii? Najłatwiej nie zadawać sobie tego pytania, bo obecnie nie sposób satysfakcjonująco na nie odpowiedzieć. Skutki niebywałej od wieków zarazy, ich zakres, głębia i długotrwałość wynikających z niej nieuniknionych kryzysów gospodarczego, społecznego i politycznego są ex ante nie do oszacowania. To, co dziś wydawać się może wizjonerstwem, jutro okazać się może brakiem wyobraźni.
Najtrudniej dostrzec to, czego nie widać. Aby rozglądać się w miarę sensownie, potrzebna jest nam nie tylko wiedza, lecz także wyobraźnia. Nie ta oderwana od realiów życia, nie fantazjowanie czy uleganie iluzjom, ale wyobraźnia wynikająca z wiedzy, rodząca się wskutek krytycznej obserwacji faktów oraz wnikliwej interpretacji zachodzących zjawisk i procesów. A dzieje się dużo. Niestety, do innych nierównowag, które targają stosunkami społecznymi we wszystkich możliwych ich przekrojach, dochodzi jeszcze deficyt wyobraźni. Tym bardziej warto ją ćwiczyć, nie zapominając o pogłębianiu wiedzy.
Nie sposób zapanować nad chaosem wkradającym się do stosunków społeczno-gospodarczych, jeśli doraźna i krótkookresowa polityka gospodarcza nie jest osadzona w długofalowej strategii rozwoju społeczno-gospodarczego. W wojsku wiedzą o tym, że są działania operacyjne, taktyka oraz strategia i że muszą one być spójne i nawzajem się uzupełniać. W ekonomii nierzadko się o tym zapomina bądź wcale nie myśli. Przyczyniło się do tego szczególnie neoliberalne uleganie ułudzie omnipotencji rynku. Zaślepienie finansyzacją gospodarki i wąskie zapatrzenie w rynki finansowe kojarzyć się może z działaniami drwala z piłą w ręku w sytuacji, gdy potrzeba wszechstronnie myślącego leśnika. Mądra strategia musi nie tylko zawsze czerpać z dobrego rozpoznania sytuacji wyjściowej, lecz także posiłkować się wyobraźnią. Wtedy jest mniej niespodzianek.
Czy to nie jest zdumiewające, że w zasadzie żadna z doktryn ekonomicznych nie kwestionuje potrzeby utrzymywania kosztownych rezerw militarnych - ludzkich, sprzętowych, finansowych - i każda polityka gospodarcza zapewnia określone środki publiczne na te cele, chociaż utrzymywane przez nie moce wojenne w przytłaczającej większości przypadków nie są i nigdy nie będą użyte? Nie stać gospodarki na związane z tym ogromne marnotrawstwo, chociaż równowagę sił i bezpieczeństwo można utrzymywać za część ponoszonych faktycznie nakładów. Niestety, powszechna jest uległość wobec wpływowych lobby militarno-przemysłowych i ich polityczno-medialnego zaplecza. Chociaż to oczywiste, że nieszczęścia na skalę pandemii koronawirusa nikt nie mógł przewidzieć, to czyż nie jest zdumiewające, że nawet najbogatsze kraje świata nie zapewniają sobie rezerw - osobowych, sprzętowych, finansowych - na prawdopodobną przecież możliwość znaczącego pogorszenia się sytuacji zdrowotnej w społeczeństwie? Gdyby tylko w NATO - z jego ekspansywnym wymuszaniem na państwach członkowskich przeznaczania co najmniej 2 proc. PKB na wydatki wojskowe (oczywiście nazywane obronnymi) - przesunąć choćby 0,5 proc. na ochronę zdrowia (a jest to kwota bliska 100 mld dol.), to wszyscy (600 mln) mieszkańcy krajów członkowskich tego paktu byliby bardziej, a nie mniej bezpieczni i zdrowsi. Czy nie można zamiast bezużytecznych rezerw żołnierzy i zapasów broni utrzymywać racjonalnych rezerw personelu medycznego i lekarstw?
Troszcząc się wszakże najpierw o zabicie koronawirusa, zanim on nas pozabija, nie można ani na chwilę zapominać o ryzyku, jakie towarzyszy nam na innych polach. Czasami to ryzyko jest daleko stąd, ale w epoce globalizacji już prawie nic nie jest daleko, a na pewno już nie tak daleko, aby się tym nie przejmować. Kreśląc wizje popandemicznej przyszłości, trzeba brać pod uwagę szereg okoliczności z nią niezwiązanych, ale ważnych z innych powodów. Szczególnie interesujące w odniesieniu do przyszłości jest to, co nie jest oczywiste.
Niebagatelne implikacje może mieć np. wciąż niezakończony konflikt w Hongkongu. Gdy jego mieszkańcy uwierzą, że zarazy tam już nie ma, znowu nasilą się uliczne demonstracje ludzi w maskach chroniących nie płuca przed wirusami, lecz twarze przed wszędobylskimi rozpoznającymi je kamerami. Jeśli demonstracje będą się nasilać, mogą doprowadzić do stanu, którego Pekin nie będzie tolerować i zechce użyć siły w celu przywrócenia porządku. Następstwa tych działań dla stosunków międzynarodowych, zwłaszcza dla relacji Chiny - Zachód, byłyby fatalne. Politycznie motywowane sankcje ekonomiczne spowodowałyby w światowej gospodarce jeszcze większe perturbacje niż dotychczasowa wojna handlowa.
Jeśli Izrael - obojętne, z amerykańskim przyzwoleniem czy bez niego - zbombarduje irańskie instalacje nuklearne, na co ochotę mają nie od dziś jastrzębie z Tel Awiwu, to Iran odpowie zablokowaniem cieśniny Ormuz. Wtedy ropa naftowa będzie kosztowała nie 25 dol. za baryłkę, do której to niskiej ceny doprowadziły gospodarcze frykcje wywołane pandemią, ale być może 125 dol. I tak źle, i tak niedobrze, bo raz to dla kogoś za tanio, innym razem dla wielu zbyt drogo.
Jeżeli Turcja - nie radząc sobie z blisko 4 mln uchodźców, głównie z Syrii - szeroko otworzy dla migrantów granice z Unią Europejską, a oba reżimy w Libii - i ten w Trypolisie, i ten generała Haftara - nie będą powstrzymywać wzmagającej się fali uchodźców z Afryki Subsaharyjskiej, to w Europie nie da się utrzymać spokoju społecznego. Jeśli zaś, przeciwdziałając tej fali, użyto by siły, to pora będzie zaprzestać mówić o europejskich wartościach. Tym bardziej trzeba szukać pragmatycznego rozwiązania konfliktów na Bliskim Wschodzie i w północnej Afryce, a także pomóc jej, również finansowo, w rozwoju [Seck 2020], aby osłabiać rosnącą presję na ucieczkę z tego kontynentu.
Jeśli się nie zapanuje nad ponowną eskalacją napięć między Indiami a Pakistanem w sprawie Kaszmiru i dojdzie do destrukcyjnego użycia broni atomowej, którą oba kraje posiadają, zdestabilizowana zostanie cała światowa scena polityczna z silnymi, niekorzystnymi konsekwencjami dla gospodarek także daleko poza subkontynentem indyjskim.
Jeżeli będzie trwał niekontrolowany wyrąb lasów tropikalnych - od Borneo po Kongo, od Burundi do Ekwadoru, a prezydent Bolsonaro nie przeciwstawi się wypalaniu tysięcy hektarów Amazonii, to w rezultacie każdy kolejny rok będzie jeszcze bardziej gorący. Będzie to dodatkowo nasilać ocieplanie klimatu, co ani chybi odbije się negatywnie na politycznym klimacie z jego zwrotnym ujemnym wpływem na gospodarowanie.
Jeśli wykorzystując zamieszanie polityczne spowodowane kataklizmem pandemii, nacjonaliści na Tajwanie wezmą górę i jednostronnie ogłoszą niepodległość tego terytorium, z czym mogłaby sympatyzować administracja USA w czasach prezydentury Donalda Trumpa, to Chiny dokonają inwazji i siłą przyłączą tę wyspę do macierzy. Pomimo układu obronnego pomiędzy Tajwanem i Amerykanami nie sprowokuje to wojny Chin z USA, ale stosunki polityczne i ekonomiczne mogą się popsuć na znacznie większą skalę niż stosunki Zachód - Rosja po zaanektowaniu przez nią Krymu w 2014 r.
Prawie nigdy nie jest tak, że wszystkie dobre albo wszystkie złe okoliczności zbiegają się naraz. Jest tak, że nakłada się na siebie mnóstwo czynników, dlatego też niezbywalną cechą strategicznych analiz społeczno-gospodarczych powinna być ich kompleksowość [Arthur 2015]. Wykluczając więc koincydencję chociażby tylko tych regionalnych kryzysów, nie można abstrahować od ryzyka ich wybuchu. Więcej: skoro są wyobrażalne i możliwe, trzeba ich zaistnieniu zapobiec. Od tego właśnie jest polityka, która w każdym z tych przypadków, chociaż odnosi się do spraw regionalnych, musi być koordynowana w skali ponadnarodowej, wręcz globalnej, bo wywiera wpływ na to, co się dzieje w globalnej skali. Co więcej, aby polityka, która ze swej istoty jest zorientowana na oddziaływanie na przyszłe zjawiska i procesy, była mądra i skuteczna, także nauki społeczne, zwłaszcza ekonomia, na których ta polityka powinna się w możliwie jak największej mierze opierać, powinny odpowiadać z wyprzedzeniem na pytania, które przyszłość przyniesie. Zawsze jakąś część przyszłości można naukowo przewidzieć [Morris 2010; Randers 2012], zawsze też jakąś jej część można i trzeba twórczo kształtować.
Sytuacja jest zmienna jak rzadko kiedy. Przede wszystkim nie wiemy, jakie będą skutki pandemii dla ludzi. Zachorują tylko miliony czy dziesiątki milionów? Odejdą z ziemskiego padołu tylko setki tysięcy czy miliony? Nie wiemy, jak kształtować się będą stosunki międzyludzkie; będzie więcej czy mniej empatii, więcej czy mniej wzajemnego zaufania, tej podstawy kapitału społecznego [Sztompka 2007], mniej czy więcej tolerancji dla odmienności kulturowych? Jeśli chodzi o sprawy bardziej przyziemne - nie wiemy, jak mocno są już pozrywane łańcuchy zaopatrzeniowo-produkcyjne.
Nie wiemy, jak dalece i na jak długo zahamowane zostało świadczenie rozmaitych usług. Zamkniętych restauracji i pustych kin nie da się policzyć, policzono za to, że odwołane zostały 2 mln rejsów samolotów; 200 mln ludzi nie dotarło na czas tam, gdzie dotrzeć chcieli i powinni[1]. Bez pomocy państwa nie przetrwa żadna większa linia lotnicza.
Nie wiemy, jak duże, gdzie skierowane, w jakiej sekwencji czasowej realizowane oraz jak skuteczne z punktu widzenia podtrzymywania aktywności gospodarczej będą rekordowe w dziejach pakiety interwencyjne uruchamiane przez coraz więcej rządów i przez niektóre organizacje międzynarodowe. Skala ich determinacji też jest bezprecedensowa, a słynna fraza, że uczynione będzie Whatever it takes (wszystko, co trzeba), wypowiedziana latem 2012 r. przez Mario Draghiego, ówczesnego prezesa Europejskiego Banku Centralnego, odnośnie do wysiłków na rzecz ratowania euro, jest powtarzana w rozlicznych językach. W skali świata można szacować, że jedynie w 2020 r. - a na nim dramat się nie kończy - są to w sumie kwoty oscylujące w przedziale 12-15 bln dol.
Wiemy za to już, że będzie recesja. Nie wszędzie, ale z pewnością w największych wysoko rozwiniętych gospodarkach - w USA i Japonii, w Korei Południowej i Unii Europejskiej (w szczególności, co ważne ze względu na ich relatywną wagę, w Niemczech, we Francji, we Włoszech i w Hiszpanii), w Kanadzie i Australii. W Polsce też. Jest wciąż nadzieja, że recesja nie dotknie wszystkich krajów uboższych, bo szczęśliwie koronawirus dociera do nich - przynajmniej do niektórych, zwłaszcza w biednej Afryce - na mniejszą skalę. Są one jednak w warunkach globalizacji zintegrowane - poprzez handel i kooperację oraz transfery kapitału - z krajami bogatymi i teraz te ostatnie będą je ciągnąć w dół. Jeśli jednak zaraza i tam się rozpanoszy, to ich gospodarki ucierpią relatywnie mniej niż w rozwiniętych krajach bogatych, natomiast od strony humanitarnej byłby to straszliwy kataklizm ze względu na niedorozwój systemu ochrony zdrowia. Wystarczy wspomnieć, że w liczącym ponad 230 mln mieszkańców Pakistanie wydatki na zdrowie są na osobę 200-krotnie mniejsze niż w USA.
Rozmaite źródła - zarówno instytucjonalne, jak i indywidualne, i w poniedziałki, i w piątki, a niekiedy wręcz rano i wieczorem - podają zgoła inne wskaźniki dotyczące przewidywanych zmian poziomu produkcji i usług w warunkach szerzącej się pandemii. Ogromny rozziew opinii częstokroć nie wynika z wadliwości stosowanych metod prognozowania, gdyż bywają one ekonometrycznie niezwykle wyrafinowane, lecz jest skutkiem kroczenia po statystycznie chybotliwym gruncie. Model może być bardzo dobry, natomiast wprowadzone doń dane i założenia są wątpliwe i dezaktualizują się niekiedy szybciej, niż może się ukazać drukiem analityczny artykuł opisujący sytuację.
Międzynarodowy Fundusz Walutowy w opublikowanym w połowie kwietnia 2020 r. World Economic Outlook [IMF 2020; Gopinath 2020] przewidywał, że światowy produkt brutto obniży się w tym roku o ok. 3 proc., aby już w następnym roku zwiększyć się aż o 5,8 proc., co światowej gospodarce nie przydarzyło się od dawna. Tak wiosną prognozowali profesjonaliści z MFW, bo co nas czekało naprawdę, wciąż nikt przecież nie wiedział. Oba te wskaźniki były wątpliwe już w chwili ich ogłoszenia, aczkolwiek z pewnością opierały się na możliwie wszechstronnym - w istniejących warunkach - rozpoznaniu sytuacji. Mało kto bowiem dysponuje tak znakomitą bazą danych, a zarazem jednym z najlepszych na świecie zespołów analityków i prognostyków, jak MFW. Miałem okazję kiedyś przyglądać się ich pracy od wewnątrz.
Oczywiście bezpieczniej byłoby nie czynić żadnych prognoz, bo wtedy nie ryzykuje się błędu, który będzie wypominany ich autorom. Jednak od tak ważnych organizacji jak MFW oczekuje się tego typu informacji, gdyż są one niezbędne do - z jednej strony - biernego przygotowywania się na to, co nadejdzie, z drugiej zaś - co ważniejsze - do podejmowania decyzji i aktywnych działań. Problem w tym, że stąpamy po jakże grząskim gruncie, jakby po ruchomych piaskach, w które można się zapaść.
Czegoś takiego świat jeszcze nie widział, aby podczas zaledwie jednego kwartału przewidywania co do biegu gospodarczych spraw przez następnych siedem kwartałów stanęły na głowie. Kristalina Georgieva, dyrektor zarządzająca Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w przeddzień dorocznego wiosennego szczytu MFW i Banku Światowego powiedziała: "Zaledwie trzy miesiące temu spodziewaliśmy się w 2020 r. dodatniego wzrostu dochodu na mieszkańca w ponad 160 krajach członkowskich. Dzisiaj liczba ta została przewrócona: prognozujemy teraz, że w tym roku ponad 170 krajów doświadczy ujemnego wzrostu dochodu na mieszkańca" [BBC 2020a].
W wielu przypadkach ten zwrot jest szokujący! Chociażby w Wielkiej Brytanii do tego stopnia, że jakby zapomniano tam o brexicie, bo kraj przechodzi ogromny wstrząs w obliczu zapowiadanej aż 6,5-proc. recesji zamiast oczekiwanego jeszcze w styczniu 2020 r. wzrostu PKB o 1,4 proc. Dla Polski MFW w styczniu 2020 r. zakładał wzrost o 3,1 proc., teraz zmienił znak i ujął jeszcze 1,5 pkt proc., prognozując minus 4,6 proc. Gdyby rozłożyło się to idealnie równo na każdego z nas, dalibyśmy sobie z tym spokojnie radę, chociaż oznacza to w stosunku do oczekiwanego wcześniej dochodu na głowę ubytek o ponad 2,6 tys. dol., licząc bowiem według parytetu siły nabywczej, zamiast 34,9 tys. dol. wynieść ma on teraz 32,3 tys. dol. Niestety, ten ubytek rozkłada się bardzo nierównomiernie. Podczas gdy jedni nie tracą nic, a nieliczni nawet zyskują, inni tracą wiele, a niektórzy wszystko.
W prognozie MFW kilka kwestii skłania do głębszej refleksji. Przede wszystkim przekonanie, że podobnie jak podczas kryzysu z lat 2008-2009 rolę światowej poduszki nieco łagodzącej upadek - tym razem dużo silniejszy - odegrają dwa najludniejsze kraje świata, średnio już rozwinięte Chiny i nadal biedne Indie. Podtrzymuję swój wcześniejszy pogląd, że Chiny w 2020 r. mogą uciec przed spadkiem produkcji, chociaż stoi to pod wielkim znakiem zapytania. Nic dziwnego zatem, że gdy jedni już zapowiadają także tam recesję, to inni - również MFW - wciąż jeszcze przewidują wzrost[2].
Bardziej skomplikowana wydaje się sprawa z Indiami. Zamiast prognozowanego do niedawna wzrostu PKB o ponad 6 proc. MFW teraz przewiduje dla nich wzrost nawet nieco większy niż dla Chin - odpowiednio 1,9 i 1,2 proc. Mogą one przecież odnotować recesję, jeśli nie uda im się wyjść obronną ręką z chaosu spowodowanego wprowadzoną z zaskoczenia, bez żadnego przygotowania, totalną izolacją wielkiej masy ludności i w ślad za tym zamrożenia gospodarki na kilka tygodni. W tym biednym kraju[3] 100 mln ludzi to wieśniacy, zatrudniani dorywczo w miastach i gnieżdżący się tam w skrajnej biedzie w slumsach[4]. Blokada pociągnęła za sobą zaniechanie działalności przez mnóstwo firm i, wbrew intencjom, wypchnęła dziesiątki milionów ludzi na ulice i drogi, gdyż jedyny ratunek widzieli oni w dotarciu do swoich rodzimych wiosek, niekiedy odległych o setki kilometrów od miejsca dotychczasowego pobytu. Tak oto źle pomyślana i pomimo gromkich zapowiedzi nieegzekwowana blokada poruszania się ludności, zamiast ograniczać rozprzestrzenianie się koronawirusa, może wzmagać jego szerzenie się, czego gospodarcze konsekwencje mogą być opłakane.
Dlaczego jednak ma dojść do głębokiej recesji w państwach najwyżej rozwiniętych - od USA przez Europę Zachodnią po Japonię - a ominąć akurat te dwa kolosy? Chiny i Indie wytwarzają w sumie ok. 26 proc. światowego produktu brutto (licząc według parytetu siły nabywczej) i w blisko 40 proc. decydują o dynamice światowej produkcji. Otóż zasadnicze znaczenie mają tu czynniki demograficzne[5] i struktura dochodu narodowego. O ile w USA wskaźnik urbanizacji wynosi 82,7 proc., o tyle w Chinach 61,4 proc., a w Indiach zaledwie 34,9 proc. (w Polsce 60 proc.). W regionach pozamiejskich, zwłaszcza na wsi, inaczej się mieszka i żyje, inaczej wytwarza dobra i świadczy usługi. Tam zdecydowanie mniejszy odsetek mieszkańców dotknęła zaraza COVID-19, co też na mniejszą skalę niż w miastach obniżyło aktywność gospodarczą. To nie na wsi nie lądują samoloty i są pozamykane kina, to nie w rolnictwie spekuluje się na rynkach finansowych i gra na giełdach. To nie tam zamiera publiczny transport i zamykane są restauracje.
Tabela 1. Zmiany PKB w latach 2019-2021
Prognoza
2019
2020
2021
Włochy
0,3
-9,1
4,8
USA
2,3
-5,9
4,7
Strefa euro
1,2
-7,5
4,7
Japonia
0,7
-5,2
3,0
Wielka Brytania
1,4
-6,5
4,0
Chiny
6,1
1,2
9,2
Indie
4,2
1,9
7,4
Rosja
1,3
-5,5
3,5
ASEAN-5*
4,8
-0,6
7,8
Brazylia
1,1
-5,3
2,9
Meksyk
-0,1
-6,6
3,0
Nigeria
2,2
-3,4
2,4
RPA
0,3
-2,3
2,9
Źródło: [IMF 2020]. * Filipiny, Indonezja, Malezja, Tajlandia, Wietnam (w sumie blisko 600 mln ludzi)
Wszystko to wiąże się ze strukturą dochodu narodowego. W Chinach i Indiach w jego tworzeniu wciąż relatywnie dużą rolę odgrywa rolnictwo: odpowiednio 7,9 i 15,4 proc., podczas gdy w USA rola rolnictwa w gospodarce jest śladowa i wynosi zaledwie 0,9 proc. dochodu narodowego (w Polsce 2,4 proc.). A produkcja rolnicza nie spada tak mocno, jak dotknięta zarządzoną w miastach powszechną izolacją produkcja przemysłowa i świadczenie usług. Przy tym wszystkim - w jeszcze większym stopniu niż w przypadku Chin - gospodarka Indii opiera się na małych firmach i tradycyjnych, rozdrobnionych usługach, które tworzą aż 62 proc. PKB. I to one przesądzą, czy również Indiom uda się uniknąć recesji. Kto spacerował ulicami Kalkuty czy Bombaju, porównując ich ekonomiczne tętno z ulicami Nowego Jorku lub San Francisco, gołym okiem mógł dostrzec różnice, które ekonomiści określają jako strukturalne.
Ciekawe jest i to, że relatywnie większe uzależnienie od handlu zagranicznego nie powoduje większego tąpnięcia w produkcji. Udział eksportu w PKB Indii sięga aż ok. 20 proc., a w PKB Chin 11,5 proc., natomiast w dochodzie narodowym USA jest to tylko 8 proc. I to da się wyjaśnić, gdy wejrzy się w strukturę eksportu tych krajów. Otóż w przypadku USA jest ona oparta na produkcji o względnie większej wartości dodanej i spadek eksportu, chociaż ogólnie waży on mniej w PKB, pociąga jego poziom w dół bardziej niż w krajach wywożących towary mniej przetworzone i mniej nowoczesne. To ważne, gdyż przemawia za utrzymywaniem otwarcia gospodarek i szeroką wymianą handlową, a nie za jej ograniczaniem i protekcjonizmem.
Zastanawiające jest również to, jak szybkiego i istotnego, niekiedy wręcz radykalnego odbicia gospodarek od recesyjnego dna oczekuje MFW. Jego zdaniem już w 2021 r. światowa gospodarka miałaby z nawiązką odrobić straty z 2020 r. Gdyby prognoza MFW się ziściła, to globalny produkt brutto w 2021 r. wynosiłby już 102,6 proc. poziomu z 2019 r. Oby!
Dla nas - w Polsce, w Europie Środkowo-Wschodniej - jest to o tyle frapujące, że wskaźnika tak pomyślnego (jeśli to określenie nie drażni w omawianym kontekście) nie przewiduje się dla żadnego z krajów naszego regionu. Polsce do poziomu przed recesją brakowałoby jedynie 0,4 pkt proc., ale wciąż bylibyśmy pod kreską, podobnie jak większość państw naszej części świata. Jedynie Bułgaria, Węgry i Czechy wyglądałyby w 2021 r. nieco lepiej niż w roku 2019. Pamiętać wszak trzeba, że częstokroć dużo ważniejsze niż odtworzenie wcześniejszego poziomu produkcji jest odbudowanie równowagi ekonomicznej i wzmocnienie spójności społecznej. To będzie dużo trudniejsze.
Obawiać się można, że prognozy na 2021 r. są zbyt optymistyczne. To zastanawiające, że MFW czyni tak korzystne założenia co do tempa odbudowy łańcuchów zaopatrzeniowo-produkcyjnych, a zwłaszcza dynamiki usług. To one w jeszcze większym stopniu niż produkcja przemysłowa zadecydują o tym, jak będzie się zmieniał w 2021 r. PKB krajów G7 czy, szerzej, OECD. Oby nie spadał nadal, czego przecież dzisiaj też nie można wykluczyć...
Wykres 1. Prognoza PKB na 2021 r. (2019 = 100)
Źródło: [IMF 2020].
Gdyby ktoś z zewnątrz spojrzał na te zagregowane dane - spadek o tylko 3 proc. w pierwszym roku, potem wzrost aż o 5,8 proc. w następnym - to mógłby zapytać: skąd cały ten zgiełk? Ano nie stąd, że od 3-proc. ubytku zawali się świat, lecz od tego, że jest to wielkość uśredniona. Nie tylko z tak różnych wskaźników jak tutaj przytaczane - spadek o 9,1 proc. we Włoszech i wzrost o 1,9 proc. w Indiach - ale też z uwzględniania dramatycznych, kilkudziesięcioprocentowych załamań czy wręcz upadków niektórych branż, sektorów czy regionów. Świat się wprawdzie nie zawalił, ale dla niejednego gospodarstwa domowego czy przedsiębiorcy było dokładnie tak: ich świat się zawalił.
Krach spowodowany izolacją społeczną i zamrażaniem gospodarki, które wywołała pandemia koronawirusa, oddziałuje w niezwykle zróżnicowany sposób na jednostki, grupy społeczne, całe narody; odmiennie na firmy - od jednoosobowych do transnarodowych gigantów. W analizach i prognozach ekonomicznych z natury rzeczy posługujemy się średnimi. Rzecz w tym, że w przypadku obecnej zarazy, ze względu na rozrzut jej ekonomicznych następstw, te średnie nie pokazują dramatycznego stanu rzeczy, ale wręcz go zamazują i ukrywają. Jeśli zaiste światowa gospodarka, w ujęciu wartości jej rocznej produkcji, cofnie się w tym roku zaledwie o 3 proc., a za rok będzie znowu wytwarzać więcej niż rok temu, to bynajmniej jeszcze nie będzie lepiej, bo średnio więcej absolutnie nie oznacza lepiej. Niektórych strat nie da się odrobić wcale. Tym bardziej starać się trzeba rozsądną, nieortodoksyjną polityką ekonomiczną i autentyczną solidarnością społeczną najpierw minimalizować straty, rozkładając je na tyle sprawiedliwie, na ile to możliwe, aby rychło przejść na ścieżkę w miarę zrównoważonego rozwoju.
W warunkach skrajnej niepewności istnieje ogromne ryzyko mylenia medialnej paniki z ostrzegawczą prognozą, zimnokrwistej predykcji ekonometrycznej z powierzchownymi przewidywaniami, miękkich założeń z twardymi twierdzeniami. Dlatego często nawet informacje dostarczane przez profesjonalne i odpowiedzialne źródła muszą być przyjmowane z odpowiednią dozą sceptycyzmu. Niełatwo jest zaakceptować ostrzeżenie godnej zaufania organizacji pozarządowej Oxfam, która donosi, że "ekonomiczny upadek wywołany pandemią koronawirusa może dodatkowo zepchnąć w biedę pół miliarda ludzi". Oczywiście przy formułowaniu tej opinii poczynione jest zastrzeżenie: "chyba że zostaną podjęte pilne działania mające na celu ratowanie krajów rozwijających się" [Oxfam 2020]. Niestety, takie działania w wymaganym stopniu nie zostały podjęte. Cóż, trudno się dziwić. Skoro bogata północ Europy nie jest skłonna spieszyć ze stosowną pomocą swoim pobratymcom z południa kontynentu, gdzie koronawirus sieje największe spustoszenie[6], byłoby zaskakujące, gdyby możni tego świata z krajów wysoko rozwiniętych szerokim frontem, na kwoty sięgające bilionów dolarów, udzielali pomocy nieszczęśnikom z krajów biednych.
Nie powinno budzić wątpliwości, że zadłużenie najbiedniejszych państw świata musi zostać umorzone - w trybie pilnym i bezwarunkowym. Nie można ich zmuszać do obsługi długów wobec krajów rozwiniętych i banków zachodnich w sytuacji, gdy konieczne jest ratowanie zdrowia i życia oraz ochrona miejsc pracy, co wymaga skokowego wzrostu wydatków, a środków na te cele nie wystarcza nawet w dobrych czasach. W 2020 r. 69 najbiedniejszych krajów ma zapłacić rządom krajów bogatych i instytucjom wielostronnym 19,5 mld dol. i dodatkowo jeszcze 6 mld zagranicznym prywatnym pożyczkodawcom. Te 25 mld dol. należy skreślić i zapisać na straty, oczywiście na koszt podatników bogatych państw oraz akcjonariuszy ich banków. Co ważne, już wiosną 2020 r. Międzynarodowy Fundusz Walutowy udostępnił 50 mld dol. w ramach tzw. awaryjnego finansowania, a Bank Światowy zatwierdził 14-miliardowy pakiet działań pomocowych dla najbardziej wrażliwych gospodarek [BBC 2020c]. Środki te mają być przekazywane w formie miękkich kredytów oraz dotacji dla najbardziej potrzebujących krajów, z preferencjami dla opieki zdrowotnej.
Nie wiemy, jakimi koleinami potoczy się sytuacja w Afryce i Ameryce Łacińskiej z Karaibami, przy czym ich gospodarcza kondycja odciska nieco mniejsze piętno na losach świata, ponieważ wytwarzają odpowiednio zaledwie ok. 4 i 7,5 proc. produkcji globalnej[7].
Nie wiemy, czy światowa recesja wyniesie 2, 12 czy 20 proc., czy produkcja będzie spadać przez pół roku, a potem gospodarki odbiją i powróci wzrost, czy może spadki odnotowywane będą przez rok albo półtora. Recesja może nie trwać długo, ale długo może potrwać depresja, czyli przeciągający się okres produkcji na dokuczliwie obniżonym poziomie z towarzyszącym mu masowym bezrobociem. Precyzyjne określenie liczby bezrobotnych jest niemożliwe, także ze względu na niejednoznaczność definicyjną tej kategorii. Zgodnie z metodyką stosowaną przez Międzynarodową Organizację Pracy (MOP) przed pandemią, pod koniec 2019 r., na świecie było ponad 170 mln bezrobotnych, co stanowiło ok. 5 proc. globalnej siły roboczej. Innymi słowy, mamy 3,4 mld ludzi zdolnych i chętnych do pracy, ale niestety nie wszyscy mogą ją znaleźć. Nie wiemy, o ile dziesiątków milionów - bo w skali globu będą ich dziesiątki[8] - bezrobocie zwiększy się w związku z pandemią. Według oceny MOP z powodu pandemii koronawirusa w drugim kwartale 2020 r. może zostać utraconych na całym świecie 6,7 proc. godzin pracy[9]. Przerażające, ponieważ oznacza to tyle samo, co utratę 195 mln pełnoetatowych miejsc pracy [ILO 2020].
Nie wiemy, o ile wzrośnie dług publiczny wskutek dodatkowych wydatków państwowych oraz obniżonych wpływów podatkowych i quasi-podatkowych wywołanych spowolnieniem gospodarczym i jakie następstwa przyniesie to rynkom finansowym[10]. Zanim się one uspokoją - a tylko podczas pierwszych 25 dni marca 2020 r. Dow Jones, ten najbardziej znaczący w zglobalizowanej gospodarce wskaźnik notowań giełdowych, zanotował pięć największych dziennych spadków i pięć największych zwyżek w swojej 135-letniej historii - będą jeszcze nieraz miotać się w jedną albo w drugą stronę. To z kolei denerwować będzie inwestorów i spekulantów rynkowych, ale też - co gorsza - nakręcać oczekiwania podmiotów gospodarczych z oczywistym negatywnym wpływem na realną sferę gospodarki: zatrudnienie, produkcję, konsumpcję i inwestycje.
Decyzje ekonomiczne - od tych mikroekonomicznych, podejmowanych przez jednostki w gospodarstwach domowych i przedsiębiorstwach, do tych zbiorowych, zapadających na szczeblu gospodarki narodowej i w relacjach ponadnarodowych - powinny być racjonalne. Niestety, tak nie jest nawet w czasach w miarę normalnych i spokojnych - o czym wiemy dzięki ekonomii behawioralnej i psychologii - a cóż dopiero w obliczu takiego wstrząsu ekonomicznego, społecznego i politycznego, jaki powoduje niebywała pandemia COVID-19. Do stosunków gospodarczych wkradła się ogromna, niespotykana w pokojowych czasach doza nie tylko niepewności, ale wręcz nerwowości.
Trudno zachowywać się racjonalnie - racjonalny jest ten, kto działa na własną korzyść, zważywszy na dostępne informacje, te zaś są zmienne, wątpliwe, sprzeczne, niejasne; w sumie można się na nich zawieść nawet przy zachowaniu zasad formalnej logiki w procesie podejmowania decyzji. Decyzje podejmowane w skali makrospołecznej są wypadkową ścierania się emocji, politycznych gier i racjonalnych przesłanek. Te ostatnie w minionym okresie, po kryzysie z lat 2008-2009, odgrywały niestety coraz mniejszą rolę ze względu na załamanie się zaufania do rządzących i opiniotwórczych elit. W kręgach decydentów politycznych mało komu kalkuluje się być racjonalnym, gdyż to nie przysparza popularności politycznej ani głosów w wyborach [Koźmiński, Noga, Piotrowska, Zagórski 2020]. Być może szokowe otrzeźwienie spowodowane pandemią - jeśli rzeczywiście ma miejsce - przesunie nieco punkt ciężkości w trójkącie zachowań: emocje - gra polityczna - racjonalność, w stronę tejże racjonalności. To jest możliwe, wykluczyć tego nie można, ale wykluczyć również nie można czegoś wręcz przeciwnego - przejściowego wzrostu wpływów demagogii i szarlatanerii, które zawsze się pojawiają podczas przełomowych kryzysów.
Żyjemy w czasach tyle trudnych, co ciekawych. Stają się one tym bardziej ciekawe, że pomimo olbrzymiego i z biegiem czasu rosnącego potencjału intelektualnego świata nauki - teoretyków i badaczy, analityków i technokratów - oraz profesjonalnej wiedzy fachowców, pytań przybywa nam więcej, niż ubywa i niż jesteśmy na nie w stanie profesjonalnie odpowiedzieć. Dotyczy to także - a być może przede wszystkim - ekonomii sensu largo, od naszej wiedzy w zakresie zarządzania mikrofirmą rodzinną po wiedzę o globalnej koordynacji polityki, od zarządzania przedsiębiorstwem do polityki makroekonomicznej, od umiejętności odczytywania zmian opinii publicznej w sprawach gospodarczych do zdolności rozszyfrowywania czynników ją kształtujących.
Akcja wywołuje reakcję. Klęska neoliberalizmu - ideologii, systemu i polityki, które poprzez złą deregulację, manipulacje systemem fiskalnym i nieuczciwe praktyki służą wzbogacaniu nielicznych kosztem większości - sprowokowała ekspansję populizmu, dawania ludziom nie tego, co im potrzebne, ale tego, czego chcą, w oderwaniu od twardych realiów gospodarczych. Populizm wszak nie jest właściwą odpowiedzią na wyzwania cywilizacji XXI wieku, a swoista mieszanka neoliberalizmu z populizmem to prosta recepta na cywilizacyjną katastrofę. Nie walczy się złem ze złem, nie można pokonać jednej głupoty drugą. Wróg mojego wroga nie jest moim przyjacielem. Bywa jeszcze większym wrogiem, a gdy ma się ich aż dwóch naraz, nie jest łatwo. Tym bardziej trzeba się starać o spokój i pokój, o rozwój i postęp. Nie ma rady; musimy wiosłować pod górkę.
Ludzkość stoi w obliczu epokowych wyzwań, które wynikają z nakładania się demograficznych, społecznych, ekonomicznych, ekologicznych i politycznych megatrendów symptomatycznych dla współczesności. Rzeczy dzieją się tak, jak się dzieją, ponieważ wiele dzieje się naraz. Koincydencja tych tendencji zakłóca klarowność oczekiwań podmiotów gospodarczych - przedsiębiorstw, pracowników, gospodarstw domowych, rynku i państwa - co potęguje ich nieracjonalne zachowania. Racjonalny jest bowiem ten, kto działa na własną korzyść, zważywszy na informacje, a te są asymetryczne, z natury fragmentaryczne, celowo manipulowane, emocjonalnie zniekształcone. Ostatnio jakby coraz częściej trudno dopatrzeć się racjonalności tak w postępowaniu indywidualnym, jak i zbiorowym, tak w zachowaniach indywidualnych, jak i grupowych, zarówno w skali mikro-, jak i makroekonomicznej, zarówno w odniesieniu do poszczególnych państw, jak i całej ludzkości. Zrozumieć, czego i dlaczego naprawdę potrzebujemy i chcemy, oraz postępować rozumnie w obliczu niebywałego rozchwiania informacji to zaiste ogromna sztuka.
Znajdujemy się obecnie w zupełnie nowej fazie ewolucji cywilizacyjnej. Liczy się w niej nie tylko produkcja i klasyczna konsumpcja, o których poziomie przesądza wielkość wciąż maksymalizowanego w polityce gospodarczej produktu krajowego brutto, tego słynnego PKB. Liczą się także, a niekiedy nawet bardziej, niewychwytywane przez ten wskaźnik zjawiska związane z indywidualnymi i społecznymi procesami gospodarowania. To czas po-PKB-owskiej rzeczywistości, którą musi ogarnąć i wyjaśnić po-PKB-owska teoria szeroko, interdyscyplinarnie wręcz rozumianej ekonomii. Z kolei na tej teorii - wciąż poszukiwanej, ledwie zarysowanej, do której swój skromny wkład mają wnieść również rozważania prezentowane na kartach tej książki - musi się opierać światła, niemyląca środków z celami, po-PKB-owska polityka społeczno-gospodarcza oraz po-PKB-owska strategia długotrwałego rozwoju.
Kluczowy element zmiany paradygmatu ekonomii to odejście od dyktatu maksymalizacji zysku i ilościowego wzrostu produkcji jako celu gospodarowania oraz sformułowanie go na nowo, z uwzględnieniem imperatywu podporządkowania krótkookresowych interesów prywatnego kapitału długookresowym interesom publicznym. Bez zdecydowanej woli politycznej nie uda się tego osiągnąć, bowiem dla pozytywnej synergii prywatnych interesów ze społecznymi potrzebami kluczowa jest regulacja rynku. To wymaga określonej reinstytucjonalizacji gospodarki, czego w warunkach demokracji uczynić nie można bez twórczego zaangażowania elit współkształtujących system i uprawiających politykę. Jeśli te elity będą zajęte głównie troską o własne interesy, marna będzie przyszłość ludzkości.
Sprostanie epokowym wyzwaniom wymaga zmiany stylu życia, z czym musi być skorelowany odmienny niż dotychczas sposób funkcjonowania gospodarki. Ważną zasadą rządzącą gospodarką przyszłości powinno być umiarkowanie, czyli świadome dostosowywanie rozmiarów ludzkich, rzeczowych i finansowych strumieni zasobów do wymogu zachowania długookresowej harmonii.
Niestety, współczesna myśl ekonomiczna nie radzi sobie zadowalająco z kierowanymi wobec niej oczekiwaniami: ani nie wyjaśnia w sposób w pełni satysfakcjonujący zjawisk i procesów, ani nie proponuje skutecznych metod zaradzania piętrzącym się problemom, zwłaszcza na szczeblu makroekonomicznym, wobec gospodarki narodowej, oraz megaekonomicznym, w odniesieniu do gospodarki światowej w warunkach nieodwracalnej globalizacji.
Naprzeciw tym intelektualnym i politycznym wyzwaniom wychodzi nowy pragmatyzm - swoisty interfejs pomiędzy zarysem holistycznej teorii ekonomii a praktyczną polityką gospodarczą służącą inkluzywnemu wzrostowi i wszechstronnie zrównoważonemu rozwojowi. W szczególności wzbogaca on postulatywny nurt ekonomii bazujący na pragnieniu dobrej gospodarki podejmującej problemy współczesności. Nowy pragmatyzm to ekonomia uczciwa, poszukująca prawdy w sferze diagnozy oraz efektywności i sprawiedliwości w sferze aktywnego gospodarowania. Jest on adresowany zarówno do państw wysoko rozwiniętych, jak i do gospodarek emancypujących się, w tym do krajów posocjalistycznej transformacji.
W takim kontekście zredefiniowania wymaga cel gospodarowania. Od tego, jak się mierzy, zależy dokąd się zmierza. Ze względu na skłonność do wytrącania gospodarki ze stanu równowagi - co często prowadzi do rozległych kryzysów ekonomicznych, społecznych i politycznych - oraz z uwagi na obiektywnie występujące bariery ze strony środowiska naturalnego tym celem nie może być nadal maksymalizacja poziomu produkcji i tempa jej wzrostu. Cel gospodarowania w przyszłości to poprawa dobrobytu ludności. Do jego realizacji niezbędny jest kompleksowy, technokratyczny program wieloletniego zrównoważonego rozwoju społeczno-gospodarczego. Chodzi przy tym o dynamiczną równowagę w trzech przekrojach: nie tylko tradycyjnym ekonomicznym, a więc finansowym, handlowym, inwestycyjnym i budżetowym, lecz także społecznym, czyli w odniesieniu do spójności społecznej, oraz ekologicznym, czyli na styku działalności gospodarczej człowieka i społeczeństwa z naturą. Nie może to być zlepek różnych koncepcji budowany na negatywnym kompromisie wykluczających się postulatów rozmaitych grup interesów. Potrzebna jest aktywna polityka państwa, która potrafi wykorzystywać siłę rynku pro publico bono. W przeciwnym razie wpływowe grupy interesów eksploatują państwo na swoją korzyść.
W odróżnieniu od państwowego kapitalizmu, lewicowego i prawicowego populizmu, nowego nacjonalizmu i utopii kolektywnego kapitalizmu nowy pragmatyzm jako praktyczna teoria ekonomiczna stwarza szanse na sprostanie epokowym wyzwaniom. Ekonomia może być użyteczna. Ekonomia może być pożyteczna.
* * *
Poza oryginalnymi tekstami, specjalnie przygotowanymi do tego tomu, składają się nań artykuły i eseje publikowane w kilku periodykach naukowych - w "Ekonomiście", "Gospodarce Narodowej" i "Kwartalniku Nauk o Przedsiębiorstwie" - oraz na łamach dziennika "Rzeczpospolita". Artykuły akademickie były opublikowane również w prestiżowych periodykach zagranicznych, m. in. w języku angielskim w "Acta Oeconomica", "Communist and Post-Communist Studies", "Rivista di Politica Economica", "Polish Sociological Review" i "Post-Communist Economies", a także po rosyjsku ("Ekonomiczeskaja Teorija", "Voprosy Ekonomiki" i "Mir Pieremien"), chińsku, japońsku ("Comparative Economic Studies") i ukraińsku ("Ekonomika Ukrainy" i "Ekonomiczna Teoria"). Na końcu książki umieszczony jest wywiad, w którym redaktorom kwartalnika "Zdanie" odpowiadam na liczne pytania związane z najnowszą historią polskiej gospodarki i jej obecną kondycją, a także perspektywami gospodarki europejskiej i światowej. Dobór i układ tekstów sprawia, że czasami Czytelnik może mieć wrażenie, że jakaś myśl została powtórzona. To świadomy zabieg pozwalający czytać książkę zarówno jako całość, jak i poszczególne rozdziały osobno.
To książka o szansach, które trzeba wykorzystać, oraz zagrożeniach, którym należy stawiać czoło. Pragnę podzielić się z zainteresowanymi Czytelnikami przemyśleniami na temat tego, co i dlaczego dzieje się w gospodarce, a także na jej stykach ze społeczeństwem i polityką, środowiskiem naturalnym i bezpieczeństwem, w sferze kultury i technologii. Istotna część pracy poświęcona jest omówieniu przebiegu oraz rozległych skutków pandemii koronawirusa. Ten istny kataklizm stawia ogrom pytań nie tylko przed doraźną polityką gospodarczą, lecz również przed długookresową strategią rozwoju oraz przed samą ekonomią. Obszerne rozważania poświęcone są ewolucji chińskiej gospodarki oraz konsekwencjom jej globalnej ekspansji dla przyszłości świata. Próbuję na niektóre z nich odpowiedzieć, mam przeto nadzieję, że lektura tej książki zainspiruje do dalszych debat, jest bowiem o czym dyskutować. To, że wciąż więcej jest pytań niż odpowiedzi, jednych martwi, a innych cieszy. Nas tutaj przede wszystkim zastanawia.
Kto pyta, nie błądzi; kto czyta, ten wie więcej.
[1] Szacunek według stanu na koniec pierwszego kwartału 2020 r. W sumie linie lotnicze poniosły straty idące w setki miliardów dolarów. Niektóre z nich już nie podniosą się z zapaści i zbankrutują.
[2] Pod koniec pierwszego kwartału 2020 r. Bank Światowy prognozował, że w mniej rozwiniętym regionie Azji Wschodniej i Pacyfiku (poza Japonią, Koreą Południową, Australią, Nową Zelandią, Tajwanem, Singapurem i Hongkongiem) tempo wzrostu spadnie do 2,1 proc. z poziomu 5,8 proc. odnotowanego w 2019 r. W przypadku Chin prognoza zakładała wciąż jeszcze wzrost o 2,3 proc. w scenariuszu bazowym oraz o 0,1 proc. w scenariuszu pogorszenia się sytuacji. W rezultacie w 2020 r. w całym regionie Azji Wschodniej i Pacyfiku o prawie 24 mln więcej osób, niż przewidywano to przed pandemią, nie wydostanie się z ubóstwa, które jest definiowane jako dochód dzienny poniżej 5,50 dol. [BBC 2020b].
[3] PKB na mieszkańca Indii wynosi zaledwie ok. 2 tys. dol., co daje mniej więcej 7,2 tys. dol., licząc parytetem siły nabywczej. Średnia światowa przed pandemią oscylowała wokół 18 tys. dol.
[4] W Dharavi - najbardziej zatłoczonym slumsie Bombaju, a chyba też całych Indii - na niewielkim obszarze 2,5 km kw. żyje nie mniej niż 650 tys. osób.
[5] Chiny i Indie liczą odpowiednio ok. 1,4 i 1,33 mld mieszkańców.
[6] Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, w połowie kwietnia przepraszała za to, że we wcześniejszej walce z plagą COVID-19 nie okazano dostatecznej pomocy Włochom, gdy znalazły się w bardzo trudnej sytuacji. Z kolei prezydent Francji Emmanuel Macron stwierdził, że bogatsi członkowie UE ponoszą szczególną odpowiedzialność za radzenie sobie z kryzysem. Powiedział: "Jesteśmy w chwili prawdy, która ma zdecydować, czy Unia Europejska jest projektem politycznym, czy tylko projektem rynkowym. Myślę, że to projekt polityczny (...). Potrzebujemy transferów finansowych i solidarności, choćby tylko po to, by Europa mogła się utrzymać" [Financial Times 2020a].
[7] Afrykę zamieszkuje ok. 1,33 mld osób (tyle co Indie, przy czym populacja Afryki rośnie szybciej), a Amerykę Południową, Środkową i Karaiby w sumie ok. 650 mln.
[8] W drugiej połowie marca i pierwszej kwietnia 2020 r. ponad 20 mln Amerykanów złożyło wniosek o zasiłek dla bezrobotnych. To rekordowe pod tym względem tygodnie w historii Stanów Zjednoczonych. Bank Goldman Sachs przewidywał na koniec maja wzrost liczby osób rejestrujących się jako pozostające bez pracy do 37 mln. Dla porównania, w następstwie kryzysu finansowego w 2008 r. utracono tam w sumie 9 mln miejsc pracy.
[9] Średnia 6,7 proc. jest wypadkową 26,5 proc. w rolnictwie, 14,5 proc. w handlu detalicznym i 13,9 proc. w przemyśle przetwórczym na górnym końcu spektrum oraz 1,6 proc. w finansach, 4,1 proc. w zdrowiu i 4,6 proc. w zakwaterowaniu i żywności na jego dolnym końcu [ILO 2020].
[10] W pierwszym kwartale 2020 r. nowojorski Dow Jones Industrial Average i londyński FTSE 100 zostały dotknięte największymi spadkami od 1987 r., odpowiednio o 23 i 25 proc. Kwartalny indeks S&P 500 obniżył się o 20 proc., co stanowiło najgorszy wynik od 2008 r.