1
Lato na Barr?y, rok 1946, puch jest pod dachem, a jajka w beczkach, wysuszona ryba zdjęta ze stojaka, zważona i powiązana, ziemniaki posadzone, jagnięta brykają w ogrodach, a cielaki zostały oddzielone od matek. Trzeba ciąć torf i malować stary dom, żeby nie musiał się wstydzić przy tym nowym. Na wzgórzu za oborą stoi Ingrid Barr?y i patrzy na kołyszący się na falach pod chmurą rybitw kuter wielorybniczy Salthammer, który przejęli, gdy poprzedni właściciel zbankrutował, Barr?yczycy stali się zatem wielorybnikami.
Salthammer ma działo na dziobie i białą beczkę z brzuchem opasanym czarną wstęgą wysoko na maszcie, omasztowanie jak żaglowiec i ster na dachu sterówki, otoczony białym brezentem, ma osobną przynętownię i nowoczesną prowadnicę do lin; to olbrzymia łódź na wszystkie sezony i okazje. Ingrid słyszy postukiwanie młotkiem i widzi, jak Lars i Felix szykują się na pierwszy połów, malcy biegają tam i z powrotem po pokładzie, słyszy ich głosy, to wznoszące się, to opadające w morze, a na jej plecach śpi Kaja, owinięta chustą.
Właśnie się budzi. Ingrid ją wyplątuje i pozwala jej raczkować wśród krzewinek, dopóki małej się to nie znudzi, drga przestraszona na widok jej czarnych oczu, sadza ją sobie na ręce i schodzi do ogrodu, gdzie zaczęły się już zawiązywać jagody. Przysiada na pokrywie studni obok niedawno zakupionych wiader z farbą i pędzli; tyle trzeba zrobić na wyspie, która nigdy nie miała przed sobą jaśniejszej przyszłości ani więcej mieszkańców, ale już nie należy do Ingrid.
Ingrid idzie do kuchni, sadza Kaję na kolanach Barbro, potem schodzi na slip i płynie f?ringiem do Salthammera. Czeka, aż Lars wyjrzy zza relingu i spyta, czy przywiozła kawę.
Ingrid mówi, że przecież mają kawę na pokładzie.
Lars ze śmiechem odpowiada, że dogadali się z harpunnikiem i mają go odebrać w Tr?na za jakiś tydzień, wszystko zależy od pogody.
Ingrid opiera się na wiosłach i oznajmia, że jeszcze dziś wieczorem chce popłynąć z dzieckiem do Adolfa z Malvika.
Lars pyta, jaką ma sprawę do Adolfa.
Ingrid wzrusza ramionami, a Lars stwierdza, że jemu wszystko jedno, mają przecież dosyć łodzi.
To nieco zbyt śmiałe podsumowanie zasobów wyspy, więc Ingrid dodaje, że nie będzie jej przez jakiś czas.
Aha.
Do relingu podchodzą teraz również chłopcy, Hans i Martin, a za nimi patykowaty Fredrik, który w ciągu zimy wyrósł aż za bardzo. Zauważają Ingrid, tracą zainteresowanie i zaczynają marudzić, żeby Lars pozwolił im postrzelać z działa, mogliby poćwiczyć, celując do starych skrzynek na ryby.
Lars się śmieje i podnosi wyżej trzyletniego Oskara, żeby i on mógł popatrzeć na Ingrid, która do niego macha. Wtedy pojawia się też Felix z czyściwem w czarnych od smaru palcach, tak więc wszyscy mężczyźni z Barr?y, duzi i mali, stoją w rządku jak niczego nieświadomy komitet pożegnalny na pokładzie gospodarczej przyszłości Barr?y w chwili, gdy Ingrid Marie Barr?y chwyta za wiosła i płynie do wyspy z lekkim sercem, bo okazało się to o wiele prostsze, niż się spodziewała.
Idzie do domu, tam o swoim wyjeździe informuje także Barbro i Suzanne, wydusza to z siebie spokojnie i zwyczajnie. Ale tutaj, w świecie kobiet, ta wiadomość i tak zyskuje większą wagę, niż powinna. Barbro pyta, dokąd to Ingrid się wybiera i jak długo tam zabawi. Suzanne natomiast rozumie, co się dzieje, i stwierdza z pogardą, że Ingrid to szczęściara, skoro ma za kim tęsknić i kogo szukać, po czym pospiesznie wychodzi rozwiesić pranie na stojaku do suszenia ubrań.
Ingrid pakuje walizeczkę, towarzyszącą jej za każdym razem, gdy usiłuje opuścić wyspę. Schodzi na slip, owiniętą w płócienny worek Kaję układa na owczej skórze z tyłu f?ringa, a walizkę umieszcza w forpiku; żegna ją jedynie odmieniona Barbro, która wyczuwa powagę sytuacji, stoi na brzegu z rękami założonymi na piersi, ma błękitną jak niebo sukienkę, niedawno zakupioną z zimowych zysków, w wielkie białe kwiaty.
- Miałyśmy przecież pomalować chatę - mówi.
- Po prostu malujcie - odpowiada Ingrid.
Barbro porusza się niespokojnie i oświadcza, że bez Ingrid nie da się pomalować domu. Ingrid ze śmiechem mówi, żeby wobec tego zaczekali na jej powrót.
- Aha. A kiedy wrócisz? - pyta Barbro.
- Za kilka dni.
- Za kilka dni - powtarza Barbro i zostaje na brzegu, urażona tak głęboko, że kiedy Ingrid manewruje łodzią, okrążając Północny Cypel, ciotka nawet jej nie macha, aż w końcu jest na to za późno; słońce, niskie i białe, zawisa na północy, a morze pod nim rozciąga się jak szara betonowa posadzka.