Jeśli mam być szczera, o tym, że ludzie jedzą rybie oczy, dowiedziałam się dwa tygodnie temu. Kiedy zobaczyłam to po raz pierwszy, byłam przekonana, że matka straciła rozum po odejściu mojego ojca.
Stało się to kilka dni po wyprowadzce Appy. Umma była niepocieszona. Szlochała nocą i choć starała się to ukryć przed Ji-hyun i przede mną, było to oczywiste. Rano miała oczy zaczerwienione i opuchnięte, a skórę na czubku nosa podrażnioną. Poza tym słyszałyśmy wszystko, jej ciche łkanie i niepokojące jęki, które niosły się przez cienką ścianę do naszej sypialni, gdzie Ji-hyun i ja leżałyśmy we wspólnym łóżku. Spojrzałyśmy na siebie, rozbudzone.
To Ji-hyun odezwała się pierwsza. Głosem tak cichym, że ledwo ją słyszałam, wyszeptała:
- Powinnyśmy coś zrobić?
- Nie - wymamrotałam. - Nie chcę jej zawstydzać.
Szczerze mówiąc, bałam się. Ji-hyun chciała, żebym przejęła ster, żebym odegrała rolę starszej siostry. I może powinnam. Ale sama myśl o wejściu tam i ujrzeniu matki leżącej na poduszce sprawiała, że było mi niedobrze. Chciałam spać, zignorować wszystko, co się dzieje. Za każdym razem, gdy zamykałam oczy, odgłosy szlochania matki przybierały na sile i wypełniały całą przestrzeń, póki nie było miejsca nawet na oddech.
Ji-hyun szturchnęła mnie łokciem.
- Co? - zapytałam.
- Appa wróci, prawda? - szepnęła Ji-hyun. - Nie zostawiłby nas tak.
Wbiłam wzrok w kołdrę.
- Nie uważasz, że nie zrobiłby czegoś tak okropnego? - ciągnęła Ji-hyun.
Znałam wtedy prawdę - że nasz ojciec nie wróci. Ale nawet w ciemności widziałam wyraz twarzy siostry, zmarszczki na jej czole. Tak mnie to bolało, że ją okłamałam.
- Oczywiście, że wróci.
Obróciła się na bok, twarzą do mnie, i przygryzła dolną wargę.
- Skąd taka pewność?
- Po prostu.
Uspokojona Ji-hyun skuliła się obok mnie jak ugotowana krewetka, jej stopy zwisały z łóżka. Głaskałam jej jedwabiste ciemne włosy, póki nie zasnęła. Obserwowałam, jak jej pierś faluje. Wyglądała na tak spokojną i odprężoną, że prawie nie czułam się winna. Długo po tym, kiedy matka zamilkła, dalej nie spałam, wsłuchiwałam się w chrapanie Ji-hyun obok mnie. Dopiero wtedy okropieństwo sytuacji znowu zawitało w moim sercu.
-
Następnego wieczoru mama przygotowała ucztę. Zaskoczyło nas to, jako że tamtego ranka była przygnębiona i pogrążona w letargu. Wróciła z pracy wcześniej, przeszła nad Ji-hyun i stertami pracy domowej na podłodze, po czym spędziła całe popołudnie, gorączkowo gotując. Pot ściekał jej z czoła. Wytarła go i zawołała nas wysokim głosem:
- Obiad gotowy!
Mieszkanie było zamglone od dymu. Słyszałam, jak matka chodzi w tę i z powrotem od kuchni do części dziennej, ale i tak byłam zdziwiona, że nasz niewielki prostokątny stół jadalniany - każdy jego centymetr - był zastawiony jedzeniem. Pośrodku znajdował się duży kamienny garnek wypełniony duszonymi żeberkami wołowymi, ulubionym daniem ojca. Obok znajdowała się cała ryba, smażona na głębokim tłuszczu; na serwetce pod nią widać było krople oleju. Zobaczyłam też tofu marynowane w sosie sojowym i jajko na parze ze szczypiorkiem, które drżało po poruszeniu stolikiem. Był też szeroki wybór kolorowych, domowej roboty dodatków: blanszowany szpinak w kolorze głębokiej zieleni, w całości zanurzony w oleju sezamowym; przyprawione kiełki soi, których żółciutkie główki wystawały tu i tam, oraz jadalne czosnkowe pędy paproci ugotowane do brązowości. Umma zrobiła nawet świeże kimchi, chrupiącą białą kapustę oprószoną jasnoczerwonymi płatkami gochugaru. Nie było miejsca, by oprzeć się łokciami. Oczami wyobraźni widziałam, jak stolik ugina się pod ciężarem naszego obiadu.
To dużo jedzenia jak na naszą trójkę, ale kiedy zobaczyłam dodatkowe nakrycie w miejscu, które zazwyczaj zajmował ojciec, zrozumiałam. Ji-hyun i ja usiadłyśmy tam gdzie zawsze, otoczone talerzami i miskami, i zaczęłyśmy jeść. Matka przycupnęła jednak na krawędzi krzesła, a w wiotkiej dłoni trzymała łyżkę. Była skoncentrowana na drzwiach wejściowych, jakby Appa miał przez nie wparować lada chwila.
Ji-hyun uniosła brwi, spoglądając na mnie, i skinęła głową w stronę spiętego ciała Ummy. Odchrząknęłam.
- Spędziłaś tyle czasu, gotując to wszystko. Powinnaś coś zjeść.
Umma niechętnie oderwała kawałek mięsa i położyła go na swojej porcji ryżu. Gdy zaczęła się zajadać parującą górą przysmaków, usłyszałyśmy ciche brzękanie dobiegające z korytarza za drzwiami. Odgłos kluczy. Umma podskoczyła i podbiegła do drzwi. Wstrzymałam oddech i obserwowałam, jak stoi z dłonią nad gałką. Czekałyśmy, aż gałka się przekręci. Zamiast tego piskliwy głos zawołał:
- Nie te drzwi, przepraszam!
To był sąsiad, rozkojarzony i zapominalski starszy mężczyzna, który usiłował otworzyć nasze drzwi przynajmniej raz w tygodniu. Umma osunęła się na podłogę, zakryła twarz dłońmi. Z jej ust wydobył się zduszony szloch. Ji-hyun i ja szybko do niej podeszłyśmy. Kiedy dotknęłam delikatnie jej ramienia, wzdrygnęła się. Obróciła głowę w moim kierunku i zobaczyłam, że starannie zaaplikowany wcześniej tusz do rzęs teraz ścieka po jej policzkach.
Ji-hyun i ja pomogłyśmy Ummie wstać i zaprowadziłyśmy ją z powrotem do stolika, gdzie usiadła, zwiędła jak spragniony kwiat. Miała rozczochrane włosy. Podniosła wzrok, najpierw na Ji-hyun, a potem na mnie, po czym zaczęła się śmiać. Ten odgłos był ostry i przerażający.
- Myślicie, że mam pecha? - zapytała Umma.
- Nie - odpowiedziała łagodnie Ji-hyun. Bała się, ściskała krawędź stolika. Jej knykcie zbielały. - Dlaczego pytasz?
Umma wzruszyła ramionami i wskazała na rybę na stole.
- Rybie oczy przynoszą szczęście. Jeśli zjem jedno, może to sprowadzi z powrotem waszego ojca.
Zanim zdołałam cokolwiek powiedzieć, Umma wyrwała oko z głowy ryby. Ciągle zwisały z niego jakieś galaretowate kawałki, płatki skóry i mięsa. Bez zawahania wrzuciła je całe do ust i zaczęła żuć. Ji-hyun i ja pisnęłyśmy w tej samej chwili.
- Wypluj to!
Ku naszemu przerażeniu Umma przełknęła, jej przełyk poruszył się przy wielkim kęsie. Nieświadoma naszego obrzydzenia, obróciła rybę na drugą stronę.
- Spójrzcie! Tu macie drugie oko! Kto chce spróbować?
Tofu niepewnie zadrżało, gdy Ji-hyun i ja odsunęłyśmy się od stolika. Krzesło Ji-hyun przechyliło się do tyłu i spadło z hukiem na podłogę.
Po raz pierwszy tego wieczoru Umma zaśmiała się szczerze.
- Nie zmuszę was do zjedzenia go - powiedziała, uśmiechając się przez łzy. - Jeśli już, to jestem wdzięczna, że nie chcecie spróbować. Wasza matka potrzebuje tyle szczęścia, ile to możliwe.