Oczy dywizji - Helmut Gunther

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (31,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Na froncie inwazji alianckiej

1 Na fron­cie inwa­zji alianc­kiej

- Do cho­lery, uwa­żaj­cie - zawył Weyel i zaczął wyko­ny­wać taniec świę­tego Wita.

Nic dziw­nego. Pod­czas pod­no­sze­nia ciężka beczka ześli­zgnęła się z kra­wę­dzi schwim­m­wa­gena, nie zwa­ża­jąc na kciuk unterscharführera Weyla, który utkwił mię­dzy nią a ścianką pojazdu.

Wspól­nym wysił­kiem jesz­cze raz pod­par­li­śmy mon­strum, pod­nie­śli­śmy je i kciuk Weyla był wolny. Zgrzy­tał gło­śno zębami i zawo­dził.

- Mamo, jak boli - i wyma­chi­wał oka­le­czoną dło­nią.

Oczy­wi­ście, że go bolało, ale ja nie mogłem powstrzy­mać śmie­chu i byłem prze­ko­nany, że moi ludzie też się śmiali. To był zbyt komiczny widok: przy­sa­dzi­sty facet o postu­rze zabi­jaki pod­ska­ki­wał na pobo­czu drogi jak balet­nica. A wtedy, kiedy chmury roz­stą­piły się i poja­wiło się świa­tło księ­życa, dało się tro­chę łatwiej roz­po­znać oko­licę. Z ciem­no­ści wyło­nił się czło­wiek.

- Untersturmführer, jeste­śmy gotowi - zamel­do­wał cicho sturm­mann Schri­mer.

- Dobrze, jedziemy dalej do San­dera.

Ten wła­śnie roz­ma­wiał z war­tow­ni­kiem za zakrę­tem.

- Powiedz mu, że wymie­ni­li­śmy oponę.

To było usta­lone hasło do prze­rwa­nia roz­mowy dla sturm­manna San­dera, dowódcy mojego plu­tonu, który razem z Heinem miał za zada­nie odwró­cić uwagę war­tow­ni­ków, pod­czas kra­dzieży paliwa.

Naprawdę kra­dli­śmy to paliwo! Wyko­rzy­stu­jąc pięć schwim­m­na­ge­nów, odcią­ży­li­śmy skład paliwa o pięć 200-litro­wych beczek ben­zyny, nie­zbęd­nej dla jed­no­stek zmo­to­ry­zo­wa­nych.

Szef ogrom­nego składu paliw w pół­noc­nej czę­ści For?t de Cerisy nie­mal dostał ataku szału dzi­siaj rano, kiedy zwró­ci­łem się do niego o tro­chę ben­zyny.

- Co ty sobie myślisz? Nie mogę wydać tak po pro­stu paliwa bez roz­kazu. Mój skład znaj­duje się bez­po­śred­nio pod dowódz­twem OB West (Obe­rbe­fe­fl­ha­ber West - Naczel­nego dowódz­twa na Zacho­dzie).

Nie, tu nie ma sensu dys­ku­to­wać z Biu­rem Admi­ni­stra­cyj­nym Armii (Heeres -Ver­wal­tungs­be­amt - wydział OKH) i tak my, 2 kom­pa­nia Bata­lionu Roz­po­znaw­czego Dywi­zji Götz von Ber­li­chin­gen, musie­li­śmy sami prze­jąć ini­cja­tywę.

To był począ­tek naszej pierw­szej misji roz­po­znaw­czej.

Po połu­dniu 6 czerwca 1944 roku, w dniu inwa­zji, byli­śmy pierw­szym oddzia­łem dywi­zji posta­wio­nym w stan alarmu. Wysłano nas od razu w drogę z rejonu odtwa­rza­nia bata­lionu nad Loarą. Trasa wio­dła z Vire przez Tessy i Bal­le­roy, a zatrzy­ma­li­śmy się w małej wio­sce Vau­bau­oun na dro­dze z St. Lô do Bay­eux. Zada­nie SS-Aufklärungsabteilung 17 Götz von Ber­li­chin­gen było jed­no­znaczne: zabez­pie­czyć drogi do St. Lö. Wyru­szy­łem z 2. Dru­żyną mojego plu­tonu, aby oce­nić, ile naszych wła­snych oddzia­łów na­dal wal­czyło na pół­noc od nas. Ame­ry­ka­nie zaata­ko­wali je ran­kiem 6 czerwca 1944 roku. Od tego momentu nasi towa­rzy­sze broni wal­czyli z prze­wa­ża­ją­cymi siłami prze­ciw­nika.

Mój dowódca odpra­wił mnie z takim roz­ka­zem:

- Poin­for­muj dowód­ców jed­no­stek, że mają pozo­stać na obec­nych pozy­cjach. Chciał­bym poroz­ma­wiać z nimi oso­bi­ście, więc musimy nawią­zać z nimi łącz­ność.

Z piskiem hamul­ców zatrzy­ma­li­śmy się w pół­noc­nej czę­ści Lasu Cerisy. Musia­łem spoj­rzeć dwa razy, ponie­waż na skraju drogi stał nie­miecki strze­lec z kara­bi­nem na ramie­niu. Wyglą­dał, jakby pil­no­wał armij­nego maga­zynu pasty do butów w środku Nie­miec.

- A co ty tutaj robisz? - pró­bo­wa­łem się dowie­dzieć.

Zacho­wy­wał się bar­dzo dys­kret­nie, ale za nim, po oby­dwóch stro­nach drogi, łatwo dało się zauwa­żyć kiep­sko zama­sko­wane beczki z pali­wem. Kiedy armijny gry­zi­pió­rek zauwa­żył nasz pojazd, natych­miast przy­biegł. Był kom­plet­nie zasko­czony, widząc nas w mun­du­rach masku­ją­cych.

- Nic mi nie wia­domo o Amies i Tom­mies. Do teraz pano­wała tu cisza! - nie­mal pisz­czał zanie­po­ko­jony.

Potem doszło do wspo­mnia­nej prośby o paliwo, która tak zde­ner­wo­wała urzę­dasa, że nas chciał wygo­nić. I cho­ciaż nie zosta­łem żoł­nie­rzem z dnia na dzień, to na­dal nie potra­fi­łem przy­zwy­czaić się do biu­ro­kra­tycz­nej hie­rar­chii Wehr­machtu z jej wszech­obecną jurys­dyk­cją w róż­nych dzie­dzi­nach dzia­ła­nia armii. Dla­tego nie rozu­mia­łem biu­ra­li­stów prze­rzu­ca­ją­cych sterty papie­rów. Sie­dzieli jak przy­kle­jeni na szczy­cie łań­cu­cha dostaw i dzie­lili się zapa­sami jedy­nie wtedy, kiedy prze­ciw­nik mógł je zdo­być w każ­dej chwili.

Krę­ci­li­śmy gło­wami, odjeż­dża­jąc stam­tąd. Krę­ci­li­śmy z nie­do­wie­rza­niem, ponie­waż nie­mieccy żoł­nie­rze pil­no­wali tego składu paliwa od mie­sięcy. W mię­dzy­cza­sie nasza kom­pa­nia zaj­mo­wała pozy­cje około 1000 metrów od niego z kara­bi­nami maszy­no­wymi goto­wymi do strzału i to nie­mal pozba­wiona paliwa! Po dwóch godzi­nach byłem nie­mal pewny, że na pół­noc od nas nie było żad­nego nie­miec­kiego oddziału, o któ­rym warto byłoby wspo­mi­nać. Skład paliw OB West cze­kał jak doj­rzały owoc na poja­wie­nie się alianc­kich oddzia­łów.

Skrę­ci­li­śmy szybko na drogę w kie­runku Trevi?rs. Na prawo od nas, tam gdzie powinno znaj­do­wać się Bay­eux, roz­le­gało się dud­nie­nie arty­le­rii. Poza wiel­kimi kra­te­rami po poci­skach, które zmie­niły pole obok drogi w kra­jo­braz księ­ży­cowy, nic nad­zwy­czaj­nego się nie stało.

- Gdzie są chło­paki? - chciał się dowie­dzieć Weyel, kiedy zatrzy­ma­li­śmy się na krótki postój, aby zorien­to­wać się w tere­nie i sytu­acji.

Led­wie wypo­wie­dział te słowa a strasz­liwe wycie w powie­trzu zmu­siło nas pad­nię­cia na zie­mię. Zaraz potem nisz­czy­ciel­skie deto­na­cje jesz­cze moc­niej wci­snęły nas w wil­gotny grunt. Poci­ski z dział okrę­to­wych wiel­kiego kali­bru orały oko­licę wcale nie tak daleko od nas.

- No, i masz swoją odpo­wiedź, Weyel! - nie mogłem powstrzy­mać się sprzed zgryź­liwą odpo­wie­dzią.

A potem znowu musia­łem wci­skać głowę w zgię­cie ręki. Led­wie dym i pył się roz­wiały, nad­le­ciała kolejna seria poci­sków. Nie było wąt­pli­wo­ści, że była prze­zna­czona dla nas! Musie­li­śmy się stam­tąd wyno­sić, ina­czej prze­ciw­nik roz­nie­sie nas na kawałki.

- Wsia­dać! Jak naj­szyb­ciej ucie­kać stąd do zakrętu drogi przed nami!

Z wyją­cymi sil­ni­kami i piskiem opon odjeż­dża­li­śmy za zakręt drogi. Teren podobny do meta­lo­wej deski do pra­so­wa­nia pozo­stał za naszymi ple­cami.

Zatrzy­ma­li­śmy się pod osłoną żywo­płotu. Szyb­kie pyta­nia:

- Czy ktoś został tra­fiony? Wszystko w porządku?

Tylko Kugler miał roze­rwaną na ple­cach bluzę masku­jącą. Ale to można było zała­twić zwy­kłą nitką. W mię­dzy­cza­sie unterscharführer Weyel obej­rzał teren za pomocą lor­netki.

Nie ma się czemu dzi­wić. Przed nami znaj­do­wało się wybrzeże kanału La Man­che, a przy oka­zji w powie­trzu wisiało na uwięzi osiem balo­nów. Przy­naj­mniej jeden musiał być obser­wa­cyjny.

Z pew­no­ścią nie powin­ni­śmy się dzi­wić. Dzie­cinną zabawą było kie­ro­wa­nie ostrza­łem okrę­tów z takiego balonu.

Przed nami wzno­siła się wio­ska. Już gotowi byli­śmy popę­dzić wokół roz­wa­lo­nego muru, ale w ostat­niej chwili dostrze­głem dywi­zyjny pro­po­rzec. Zatrzy­ma­li­śmy się bez­po­śred­nio przed nie­wiel­kim dwor­kiem. Obe­rge­fre­iter patrzył na nas, jak­by­śmy spa­dli z księ­życa. A potem sta­ną­łem w piw­nicy przed gene­ra­łem majo­rem i zasa­lu­to­wa­łem. To, co usły­sza­łem, wpra­wiło mnie w głę­bo­kie osłu­pie­nie.

- Już nie mam dywi­zji! Nie mam łącz­no­ści z moimi puł­kami od wczo­raj­szego wie­czoru. Moja dywi­zja została starta z powierzchni ziemi. Wła­śnie wyco­fu­jemy się ze sta­no­wi­ska dowo­dze­nia!

Zna­leź­li­śmy się w nie­złych opa­łach. A co roz­ka­zał nasz dowódca, sturmbannführer Hol­zap­fel?

- ... w celu nawią­za­nia łącz­no­ści ...mów sobie! ... pozo­stać tu, gdzie jesteś!

Co mia­łem w takim razie powie­dzieć dowódcy dywi­zji, już bez dywi­zji? Jeśli źle mnie zro­zu­mie, to wyrzuci mnie na zewnątrz. Z dru­giej strony, "Stary" urwie mi głowę, jeśli nie wyko­nam odpo­wied­nio naszego zada­nia.

W myślach prze­bie­ra­łem nogami i zapro­po­no­wa­łem gene­ra­łowi, sta­ran­nie dobie­ra­jąc ton głosu (przy­naj­mniej w mojej opi­nii), aby przy­naj­mniej pocze­kał, dopóki się nie zjawi nasz dowódca. Ale ten mruk­nął gbu­ro­wato:

- Tego nie mogę obie­cać. Wszystko zależy od dal­szego roz­woju sytu­acji!

Po tych sło­wach odpra­wił mnie. Takie były moje pierw­sze prze­ży­cia z frontu inwa­zji.

W Tor­teny, miej­sco­wo­ści na kli­fie nad Loarą, mie­li­śmy bar­dzo nudne zada­nia. Nasza kom­pa­nia pil­no­wała gra­na­tów, gło­wic bojo­wych i podob­nie nie­bez­piecz­nych przed­mio­tów. Nie­miecka Abwehra pozy­skała infor­ma­cje, że pla­no­wano atak na maga­zyn amu­ni­cyjny. Albo ktoś kogoś wpu­ścił w maliny w tej Abweh­rze, albo nasza obec­ność była nie do prze­łknię­cia dla jakichś "patrio­tów". Do 6 czerwca 1944 roku kom­plet­nie nic się nie działo!

Ale tego wła­śnie ranka zda­rzyło się coś dużo bar­dziej poważ­nego niż gro­te­skowy, domnie­many atak na maga­zyn amu­ni­cyjny.

- Alianci wylą­do­wali na wybrzeżu Nor­man­dii - poin­for­mo­wał nas dowódca kom­pa­nii, untersturmführer Wal­zin­ger.

To, że inwa­zja roz­pocz­nie się któ­re­goś dnia, nie było tajem­nicą. Tym nie­mniej byli­śmy prze­jęci (ci z nas, któ­rzy poznali już wojnę) obawą, żeby te pamiętne słowa nie stały się wyro­kiem dla naszej kom­pa­nii. Rozu­mia­łem, dla­czego unterscharführer Westhaüser przy­dep­nął palce stopy chło­paka sto­ją­cego obok niego, kiedy ten w spon­ta­nicz­nej rado­ści otwo­rzył usta. Potem nade­szły pierw­sze raporty Fluko (Flug wach Kom­mando - komen­dan­tura obser­wa­cji lot­ni­czej) Anders, które docie­rały kana­łami łącz­no­ści do sta­no­wi­ska dowo­dze­nia dywi­zyj­nego bata­lionu obrony prze­ciw­lot­ni­czej w Samur, a one nie napa­wały opty­mi­zmem. Ale nikt się nie spo­dzie­wał, że te raporty radiowe zwia­sto­wały począ­tek końca. Radio­ope­ra­to­rzy prze­ka­zy­wali takiej tre­ści raporty do komen­dan­tury:

6 czerwca 1944:

05:47 Potężne zgru­po­wa­nie jed­no­stek mor­skich w oko­licy pół­wy­spu Cher­burg (na pół­noc od Caren­tan) 05:47 Duża liczba barek desan­to­wych zbliża się do TU4. Dodat­kowo zgru­po­wa­nie okrę­tów i stat­ków wszel­kich typów. 06:07 Około 200 szy­bow­ców w TT5 06:31 Pojazdy woj­skowe lądują w TG4 06:32 Dodat­kowy desant spa­do­chro­nowy w SS 215 WS. Dodat­kowe zgru­po­wa­nia w TU8 i TU5 (Calva­dos) 06:35 Bitwa powietrzna w TU8 06:37-06:40 Dal­sze jed­nostki mor­skie w TU3 (wybrzeże Calva­dos) 06:50 Kilka nisz­czy­cieli w rejo­nie TT8, dal­sze zgru­po­wa­nia jed­no­stek mor­skich wszel­kiej klasy.

Wraz z tym zaczęła się tra­ge­dia nie­miec­kiej obrony.

- Skła­daj­cie natych­miast namioty i przy­go­tuj­cie się do wyjazdu! - roz­ka­zał Wal­zin­ger, a po dzie­się­ciu minu­tach kom­pa­nia wra­cała do Brion, do regu­lar­nych kwa­ter.

Jed­nak myli­li­śmy się, kiedy myśle­li­śmy, że wyru­szymy natych­miast, aby wspo­móc jed­nostki bro­niące wybrzeża Kanału La Man­che. Skąd mie­li­śmy wie­dzieć, że OB West myl­nie uwa­żało, że praw­dziwa inwa­zja roz­pocz­nie się koło Calais, a desanty alianc­kich oddzia­łów na wybrzeżu mię­dzy Cher­bo­ur­giem a Caen były jedy­nie dzia­ła­niami pozo­ro­wa­nymi? Ta fał­szywa ocena sytu­acji nie była jed­nym powo­dem, dla któ­rego potężne jed­nostki pan­cerne były trzy­mane przez wiele dni i tygo­dni w rezer­wie i wpro­wa­dzono je do walki zbyt późno, cha­otycz­nie i stop­niowo. Dzi­siaj już dobrze wiemy, że kon­kretni gene­ra­ło­wie i wyso­kiej rangi ofi­ce­ro­wie szta­bowi maczali w tym palce. Pro­ściej mówiąc: zdra­dzili swo­ich towa­rzy­szy broni! Dzień inwa­zji rze­czy­wi­ście wyglą­dał tak, jak go przed­sta­wiała pro­pa­ganda wroga. Nie­miecka obrona została zmiaż­dżona, z pew­nymi wyjąt­kami zażar­cie wal­czą­cych resz­tek oddzia­łów obrony wybrzeża, przez alianc­kich spa­do­chro­nia­rzy i oddziały szy­bow­cowe, lądu­jące w ciem­no­ści w tyło­wych rejo­nach Nor­man­dii. Ponadto siły obronne we Fran­cji miały zbyt spo­kojne życie, więc zni­kło poczu­cie zagro­że­nia i goto­wość bojowa. A prze­cież nawet zwy­kły gefre­iter wie­dział, że brak doświad­cze­nia bojo­wego obni­żał spój­ność i żywot­ność jed­nostki woj­sko­wej. Do tego wielu żoł­nie­rzy nie nada­wało się nawet do aktyw­nej służby woj­sko­wej (Kriegsverwendungsfühlig - kv), tylko raczej do służby gar­ni­zo­no­wej. Nawet gene­rał dowo­dzący jedną z nich, któ­rego póź­niej spo­tka­łem, potwier­dził ten stan rze­czy.

To, że wyż­sze dowódz­two zde­cy­do­wało się 7 czerwca o 16:00 wpro­wa­dzić do walki nasz bata­lion roz­po­znaw­czy, było naszym oso­bi­stym pechem! Chce­cie wie­dzieć, dla­czego wła­śnie nasz bata­lion? To bar­dzo pro­ste: byli­śmy jedy­nym w pełni zmo­to­ry­zo­wa­nym oddzia­łem, który mógł pod­jąć jakie­kol­wiek dzia­ła­nia. Pod­czas gdy 37. i 38. Pułk Gre­na­die­rów Pan­cer­nych posia­dały czę­ściowo zare­kwi­ro­wane pojazdy, a 17. Pułk Arty­le­rii i 17. Dywi­zjon Prze­ciw­lot­ni­czy cze­kały z tęsk­notą na cią­gniki arty­le­ryj­skie, my już mie­li­śmy ukra­dzioną ben­zynę w Nor­man­dii i mogli­śmy prze­je­chać kilka dodat­ko­wych kilo­me­trów. Nie można zapo­mi­nać, że nasza dywi­zja posia­dała nawet bata­lion pan­cerny, któ­rego pod­od­działy poja­wiły się tydzień póź­niej dzięki trans­por­towi kole­jo­wemu. Dopiero wtedy można było ją nazwać dywi­zją gre­na­die­rów pan­cernych. Nie­stety działa sztur­mowe z 17. Dywi­zjonu Nisz­czy­cieli Czoł­gów pozo­sta­wały gdzieś w Niem­czech. Jed­nak póź­nej par­ty­zanci zazna­czyli swój udział w woj­nie i wysa­dzili w powie­trze część dział sztur­mo­wych na jakiejś sta­cji kole­jo­wej we Fran­cji. Jedyną rze­czą, która nie ule­gła znisz­cze­niu, był pamiętny napis Räder müssen rol­len für den Sieg, czyli koła muszą się toczyć do zwy­cię­stwa. Wresz­cie po mie­sią­cach przy­był kolejny trans­port, ale w tym cza­sie wielu wyszko­lo­nych arty­le­rzy­stów1 z dywi­zjonu pole­gło już w bitwach, wal­cząc jako pie­chota. O przy­by­ciu naszych puł­ków grenadierów16 czerwca do Nor­man­dii, kiedy speł­nia­li­śmy zada­nia roz­po­znaw­cze dla innych jed­no­stek, dowie­dzie­li­śmy się w alianc­kiej roz­gło­śni radio­wej "Calais", która zako­mu­ni­ko­wała:

Kole­dzy z 17. Dywi­zji Gre­na­die­rów Pan­cer­nych SS ocho­czo prze­miesz­czają się na pół­noc. Część już dotarła w rejon walk, prze­pra­wiła się przez znisz­czone mosty i znisz­czone ulice miast. Do walk włą­czył się 38. Pułk Gre­na­die­rów i wyparł prze­ciw­nika z kilku lokal­nych miej­sco­wo­ści.

Czy to nie brzmiało dokład­nie tak, jak wia­do­mo­ści nada­wane przez roz­gło­śnie radiowe (Reichs­sen­der) ze Stut­t­gartu albo Lip­ska? To była sztuczka alianc­kiej pro­pa­gan­do­wej roz­gło­śni radio­wej! Pierw­sza część komu­ni­katu była praw­dziwa, a potem nastę­po­wały nie­wia­ry­godne bzdury typu:

Dom kre­isle­itera w mie­ście X został lekko uszko­dzony. Ale udało się ura­to­wać dużo bute­lek z wódką i winem itd...

Ale powróćmy do sta­no­wi­ska dowo­dze­nia 352. Dywi­zji Pie­choty. Pozo­sta­wi­li­śmy gene­rała z jego roz­ter­kami i wra­ca­li­śmy, pędząc na zła­ma­nie karku. Nie­bez­pieczny odci­nek drogi poko­na­li­śmy z raj­dową pręd­ko­ścią i głę­boko ode­tchnę­li­śmy, kiedy doje­cha­li­śmy do bez­piecz­nego skraju lasu, zanim kilka spóź­nio­nych poci­sków wysa­dziło w powie­trze kępy nie­win­nych kwia­tów i trawy.

Zda­łem raport dowódcy. Przy­jął do wia­do­mo­ści infor­ma­cję o skła­dzie paliwa pomię­dzy liniami fron­tów bez żad­nego komen­ta­rza.

Kiedy powró­ci­łem do kom­pa­nii, Jupp Wal­zin­ger popro­sił mnie o dotrzy­ma­nie towa­rzy­stwa. Ostroż­nie poru­szy­łem pod­czas roz­mowy temat składu paliwa.

- Czy masz coś prze­ciwko temu, żeby­śmy zabrali stam­tąd tro­chę paliwa?

- Jak możesz coś takiego gadać? - odpo­wie­dział pyta­niem na pyta­nie.

Potem wyja­śni­łem mu mój plan, a on odpo­wie­dział:

- Zwa­rio­wa­łeś?

- Powoli, powoli - uspo­ka­ja­łem go. - Dla­czego mia­łoby się nie udać? Nie­wiele może się zda­rzyć, jeśli coś pój­dzie źle. Sły­sza­łem w szta­bie, że jutro lub naj­da­lej poju­trze, można się tutaj spo­dzie­wać ataku wroga i kto może wtedy cokol­wiek zro­bić? Albo może myślisz, że tych dwóch war­tow­ni­ków zacznie wymianę ognia z Jan­ke­sami?

- Chłop­cze, to się musi dziać w two­jej gło­wie! - tymi sło­wami odpra­wił mnie.

Następ­nej nocy pod­ję­li­śmy "wyprawę zaopa­trze­niową" do wspo­mnia­nego składu paliw. Po roz­ła­dunku beczek, roz­dział cen­nego płynu pozo­sta­wi­li­śmy Kfz.-Staffelführerowi, unterscharführerowi Wey­lowi, który pozbył się bólu do tego stop­nia, że wyra­ził swoje zda­nie na temat całej wyprawy:

- Boki mi pękną ze śmie­chu, jeśli w tych becz­kach będzie paliwo do die­sli, a nie ben­zyna.

Ale w becz­kach była ben­zyna, co Wey­lowi oszczę­dziło defor­ma­cji ciała. Jeź­dzi­li­śmy dzięki niej przez całą noc. A potem odbyła się wyprawa roz­po­znaw­cza do wspo­mnia­nego wcze­śniej gene­rała i wresz­cie nocny epi­zod z pali­wem. Nic dziw­nego, że oczy powoli same mi się zamy­kały. Byłem nie bez powodu zmę­czony. Sturm­mann Hass, goniec w moim plu­to­nie (zug­mel­der), roz­ło­żył koc i przy­ję­li­śmy na nim pozy­cję hory­zon­talną, to zna­czy poło­ży­li­śmy się. Pod­czas zasy­pia­nia cały czas mia­łem przed oczami zda­rze­nie z pali­wem. Czy nie mogło to dopro­wa­dzić mnie do łez? Mie­li­śmy przy­dzie­lone zada­nie bojowe, ale cysterny z pali­wem dla naszych pojaz­dów utknęły gdzieś mię­dzy Le Mans a Tess. Było mocno dys­ku­syjne, czy doje­cha­łyby do nas bez ostrze­la­nia przez Jabosy (Jagd­bom­ber - myśli­wiec bom­bar­du­jący, samo­lot bli­skiego wspar­cia). Prze­cież obok nas znaj­do­wał się skład paliwa, który bez natych­mia­sto­wej ewa­ku­acji wpadłby w ręce alian­tów, czyli byłby bez­pow­rot­nie utra­cony dla Naczel­nego Dowódz­twa na Zacho­dzie. Szansa na prze­wie­zie­nie tak dużej ilo­ści paliwa pod­czas ataku prze­ciw­nika, przy całym zamie­sza­niu, była ilu­zo­ryczna. Jed­nak to nie była moja tro­ska. Wkrótce bra­łem udział w zawo­dach w chra­pa­niu z Haasem.

Następ­nego dnia około 9:00 rano skon­tro­lo­wa­łem pozy­cje poszcze­gól­nych plu­to­nów razem ze sturm­man­nem San­de­rem, ponie­waż dowódca kom­pa­nii poje­chał do sztabu bata­lionu. W zala­nej pro­mie­niami słońca oko­licy kró­lo­wała cudowna cisza. Nic nie wska­zy­wało, że lada chwila na naszych gło­wach może wylą­do­wać prze­ciw­nik. Chłopcy leżeli dobrze zama­sko­wani pomię­dzy drogą a doliną, z porząd­nie roz­sta­wio­nymi kara­bi­nami maszy­no­wymi. Wszystko było gotowe, pole obser­wa­cji, strefy ostrzału i masko­wa­nie! Zbli­żał się czas, kiedy będziemy musieli udo­wod­nić, że szko­le­nie przez poprzed­nie kilka mie­sięcy było sen­sowne, a wylany pot mógł oszczę­dzić krew. Z pew­no­ścią mię­dzy nami byli tacy, któ­rzy prze­kli­nali dzień, w któ­rym zna­leźli się wśród nas. Nie tylko ochot­nicy byli w naszym oddziale.

Plu­ton unterscharführera Pfef­fera był bez zarzutu. Po krót­kiej roz­mo­wie z nim prze­szli­śmy wyrę­bem przez połu­dniowy stok doliny. To był słaby punkt, pomy­śla­łem, mając nadzieję, że Hec­ken­schuh był czujny. Kara­biny maszy­nowe IV Plu­tonu stały na dobrych pozy­cjach i gotowe do uży­cia, Wybór sta­no­wisk strze­lec­kich dowo­dził, że unterscharführer Jasjart­schek był eks­per­tem w kwe­stii broni maszy­no­wej. Sto­czy­łem z nim w Brion wiele zacię­tych poje­dyn­ków sza­cho­wych. Obok niego leżał jego przy­ja­ciel, sturm­mann Hähnel. Cudow­nie się uzu­peł­niali. Hein­rich, wysoki bru­net z Nad­re­nii był strzel­cem, a Hähnel, krępy chło­pak z Bre­slau2 był jego dru­gim strzel­cem i zara­zem amu­ni­cyj­nym kara­binu maszy­no­wego.

To byli wspa­niali chłopcy, ci sie­dem­na­sto­letni albo osiem­na­sto­letni doro­śli już chłopcy! Nawet w 1944 roku, kiedy więk­szość z nich była z przy­mu­so­wego poboru, róż­nica mię­dzy nimi a ochot­ni­kami szybko się zacie­rała.

Przez sześć mie­sięcy rygo­ry­stycz­nego szko­le­nia bata­lion roz­po­znaw­czy zmie­nił się w zwarty oddział ludzi, któ­rego dowódca nie musiał się wsty­dzić. Świe­cąc przy­kła­dem i pozna­jąc ich oso­bi­ście, two­rzy­łem rela­cje oparte na zaufa­niu, które wza­jem­nie nas łączyły. Ter­min "bra­ter­stwo broni" naj­le­piej to opi­sy­wał. Tak, to było nawet coś wię­cej, to był duch oddziału, bez któ­rego nawet naj­le­piej wyszko­lona i wypo­sa­żona for­ma­cja mogła się roz­paść. Fakt, że żoł­nie­rze pocho­dzili z róż­nych regio­nów Nie­miec nada­wał oddzia­łowi euro­pej­ską atmos­ferę i trzeba było brać to pod uwagę. Z tego punktu widze­nia dowo­dze­nie nie było łatwe, ale wymu­szało indy­wi­du­alną ocenę każ­dego czło­wieka. Zaufa­nie w razie kry­zysu i posia­da­nie takich więzi były nagrodą dla dowódcy oddziału. Mia­łem dopiero spraw­dzić, czy taka więź może prze­trwać nad­cho­dzący test wytrzy­ma­ło­ści. Wraz z obiet­nicą roze­gra­nia kolej­nej par­tii sza­chów, poże­gna­łem dwóch żoł­nie­rzy i posze­dłem dalej. Obec­nie chcia­łem iść do plu­tonu Hec­ken­schuha, który roz­lo­ko­wał się naj­da­lej na wschód.

Czy dobrze sły­sza­łem?

To był bez wąt­pie­nia odgłos wystrza­łów naszych MG-42 i mogły one nale­żeć jedy­nie do III Plu­tonu. Hałas urósł do gło­śnego stac­cato. Pobie­gli­śmy w tam­tym kie­runku, aby spraw­dzić, co się działo. Ale obok szyb­kiego ognia broni maszy­no­wej sły­sze­li­śmy rów­nież suchy trzask wystrza­łów armat czoł­go­wych.

- A niech to, wła­śnie się zaczęło - wykrzyk­nął San­der.

Wszystko odby­wało się szybko i na dużą skalę. Przed nami, spoza zakrętu wybie­gali ludzie z III Plu­tonu z okrzy­kiem:

- Czołgi!

Nie było naprawdę czasu na pra­wie­nie kaza­nia ludziom, któ­rzy bie­gli wokół mnie jak głupcy i dopro­wa­dzali wszyst­kich innych do sza­leń­stwa. To, że bie­gli, nie było dziwne, gdyż za nimi poja­wiło się wolno i maje­sta­tycz­nie wiel­kie, sza­ro­brą­zowe, meta­lowe pudło. Nim zdo­łało nas wszyst­kich wziąć na celow­nik, krzyk­ną­łem:

- Ucie­kaj­cie na lewo!

I jed­nym wiel­kim sko­kiem wylą­do­wa­łem za następ­nym żywo­pło­tem.

Hol­land potrze­bo­wał pomocy. Co teraz? Ciężko dysząc, ukry­li­śmy się za wysoką stertą ziemi. Róż­nica pomię­dzy poprzed­nią, przy­ja­zną, let­nią atmos­ferą a twardą rze­czy­wi­sto­ścią tej chwili była przy­gnę­bia­jąca. W tam­tym cza­sie nie miało zna­cze­nia, dla­czego wszystko działo się tak gwał­tow­nie. Musie­li­śmy się stąd wyno­sić i to jak naj­szyb­ciej. Dowódca kom­pani prze­by­wał w szta­bie bata­lionu, nie było łącz­no­ści z III Plu­to­nem, a my byli­śmy przy­parci do ziemi. Zaczy­nało się robić inte­re­su­jąco!

Nie było zbyt dużo czasu na roz­wa­ża­nie sytu­acji. Pierw­szy czołg jechał dziar­sko przed sie­bie i był już na wyso­ko­ści naszego żywo­płotu. Wystar­czyło wysta­wić rękę przez gałę­zie i można było dotknąć tego mon­strum. Butelka wódki za Hafthohl­la­dung (magne­tyczny ładu­nek kumu­la­cyjny)! Z pew­no­ścią nie dużo było potrzeba, aby wysa­dzić w powie­trze ten czołg. Tyle tylko, że ładunki kumu­la­cyjne wyda­wano wtedy, kiedy było już po wszyst­kim. Oce­nia­łem dystans, jaki dzie­lił nas od pobli­skiego młyna, gdy­by­śmy chcieli biec skró­tem. Trudno będzie tam się dostać - przy­naj­mniej 80 metrów do poko­na­nia, aby uciec z miej­sca, w któ­rym utkwi­li­śmy. Angole w czołgu pew­nie sądzili, że już wszy­scy stąd dawno ucie­kli­śmy. Moi ludzie leżeli w bez­ru­chu na skar­pie, aby nie przy­cią­gać uwagi załogi czołgu. Ostroż­nie prze­czoł­ga­łem się na bok i usi­ło­wa­łem prze­ci­snąć głowę przez gałę­zie.

Do dia­bła, jesz­cze tego bra­ko­wało! Pie­chota bry­tyj­ska szła sze­ro­kim fron­tem przez pła­ską dolinę, mając za ple­cami kolejne czołgi. Nic innego nam nie zostało, jak zmia­tać stąd, bez względu na skutki. Szybko wyszep­ta­łem pole­ce­nia ludziom, a potem wszy­scy pode­rwa­li­śmy się na równe nogi i popę­dzi­li­śmy przed sie­bie. Udało nam się uciec przez otwarty teren bez straty choćby jed­nego czło­wieka. Przez to rów­nież oczy­ści­li­śmy pole ostrzału dla naszych kara­bi­nów maszy­no­wych, a potem ich strzelcy wzięli się do roboty. A jak wymia­tali! Począt­kowo pie­chota wroga wyha­mo­wała, a potem zaczęła ucie­kać. Czołgi rów­nież zawró­ciły, wyda­wało się, że bagni­sty teren im nie odpo­wia­dał. Tylko dwa z nich pozo­stały w bez­piecz­nej odle­gło­ści przy wyrę­bie lasu, zasy­pu­jąc teren poci­skami z armat i kara­bi­nów maszy­no­wych.

Ze skrzy­dła otwo­rzyły ogień kara­biny maszy­nowe IV Plu­tonu Jasjart­scheka. Posła­łem tam rottenführera Clau­sena, by się dowie­dzieć, co się tam działo. Chło­pak wysko­czył pro­sto na teren pozrę­bowy, mając przed sobą czołgi wroga. Ale nim celow­ni­czy w bry­tyj­skiej maszy­nie zdał sobie z tego sprawę, dzielny goniec już scho­wał się wśród żywo­pło­tów.

Obok mnie leżał Pfef­fer i wyda­wał roz­kazy po cichu i z kamien­nym spo­ko­jem. Pierw­sze minuty stra­chu już prze­mi­nęły. A prze­cież nie można zapo­mi­nać, że dla więk­szo­ści moich ludzi był to chrzest ogniowy. San­der wrę­czył mi notat­nik i szybko opi­sa­łem w nim sytu­ację, po czym wyrwa­łem kartkę i wci­sną­łem ją w ręce Haasa.

- Gdyby Wal­zin­gera nie było w dowódz­twie kom­pa­nii, leć natych­miast do sztabu bata­lionu.

Haas tylko popra­wił hełm na gło­wie, zamel­do­wał, że wyru­sza i wybiegł z kry­jówki. W szta­bie bata­lionu powinni być nie­źle zasko­czeni, kiedy się dowie­dzą, co się u nas działo.

Prze­ciw­nik, który zmu­sił do ucieczki nasz plu­ton broni cięż­kiej, prze­gru­po­wał się i pró­bo­wał zasto­so­wać nową tak­tykę w doli­nie. Pozwo­li­li­śmy mu, aby się zbli­żył do pra­wie tego tego samego miej­sca, co poprzed­nio i mie­li­śmy go tam, gdzie chcie­li­śmy. Stary lis, unterscharführer Graf, opa­no­wał momen­tal­nie sytu­ację i kazał strze­lać ogniem flan­ku­ją­cym swoim trzem kara­bi­nom maszy­no­wym ze skraju lasu.

Ale Tom­mies to byli uparci chłopcy i nie tak łatwo zawra­cali, lecz kiedy włą­czyły się do walki moź­dzie­rze Jasjart­scheka, szybko było po wszyst­kim (przy­naj­mniej tym razem). Bry­tyj­czycy wyco­fali się. Ich czoł­gi­ści chyba uznali, że mamy armaty prze­ciw­pan­cerne, a dodat­kowo nie lubili grzą­skiego gruntu, więc trzy­mali swe czołgi z daleka. Tylko te dwa, na­dal sto­jące przy wyrę­bie lasu, wspie­rały swo­ich towa­rzy­szy, ostrze­li­wu­jąc z armat młyn, gdzie scho­wa­li­śmy się za ruinami muru. Dowódca jed­nostki czoł­gów bry­tyj­skich cał­kiem słusz­nie uznał, że to młyn był prze­szkodą, którą koniecz­nie musiał wyeli­mi­no­wać.

Wysze­dłem z pozy­cji cięż­kiego plu­tonu, prze­sko­czy­łem przez wyręb i padłem na zie­mię obok Pfef­fera. Dys­ku­to­wa­li­śmy o sytu­acji, gdyż pomimo poprzed­nich suk­ce­sów w obro­nie, sytu­acja nie wyglą­dała zbyt różowo. Co by się zda­rzyło, gdyby Tom­mies zaata­ko­wali nas ze skrzy­deł? W mojej opi­nii naszym prze­ciw­ni­kiem była duża grupa roz­po­znaw­cza, bada­jąca drogę do dal­szego natar­cia. Skąd mia­łem wie­dzieć, że ata­ko­wała nas angiel­ska jed­nostka, która wła­śnie przy­go­to­wy­wała się do oto­cze­nia Bay­eux, aby przyjść z odsie­czą oddzia­łom ame­ry­kań­skim, zbli­ża­ją­cym się z pół­nocy.

W mię­dzy­cza­sie udało się usta­lić, że Hac­ken­schuh poległ, a część jego ciężko ran­nych pod­wład­nych wpa­dła w ręce Angli­ków. Nikt z oca­la­łych z III Plu­tonu nie potra­fił wyja­śnić, dla­czego stało się to tak szybko. Prze­ła­ma­nie angiel­skie prze­rwało ponadto łącz­ność mię­dzy 2 a 3 kom­pa­nią. Prze­ciw­nik poja­wił się z kie­runku, z któ­rego nikt się go nie spo­dzie­wał. Teraz ważne było, aby usta­lić, czy nasi "kuzyni" nie prze­ła­mali naszych linii.

Póź­niej oka­zało się, że pod­czas ataku angiel­skiego znik­nął gdzieś unterscharführer Kascha z 3 kom­pa­nii z kil­koma ludźmi ze swo­jego plu­tonu. Nikt nie wie­dział, co się stało, czyli innymi słowy, po pro­stu zagi­nęli! Póź­niej widziano Kaschę w bry­tyj­skim obo­zie jeniec­kim, gdzie dzia­łał na nerwy miej­scowy war­tow­ni­kom. Nie mógł pogo­dzić się z fak­tem, że wszystko odbyło się tak szybko. Ale począt­kowo po pro­stu zagi­nął.

Jak dawno temu, jadąc z Łotwy, zro­bi­li­śmy sobie prze­rwę w podróży w moim rodzin­nym mie­ście, zanim ruszy­li­śmy dalej do Fran­cji, w sze­regi dywi­zji Götz von Ber­li­chin­gen? Jak dawno temu bez­czel­nie i bogo­boj­nie prze­kra­da­li­śmy się za barier­kami na sta­cji kole­jo­wej obok groź­nie wyglą­da­ją­cych żan­dar­mów polo­wych i straż­ni­ków kolei do pocią­gów woj­sko­wych i trzę­śli­śmy się ze stra­chu przy każ­dej prze­siadce? A potem cie­szy­li­śmy się, kiedy znowu uszło nam to na sucho. Te kilka godzin, pod­czas któ­rych chcia­łem powie­dzieć w domu "dzień dobry", prze­cią­gnęło się do trzech dni. To było cał­kiem sporo grze­chów, szcze­gól­nie że w moim roz­ka­zie wyjazdu nie było nic o prze­rwie w podróży.

W Mon­treuil po peł­nej przy­gód podróży powi­tał nas adiu­tant bata­lionu:

- Dla­czego przy­je­cha­li­ście tak szybko?

Jed­nak już nie wię­cej nie usły­sze­li­śmy o Hac­ken­schuhu. To był kiep­ski począ­tek wojny dla bata­lionu roz­po­znaw­czego.

Jupp Wal­zin­ger nad­je­chał z hukiem zza rogu sto­doły. Potknął się o oś pojazdu, wylą­do­wał obok mnie i powie­dział:

- Spo­tka­łem Haasa po dro­dze i posła­łem go dalej do sztabu bata­lionu, z nadzieją, że "Stary" pode­śle nam armatkę prze­ciw­pan­cerną. A jak tu sprawy wyglą­dają?

Huk­nęło i nad gło­wami prze­le­ciała resztka dachu sto­doły. Na pod­da­szu było pełno siana. Sporo czasu zajęło nam wygrze­ba­nie się spod niego i byli­śmy nim oble­pieni jak ser woskową sko­rupą.

- Nie spo­dzie­wa­łem się takiego powi­ta­nia, to było zupeł­nie nie­po­trzebne - maru­dził Jupp, a ja się z niego śmia­łem.

Zda­łem mu raport sytu­acyjny, jak już otrze­pał się ze źdźbeł. Musia­łem mówić cał­kiem gło­śno, ponie­waż dokład­nie przed nami, w naroż­niku budynku, Hel­bing strze­lał z kara­binu maszy­no­wego jak sza­lony. Tom­mies ponow­nie ata­ko­wali!

- Zabie­raj się stąd i leć do swo­jego plu­tonu. Ja tutaj zostaję - powie­dział Wal­zin­ger, kiedy już wybie­ga­łem na zewnątrz.

Ścieżka do mojego plu­tonu wyglą­dała teraz ina­czej niż wtedy, kiedy kro­czy­łem nią kilka godzin wcze­śniej. Musia­łem padać na zie­mię kilka razy, szu­ka­jąc osłony przed ostrza­łem. San­der podą­żał za mną jak cień. Ale wresz­cie udało się nam dostać do skraju lasu po dru­giej stro­nie doliny.

- Wresz­cie - ode­tchnął głę­boko z ulgą San­der. - Wydaje mi się, że na tej ścieżce stra­ci­łem kilka kilo­gra­mów.

Poło­ży­łem się za gru­bym drze­wem obok unterscharfürera Großa i mogłem od tej pory swo­bod­nie obser­wo­wać młyn i odci­nek lasu obsa­dzony przez mój plu­ton. San­der sta­rał się usta­lić, jak bar­dzo ucier­pieli Weyel i Graf.

- Panie porucz­niku, Hieke idzie z armatą prze­ciw­pan­cerną! - krzyk­nął Groß, wska­zu­jąc na drogę w miej­scu, gdzie koń­czył się zręb.

I rze­czy­wi­ście chło­paki z 5 kom­pa­nii broni cięż­kiej nad­jeż­dżali peł­nym gazem z armatą prze­ciw­pan­cerną, cią­gnąc za sobą chmurę pyłu. Zajęli pozy­cję na skraju wycinki. Cią­gnik gąsie­ni­cowy odje­chał, a arty­le­rzy­ści już odprzod­ko­wy­wali armatę. Obser­wo­wa­nie ich dzia­łało uspo­ka­ja­jąco. Po chwili roz­le­gły się komendy ogniowe - ostry huk wystrzału i załoga czołgu sto­ją­cego naj­bli­żej młyna drogo zapła­ciła za swoją bez­tro­skę. Czołg sta­czał się po skar­pie, a z jego wieży buch­nął ogień. To ode­brało Angli­kom zapał i ich atak stra­cił roz­mach.

- Hej, a co tam się dzieje?

Kilku strzel­ców wybie­gło z lasu naprze­ciwko nas.

- A niech to, to nasi ludzie! - krzyk­nął Groß. - Daj­cie im osłonę ogniową.

I natych­miast ode­zwały się dwa lek­kie kara­biny maszy­nowe z naszego plu­tonu. Led­wie łapiąc oddech, śmier­tel­nie zmę­czeni żoł­nie­rze padali na miękką ściółkę obok nas.

- No, Hähnel, z jakiej czę­ści świata przy­bie­gli­ście?

Strze­lec mel­do­wał jakby z waha­niem.

- Nagle poja­wiły się bry­tyj­skie czołgi i oddzie­liły nas od reszty plu­tonu. Obe­szli­śmy je i prze­kra­da­li­śmy się przez tamtą część lasu, w któ­rej przy oka­zji też byli Angole. Pod dro­dze widzie­li­śmy kilku ludzi z plu­tonu Hac­ken­schuha. Oni też tu idą.

I tak to było. W ciągu dnia wró­ciło jesz­cze tro­chę ludzi. Oka­zało się, że straty nie były tak wyso­kie, jak począt­kowo myśle­li­śmy. Tym nie­mniej pierw­szy kon­takt z wro­giem był gorzki i sma­ko­wał porażką.

Wzno­wiony ostrzał z kara­bi­nów i broni maszy­no­wej potwier­dzał, że Anglicy nie chcieli rezy­gno­wać z natar­cia. Roz­po­czął się kolejny atak. Czę­ści ludzi z IV Plu­tonu nie udało się powró­cić do macie­rzy­stego oddziału. W powie­trzu latało za dużo oło­wiu.

- Groß, zwróć uwagę na wyręb, a ty, Hähnel, pil­nuj, żeby nikt z tam­tego lasu nie dostał się do nas - takie były moje kolejne roz­kazy.

Ponow­nie udało się nam zaata­ko­wać z flanki nacie­ra­jące oddziały i zatrzy­mać je tuż przed linią pozy­cji plu­tonu Pfef­fera. Nie minęło nawet 15 minut i mia­łem wła­śnie ode­słać ludzi z IV Plu­tonu, kiedy zaczęła się strze­la­nina w dru­ży­nie Grafa. Usia­dłem za drze­wem i zwró­ci­łem na to uwagę, ponie­waż dru­żyna, w któ­rej prze­by­wa­łem, miała bro­nić zupeł­nie innego kie­runku i dla­tego chcia­łem odejść tro­chę dalej i zoba­czyć, co się działo z ludźmi Grafa.

Łatwiej powie­dzieć, niż zro­bić. Kule świsz­czały bli­sko drzewa, za któ­rym czu­łem się bez­pieczny. Dobrze wymie­rzony ostrzał kara­bi­nowy! Wsa­dzi­łam hełm na patyk i ostroż­nie wysu­ną­łem go na zewnątrz.

- Bang - zadzwo­niła o niego kula i mój piękny hełm spadł na zie­mię.

Będę potrze­bo­wać nowego kape­lu­sza do wiwa­to­wa­nia! Groß obser­wo­wał oko­licę przez lor­netę i krzyk­nął:

- Tam sie­dzą ci gau­czo­wie! W krza­kach na zakrę­cie!

- Widzę snaj­pera; mogę go sprząt­nąć? - zawo­łał Hähnel.

- Pocze­kaj­cie tro­chę i strze­laj­cie na mój roz­kaz.

U Grafa znowu zapa­no­wała cisza, mimo tego i tak chcia­łem wie­dzieć, co tam się stało. Ale naj­pierw musia­łem wydo­stać się zza tego prze­klę­tego i jed­no­cze­śnie zbaw­czego drzewa.

- Uwaga, Hähnel, otwórz ogień!

I już sta­ną­łem na pra­wej nodze, aby wysko­czyć wraz z pierw­szym wystrza­łem. Ale nic takiego się nie stało.

- Strze­laj, do cho­lery!

I znowu nic się nie działo, tylko upiorna cisza na sta­no­wi­sku Hähnela. Spoj­rza­łem na niego gniew­nie; leżał tak jak przed­tem i na­dal przy­ci­skał kolbę kara­binu maszy­no­wego do pra­wego barku.

- Co się dzieje, Hähnel? Zaciął ci się kara­bin?

Żad­nej odpo­wie­dzi, gorąco prze­bie­gło mi po ple­cach. Dopiero teraz zauwa­ży­łem, że głowę miał uło­żoną pod nie­na­tu­ral­nym kątem przy kol­bie broni. Poczu­łem ostry ból. Dopa­dli małego, bied­nego Hähnela!

- Groß powiedz swoim strzel­com, żeby wykoń­czyli snaj­pera w krza­kach przy zakrę­cie. Hähnel nie żyje!

Led­wie wypo­wie­dzia­łem te słowa, a Groß potwier­dził ruchem ręki, że zro­zu­miał pole­ce­nie. Wszę­dzie roz­pę­tało się pie­kło. Nasze moź­dzie­rze też włą­czyły się do walki. Hieke strze­lał z armaty prze­ciw­pan­cer­nej, a Groß wykrzy­ki­wał kolejne komendy:

- Uwaga, tro­chę na prawo 150... na gru­bość kciuka na lewo od młyna, przy zakolu żywo­płotu! Oby­dwa kara­biny maszy­nowe ... - dalej już nie sły­sza­łem.

Wysko­czy­łem zza drzewa. Odła­mek ryko­sze­tem tra­fił w rękaw, a potem kilka sko­ków i już leża­łem obok Hähnela. Kula tra­fiła go dokład­nie mię­dzy oczy, led­wie było widać ślady krwi. Mały Ślą­zak odszedł z tego świata cicho i spo­koj­nie. Nie był pierw­szym mar­twym, któ­rego widzia­łem. W Rosji to był stan­dar­dowy widok. Tym nie­mniej musia­łem zaci­snąć szczęki. Ten chło­pak ganiał mię­dzy liniami wroga, napę­dzany tylko jed­nym pra­gnie­niem powrotu do kom­pa­nii. Na­dal dźwię­czał mi w uszach jego rado­sny, mło­dzień­czy śmiech, kiedy wydo­stał się z lasu i sta­nął przede mną. Wszystko na nic! Mocno zaszo­ko­wany zamkną­łem jego oczy na zawsze i pobie­głem do dru­żyny Grafa. Prze­ciw­nik pró­bo­wał prze­do­stać się przez łąkę leżącą mię­dzy jej pozy­cjami a lasem, ale Graf nie mógł do tego dopu­ścić za wszelką cenę. Kilka serii z broni maszy­no­wej i Tom­mies wyco­fali się.

Nad­szedł wie­czór, na linii frontu zapa­no­wała cisza. Pocho­wa­li­śmy naszych pole­głych pod sta­rym dębem przy skraju drogi. Poże­gna­li­śmy pierw­sze ofiary z 2 kom­pa­nii. Wal­zin­ger powie­dział kilka wznio­słych słów i było po wszyst­kim. Następ­nego dnia prze­ciw­nik oddał tu salwę hono­rową.

- Hel­mut, obudź się! Masz iść do szefa kom­pa­nii! - zawo­łał Graf.

Mówi­li­śmy sobie na "ty". Byli­śmy razem w Ell­wan­gen jako unterscharführerowie w kom­pa­nii rekru­tów, w któ­rej usi­ło­wano zro­bić żoł­nie­rzy z cywi­lów. Graf był wspa­nia­łym kum­plem! Ale żeby wyko­rzy­sty­wać poufa­łość do pry­wat­nych celów było nie do pomy­śle­nia.

Tro­chę czasu mu zabrało, nim mnie dobu­dził. Nawet kiedy byłem rekru­tem, to była moja sła­bość. Nic mi nie prze­szka­dzało w szko­le­niu, ale ni­gdy nie potra­fi­łem wsta­wać z łóżka na komendę. Gwiz­dek pod­ofi­cera dyżur­nego był zawsze dla mnie tor­turą i wiele kar, które pono­si­łem, były wyni­kiem leni­stwa. To wła­śnie w Brion untersturmführer Seitz strze­lił z pisto­letu obok mojego łóżka, aby mnie obu­dzić. No, dobrze, każdy ma jakieś wady!

- Sia­daj i napij się tro­chę - powie­dział Wal­zin­ger i wrę­czył mi "tajną butelkę". - Dowódca kazał zor­ga­ni­zo­wać grupę sztur­mową, która ma za wszelką cenę przy­pro­wa­dzić jeń­ców. Weź kilku ochot­ni­ków i ruszaj. Pro­po­nuję kie­ru­nek do młyna. Pfef­fer uważa, że sie­dzi tam kilku Tom­mies.

Kilka dni temu wyco­fa­li­śmy się stam­tąd. Był dla nas nie do utrzy­ma­nia bez ponie­sie­nia dużych strat i teraz trzy­ma­li­śmy tę pozy­cje w sza­chu za pomocą kara­bi­nów maszy­no­wych z I i IV Plu­tonu.

- Masz, weź jesz­cze łyk i niech ci szczę­ście sprzyja! Pfef­fer już wie, że wyru­sza­cie.

Jak węże, jak India­nie na ścieżce wojen­nej, pod­kra­da­li­śmy się do młyna. Mia­łem ze sobą trzech ludzi i dodat­kowo unterscharführera Wiehra. Osłonę ogniową zapew­niały nam kara­biny maszy­nowe ze skraju lasu po pra­wej stro­nie. Ale upa­try­wa­łem suk­cesu w cichym prze­biegu całego przed­się­wzię­cia, a nie poprzez krzyki i strzały. Weihr dobrze nada­wał się do tego celu. Zwinny jak kot i obda­rzony szó­stym zmy­słem wyczu­wa­nia zagro­że­nia; to był uro­dzony gość do oddziału roz­po­znaw­czego.

Z pło­mie­ni­ście rudymi wło­sami i pie­gami, przy­gar­bioną syl­wetką, trudno było sobie z nim pora­dzić. Ale na polu walki to był fan­ta­styczny chło­pak! Miał instynkt, aby zmu­sić ludzi do robie­nia słusz­nych rze­czy w decy­du­ją­cych momen­tach.

Zostało jesz­cze 20 metrów do młyna potwor­nie podziu­ra­wio­nego poci­skami. Leże­li­śmy spo­koj­nie i wpa­try­wa­li­śmy się upo­rczy­wie w dom, sto­dołę i staj­nię. Jak do tej pory wszystko szło dobrze. Pod­czoł­ga­li­śmy się bli­sko domu. Pozo­sta­wi­li­śmy wszystko, co mogłoby wywo­łać hałas. Mie­li­śmy tylko pisto­lety maszy­nowe. Czy uda się nasza zabawa w pod­chody? Czy ktoś był w budynku? Osła­nia­jąc się wza­jem­nie, powo­lutku skra­da­li­śmy się do domu, a Schim­mer był już nawet przy naroż­niku stajni. Trudno było uwie­rzyć, że Tom­mies nie zauwa­żyli nas do tej pory.

Jesz­cze raz rozej­rze­li­śmy się podejrz­li­wie we wszyst­kie strony. A potem Wiehr i ja wsko­czy­li­śmy jeden za dru­gim przez okno do środka i potknę­li­śmy się o ciała ludzi śpią­cych na pod­ło­dze. A ci nie wie­dzieli, jak bli­sko byli od kata­strofy. Wiehr zła­pał jed­nego ze śpią­cych i pocią­gnął go za sobą do okna. Potem wypchnę­li­śmy przez nie jeńca. Trzy­ma­łem go za nogę i tak jak przy­by­li­śmy, chcie­li­śmy się wyco­fać. Jeniec zawisł na naszych ramio­nach, ponie­waż Wiehr "stuk­nął" go w głowę.

Wtedy ktoś zawo­łał z głębi ciem­nego pokoju:

- Co jest?

- Nic - odpo­wie­dział Wiehr.

W pokoju zapa­no­wał zupełny chaos, kiedy roz­le­gły się strzały na zewnątrz. Wresz­cie wydo­sta­li­śmy się przez okno. War­tow­nicy strze­lali cha­otycz­nie we wszyst­kich kie­run­kach, nie zda­jąc sobie sprawy, co tak naprawdę się działo. Praw­do­po­dob­nie zasnęli na swo­ich sta­no­wi­skach i dla­tego nie­zau­wa­żeni dosta­li­śmy się do domu. Jeden z nich wybiegł zza rogu. "Bum" i już leżał na ziemi. San­der pod­sta­wił mu nogę i Anglik się prze­wró­cił. Wystar­czyło go tylko pod­nieść.

Naj­wyż­szy czas, aby stąd znik­nąć, gdyż wszystko zaczy­nało się dziać zbyt szybko. Ucie­ka­li­śmy spod młyna, popę­dza­jąc dwóch jeń­ców, aby nie tra­cić czasu. Schim­mer szybko ogar­nął sytu­ację i strze­lał w okna i drzwi domu. Bie­gli­śmy zyg­za­kiem, pada­jąc za każ­dym razem, kiedy któ­ryś z Bry­tyj­czy­ków pró­bo­wał sta­wiać opór i w ten spo­sób poko­na­li­śmy spory dystans. Wtedy ode­zwały się kara­biny maszy­nowe na skraju lasu, zapew­nia­jąc nam osłonę ogniową. Jed­nak ich ostrzał nie był zbyt celny, ponie­waż nie chcieli tra­fić kogoś z nas, a prze­cież byli­śmy na linii ognia!

Udało się! Spo­ceni, w podar­tych i postrzę­pio­nych mun­du­rach sta­nę­li­śmy przed dowódcą kom­pa­nii, który cze­kał na nas na pozy­cji naj­da­lej wysu­nię­tego plu­tonu. Przy oka­zji - jeńcy nale­żeli wcze­śniej do bry­tyj­skiej 7. Dywi­zji Pan­cer­nej. Wyczer­pani i zmę­czeni podrep­ta­li­śmy do I Plu­tonu, owi­nę­li­śmy się w koce i szybko zasnę­li­śmy. Ale nie dane mi było dłu­żej drze­mać, ponie­waż obu­dził mnie wielki hałas. Strze­lała cała broń naszej kom­pa­nii. Pano­wał przy­ćmiony mrok zni­ka­ją­cej nocy i budzą­cego się świtu, który cywile opi­sują jako "sza­rość poranka". Stey­rer wró­cił ze sta­no­wi­ska dowo­dze­nia kom­pa­nii i przy­niósł nowy roz­kaz:

- Linia obrony musi być utrzy­mana za wszelką cenę.

Kilka waż­nych rze­czy wyda­rzyło się przez kolejne godziny. Anglicy zaczęli wyko­rzy­sty­wać moź­dzie­rze i lekką arty­le­rię, co spra­wiało nam kło­poty i wska­zy­wało, że poprzed­niej nocy spro­wa­dzili dodat­kowe oddziały na pole walki. Teraz strze­lano ze wszyst­kich kie­run­ków. Poja­wiło się nie­bez­pie­czeń­stwo, że prze­ciw­nik zagar­nie nasze schwim­m­wa­geny, więc Wal­zin­ger roz­ka­zał unterscharführerowi Westhäuserowi odpro­wa­dzić je w bez­pieczne miej­sce. Kie­rowcy zdą­żyli nimi odje­chać tuż przed tym, jak Anglicy ostrze­lali nasz poprzedni par­king.

Jed­nak jeden samo­chód tere­nowy pozo­stał z nami, ponie­waż jego kie­rowca poległ lub odniósł rany. Nie cze­ka­jąc dłu­żej, unterscharführer prze­biegł przez par­king, wsiadł do volks­wa­gena, włą­czył sil­nik i wśród świ­stu poci­sków poje­chał za resztą pojaz­dów.

Ci, któ­rzy widzieli to wyda­rze­nie, zanie­mó­wili. Tuż przed inwa­zją Abe­der został prze­nie­siony do nas ze sta­no­wi­ska biu­ro­wego. Miał sto­pień unterscharführera, ale nie miał poję­cia obo­wiąz­kach żoł­nie­rza.

Będąc ofi­ce­rem dyżur­nym w Brion, zamel­do­wał zgru­po­waną kom­pa­nię jej sze­fowi. Patrzy­łem z oddali i myśla­łem, że dostanę zawału serca. Abe­der w płasz­czu, z posta­wio­nym koł­nie­rzem, bez pasa, z połami płasz­cza trze­po­czą­cymi w lek­kim poran­nym wie­trze, czapką polową prze­krzy­wioną na gło­wie - w takiej postaci skła­dał mel­du­nek sze­fowi kom­pa­nii!

Twa­rze pod­ofi­ce­rów sto­ją­cych po pra­wej stro­nie wiele mówiły. Mogli prze­cież wcze­śniej zare­ago­wać, ale tego nie zro­bili, ponie­waż nie chcieli stra­cić wido­wi­ska. Zadzi­wiony szef kom­pa­nii unterscharführer Graf, pocho­dzący ze Ste­ier­mark, nie potra­fił wydo­być głosu ze zdzi­wie­nia. Cho­ciaż miał silny cha­rak­ter i zawsze był gotowy do żar­tów, to widok tak mało woj­sko­wej postaci, to było nawet dla niego zbyt dużo. Graf podra­pał się w głowę i nie­mal nadep­nął na stopy Abe­dera. A ten spoj­rzał na niego zasko­czony, wyszep­tał coś w rodzaju groźby, obró­cił się, oczy­wi­ście w prawo z roz­wia­nym płasz­czem jak kry­no­lina i znik­nął z pola widze­nia. A potem?

Teraz ten chło­pak bez namy­słu popę­dził do głu­piego samo­chodu i odje­chał nim, jak gdyby ni­gdy nic, nie zwa­ża­jąc na ostrzał ze strony Angli­ków. Tym razem ata­ku­jący rze­czy­wi­ście zwol­nili tempo natar­cia. W pierw­szym plu­to­nie sytu­acja była do znie­sie­nia, ale nad­zwy­czajna strze­la­nina odby­wała się na odcin­kach plu­to­nów Pfef­fera i Jasjart­scheka. Obok nas w lesie wyrósł gej­zer ognia i kilka eks­plo­zji wstrzą­snęło zie­mią, a armia nie­miecka mogła spi­sać na straty tysiące litrów paliwa. Taki idio­tyczny upór! Kilka dni wcze­śniej był czas, aby wywieźć paliwo naszymi samo­cho­dami. Można to było zro­bić nawet wczo­raj; ale nie, biuro kon­tro­lu­jące maga­zyn nie wydało odpo­wied­niej dys­po­zy­cji. To było dość, żeby rwać włosy z głowy. W ten spo­sób na pewno nie da się powstrzy­mać inwa­zji. Nie wygramy tej bitwy!

Nie było czasu na dal­sze bun­tow­ni­cze myśli, ponie­waż sytu­acja na odcinku plu­tonu szybko się zmie­niała. Strze­la­li­śmy ze wszyst­kich luf w prze­ciw­le­gły skraj lasu (skąd przy­szedł Hähnel poprzed­niego dnia), gdzie aż roiło się od Angli­ków. Z wywie­szo­nym ze zmę­cze­nia języ­kiem poja­wił się sturm­mann Stey­rer, poło­żył się na ziemi i wysa­pał:

- Roz­kaz od szefa: kom­pa­nia ma prze­rwać kon­takt z wro­giem. Pierw­szy plu­ton na osła­niać odwrót aż do dzie­wią­tej rano, a potem przejść do roz­wi­dle­nia dróg bez­po­śred­nio na połu­dnie od Vau­ba­don. Tam dodat­kowe roz­kazy. I po chwili już go nie było.

Nad­szedł czas, aby prze­gru­po­wać plu­ton do nowego zada­nia, czyli odwrotu. Nie było to łatwe, ponie­waż nie wolno było pozwo­lić prze­ciw­ni­kowi na zbyt wcze­sne odgad­nię­cie naszych zamia­rów. Na szczę­ście nasz ostrzał trzy­mał Tom­mies bli­sko ziemi.

Spoj­rza­łem na zega­rek, do dzie­wią­tej pozo­stały trzy minuty. Dowódcy dru­żyn już byli o wszyst­kim poin­for­mo­wani. Tylko dru­żyna Grafa pozo­stała na miej­scu.

Zadzia­łało! Dru­żyna Grafa rów­nież wyco­fała się bez trud­no­ści. A potem bie­gli­śmy dłu­gimi sze­re­gami przez teren prze­cinki. Nagle ktoś krzyk­nął:

- Lot­nik! Kryj się!

I z szyb­ko­ścią bły­ska­wicy zaczę­li­śmy szu­kać schro­nie­nia. Tylko zadud­niło nad naszymi gło­wami, a ja wci­sną­łem głowę mię­dzy ramiona, spo­dzie­wa­jąc się świ­stu poci­sków. Ale samo­loty odle­ciały i byłem zasko­czony, że nic złego się nie stało. Widać nie byli­śmy inte­re­su­ją­cym celem. Z ulgą unio­słem głowę i zoba­czy­łem, gdzie piloci wyko­rzy­stali swoją strasz­li­wie nisz­czy­ciel­ską broń. Tam, gdzie była 4 kom­pa­nia. Zastępca jej dowódcy wła­śnie stra­cił życie. Było to tym bar­dziej tra­giczne, że tego dnia wró­cił z prze­pustki na ślub.

Wkrótce byli­śmy przy wyzna­czo­nym skrzy­żo­wa­niu. Wła­śnie prze­py­cha­łem się wokół naroż­nika muru poro­śnię­tego krza­kami, kiedy wpa­dłem na unterscharfürera Wiehra. Jego mel­du­nek był fra­pu­jący. Na wyzna­czo­nym dla nas jako punkt zbiórki skrzy­żo­wa­niu już byli alianci. Wokół krą­żyły czołgi wroga i nie było ni­gdzie widać naszych tere­no­wych volks­wa­ge­nów. Do tego nie było nawet śladu dowódcy kom­pa­nii ani jego ludzi. To było jakieś sza­leń­stwo. Pfef­fer i Jasjart­schek ze swo­imi plu­to­nami zor­ga­ni­zo­wali obronę okrężną i cze­kali tylko na nas. Mie­li­śmy tylko jedno wyj­ście - poru­szać się jak naj­szyb­ciej potra­fimy i nawią­zać kon­takt ze szta­bem bata­lionu. A ten nie mógł być daleko, ponie­waż tuż przed Bal­le­roy obok nas prze­je­chał pusty schwim­m­wa­gen z 4 kom­pa­nii.

Za nami zostało kilka godzin mar­szu. Sytu­acja robiła się bar­dziej zwa­rio­wana niż sądzi­łem na początku. Prze­my­ka­li­śmy przez wio­ski ostrze­li­wane przez arty­le­rię. Ni­gdzie nie było widać żywej duszy i nie wie­dzie­li­śmy, czy strze­lali Niemcy, czy też prze­ciw­nik. Osta­tecz­nie to nie miało zna­cze­nia, pocisk to pocisk, a sku­tek ten sam! Musie­li­śmy ucie­kać na boki, ponie­waż dosły­sze­li­śmy chrzęst gąsie­nic czoł­go­wych. Nie było wąt­pli­wo­ści, co do ich naro­do­wo­ści. Wyraź­nie było widać duże, białe gwiazdy U.S. Army! Masze­ro­wa­li­śmy wzdłuż styku mię­dzy oddzia­łami Jan­ke­sów i Tom­mies, ale dopiero póź­niej to sobie uświa­do­mi­li­śmy.

Musie­li­śmy prze­być jakieś 25 kilo­me­trów. Każdy, kto zna jed­nostki zmo­to­ry­zo­wane i "radość", jaką im spra­wia marsz na piechtę, zro­zu­mie nasz nastrój. A do tego na­dal nie było nawet śladu naszego bata­lionu.

Budził się we mnie gniew. Jak mogli nas tak zosta­wić? Dokąd mógł zmie­rzać Jupp Wal­zin­ger i dru­żyna szta­bowa?

Ale przede wszyst­kim musie­li­śmy masze­ro­wać. Gdzieś wresz­cie wpad­niemy na nie­miec­kich żoł­nie­rzy. Nie było widać fran­cu­skiej lud­no­ści, oko­lica była jak wymie­ciona z cywi­lów.

Zmę­czeni, wle­kli­śmy się powoli wzdłuż drogi, kiedy Wiehr pocią­gnął mnie za rękaw i mil­cząco wska­zał kciu­kiem na prawo w dolinę.

- O mój Boże -wes­tchną­łem ze stra­chem.

Rów­no­le­gle do kie­runku naszego mar­szu toczyła się kolumna czoł­gów. Znik­nę­li­śmy jak bły­ska­wica i cze­ka­li­śmy, aż ostatni z nich wyje­dzie z pola widze­nia. Wdzięczni losowi, że nie zosta­li­śmy dostrze­żeni, szli­śmy dalej.

Szary samo­chód pod­je­chał do nas. Odbyła się krótka dys­ku­sja.

- Tak, widzia­łem oddział SS ze schwim­m­wa­ge­nami. Skrę­cili na pół­noc jakiś osiem kilo­me­trów stąd.

To musieli być nasi. Samo­chód zawró­cił, jak już zapew­ni­łem feld­fe­bla, który był kie­rowcą, że za nami nie ma już żad­nych nie­miec­kich oddzia­łów.

Doszli­śmy do małego mia­steczka. Roz­sie­dli­śmy się apa­tycz­nie na rynku. Nie­któ­rzy z naszych ludzi zdej­mo­wali buty i oglą­dali pęche­rze na sto­pach.

- Suge­ruję, aby­ście ponow­nie zało­żyli buty, ponie­waż na bosaka nie będzie mogli iść tak szybko - stwier­dzi­łem szy­der­czo.

- Zacho­wu­je­cie się jak żół­to­dzioby - burk­nął gniew­nie Groß. - Nie dotarło do was jesz­cze, że stopy wam napuchną, kiedy tyle masze­ro­wa­li­ście. Będzie faj­nie wyglą­dało, jak przede­fi­lu­je­cie w takim sta­nie przed dowódcą. Ludzie ze spo­co­nymi, śmier­dzą­cymi sto­pami i butami zawie­szo­nymi wokół szyi, to będzie zabawa!

Nie mia­łem ochoty na kon­ty­nu­ację mar­szu całym oddzia­łem w zapa­da­ją­cym mroku, więc naj­pierw posła­łem paru ludzi na roz­po­zna­nie. Powró­cili wszy­scy z wyjąt­kiem unterscharführera Weyla. Bez dobrych wie­ści! Nastrój spadł poni­żej zera.

- Miejmy nadzieję, że nie wpadł w ręce chłop­ców z innym "nume­rem poczty polo­wej" (to zna­czy wro­gów) - powie­dział Graf, wyma­chu­jąc laską spa­ce­rową, którą nie­dawno zna­lazł.

- Nie szu­kaj kło­po­tów. Jeśli naprawdę nie wróci, nie zosta­nie nam nic innego, jak tylko przy­go­to­wać się do obrony okręż­nej - powie­dzia­łem zre­zy­gno­wany.

Ale Weyel wresz­cie powró­cił i to zmo­to­ry­zo­wany. Roz­po­znaw­cza grupa łącz­no­ści z 4 kom­pa­nii prze­jęła jego ludzi. Byłem szczę­śliwy, kiedy zoba­czy­łem ich z pojaz­dami! W stylu pie­choty moto­cy­klo­wej, Weyel wysko­czył się ze schwim­m­wa­gena i wylą­do­wał ele­gancko przede mną.

- Musimy jesz­cze prze­je­chać tą drogą na pół­noc jakieś sie­dem kilo­me­trów, nim dosta­niemy się do sztabu bata­lionu.

- Wsta­wać, wy lenie, no już! - krzy­cza­łem.

Ponie­waż już wszy­scy ludzie sły­szeli ostat­nie wia­do­mo­ści, te kilka słów wystar­czyło, aby namó­wić ich do ruchu. Unterscharführer z 4 kom­pa­nii poże­gnał się z nami i odje­chał ze swo­imi ludźmi.

- Z tego, co ten pod­ofi­cer mówił, wynika, że porucz­nik Wal­zin­ger jest już z resztą kom­pa­nii razem z bata­lio­nem - mel­do­wał Weyel, kiedy masze­ro­wa­li­śmy na czele kolumny żoł­nie­rzy.

Za nami roz­le­gły się znowu śmie­chy i dow­cipy. Nastrój znacz­nie się popra­wił dzięki wie­dzy, że mie­li­śmy kon­takt z resztą jed­nostki. To było nawet lep­sze niż dobry posi­łek!

Wal­zin­ger cze­kał na nas na skraju wio­ski, ale zamiast zado­wo­le­nia, że znowu byli­śmy w obję­ciach bata­lionu, na jego twa­rzy widoczne było zakło­po­ta­nie.

- Czy wsta­łeś lewą nogą z łóżka? - dopy­ty­wa­łem się, pod­czas gdy oberscharführer Döbler popro­wa­dził moich ludzi do sto­doły, gdzie mogli zła­pać tro­chę snu, któ­rego tak im bra­ko­wało.

- Kiedy znowu zamel­du­jesz się u dowódcy, wtedy dowiesz się, dla­czego nie wyglą­dam na zado­wo­lo­nego. Zerwał mi nara­mien­niki, ponie­waż znik­nęły nasze pojazdy.

Byłem wstrzą­śnięty, to była naprawdę wpadka.

- Ale dla­czego, Jupp. Prze­cież roz­ka­za­łeś, aby odpro­wa­dzić pojazdy na tyły, co było cał­kiem słuszne! Dia­bli wie­dzą, gdzie one są, ale to nie twoja wina!

Wal­zin­ger zaśmiał się krótko.

- Po pierw­sze, idź do Sta­rego, a potem zoba­czymy, co się sta­nie.

Sturmbannführer Hol­zap­fel i jego sztab urzą­dzili się kom­for­towo w miej­sco­wym zameczku. Led­wie opu­ści­łem dłoń na szwy spodni po salu­cie powi­tal­nym, kiedy strze­lił we mnie pyta­niem:

- Gdzie są pojazdy?

Bywa tak cza­sami, że głu­pie pyta­nie zasłu­gują na jesz­cze głup­sze odpo­wie­dzi.

Mia­łem już na końcu języka, że "poszły na marne", ale lata dobrego wycho­wa­nia kazały mi trzy­mać zaci­śnięte usta. Adiu­tant bata­lionu, obersturmführer Obert, powie­dział mi potem, że gapi­łem się na Sta­rego, jak na nowo naro­dzone cielę. Dobry Obert był tro­chę szorstki, ale wiele razy łago­dził kon­flikty i tłu­mił fale emo­cji. Dowódca nie dał mi czasu na odpo­wiedź, co może było naj­lep­sze w tym momen­cie. Wysze­dłem z sali z roz­ka­zem zebra­nia patrolu bojo­wego i odszu­ka­nia pojaz­dów.

Ponie­waż skóra mi stward­niała przez lata służby woj­sko­wej, zaci­sną­łem tylko zęby, pomy­śla­łem o patro­nie naszej dywi­zji, pomru­cza­łem chwilę i pobie­głem przez kory­tarz.

- Poszu­ki­wane pojaz­dów! I to w rejo­nie 10 na 40 kilo­me­trów! Jak Stary sobie wyobraża, że będzie się to działo w środku nocy?

- Od kiedy roz­ma­wiasz sam ze sobą? - tymi sło­wami obersturmführer Buck prze­rwał moje narze­ka­nia.

W kilku sło­wach wyja­śni­łem mu moje roz­kazy.

- Weź głę­boki oddech i policz do dzie­się­ciu. To zawsze mi poma­gało - powie­dział, co miało w jego mnie­ma­niu tro­chę mnie pocie­szyć.

To dobrze o nim świad­czyło, ale to ja mia­łem pro­ble­mów w bród.

W sto­dole, gdzie zmę­czeni ludzie spali do dłu­gim i wyczer­pu­ją­cym mar­szu, zapa­li­łem latarkę i pocią­ga­łem nie­któ­rych z nich za nogi. Pomy­śla­łem, że był to lep­szy spo­sób niż robie­nie hałasu i krzyki: "ochot­nicy na patrol bojowy". Głupi pomysł, po co wywo­ły­wać chaos? Moi ludzie nie byli winni zaist­nia­łej sytu­acji. Poza tym ci, któ­rych zbu­dzi­łem, mogli być tak czy tak ochot­ni­kami. Dużo trud­niej było im wyja­śnić, że w nocy czar­nej jak smoła mie­li­śmy ganiać po nie­zna­nym tere­nie i szczę­śli­wym zbie­giem losu wpaść na 50 schwim­m­wa­ge­nów. To była zupełna bzdura. I na dobrą sprawę, czy to była moja wina? Gdyby odbyła się jakaś dys­ku­sja o winie, to kła­ma­liby ci, któ­rzy kazali 2 kom­pa­nii zbyt późno prze­rwać kon­takt z prze­ciw­ni­kiem. A prze­cież ten roz­kaz pocho­dził ze sztabu bata­lionu! Powinni dzia­łać szyb­ciej, a nie wtedy, kiedy prze­ciw­nik już krą­żył po dro­dze z Bay­eux do St. Lô. Oczy­wi­ście przez te pierw­sze kilka dni pano­wało duże zamie­sza­nie i było moż­liwe, że nawet nasz dowódca stra­cił ogląd sytu­acji. Ale wtedy to jego, a nie pod­wład­nych, powinno się trak­to­wać jak kozły ofiarne.

W wypra­wie powrot­nej minę­li­śmy sta­no­wi­sko armaty prze­ciw­pan­cer­nej Hie­kego, która bro­niła skraju wio­ski. Na wscho­dzie wsta­wało już słońce i budził się nowy dzień. Jak się spo­dzie­wa­li­śmy, po naszych pojaz­dach nie został nawet ślad. Tylko skrzynki amu­ni­cyjne mie­li­śmy lżej­sze, gdyż musie­li­śmy bro­nić się przed oddzia­łami zabez­pie­cza­ją­cymi wroga. Do tego chyba roz­gnie­wa­li­śmy ame­ry­kań­skie dowódz­two w nie­od­le­głym Château, co nie było naszym zamia­rem. Ale Ame­ry­ka­nie zablo­ko­wali nam trasę odwrotu i musie­li­śmy prze­ła­zić przez dwu­me­trowy mur. A ten na szczy­cie był ude­ko­ro­wany odłam­kami szkła i dru­tem kol­cza­stym, żeby­śmy mieli na czym poroz­dzie­rać spodnie. Ponie­waż Stary już zasnął, mia­łem szczę­ście i zda­wa­łem raport tylko adiu­tan­towi.

Jecha­li­śmy, ale jedy­nie jako ledwo tole­ro­wani pasa­że­ro­wie w pojaz­dach innych kom­pa­nii. Po pół godzi­nie jazdy, kolumna zatrzy­mała się. Sie­dzia­łem w ośmio­ko­ło­wym samo­cho­dzie pan­cer­nym 1 kom­pa­nii. Z jego wyso­ko­ści widzia­łem przed sobą samo­chód dowódcy, a obok niego jakie­goś pod­ofi­cera, który machał rękami, aby zdać rado­sny raport. To był Westhäuser, szef sek­cji napraw­czej z naszej kom­pa­nii (Kfz. Staffelführer)! Jed­nym sko­kiem poko­na­łem cienką burtę pan­cerną samo­chodu i pobie­głem drogą. Za żywo­pło­tem rosną­cym rów­no­le­gle do drogi dostrze­głem pięk­nie usta­wione w linii nasze vw-shwim­m­wa­geny! Obok mnie zaraz zna­lazł się Wal­zin­ger. Trudno w to uwie­rzyć, ale nie usły­sze­li­śmy jak Stary chwa­lił Wasthäusera. Zamiast tego zmie­szał go z bło­tem w obec­no­ści zebra­nych ludzi. Spoj­rze­li­śmy na sie­bie z Wal­zin­gerem, nie wie­dząc, co powie­dzieć!

Podróż odby­wała się jak poprzed­nio, tylko, że teraz sie­dzie­li­śmy we wła­snych wozach tere­no­wych. A wszystko wcze­śniej wyglą­dało tak: Westhäuser, który zgod­nie z roz­ka­zem doje­chał do wyzna­czo­nego na mapie rejonu, ukrył nasze pojazdy, aby nie dało się ich dostrzec z powie­trza i wysta­wił warty. Mój kie­rowca, sturm­mann Kric­khahn, chciał się umyć i pobiegł do pobli­skiego potoku. Zanim tam dobiegł, dostrzegł na dru­gim brzegu grupę ame­ry­kań­skich czoł­gów. Wró­cił z okrzy­kiem "czołgi!" i uciekł. W tym samym cza­sie jeden z war­tow­ni­ków zamel­do­wał, że z prze­ciw­nego kie­runku też nad­jeż­dżały czołgi wroga. Fakt, że Westhäuser zdo­łał zapo­biec panice, cały czas kon­tro­lu­jąc kie­row­ców i nie utra­cił ani jed­nego samo­chodu, wystar­czył, aby dać mu nagrodę. Oczy­wi­ste było, że nie miał nawet sekundy, aby zamel­do­wać o sytu­acji dowódcy kom­pa­nii. Dla niego naj­waż­niej­sze było rato­wa­nie pojaz­dów. To mu się cał­ko­wi­cie udało i to naprawdę było spore osią­gnię­cie. Kiedy się o tym dowie­dzie­li­śmy, a doszło do tego, że wczo­raj ofi­cer ze sztabu dywi­zji wydał mu na dro­dze kolejne idio­tyczne roz­kazy, krę­ci­li­śmy z Wal­zin­ge­rem ze zdzi­wie­nia gło­wami. Wyru­szy­li­śmy na patrol bojowy, aby odszu­kać coś, co było już wcze­śniej odna­le­zione. Oczy­wi­ście nikt ze sztabu dywi­zji albo bata­lionu nie pomy­ślał, że wystar­czy wysłać zwy­kłą wia­do­mość radiową o odna­le­zie­niu pojaz­dów. A jeśli nawet naka­zano ciszę radiową, to dla­czego nie posłano gońca na moto­cy­klu?

Jecha­li­śmy już przez kilka godzin, pozo­sta­wi­li­śmy za ple­cami Tessy, Le Men­sill-Raoult i Cerssy-la-Salle i prze­je­cha­li­śmy przez drogę Coun­tan­ces-St. Lô. Dwa kilo­me­try przed nami wyro­sła chmura żół­to­czar­nego dymu. Kiedy się zbli­ża­li­śmy, doszedł jesz­cze do tego prze­ni­kliwy smród, a potem obraz kata­strofy i cha­osu. Na pobo­czu drogi zale­gło sześć kom­plet­nie spa­lo­nych auto­bu­sów medycz­nych. Wokół nich stało apa­tycz­nie kilku żoł­nie­rzy. Led­wie reago­wali na nasze pyta­nia. Na dro­dze leżały resztki spa­lo­nych ciał. Kilku ran­nych, uty­ka­jąc, nie­udol­nie pró­bo­wało uciec od pło­ną­cych auto­bu­sów. Inni zwi­sali z pozba­wio­nych szyb okien. Biedni ludzie roz­rzu­ceni byli wokół w pro­mie­niu 50 metrów, liczyli pew­nie, że znajdą pomoc w szpi­talu. Chłopcy z naszych jed­no­stek tyło­wych poma­gali per­so­ne­lowi medycz­nemu grze­bać pole­głych.

Ten trans­port ran­nych był wyraź­nie ozna­czony, ale został cał­ko­wi­cie znisz­czony przez myśliwce bom­bar­du­jące. Jesz­cze dawało się roz­po­znać znak Czer­wo­nego Krzyża na wypa­lo­nym dachu auto­busu.

- Raz po raz ata­ko­wali, strze­la­jąc ze wszyst­kich luf, dopóki już nikt się nie ruszał - zamel­do­wał jeden z sani­ta­riu­szy.

- Zna­czące osią­gnię­cie lot­nic­twa ame­ry­kań­skiego - stwier­dził z gory­czą Graf.

To się wyda­rzyło 14 czerwca 1944 roku! To prze­ży­cie dało nam pogląd, w jaki spo­sób alianci mogli osią­gnąć zwy­cię­stwo w Nor­man­dii.

W nocy, kiedy prze­jeż­dża­li­śmy przez St. Sau­veur-Len­de­lin, leża­łem roz­cią­gnięty na sie­dze­niu samo­chodu i drze­ma­łem. Haas też się wygod­nie urzą­dził na tyl­nej kana­pie pomię­dzy skrzyn­kami amu­ni­cyj­nymi, pra­niem i kocami oraz śpie­wał cicho po raz dzie­siąty: "Salemy to naj­lep­sze papie­rosy na świe­cie, gdyż można je palić, tylko p.......... się z kobietą w łóżku".

- Na miłość boską - wark­ną­łem - zaśpie­waj coś innego albo wyrzucę cię z samo­chodu na ulicę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki