Rozdział 1. Na froncie inwazji alianckiej
1
Na froncie inwazji alianckiej
- Do cholery, uważajcie - zawył Weyel i zaczął wykonywać taniec świętego
Wita.
Nic dziwnego. Podczas podnoszenia ciężka beczka ześlizgnęła się z krawędzi schwimmwagena, nie zważając na kciuk unterscharführera
Weyla, który utkwił między nią a ścianką pojazdu.
Wspólnym wysiłkiem jeszcze raz podparliśmy monstrum, podnieśliśmy je i kciuk Weyla był wolny. Zgrzytał głośno zębami i zawodził.
- Mamo, jak boli - i wymachiwał okaleczoną dłonią.
Oczywiście, że go bolało, ale ja nie mogłem powstrzymać śmiechu i byłem
przekonany, że moi ludzie też się śmiali. To był zbyt komiczny widok:
przysadzisty facet o posturze zabijaki podskakiwał na poboczu drogi jak
baletnica. A wtedy, kiedy chmury rozstąpiły się i pojawiło się światło
księżyca, dało się trochę łatwiej rozpoznać okolicę. Z ciemności wyłonił
się człowiek.
- Untersturmführer, jesteśmy gotowi - zameldował cicho sturmmann
Schrimer.
- Dobrze, jedziemy dalej do Sandera.
Ten właśnie rozmawiał z wartownikiem za zakrętem.
- Powiedz mu, że wymieniliśmy oponę.
To było ustalone hasło do przerwania rozmowy dla sturmmanna Sandera,
dowódcy mojego plutonu, który razem z Heinem miał za zadanie odwrócić
uwagę wartowników, podczas kradzieży paliwa.
Naprawdę kradliśmy to paliwo! Wykorzystując pięć schwimmnagenów,
odciążyliśmy skład paliwa o pięć 200-litrowych beczek benzyny,
niezbędnej dla jednostek zmotoryzowanych.
Szef ogromnego składu paliw w północnej części For?t de Cerisy niemal
dostał ataku szału dzisiaj rano, kiedy zwróciłem się do niego o trochę
benzyny.
- Co ty sobie myślisz? Nie mogę wydać tak po prostu paliwa bez rozkazu.
Mój skład znajduje się bezpośrednio pod dowództwem OB West
(Oberbefeflhaber West - Naczelnego dowództwa na Zachodzie).
Nie, tu nie ma sensu dyskutować z Biurem Administracyjnym Armii
(Heeres -Verwaltungsbeamt - wydział OKH) i tak my, 2 kompania
Batalionu Rozpoznawczego Dywizji Götz von Berlichingen, musieliśmy
sami przejąć inicjatywę.
To był początek naszej pierwszej misji rozpoznawczej.
Po południu 6 czerwca 1944 roku, w dniu inwazji, byliśmy pierwszym
oddziałem dywizji postawionym w stan alarmu. Wysłano nas od razu w drogę
z rejonu odtwarzania batalionu nad Loarą. Trasa wiodła z Vire przez
Tessy i Balleroy, a zatrzymaliśmy się w małej wiosce Vaubauoun na drodze
z St. Lô do Bayeux. Zadanie SS-Aufklärungsabteilung 17 Götz von
Berlichingen było jednoznaczne: zabezpieczyć drogi do St. Lö.
Wyruszyłem z 2. Drużyną mojego plutonu, aby ocenić, ile naszych własnych
oddziałów nadal walczyło na północ od nas. Amerykanie zaatakowali je
rankiem 6 czerwca 1944 roku. Od tego momentu nasi towarzysze broni
walczyli z przeważającymi siłami przeciwnika.
Mój dowódca odprawił mnie z takim rozkazem:
- Poinformuj dowódców jednostek, że mają pozostać na obecnych pozycjach.
Chciałbym porozmawiać z nimi osobiście, więc musimy nawiązać z nimi
łączność.
Z piskiem hamulców zatrzymaliśmy się w północnej części Lasu Cerisy.
Musiałem spojrzeć dwa razy, ponieważ na skraju drogi stał niemiecki
strzelec z karabinem na ramieniu. Wyglądał, jakby pilnował armijnego
magazynu pasty do butów w środku Niemiec.
- A co ty tutaj robisz? - próbowałem się dowiedzieć.
Zachowywał się bardzo dyskretnie, ale za nim, po obydwóch stronach
drogi, łatwo dało się zauważyć kiepsko zamaskowane beczki z paliwem.
Kiedy armijny gryzipiórek zauważył nasz pojazd, natychmiast przybiegł.
Był kompletnie zaskoczony, widząc nas w mundurach maskujących.
- Nic mi nie wiadomo o Amies i Tommies. Do teraz panowała tu cisza!
- niemal piszczał zaniepokojony.
Potem doszło do wspomnianej prośby o paliwo, która tak zdenerwowała
urzędasa, że nas chciał wygonić. I chociaż nie zostałem żołnierzem z dnia na dzień, to nadal nie potrafiłem przyzwyczaić się do
biurokratycznej hierarchii Wehrmachtu z jej wszechobecną jurysdykcją w różnych dziedzinach działania armii. Dlatego nie rozumiałem biuralistów
przerzucających sterty papierów. Siedzieli jak przyklejeni na szczycie
łańcucha dostaw i dzielili się zapasami jedynie wtedy, kiedy przeciwnik
mógł je zdobyć w każdej chwili.
Kręciliśmy głowami, odjeżdżając stamtąd. Kręciliśmy z niedowierzaniem,
ponieważ niemieccy żołnierze pilnowali tego składu paliwa od miesięcy. W międzyczasie nasza kompania zajmowała pozycje około 1000 metrów od niego
z karabinami maszynowymi gotowymi do strzału i to niemal pozbawiona
paliwa! Po dwóch godzinach byłem niemal pewny, że na północ od nas nie
było żadnego niemieckiego oddziału, o którym warto byłoby wspominać.
Skład paliw OB West czekał jak dojrzały owoc na pojawienie się
alianckich oddziałów.
Skręciliśmy szybko na drogę w kierunku Trevi?rs. Na prawo od nas, tam
gdzie powinno znajdować się Bayeux, rozlegało się dudnienie artylerii.
Poza wielkimi kraterami po pociskach, które zmieniły pole obok drogi w krajobraz księżycowy, nic nadzwyczajnego się nie stało.
- Gdzie są chłopaki? - chciał się dowiedzieć Weyel, kiedy zatrzymaliśmy
się na krótki postój, aby zorientować się w terenie i sytuacji.
Ledwie wypowiedział te słowa a straszliwe wycie w powietrzu zmusiło nas
padnięcia na ziemię. Zaraz potem niszczycielskie detonacje jeszcze
mocniej wcisnęły nas w wilgotny grunt. Pociski z dział okrętowych
wielkiego kalibru orały okolicę wcale nie tak daleko od nas.
- No, i masz swoją odpowiedź, Weyel! - nie mogłem powstrzymać się sprzed
zgryźliwą odpowiedzią.
A potem znowu musiałem wciskać głowę w zgięcie ręki. Ledwie dym i pył
się rozwiały, nadleciała kolejna seria pocisków. Nie było wątpliwości,
że była przeznaczona dla nas! Musieliśmy się stamtąd wynosić, inaczej
przeciwnik rozniesie nas na kawałki.
- Wsiadać! Jak najszybciej uciekać stąd do zakrętu drogi przed nami!
Z wyjącymi silnikami i piskiem opon odjeżdżaliśmy za zakręt drogi. Teren
podobny do metalowej deski do prasowania pozostał za naszymi plecami.
Zatrzymaliśmy się pod osłoną żywopłotu. Szybkie pytania:
- Czy ktoś został trafiony? Wszystko w porządku?
Tylko Kugler miał rozerwaną na plecach bluzę maskującą. Ale to można
było załatwić zwykłą nitką. W międzyczasie unterscharführer Weyel
obejrzał teren za pomocą lornetki.
Nie ma się czemu dziwić. Przed nami znajdowało się wybrzeże kanału La
Manche, a przy okazji w powietrzu wisiało na uwięzi osiem balonów.
Przynajmniej jeden musiał być obserwacyjny.
Z pewnością nie powinniśmy się dziwić. Dziecinną zabawą było kierowanie
ostrzałem okrętów z takiego balonu.
Przed nami wznosiła się wioska. Już gotowi byliśmy popędzić wokół
rozwalonego muru, ale w ostatniej chwili dostrzegłem dywizyjny
proporzec. Zatrzymaliśmy się bezpośrednio przed niewielkim dworkiem.
Obergefreiter patrzył na nas, jakbyśmy spadli z księżyca. A potem
stanąłem w piwnicy przed generałem majorem i zasalutowałem. To, co
usłyszałem, wprawiło mnie w głębokie osłupienie.
- Już nie mam dywizji! Nie mam łączności z moimi pułkami od wczorajszego
wieczoru. Moja dywizja została starta z powierzchni ziemi. Właśnie
wycofujemy się ze stanowiska dowodzenia!
Znaleźliśmy się w niezłych opałach. A co rozkazał nasz dowódca,
sturmbannführer Holzapfel?
- ... w celu nawiązania łączności ...mów sobie! ... pozostać tu, gdzie jesteś!
Co miałem w takim razie powiedzieć dowódcy dywizji, już bez dywizji?
Jeśli źle mnie zrozumie, to wyrzuci mnie na zewnątrz. Z drugiej strony,
"Stary" urwie mi głowę, jeśli nie wykonam odpowiednio naszego zadania.
W myślach przebierałem nogami i zaproponowałem generałowi, starannie
dobierając ton głosu (przynajmniej w mojej opinii), aby przynajmniej
poczekał, dopóki się nie zjawi nasz dowódca. Ale ten mruknął gburowato:
- Tego nie mogę obiecać. Wszystko zależy od dalszego rozwoju sytuacji!
Po tych słowach odprawił mnie. Takie były moje pierwsze przeżycia z frontu inwazji.
W Torteny, miejscowości na klifie nad Loarą, mieliśmy bardzo nudne
zadania. Nasza kompania pilnowała granatów, głowic bojowych i podobnie
niebezpiecznych przedmiotów. Niemiecka Abwehra pozyskała informacje, że
planowano atak na magazyn amunicyjny. Albo ktoś kogoś wpuścił w maliny w tej Abwehrze, albo nasza obecność była nie do przełknięcia dla jakichś
"patriotów". Do 6 czerwca 1944 roku kompletnie nic się nie działo!
Ale tego właśnie ranka zdarzyło się coś dużo bardziej poważnego niż
groteskowy, domniemany atak na magazyn amunicyjny.
- Alianci wylądowali na wybrzeżu Normandii - poinformował nas dowódca
kompanii, untersturmführer Walzinger.
To, że inwazja rozpocznie się któregoś dnia, nie było tajemnicą. Tym
niemniej byliśmy przejęci (ci z nas, którzy poznali już wojnę) obawą,
żeby te pamiętne słowa nie stały się wyrokiem dla naszej kompanii.
Rozumiałem, dlaczego unterscharführer Westhaüser przydepnął palce
stopy chłopaka stojącego obok niego, kiedy ten w spontanicznej radości
otworzył usta. Potem nadeszły pierwsze raporty Fluko (Flug wach
Kommando - komendantura obserwacji lotniczej) Anders, które docierały
kanałami łączności do stanowiska dowodzenia dywizyjnego batalionu obrony
przeciwlotniczej w Samur, a one nie napawały optymizmem. Ale nikt się
nie spodziewał, że te raporty radiowe zwiastowały początek końca.
Radiooperatorzy przekazywali takiej treści raporty do komendantury:
6 czerwca 1944:
05:47
Potężne zgrupowanie jednostek morskich w okolicy półwyspu Cherburg (na północ od Carentan)
05:47
Duża liczba barek desantowych zbliża się do TU4. Dodatkowo zgrupowanie okrętów i statków wszelkich typów.
06:07
Około 200 szybowców w TT5
06:31
Pojazdy wojskowe lądują w TG4
06:32
Dodatkowy desant spadochronowy w SS 215 WS. Dodatkowe zgrupowania w TU8 i TU5 (Calvados)
06:35
Bitwa powietrzna w TU8
06:37-06:40
Dalsze jednostki morskie w TU3 (wybrzeże Calvados)
06:50
Kilka niszczycieli w rejonie TT8, dalsze zgrupowania jednostek morskich wszelkiej klasy.
Wraz z tym zaczęła się tragedia niemieckiej obrony.
- Składajcie natychmiast namioty i przygotujcie się do wyjazdu! -
rozkazał Walzinger, a po dziesięciu minutach kompania wracała do Brion,
do regularnych kwater.
Jednak myliliśmy się, kiedy myśleliśmy, że wyruszymy natychmiast, aby
wspomóc jednostki broniące wybrzeża Kanału La Manche. Skąd mieliśmy
wiedzieć, że OB West mylnie uważało, że prawdziwa inwazja rozpocznie
się koło Calais, a desanty alianckich oddziałów na wybrzeżu między
Cherbourgiem a Caen były jedynie działaniami pozorowanymi? Ta fałszywa
ocena sytuacji nie była jednym powodem, dla którego potężne jednostki
pancerne były trzymane przez wiele dni i tygodni w rezerwie i wprowadzono je do walki zbyt późno, chaotycznie i stopniowo. Dzisiaj już
dobrze wiemy, że konkretni generałowie i wysokiej rangi oficerowie
sztabowi maczali w tym palce. Prościej mówiąc: zdradzili swoich
towarzyszy broni! Dzień inwazji rzeczywiście wyglądał tak, jak go
przedstawiała propaganda wroga. Niemiecka obrona została zmiażdżona, z pewnymi wyjątkami zażarcie walczących resztek oddziałów obrony wybrzeża,
przez alianckich spadochroniarzy i oddziały szybowcowe, lądujące w ciemności w tyłowych rejonach Normandii. Ponadto siły obronne we Francji
miały zbyt spokojne życie, więc znikło poczucie zagrożenia i gotowość
bojowa. A przecież nawet zwykły gefreiter wiedział, że brak
doświadczenia bojowego obniżał spójność i żywotność jednostki wojskowej.
Do tego wielu żołnierzy nie nadawało się nawet do aktywnej służby
wojskowej (Kriegsverwendungsfühlig - kv), tylko raczej do służby
garnizonowej. Nawet generał dowodzący jedną z nich, którego później
spotkałem, potwierdził ten stan rzeczy.
To, że wyższe dowództwo zdecydowało się 7 czerwca o 16:00 wprowadzić do
walki nasz batalion rozpoznawczy, było naszym osobistym pechem! Chcecie
wiedzieć, dlaczego właśnie nasz batalion? To bardzo proste: byliśmy
jedynym w pełni zmotoryzowanym oddziałem, który mógł podjąć jakiekolwiek
działania. Podczas gdy 37. i 38. Pułk Grenadierów Pancernych posiadały
częściowo zarekwirowane pojazdy, a 17. Pułk Artylerii i 17. Dywizjon
Przeciwlotniczy czekały z tęsknotą na ciągniki artyleryjskie, my już
mieliśmy ukradzioną benzynę w Normandii i mogliśmy przejechać kilka
dodatkowych kilometrów. Nie można zapominać, że nasza dywizja posiadała
nawet batalion pancerny, którego pododdziały pojawiły się tydzień
później dzięki transportowi kolejowemu. Dopiero wtedy można było ją
nazwać dywizją grenadierów pancernych. Niestety działa szturmowe z 17.
Dywizjonu Niszczycieli Czołgów pozostawały gdzieś w Niemczech. Jednak
późnej partyzanci zaznaczyli swój udział w wojnie i wysadzili w powietrze część dział szturmowych na jakiejś stacji kolejowej we
Francji. Jedyną rzeczą, która nie uległa zniszczeniu, był pamiętny napis
Räder müssen rollen für den Sieg, czyli koła muszą się toczyć do
zwycięstwa. Wreszcie po miesiącach przybył kolejny transport, ale w tym
czasie wielu wyszkolonych artylerzystów1 z dywizjonu
poległo już w bitwach, walcząc jako piechota. O przybyciu naszych pułków
grenadierów16 czerwca do Normandii, kiedy spełnialiśmy zadania
rozpoznawcze dla innych jednostek, dowiedzieliśmy się w alianckiej
rozgłośni radiowej "Calais", która zakomunikowała:
Koledzy z 17. Dywizji Grenadierów Pancernych SS ochoczo
przemieszczają się na północ. Część już dotarła w rejon walk,
przeprawiła się przez zniszczone mosty i zniszczone ulice miast. Do
walk włączył się 38. Pułk Grenadierów i wyparł przeciwnika z kilku
lokalnych miejscowości.
Czy to nie brzmiało dokładnie tak, jak wiadomości nadawane przez
rozgłośnie radiowe (Reichssender) ze Stuttgartu albo Lipska? To była
sztuczka alianckiej propagandowej rozgłośni radiowej! Pierwsza część
komunikatu była prawdziwa, a potem następowały niewiarygodne bzdury
typu:
Dom kreisleitera w mieście X został lekko uszkodzony. Ale udało się
uratować dużo butelek z wódką i winem itd...
Ale powróćmy do stanowiska dowodzenia 352. Dywizji Piechoty.
Pozostawiliśmy generała z jego rozterkami i wracaliśmy, pędząc na
złamanie karku. Niebezpieczny odcinek drogi pokonaliśmy z rajdową
prędkością i głęboko odetchnęliśmy, kiedy dojechaliśmy do bezpiecznego
skraju lasu, zanim kilka spóźnionych pocisków wysadziło w powietrze kępy
niewinnych kwiatów i trawy.
Zdałem raport dowódcy. Przyjął do wiadomości informację o składzie
paliwa pomiędzy liniami frontów bez żadnego komentarza.
Kiedy powróciłem do kompanii, Jupp Walzinger poprosił mnie o dotrzymanie
towarzystwa. Ostrożnie poruszyłem podczas rozmowy temat składu paliwa.
- Czy masz coś przeciwko temu, żebyśmy zabrali stamtąd trochę paliwa?
- Jak możesz coś takiego gadać? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
Potem wyjaśniłem mu mój plan, a on odpowiedział:
- Zwariowałeś?
- Powoli, powoli - uspokajałem go. - Dlaczego miałoby się nie udać?
Niewiele może się zdarzyć, jeśli coś pójdzie źle. Słyszałem w sztabie,
że jutro lub najdalej pojutrze, można się tutaj spodziewać ataku wroga i kto może wtedy cokolwiek zrobić? Albo może myślisz, że tych dwóch
wartowników zacznie wymianę ognia z Jankesami?
- Chłopcze, to się musi dziać w twojej głowie! - tymi słowami odprawił
mnie.
Następnej nocy podjęliśmy "wyprawę zaopatrzeniową" do wspomnianego
składu paliw. Po rozładunku beczek, rozdział cennego płynu
pozostawiliśmy Kfz.-Staffelführerowi, unterscharführerowi Weylowi,
który pozbył się bólu do tego stopnia, że wyraził swoje zdanie na temat
całej wyprawy:
- Boki mi pękną ze śmiechu, jeśli w tych beczkach będzie paliwo do
diesli, a nie benzyna.
Ale w beczkach była benzyna, co Weylowi oszczędziło deformacji ciała.
Jeździliśmy dzięki niej przez całą noc. A potem odbyła się wyprawa
rozpoznawcza do wspomnianego wcześniej generała i wreszcie nocny epizod
z paliwem. Nic dziwnego, że oczy powoli same mi się zamykały. Byłem nie
bez powodu zmęczony. Sturmmann Hass, goniec w moim plutonie
(zugmelder), rozłożył koc i przyjęliśmy na nim pozycję horyzontalną,
to znaczy położyliśmy się. Podczas zasypiania cały czas miałem przed
oczami zdarzenie z paliwem. Czy nie mogło to doprowadzić mnie do łez?
Mieliśmy przydzielone zadanie bojowe, ale cysterny z paliwem dla naszych
pojazdów utknęły gdzieś między Le Mans a Tess. Było mocno dyskusyjne,
czy dojechałyby do nas bez ostrzelania przez Jabosy (Jagdbomber -
myśliwiec bombardujący, samolot bliskiego wsparcia). Przecież obok nas
znajdował się skład paliwa, który bez natychmiastowej ewakuacji wpadłby
w ręce aliantów, czyli byłby bezpowrotnie utracony dla Naczelnego
Dowództwa na Zachodzie. Szansa na przewiezienie tak dużej ilości paliwa
podczas ataku przeciwnika, przy całym zamieszaniu, była iluzoryczna.
Jednak to nie była moja troska. Wkrótce brałem udział w zawodach w chrapaniu z Haasem.
Następnego dnia około 9:00 rano skontrolowałem pozycje poszczególnych
plutonów razem ze sturmmannem Sanderem, ponieważ dowódca kompanii
pojechał do sztabu batalionu. W zalanej promieniami słońca okolicy
królowała cudowna cisza. Nic nie wskazywało, że lada chwila na naszych
głowach może wylądować przeciwnik. Chłopcy leżeli dobrze zamaskowani
pomiędzy drogą a doliną, z porządnie rozstawionymi karabinami
maszynowymi. Wszystko było gotowe, pole obserwacji, strefy ostrzału i maskowanie! Zbliżał się czas, kiedy będziemy musieli udowodnić, że
szkolenie przez poprzednie kilka miesięcy było sensowne, a wylany pot
mógł oszczędzić krew. Z pewnością między nami byli tacy, którzy
przeklinali dzień, w którym znaleźli się wśród nas. Nie tylko ochotnicy
byli w naszym oddziale.
Pluton unterscharführera Pfeffera był bez zarzutu. Po krótkiej
rozmowie z nim przeszliśmy wyrębem przez południowy stok doliny. To był
słaby punkt, pomyślałem, mając nadzieję, że Heckenschuh był czujny.
Karabiny maszynowe IV Plutonu stały na dobrych pozycjach i gotowe do
użycia, Wybór stanowisk strzeleckich dowodził, że unterscharführer
Jasjartschek był ekspertem w kwestii broni maszynowej. Stoczyłem z nim w Brion wiele zaciętych pojedynków szachowych. Obok niego leżał jego
przyjaciel, sturmmann Hähnel. Cudownie się uzupełniali. Heinrich,
wysoki brunet z Nadrenii był strzelcem, a Hähnel, krępy chłopak z Breslau2 był jego drugim strzelcem i zarazem amunicyjnym
karabinu maszynowego.
To byli wspaniali chłopcy, ci siedemnastoletni albo osiemnastoletni
dorośli już chłopcy! Nawet w 1944 roku, kiedy większość z nich była z przymusowego poboru, różnica między nimi a ochotnikami szybko się
zacierała.
Przez sześć miesięcy rygorystycznego szkolenia batalion rozpoznawczy
zmienił się w zwarty oddział ludzi, którego dowódca nie musiał się
wstydzić. Świecąc przykładem i poznając ich osobiście, tworzyłem relacje
oparte na zaufaniu, które wzajemnie nas łączyły. Termin "braterstwo
broni" najlepiej to opisywał. Tak, to było nawet coś więcej, to był duch
oddziału, bez którego nawet najlepiej wyszkolona i wyposażona formacja
mogła się rozpaść. Fakt, że żołnierze pochodzili z różnych regionów
Niemiec nadawał oddziałowi europejską atmosferę i trzeba było brać to
pod uwagę. Z tego punktu widzenia dowodzenie nie było łatwe, ale
wymuszało indywidualną ocenę każdego człowieka. Zaufanie w razie kryzysu
i posiadanie takich więzi były nagrodą dla dowódcy oddziału. Miałem
dopiero sprawdzić, czy taka więź może przetrwać nadchodzący test
wytrzymałości. Wraz z obietnicą rozegrania kolejnej partii szachów,
pożegnałem dwóch żołnierzy i poszedłem dalej. Obecnie chciałem iść do
plutonu Heckenschuha, który rozlokował się najdalej na wschód.
Czy dobrze słyszałem?
To był bez wątpienia odgłos wystrzałów naszych MG-42 i mogły one należeć
jedynie do III Plutonu. Hałas urósł do głośnego staccato. Pobiegliśmy
w tamtym kierunku, aby sprawdzić, co się działo. Ale obok szybkiego
ognia broni maszynowej słyszeliśmy również suchy trzask wystrzałów armat
czołgowych.
- A niech to, właśnie się zaczęło - wykrzyknął Sander.
Wszystko odbywało się szybko i na dużą skalę. Przed nami, spoza zakrętu
wybiegali ludzie z III Plutonu z okrzykiem:
- Czołgi!
Nie było naprawdę czasu na prawienie kazania ludziom, którzy biegli
wokół mnie jak głupcy i doprowadzali wszystkich innych do szaleństwa.
To, że biegli, nie było dziwne, gdyż za nimi pojawiło się wolno i majestatycznie wielkie, szarobrązowe, metalowe pudło. Nim zdołało nas
wszystkich wziąć na celownik, krzyknąłem:
- Uciekajcie na lewo!
I jednym wielkim skokiem wylądowałem za następnym żywopłotem.
Holland potrzebował pomocy. Co teraz? Ciężko dysząc, ukryliśmy się za
wysoką stertą ziemi. Różnica pomiędzy poprzednią, przyjazną, letnią
atmosferą a twardą rzeczywistością tej chwili była przygnębiająca. W tamtym czasie nie miało znaczenia, dlaczego wszystko działo się tak
gwałtownie. Musieliśmy się stąd wynosić i to jak najszybciej. Dowódca
kompani przebywał w sztabie batalionu, nie było łączności z III
Plutonem, a my byliśmy przyparci do ziemi. Zaczynało się robić
interesująco!
Nie było zbyt dużo czasu na rozważanie sytuacji. Pierwszy czołg jechał
dziarsko przed siebie i był już na wysokości naszego żywopłotu.
Wystarczyło wystawić rękę przez gałęzie i można było dotknąć tego
monstrum. Butelka wódki za Hafthohlladung (magnetyczny ładunek
kumulacyjny)! Z pewnością nie dużo było potrzeba, aby wysadzić w powietrze ten czołg. Tyle tylko, że ładunki kumulacyjne wydawano wtedy,
kiedy było już po wszystkim. Oceniałem dystans, jaki dzielił nas od
pobliskiego młyna, gdybyśmy chcieli biec skrótem. Trudno będzie tam się
dostać - przynajmniej 80 metrów do pokonania, aby uciec z miejsca, w którym utkwiliśmy. Angole w czołgu pewnie sądzili, że już wszyscy stąd
dawno uciekliśmy. Moi ludzie leżeli w bezruchu na skarpie, aby nie
przyciągać uwagi załogi czołgu. Ostrożnie przeczołgałem się na bok i usiłowałem przecisnąć głowę przez gałęzie.
Do diabła, jeszcze tego brakowało! Piechota brytyjska szła szerokim
frontem przez płaską dolinę, mając za plecami kolejne czołgi. Nic innego
nam nie zostało, jak zmiatać stąd, bez względu na skutki. Szybko
wyszeptałem polecenia ludziom, a potem wszyscy poderwaliśmy się na równe
nogi i popędziliśmy przed siebie. Udało nam się uciec przez otwarty
teren bez straty choćby jednego człowieka. Przez to również oczyściliśmy
pole ostrzału dla naszych karabinów maszynowych, a potem ich strzelcy
wzięli się do roboty. A jak wymiatali! Początkowo piechota wroga
wyhamowała, a potem zaczęła uciekać. Czołgi również zawróciły, wydawało
się, że bagnisty teren im nie odpowiadał. Tylko dwa z nich pozostały w bezpiecznej odległości przy wyrębie lasu, zasypując teren pociskami z armat i karabinów maszynowych.
Ze skrzydła otworzyły ogień karabiny maszynowe IV Plutonu Jasjartscheka.
Posłałem tam rottenführera Clausena, by się dowiedzieć, co się tam
działo. Chłopak wyskoczył prosto na teren pozrębowy, mając przed sobą
czołgi wroga. Ale nim celowniczy w brytyjskiej maszynie zdał sobie z tego sprawę, dzielny goniec już schował się wśród żywopłotów.
Obok mnie leżał Pfeffer i wydawał rozkazy po cichu i z kamiennym
spokojem. Pierwsze minuty strachu już przeminęły. A przecież nie można
zapominać, że dla większości moich ludzi był to chrzest ogniowy. Sander
wręczył mi notatnik i szybko opisałem w nim sytuację, po czym wyrwałem
kartkę i wcisnąłem ją w ręce Haasa.
- Gdyby Walzingera nie było w dowództwie kompanii, leć natychmiast do
sztabu batalionu.
Haas tylko poprawił hełm na głowie, zameldował, że wyrusza i wybiegł z kryjówki. W sztabie batalionu powinni być nieźle zaskoczeni, kiedy się
dowiedzą, co się u nas działo.
Przeciwnik, który zmusił do ucieczki nasz pluton broni ciężkiej,
przegrupował się i próbował zastosować nową taktykę w dolinie.
Pozwoliliśmy mu, aby się zbliżył do prawie tego tego samego miejsca, co
poprzednio i mieliśmy go tam, gdzie chcieliśmy. Stary lis,
unterscharführer Graf, opanował momentalnie sytuację i kazał strzelać
ogniem flankującym swoim trzem karabinom maszynowym ze skraju lasu.
Ale Tommies to byli uparci chłopcy i nie tak łatwo zawracali, lecz
kiedy włączyły się do walki moździerze Jasjartscheka, szybko było po
wszystkim (przynajmniej tym razem). Brytyjczycy wycofali się. Ich
czołgiści chyba uznali, że mamy armaty przeciwpancerne, a dodatkowo nie
lubili grząskiego gruntu, więc trzymali swe czołgi z daleka. Tylko te
dwa, nadal stojące przy wyrębie lasu, wspierały swoich towarzyszy,
ostrzeliwując z armat młyn, gdzie schowaliśmy się za ruinami muru.
Dowódca jednostki czołgów brytyjskich całkiem słusznie uznał, że to młyn
był przeszkodą, którą koniecznie musiał wyeliminować.
Wyszedłem z pozycji ciężkiego plutonu, przeskoczyłem przez wyręb i padłem na ziemię obok Pfeffera. Dyskutowaliśmy o sytuacji, gdyż pomimo
poprzednich sukcesów w obronie, sytuacja nie wyglądała zbyt różowo. Co
by się zdarzyło, gdyby Tommies zaatakowali nas ze skrzydeł? W mojej
opinii naszym przeciwnikiem była duża grupa rozpoznawcza, badająca drogę
do dalszego natarcia. Skąd miałem wiedzieć, że atakowała nas angielska
jednostka, która właśnie przygotowywała się do otoczenia Bayeux, aby
przyjść z odsieczą oddziałom amerykańskim, zbliżającym się z północy.
W międzyczasie udało się ustalić, że Hackenschuh poległ, a część jego
ciężko rannych podwładnych wpadła w ręce Anglików. Nikt z ocalałych z III Plutonu nie potrafił wyjaśnić, dlaczego stało się to tak szybko.
Przełamanie angielskie przerwało ponadto łączność między 2 a 3 kompanią.
Przeciwnik pojawił się z kierunku, z którego nikt się go nie spodziewał.
Teraz ważne było, aby ustalić, czy nasi "kuzyni" nie przełamali naszych
linii.
Później okazało się, że podczas ataku angielskiego zniknął gdzieś
unterscharführer Kascha z 3 kompanii z kilkoma ludźmi ze swojego
plutonu. Nikt nie wiedział, co się stało, czyli innymi słowy, po prostu
zaginęli! Później widziano Kaschę w brytyjskim obozie jenieckim, gdzie
działał na nerwy miejscowy wartownikom. Nie mógł pogodzić się z faktem,
że wszystko odbyło się tak szybko. Ale początkowo po prostu zaginął.
Jak dawno temu, jadąc z Łotwy, zrobiliśmy sobie przerwę w podróży w moim
rodzinnym mieście, zanim ruszyliśmy dalej do Francji, w szeregi dywizji
Götz von Berlichingen? Jak dawno temu bezczelnie i bogobojnie
przekradaliśmy się za barierkami na stacji kolejowej obok groźnie
wyglądających żandarmów polowych i strażników kolei do pociągów
wojskowych i trzęśliśmy się ze strachu przy każdej przesiadce? A potem
cieszyliśmy się, kiedy znowu uszło nam to na sucho. Te kilka godzin,
podczas których chciałem powiedzieć w domu "dzień dobry", przeciągnęło
się do trzech dni. To było całkiem sporo grzechów, szczególnie że w moim
rozkazie wyjazdu nie było nic o przerwie w podróży.
W Montreuil po pełnej przygód podróży powitał nas adiutant batalionu:
- Dlaczego przyjechaliście tak szybko?
Jednak już nie więcej nie usłyszeliśmy o Hackenschuhu. To był kiepski
początek wojny dla batalionu rozpoznawczego.
Jupp Walzinger nadjechał z hukiem zza rogu stodoły. Potknął się o oś
pojazdu, wylądował obok mnie i powiedział:
- Spotkałem Haasa po drodze i posłałem go dalej do sztabu batalionu, z nadzieją, że "Stary" podeśle nam armatkę przeciwpancerną. A jak tu
sprawy wyglądają?
Huknęło i nad głowami przeleciała resztka dachu stodoły. Na poddaszu
było pełno siana. Sporo czasu zajęło nam wygrzebanie się spod niego i byliśmy nim oblepieni jak ser woskową skorupą.
- Nie spodziewałem się takiego powitania, to było zupełnie niepotrzebne
- marudził Jupp, a ja się z niego śmiałem.
Zdałem mu raport sytuacyjny, jak już otrzepał się ze źdźbeł. Musiałem
mówić całkiem głośno, ponieważ dokładnie przed nami, w narożniku
budynku, Helbing strzelał z karabinu maszynowego jak szalony. Tommies
ponownie atakowali!
- Zabieraj się stąd i leć do swojego plutonu. Ja tutaj zostaję -
powiedział Walzinger, kiedy już wybiegałem na zewnątrz.
Ścieżka do mojego plutonu wyglądała teraz inaczej niż wtedy, kiedy
kroczyłem nią kilka godzin wcześniej. Musiałem padać na ziemię kilka
razy, szukając osłony przed ostrzałem. Sander podążał za mną jak cień.
Ale wreszcie udało się nam dostać do skraju lasu po drugiej stronie
doliny.
- Wreszcie - odetchnął głęboko z ulgą Sander. - Wydaje mi się, że na tej
ścieżce straciłem kilka kilogramów.
Położyłem się za grubym drzewem obok unterscharfürera Großa i mogłem
od tej pory swobodnie obserwować młyn i odcinek lasu obsadzony przez mój
pluton. Sander starał się ustalić, jak bardzo ucierpieli Weyel i Graf.
- Panie poruczniku, Hieke idzie z armatą przeciwpancerną! - krzyknął
Groß, wskazując na drogę w miejscu, gdzie kończył się zręb.
I rzeczywiście chłopaki z 5 kompanii broni ciężkiej nadjeżdżali pełnym
gazem z armatą przeciwpancerną, ciągnąc za sobą chmurę pyłu. Zajęli
pozycję na skraju wycinki. Ciągnik gąsienicowy odjechał, a artylerzyści
już odprzodkowywali armatę. Obserwowanie ich działało uspokajająco. Po
chwili rozległy się komendy ogniowe - ostry huk wystrzału i załoga
czołgu stojącego najbliżej młyna drogo zapłaciła za swoją beztroskę.
Czołg staczał się po skarpie, a z jego wieży buchnął ogień. To odebrało
Anglikom zapał i ich atak stracił rozmach.
- Hej, a co tam się dzieje?
Kilku strzelców wybiegło z lasu naprzeciwko nas.
- A niech to, to nasi ludzie! - krzyknął Groß. - Dajcie im osłonę
ogniową.
I natychmiast odezwały się dwa lekkie karabiny maszynowe z naszego
plutonu. Ledwie łapiąc oddech, śmiertelnie zmęczeni żołnierze padali na
miękką ściółkę obok nas.
- No, Hähnel, z jakiej części świata przybiegliście?
Strzelec meldował jakby z wahaniem.
- Nagle pojawiły się brytyjskie czołgi i oddzieliły nas od reszty
plutonu. Obeszliśmy je i przekradaliśmy się przez tamtą część lasu, w której przy okazji też byli Angole. Pod drodze widzieliśmy kilku ludzi z plutonu Hackenschuha. Oni też tu idą.
I tak to było. W ciągu dnia wróciło jeszcze trochę ludzi. Okazało się,
że straty nie były tak wysokie, jak początkowo myśleliśmy. Tym niemniej
pierwszy kontakt z wrogiem był gorzki i smakował porażką.
Wznowiony ostrzał z karabinów i broni maszynowej potwierdzał, że Anglicy
nie chcieli rezygnować z natarcia. Rozpoczął się kolejny atak. Części
ludzi z IV Plutonu nie udało się powrócić do macierzystego oddziału. W powietrzu latało za dużo ołowiu.
- Groß, zwróć uwagę na wyręb, a ty, Hähnel, pilnuj, żeby nikt z tamtego
lasu nie dostał się do nas - takie były moje kolejne rozkazy.
Ponownie udało się nam zaatakować z flanki nacierające oddziały i zatrzymać je tuż przed linią pozycji plutonu Pfeffera. Nie minęło nawet
15 minut i miałem właśnie odesłać ludzi z IV Plutonu, kiedy zaczęła się
strzelanina w drużynie Grafa. Usiadłem za drzewem i zwróciłem na to
uwagę, ponieważ drużyna, w której przebywałem, miała bronić zupełnie
innego kierunku i dlatego chciałem odejść trochę dalej i zobaczyć, co
się działo z ludźmi Grafa.
Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Kule świszczały blisko drzewa, za którym
czułem się bezpieczny. Dobrze wymierzony ostrzał karabinowy! Wsadziłam
hełm na patyk i ostrożnie wysunąłem go na zewnątrz.
- Bang - zadzwoniła o niego kula i mój piękny hełm spadł na ziemię.
Będę potrzebować nowego kapelusza do wiwatowania! Groß obserwował
okolicę przez lornetę i krzyknął:
- Tam siedzą ci gauczowie! W krzakach na zakręcie!
- Widzę snajpera; mogę go sprzątnąć? - zawołał Hähnel.
- Poczekajcie trochę i strzelajcie na mój rozkaz.
U Grafa znowu zapanowała cisza, mimo tego i tak chciałem wiedzieć, co
tam się stało. Ale najpierw musiałem wydostać się zza tego przeklętego i jednocześnie zbawczego drzewa.
- Uwaga, Hähnel, otwórz ogień!
I już stanąłem na prawej nodze, aby wyskoczyć wraz z pierwszym
wystrzałem. Ale nic takiego się nie stało.
- Strzelaj, do cholery!
I znowu nic się nie działo, tylko upiorna cisza na stanowisku Hähnela.
Spojrzałem na niego gniewnie; leżał tak jak przedtem i nadal przyciskał
kolbę karabinu maszynowego do prawego barku.
- Co się dzieje, Hähnel? Zaciął ci się karabin?
Żadnej odpowiedzi, gorąco przebiegło mi po plecach. Dopiero teraz
zauważyłem, że głowę miał ułożoną pod nienaturalnym kątem przy kolbie
broni. Poczułem ostry ból. Dopadli małego, biednego Hähnela!
- Groß powiedz swoim strzelcom, żeby wykończyli snajpera w krzakach przy
zakręcie. Hähnel nie żyje!
Ledwie wypowiedziałem te słowa, a Groß potwierdził ruchem ręki, że
zrozumiał polecenie. Wszędzie rozpętało się piekło. Nasze moździerze też
włączyły się do walki. Hieke strzelał z armaty przeciwpancernej, a Groß
wykrzykiwał kolejne komendy:
- Uwaga, trochę na prawo 150... na grubość kciuka na lewo od młyna, przy
zakolu żywopłotu! Obydwa karabiny maszynowe ... - dalej już nie słyszałem.
Wyskoczyłem zza drzewa. Odłamek rykoszetem trafił w rękaw, a potem kilka
skoków i już leżałem obok Hähnela. Kula trafiła go dokładnie między
oczy, ledwie było widać ślady krwi. Mały Ślązak odszedł z tego świata
cicho i spokojnie. Nie był pierwszym martwym, którego widziałem. W Rosji
to był standardowy widok. Tym niemniej musiałem zacisnąć szczęki. Ten
chłopak ganiał między liniami wroga, napędzany tylko jednym pragnieniem
powrotu do kompanii. Nadal dźwięczał mi w uszach jego radosny,
młodzieńczy śmiech, kiedy wydostał się z lasu i stanął przede mną.
Wszystko na nic! Mocno zaszokowany zamknąłem jego oczy na zawsze i pobiegłem do drużyny Grafa. Przeciwnik próbował przedostać się przez
łąkę leżącą między jej pozycjami a lasem, ale Graf nie mógł do tego
dopuścić za wszelką cenę. Kilka serii z broni maszynowej i Tommies
wycofali się.
Nadszedł wieczór, na linii frontu zapanowała cisza. Pochowaliśmy naszych
poległych pod starym dębem przy skraju drogi. Pożegnaliśmy pierwsze
ofiary z 2 kompanii. Walzinger powiedział kilka wzniosłych słów i było
po wszystkim. Następnego dnia przeciwnik oddał tu salwę honorową.
- Helmut, obudź się! Masz iść do szefa kompanii! - zawołał Graf.
Mówiliśmy sobie na "ty". Byliśmy razem w Ellwangen jako
unterscharführerowie w kompanii rekrutów, w której usiłowano zrobić
żołnierzy z cywilów. Graf był wspaniałym kumplem! Ale żeby wykorzystywać
poufałość do prywatnych celów było nie do pomyślenia.
Trochę czasu mu zabrało, nim mnie dobudził. Nawet kiedy byłem rekrutem,
to była moja słabość. Nic mi nie przeszkadzało w szkoleniu, ale nigdy
nie potrafiłem wstawać z łóżka na komendę. Gwizdek podoficera dyżurnego
był zawsze dla mnie torturą i wiele kar, które ponosiłem, były wynikiem
lenistwa. To właśnie w Brion untersturmführer Seitz strzelił z pistoletu obok mojego łóżka, aby mnie obudzić. No, dobrze, każdy ma
jakieś wady!
- Siadaj i napij się trochę - powiedział Walzinger i wręczył mi "tajną
butelkę". - Dowódca kazał zorganizować grupę szturmową, która ma za
wszelką cenę przyprowadzić jeńców. Weź kilku ochotników i ruszaj.
Proponuję kierunek do młyna. Pfeffer uważa, że siedzi tam kilku
Tommies.
Kilka dni temu wycofaliśmy się stamtąd. Był dla nas nie do utrzymania
bez poniesienia dużych strat i teraz trzymaliśmy tę pozycje w szachu za
pomocą karabinów maszynowych z I i IV Plutonu.
- Masz, weź jeszcze łyk i niech ci szczęście sprzyja! Pfeffer już wie,
że wyruszacie.
Jak węże, jak Indianie na ścieżce wojennej, podkradaliśmy się do młyna.
Miałem ze sobą trzech ludzi i dodatkowo unterscharführera Wiehra.
Osłonę ogniową zapewniały nam karabiny maszynowe ze skraju lasu po
prawej stronie. Ale upatrywałem sukcesu w cichym przebiegu całego
przedsięwzięcia, a nie poprzez krzyki i strzały. Weihr dobrze nadawał
się do tego celu. Zwinny jak kot i obdarzony szóstym zmysłem wyczuwania
zagrożenia; to był urodzony gość do oddziału rozpoznawczego.
Z płomieniście rudymi włosami i piegami, przygarbioną sylwetką, trudno
było sobie z nim poradzić. Ale na polu walki to był fantastyczny
chłopak! Miał instynkt, aby zmusić ludzi do robienia słusznych rzeczy w decydujących momentach.
Zostało jeszcze 20 metrów do młyna potwornie podziurawionego pociskami.
Leżeliśmy spokojnie i wpatrywaliśmy się uporczywie w dom, stodołę i stajnię. Jak do tej pory wszystko szło dobrze. Podczołgaliśmy się blisko
domu. Pozostawiliśmy wszystko, co mogłoby wywołać hałas. Mieliśmy tylko
pistolety maszynowe. Czy uda się nasza zabawa w podchody? Czy ktoś był w budynku? Osłaniając się wzajemnie, powolutku skradaliśmy się do domu, a Schimmer był już nawet przy narożniku stajni. Trudno było uwierzyć, że
Tommies nie zauważyli nas do tej pory.
Jeszcze raz rozejrzeliśmy się podejrzliwie we wszystkie strony. A potem
Wiehr i ja wskoczyliśmy jeden za drugim przez okno do środka i potknęliśmy się o ciała ludzi śpiących na podłodze. A ci nie wiedzieli,
jak blisko byli od katastrofy. Wiehr złapał jednego ze śpiących i pociągnął go za sobą do okna. Potem wypchnęliśmy przez nie jeńca.
Trzymałem go za nogę i tak jak przybyliśmy, chcieliśmy się wycofać.
Jeniec zawisł na naszych ramionach, ponieważ Wiehr "stuknął" go w głowę.
Wtedy ktoś zawołał z głębi ciemnego pokoju:
- Co jest?
- Nic - odpowiedział Wiehr.
W pokoju zapanował zupełny chaos, kiedy rozległy się strzały na
zewnątrz. Wreszcie wydostaliśmy się przez okno. Wartownicy strzelali
chaotycznie we wszystkich kierunkach, nie zdając sobie sprawy, co tak
naprawdę się działo. Prawdopodobnie zasnęli na swoich stanowiskach i dlatego niezauważeni dostaliśmy się do domu. Jeden z nich wybiegł zza
rogu. "Bum" i już leżał na ziemi. Sander podstawił mu nogę i Anglik się
przewrócił. Wystarczyło go tylko podnieść.
Najwyższy czas, aby stąd zniknąć, gdyż wszystko zaczynało się dziać zbyt
szybko. Uciekaliśmy spod młyna, popędzając dwóch jeńców, aby nie tracić
czasu. Schimmer szybko ogarnął sytuację i strzelał w okna i drzwi domu.
Biegliśmy zygzakiem, padając za każdym razem, kiedy któryś z Brytyjczyków próbował stawiać opór i w ten sposób pokonaliśmy spory
dystans. Wtedy odezwały się karabiny maszynowe na skraju lasu,
zapewniając nam osłonę ogniową. Jednak ich ostrzał nie był zbyt celny,
ponieważ nie chcieli trafić kogoś z nas, a przecież byliśmy na linii
ognia!
Udało się! Spoceni, w podartych i postrzępionych mundurach stanęliśmy
przed dowódcą kompanii, który czekał na nas na pozycji najdalej
wysuniętego plutonu. Przy okazji - jeńcy należeli wcześniej do
brytyjskiej 7. Dywizji Pancernej. Wyczerpani i zmęczeni podreptaliśmy do
I Plutonu, owinęliśmy się w koce i szybko zasnęliśmy. Ale nie dane mi
było dłużej drzemać, ponieważ obudził mnie wielki hałas. Strzelała cała
broń naszej kompanii. Panował przyćmiony mrok znikającej nocy i budzącego się świtu, który cywile opisują jako "szarość poranka".
Steyrer wrócił ze stanowiska dowodzenia kompanii i przyniósł nowy
rozkaz:
- Linia obrony musi być utrzymana za wszelką cenę.
Kilka ważnych rzeczy wydarzyło się przez kolejne godziny. Anglicy
zaczęli wykorzystywać moździerze i lekką artylerię, co sprawiało nam
kłopoty i wskazywało, że poprzedniej nocy sprowadzili dodatkowe oddziały
na pole walki. Teraz strzelano ze wszystkich kierunków. Pojawiło się
niebezpieczeństwo, że przeciwnik zagarnie nasze schwimmwageny, więc
Walzinger rozkazał unterscharführerowi Westhäuserowi odprowadzić je w bezpieczne miejsce. Kierowcy zdążyli nimi odjechać tuż przed tym, jak
Anglicy ostrzelali nasz poprzedni parking.
Jednak jeden samochód terenowy pozostał z nami, ponieważ jego kierowca
poległ lub odniósł rany. Nie czekając dłużej, unterscharführer
przebiegł przez parking, wsiadł do volkswagena, włączył silnik i wśród
świstu pocisków pojechał za resztą pojazdów.
Ci, którzy widzieli to wydarzenie, zaniemówili. Tuż przed inwazją Abeder
został przeniesiony do nas ze stanowiska biurowego. Miał stopień
unterscharführera, ale nie miał pojęcia obowiązkach żołnierza.
Będąc oficerem dyżurnym w Brion, zameldował zgrupowaną kompanię jej
szefowi. Patrzyłem z oddali i myślałem, że dostanę zawału serca. Abeder
w płaszczu, z postawionym kołnierzem, bez pasa, z połami płaszcza
trzepoczącymi w lekkim porannym wietrze, czapką polową przekrzywioną na
głowie - w takiej postaci składał meldunek szefowi kompanii!
Twarze podoficerów stojących po prawej stronie wiele mówiły. Mogli
przecież wcześniej zareagować, ale tego nie zrobili, ponieważ nie
chcieli stracić widowiska. Zadziwiony szef kompanii unterscharführer
Graf, pochodzący ze Steiermark, nie potrafił wydobyć głosu ze
zdziwienia. Chociaż miał silny charakter i zawsze był gotowy do żartów,
to widok tak mało wojskowej postaci, to było nawet dla niego zbyt dużo.
Graf podrapał się w głowę i niemal nadepnął na stopy Abedera. A ten
spojrzał na niego zaskoczony, wyszeptał coś w rodzaju groźby, obrócił
się, oczywiście w prawo z rozwianym płaszczem jak krynolina i zniknął z pola widzenia. A potem?
Teraz ten chłopak bez namysłu popędził do głupiego samochodu i odjechał
nim, jak gdyby nigdy nic, nie zważając na ostrzał ze strony Anglików.
Tym razem atakujący rzeczywiście zwolnili tempo natarcia. W pierwszym
plutonie sytuacja była do zniesienia, ale nadzwyczajna strzelanina
odbywała się na odcinkach plutonów Pfeffera i Jasjartscheka. Obok nas w lesie wyrósł gejzer ognia i kilka eksplozji wstrząsnęło ziemią, a armia
niemiecka mogła spisać na straty tysiące litrów paliwa. Taki idiotyczny
upór! Kilka dni wcześniej był czas, aby wywieźć paliwo naszymi
samochodami. Można to było zrobić nawet wczoraj; ale nie, biuro
kontrolujące magazyn nie wydało odpowiedniej dyspozycji. To było dość,
żeby rwać włosy z głowy. W ten sposób na pewno nie da się powstrzymać
inwazji. Nie wygramy tej bitwy!
Nie było czasu na dalsze buntownicze myśli, ponieważ sytuacja na odcinku
plutonu szybko się zmieniała. Strzelaliśmy ze wszystkich luf w przeciwległy skraj lasu (skąd przyszedł Hähnel poprzedniego dnia), gdzie
aż roiło się od Anglików. Z wywieszonym ze zmęczenia językiem pojawił
się sturmmann Steyrer, położył się na ziemi i wysapał:
- Rozkaz od szefa: kompania ma przerwać kontakt z wrogiem. Pierwszy
pluton na osłaniać odwrót aż do dziewiątej rano, a potem przejść do
rozwidlenia dróg bezpośrednio na południe od Vaubadon. Tam dodatkowe
rozkazy. I po chwili już go nie było.
Nadszedł czas, aby przegrupować pluton do nowego zadania, czyli odwrotu.
Nie było to łatwe, ponieważ nie wolno było pozwolić przeciwnikowi na
zbyt wczesne odgadnięcie naszych zamiarów. Na szczęście nasz ostrzał
trzymał Tommies blisko ziemi.
Spojrzałem na zegarek, do dziewiątej pozostały trzy minuty. Dowódcy
drużyn już byli o wszystkim poinformowani. Tylko drużyna Grafa pozostała
na miejscu.
Zadziałało! Drużyna Grafa również wycofała się bez trudności. A potem
biegliśmy długimi szeregami przez teren przecinki. Nagle ktoś krzyknął:
- Lotnik! Kryj się!
I z szybkością błyskawicy zaczęliśmy szukać schronienia. Tylko zadudniło
nad naszymi głowami, a ja wcisnąłem głowę między ramiona, spodziewając
się świstu pocisków. Ale samoloty odleciały i byłem zaskoczony, że nic
złego się nie stało. Widać nie byliśmy interesującym celem. Z ulgą
uniosłem głowę i zobaczyłem, gdzie piloci wykorzystali swoją straszliwie
niszczycielską broń. Tam, gdzie była 4 kompania. Zastępca jej dowódcy
właśnie stracił życie. Było to tym bardziej tragiczne, że tego dnia
wrócił z przepustki na ślub.
Wkrótce byliśmy przy wyznaczonym skrzyżowaniu. Właśnie przepychałem się
wokół narożnika muru porośniętego krzakami, kiedy wpadłem na
unterscharfürera Wiehra. Jego meldunek był frapujący. Na wyznaczonym
dla nas jako punkt zbiórki skrzyżowaniu już byli alianci. Wokół krążyły
czołgi wroga i nie było nigdzie widać naszych terenowych volkswagenów.
Do tego nie było nawet śladu dowódcy kompanii ani jego ludzi. To było
jakieś szaleństwo. Pfeffer i Jasjartschek ze swoimi plutonami
zorganizowali obronę okrężną i czekali tylko na nas. Mieliśmy tylko
jedno wyjście - poruszać się jak najszybciej potrafimy i nawiązać
kontakt ze sztabem batalionu. A ten nie mógł być daleko, ponieważ tuż
przed Balleroy obok nas przejechał pusty schwimmwagen z 4 kompanii.
Za nami zostało kilka godzin marszu. Sytuacja robiła się bardziej
zwariowana niż sądziłem na początku. Przemykaliśmy przez wioski
ostrzeliwane przez artylerię. Nigdzie nie było widać żywej duszy i nie
wiedzieliśmy, czy strzelali Niemcy, czy też przeciwnik. Ostatecznie to
nie miało znaczenia, pocisk to pocisk, a skutek ten sam! Musieliśmy
uciekać na boki, ponieważ dosłyszeliśmy chrzęst gąsienic czołgowych. Nie
było wątpliwości, co do ich narodowości. Wyraźnie było widać duże, białe
gwiazdy U.S. Army! Maszerowaliśmy wzdłuż styku między oddziałami
Jankesów i Tommies, ale dopiero później to sobie uświadomiliśmy.
Musieliśmy przebyć jakieś 25 kilometrów. Każdy, kto zna jednostki
zmotoryzowane i "radość", jaką im sprawia marsz na piechtę, zrozumie
nasz nastrój. A do tego nadal nie było nawet śladu naszego batalionu.
Budził się we mnie gniew. Jak mogli nas tak zostawić? Dokąd mógł
zmierzać Jupp Walzinger i drużyna sztabowa?
Ale przede wszystkim musieliśmy maszerować. Gdzieś wreszcie wpadniemy na
niemieckich żołnierzy. Nie było widać francuskiej ludności, okolica była
jak wymieciona z cywilów.
Zmęczeni, wlekliśmy się powoli wzdłuż drogi, kiedy Wiehr pociągnął mnie
za rękaw i milcząco wskazał kciukiem na prawo w dolinę.
- O mój Boże -westchnąłem ze strachem.
Równolegle do kierunku naszego marszu toczyła się kolumna czołgów.
Zniknęliśmy jak błyskawica i czekaliśmy, aż ostatni z nich wyjedzie z pola widzenia. Wdzięczni losowi, że nie zostaliśmy dostrzeżeni, szliśmy
dalej.
Szary samochód podjechał do nas. Odbyła się krótka dyskusja.
- Tak, widziałem oddział SS ze schwimmwagenami. Skręcili na północ
jakiś osiem kilometrów stąd.
To musieli być nasi. Samochód zawrócił, jak już zapewniłem feldfebla,
który był kierowcą, że za nami nie ma już żadnych niemieckich oddziałów.
Doszliśmy do małego miasteczka. Rozsiedliśmy się apatycznie na rynku.
Niektórzy z naszych ludzi zdejmowali buty i oglądali pęcherze na
stopach.
- Sugeruję, abyście ponownie założyli buty, ponieważ na bosaka nie
będzie mogli iść tak szybko - stwierdziłem szyderczo.
- Zachowujecie się jak żółtodzioby - burknął gniewnie Groß. - Nie
dotarło do was jeszcze, że stopy wam napuchną, kiedy tyle
maszerowaliście. Będzie fajnie wyglądało, jak przedefilujecie w takim
stanie przed dowódcą. Ludzie ze spoconymi, śmierdzącymi stopami i butami
zawieszonymi wokół szyi, to będzie zabawa!
Nie miałem ochoty na kontynuację marszu całym oddziałem w zapadającym
mroku, więc najpierw posłałem paru ludzi na rozpoznanie. Powrócili
wszyscy z wyjątkiem unterscharführera Weyla. Bez dobrych wieści!
Nastrój spadł poniżej zera.
- Miejmy nadzieję, że nie wpadł w ręce chłopców z innym "numerem poczty
polowej" (to znaczy wrogów) - powiedział Graf, wymachując laską
spacerową, którą niedawno znalazł.
- Nie szukaj kłopotów. Jeśli naprawdę nie wróci, nie zostanie nam nic
innego, jak tylko przygotować się do obrony okrężnej - powiedziałem
zrezygnowany.
Ale Weyel wreszcie powrócił i to zmotoryzowany. Rozpoznawcza grupa
łączności z 4 kompanii przejęła jego ludzi. Byłem szczęśliwy, kiedy
zobaczyłem ich z pojazdami! W stylu piechoty motocyklowej, Weyel
wyskoczył się ze schwimmwagena i wylądował elegancko przede mną.
- Musimy jeszcze przejechać tą drogą na północ jakieś siedem kilometrów,
nim dostaniemy się do sztabu batalionu.
- Wstawać, wy lenie, no już! - krzyczałem.
Ponieważ już wszyscy ludzie słyszeli ostatnie wiadomości, te kilka słów
wystarczyło, aby namówić ich do ruchu. Unterscharführer z 4 kompanii
pożegnał się z nami i odjechał ze swoimi ludźmi.
- Z tego, co ten podoficer mówił, wynika, że porucznik Walzinger jest
już z resztą kompanii razem z batalionem - meldował Weyel, kiedy
maszerowaliśmy na czele kolumny żołnierzy.
Za nami rozległy się znowu śmiechy i dowcipy. Nastrój znacznie się
poprawił dzięki wiedzy, że mieliśmy kontakt z resztą jednostki. To było
nawet lepsze niż dobry posiłek!
Walzinger czekał na nas na skraju wioski, ale zamiast zadowolenia, że
znowu byliśmy w objęciach batalionu, na jego twarzy widoczne było
zakłopotanie.
- Czy wstałeś lewą nogą z łóżka? - dopytywałem się, podczas gdy
oberscharführer Döbler poprowadził moich ludzi do stodoły, gdzie mogli
złapać trochę snu, którego tak im brakowało.
- Kiedy znowu zameldujesz się u dowódcy, wtedy dowiesz się, dlaczego nie
wyglądam na zadowolonego. Zerwał mi naramienniki, ponieważ zniknęły
nasze pojazdy.
Byłem wstrząśnięty, to była naprawdę wpadka.
- Ale dlaczego, Jupp. Przecież rozkazałeś, aby odprowadzić pojazdy na
tyły, co było całkiem słuszne! Diabli wiedzą, gdzie one są, ale to nie
twoja wina!
Walzinger zaśmiał się krótko.
- Po pierwsze, idź do Starego, a potem zobaczymy, co się stanie.
Sturmbannführer Holzapfel i jego sztab urządzili się komfortowo w miejscowym zameczku. Ledwie opuściłem dłoń na szwy spodni po salucie
powitalnym, kiedy strzelił we mnie pytaniem:
- Gdzie są pojazdy?
Bywa tak czasami, że głupie pytanie zasługują na jeszcze głupsze
odpowiedzi.
Miałem już na końcu języka, że "poszły na marne", ale lata dobrego
wychowania kazały mi trzymać zaciśnięte usta. Adiutant batalionu,
obersturmführer Obert, powiedział mi potem, że gapiłem się na Starego,
jak na nowo narodzone cielę. Dobry Obert był trochę szorstki, ale wiele
razy łagodził konflikty i tłumił fale emocji. Dowódca nie dał mi czasu
na odpowiedź, co może było najlepsze w tym momencie. Wyszedłem z sali z rozkazem zebrania patrolu bojowego i odszukania pojazdów.
Ponieważ skóra mi stwardniała przez lata służby wojskowej, zacisnąłem
tylko zęby, pomyślałem o patronie naszej dywizji, pomruczałem chwilę i pobiegłem przez korytarz.
- Poszukiwane pojazdów! I to w rejonie 10 na 40 kilometrów! Jak Stary
sobie wyobraża, że będzie się to działo w środku nocy?
- Od kiedy rozmawiasz sam ze sobą? - tymi słowami obersturmführer Buck
przerwał moje narzekania.
W kilku słowach wyjaśniłem mu moje rozkazy.
- Weź głęboki oddech i policz do dziesięciu. To zawsze mi pomagało -
powiedział, co miało w jego mniemaniu trochę mnie pocieszyć.
To dobrze o nim świadczyło, ale to ja miałem problemów w bród.
W stodole, gdzie zmęczeni ludzie spali do długim i wyczerpującym marszu,
zapaliłem latarkę i pociągałem niektórych z nich za nogi. Pomyślałem, że
był to lepszy sposób niż robienie hałasu i krzyki: "ochotnicy na patrol
bojowy". Głupi pomysł, po co wywoływać chaos? Moi ludzie nie byli winni
zaistniałej sytuacji. Poza tym ci, których zbudziłem, mogli być tak czy
tak ochotnikami. Dużo trudniej było im wyjaśnić, że w nocy czarnej jak
smoła mieliśmy ganiać po nieznanym terenie i szczęśliwym zbiegiem losu
wpaść na 50 schwimmwagenów. To była zupełna bzdura. I na dobrą sprawę,
czy to była moja wina? Gdyby odbyła się jakaś dyskusja o winie, to
kłamaliby ci, którzy kazali 2 kompanii zbyt późno przerwać kontakt z przeciwnikiem. A przecież ten rozkaz pochodził ze sztabu batalionu!
Powinni działać szybciej, a nie wtedy, kiedy przeciwnik już krążył po
drodze z Bayeux do St. Lô. Oczywiście przez te pierwsze kilka dni
panowało duże zamieszanie i było możliwe, że nawet nasz dowódca stracił
ogląd sytuacji. Ale wtedy to jego, a nie podwładnych, powinno się
traktować jak kozły ofiarne.
W wyprawie powrotnej minęliśmy stanowisko armaty przeciwpancernej
Hiekego, która broniła skraju wioski. Na wschodzie wstawało już słońce i budził się nowy dzień. Jak się spodziewaliśmy, po naszych pojazdach nie
został nawet ślad. Tylko skrzynki amunicyjne mieliśmy lżejsze, gdyż
musieliśmy bronić się przed oddziałami zabezpieczającymi wroga. Do tego
chyba rozgniewaliśmy amerykańskie dowództwo w nieodległym Château, co
nie było naszym zamiarem. Ale Amerykanie zablokowali nam trasę odwrotu i musieliśmy przełazić przez dwumetrowy mur. A ten na szczycie był
udekorowany odłamkami szkła i drutem kolczastym, żebyśmy mieli na czym
porozdzierać spodnie. Ponieważ Stary już zasnął, miałem szczęście i zdawałem raport tylko adiutantowi.
Jechaliśmy, ale jedynie jako ledwo tolerowani pasażerowie w pojazdach
innych kompanii. Po pół godzinie jazdy, kolumna zatrzymała się.
Siedziałem w ośmiokołowym samochodzie pancernym 1 kompanii. Z jego
wysokości widziałem przed sobą samochód dowódcy, a obok niego jakiegoś
podoficera, który machał rękami, aby zdać radosny raport. To był
Westhäuser, szef sekcji naprawczej z naszej kompanii (Kfz.
Staffelführer)! Jednym skokiem pokonałem cienką burtę pancerną
samochodu i pobiegłem drogą. Za żywopłotem rosnącym równolegle do drogi
dostrzegłem pięknie ustawione w linii nasze vw-shwimmwageny! Obok mnie
zaraz znalazł się Walzinger. Trudno w to uwierzyć, ale nie usłyszeliśmy
jak Stary chwalił Wasthäusera. Zamiast tego zmieszał go z błotem w obecności zebranych ludzi. Spojrzeliśmy na siebie z Walzingerem, nie
wiedząc, co powiedzieć!
Podróż odbywała się jak poprzednio, tylko, że teraz siedzieliśmy we
własnych wozach terenowych. A wszystko wcześniej wyglądało tak:
Westhäuser, który zgodnie z rozkazem dojechał do wyznaczonego na mapie
rejonu, ukrył nasze pojazdy, aby nie dało się ich dostrzec z powietrza i wystawił warty. Mój kierowca, sturmmann Krickhahn, chciał się umyć i pobiegł do pobliskiego potoku. Zanim tam dobiegł, dostrzegł na drugim
brzegu grupę amerykańskich czołgów. Wrócił z okrzykiem "czołgi!" i uciekł. W tym samym czasie jeden z wartowników zameldował, że z przeciwnego kierunku też nadjeżdżały czołgi wroga. Fakt, że Westhäuser
zdołał zapobiec panice, cały czas kontrolując kierowców i nie utracił
ani jednego samochodu, wystarczył, aby dać mu nagrodę. Oczywiste było,
że nie miał nawet sekundy, aby zameldować o sytuacji dowódcy kompanii.
Dla niego najważniejsze było ratowanie pojazdów. To mu się całkowicie
udało i to naprawdę było spore osiągnięcie. Kiedy się o tym
dowiedzieliśmy, a doszło do tego, że wczoraj oficer ze sztabu dywizji
wydał mu na drodze kolejne idiotyczne rozkazy, kręciliśmy z Walzingerem
ze zdziwienia głowami. Wyruszyliśmy na patrol bojowy, aby odszukać coś,
co było już wcześniej odnalezione. Oczywiście nikt ze sztabu dywizji
albo batalionu nie pomyślał, że wystarczy wysłać zwykłą wiadomość
radiową o odnalezieniu pojazdów. A jeśli nawet nakazano ciszę radiową,
to dlaczego nie posłano gońca na motocyklu?
Jechaliśmy już przez kilka godzin, pozostawiliśmy za plecami Tessy, Le
Mensill-Raoult i Cerssy-la-Salle i przejechaliśmy przez drogę
Countances-St. Lô. Dwa kilometry przed nami wyrosła chmura żółtoczarnego
dymu. Kiedy się zbliżaliśmy, doszedł jeszcze do tego przenikliwy smród,
a potem obraz katastrofy i chaosu. Na poboczu drogi zaległo sześć
kompletnie spalonych autobusów medycznych. Wokół nich stało apatycznie
kilku żołnierzy. Ledwie reagowali na nasze pytania. Na drodze leżały
resztki spalonych ciał. Kilku rannych, utykając, nieudolnie próbowało
uciec od płonących autobusów. Inni zwisali z pozbawionych szyb okien.
Biedni ludzie rozrzuceni byli wokół w promieniu 50 metrów, liczyli
pewnie, że znajdą pomoc w szpitalu. Chłopcy z naszych jednostek tyłowych
pomagali personelowi medycznemu grzebać poległych.
Ten transport rannych był wyraźnie oznaczony, ale został całkowicie
zniszczony przez myśliwce bombardujące. Jeszcze dawało się rozpoznać
znak Czerwonego Krzyża na wypalonym dachu autobusu.
- Raz po raz atakowali, strzelając ze wszystkich luf, dopóki już nikt
się nie ruszał - zameldował jeden z sanitariuszy.
- Znaczące osiągnięcie lotnictwa amerykańskiego - stwierdził z goryczą
Graf.
To się wydarzyło 14 czerwca 1944 roku! To przeżycie dało nam pogląd, w jaki sposób alianci mogli osiągnąć zwycięstwo w Normandii.
W nocy, kiedy przejeżdżaliśmy przez St. Sauveur-Lendelin, leżałem
rozciągnięty na siedzeniu samochodu i drzemałem. Haas też się wygodnie
urządził na tylnej kanapie pomiędzy skrzynkami amunicyjnymi, praniem i kocami oraz śpiewał cicho po raz dziesiąty: "Salemy to najlepsze
papierosy na świecie, gdyż można je palić, tylko p.......... się z kobietą w łóżku".
- Na miłość boską - warknąłem - zaśpiewaj coś innego albo wyrzucę cię z samochodu na ulicę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki