Rozdział trzeci
Dutchy miał pod sześćdziesiątkę, był średniego wzrostu. Skłonny do tycia. Czarne jak smoła włosy nosił przylizane, z przedziałkiem po prawej stronie. Policzki lekko wydęte, usta nadzwyczaj ostro zarysowane. Miał na sobie dobrze skrojony, ale staroświecki, niebieski, frakowy garnitur, nieskazitelnie białą koszulę w maciupkie kwadraciki, zawiązany na sposób angielski granatowy krawat i czarne, pedantycznie wyglansowane, staromodne półbuty na grubej podeszwie. Gdy otworzyłem drzwi gabinetu, mężczyzna i dziewczynka stali na środku poczekalni. Ona z pochyloną głową wpatrywała się w dywan, on z miną znawcy badał porozwieszane na ścianach reprodukcje. Bynajmniej nie wprawiły go w zachwyt. Zwracając się w moją stronę, w dalszym ciągu miał na twarzy wyraz dezaprobaty.
Wyglądał jak burza gradowa w górach Montana, lecz dziewczynka ściskająca mu rękę była prawdziwym aniołem.
Na swój wiek niska, z prawie dorosłą, kształtną twarzyczką, należała do tych dzieci, które stykają się z przeciwnościami losu właściwymi ludziom o wiele starszym. Miała łagodne rysy twarzy i gładką, brzoskwiniową cerę. Proste, orzechowego koloru włosy, przewiązane wysoko kwiecistą wstążką, sięgały prawie do pasa. Oczy miała duże, szaroniebieskie, rzęsy długie, nos lekko zadarty, z paroma piegami, i uroczy dołeczek na brodzie poniżej wąskich, wilgotnych ust. Ubrana była niezwykle oficjalnie: różowa sukienka z bufami i z białą jedwabną szarfą zawiązaną z tyłu, różowe podkolanówki z frędzelkami i białe buciki z mocnej skóry, zapinane na metalową sprzączkę. Pomyślałem o Alicji z Krainy Czarów.
Stali oboje w bezruchu. Wiolonczela i pikolo połączone w dziwaczny duet.
Przedstawiłem się z ukłonem i uśmiechnąłem się do dziewczynki. Odpowiedziała obojętnym spojrzeniem. Ku mojemu zdziwieniu, nie wyczułem strachu.
Absolutnie żadnej reakcji. Na razie szło gładko, biorąc pod uwagę to, w jakim celu się tu zjawili.
Jej prawa dłoń ginęła w wielkiej dłoni Dutchy'ego. Gdy wyciągnąłem do niego rękę, wydawał się zaskoczony moim zachowaniem. Przywitaliśmy się.
- A więc teraz wychodzę - powiedział. - Seans trwa czterdzieści pięć minut, prawda doktorze?
- Tak jest.
Zwrócił się ku drzwiom.
Spoglądałem na dziewczynkę, oczekując, że zaprotestuje. Stała jednak w milczeniu, patrząc na dywan z rękoma opuszczonymi wzdłuż tułowia.
Dutchy zrobił następny krok i zatrzymał się. Zagryzając policzek, odwrócił się i dłonią musnął jej włosy. Słabo, jak gdyby uspokajająco uśmiechnęła się do niego.
- Do widzenia, Jacob - rzekła wysokim, gardłowym głosem. Takim samym jak na kasecie.
Poczerwieniał, jeszcze mocniej zagryzł policzek, opuścił ramiona i coś wymamrotał. Rzucił ostatnie spojrzenie w moją stronę i już go nie było.
Gdy drzwi zamknęły się, rzekłem:
- Wygląda na to, że Jacob jest twoim dobrym przyjacielem.
- Jest zaufanym służącym mamy.
- Ale również zajmuje się tobą.
- On zajmuje się wszystkim.
- Wszystkim?
- Całym gospodarstwem - niecierpliwie przestąpiła z nogi na nogę. - Nie mam taty, a mama nie wychodzi z domu, więc Jacob wykonuje bardzo wiele czynności.
- Jakie na przykład?
- Mówi, co mają robić Madeleine, Sabino, Carmela i różni dostawcy. Czasem przygotowuje posiłki - kanapki i przekąski. Jeśli nie ma zbyt dużo pracy. Madeleine gotuje obiady i kolacje. Poza tym jest kierowcą wszystkich samochodów. Sabino prowadzi tylko ciężarówkę.
- Wszystkich samochodów - powtórzyłem. - Macie ich dużo?
Skinęła głową.
- Dużo. Mój ojciec bardzo lubił samochody i kolekcjonował je, zanim umarł. Mama trzyma je w ogromnym garażu, chociaż nimi nie jeździ. Jacob je uruchamia i troszczy się, żeby nie popsuły się im silniki. Są też ludzie, którzy je co tydzień czyszczą. Jacob pilnuje, żeby dobrze wykonywali tę pracę.
- A więc Jacob jest bardzo zapracowanym człowiekiem.
- Tak. A ile ty masz samochodów?
- Tylko jeden.
- Jaki?
- Dodge dart.
- Dodge dart - powtórzyła i zacisnęła usteczka w zamyśleniu. - Takiego nie mamy.
- Nic nadzwyczajnego. Dość stary i z dużym przebiegiem - wyjaśniłem.
- Mamy jeden taki. Cadillac knockabout.
- Cadillac knockabout? Nie słyszałem o takim modelu.
- Właśnie nim przyjechaliśmy. Cadillac fleetwood knockabout z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego drugiego roku. Jest cały czarny. Jacob mówi, że to prawdziwy koń pociągowy.
- A ty lubisz samochody?
Wzruszyła ramionami.
- Nie bardzo.
- A zabawki. Masz ulubione zabawki?
Znów wzruszyła ramionami.
- Nie bardzo.
- W gabinecie mam trochę zabawek. Może chciałabyś je obejrzeć?
Wzruszyła ramionami po raz trzeci, lecz pozwoliła mi się wprowadzić do pokoju. Kiedy znaleźliśmy się w środku, poczęła gorączkowo rozglądać się i nerwowo szperać oczyma po stole, półce z książkami, kuferku z zabawkami. Ciągle od początku powtarzała tę czynność. Silnie splotła dłonie.
Podszedłem do szafy, gdzie znajdowały się zabawki, otworzyłem ją i zwróciłem się do Melissy:
- Mam tu mnóstwo gier i lalek. Znajdzie się również papier i ołówek. Są też kolorowe kredki, jeśli chcesz malować.
- Czemu mam to robić? - spytała.
- Co robić, Melisso?
- Bawić się i rysować. Mama mówiła, że będziemy rozmawiać.
- Twoja mama nie myliła się. Będziemy rozmawiać, ale czasem dzieci, które do mnie przychodzą, chcą pobawić się trochę, a kiedy przyzwyczają się do nowego miejsca, rozpoczynamy sesję.
Coraz szybciej poruszała splecionymi palcami. Spuściła oczy.
- Zabawa i rysowanie pomagają dzieciom lepiej wyrazić własne uczucia, uzewnętrznić je - powiedziałem.
- Ja potrafię uzewnętrzniać uczucia przez rozmowę.
- Świetnie, zabieramy się więc do rozmowy.
Usadowiła się na skórzanej kozetce. Ja usiadłem w fotelu naprzeciwko. Rozejrzała się raz jeszcze i ułożyła ręce na fałdzie sukienki, patrząc mi prosto w oczy.
- No dobrze - zacząłem. - Na początek powiem, kim jestem i dlaczego tu przyszłaś. Otóż jestem psychologiem. Czy spotkałaś się już z tym słowem?
Splotła palce i kopnęła obcasem w obicie kozetki.
- Ja mam problem, a ty jesteś takim lekarzem, co pomaga dzieciom, które mają problemy, i nie robisz zastrzyków.
- Bardzo dobrze. Czy Jacob ci o tym powiedział?
Potrząsnęła główką.
- Moja mama. Doktor Wagner powiedziała mamie o tobie. Ona jest przyjaciółką mamy.
Pamiętałem, co mówiła Eileen Wagner o krótkiej pogawędce z dzieckiem kryjącym się w wielkim, prawie pustym domu. Ciekawe, z kim też Melissa może się przyjaźnić.
- Pani Wagner przyszła do twojej mamy właśnie z twojego powodu. Ponieważ zadzwoniłaś do telefonu zaufania.
Jej drobne ciałko stężało, ręce zaczęły się jeszcze szybciej poruszać. Spostrzegłem, że poduszeczki palców miała zaczerwienione, lekko otarte.
- Tak, ale ona lubi moją mamę.
Spuściła oczy.
- Właśnie - rzekłem, powracając do właściwego tematu - pani Wagner miała rację na temat zastrzyków. Ja nigdy ich nie robię. Mówiąc szczerze, nie mam zielonego pojęcia, jak się je robi.
Nie zrobiło to na niej spodziewanego wrażenia. Uparcie patrzyła na własne buciki. Zwarła kolana i zaczęła nimi poruszać na boki.
- Chociaż zdarza się - kontynuowałem - że wizyta u doktora, który nie robi zastrzyków, może przestraszyć dziecko. Jest to coś nowego. Nie wiadomo, czego się spodziewać.
Podniosła główkę i zmrużyła zielone oczy.
- Ja się ciebie nie boję.
- Bardzo dobrze - uśmiechnąłem się. - Ja się też ciebie nie boję.
Spojrzała na mnie wzrokiem wyrażającym częściowo pobłażanie, ale bardziej pogardę. Tym właśnie skwitowała sławetne poczucie humoru doktora Delaware.
- Co więcej, nie tylko nie robię zastrzyków dzieciom, które do mnie przychodzą. Nie robię im absolutnie nic. Po prostu z nimi współpracuję. Taka praca zespołowa. Opowiadają mi o sobie, a kiedy dowiem się już o nich wystarczająco dużo, pokazuję im, jak się mają nie bać. Ponieważ ludzie uczą się bać, trzeba się tego oduczyć.
W jej oczach błysnęła iskierka zainteresowania. Rozluźniła kolana, lecz nie rozplotła palców.
- Ile dzieci tu przychodzi? - zapytała.
- Dużo.
- Ile?
- Nawet ośmioro w ciągu dnia.
- Jak się nazywają?
- Tego nie mogę ci powiedzieć.
- Czemu?
- Tajemnica. I nie powiem nikomu, że ty dzisiaj do mnie przyszłaś, chyba że uzyskam od ciebie specjalne pozwolenie.
- Dlaczego?
- Ponieważ dzieci, które tu bywają, mówią o swoim życiu prywatnym. Pragną intymności. Wiesz, co to znaczy?
- Intymność to jest jak chodzenie do łazienki i zamykanie za sobą drzwi?
- Otóż to. Gdy dzieci opowiadają o sobie, zdarza się, że wspomną o rzeczach, o których nie powiedzą nikomu innemu. Moja praca polega między innymi na tym, żeby wszystko zachować w tajemnicy. Wszystko, co odbywa się w tym pomieszczeniu, jest objęte ścisłą tajemnicą. Nawet nazwiska ludzi, którzy tu przychodzą, objęte są tajemnicą zawodową. Właśnie dlatego są tu drugie drzwi. - Wskazałem je. - Prowadzą do przedpokoju. Można wyjść z gabinetu bez przechodzenia przez poczekalnię i bez oglądania innych ludzi. Chcesz zobaczyć?
- Nie, dziękuję.
- Czy teraz coś cię niepokoi?
- Nie.
- Czy możesz powiedzieć mi, czego się lękasz?
Milczenie.
- Melisso!
- Wszystkiego.
- Lękasz się wszystkiego?
Spłonęła rumieńcem wstydu.
- Łatwiej będzie, jeśli zaczniemy od jakiejś jednej rzeczy.
- Włamywaczy i złodziei - wyrecytowała jednym tchem.
- Czy ktoś mówił ci o pytaniach, jakie dzisiaj będę ci zadawał?
Milczenie.
- To był Jacob?
Skinęła głową.
- I twoja mama?
- Nie. Tylko Jacob.
- Czy Jacob powiedział ci, jak masz odpowiadać na te pytania?
Wyraz niezdecydowania na twarzy.
- Jeśli zrobił to, nic się nie stało. Starał ci się pomóc. Chcę tylko, żebyś mówiła to, co czujesz. To ty jesteś gwiazdą tego programu.
- Powiedział, żeby siedzieć prosto i mówić wraźnie całą prawdę.
- Prawdę o tym, czego się lękasz?
- Tak. Może wtedy mi pomożesz.
- Jacob jest wyjątkowo inteligentnym człowiekiem i jest dobrym opiekunem, ale tutaj wszystko, co powiesz, musi pochodzić wyłącznie od ciebie. Możesz mówić, o czym tylko zechcesz.
- Chcę mówić o włamywaczach i złodziejach.
- A więc porozmawiamy o tym.
Czekałem. Melissa milczała.
- Jak wyglądają ci włamywacze i złodzieje?
- To nie są prawdziwi włamywacze - odparła głosem wyrażającym najgłębszą pogardę. - Istnieją tylko w mojej wyobraźni.
- A jak wyglądają w twojej wyobraźni?
Znów milczenie. Zamknęła oczy. Poruszała splecionymi palcami w gwałtownym tańcu chaotycznych figur. Kołysała lekko całym ciałem, zapadając w oszałamiający trans. Na jej zaciśniętych ustach pojawił się nerwowy grymas. Wydawało się, że za chwilę wybuchnie płaczem.
Pochyliłem się nad nią i rzekłem:
- Melisso, nie musimy rozmawiać o tym teraz.
- On jest taki wielki - szepnęła wciąż z zaciśniętymi powiekami. Nie płakała. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że ten wyraz jej twarzy był oznaką silnej koncentracji. Jej gałki oczne pod powiekami wirowały w zawrotnym tempie.
W pogoni za mirażami wyobraźni.
- Jest taki wielki... z wielkim kapeluszem... - Nagle jej oczy się uspokoiły. Ręce rozluźniły się i wyprostowane w łokciach poczęły zataczać kręgi w powietrzu. - ...i w długim płaszczu...
- I co?
Zamarła bez ruchu z uniesionymi rękoma. Usta rozwarły się lekko, lecz nie wydały żadnego dźwięku. Na jej obliczu odmalował się wyraz uspokojenia. Zapadła w sen.
Hipnoza.
Spontaniczne przejście w stan hipnozy?
To nierzadkie u dzieci w jej wieku: u małych dzieci świat realny i świat wyobraźni nie dzieli wyraźna granica, nawet inteligentne dzieci łatwo poddają się hipnozie. Wystarczy połączyć to z pustelniczym trybem życia, jaki prowadzi, o czym mówiła Eileen Wagner, i staje się jasne, że gdy mała zamyka oczy, czuje się tak, jakby zasiadała przed ekranem w kinie.
Zapewne czasem są to męczące obrazy, jakiś krwawy horror...
Ręce opadły na sukienkę, złączyły się i znów rozpoczęły swój taniec. Była jakby w półtransie. Milczała.
- Włamywacz nosi wielki kapelusz i długi płaszcz - rzekłem, nieświadomie obniżając głos i cedząc słowa. Starałem się podążyć tropem jaki mi wskazała. Taki to los terapeuty.
Siedziała cała napięta. Nie odpowiadała.
- Coś jeszcze? - zapytałem łagodnie.
Wciąż milczała.
Doświadczenie zdobyte w toku setek takich wizyt podpowiadało mi, żeby to ciągnąć.
- Czy on ma coś jeszcze oprócz kapelusza i płaszcza? Co ma w ręce?
- Worek - odrzekła ledwo słyszalnie.
- Dobrze. Włamywacz ma worek. Po co?
Żadnej reakcji.
- Żeby napełnić go zrabowanymi rzeczami?
Gwałtownie otworzyła oczy, ręce spadły jej z kolan, zwisając po bokach. Znów zaczęła się kołysać coraz szybciej. Głowę trzymała sztywno na jakby skamieniałej szyi.
Pochyliłem się i dotknąłem jej ramion. Były kruche jak kosteczki ptaka, pokryte bawełnianym materiałem.
- Czy chcesz pomówić o tym, do czego włamywacz używa worka?
Zamknęła powieki, wciąż się kołysząc. Zatrzęsła się i objęła mocno. Po policzkach spłynęło parę łez. Chusteczką wytarłem jej oczy, spodziewając się, że mnie odepchnie. Nie uczyniła tego.
Pierwsze spotkanie było szokujące. Wszystko szło znakomicie, ale jakby za szybko. Mogło to zniweczyć całą terapię. Dotykając chusteczką jej policzków, szukałem w myślach sposobu, żeby to tempo jakoś spowolnić.
Jej jedno słowo wystarczyło, żebym zapomniał o rozmyślaniach.
- Dzieci.
- Włamywacz wkłada do worka dzieci?
- Tak.
- Więc ten włamywacz to kidnaper?
Otwarła oczy, wstała wpatrzona we mnie, wzniosła ręce jak do modlitwy.
- To jest morderca! - wykrzyknęła z całych sił. Trzęsła się przy każdym słowie. - Mikoksi z kwasem!
- Mikoksi?
- Mikoksi z kwasem! Z parzącą trucizną! Mikoksi tym ją oblał, a teraz wróci i poparzy ją znowu, i mnie też!
- Melisso, kogo on tym oblał?
- Mamę! A teraz wrócił!
- Gdzie jest ten Mikoksi?
- W więzieniu, ale on wyjdzie i znowu nas skrzywdzi.
- Dlaczego to zrobił?
- Bo on nas nie lubi. On kiedyś lubił mamę, ale potem oblał mamę zatrutym kwasem. Chciał ją zabić, ale tylko poparzył jej twarz. Mama nadal pozostała piękna i wyszła za mąż, i ja się urodziłam!
Zerwała się i zaczęła chodzić po gabinecie. Trzymała się za skronie, pochylona i mamrocząca coś pod nosem niczym maleńka staruszka.
- Kiedy to się zdarzyło?
- Przed tym, jak się urodziłam. - Kołysała się na ugiętych nogach, z twarzą zwróconą do ściany.
- Czy Jacob ci o tym powiedział?
Skinęła głową.
- Czy mówiłaś o tym z mamą?
Zawahała się. Pokręciła głową.
- Mama nie chce o tym wspominać.
- Dlaczego?
- Bo wtedy robi się smutna. Kiedyś była szczęśliwa i piękna. Ludzie robili jej zdjęcia. Mikoksi poparzył jej twarz, a potem miała wiele operacji.
- Czy Mikoksi ma jakieś imię?
Zwróciła do mnie szczerze zdziwioną twarzyczkę.
- Nie wiem.
- Jednak wiesz, że teraz jest w więzieniu.
- Tak, ale wyjdzie, a to jest niesprawiedliwe!
- Kiedy ma wyjść na wolność?
Była coraz bardziej zbita z tropu.
- Czy to Jacob powiedział ci, że Mikoksi wyjdzie z więzienia?
- Nie.
- Ale to on rozmawiał z tobą o sprawiedliwości?
- Tak!
- A co oznacza dla ciebie sprawiedliwość?
- Żeby być w porządku!
Zmierzyła mnie wyzywającym spojrzeniem i oparła ręce w tym miejscu swego płaskiego ciałka, które pewnego dnia miało przemienić się w kobiece biodra. Zmarszczyła groźnie brwi. Wykrzywiła usta i wzniosła palec, którym pokiwała, patrząc na mnie.
- To nie było w porządku i było bardzo głupie! Należało wymierzyć mu sprawiedliwość! Powinni byli zabić go kwasem!
- Jesteś bardzo zła na Mikoksiego.
Spojrzała na mnie jak na idiotę.
- To dobrze, że jesteś na niego zła, ponieważ wtedy się go nie boisz.
Obie dłonie zacisnęła w piąstki, a potem rozluźniła je i westchnęła. Opuściła głowę, powracając do splatania palców.
Podszedłem do niej i przyklęknąłem. Nasze oczy znalazłyby się na tym samym poziomie, gdyby tylko chciała na mnie popatrzeć.
- Jesteś niezwykle uzdolnionym dzieckiem i wiele mi pomogłaś, odważnie mówiąc o tym, czego się lękasz. Wiem teraz, jak bardzo chcesz przestać się bać. Pomagałem różnym dzieciom i na pewno pomogę również tobie.
Milczała.
- Jeśli tylko chcesz coś jeszcze powiedzieć o Mikoksim i włamywaczach, to dobrze. Jeśli nie chcesz - to również dobrze. Zostało trochę czasu, zanim Jacob po ciebie przyjdzie. Od ciebie zależy, co teraz zrobimy.
Nawet nie drgnęła, siedząc w milczeniu. Dłuższa wskazówka pękatego zegara zawieszonego po drugiej stronie pokoju wykonała pół okrążenia. Dziewczynka podniosła głowę, ale nie spojrzała na mnie, odwracając wzrok.
- Porysuję - rzekła. - Ale ołówkiem. Nie chcę kredek.
Wolno poruszała ołówkiem, z koniuszkiem języka wysuniętym z półotwartych ust. Miała wyjątkowe uzdolnienia artystyczne, ale z tego, co rysowała, wyniosłem, że jest zmęczona sesją: uśmiechnięta dziewczynka, obok uśmiechnięty kocur stojący przed czerwonym domem, drzewo o pogrubionym pniu z dużą liczbą jabłek na gałęziach. Nad całością królowało wielgachne, złote słońce o promieniach w kształcie liści słonecznika.
Gdy skończyła rysunek, położyła go na moim biurku.
- Możesz to sobie wziąć.
- Dziękuję. Bardzo ładnie rysujesz.
- Kiedy przyjdę znowu?
- Za dwa dni. W piątek.
- Czemu nie jutro?
- Czasem dobrze jest, gdy dzieci mają trochę czasu na przemyślenie tego, co się wydarzyło na ostatnim spotkaniu.
- Ja myślę bardzo szybko - odparła pewnym głosem. - I są inne sprawy, o których jeszcze nie mówiłam.
- Rzeczywiście chcesz przyjść jutro?
- Chcę jak najszybciej wyzdrowieć.
- Więc dobrze, spotkamy się jutro o piątej. Jeśli Jacob będzie miał czas, żeby cię przywieźć.
- Będzie miał - odrzekła poważnie. - On również chce, żebym wyzdrowiała jak najszybciej.
Wyszliśmy drugimi drzwiami. Po przedpokoju spacerował Jacob. W jednej ręce trzymał papierową torbę. Gdy nas spostrzegł, zmarszczył brwi i spojrzał na zegarek.
- Jacob, jutro przyjedziemy tutaj o piątej - zakomunikowała Melissa.
Uniósł brwi.
- Chyba nie przyszedłem za wcześnie, doktorze?
- Nie - odparłem. - Właśnie pokazuję Melissie drugie drzwi wyjściowe.
- W ten sposób inne dzieci nie zobaczą mnie i nie dowiedzą się, kim jestem - wyjaśniła dziewczynka. - To jest intymność.
- Ach tak, rozumiem. - Dutchy przyjrzał się dokładniej przedpokojowi. - Przyniosłem ci coś, moja panno. Żebyś nie była głodna do kolacji.
Otworzył torbę i delikatnie, końcami palców, wyjął ciastko.
Melissa zapiszczała z uciechy. Wzięła ciastko i podniosła je do ust.
Dutchy chrząknął znacząco.
Ciastko zastygło w powietrzu przed otwartymi ustami.
- Dziękuję.
- Uprzejmie proszę, panienko.
Zwróciła się do mnie.
- Czy chcesz gryza?
- Nie, dziękuję pięknie - rzekłem to takim tonem, jakbym zdawał egzamin z savoir vivre'u.
Oblizała się i zajęła pałaszowaniem ciastka.
- Czy mogę prosić pana na chwilkę, panie Dutchy?
Znów spojrzał na ręczny zegarek.
- Na austostradzie jest duży ruch... jeśli teraz nie wyjedziemy...
- W czasie sesji zdarzyło się coś ważnego.
- Prawdę mówiąc...
Zmusiłem się do ugrzecznionego uśmiechu.
- Jeśli mam dalej nad tym pracować, musi mi pan pomóc.
Przybrał taki wyraz twarzy, jakbyśmy się spotkali na oficjalnym przyjęciu w ambasadzie. Znów chrząknął.
- Melisso, przepraszam na chwilę.
Odszedł parę kroków. Dziewczynka odprowadziła go spojrzeniem.
Uśmiechnąłem się do niej.
- To zajmie sekundę - rzekłem i podszedłem do Dutchy'ego.
Znowu rozejrzał się po przedpokoju i założył ręce na piersi.
- O co chodzi, doktorze?
Dopiero z odległości paru centymetrów widać było, jak idealnie gładko jest ogolony. Pachniał wodą toaletową i czystym ubraniem prosto z pralni.
- Opowiedziała mi o tym, co spotkało jej matkę. O niejakim Mikoksim.
Cofnął się o krok.
- Doprawdy, proszę pana, nie mnie należy o to pytać.
- To jest bardzo ważne. Dotyczy jej stanów lękowych.
- Najlepiej będzie, jeśli jej matka sama...
- Oczywiście. Problem polega na tym, że prowadzę z nią jednostronną korespondencję. Zwykle nie przyjmuję małych pacjentów bez osobistego udziału rodziców. Jednak Melissa potrzebuje pomocy. Potrzebuje koniecznie. A ja muszę mieć więcej informacji.
Zagryzł policzek tak silnie, jakby chciał go odgryźć. Melissa stała w drugim końcu przedpokoju, jedząc i patrząc na nas.
- Cokolwiek się wydarzyło, było to przed jej urodzeniem.
- Jeśli chodzi o porządek chronologiczny, ale psychika rządzi się inną logiką.
Zmierzył mnie uważnym spojrzeniem. W rogu jednego oka pojawiła się łza nie większa niż diament na pierścionku zaręczynowym.
- Doprawdy, to nie jest odpowiednia chwila. Jestem tylko służącym...
- Dobrze więc - rzekłem. - Nie chcę stawiać pana w niezręcznej sytuacji. Proszę jednak przekazać pani, że ktoś musi się ze mną natychmiast skontaktować.
Melissa ze zniecierpliwienia przestępowała z nogi na nogę. Po ciastku nie zostało ani śladu. Dutchy spojrzał na nią zatroskany.
- Chcę ją widzieć jutro o piątej. - Zdawałem sobie sprawę, że nic już nie wskóram.
Skinął głową i przybliżył się do mnie tak, że nasze głowy o mało się nie zetknęły. Wyszeptał mi prosto w ucho:
- Ona nazywa go Mikoksi, ale ten przeklęty zbrodniarz nazywał się McCloskey. Joel McCloskey.
Kiedy się pochylał, sprawiał wrażenie żółwia, który ostrożnie wysuwa głowę ze skorupy. Oczekiwał na moją reakcję.
- Nic mi to nie mówi - odparłem.
Cofnął głowę.
- Czy dziesięć lat temu mieszkał pan w Los Angeles, doktorze?
Skinąłem głową.
- Gazety rozpisywały się o tym.
- Chodziłem wtedy do szkoły i interesowałem się tylko podręcznikami.
- Trzeciego marca tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego roku. - Jego twarz wyrażała cierpienie. - To... to wszystko, co mogę teraz powiedzieć. Może następnym razem.
- Nie szkodzi. Do widzenia.
- A więc o piątej. - Odetchnął i wyprostował się. Poprawił poły marynarki i odchrząknął. - Mam nadzieję, że wszystko przebiega zgodnie z planem.
- Tak, nie mogę narzekać.
Melissa wolno skierowała się w naszą stronę. Biała, jedwabna wstążka ciągnęła się za nią po podłodze. Dutchy energicznym krokiem podszedł do swojej podopiecznej i zawiązał końce niesfornej wstążki, a następnie otrzepał okruszki ze spódniczki. Wziął Melissę za ramiona i powiedział, żeby wyprostowała się, bo żadna panienka nie powinna mieć skrzywionego kręgosłupa.
Uśmiechnęła się do niego uroczo.
Opuszczając budynek, wciąż trzymali się za ręce.
Parę minut później miałem już innego pacjenta. Przez całe trzy kwadranse z trudem zmuszałem się, żeby nie myśleć o wiolonczeli i pikolo. Z gabinetu wyszedłem o siódmej. Pięć minut zajął mi dojazd do Biblioteki Beverly Hills. Czytelnia była wypełniona emerytami, sprawdzającymi notowania giełdowe, i nastolatkami, odrabiającymi prace domowe lub przepisującymi je od kolegów. Piętnaście po siódmej siedziałem za przeglądarką mikrofilmów, mając przed sobą kopie "Timesa" z marca tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego roku. Cofnąłem się do czwartego marca. To, czego szukałem, zajmowało lewy górny róg pierwszej strony.
AKTORKA ZAATAKOWANA KWASEM SIARKOWYM
Wczoraj nad ranem w spokojnej dzielnicy mieszkaniowej w pobliżu Hollywood Boulevard miała miejsce zbrodnia mrożąca krew w żyłach. Do tej pory sąsiedzi nie mogą zrozumieć, jak do tego doszło. Ofiarą ataku jest była modelka, a obecnie aktorka zatrudniona w znanym studiu filmowym Apex.
Regina Marie Paddock, lat dwadzieścia trzy, zamieszkała przy Beachwood Drive 2103 pod numerem drugim, została obudzona o godzinie 4.30 nad ranem stukaniem do drzwi przez mężczyznę podającego się za doręczyciela z pilną przesyłką.
Gdy otworzyła drzwi, napastnik wyciągnął butelkę i wylał jej zawartość na twarz kobiety. Poszkodowana z przeraźliwym krzykiem upadła na podłogę.
Oto rysopis podejrzanego: Afrykanin, lat około dwudziestu, sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, dobrze zbudowany. Uciekał bez samochodu.
Ofiara z oparzeniami trzeciego stopnia została przewieziona do szpitala "Hollywood Presbiterian". Lekarze określają stan zdrowia chorej jako "poważny, ale stabilny". Jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo, ale cierpi bardzo z powodu głębokich oparzeń lewego policzka. Szczęśliwym trafem oko nie zostało uszkodzone.
Rzecznik prasowy Apex powiedział: "Wciąż jesteśmy w szoku po tym wołającym o pomstę do nieba wypadku i wyrażamy głęboki żal z powodu nie zawinionego ataku na naszą utalentowaną aktorkę Ginę Prince (pseudonim artystyczny panny Paddock). Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby przy pomocy odpowiednich służb jak najszybciej ująć sprawcę zbrodni."
Regina Marie Paddock urodziła się w 1946 roku w Denver w stanie Kolorado. W wieku lat dziewiętnastu przeniosła się do Los Angeles, gdzie pracowała w agencji modelek Flax Agency. Została szybko zauważona i trafiła na okładki czasopism "Glamour" i "Vogue". Następnie współpracowała z agencją Belle Vue Agency i podpisała umowę z William Morris Agency, skąd otrzymała angaż do studia Apex.
Mimo że dotychczas nie zagrała żadnej roli, rzecznik prasowy studia stwierdził: "Chciano jej powierzyć parę ważnych ról w najnowszych filmach. Gina Prince jest wielce uzdolnioną i piękną kobietą. Zrobimy wszystko, żeby ten nieszczęśliwy wypadek nie wpłynął na jej karierę."
Policja prowadzi energiczne śledztwo. Wszelkie informacje prosimy kierować bezpośrednio do detektywów Savage i Flores z wydziału dochodzeniowego policji w Hollywood.
W środku artykułu umieszczono pomniejszone zdjęcie z okładki "Vogue": owalna twarz, długa szyja, długie proste, jasne włosy ułożone w dziwną fryzurę, która była prawdopodobnie ostatnim krzykiem mody. Podkreślone łuki brwi, wydatne kości policzkowe, ogromne jasne oczy i śliczne usta. Makijaż zrobiony przez studio Avedon albo kogoś o podobnym stopniu profesjonalizmu.
Jakże kwas zniszczył tę skończoną piękność.
Melissa była bardzo podobna do matki, ale wiele mogło się jeszcze zmienić, zanim dojrzeje.
Przekręciłem gałkę przeglądarki. Krótkie notatki o stanie zdrowia Giny Paddock pojawiały się przez następnych parę dni. Jej stan określano jako "stabilny". Żadnych poszlak. Znowu wyrazy współczucia od kierownictwa studia filmowego z informacją o nagrodzie w wysokości pięciu tysięcy dolarów dla każdego, kto przyczyni się do ujęcia sprawcy. I żadnych już zapewnień o dalszej karierze filmowej modelki.
Dwa tygodnie później:
ARESZTOWANIE PODEJRZANEGO O ATAK KWASEM
DZIĘKI ANONIMOWEJ INFORMACJI
Policja aresztowała podejrzanego o atak kwasem, który oszpecił aktorkę Gine Prince (Regina Marie Paddock).
O aresztowaniu w południowym Los Angeles Melvina Louisa Findlaya, lat 28, poinformował szef policji Bryce Donnemeister na konferencji prasowej zwołanej w komendzie głównej policji. Findlay był notowanym przestępcą. W ostatnim czasie zwolniony został warunkowo z więzienia w Chino, gdzie odsiedział osiemnaście miesięcy z trzyletniego wyroku za wymuszenie.
Findlay, znany recydywista, wcześniej był skazywany za napad, pobicie i kradzież samochodu.
"Materiały dowodowe przekonują nas, że złapaliśmy właściwego człowieka" - oświadczył Donnemeister. Odmówił jednak odpowiedzi na pytanie, czy ofiara zidentyfikowała przestępcę. Stwierdził tylko, że do aresztowania doszło po anonimowym telefonie.
Panna Prince wciąż przebywa na leczeniu w szpitalu "Hollywood Presbiterian". Jej stan oceniany jest jako dobry. Prowadzone są przygotowania do operacji plastycznych twarzy.
Po trzech dniach:
WŁAŚCICIEL AGENCJI MODELEK
ARESZTOWANY W SPRAWIE O ATAK KWASEM
Właściciel agencji modelek, która w przeszłości zatrudniała Ginę Prince (Regina Marie Paddock), został schwytany wczoraj wieczorem jako główny podejrzany w sprawie o okrutny zamach, o którym pisaliśmy w ostatnich dniach.
Joela Henry'ego McCloskeya, lat 34, aresztowano w pokoju hotelu "Flamingo", gdzie ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem. Tymczasowo osadzono go w areszcie śledczym w Las Vegas na podstawie nakazu sądowego.
Szef policji w Hollywood oświadczył, że do aresztowania doszło na podstawie zeznań innego podejrzanego, Melvina Findlaya, lat 28, aresztowanego 18 marca. "Na tym etapie śledztwa ustalono, że Findlay był tylko wykonawcą zbrodni. McCloskey wynajął go."
Donnemeister przyznał, że w roku 1967 Findlay pracował dla McCloskeya w charakterze "ochroniarza". Szef policji odmówił dalszych komentarzy.
McCloskey wychował się w New Jersey, na początku śpiewał w klubie nocnym, a w 1962 roku przybył do Los Angeles, gdzie szukał pracy jako aktor. W końcu otworzył agencję modelek Belle Vue Agency. Po przejściu panny Prince z większej i bardziej wpływowej agencji Flax Agency, jak utrzymują hollywoodzkie źródła, bez powodzenia próbował zostać menadżerem Giny.
McCloskeya i pannę Prince łączyła bliska znajomość do czasu odejścia Prince z agencji Belle Vue i podpisaniu nowego kontraktu z William Morris Agency na cykl zdjęć próbnych. Wkrótce potem szczęście odwróciło się od Belle Vue i 9 lutego bieżącego roku McCloskey ogłosił bankructwo.
Na pytanie, czy zemsta jako motyw zbrodni jest brana pod uwagę, komendant odpowiedział: "Wstrzymuję się od wszelkich komentarzy do czasu zakończenia oficjalnego dochodzenia."
Panna Prince wciąż przebywa w szpitalu "Hollywood Presbiterian", gdzie poddawana jest skomplikowanym operacjom plastycznym.
Poniżej znajdowało się zdjęcie: niski, ciemny, o drobnej budowie mężczyzna prowadzony przez dwóch rosłych policjantów, przy których wyglądał jak karzełek. Miał na sobie sportową bluzę, długie spodnie i rozpiętą na piersiach białą koszulę. Nisko pochylał głowę, a długie włosy przysłaniały mu twarz. Przypominał zasępionego Jamesa Deana, który nie golił się przez parę dni.
Po chwili znalazłem epilog sprawy. McCloskey zaplanował zbrodnię i opłacił zbira. Melvin Findlay przyznał się do napadu i zeznawał przeciwko McCloskeyemu. McCloskey został oskarżony o usiłowanie zabójstwa i współudział w zamachu. Wniesienie ostatecznego oskarżenia przez prokuratora miało zająć trzy miesiące.
Sam proces trwał krótko. Prokurator rozdał ławnikom zdjęcia Giny Prince z czasów, kiedy była wziętą modelką, a potem zdjęcia zniekształconej twarzy kobiety zrobione w szpitalu zaraz po zamachu. Ofiara pojawiła się na chwilę na sali rozpraw obandażowana i łkająca. Chirurdzy stwierdzili trwałą deformację twarzy.
Melvin Findlay zeznał pod przysięgą, że McCloskey wynajął go do "spalenia twarzy tej (niecenzuralne słowo) dziwki, a jeśli nie przeżyje ataku, to nie będzie się tym martwił".
Prokurator przedstawił taśmę z zeznaniem McCloskeya, które obrona starała się bezskutecznie podważyć. Nagranie odtworzono publicznie: McCloskey płacząc przyznawał się do wynajęcia Findlaya, żeby oszpecił on Ginę Prince.
Linia obrony nie polegała na poddawaniu w wątpliwość faktów, ale na udowodnieniu, że McCloskey nie był w pełni poczytalny, co nie udało się z powodu odmowy McCloskeya poddania się badaniom psychiatrycznym. Psychiatra sądowy oświadczył, że obserwując McCloskeya w celi, można było określić go jako "niechętnego do jakiegokolwiek kontaktu i pogrążonego w depresji, ale myślącego trzeźwo, bez poważniejszych zaburzeń psychicznych". Werdykt skazujący ława przysięgłych wydała po dwugodzinnej naradzie.
W czasie ogłaszania wyroku sędzia nazwał McCloskeya "wyjątkowo nikczemną bestią ludzką, i najbardziej odrażającym oskarżonym, jakiego miał nieszczęście spotkać w całej dwudziestoletniej karierze sędziowskiej". Następnie odczytał długą listę oskarżeń, skazując McCloskeya na dwudziestotrzyletni pobyt w San Quetin. Wydawało się, że usatysfakcjonowało to wszystkich. Nawet McCloskeya, który zaraz po rozprawie zwolnił obrońców i nie skorzystał z prawa do apelacji.
Po zakończeniu procesu dziennikarze próbowali zrobić wywiad z przysięgłymi. Wybrali oni spośród siebie rzecznika, który powiedział:
"Żeby sprawiedliwości stało się zadość, powinniśmy byli zastosować zasadę: oko za oko, ząb za ząb. Tej kobiecie nic nie zwróci urody, ale nie spoczęliśmy, aż McCloskey otrzymał najwyższy wyrok dopuszczalny prawnie przy takim oskarżeniu." Człowiekiem, który wypowiedział te słowa, był czterdziestosześcioletni Jacob P. Dutchy, jeden z pracowników przedsiębiorstwa Dickinson Industries w Pasadenie.
Mikoksi z kwasem.
Dwadzieści trzy lata w San Q.
Za dobre sprawowanie wychodzi się po odsiedzeniu połowy kary. Apelacje i odwołania mogą dodatkowo skrócić okres więzienia. A więc wkrótce powinien wyjść - jeśli jeszcze tego nie uczynił.
Bez wątpienia Dutchy musiał znać dokładną datę zwolnienia. Byłem przekonany, że nie zapomniał o sprawie i śledził losy więźnia. Nie wiedziałem tylko, jak Dutchy i matka wytłumaczyli cały wypadek Melissie.
Dutchy. Interesująca postać. Dokonał oryginalnej metamorfozy.
Z ławnika przeobraził się w oddanego sługę. Wyświetlenie tej kwestii bardzo mnie pociągało, ale nie miałem nadziei na odkrycie prawdy. Biorąc pod uwagę okoliczności, będę miał dużo szczęścia, jeśli uda mi się w ogóle dowiedzieć czegoś więcej o tej sprawie.
Dumałem o skrytości i przywiązaniu Dutchy'ego. Czy i nie ten sam stan beznadziejności, ta sama subtelność cierpiącej księżnej przyciągnęła również Eileen Wagner?
Czymże jest dorastanie pod opieką takiej matki?
Mężczyźni z workami...
Identyczne sny miewały dzieci, które leczyłem do tej pory.
Nie opuszczało mnie jednak nieodparte wrażenie, że to dziecko jest inne. Nie wygram łatwo tej sprawy.
Zjadłem wyśmienitą kolację w restauracji Nate'n Al przy Beverly Drive: duszona wołowina z ryżem, w towarzystwie ludzi z branży filmowej, rozprawiających o terminach kontraktów. Wróciłem do domu i zadzwoniłem do San Labrador.
Tym razem automatyczna sekretarka głosem Dutchy'ego oznajmiła, że nikogo nie ma w domu i łaskawie ośmielała mnie do pozostawienia wiadomości.
Powtórzyłem, że żądam natychmiastowej rozmowy z panią domu.