Oczarowanie. Życie Audrey Hepburn - Donald Spoto

Reflow text when sidebars are open.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
1929-1939
Opuszczali Anglię w promieniach słońca, lecz w połowie drogi przez kanał La Manche ciemne chmury pokryły niebo, a łagodna bryza zmieniła się w huragan. Gdy statek obrał kurs na kontynent, złapała ich zimowa burza. Lodowaty deszcz uderzał o pokład i siekł po twarzach, gdy prom wznosił się i opadał. Wspominając po latach tę podróż, była pewna, że ani ona, ani dwaj mali, przytuleni do niej chłopcy nie odczuwali wtedy lęku.
Ten szkwał był znacznie łagodniejszy niż tajfun, który przeżyła kiedyś na Morzu Południowochińskim; nie dorównywał też gwałtownym burzom, stale pastwiącym się nad statkami, którymi podróżowała z Azji do Ameryki Południowej lub z Holandii do Indii Wschodnich. Dzięki opanowaniu baronessy jej dwaj synowie, z których jeden miał osiem lat, a drugi cztery, ochoczo stawiali czoło okropnej pogodzie. Musiała jednak mocno trzymać chłopców za ręce, inaczej wiatr z łatwością zdmuchnąłby dzieci za burtę. Lepiej, by zeszli pod pokład na gorącą czekoladę.
Skierowała się do kawiarni. Przechodząc obok małego zadymionego baru, spostrzegła swego męża, który rozgrzewał się irlandzką whisky. Spojrzał w jej stronę, lecz nie przerwał rozmowy z siedzącym obok współpasażerem. Nie był ojcem chłopców - dzieci pochodziły z jej pierwszego małżeństwa. Brakowało mu pewności siebie, więc nikt w barze nie podejrzewał, że mógł mieć cokolwiek wspólnego z tą przystojną kobietą o arystokratycznym wyglądzie i z dwójką posłusznych dzieci. Słyszała, jak opowiadał kompanowi od kieliszka, że wyjeżdża z Anglii, by objąć nową, wielce obiecującą posadę w Belgii. Prawdę mówiąc, ona też na to liczyła, myśląc o nim, o sobie i chłopcach; gdyby tylko potrafił utrzymać jakąś pracę dłużej niż miesiąc czy dwa, zamiast próżnować - bez wątpienia wyszłoby to na dobre ich związkowi. Byli małżeństwem od trzech lat, a on był jej drugim mężem; obliczyła, że przez ten czas nie pracował dłużej niż trzy miesiące.
Jej pierwszy mąż wyskoczył z małżeńskiej łodzi pięć lat po ślubie, czyli prawie cztery lata temu. Miała wtedy dwadzieścia pięć lat i została sama z dwójką małych dzieci; niestety, także i teraz ciemne chmury zaczynały gromadzić się nad małżeńskim horyzontem. A ona była w siódmym miesiącu ciąży.
Posiadała pewne zasoby finansowe i część rodowych dóbr, ponieważ jej rodzina należała do starej europejskiej arystokracji. Miała też tytuł: była holenderską baronessą, Ellą van Heemstra, obecnie panią Ruston. Holenderskie baronessy nie były rzadkością, nawet w 1929 roku. Większości demokratycznie nastawionych Holendrów nie przeszkadzało, że ostatni ze szlachetnie urodzonych używają historycznych tytułów - pod warunkiem że ich posiadacze nie zadzierali nosa i zachowywali się jak holenderska rodzina królewska, sympatyczny i twardo stąpający po ziemi ród.
Cała czwórka dotarła bezpiecznie do Brukseli i zamieszkała w wynajętym domu. Gdy baronessa przygotowywała się do narodzin dziecka, korzystając z pomocy przybyłej z Holandii krewnej, jej mąż rozpoczął pracę w brytyjskiej firmie ubezpieczeniowej jako urzędnik niższego szczebla. Zaczął się nudzić już pierwszego dnia.
W sobotni ranek, 4 maja, baronessa zaczęła rodzić, a po południu trzymała w ramionach swą nowo narodzoną córeczkę. "Dziecko urodzone w sobotę ciężko pracuje na utrzymanie", głosiła dziecięca rymowanka.
Ella, baronessa van Heemstra, przyszła na świat 12 czerwca 1900 roku na modnych przedmieściach Velp, koło Arnhem, w Holandii. Była jednym z dziewięciorga dzieci barona Arnolda Jana Adolfa van Heemstra (byłego gubernatora Gujany Holenderskiej w Ameryce Południowej - późniejszego Surinamu) i baronessy Elbrig Wilhelminy Henrietty van Asbeck; obie rodziny należały do arystokracji. Powody, dla których otrzymali tytuł, nie są dokładnie znane, ale dziadkowie Elli z obu stron byli szanowanymi prawnikami i sędziami, służącymi przez wiele lat Koronie i ojczyźnie. Ich dzieci, rodzice Elli, odziedziczyły tytuły zgodnie z obyczajem tamtej epoki.
Dzieciństwo Elli było dostatnie: jej rodzice mieli rezydencję na wsi, dom w mieście, letni domek i gromadę służby. Zdjęcia dwudziestokilkuletniej Elli przedstawiają niezwykle atrakcyjną kobietę o delikatnych rysach, ciemnych włosach, gładkiej, przejrzystej cerze i uśmiechu, który nie był dziewczęcy, wstydliwy czy uwodzicielski, lecz pełen godności. Inaczej mówiąc, była uosobieniem germańsko-wiktoriańskiej arystokratki, a styl germańsko-wiktoriański (wyściełane meble i sztywna postawa) obowiązywał w całej Europie - jeżeli nie w rodzinach królewskich, to z pewnością wśród aspirującej do kontaktów z nimi klasy społecznej - arystokracji.
Gdy Ella miała dziewiętnaście lat, ukończyła przyzwoitą, choć niestawiającą nadmiernych wymagań szkołę dla panien z wyższych sfer, w której wyróżniała się głównie na zajęciach ze śpiewu i w teatrze amatorskim, i to w takim stopniu, że zapragnęła zostać śpiewaczką operową. Rodzice nie przejęli się tym zbytnio, tylko kupili córce bilet pierwszej klasy na parowiec, którym miała się udać w podróż do krewnych pracujących w duńskich firmach kolonialnych w Batawii - tej łacińskiej nazwy używano w Holandii dla miasta w Holenderskich Indiach Wschodnich (późniejszej Indonezji), które nazwano potem Dżakartą.
Tam Ella rozkwitła. Dzięki pięknemu głosowi, z którego robiła dobry użytek, występując na przyjęciach, cieszyła się dużym powodzeniem; jej błyskotliwość, wytworny sposób bycia i subtelna kokieteria robiły wrażenie na młodych kawalerach i ich rodzicach. 11 marca 1920 roku - pięć miesięcy po jej przyjeździe do kolonii i trzy miesiące przed dwudziestymi urodzinami - rodzice Elli płynęli do Batawii na ślub córki z Hendrikiem Gustaafem Adolfem Quarlesem von Uffordem, który był od niej starszy o sześć lat i miał przyzwoitą pracę. Interesy w Indiach kwitły tego roku, po części przynajmniej dlatego, że Holandia przeżywała poważny kryzys i była uzależniona od kolonii w stopniu większym niż kiedykolwiek.
Matka van Ufforda była baronessą o godnych szacunku holenderskich i francuskich korzeniach, więc wszystko stanowiło dobrą wróżbę, iż związek będzie szczęśliwy i korzystny. 5 grudnia tego samego roku Ella urodziła syna, który otrzymał imiona Arnold Robert Alexander Quarles van Ufford (zawsze mówiono do niego Alex); a 27 sierpnia 1924 roku na świat przyszedł Ian Edgar Bruce Quarles van Ufford. Niestety, już wkrótce sprawy zaczęły układać się źle. Gdy Hendrik powrócił do Holandii na Boże Narodzenie 1924 roku, aby omówić przeniesienie z Batawii, Ella i maluchy pojechały wraz z nim. Na początku 1925 roku małżonkowie zarejestrowali w Arnhem rozwód z przyczyn, które na zawsze pozostały niewyjaśnione.
Zaraz potem van Ufford wsiadł na statek do San Francisco, gdzie otrzymał propozycję dobrej pracy; poznał tam Marie Caroline Rohde, emigrantkę z Niemiec, z którą się wkrótce ożenił. W ten sposób Hendrik Quarles van Ufford zniknął z życia Elli i dwóch synów; wiadomo jedynie, że wrócił do Holandii wiele lat później i zmarł w 1955 roku, w wieku lat sześćdziesięciu.
Tak więc wiosną 1925 roku dwudziestoczteroletnia baronessa Ella van Heemstra van Ufford została sama z dwójką dzieci. Przyjaciele w Holandii zauważyli, że zrobiła się nieco władcza, być może z powodu nadmiernej wrażliwości na krytykę unieważnienia małżeństwa, ale miała tytuł, dom w Holandii, rodziców i nianię dla swych synów.
Pomimo tych przywilejów i ku zaskoczeniu rodziców Ella wróciła do Batawii, gdzie odnowiła wcześniejszą przyjaźń z szykownym, uprzejmym Anglikiem, którego poznała, gdy jej małżeństwo się rozpadało. Joseph Victor Anthony Ruston, starszy od niej o jedenaście lat, urodził się 21 listopada 1889 roku w Czechach, w miejscowości Onzic[1], w której pracował i w której poślubił miejscową dziewczynę, Annę Catherinę Wels, jego pochodzący z Londynu ojciec Victor John Ruston. Panieńskie nazwisko babki Josepha ze strony matki brzmiało Kathleen Hepburn.
Gdy Joseph i Ella ponownie spotkali się wiosną 1926 roku, on nadal pozostawał w związku z Cornelią Wilhelminą Bisschop, Holenderką, którą poślubił w Indiach Wschodnich. Utrzymywali się wyłącznie z jej majątku, co Rustonowi było oczywiście na rękę, ponieważ nigdy nie zrobił kariery - i nigdy jej nie pragnął. Późniejsi biografowie Hepburn uznali go za anglo-irlandzkiego bankiera, choć nie był ani Irlandczykiem, ani bankierem; "smutne, choć prawdziwe jest to, że nigdy nie potrafił wytrzymać w żadnej pracy"[2] - powiedział jeden z jego wnuków. Ale był spokojny, przystojny, miał ciemne, aksamitne oczy (zgodnie z opisem Elli), a dzięki Cornelii był doskonale ubrany. Nosił mały, przypominający malarski, wąsik i dobrze wychodził na zdjęciach; nic dziwnego, że spodobał się Elli, która chciała znaleźć nowego ojca dla swych chłopców.
Miała wszelkie powody przypuszczać, że znajdzie mężczyznę na odpowiednim stanowisku. Rządy bezpośrednie Holandii w Indiach Wschodnich znacznie się umocniły od 1900 roku, a holenderska strategia, by kontrolować gospodarkę i wpływy z podatków, oznaczała, iż praktycznie każdy eksportowany przedmiot przechodził przez Batawię.
Joseph uważał Ellę za osobę wyrobioną, elegancką i na równi z nim rozmiłowaną w luksusach życia; oboje lubili kotyliony, parady wojskowe, dobre restauracje i imprezy sportowe. Ale największym atutem Elli był jej tytuł - na którego temat żartował tak często, że Ella domyśliła się, jak poważnie go traktował. Nie miało znaczenia, iż od wieków był to tytuł grzecznościowy, używany przez inne damy w Batawii - ani to, że Ella podjęła pracę w biurze, by utrzymać siebie i chłopców. Joseph, zauroczony wszystkim, co choćby odrobinę wiązało się z arystokracją, przedstawiał ją jako baronessę. Doskonale rozumiał, że przez małżeństwo nie zostanie baronem, jednakże bardzo cenił jej pochodzenie i wychowanie, a prawdopodobnie najbardziej dostatek, w jakim żyła jej rodzina. Uważał go za życiowy parasol ochronny - lub raczej pluszową kanapę, na której będzie mógł usiąść i odpocząć, jeżeli przyjdzie mu na to ochota.
Natomiast Cornelia, pozornie uległa, a w dużej mierze samodzielna, oddawała się rozkoszom życia kolonialnej elity, w domu bogato zdobionym kością słoniową i złotem (typowe dla białych Europejczyków), w otoczeniu tubylców spełniających jej zachcianki. Codzienne życie bogaczy można trafnie przedstawić w kategoriach powieści Somerseta Maughama: nie była to zaściankowa placówka, lecz raczej szykowny rezerwat dla uprzywilejowanych obcokrajowców, sprawujących kontrolę nad gospodarką.
Gdy Joseph powiedział, że może otrzymać szybki rozwód z żoną, Ella przyjęła jego oświadczyny. Na szczęście Cornelia Bisschop Ruston nie stawiała przeszkód, ponieważ sama ulokowała uczucia gdzie indziej. Sporządzono dokumenty, obie strony podpisały je i kontrasygnowały, rozwód odbył się szybko, i 7 września 1926 roku Ella i Joseph pobrali się.
Przez krótki czas Elli pochlebiał przystojny mąż, który przynajmniej dobrze się prezentował na towarzyskich imprezach. Lecz była także bystra i wkrótce jego próżniactwo i posępne usposobienie zaczęło ją irytować. Niestety, Joseph Ruston okazał się zwykłym kombinatorem, który ożenił się z nią dla pieniędzy i możliwości życia w blasku jej arystokratycznej rodziny. Nie podjął żadnych starań, by zarobić na utrzymanie, i zdawało się, że znalazł wymówkę, gdy w listopadzie rewolta komunistyczna spowodowała masowe rozruchy i została stłumiona z wielkim trudem. Jak - protestował - mógłby chodzić do pracy w tak niestabilnej kolonii? Od tego momentu rozmowy Josepha Rustona były naszpikowane płomiennymi, antykomunistycznymi perorami.
Rozleniwienie, polityczne tyrady i błahostki życia towarzyskiego nie leżały w charakterze Elli, nie miała więc zrozumienia dla tych cech u innych, mimo że opinia publiczna była na ogół innego zdania. Po roku małżeństwa zaczęły się gwałtowne kłótnie o pieniądze, próżniactwo Josepha i niepokojącą obojętność uczuciową wobec jej dwóch synów. Zdesperowana Ella napisała do rodziców, którzy zasugerowali, aby Joseph spotkał się z ich wspólnikami w Londynie. Na to Joseph przystał; tak czy owak, bardzo tęsknił za Anglią, a Londyn uważał za miejsce znacznie przyjemniejsze od Batawii. Skutkiem tego pod koniec 1928 roku Joseph, Ella, Ian i Alexander wyruszyli w długą podróż z Indii Wschodnich do Anglii.
Przyjechali w wigilię i wynajęli mieszkanie w modnej dzielnicy Mayfair, kilka kroków od Hyde Parku. Okres świąteczny - jak upierał się Joseph - nie był czasem na szukanie pracy, czekał zatem do lutego. Współpracownik teścia zaproponował mu pracę w firmie ubezpieczeniowej w Belgii, więc w połowie marca baronessa i jej mąż ponownie spakowali walizki, wsiedli na miotany sztormem prom do Francji, skąd pojechali pociągiem do Brukseli.
W końcu maja niemowlę omal nie umarło na koklusz. Przestało oddychać i zaczęło sinieć, a zdrętwiała z przerażenia niańka wezwała Ellę. Dzięki obracaniu, oklepywaniu i ogrzewaniu tudzież głośnym modlitwom Ella faktycznie uratowała maleństwu życie.
18 lipca, dziesięć tygodni po narodzinach córki, Ella i Joseph Ruston zarejestrowali ją w wicekonsulacie brytyjskim w Brukseli, ponieważ wedle prawa dziecko uważano za obywatela brytyjskiego, jeżeli ojciec był Anglikiem. Jak podają dokumenty, urodziła się na rue Keyenveld 48, zwanej także Keienveldstraat, w dzielnicy Ixelles, na południowy wschód od centrum Brukseli. Prawne imię i nazwisko dziecka brzmiało Audrey Kathleen Ruston; przez całe życie Audrey miała brytyjski paszport.
Audrey mogła zawsze liczyć na opiekę, ochronę i wskazówki matki, ale Ella (podobnie jak jej mąż) nie potrafiła okazywać uczuć. Wiktoriańska baronessa w każdym calu, teraz jeszcze bardziej powściągliwa niż kiedykolwiek, utraciła spontaniczność i radość młodości. Była odpowiedzialną matką, której dobro córki zawsze leżało na sercu, lecz ciepło tego serca studziło przekonanie, iż godne zachowanie jest ważniejsze niż uściski, a wszystko bardziej wylewne od symbolicznego całusa na dobranoc jest niestosowne. Znacznie później Audrey przyznała, że jej matka została boleśnie skrzywdzona na skutek rozpadu pierwszego małżeństwa i emocjonalnego bankructwa drugiego.
Audrey w wieku siedmiu lat (1936)
Fotografie robione w dzieciństwie ukazują żwawą, jasnooką, uśmiechniętą i zrównoważoną dziewczynkę, a gdy na zdjęciu widnieje także matka lub przyrodni bracia, na twarzy Audrey gości zazwyczaj szelmowski uśmieszek. Zawsze traktowała służących jak przyjaciół rodziny; uwielbiała przebywać na świeżym powietrzu, grać w zwykłe gry i płatać psikusy. Ian i Alex wspominają, że Audrey towarzyszyła im podczas spacerów i wędrówek i że lubili bawić się w odgrywanie szarad. "Czasami byliśmy bardzo niegrzeczni"[3], wspominał Ian. "Wbrew mamie ciągle łaziliśmy po drzewach". Ale gdy Audrey miała pięć lat, jej przyrodni bracia, podówczas czternasto- i jedenastoletni, zostali wysłani do szkoły z internatem; dlatego też ich wzajemne spotkania miały charakter okazjonalny.
Z czasem mądre, pomysłowe i pogodne dziecko zaczęło zdawać sobie sprawę z coraz częstszych kłótni rodziców i martwić się zimną wojną panującą podczas obiadu. Atmosfera była tak napięta, że Audrey często płakała w sekrecie, bo gdy robiła to w obecności innych osób, dostawała burę. "Gdy byłam dzieckiem, uczono mnie, że zwracanie na siebie uwagi jest w złym tonie i że nigdy nie należy robić z siebie widowiska... Ciągle pamiętam głos matki: "Nie spóźniaj się", "Pamiętaj, by mieć innych na uwadze" i "Nie mów ciągle o sobie. Nie jesteś pępkiem świata. Inni są ważniejsi""[4].
Oczywiście, problemów małżeńskich nigdy nie roztrząsano w obecności dziecka. Jednym z nich były z pewnością prawicowe poglądy polityczne Josepha, które wydawały się Elli coraz bardziej dziwaczne.
Belgia była stabilnym krajem, ale upadek gospodarki amerykańskiej jesienią 1929 roku spowodował światowy kryzys. W Brukseli, w której elektorat był w zasadzie konserwatywny, rząd otrzymał nadzwyczajne uprawnienia, aby regulować wszelki handel w kraju i za granicą - na przykład w Kongu, które przynosiło ogromne dochody z górnictwa. Ekstremiści, rewolucyjnie nastawieni socjaliści i ulegający niemieckim wpływom narodowi socjaliści mieli oficjalny zakaz sprawowania władzy, lecz ich liczba rosła w alarmujący sposób.
W 1934 roku faszyści byli praktycznie obecni w każdej rządowej agencji w Belgii - może nie mieli władzy, lecz z pewnością wpływy. W tym czasie Audrey nie zdawała sobie sprawy, że polityczne sympatie ojca są tak bardzo prawicowe, że ideologia faszystowska coraz silniej do niego przemawia i że często robi wypady do politycznych stowarzyszeń, składających się z czeladników nazizmu.
Prawdę mówiąc, Joseph i Ella kierowali się uprzedzeniami, które wprawiały Audrey Hepburn w zażenowanie do końca życia.
Wiosną 1935 roku jej rodzice zbierali pieniądze i werbowali członków do Brytyjskiego Związku Faszystów pod przewodnictwem cieszącego się złą sławą Oswalda Mosleya. W numerze "Czarnej Koszuli" z 26 kwietnia, buńczucznego tygodnika Mosleya, zamieszczono zdjęcie Elli i żarliwą odezwę napisaną tak bezbłędną angielszczyzną, iż sugeruje rękę jej męża: "Nas, którzy usłyszeli wezwanie faszyzmu i podążyli za światłem na drodze wiodącej do zwycięstwa, nauczono rozumieć to, z czego niejasno zdawaliśmy sobie sprawę i co teraz w pełni sobie uświadamiamy. Wreszcie zrywamy z niewolą i znajdujemy się na drodze ku ocaleniu. My, którzy idziemy za sir Oswaldem Mosleyem, wiemy, że w nim znaleźliśmy przywódcę, którego wzrok nie skupia się na przyziemnych sprawach, którego źródło inspiracji plasuje się na wyższym poziomie i którego idealizm powiedzie Brytanię do jasnego światła nowej ery duchowego odrodzenia".
Jedenaście dni później Ella i Joseph jedli lancz z Hitlerem w Monachium, w towarzystwie kilku najbliższych sojuszników Mosleya i sióstr Mitford. Wrócili do Brukseli w połowie maja, więc nie zdążyli na urodziny Audrey.
Wkrótce Joseph odsunął się od żony i córki. Ponury, milczący, bez chęci do pracy, zależny od żony i pogardzający Żydami, katolikami i "kolorowymi", zdawał się nie mieć nic do powiedzenia Elli i Audrey, co naturalnie wpływało na nastrój córki. "Stałam się ponurym dzieckiem, cichym i powściągliwym, i bardzo lubiłam być sama. Potrzebowałam ogromnej dozy zrozumienia"[5]. A o zabawach mówiła tak: "Nie interesowałam się lalkami. Nigdy nie wydawały mi się prawdziwe"[6]. Audrey wolała towarzystwo psów, kotów, królików i ptaków, które malowała kredą i tuszem z zadziwiającą wirtuozerią. Obdarzała zwierzęta uczuciami, których sama pragnęła, a których rodzice nie byli w stanie jej dać. "Urodziłam się z ogromną potrzebą otrzymywania i dawania uczuć"[7], powtarzała wielokrotnie już jako osoba dorosła.
"Kiedy byłam mała, wprawiałam mamę w zakłopotanie, usiłując wyciągać dzieci z wózków na ulicy lub na targu. Moim jedynym marzeniem było posiadanie własnych dzieci. Zawsze w moim życiu chodziło o jedno - nie tylko chciałam otrzymywać miłość, lecz rozpaczliwie pragnęłam ją dawać"[8].
Nieustannie brała w objęcia małe zwierzątka i dzieci przechodniów - to był jej sposób na "dawanie". Natomiast "otrzymywanie miłości", choćby tylko pod pretekstem podstawowego bezpieczeństwa domowego, odebrano jej na zawsze pod koniec maja 1935 roku, gdy - bez uprzednich gróźb czy ostrzeżeń - Joseph Ruston spakował swe ubrania i, nie mówiąc nic nikomu, wyszedł na rue Keyenveld, by nigdy już nie wrócić.
Jak podają trzeciorzędne źródła, Joseph roztrwonił sporo z majątku powierniczego Elli i mnóstwo pieniędzy, które jego teść przekazał mu w dniu ich ślubu. Inni uważają, że stał się nałogowym alkoholikiem. Ale ponieważ główni zainteresowani zachowali milczenie, nie można stwierdzić, że było to powodem separacji. Zarówno Ella, jak i Joseph mieli surowe, powściągliwe i pełne krytycyzmu usposobienia, chociaż za Ellą przemawia fakt, iż poświęcała się dla dobra Audrey; jej praca, by dziewczynka mogła się uczyć i rozwijać swe zainteresowania, stanowiła dowód prawdziwego oddania, którego Audrey była zawsze pewna. "Moja matka miała wiele miłości, choć nie zawsze potrafiła ją okazać...[9] Z konieczności moja matka stała się także ojcem"[10].
Ani Joseph, ani Ella nigdy nie pisali ani nie rozmawiali publicznie na temat swego małżeństwa i jego końca, a Audrey, która miała wtedy sześć lat, rzadko nawiązywała do tego tematu w późniejszym okresie życia, i to jedynie w kilku słowach: "Uwielbiałam ojca. To, że się ode mnie odciął, było straszne...[11] Opuścił nas, zostawiając bez wiary w siebie - być może na całe życie"[12]. Odejście ojca było, jak dodała w 1989 roku, "najbardziej traumatycznym przeżyciem w moim życiu. Pamiętam reakcję matki... [jej] twarz zalaną łzami... [byłam] przerażona. Co się ze mną stanie? Ziemia usunęła mi się spod nóg"[13].
Zdaniem starszego syna Audrey to porzucenie "było raną, która tak naprawdę nigdy się nie zabliźniła"[14]; twierdził również, że jego matka przez resztę życia "nigdy naprawdę nie wierzyła, że miłość zostaje". Kiedyś nawiązała do tego, mówiąc, że czuła się "bardzo niepewnie w kwestii uczuć - i niezmiernie za nie wdzięczna"[15]. Porzucenie w 1935 roku, dodała, "zostało ze mną w moich związkach. Gdy się zakochałam i wyszłam za mąż, żyłam w ciągłym lęku, że zostanę porzucona"[16].
Ten dzień sprawił, że Audrey odsunęła się od tych kilku przyjaciół, na których zezwalała matka - wycofanie, którego przyczyną musiał być po części wstyd, po części mieszanina żalu i zakłopotania, których nie potrafiła wyrazić słowami; a w jakiejś mierze aura winy, która rzuca cień na duszę każdego dziecka, gdy któreś z rodziców odchodzi. Czy to ona była przyczyną? Czy jej nie można kochać? Matka zapewniła ją, że w tym wypadku było inaczej. Czy jej ojciec wróci? Ella miała co do tego poważne wątpliwości. Czy już nigdy nie będzie miała ojca? W tej kwestii Ella zachowała milczenie.
"Inne dzieci miały ojca, ja nie. Nie mogłam znieść myśli, że nigdy go już nie zobaczę. A moja matka przechodziła katusze, gdy odszedł. Ponieważ odszedł naprawdę. Po prostu wyszedł i nigdy nie wrócił. Czułam się strasznie. Płakałam dniami i nocami. Lecz moja matka nigdy go nie poniżała"[17]. (Chociaż, wedle relacji jednego z synów Audrey, Ella "spędziła wojnę, sącząc jad [pod adresem Rustona], wypominając mu to zniknięcie i brak jakiegokolwiek wsparcia z jego strony"[18]).
Zdarzały się jednakże chwile niosące pocieszenie. Dziadkowie ze strony matki przyjechali z Holandii i zabrali Audrey i Ellę do rodzinnego domu w Arnhem, około 80 km na południowy wschód od Amsterdamu, gdzie stary baron był burmistrzem od 1920 do 1921 roku.
W czasie gdy prawnicy formułowali warunki separacji prawnej, Joseph przeniósł się do Londynu. Ku zdziwieniu rodziny Elli poprosił o prawo do odwiedzania Audrey - i ku przerażeniu wszystkich Ella to prawo mu przyznała. Prawdopodobnie przyczyną nie było współczucie dla wyrzutka, lecz raczej fakt, iż Ella zdecydowała się umieścić Audrey w całkowicie nowym otoczeniu - w angielskiej szkole z internatem.
W tamtej epoce wysłanie dobrze urodzonego, sześcioletniego dziecka do szkoły za granicą było uważane za odpowiednie i wspaniałomyślne posunięcie, a w wypadku samego dziecka za ważne doświadczenie okresu dojrzewania. Ponadto bezrobocie w Holandii sięgnęło rekordowego poziomu i niektórzy bezrobotni otrzymywali propozycje nisko płatnej pracy w Niemczech; jeżeli odmówili, tracili prawo do zasiłku. Od 1934 roku zaczęły się zamieszki społeczne spowodowane pewnymi działaniami: gdy kobiety wychodziły za mąż, były zwalniane z pracy w administracji publicznej, tak aby bezrobotni mężczyźni obarczeni rodzinami mogli zająć ich stanowiska. A na początku 1936 roku premier Hendrik Colijn wprowadził drastyczne środki oszczędnościowe. Z pewnością, tłumaczyła sobie Ella, na angielskiej wsi będzie znacznie spokojniej niż w Holandii, w której nagle zapanował chaos.
Pomimo arystokratycznego pochodzenia i świadomości, iż noblesse oblige, Ella była w zasadzie pragmatyczką zdolną do przystosowania się do warunków i wymagań życiowych; tę cechę przekazała córce, którą nauczono, że dom jest tam, gdzie się go zbuduje.
Gdyby Joseph odwiedzał czasami Audrey w szkole i zabierał na dzień do Londynu, sprawy ułożyłyby się, zdaniem Elli, lepiej dla dziecka - a sama baronessa byłaby częstym gościem. Niestety, ponownie się przeliczyła. W czasie gdy Audrey uczęszczała do małej prywatnej szkoły dla dziewcząt w Kent, spotkała się z ojcem jedynie cztery razy w ciągu czterech lat. "Gdybym mogła widywać go regularnie, wiedziałabym, że mnie kocha. Wiedziałabym, że mam ojca"[19].
Ale dla Rustona istniało coś ważniejszego niż odwiedzanie córki: w istocie często bywał w Kent, lecz zazwyczaj unikał szkoły. (Raz zabrał córkę na krótką wycieczkę małym dwupłatowcem nad południowo-wschodnią Anglią - lecz takie eskapady stanowiły odstępstwo od jego zwyczajowego braku zainteresowania). Przyczyna jego częstej obecności w pobliżu szkoły wyszła na jaw po latach. Ruston był swego czasu zwolennikiem Brytyjskiego Związku Faszystów Mosleya. Wtedy spotykał się ze starym przyjacielem - osławionym Arthurem Testerem - który po przeprowadzce z Brukseli kierował przepływem nazistowskiej propagandy z Niemiec do kwatery głównej Mosleya w Anglii[20]. Zdaniem brytyjskiego historyka Davida Turnera wspólnikiem Testera był Joseph Ruston[21].
W świetle wcześniejszych kontaktów Josepha i Elli z Mosleyem i Hitlerem taki rozwój wypadków nie był niczym zdumiewającym i mógł w istocie stanowić główną przyczynę powrotu Rustona do Anglii. Tak czy owak, należy dodać, że związek Elli z BZF skończył się w 1937 roku, a ponieważ nazizm stawał się coraz bardziej złowrogi i zbrodniczy, baronessa żałowała kontaktów z Hitlerem oraz popierania Mosleya i sprawy, którą absolutnie źle zrozumiała.
Wspominając pobyt w szkole w latach 1936-1939, Audrey powiedziała, że na początku była "przerażona, lecz okazał się dobrą lekcją samodzielności...[22] Lubiłam dzieci i nauczycieli, lecz nigdy nie lubiłam samego procesu uczenia się w klasie. Byłam bardzo ruchliwym dzieckiem i nigdy nie mogłam wysiedzieć czterech godzin. Lubiłam historię, mitologię i astronomię - natomiast arytmetyki nie znosiłam. Sama szkoła wydawała mi się nudna i byłam szczęśliwa, gdy ją skończyłam"[23].
Lecz były jedne zajęcia w tygodniu, które Audrey uwielbiała i na które czekała: godziny, podczas których baletmistrz z Londynu uczył dziewczęta tańca. Ella odwiedziła szkołę w dziesiąte urodziny Audrey - 4 maja 1939 roku. Przyjechała akurat na recital taneczny, w którym występowała jej córka. Nauczyciel i koleżanki z klasy nagrodziły ją entuzjastycznymi brawami, a Audrey promieniała.
PRZYPISY
ROZDZIAŁ PIERWSZY: 1929-1939