Samantha
Gdy szłam z powrotem czerwonym dywanem, moja wilczyca zdawała się spokojniejsza w piersi i odnosiłam wrażenie, że sądziła, iż wyrok został odroczony. Nie miałam odwagi przypominać jej, że to bez wątpienia tymczasowe. Nasz los był przesądzony i ponosiłam cholerną winę za to, że pozwoliłam sobie załamać się wszystkie te lata temu i oddać swoje serce komuś, kto użył go przeciwko mnie.
Serce, które, o ironio, nawet nie wiedziałam, że straciłam, aż do niedawna.
W tej złowrogiej atmosferze weszłam do namiotu. Para pojawiła się znikąd, wyżsi, niż to naturalne, piękniejsi, niż możliwe, i... z dzieckiem przypiętym do piersi tego cholernego boga, Bestii Cienia.
Simone powiedziała mi, że Mera jest w ciąży, ale, cholera, zobaczenie efektów na własne oczy to zupełnie co innego.
W pewnym momencie się zatrzymałam, a to Mera pokonała ostatnich kilka dzielących nas kroków.
- Sam! - zawołała, jej głos wypełniała moc, której nie czułam przy poprzednim naszym spotkaniu.
To nie była jedyna zmiana. Jej ombre czerwone włosy wydawały się bardziej świetliste, zieleń w jej piwnych oczach wręcz przeszywała, a skóra delikatnie lśniła, jakby tuż pod nią pulsowała energia.
- Mera? - powiedziałam niepewnie, nie rozumiałam, dlaczego w ogóle tu jest. - Słyszałaś o ceremonii połączenia?
Małe płomienie zapłonęły w jej oczach i gdyby nie mój obecny nastrój, może nawet bym na to zareagowała.
- Nie słyszałam o ceremonii połączenia - warknęła, brzmiała, jakby ledwo powstrzymywała furię. - Bo moja tak zwana przyjaciółka ignorowała mnie przez lata. Pieprzone lata. Nawet nie wiem, czemu tu teraz jesteśmy, poza tym, że Simone uważa, że zasługujesz na ostatnią szansę.
Skrzyżowała ramiona na piersi, a ja przełknęłam ciężko ślinę. Igły bólu próbowały przebić się przez odrętwienie, ale nie mogłam im na to pozwolić. Gdyby się wydostały, cała reszta też by się uwolniła.
- Przepraszam - odezwałam się beznamiętnie. - Próbowałam poradzić sobie z całym tym gównem w moim życiu i po prostu nie mogłam... nie mogłam przejmować się nikim innym. Mam ograniczone pokłady energii do rozdania, a zostały one już całkowicie wyczerpane.
Jej twarz nieznacznie złagodniała. Shadow stanął obok niej, jedną ze swoich masywnych dłoni położył na tyle nosidełka.
- Gratulacje - powiedziałam cicho, a serce zabolało mnie na myśl o wszystkim, co straciłam przez swoje porażki. - Jest piękna.
Była więcej niż piękna, z gęstymi rudymi lokami opadającymi na twarz i taką samą lśniącą skórą jak u Shadowa. Wyglądała na jakieś osiem miesięcy, ale nie dało się tego dokładnie ocenić zza opiekuńczych dłoni jej ojca.
Wolałam zmienić temat, bo nie czułam się teraz na siłach rozmawiać o dziecku, więc szybko zapytałam:
- Jeśli nie słyszałaś o łączeniu, to co tu robicie?
Los ostatnio niezbyt mi sprzyjał, musiał zatem istnieć jakiś inny powód.
- Twój alfa wspomniał o mnie - zagrzmiał Shadow, jego głos niósł się po nienaturalnie wyciszonej krainie. - Mera martwi się o ciebie, więc mam oko na tę watahę. Kiedy wypowiedziano moje imię, wiedziałem, że musimy tu wrócić.
Mera nie patrzyła na mnie bezpośrednio i było jasne, że zraniłam ją jeszcze bardziej, niż myślałam. Ta brutalna prawda przebiła się przez odrętwienie w mojej piersi i zrobiłam krok do przodu. Z gardła Shadowa wydobył się pomruk, ale nie powstrzymał mnie. Bez wątpienia wiedział, że jego partnerka jest supertwardzielką i mogłaby mnie pokonać samą siłą umysłu, gdyby tego akurat zapragnęła.
- Tak bardzo przepraszam, Mera - wyszeptałam. - Jestem okropną przyjaciółką.
- Najgorszą - prychnęła. - Najkurwagorszą.
- Masz rację. - Energicznie pokiwałam głową. - Jak zawsze masz całkowitą rację. Zamierzałam wyznać ci prawdę, ale... - Rzuciłam szybkie spojrzenie w stronę najstraszniejszego gościa w namiocie. - Martwię się, jak pewne cieniste istoty mogłyby zareagować. Muszę chronić kogoś, kto nie może się obronić sam.
To przykuło ich pełną uwagę. Dwie pary oczu skupiły się na mnie, jedna zaniepokojona, druga płonąca.
- Mogę się bardzo łatwo wszystkiego dowiedzieć - ostrzegł mnie Shadow, jego pierś mocniej zawarczała. - Ukrywanie przede mną informacji nie służy twojemu zdrowiu.
Mera wyciągnęła rękę i położyła ją uspokajająco na jego ramieniu.
- Kochanie, jeśli czytać między jej niezbyt subtelnymi wierszami, to właśnie dlatego Sam nas unikała. Może odpuść trochę.
Znów zawarczał, po czym potrząsnął głową.
- Nie odpuszczam, wiesz o tym, Słoneczko. - Posłała mu delikatny uśmiech i popatrzyła na niego czule, a on westchnął. - Ale chyba znajdę czas na spacer z naszą córeczką. Dam wam kilka minut na pogawędkę.
Shadow może myślał, że nie odpuszcza... ale dla swojego Słoneczka prawie to robił.
Nie było jednak miejsca, z którego nie mógłby nas usłyszeć, więc mówiłam tak, jakby Shadow stał obok i śledził przebieg rozmowy.
- Naprawdę przepraszam, Mera. Ty i Simone jesteście zmiennokształtnymi, z którymi mogłabym zaprzyjaźnić się na zawsze. Zestarzeć się razem... - urwałam. - Czekaj, czy ty się starzejesz?
- Nie. - Potrząsnęła głową. - Simone też nie, ale to jej historia do opowiedzenia. Wróćmy do twojej.
Była niecierpliwa i jak przewidywałam, nie mogłam już dłużej ukrywać przed nią prawdy. Nie, kiedy stała ze mną twarzą w twarz.
- Pamiętasz, jak ci mówiłam, że zanim się przemieniłam, chodziłam z przystojnym facetem kochającym księżyc i kryształy, który oznaczył mnie swoją wizją wilka? - Przycisnęłam dłoń do tatuażu, wspomnienia wciąż rysowały się niewyraźnie, poza tymi kilkoma momentami, które udało mi się sobie przypomnieć.
- Tak, pamiętam. - Mera potaknęła. - Tatuaż zwrócił moją uwagę, bo jest superrealistyczny i ponieważ to nie był normalny wilk zmiennokształtnego, bardziej jak... - urwała, a ja zamrugałam w oczekiwaniu na resztę tej wypowiedzi.
- Bardziej jak co? - ponagliłam ją w końcu.
- Jak nowy wilk Simone - wyszeptała. - Kurwa mać. To jest dokładnie jak nowa hybrydowa forma Simone i.... To musi być z tym połączone. Shadow powiedział, że wszyscy jesteśmy połączeni, dlatego nie.... nie poddam się, jeśli chodzi o ciebie.
Hybrydowa wilcza forma Simone? Najwyraźniej sporo mnie ominęło podczas uwięzienia w watasze Clarity i odcięcia się od reszty świata.
Mera potrząsnęła głową, gdy zobaczyła mój zdezorientowany wzrok.
- Zajmiemy się tym później. Wróćmy do twojej historii, zanim Shadow zacznie się denerwować.
Zerknęłam ponownie na ścieżkę.
- Jak długo jeszcze może utrzymywać watahę Clarity w letargu?
Mera się zaśmiała i chyba trochę rozluźniła.
- Mógłby ich tak trzymać w nieskończoność. Nie martw się o to.
W porządku.
- Wracając do tego faceta kochającego kryształy - kontynuowałam. - Dziwne w moim związku z nim jest to, że pamiętałam tylko te kilka faktów. W tamtym czasie myślałam, że to dlatego, że znalazłam się z dala od watahy, a moja wilczyca niepokoiła się z powodu samotności. Albo może dlatego, że on był człowiekiem, a przynajmniej tak sądziłam...
Mera przytakiwała, by zachęcić mnie do dalszego opowiadania.
- Okazało się, że byłam w ciąży.
Znieruchomiała tak gwałtownie, że można by ją pomylić z posągiem z watahy Clarity.
- W ciąży? Z człowiekiem?
- Dziecko nie jest człowiekiem. A czas wskazuje na faceta od kryształów, ale tak naprawdę nie pamiętam nic więcej z tamtego okresu. - Wzruszyłam ramionami. - Nie pamiętam nawet bycia w ciąży. Podobno wtedy zabłądziłam i trafiłam do Clarity, przemieniłam się tutaj i odkryłam, że mój partner jest synem alfy. Nie spodobało się im, że spodziewam się dziecka, więc gdy urodziłam, odebrali mi córkę. Nie zabili jej tylko dlatego, żeby móc ją wykorzystywać jako kartę przetargową. Ukrywali ją przede mną, dopóki nie spróbowałam uciec do twojej dawnej watahy.
Mera miała teraz tak szeroko otwarte usta, że mogłabym zajrzeć jej do gardła.
- Nie wiedziałaś o swoim dziecku, dopóki alfa Lorenze nie wezwał cię z powrotem?
- Nic nie pamiętam. - Potrząsnęłam głową. - Ciąży, porodu, przemiany i znalezienia prawdziwego partnera. Wszystko, co wiąże się z tą częścią mojej historii i dzieckiem, to pusta przestrzeń w moim umyśle. Kompletna pustka.
Ból świadomości, jak wiele straciłam, był wszystkim, co mi zostało z tamtego okresu.
- Dlaczego w ogóle pozwolili ci odejść?
Przełknęłam ciężko, próbowałam znaleźć odpowiednie słowa.
- Syn alfy się zbuntował i mnie odrzucił. Nie chciał używanego towaru. Alfa mnie wypuścił, bo sądził, że w ten sposób zmobilizuje swojego syna. To nie zadziałało, a po tym, jak alfa go zabił, uruchomiono plan awaryjny. Ściągnęli mnie z powrotem i zmusili do tkwienia tutaj, dopóki drugi syn nie osiągnie wieku godowego.
Mera objęła mnie tak szybko, że odruchowo prawie ją odepchnęłam. Dopiero gdy ciepło jej energii mnie otoczyło, rozluźniłam się. Minęło tak dużo czasu, odkąd ktoś przytulił mnie w ten sposób, całym ciałem, że nie mogłam powstrzymać szlochu, który wzbierał w mojej piersi. Dlatego unikałam spotkania z nią czy z Simone. Dlatego unikałam bliskich relacji. Nie mogłam sobie pozwolić na nadzieję czy pragnienie życia będącego poza moim zasięgiem.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś? - wykrztusiła Mera przy moim ramieniu. - Pomoglibyśmy ci uratować córkę. Żadna matka nie powinna przegapić ani jednego dnia ze swoim dzieckiem.
Cholera. Naprawdę zamierzała mnie złamać.
Odsunęła się i wpatrywała w moje oczy tak intensywnie, jakby chciała zajrzeć do mojego mózgu. Nie wiem, czego szukała, ale jeśli myślała, że może w ten sposób wydobyć wspomnienia, proszę bardzo. Bogowie wiedzieli, że już wszystkiego próbowałam.
- Naprawimy to - oznajmiła z całą pewnością swoich boskich mocy. - Powinnaś wiedzieć, że Shadow w mgnieniu oka zniszczyłby tego cholernego alfę. Dlaczego zmarnowałaś tyle czasu i tak się poświęciłaś?
Znowu przełknęłam z trudem.
- Na początku chodziło o bezpieczeństwo watahy, ale kiedy w końcu pozwolił mi pobyć trochę z moją córką, odkryłam, że jest chora. Tylko on wie, co jej dolega i jak powstrzymać tę chorobę przed przejęciem kontroli nad organizmem małej. Nie mogę go zabić, mimo że desperacko tego pragnę, i nie mogę już dłużej chronić watahy, bo całą uwagę poświęcam Tabicie.
- Tabitha - westchnęła Mera. - Nowa przyjaciółka dla Aurory.
Bogowie, to idealny obrazek.
- To mój mały aniołek, ale coś jest z nią poważnie nie tak, Mero, i nie umiem jej wyleczyć bez jego pieprzonej pomocy.
Czoło Mery się zmarszczyło, gdy to rozważała.
- Jeśli to się stało, zanim skończyłaś dwadzieścia dwa lata, to powinna mieć teraz jakieś... dziesięć lat, prawda?
Zacisnęłam usta tak mocno, że aż zabolały.
- Powinna, ale wciąż jest niemowlęciem. Wiem o niej od kilku lat i w tym czasie rosła tak wolno, że zmianę ledwo widać.
Wyraz troski na twarzy Mery się pogłębił.
- Jesteś pewna, że to twoje dziecko?
Kiwnęłam głową gwałtownie.
- Tak. Ma moją energię, wiedziałam to od pierwszej chwili, kiedy jej dotknęłam. Nawet jeśli część jej energii jest obca.
Tabitha była tylko w połowie zmiennokształtną. Drugiej połowy mogłam się jedynie domyślać.
- Obca? - powtórzyła Mera.
Kolejny raz potaknęłam.
- Tak, mieszanka dwóch linii genetycznych sprawia, że jest chora i nie rośnie. Jeśli nie dostaje tego, czym leczy ją Alfa Dupek, zaczyna całkowicie zanikać. Muszę więc robić to, czego on chce. Jeden dziedzic dla jego żałosnego syna, a ja odzyskam Tabby wraz z instrukcjami, jak utrzymać ją przy życiu.
Teraz to Mera potrząsnęła głową, a jej twarz pokryły zmarszczki smutku.
- Dziewczyno, wiesz, że Shadow potrafi czytać w myślach, prawda? Przynajmniej w myślach zmiennokształtnych. Moglibyśmy wyciągnąć to i całą resztę z Lorenze'a w mgnieniu oka.
Gdyby dźgnęła mnie nożem, mniej by bolało.
- Ja... nie... - Musiałam odchrząknąć. - Nie wiedziałam o tym. Alfa Lorenze nie dopuszcza do naszej watahy takich informacji, a ja nigdy nie miałam szansy poznać końca twojej historii.
Przez kilka sekund mentalnie się biczowałam, podczas gdy Mera patrzyła ze współczuciem. Co w jakiś sposób tylko pogarszało sprawę. Powinnam się spodziewać, że zrobię coś tak cholernie głupiego.
Westchnęłam.
- Chyba się bałam, że kiedy Shadow dowie się o Tabby, ze względu na niestabilność jej mieszanki genetycznej uzna, że woli ją zniszczyć, niż wypuścić w świat cokolwiek, czym jest. Po prostu... Nie zniosłabym tego. Łatwiej było poświęcić czas i wolność w nadziei, że dzięki temu wreszcie przejmę moją córkę i sekret jej zdrowia od alfy Lorenze'a.
- Nie pozwoliłabym mu jej zniszczyć! - zapewniła Mera pospiesznie. - Nie żebym w ogóle myślała, że by to zrobił. Nie ingeruje zbytnio w wolną wolę, a bogowie wiedzą, że Aurora jest już przerażająca i potężna. Nie istnieje nic, co twoja córka mogłaby przynieść do tego świata, a czego nasza by nie próbowała przebić.
- Powinnam się spodziewać, że po urodzeniu własnego dziecka zrozumiesz moją desperacką potrzebę utrzymania córki przy życiu - powiedziałam cicho.
Mera chwyciła moją dłoń i ścisnęła ją mocno.
- Rozumiem lepiej, niż sądzisz, i nie obchodzi mnie, co powie Shadow, uratujemy twoją dziewczynkę.
Po raz pierwszy od lat w moim sercu zatrzepotała nadzieja. Modliłam się, by nie była ostatnim ściegiem w tkaninie mojego upadku.