WPROWADZENIE
UWAGI WSTĘPNE O PSACH, ICH SZKOLENIU I WŁAŚCICIELACH
Najpierw ukazuje się głowa. Zza grzbietu wzgórza wyłania się zaśliniona
kufa. Trudno się na razie zorientować, czy jest reszta ciała. W polu
widzenia pojawia się nieśpiesznie łapa, potem druga, trzecia i czwarta,
dźwigają ponad sześćdziesiąt kilogramów. Wilczarz, metr w kłębie, długi
na półtora, dostrzega długowłosego chihuahua, ćwierć przeciętnego psa,
ukrytego w trawie między stopami swojej właścicielki. Chihuahua waży
trzy kilo i każdy gram trzęsie się ze strachu. Jednym leniwym skokiem, z uszami na sztorc, wilczarz ląduje przed chihuahua. Ten spuszcza lękliwie
wzrok; wilczarz przykuca do jego wysokości i kąsa go w bok. Chihuahua
spogląda na wielkiego psa, który unosi zad, trzymając ogon wysoko, i pręży się do ataku. Zamiast jednak uciekać w obliczu oczywistego
zagrożenia, chihuahua przyjmuje podobną postawę, skacze na wilczarza i obejmuje jego kufę małymi łapkami. Zaczyna się zabawa.
Przez pięć minut psy tarzają się, chwytają i gryzą jeden drugiego.
Wilczarz pada na bok, a mały pies odpowiada atakami na jego pysk, brzuch
i łapy. Uderzenie łapą powoduje, że chihuahua odskakuje, tchórzliwie
wycofując się poza zasięg ciosów. Wilczarz szczeka, zrywa się z ziemi i z hukiem ląduje na czterech łapach. W tym momencie chihuahua doskakuje i gryzie go mocno w łapę. Są spleceni w walce -?wilczarz trzyma w zębach
małego chihuahua, a on kopie go łapkami w pysk -?ale właśnie wtedy
mężczyzna bierze dużego psa na smycz i odciąga go na bok. Chihuahua
podnosi się, patrzy w ich stronę, szczeka raz i podbiega do swojej
właścicielki.
Te psy są do siebie tak niepodobne, że równie dobrze mogłyby być
przedstawicielami dwóch różnych gatunków zwierząt. Zawsze intrygowała
mnie swoboda charakteryzująca ich zabawę. Wilczarz gryzł, kłapał zębami
i rzucał się do ataku, lecz chihuahua nie reagował strachem, tylko
odpłacał mu pięknym za nadobne. Co wyjaśnia zdolność tych psów do
wspólnej zabawy? Dlaczego wilczarz nie postrzega chihuahua jako ofiary?
Dlaczego chihuahua nie postrzega wilczarza jako groźnego drapieżnika?
Okazuje się, że odpowiedź nie ma nic wspólnego z iluzjami chihuahua o własnej potędze ani z brakiem drapieżności u wilczarza. Nie jest to
również kwestia przejęcia kontroli przez wrodzony instynkt.
Istnieją dwa sposoby, aby dowiedzieć się, na czym polega ta zabawa -
oraz co myślą, postrzegają i wyrażają bawiące się psy: trzeba albo
urodzić się psem, albo spędzić dużo czasu na uważnej obserwacji psów.
Pierwsza opcja była dla mnie nieosiągalna. Zapraszam zatem do zapoznania
się z tym, czego nauczyłam się drogą obserwacji.
Jestem psiarą. W moim domu zawsze był pies. Zaczęło się od naszego
rodzinnego psa o imieniu Aster, który miał niebieskie oczy, obcięty ogon
i skłonność do wieczornej włóczęgi po okolicy, przez co czuwałam do
późna w piżamie, zamartwiając się i czekając na jego powrót o północy.
Długo opłakiwałam śmierć Heidi, springer spanielki, która wbiegła wprost
pod koła samochodu na autostradzie stanowej w pobliżu naszego domu -
oczami dziecięcej wyobraźni widziałam ją galopującą z jęzorem zwisającym
z boku pyska i długimi uszami odchylonymi do tyłu w radosnym pędzie.
Jako studentka patrzyłam z podziwem i sympatią na naszą Beckett,
adoptowanego mieszańca chow-chow, która ze stoickim spokojem
obserwowała, jak codziennie wychodzę z domu na zajęcia.
Potem u moich stóp leży zwinięta ciepła Pumpernickel -?w skrócie Pump -
kundelka, która mieszkała ze mną przez całe swoje siedemnastoletnie
życie i przez całą moją dorosłość. Każdy dzień spędzony w pięciu stanach
Ameryki, każdy dzień w trakcie pięciu lat studiów podyplomowych i zatrudnienia w czterech miejscach pracy zaczynałam od jej powitalnego
merdania ogonem, gdy słyszała, jak budzę się rano. Każdy, kto uważa się
za miłośnika psów, zrozumie bez trudu, że nie wyobrażam sobie życia bez
tej suczki.
Jestem psiarą, kocham psy. Jestem również naukowcem. Zajmuję się
badaniem zachowań zwierząt. Jako profesjonalistka podchodzę z ostrożnością do antropomorfizowania zwierząt, a więc do przypisywania im
uczuć, myśli i pragnień, których używamy do opisania samych siebie. W trakcie uczenia się, jak badać zachowania zwierząt, poznałam i respektowałam kodeks naukowca określający opisywanie działań: 1)
zachować obiektywność, 2) unikać wyjaśniania zachowań poprzez
odwoływanie się do procesów umysłowych, skoro wystarczy wyjaśnienie za
pomocą prostszych procesów, 3) nie stanowi przedmiotu nauki zjawisko,
które nie jest powszechnie obserwowalne i dające się potwierdzić. Jako
profesor zajmująca się behawioryzmem zwierząt, kognitywistyką
porównawczą i psychologią uczyłam się ze znakomitych podręczników, które
przedstawiają fakty mierzalne. Opisują wszystko, od hormonalnych i genetycznych wyjaśnień społecznego życia zwierząt po reakcje
uwarunkowane, stałe wzorce zachowań i optymalne tempo żerowania -
wszystko tym samym wyważonym, obiektywnym tonem.
A jednak.
Większość pytań zadawanych przez moich studentów na temat zwierząt nie
znajduje odpowiedzi w podręcznikach. Po wystąpieniach na konferencjach,
na których prezentuję wyniki swoich badań, inni naukowcy nieuchronnie
kierują rozmowę na temat własnych doświadczeń ze zwierzętami. Wciąż nie
dają mi spokoju te same pytania, które zawsze miałam na temat swojego
psa -?i wciąż nie znajduję na nie odpowiedzi. Nauka, praktykowana i opisywana w tekstach, rzadko odnosi się do naszych osobistych
doświadczeń związanych z życiem ze zwierzętami i z próbami zrozumienia
ich umysłowości.
W pierwszych latach studiów podyplomowych, kiedy zaczęłam zgłębiać
neurobiologię, ze szczególnym uwzględnieniem umysłów organizmów
zwierzęcych innych niż ludzie, nigdy nie przyszło mi do głowy, aby
zajmować się psami. Psy wydawały mi się w pełni zrozumiałymi, swojskimi
istotami. Koledzy twierdzili, że od psów nie ma się czego uczyć: psy to
prostolinijne i szczęśliwe stworzenia, które musimy tresować, karmić i kochać -?i na tym koniec. W psach nie ma "danych". Mój promotor zajmował
się pawianami: jeśli chodzi o behawioryzm zwierząt, to naczelne były
popularnym przedmiotem badań. Zakładano, że najbardziej prawdopodobnymi
kandydatami do posiadania umiejętności i zdolności poznawczych
zbliżonych do ludzkich są nasi kuzyni -?inne ssaki naczelne. Takie było
powszechne przekonanie naukowców zajmujących się zachowaniem zwierząt.
Co gorsza, wydawało się, że psiarze zmonopolizowali teoretyzowanie na
temat psiej umysłowości, a ich przekonania opierały się na anegdotach i niewłaściwie zastosowanych antropomorfizmach. Samo pojęcie psiej
umysłowości zostało skompromitowane.
A jednak.
W trakcie studiów podyplomowych w Kalifornii wiele wolnego czasu
spędziłam z Pumpernickel na wybiegach dla psów w lokalnych parkach i na
plażach. W tym czasie szkoliłam się jako etolog, naukowiec zajmujący się
zachowaniem zwierząt. Dołączyłam do dwóch grup badawczych obserwujących
wysoce uspołecznione stworzenia: białe nosorożce w Wild Animal Park w Escondido oraz bonobo (szympansy karłowate) w tym samym parku i w zoo w San Diego. Nauczyłam się sztuki uważnej obserwacji, gromadzenia danych i analizy statystycznej. Z czasem ten sposób postrzegania zaczął przenikać
do wolnych godzin spędzanych na wybiegach dla psów. Nagle psy, płynnie
lawirujące między swoim światem społecznym a światem ludzi, stały się
dla mnie zupełnie obcymi istotami: przestałam postrzegać ich zachowanie
jako proste i w pełni zrozumiałe.
To, co dawniej uważałam za miłą dla oka zabawę Pumpernickel z bulterierem z sąsiedztwa, postrzegałam teraz jako wyrafinowany taniec
wymagający współpracy, błyskawicznej komunikacji oraz oceny wzajemnych
umiejętności i oczekiwań. Najmniejszy ruch głową lub pociągnięcie nosem
wydawały się teraz celowe i pełne znaczenia. Spotykałam psiarzy, którzy
w ogóle nie rozumieli zachowań swoich podopiecznych, spotykałam psy o wiele za bystre dla swoich towarzyszy zabaw, widziałam ludzi błędnie
interpretujących psią radość jako agresję. Zaczęłam zabierać na spacery
kamerę wideo, żeby nagrywać nasze wypady. W domu oglądałam nagrania psów
bawiących się z innymi psami, ludzi rzucających psom piłki i frisbee -
oglądałam gonitwy, walki, pieszczoty, bieganiny, konkursy szczekania.
Dzięki uwrażliwieniu się na potencjalne bogactwo interakcji społecznych
w świecie całkowicie pozajęzykowym wszystkie te niegdyś zwyczajne
czynności wydały mi się niewykorzystanym źródłem informacji. Kiedy
zaczęłam oglądać te filmy w zwolnionym tempie, dostrzegłam zachowania,
których nigdy wcześniej nie widziałam pomimo długich lat spędzonych w psim towarzystwie. Po dokładniejszym przyjrzeniu się proste harce dwóch
psów stawały się oszałamiającą serią zsynchronizowanych zachowań,
aktywną zamianą ról, różnorodnymi formami komunikacji, elastycznym
dostosowywaniem się i szybkim przechodzeniem od jednej do drugiej formy
zabawy.
Oglądałam ni mniej, ni więcej, tylko odsłony psiej umysłowości,
widocznej w sposobie komunikowania się między jednym psem a drugim oraz
w próbach porozumiewania się z ludźmi, a także w sposobach interpretacji
działań innych psów i ludzi.
Od tej chwili patrzyłam na Pumpernickel -?i na każdego innego psa -
nowymi oczami. Optyka naukowa bynajmniej nie mąciła mi radości z obcowania z moją suczką, wprost przeciwnie, stanowiła nową,
wielowymiarową perspektywę patrzenia na jej zachowanie, nowy sposób
rozumienia psiego życia.
Odtąd prowadziłam regularne obserwacje psów w trakcie zabawy: tego, jak
bawią się z innymi psami i jak bawią się z ludźmi. W tamtym czasie
nieświadomie stanowiłam część ogromnej zmiany zachodzącej w naukowym
podejściu do psów. Proces ten trwa, ale sceneria jest obecnie zupełnie
inna niż dwadzieścia lat temu. Dawniej badania dotyczące zdolności
poznawczych i zachowań psów były w powijakach, dziś organizuje się
konferencje, istnieją zespoły naukowe, prowadzone są badania
eksperymentalne i etologiczne, a wyniki tych wszystkich dociekań
publikuje się w czasopismach naukowych. Osoby zajmujące się tą tematyką
dostrzegły to samo co ja: pies jest idealnym punktem wyjścia do badań
nad organizmami zwierzęcymi innymi niż ludzie. Psy żyją z ludźmi od
dziesiątek tysięcy lat. Dzięki sztucznemu doborowi w procesie
udomowienia ewoluowały w taki sposób, że uwrażliwiły się na te właśnie
cechy, które składają się na ludzkie zdolności poznawcze, w tym, co
najważniejsze, na umiejętność posługiwania się uwagą.
W tej książce przedstawiam to, co nauka mówi o psach. Naukowcy
działający w laboratoriach i w terenie, badający psy użytkowe i psy do
towarzystwa, psy domowe i psy żyjące w stanie wolnym, zgromadzili
imponującą ilość informacji na temat psiej biologii -?zdolności
sensorycznych, zachowań -?oraz psiej psychologii -?funkcji poznawczych.
Na podstawie wyników setek programów badawczych możemy zacząć budować
obraz psów niejako od wewnątrz -?możemy poznać zdolności węchowe, słuch,
sposób, w jaki psy patrzą na nas, oraz mózg, który się za tym wszystkim
kryje. Przedstawione tutaj badania nad funkcjami poznawczymi psów
obejmują moje własne dociekania, ale na nich się nie kończą -?to plon
przebogatej działalności naukowej. W przypadku zagadnień, na temat
których nie ma jeszcze wiarygodnych informacji, uwzględniam badania
dotyczące innych zwierząt, co pomoże nam zrozumieć życie psów. (Z myślą
o czytelnikach, którzy zapragną zaznajomić się z przywołanymi pracami,
na końcu książki zamieściłam bibliografię).
Nie wyrządzimy psom krzywdy, jeśli popuścimy nieco smyczy i przyjrzymy
się im z dystansu, z naukowego punktu widzenia. Psie zdolności i perspektywa zasługują na szczególną uwagę. Skutek jest nadzwyczaj
pozytywny, bo zamiast oddalać nas od psów, nauka zbliża nas do nich i pozwala podziwiać ich naturę. Rygorystyczne i zarazem twórcze
zastosowanie metody naukowej może rzucić nowe światło na codzienne
dyskusje o tym, co psy wiedzą, rozumieją lub myślą. Dzięki osobistej
wędrówce, w trakcie której nauczyłam się systematycznej i naukowej
obserwacji zachowań, lepiej poznałam własnego psa i głębiej zaczęłam
doceniać naszą relację.
Udało mi się wniknąć do psiego wnętrza i zobaczyć świat z psiej
perspektywy. Może to zrobić każdy, kto ma psa. A wtedy zacznie inaczej
patrzeć na to wspaniałe kudłate stworzenie.
JEDEN PIES TO NIE WSZYSTKIE PSY
Natura badań naukowych nad organizmami zwierzęcymi innymi niż ludzie
oznacza, że kilka pojedynczych osobników, które dokładnie opukano,
poobserwowano, wytresowano lub poddano sekcji, reprezentuje cały swój
gatunek. A przecież w przypadku ludzi nigdy nie godzimy się na to, aby
zachowanie jednej osoby było uznawane za reprezentatywne dla wszystkich.
Jeśli ktoś nie potrafi w ciągu godziny ułożyć kostki Rubika, nie
wyciągamy z tego wniosku, że nikt inny też sobie nie poradzi. W tym
przypadku nasze poczucie indywidualności okazuje się silniejsze niż
poczucie "wspólnej biologii". Kiedy chodzi o opisywanie naszych
zdolności fizycznych i poznawczych, jesteśmy przede wszystkim
jednostkami, dopiero potem członkami rodzaju ludzkiego.
W przypadku zwierząt kolejność ta jest często odwrotna1. Nauka
traktuje zwierzęta przede wszystkim jako przedstawicieli swoich
gatunków, a dopiero w drugiej kolejności jako indywidualne osobniki.
Przywykliśmy do postrzegania jednego czy dwóch zwierząt trzymanych w ogrodzie zoologicznym jako idealnych przedstawicieli swojego gatunku;
dla kierownictwa zoo są one nawet nieświadomymi "ambasadorami" własnego
gatunku. Nasze postrzeganie jednolitości gatunkowej widać wyraźnie, gdy
porównujemy inteligencję zwierząt. Aby zweryfikować popularną od dawna
hipotezę, że większy mózg oznacza większą inteligencję, porównano
objętość mózgów szympansów, małp i szczurów z mózgiem człowieka. I rzeczywiście, mózg szympansa jest mniejszy od naszego, mózg małpy jest
mniejszy od mózgu szympansa, a mózg szczura ma zaledwie wielkość móżdżku
u naczelnych. Ta część historii jest dość dobrze znana. Mało kto wie
jednak, że do celów porównawczych wykorzystano mózgi zaledwie dwóch lub
trzech szympansów i małp. Tych kilka zwierząt, które miały na tyle
wielkiego pecha, że dosłownie straciły głowy dla nauki, uznano za
idealnie reprezentatywne małpy i szympansy. A przecież nie mogliśmy mieć
pewności, że nie są to małpy o szczególnie dużych mózgach lub szympansy
o mózgach nadzwyczajnie małych2.
Podobnie jeśli pojedyncze zwierzę lub niewielka grupa zwierząt nie
poradzą sobie z eksperymentem psychologicznym, odium porażki spada na
cały gatunek. Klasyfikowanie zwierząt według kryteriów biologicznych
jest wygodną drogą na skróty, prowadzi jednak do osobliwych następstw:
mamy skłonności do mówienia o gatunku tak, jakby wszyscy jego
przedstawiciele byli identyczni. W przypadku ludzi nigdy nie popełniamy
takiego błędu. Kiedy pies, mając do wyboru tacę z dwudziestoma ciastkami
i tacę z dziesięcioma ciastkami, wybiera tę drugą, wtedy formułujemy
uogólnione wnioski, a mianowicie, że "psy" nie potrafią odróżnić dużej
ilości od małej. A przecież nie potrafił tego zrobić jeden konkretny
pies.
Kiedy zatem stwierdzam, że "pies robi to lub tamto" albo że "psy są
takie albo owakie", mam na myśli "te psy, które dotąd były przedmiotem
badań". Owszem, wyniki wielu stosownie przeprowadzonych eksperymentów
mogą ostatecznie pozwolić na rozsądne uogólnienie wniosków dotyczących
"wszystkich psów". Lecz nawet wtedy różnice między poszczególnymi psami
będą ogromne: być może nasz pies ma niezwykle dobry węch, nigdy nie
patrzy nam w oczy, uwielbia swoje legowisko i nie znosi bycia dotykanym.
Czasem to właśnie indywidualne odstępstwa od normy wydają się
najbardziej wyraziste w eksperymencie: na przykład Dakota, mieszaniec,
który brał udział w badaniu z serem i marchewką. Wszystkie psy biorące
udział w tym badaniu zjadały kawałek zaoferowanej marchewki oraz
wszystkie wolały kawałek sera od marchewki, gdy do wyboru miały jedno i drugie, ponadto większość wybrała ser zamiast kombinacji sera i marchewki: według naukowców jest to wybór "suboptymalny" -?większość, a w istocie wszystkie oprócz Dakoty, który prawie za każdym razem wybierał
marchewkę razem z serem. Jakie wnioski możemy wyciągnąć z tych badań?
Być może większość psów zachowuje się irracjonalnie, kierując się
emocjonalną heurystyką, którą czasami kierują się również ludzie. Możemy
jednak skupić się na Dakocie i na tym, co wyróżnia go spośród innych
psów, to znaczy co sprawia, że jest głodniejszy lub bystrzejszy.
(Spróbujmy tego w domu ze swoim psem i zgłośmy wyniki).
Zarazem nie każde psie zachowanie należy interpretować jako istotne,
traktować jako coś wrodzonego lub nadzwyczajnego; czasem psy po prostu
"tak mają", podobnie jak my. To rzekłszy, jeszcze raz przypomnę, że
przedstawiam tutaj tylko to, co wiemy o zbadanych dotąd psach. Wyniki
innych eksperymentów mogą być odmienne.
SZKOLENIE
Ta książka nie jest podręcznikiem tresury psów. Jednak jej treść może
sprawić, że czytelnik nieświadomie nauczy się szkolić swojego psa.
Dzięki temu dogonimy nasze psy -?przecież bez pomocy podręczników
nauczyły się "szkolić" nas, nie zdając sobie z tego sprawy.
Literatura dotycząca szkolenia psów oraz literatura na temat ich
zdolności poznawczych i zachowań są w znacznym stopniu rozbieżne.
Owszem, treserzy wykorzystują kilka podstawowych zasad z zakresu psiej
psychologii i etologii -?często z doskonałym skutkiem, niekiedy zaś ze
skutkiem katastrofalnym. Większość szkoleń opiera się na zasadzie
uczenia asocjacyjnego. Wszystkie organizmy zwierzęce, w tym ludzie,
łatwo uczą się kojarzenia zdarzeń. Uczenie asocjacyjne jest podstawą
warunkowania działań, które przewiduje nagrodę (smakołyk, okazanie
uwagi, zabawka, pieszczota) po wystąpieniu pożądanego zachowania (pies
siada na komendę). Poprzez wielokrotne stosowanie można ukształtować
nowe, pożądane zachowanie -?czy to leżenie i turlanie się, czy też, dla
ambitnych, spokojna jazda na skuterze wodnym za motorówką lub jazda Mini
Cooperem po torze wyścigowym, jak to robiły psy o imionach Monty, Ginny
i Porter, które zostały odpowiednio wyszkolone, aby pokazać potencjał
kryjący się w zwierzętach ze schronisk. (Nie próbujmy tego w domu)3.
Jednak w innych przypadkach zasady tresury stoją w sprzeczności z wynikami badań naukowych dotyczących psów. Na przykład nadal istnieją
treserzy, którzy posługują się analogią oswojonego wilka jako podstawą
naszego postrzegania i traktowania psów. Każda analogia jest tak dobra,
jak dobre jest jej źródło. W tym przypadku, jak zobaczymy, to, co wiedzą
naukowcy o zachowaniach wilków żyjących na wolności, często okazuje się
sprzeczne z wiedzą potoczną, którą posługujemy się, żeby ugruntować tę
analogię.
Coraz częściej metody szkolenia są porównywane i weryfikowane naukowo.
Jednak ludzie zajmujący się psami mają często bardzo nienaukowe
podejście do tego, jakie szkolenie okazuje się skuteczne. Przyczyną
wydaje się to, że osoby zgłaszające się do treserów mają na ogół dwie
wspólne cechy: ich pies jest mniej "posłuszny" niż przeciętny pies, a właściciel jest bardziej zmotywowany do zmiany jego zachowań. Biorąc pod
uwagę połączenie uwarunkowań, można stwierdzić, że po kilkumiesięcznym
szkoleniu pies najprawdopodobniej będzie zachowywał się inaczej -
niezależnie od tego, na czym polegało samo szkolenie.
Efekty tresury bywają ekscytujące, ale niekoniecznie dowodzą, że to
właśnie metody zastosowane w szkoleniu doprowadziły do sukcesu. Owszem,
końcowy sukces może świadczyć o poziomie szkolenia. Ale może to być
również szczęśliwy zbieg okoliczności. Wreszcie może to być też efekt
poświęcania psu większej uwagi w trakcie trwania programu szkoleniowego.
Może to być efekt dojrzewania psa w tym okresie. Albo wyprowadzki tego
okropnego brytana z sąsiedztwa, który rzucał się bez przerwy na naszego
psa. Innymi słowy, sukces może być wynikiem dziesiątek rozmaitych
czynników. Nie uda się ich wyodrębnić bez zastosowania rygorystycznych
badań naukowych.
Co ważniejsze, szkolenie jest zazwyczaj dostosowane do człowieka -?ma na
celu ukształtowanie psa w taki sposób, aby pasował do wyobrażeń i oczekiwań jego właściciela. Cel ten znacznie różni się od naszych dążeń:
my chcemy zobaczyć, co pies faktycznie robi, czego od nas oczekuje i jak
nas postrzega.
PIES I JEGO WŁAŚCICIEL
Coraz modniejsze staje się mówienie o ludziach żyjących z psami nie jako
o właścicielach, lecz jako o opiekunach, rodzicach lub towarzyszach.
Przez większość znanej historii właściciele psów byli nazywani
"właścicielami" po prostu dlatego, że słowo to określa relację prawną,
jaką mamy z psami: są one własnością ludzi. Co ciekawe, chociaż obecnie
uważane są za członków rodziny, pozostają własnością (i to własnością o niewielkiej wartości odszkodowania -?z wyjątkiem wartości hodowlanej -?o czym, mam nadzieję, żaden z czytelników nie będzie musiał się przekonać
na własnej skórze). Dzień, w którym psy przestaną być naszą własnością,
będzie dla mnie wielkim świętem. Dawniej używałam słowa "właściciel"
niejako apolitycznie, dla wygody i bez żadnych podtekstów, dziś jednak
uważam siebie za własność psów. Język jest często prekursorem zmian
społecznych, w związku z czym coraz częściej odnoszę się do siebie i innych jako do "ludzi" lub "osób" należących do psów, zwracając tym
sposobem wektor zależności z powrotem na nas, choć równie często nadal
nazywam nas "właścicielami". To samo przyświeca mi w używaniu
rzeczowników i zaimków: czasem uwzględniam płeć, kiedy indziej zaś słowo
"pies" lub "on" stosuję ogólnie. ("Oho, jakiś pies zostawił zabawkę" -
można powiedzieć po przyjściu do wybiegu dla psów i znalezieniu
bezpańskiej piszczącej piłeczki).
UMWELT: Z PERSPEKTYWY PSIEGO NOSA
Dziś rano obudziła mnie Pump. Podeszła do łóżka i zaczęła obwąchiwać
mnie intensywnie, znajdując się zaledwie kilka milimetrów ode mnie.
Wąsami muskała moje usta, aby sprawdzić, czy nie śpię, czy żyję i czy ja
to ja. Jej podekscytowanie zwieńczyło głośne apsik! prosto w moją twarz.
Otworzyłam oczy, a ona popatrzyła na mnie uśmiechnięta, dysząc na
powitanie.
Spójrzmy na swojego psa. No jazda, popatrzmy -?na tego, który leży obok
nas, może zwinięty w kłębek na legowisku lub wyciągnięty na boku na
podłodze wyłożonej kafelkami. Przebiera łapami w biegu po łąkach w krainie snu. Przyjrzyjmy mu się dobrze -?a teraz zapomnijmy wszystko, co
wiemy o tym lub jakimkolwiek innym psie.
To oczywiście apel absurdalny: nie oczekuję, że można łatwo zapomnieć
choćby imię, ulubiony przysmak czy wyjątkowy wygląd własnego psa, nie
mówiąc już o wszystkim, co go dotyczy. To tak, jakbyśmy od osoby
stawiającej pierwsze kroki w praktyce medytacji oczekiwali, że od razu
osiągnie satori, oświecenie: wytycz cel i zobacz, jak daleko zajdziesz.
Nauka, dążąc do obiektywności, wymaga uświadomienia sobie własnych
wcześniejszych założeń, uprzedzeń i osobistej optyki. Patrząc na psy
przez pryzmat nauki, odkryjemy, że niektóre nasze przekonania na ich
temat są w pełni uzasadnione, natomiast inne, które wydają się
oczywiste, po bliższym zbadaniu okażą się bardziej wątpliwe, niż nam się
wydawało. Patrząc na nasze psy z innej perspektywy -?z perspektywy psa -
możemy dostrzec nowe rzeczy, które nie przychodzą naturalnie do głowy
osobom obdarzonym ludzkim umysłem. Najlepszym sposobem na zrozumienie
psów jest więc zapomnieć o tym, co w naszym przekonaniu wiemy.
W pierwszej kolejności należy zapomnieć o antropomorfizmach.
Obserwujemy, omawiamy i wyobrażamy sobie zachowanie psów z perspektywy
ukierunkowanej na człowieka, narzucając tym kudłatym stworzeniom własne
emocje i myśli. Uznamy za oczywiste, że psy kochają i pragną tak samo
jak my; że śnią i myślą tak samo jak my; znają nas i rozumieją, nudzą
się, czują zazdrość i popadają w depresję. Czy może być bardziej
naturalne wytłumaczenie smętnej miny naszego psa, gdy wychodzimy z domu,
niż to, że przygnębia go nasz wypad na miasto?
Odpowiedź brzmi: owszem, lepsze jest wyjaśnienie oparte na tym, co psy
faktycznie czują, wiedzą i rozumieją. Używamy słów, tych
antropomorfizmów, aby lepiej zrozumieć zachowanie psów. Naturalnie na
pierwszym miejscu stawiamy ludzkie doświadczenia, wskutek czego
rozumiemy przeżycia zwierząt tylko w takim zakresie, w jakim odpowiadają
one naszym przeżyciom. Pamiętamy historie, które potwierdzają trafność
naszych wyobrażeń, a chętnie zapominamy te, które zadają im kłam. Nie
wahamy się też stwierdzać "fakty" na temat małp, słoni lub jakichkolwiek
innych zwierząt, choć nie dysponujemy odpowiednimi dowodami na ich
poparcie. Dla wielu z nas interakcja ze zwierzętami innymi niż
udomowione sprowadza się do wizyt w ogrodach zoologicznych lub oglądania
programów przyrodniczych. Bogactwo przydatnych informacji, które możemy
uzyskać z takiego obcowania ze zwierzętami, jest mocno ograniczone: tego
rodzaju pasywne poznanie ujawnia jeszcze mniej niż spojrzenie w okno
sąsiada, gdy przechodzimy obok jego domu4. No, a przecież sąsiad
i my to przedstawiciele jednego gatunku.
Antropomorfizowanie nie jest z gruntu szkodliwe. Powstaje w wyniku prób
zrozumienia świata, a nie jego podważania. Nasi przodkowie regularnie
antropomorfizowali, usiłując wyjaśnić i przewidzieć pogodę i pozostałe
zjawiska naturalne oraz zachowanie innych organizmów zwierzęcych, nie
wyłączając tych, które chcieli zjeść lub które ich chciały zjeść.
Wyobraźmy sobie, że o zmierzchu spotykamy w lesie jaguara o jasnych
ślepiach i mierzymy się wzrokiem. W tym momencie warto byłoby zastanowić
się szybko nad tym, co pomyślelibyśmy, "gdybyśmy byli jaguarem" -?i w efekcie prawdopodobnie rzucilibyśmy się do ucieczki. Ludzie przetrwali:
przypisywanie zwierzętom cech ludzkich być może nie jest do końca
trafne, niemniej okazało się dość przydatne.
Zazwyczaj nie musimy już wyobrażać sobie życia wewnętrznego jaguarów,
aby zdążyć uciec przed ich kłami i pazurami. Wprowadzamy zwierzęta do
swoich domów, oczekując, że staną się członkami naszych rodzin. Mając to
na uwadze, wypada stwierdzić, że takie machinalne antropomorfizmy, jeśli
nawet podsycają nasze zainteresowanie zwierzęciem, nie sprzyjają
włączeniu go do rodziny i nawiązaniu z nim jak najbardziej
bezkonfliktowej, głębokiej relacji. Nie oznacza to jednak, że nasze
oceny są zawsze błędne: może się okazać prawdą, że nasz pies jest
smutny, zazdrosny, ciekawy świata, przygnębiony -?lub ma ochotę na
kanapkę z masłem orzechowym. Jednak należy stwierdzić dobitnie, że nie
powinniśmy wnioskować, powiedzmy, o psiej depresji tylko na podstawie
pierwszych naocznych świadectw: smutnego wejrzenia czy donośnych
westchnień. Nazbyt szybko przyjmujemy daleko idące założenia. Projekcje,
które rzutujemy na zwierzęta, są zbyt ubogie -?lub całkowicie nietrafne.
Na przykład uznajemy, że pies jest szczęśliwy, bo widzimy uniesione
kąciki pyska; a przecież taki "uśmiech" może być złudzeniem. U delfinów
i uroczych ambystomów meksykańskich "uśmiech" jest stałą cechą
fizjologiczną, niezmienną jak przerażająca twarz klauna. U szympansów z kolei uśmiech jest wyrazem strachu lub uległości, a więc emocji
całkowicie przeciwnych do poczucia szczęścia. Podobnie człowiek może
unieść brwi w wyrazie zaskoczenia, natomiast kapucynka unosząca brew
wcale nie jest zaskoczona. Nie okazuje sceptycyzmu ani niepokoju, lecz
sygnalizuje pobliskim małpom, że ma przyjazne zamiary. Z kolei u pawianów uniesione brwi mogą być świadomą groźbą (wniosek: uważajmy,
przy jakiej małpie unosimy brwi). To na nas spoczywa obowiązek
znalezienia sposobu na potwierdzenie lub obalenie własnych przekonań
dotyczących zwierząt. (Być może nigdy nie zauważyliśmy, że psy unoszą
brwi, ale owszem, robią to, a będące tego skutkiem "wielkie oczy" są
nieodłącznym elementem "psiego spojrzenia", które tak bardzo kochamy.
Kochamy do tego stopnia, że psy, które unoszą brwi, prędzej zamieniają
schronisko na dom niż te, które tego nie robią).
Zdiagnozowanie depresji na podstawie jednego smutnego spojrzenia wydaje
się całkiem niewinnym błędem, ale niegroźna z początku antropomorfizacja
może w końcu przynieść szkody. W niektórych przypadkach zagraża wręcz
zdrowiu zwierząt. Jeśli zamierzamy podawać psu leki przeciwdepresyjne na
podstawie naszej interpretacji jego spojrzeń, to czy mamy stuprocentową
pewność, że nasza diagnoza jest właściwa? Gdy zakładamy, że najlepsze
dla zwierzęcia jest to, co jest najlepsze dla nas lub innych ludzi,
wówczas możemy nieświadomie działać na jego szkodę.
Weźmy na przykład norki hodowlane (powinniśmy wiedzieć, że tylko w 2024
roku w samych Stanach Zjednoczonych zabito 1,3 miliona norek na potrzeby
przemysłu futrzarskiego). Norki są trzymane w małych klatkach z siatki
drucianej -?mają tylko budkę do gniazdowania, wodę do picia i papkę do
jedzenia. Próby poprawy ich krótkiego żywota mogą polegać na zapewnieniu
im większej przestrzeni lub lepszego pożywienia -?zatem tego, czego sami
byśmy chcieli, gdybyśmy egzystowali w tak spartańskich warunkach. Gdy
norkom zapewniono więcej przestrzeni -?lub zabawki tudzież nowe miejsce
do gniazdowania -?okazało się, że jedna grupa wolała dostęp poprzez
niewielkie drzwiczki do niewielkiego basenu z wodą, w którym mogły
pływać. Małe norki próbowały dostać się do basenu nawet wtedy, gdy
drzwiczki obciążono dwukrotnie, a potem dwukrotnie, aż w końcu napierały
z całej siły na przeszkodę ważącą dwa razy więcej niż one same. Gdy
dostęp do basenu został tymczasowo zablokowany, poziom kortyzolu -
hormonu stresu -?wzrósł u norek tak samo jak w przypadku tymczasowego
pozbawienia ich pokarmu.
Dla ludzi pływanie to może nie luksus, ale przyjemność; nie oczekujemy,
że zawsze będziemy mieli basen pod ręką, ani nie uważamy, że dostęp do
basenu jest nam potrzebny do życia. Z perspektywy norki pływanie również
nie jest niezbędne do życia, a jednak w środowisku naturalnym stanowi
jego sens. Norki żyjące na wolności bez przerwy pływają i nurkują,
podążając za woniami i polując. Jeśli spróbujemy poprawić ich
egzystencję w warunkach niewoli, myśląc o tym, co sami chcielibyśmy mieć
w celi, to zapewne basen nie przyjdzie nam do głowy. Krowy na przykład
za wszelką cenę pragną mieć dostęp do zewnętrznego świata -?podobnie jak
starają się zdobyć pożywienie, gdy są bardzo głodne. Niewielki głód
zniosą bez trudu, ale nie lubią przebywać w zamknięciu.
BIERZEMY PELERYNKĘ, BO PADA
Czy w przypadku psów nasza skłonność do antropomorfizowania zawodzi nas
równie spektakularnie? Bez wątpienia. Weźmy na przykład płaszczyki
przeciwdeszczowe. Produkcji stylowych psich pelerynek z czterema
"rękawami" towarzyszy kilka interesujących założeń. Odłóżmy na bok
pytanie, czy psy wolą kolor jasnożółty, wzór w kratę czy motyw z kotami
i psami (jak to, oczywiście wolą motyw z kotami i psami!). Osoby, które
ubierają swoje psy w pelerynki, mają jak najlepsze intencje: być może
zauważyły, że ich psy nie chcą wychodzić na spacer, gdy pada deszcz.
Wydaje się całkiem rozsądne, aby na podstawie takiej reakcji wyciągnąć
wniosek, że psy nie lubią deszczu.
"Psy nie lubią deszczu". Co to zdanie w ogóle znaczy? Czy znaczy, że nie
lubią, jak krople spadają na ich ciało, podobnie jak nie lubi tego wielu
z nas -?toteż, tak samo jak my, wolałyby paradować w płaszczu
przeciwdeszczowym? Czy to słuszne założenie? W tym przypadku dysponujemy
wieloma pozornymi świadectwami pochodzącymi od samych psów. Czy pies
jest podekscytowany i merda ogonem, gdy bierzemy jego pelerynkę? Owszem,
a więc to potwierdza nasze założenie, że... Chwila, moment. A może raczej
nasuwa się wniosek, że pies zdaje sobie sprawę, że pojawienie się
pelerynki zapowiada długo wyczekiwany spacer, tak samo jak pies
przewodnik rozpoznaje, że jest na służbie, gdy ma założoną uprząż, a służbę kończy, gdy uprząż zostaje zdjęta? Czy pies ucieka przed
pelerynką? Podkula ogon i opuszcza głowę? Owszem. Podważa to więc nieco
nasze założenie, ale nie stanowi jeszcze całkowitej negacji. Czy pies
wygląda opłakanie, gdy jest mokry? Czy z wigorem otrząsa się z wody? Nic
z tego jednoznacznie ani nie potwierdza, ani nie obala naszych założeń.
No więc jak to jest? Ech, co za trudne do rozgryzienia stworzenie ten
nasz pies.
Najlepszym źródłem wiedzy, aby rozstrzygnąć kwestię pelerynki
przeciwdeszczowej, jest zachowanie żyjących w stanie wolnym
spokrewnionych zwierząt z rodziny psowatych. Zarówno psy, jak i wilki
mają oczywiście sierść, która na stałe okrywa ich ciało. Jednak sierść
wystarcza: kiedy pada deszcz, wilki być może szukają schronienia, ale
nie okrywają się dodatkowo żadnymi naturalnymi materiałami. Nie świadczy
to o potrzebie posiadania peleryny przeciwdeszczowej ani o zainteresowaniu takim wynalazkiem. Ponadto pelerynka, poza tym, że jest
okryciem, ma jedną charakterystyczną cechę: ściśle przylega, a nawet
uciska grzbiet, klatkę piersiową, czasem głowę. Zdarza się, że wilki
odczuwają nacisk na grzbiet lub głowę -?gdy starsze osobniki karcą
młodsze, chwytając je zębami za pysk. Nazywa się to "chwytem kagańcowym"
i być może wyjaśnia, dlaczego psy w kagańcu wydają się czasami
nienaturalnie potulne. Pies, który stoi "nad" innym psem, ma pozycję
dominującą. W takiej sytuacji podporządkowany pies odczuwa napór
drugiego zwierzęcia na swoje ciało. Pelerynka przeciwdeszczowa może
wywoływać podobne doznanie. Zatem ubranie psa w pelerynkę nie rodzi u niego poczucia ochrony przed wilgocią, lecz raczej nieprzyjemne
doznanie, że obok jest ktoś wyższy rangą. Interpretację tę potwierdza
zachowanie większości psów ubranych w pelerynkę: zastygają w miejscu,
jakby były "zdominowane". To samo zachowanie można zaobserwować wtedy,
gdy pies opierający się kąpieli nagle przestaje się szarpać, bo jest
całkowicie przemoczony lub przykryty ciężkim, mokrym ręcznikiem. Pies
ubrany w pelerynkę wychodzi grzecznie na spacer, ale nie dlatego, że tak
bardzo podoba mu się jego strój, lecz dlatego, że czuje się
poskromiony5. W efekcie pies wróci suchy ze spaceru, ale to my
podjęliśmy te wszystkie zabiegi, nie on. Podobnie jest z okryciami
zimowymi: owszem, psy, które drżą z zimna, mogą z nich korzystać, ale
zachowanie większości psów wskazuje, że nie potrzebują ich ani nie
pragną. (Jeśli koniecznie chcemy zapewnić swojemu psu ciepło,
odpowiednia będzie kurteczka okrywająca brzuch, który zazwyczaj jest
mniej porośnięty sierścią, zatem bardziej narażony na zimno, nie zaś
taka, która obejmuje cały grzbiet). Sposobem na uniknięcie tego rodzaju
błędów jest zastąpienie naszego instynktownego antropomorfizowania
nawykiem trafnego odczytywania psich zachowań. W większości przypadków
okazuje się to proste: musimy tylko zapytać psy, czego chcą. Następnie
należy sobie przetłumaczyć ich odpowiedź.
ŚWIAT OCZAMI KLESZCZA
Oto pierwsze narzędzie, które pomoże nam uzyskać odpowiedź: należy
wyobrazić sobie psią perspektywę. Przełomu w badaniach nad zwierzętami
dokonał urodzony na początku XX wieku w Estonii biolog Jakob von
Uexküll. Zaproponował rewolucyjne rozwiązanie: każdy, kto chce zrozumieć
życie zwierzęcia, musi zacząć od uwzględnienia tego, co nazwał Umwelt:
subiektywnego lub "własnego świata". Uwmelt oznacza po prostu życie
przeżywane przez zwierzę. Weźmy na przykład niepozornego kleszcza. Ci z nas, którzy znają długie minuty niepewności spędzone na obmacywaniu psa
w poszukiwaniu charakterystycznej wypukłości wskazującej na kleszcza
napęczniałego od krwi, być może już wiedzą, w czym rzecz. Prawdopodobnie
uważamy kleszcza za szkodnika i nic więcej. Ledwie za zwierzę. Von
Uexküll zastanawiał się natomiast, jak może wyglądać życie z perspektywy
kleszcza.
Garść informacji ogólnych: kleszcze są pasożytami. Należą do rzędu
pajęczaków, który obejmuje pająki i inne zwierzęta o czterech parach
odnóży, prostej budowie ciała i potężnych szczękach. Ewolucja trwająca
tysiące pokoleń maksymalnie uprościła ich czynności życiowe: narodziny,
rozmnażanie się, pożywienie i śmierć. Rodzą się bez odnóży i narządów
płciowych, ale te części ciała zaraz im wyrastają, co pozwala na
rozmnażanie się i wpełzanie na wysokie miejsca, choćby na źdźbło trawy.
I tu życie kleszcza robi się fascynujące. Spośród wszystkich widoków,
dźwięków i zapachów oferowanych przez świat dorosły kleszcz czeka tylko
na jeden. Nie rozgląda się: jest ślepy. Żaden dźwięk nie interesuje
kleszcza: dźwięki nie mają dla niego najmniejszego znaczenia. Czeka
tylko na pojawienie się jednej woni: nuty kwasu masłowego, wydzielanego
przez zwierzęta ciepłokrwiste (czasem wyczuwamy go w pocie). Może czekać
dzień, miesiąc lub kilkanaście lat. Lecz gdy tylko wyczuje tę woń, na
której się koncentruje, zeskakuje ze swojego stanowiska. Wtedy uruchamia
się druga zdolność sensoryczna. Skóra kleszcza jest światłoczuła i potrafi wykrywać ciepło. Kleszcz zatem kieruje się w stronę ciepła.
Jeśli ma szczęście, ciepła woń pochodzi od zwierzęcia. Wtedy czepia się
go i pije krew. Po jednym posiłku spada, składa jaja i umiera.
Sens tej opowieści sprowadza się do stwierdzenia, że świat kleszcza
różni się od naszego w sposób wręcz niewyobrażalny: całkowicie inne jest
to, co czuje, czego pragnie i do czego dąży. Dla kleszcza złożoność
żywego stworzenia sprowadza się do dwóch bodźców: woni i ciepła -?i właśnie na nich się koncentruje. Jeśli chcemy zatem zrozumieć życie
jakiegokolwiek zwierzęcia, musimy wiedzieć, co jest dla niego istotne.
Pierwszym krokiem wiodącym do tego będzie określenie, jak zwierzę
postrzega świat, co widzi, słyszy, wyczuwa węchem lub w inny sposób. Dla
zwierzęcia znaczenie mają wyłącznie obiekty przez nie postrzegane;
reszta nie jest uwzględniana lub wydaje się jednolita. Wiatr
szeleszczący wśród traw? Dla kleszcza nie ma to najmniejszego znaczenia.
Odgłosy urodzinowego kinderbalu? Jego radar ich nie wychwytuje. Pyszne
okruchy ciasta leżące na ziemi? Nie wzbudzają żadnego zainteresowania.
Drugim krokiem jest zastanowienie się, jak zwierzę funkcjonuje w świecie. Kleszcz łączy się w pary, czeka, spada, czepia się i żeruje.
Tak więc z perspektywy kleszcza zawartość całego wszechświata dzieli się
na kleszcze i niekleszcze; na to, na co się czeka i nie czeka; na
powierzchnie, których można lub nie można się uczepić; oraz na
substancje, którymi można lub nie można się żywić.
W ten sposób te dwa wymiary -?postrzeganie i działanie -?w dużej mierze
definiują i ograniczają świat w przypadku każdego żywego organizmu.
Wszystkie gatunki zwierząt mają własny Umwelt -?swoją subiektywną
rzeczywistość, uważaną przez von Uexkülla za "bańkę", w której są na
zawsze uwięzione. My, ludzie, również jesteśmy zamknięci we własnej
bańce. Na przykład w każdym z naszych światów zwracamy baczną uwagę na
to, gdzie znajdują się inni ludzie i co robią lub mówią. (Dla kontrastu
wyobraźmy sobie obojętność kleszcza w reakcji na nasze nawet najbardziej
wzruszające wiersze). Postrzegamy świat wyłącznie w zakresie światła
widzialnego, słyszymy wyłącznie dźwięki dla nas słyszalne i wyczuwamy
silne zapachy znajdujące się bezpośrednio przed naszym nosem. Ponadto
każda osoba tworzy własny Umwelt, wypełniony przedmiotami mającymi dla
niej szczególną wagę. To ostatnie można sobie silnie uświadomić, gdy
znajdziemy się w obcym mieście i poprosimy jego mieszkańca o oprowadzenie. Ruszy trasą oczywistą dla niego, ale zupełnie niewidoczną
dla nas. Jednak mamy coś wspólnego: żaden z nas prawdopodobnie nie
zatrzyma się, aby złowić uchem ultradźwiękowy krzyk nietoperza; żaden
nie wyczuje u przechodzącego obok mężczyzny zapachu wczorajszej kolacji
(chyba że zawierała dużo czosnku). My, kleszcze i wszystkie inne
organizmy zwierzęce wtapiamy się w nasze środowisko: jesteśmy
bombardowani bodźcami, ale tylko nieliczne z nich mają dla nas
znaczenie.
Ten sam przedmiot będzie zatem widziany (a raczej "postrzegany" -
niektóre zwierzęta nie widzą dobrze, a nawet w ogóle) przez różne
organizmy w różny sposób. Róża jest różą jest różą. Czy aby na pewno?
Dla człowieka róża to kwiat, prezent dla ukochanej i symbol piękna. Dla
chrząszcza róża jest być może całym terytorium obejmującym kryjówki (pod
liściem, by nie być wypatrzonym przez latające drapieżniki), teren
polowań (w pęku, gdzie rozwijają się larwy mrówek) i składanie jaj (w miejscu połączenia liścia i łodygi). Dla słonia jest to ledwo wyczuwalny
pod nogą cierń.
A czym jest róża dla psa? Jak zobaczymy, zależy to od budowy jego ciała
i mózgu. Okazuje się, że dla psa róża nie jest ani okazem piękna, ani
światem samym w sobie. Róża jest tym samym co reszta otaczającej go
roślinności -?chyba że została dotknięta przez jego właściciela,
obsikana przez innego psa lub nadepnięta przez inne zwierzę. Wtedy budzi
żywe zainteresowanie i staje się dla psa znacznie ważniejsza niż dla nas
najpiękniejsza róża z całej kwiaciarni.
SKOK W UMWELT
Rozpoznanie istotnych elementów świata zwierząt -?ich Umweltu -?oznacza
w pewnym sensie stanie się ekspertem w dziedzinie organizmów
zwierzęcych, czy będą to kleszcze, psy, czy ludzie. Posłuży za narzędzie
do rozładowania napięcia między tym, co w naszym przekonaniu wiemy o psach, a tym, jakie psy faktycznie są. Wydaje się jednak, że bez
stosowania antropomorfizmów dysponujemy niewieloma słowami, którymi
moglibyśmy opisać postrzegane przez nas psie doświadczenia.
Zrozumienie psiej perspektywy -?poprzez zrozumienie zdolności
poznawczych, doświadczenia i sposobu komunikacji -?podsuwa nam stosowne
słownictwo. Nie możemy jednak przetłumaczyć tego po prostu poprzez
introspekcję, która uwzględnia nasze własne środowisko. Większość z nas
ma dość kiepskie powonienie -?aby wyobrazić sobie, jak to jest być
węchowcem, musimy zrobić coś więcej, niż tylko o tym pomyśleć. Tego
rodzaju ćwiczenie introspekcyjne poskutkuje jedynie wtedy, gdy
towarzyszy mu zrozumienie, jak głęboka jest różnica środowiskowa
pomiędzy nami a innymi organizmami zwierzęcymi. Możemy to dostrzec,
"wchodząc" niejako w środowisko zwierzęcia, próbując postawić się w jego
sytuacji -?pamiętając jednocześnie, że nasze zmysły ograniczają nas w tych dążeniach. Spędzenie całego popołudnia na czworakach, aby "zniżyć
się" do poziomu psa, przynosi zaskakujące odkrycia. Dokładne obwąchanie
(nawet naszym kiepskim nosem) każdego napotkanego przedmiotu nadaje nowy
wymiar rzeczom, które wydają się znajome. Czytając te słowa, spróbujmy
zwrócić uwagę na wszystkie dźwięki w pomieszczeniu, w którym się teraz
znajdujemy -?przywykliśmy do nich, więc zazwyczaj nie zwracamy na nie
uwagi. Dzięki skupieniu słyszę nagle wentylator za plecami, warkot
ciężarówki, przytłumione głosy ludzi wchodzących do budynku na dole;
ktoś wierci się na drewnianym krześle, moje serce bije, przełykam ślinę,
przewracam stronę tekstu. Gdybym miała lepszy słuch, mogłabym usłyszeć
skrobanie długopisu po papierze w drugim końcu pokoju, odgłosy rosnącej
rośliny, ultradźwiękowe wołania owadów pod stopami. Czy to możliwe, że
odgłosy te są na pierwszym planie w sensorycznym świecie innego
organizmu zwierzęcego?
ZNACZENIE RZECZY
Nawet przedmioty znajdujące się w pokoju nie są w pewnym sensie tymi
samymi przedmiotami dla zwierzęcia. Pies rozglądający się po salonie nie
myśli, że otaczają go ludzkie wynalazki; widzi psie przedmioty. To, do
czego naszym zdaniem służy dany przedmiot lub z czym nam się kojarzy,
może, ale nie musi, pokrywać się z wyobrażeniem psa na temat funkcji lub
znaczenia tej rzeczy.
Przedmioty definiuje się poprzez to, jak można się nimi posługiwać: von
Uexküll nazywa to ich "tonami funkcjonalnymi" -?tak jakby zastosowanie
przedmiotu rozbrzmiewało niczym dzwonek, gdy tylko na niego spojrzymy.
Pies może z obojętnością traktować krzesła, lecz jeśli zostanie
wyszkolony, aby na nie wskakiwać, nauczy się, że krzesło ma funkcję: ma
"ton siedzenia", bo można na nim posadzić zad. Później pies może
zdecydować, że inne przedmioty również mają ton siedzenia: kanapa, stos
poduszek, kolana osoby przycupniętej na podłodze. Jednak inne rzeczy,
które identyfikujemy jako podobne do krzeseł, nie są tak postrzegane
przez psy: taborety, stoły, podłokietniki kanap. Taborety i stoły należą
do innej kategorii przedmiotów: być może stanowią przeszkody na drodze
do "tonu jedzenia" w kuchni.
Tak oto zaczynamy dostrzegać, w jakiej mierze światopogląd psów i ludzi
się pokrywa, a w jakiej się różni. Wiele przedmiotów w naszym otoczeniu
ma dla psów charakter pokarmu -?prawdopodobnie znacznie więcej, niż nam
się wydaje. Odchody nie są dla nas elementem menu, ale psy mają odmienne
zdanie w tej sprawie. Psy mogą postrzegać przedmioty w sposób, który nam
jest zupełnie obcy -?na przykład jako ton tarzania się, a więc rzeczy, w których można się radośnie wytarzać. Jeśli nie jesteśmy dziećmi lub
ludźmi skłonnymi do figli, lista przedmiotów, które kojarzą nam się z tarzaniem, jest ograniczona lub nawet pusta. Wiele zwykłych przedmiotów,
które mają dla nas bardzo konkretne znaczenie -?widelce, noże, młotki,
pinezki, wentylatory, zegary i tak dalej -?ma dla psów znaczenie znikome
lub nie ma go wcale. Dla psa młotek nie istnieje... a przynajmniej nie
istnieje w tym sensie, w jakim my postrzegamy to narzędzie. Pies nie
używa młotka, nie wykonuje nim żadnych czynności, więc nie ma on dla
niego żadnego znaczenia. Przynajmniej do momentu, gdy młotek połączy się
z innym, istotnym przedmiotem: znajdzie się w rękach ukochanej przez psa
osoby; obsika go uroczy pies z sąsiedztwa; jego twardy drewniany uchwyt
można pogryźć jak patyk.
Do zderzenia Umweltów dochodzi, gdy pies spotyka człowieka -?i często
prowadzi to do nieporozumień dotyczących zachowania tego pierwszego.
Ludzie nie postrzegają świata z psiej perspektywy, a więc tak, jak widzi
go pies. Na przykład niektórzy ludzie twierdzą z całkowitą powagą, że
pies nigdy nie powinien leżeć na łóżku. Aby dać wyraz srogiej powadze
tego zakazu, człowiek postanawia kupić coś, co producent różnych
akcesoriów dla zwierząt nazwał "legowiskiem dla psa", następnie położyć
to na podłodze u siebie w domu. Dalej pies jest zachęcany, aby przyszedł
i położył się na tym konkretnym legowisku, na którym wolno się kłaść.
Pies zazwyczaj zrobi to, acz niechętnie. I w ten sposób możemy odczuć
satysfakcję: kolejna interakcja między psem a człowiekiem zakończyła się
naszym sukcesem!
Ale czy tak jest naprawdę? Wiele razy po powrocie do domu znajdowałam na
łóżku kłębowisko wygniecionej ciepłej pościeli, w której leżał albo mój
pies, przed chwilą witający mnie w drzwiach merdaniem ogona, albo
niewidzialny intruz zmorzony snem. Nie mamy trudności ze zrozumieniem
znaczenia łóżek w świecie ludzi: sama nazwa przedmiotu określa jego
funkcję. "Łóżko" jest dla ludzi, "legowisko" jest dla psów. Łóżka dla
ludzi kojarzą się z odpoczynkiem, mogą być wyposażone w specjalnie
dobraną pościel i rozmaite puszyste poduszki; legowisko dla psa to
miejsce, w którym nigdy nie przyszłoby nam do głowy usiąść i które jest
(stosunkowo) niedrogie i częściej zasypane zabawkami do gryzienia. Ale
zaraz, co z psem? Na początku nie ma dla niego dużej różnicy między tymi
dwoma łóżkami -?może poza tym, że "ludzkie" łóżko jest nieskończenie
bardziej atrakcyjne. "Ludzkie" łóżko pachnie właścicielem, podczas gdy
łóżko "psie" pachnie materiałem, który akurat wykorzystał producent
legowisk (lub, co gorsza, wiórami cedrowymi -?wonią przytłaczającą dla
psa, ale przyjemną dla nas). Nasze łóżka są tam, gdzie my jesteśmy,
gdzie spędzamy wolny czas, być może rozrzucając okruchy i części
garderoby. Co zatem woli pies? Bezsprzecznie woli nasze łóżko. Pies nie
wie tego wszystkiego, co sprawia, że łóżko stanowi dla nas tak
szczególny teren. Być może rzeczywiście nauczy się, że łóżko ma w sobie
coś wyjątkowego -?ale drogą do tego jest ciągłe karcenie go za łamanie
zakazu. Jednak nawet wtedy pies nie będzie stosował rozróżnienia między
"łóżkiem dla ludzi" a "łóżkiem dla psów", tylko między "miejscem, które
wiąże się z naganą", a "miejscem, które z naganą się nie wiąże".
W świecie psów legowiska nie odgrywają żadnej szczególnej roli. Psy śpią
i odpoczywają tam, gdzie akurat mogą to robić, a nie na miejscach
wyznaczonych do tego celu przez ludzi. Owszem, miejsca do spania mogą
odgrywać pewną rolę: psy preferują miejsca, w których mogą się
całkowicie wyciągnąć, w których panuje odpowiednia temperatura, w których przebywają inni członkowie stada lub rodziny oraz w których jest
bezpiecznie. Dla psów żyjących na wolności oznacza to odpoczynek w pewnej odległości od ludzi i w cieniu. W przypadku psów domowych
większość płaskich lub miękkich powierzchni spełnia te warunki.
Wystarczy wybrać miejsce spełniające te kryteria, a nasz pies
najprawdopodobniej uzna je za równie atrakcyjne jak duże, wygodne łoże.
SPYTAJMY PSA
Aby potwierdzić nasze domniemania na temat przeżyć czy umysłowości psa,
nauczmy się pytać go, czy mamy rację. Problem z pytaniem psów, czy są
zadowolone lub smutne, nie polega oczywiście na tym, że pytanie to nie
ma sensu. Chodzi raczej o to, że kiepsko rozumiemy psie odpowiedzi. Mowa
sprawia, że stajemy się strasznie leniwi. Mogę oczywiście snuć domysły
na temat przyczyn uporczywie oschłego zachowania mojej przyjaciółki od
kilku tygodni, tworząc zawiłe psychologicznie wyjaśnienia, doszukując
się jej błędnej interpretacji mojego zachowania w sytuacji, kiedy między
nami zaiskrzyło. Lecz o niebo lepszą strategią będzie po prostu zapytać
ją o to. A wtedy ona mi odpowie. Psy natomiast nie odpowiadają tak, jak
byśmy sobie tego życzyli: nie używają zdań oznaczonych odpowiednią
interpunkcją i emfazą. Jeśli jednak patrzymy uważnie, okaże się, że
potrafią udzielić wyraźnej odpowiedzi.
Na przykład nasuwa się pytanie: czy pies wzdychający i obserwujący nasze
przygotowania do wyjścia do pracy jest w istocie przygnębiony? Czy psy
pozostawione w domu na cały dzień dopada chandra? Nuda? A może po prostu
oddychają powoli, szykując się do drzemki?
Obserwowanie zachowań w celu poznania stanów psychicznych zwierząt to
właśnie koncepcja stojąca za niektórymi błyskotliwie obmyślonymi
eksperymentami. Naukowcy nie obserwowali psów, lecz inne zwierzęta
powszechnie wykorzystywane w badaniach laboratoryjnych -?szczury. Opisy
zachowania szczurów w klatkach są być może największym wkładem w dorobek
wiedzy psychologicznej. W większości przypadków szczury jako takie nie
są przedmiotem zainteresowania eksperymentatora: badania nie dotyczą
szczurów jako gatunku. Co zaskakujące, dotyczą ludzi. Zakłada się, że
szczury uczą się i zapamiętują, wykorzystując niektóre z tych samych
mechanizmów co ludzie, mają natomiast tę zaletę, że łatwo trzymać je w małych klatkach i poddawać ograniczonym bodźcom w nadziei na uzyskanie
reakcji. Miliony reakcji milionów szczurów żyjących w laboratoriach
znacznie poszerzyły naszą wiedzę o ludzkiej psychice.
Ale same szczury też są ciekawymi stworzeniami. Ludzie, którzy pracują
ze szczurami w laboratoriach, czasem opisują "depresję" lub, dla
odmiany, żywiołowość swoich podopiecznych. Niektóre szczury wydają się
leniwe, inne wesołe; niektóre nastawione pesymistycznie, inne
optymistycznie. Naukowcy wybrali dwie z tych cech -?pesymizm i optymizm
-?i nadali im definicje operacyjne: definicje w kategoriach zachowania,
które pozwalają nam określić, czy można dostrzec rzeczywiste różnice
pomiędzy osobnikami. Zamiast po prostu ekstrapolować na podstawie tego,
jak wyglądają ludzie, gdy są nastawieni pesymistycznie, możemy zapytać,
jak szczur przygnębiony może się odróżniać swoim zachowaniem od szczura
wesołego.
W ten sposób zachowanie szczurów badano nie jako odzwierciedlenie
naszego zachowania, ale jako wskazówkę dotyczącą... samych szczurów: ich
preferencji i emocji. Badane okazy zostały umieszczone w ściśle
określonych środowiskach: niektóre z tych środowisk były
"nieprzewidywalne" -?ściółka, współmieszkańcy oraz oświetlenie podlegały
ciągłym zmianom; inne z kolei były stabilne, wręcz niezmienne. W eksperymencie wykorzystano to, że szczury tkwiące bezczynnie w klatkach
szybko uczą się kojarzyć nowe wydarzenia z jednocześnie występującymi
zjawiskami. W tym przypadku przez głośniki w klatkach puszczano dźwięk o określonej wysokości. Był to sygnał do naciśnięcia dźwigni: dźwignia
uruchamiała podanie pokarmu w postaci granulatu. Kiedy odtwarzano inny
dźwięk, a szczury naciskały dźwignię, słyszały nieprzyjemne tony i zarazem nie dostawały jedzenia. Szczury te, podobnie jak inne przed
nimi, szybko przyswoiły to skojarzenie. Pędziły do dźwigni wydającej
jedzenie tylko wtedy, gdy było słychać "dobry" dźwięk, podobnie jak
dzieci zbiegają się na hejnał furgonetki z lodami. Wszystkie szczury
nauczyły się tego z łatwością. Jednak gdy puszczono nowy ton, o wysokości pomiędzy dwoma przyswojonymi dźwiękami, okazało się, że
środowisko szczurów ma znaczenie. Te, które trzymano w środowisku
przewidywalnym, zinterpretowały nowy dźwięk jako oznaczający "pokarm", z kolei te w środowisku niestabilnym nie zinterpretowały go w ten sposób.
Szczury nauczyły się optymistycznego lub pesymistycznego nastawienia do
świata. Szczury w stabilnym środowisku, pędzące ochoczo w reakcji na
każdy nowy dźwięk, demonstrowały swój optymizm w działaniu. Niewielkie
zmiany w otoczeniu wystarczyły, aby wywołać dużą zmianę w sposobie
postrzegania świata6. Przeczucia badaczy dotyczące nastroju
szczurów wydają się trafne.
Nasze przeczucia dotyczące psów możemy poddać takiej samej analizie. W przypadku każdej antropomorfizacji stosowanej do charakteryzowania psów
możemy zadać sobie dwa pytania. Po pierwsze: czy dane zachowanie ma
swoje źródło w naturze psa? Po drugie: co oznaczałoby dane
antropomorficzne twierdzenie, gdyby zostało rozłożone na czynniki
pierwsze?
PSIE POCAŁUNKI
Lizanie to dla Pump nawiązanie kontaktu, jak wyciągnięcie ręki. Wita
mnie w domu, liżąc po twarzy, gdy schylam się, by ją pogłaskać; budzi
mnie, liżąc moją dłoń, kiedy drzemię w fotelu; po joggingu dokładnie
liże mnie po nogach, usuwając z nich słony pot; siedząc obok,
przytrzymuje moją rękę przednią łapą i otwiera mi palce, aby polizać
miękkie ciepłe wnętrze dłoni. Uwielbiam jej lizanie.
Często słyszę, jak właściciele psów wyrokują o miłości swoich pupili na
podstawie pocałunków, którymi są przez nich obdarowywani po powrocie do
domu. Te "pocałunki" to w rzeczywistości lizanie: lizanie zaślinionym
językiem po twarzy; intensywne, dokładne lizanie dłoni; sumienne
pociągnięcia jęzorem po nodze. Przyznaję, że traktuję lizanie Pump jako
wyraz uczuć. "Uczucie" i "miłość" nie są tylko konstruktami
społeczeństwa, które traktuje zwierzęta domowe jak małych ludzi,
odziewając je przy złej pogodzie, przebierając na Halloween i rozpieszczając zabiegami w spa. Zanim powstały psie przedszkola, Charles
Darwin (który, jak sądzę, nigdy nie przebierał swojego psiaka za
czarownicę ani goblina) pisał o otrzymywaniu psich pocałunków. Nie
wątpił w ich znaczenie: psy, jak pisał, mają "szczególny sposób
okazywania uczuć, a mianowicie poprzez lizanie rąk i twarzy swojego
pana". Czy Darwin miał rację? Pocałunki wydają się nam objawem
czułości, ale czy na pewno są nim również dla psów?
Najpierw zła wiadomość: badacze psowatych żyjących w stanie wolnym -
wilków, kojotów, lisów i innych -?donoszą, że szczenięta liżą pysk
swojej matki po jej powrocie z łowów do legowiska, aby skłonić ją do
zwrócenia pokarmu. Lizanie po pysku wydaje się sygnałem, który stymuluje
ją do zwrócenia częściowo strawionego mięsa. Jakże bolesne rozczarowanie
musiała przeżywać Pump, skoro ani razu nie zwymiotowałam dla niej połowy
zjedzonego królika! Co więcej, nasze usta smakują psom wyśmienicie.
Podobnie jak wilki i ludzie, psy mają kubki smakowe odpowiedzialne za
odczuwanie smaku słonego, słodkiego, gorzkiego, kwaśnego, a nawet umami,
a więc przypominającego grzyby lub wodorosty ziemistego smaku zawartego
w glutaminianie sodu. Psie postrzeganie słodyczy wygląda nieco inaczej
niż nasze, ponieważ w ich przypadku sól wzmacnia doznania słodkiego
smaku. Pies ma szczególnie dużo receptorów słodkiego smaku, chociaż
niektóre substancje słodzące -?sacharoza i fruktoza -?aktywują je
bardziej niż inne, takie jak glukoza. Może to być wynik adaptacji u zwierząt wszystkożernych, takich jak psy, dla których rozróżnienie
między dojrzałymi a niedojrzałymi roślinami i owocami jest istotne. (Psy
są wszystkożerne, a nie wyłącznie mięsożerne jak koty, które do życia
potrzebują składników odżywczych zawartych w mięsie; psy wykształciły
nawet więcej kopii genu rozkładającego skrobię niż wilki, dzięki czemu
mogą cieszyć się naszym bajglem tak samo jak my). Co ciekawe, nawet
czysta sól nie pobudza u psów tak zwanych receptorów soli na języku i podniebieniu w identyczny sposób jak u ludzi. (Sprawą dyskusyjną
pozostaje, czy psy w ogóle mają receptory odpowiedzialne za odczuwanie
słonego smaku). Dość szybko zorientowałam się, że lizanie mnie po twarzy
przez Pump wynika z tego, że właśnie dobrze sobie podjadłam.
A teraz dobra wiadomość: funkcjonalne lizanie okolic ust -?czyli
"pocałunków" w naszym odbiorze -?przerodziło się w rytualne powitanie.
Innymi słowy, nie służy już wyłącznie do proszenia o jedzenie, ale jest
używane jako "cześć!". Psy i wilki liżą pyski przybyszów po to, aby
powitać ich po powrocie i uzyskać zapachową informację o tym, gdzie byli
i co robili. Suki nie tylko myją szczenięta za pomocą lizania, ale też
częstują je kilkoma maźnięciami jęzorem nawet po krótkiej rozłące.
Młodszy lub lękliwy pies może lizać większego i groźnego osobnika po
pysku, aby go udobruchać. Znajome psy mogą lizać się nawzajem podczas
spotkania w trakcie spaceru na smyczy. Być może jest to sposób
potwierdzenia na podstawie woni, że nadbiegający pies jest tym, za
którego inne go biorą. Temu "powitalnemu lizaniu" często towarzyszą
merdanie ogonem, figlarne otwieranie pyska i ogólne podekscytowanie, nie
będzie więc chyba przesadą stwierdzenie, że lizanie jest sposobem
wyrażenia radości z ponownego spotkania.
PSIOLOGIA
Bez przerwy powtarzam, że Pump patrzy "porozumiewawczo", czuje się
"zadowolona" lub zachowuje "kapryśnie". Są to słowa, które dla mnie
niosą określone znaczenie. Nie mam jednak złudzeń, że odzwierciedlają
one precyzyjnie przeżycia mojego psa. Nadal uwielbiam jej lizanie, ale
lubię też wiedzieć, co ono oznacza dla niej, nie tylko dla mnie.
Jeśli wyobrazimy sobie Umwelt psów, będziemy w stanie zdekonstruować
różne antropomorfizmy: poczucie winy u naszego psa za pogryzienie buta,
zemstę szczeniaka dokonaną na nowym szaliku od Herm?sa -?i ponownie to
zrekonstruować z uwzględnieniem psiej perspektywy. Próba zrozumienia tej
perspektywy przypomina bycie antropologiem w obcym kraju -?tyle że
zamieszkanym wyłącznie przez psy. Być może umknie nam idealna
interpretacja każdego merdnięcia ogonem i szczeknięcia, ale samo uważne
przyjrzenie się odsłoni zaskakująco wiele. A więc zacznijmy bacznie
przyglądać się temu, co robią ci "tubylcy".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki