Istota
1.
Liwiec tego roku meandrował inaczej. Trudno w to uwierzyć, ale zdjęcia satelitarne z lipca i sierpnia są najlepszym dowodem na to, że koryto rzeki zmieniło kształt z wężowego na spiralny. Czy to za sprawą jakichś nieodnotowanych anomalii magnetyzmu ziemskiego, czy też magnetyzmu innego rodzaju - próżno szukać jednoznacznych odpowiedzi, skoro żadnych istotnych wahnięć nie odnotował ani Instytut Geologii, ani żaden inny polski ośrodek badawczy.
Ponoć gdzieś w Denver, w podziemiach lotniska, alternatywna grupa badaczy o polskich korzeniach, wywodząca się z organizacji QAnon, próbowała tłumaczyć przyjęcie przez rzekę formy idealnej spirali jako niezbity dowód na opanowanie Polski przez reptilian.
2.
Miesiąc kwitnienia lip, rok 2022
Przypalana żywcem przez Słońce Ziemia błagała o chwilę oddechu. Było inaczej niż wtedy, kiedy płynęły tędy kry z lodowców. Kiedy spływałyśmy w zimnie, szczękając zębami, wraz z nimi. Zaplątywałyśmy wówczas, jeden w drugi, nasze chropowate ogony, bo lodowiec spływał tak szybko, że mógł nas łatwo rozdzielić. A chciałyśmy przesuwać się i trwać obok siebie. W swojej łuskowatości. Bliskości. Chropowatości. Jak wtedy, kiedy w trakcie wielkiego pierdolnięcia naleciało nam kosmicznego pyłu do naszych i tak wrażliwych oczu. Oczu, którymi widzimy całą jaskrawość świata, całą prze-rzeczywistość zakrytą przed zabijającymi planetę homoludami. Wszystkie emocje i uczucia: trupiożółty strach, fioletową nerwowość, pomarańczową zawiść i najgorszą z nich wszystkich - szarobojętność. To właśnie od koloru szarego nasze oczy często robią się wilgotne, w przeciwieństwie do szczelnie pokrytych łuskami suchociał. Patologiczne suchych ciał... Pathos po grecku znaczy cierpienie. Znamy grekę. Istniejemy dłużej od niej. Pełzałyśmy po chłodnych posadzkach pałacu Minosa, zanim Minotaur wyskoczył z potężnej cipki Pazyfae.
Wracając nad Liwiec - tego roku pełzałyśmy po dnie samotnie, nie miałyśmy bowiem potomstwa, z wyjątkiem tego urojonego, które wykluło się z moich urojonych jaj, składanych z miłości do IS raz po raz, byle tylko jak najwięcej, gdzie popadło. Tabuny nigdy nienarodzonych jaszczurzątek z oczami kreskami pokrytymi żółtawym śluzem - mieszaniną wewnętrznych płynów ustrojowych oraz rzecznego mułu. Wielkie plemiona urojonych potomków IS zasiedlające całą planetę. Centymetr kwadratowy po centymetrze. Cała Ziemia opanowana przez gadzie stada z kodem genetycznym zapisanym w łuskach IS. I w jego nasieniu. Nienarodzone jaszczurze płody wołały do mnie: "maaamoo, maaaaamo", a wody oceaniczne i śródlądowe unosiły to wołanie aż do stratosfery, skąd wzbijało się w serce kosmosu.
Powoli stawałam się matką kosmiczną. Przenosiłam swój niezrealizowany w gadzim wymiarze instynkt na inne gatunki zwierząt, a czasem także roślin. Na widok kopulujących szmaragdowych ważek, które pierwszy raz spotkałam, pełzając po kamiennych posadzkach bazyliki Santa Maria Assunta w Torcello (zupełnie nie wiem, jak się tam znalazły, wcześniej widziałam, jak splecione w miłosnym tańcu fruwały nad Mostem Diabła), rozpłakałam się jak dziecko, choć przy patologicznym wysuszeniu moich gałek ocznych było to praktycznie niemożliwe. Zazdrość o to, że z ich miłości powstaną kolejne osobniki, postawiła moje kanaliki łzowe w stan alarmu. Po łuskowatych policzkach, a także po paszczy spływały mi prawdziwe łzy. Sprawdziłam to czubkiem rozdwojonego języka. Mokre krople smakowały inaczej niż rzeka. Były słone. Słone słonością Wielkiego Jeziora Słonego, słone słonością jego pięknych artemii.
IS robił wszystko, żeby odwrócić moją uwagę od pragnienia rozmnażania i przeżywania kolejnej urojonej ciąży. Najbardziej denerwowało go, kiedy rano, tuż po przebudzeniu, wpełzałam wolno na oślizgły głaz wystający ponad powierzchnię rzeki i prowokowałam wymioty. Symulowałam pierwszy trymestr. Zachowywałam się ostentacyjnie głośno, po to, by wyrwać IS z dziesięcio-, a czasem nawet dwunastogodzinnego snu. Kiedy budziły go moje sztucznie wywoływane torsje, najpierw gniewnie łypał na mnie jednym okiem, potem zaś, ku mojemu perfekcyjnie udawanemu przerażeniu, wskakiwał do wody i podpływał pod moje stanowisko na głazie. Piszczałam, jakbym była niespełna swego gadziego rozumu, tymczasem on chwytał mnie za tylne odnóża i bezczelnie wciągał do wody. Uwielbiałam tak się z nim szamotać. Kiedy byliśmy spleceni ze sobą tuż pod powierzchnią lub kiedy ściągał mnie na dno, mocno przygryzając mi kark. Niby zabawa, a jednak gadzia dominacja. Nie powinno było mi się to wcale podobać, ale popiskiwałam z zachwytu. Nie tego uczyłam się, podsłuchując wykłady na amerykańskim uniwersytecie, siedząc cicho, zaplątana w okienne rolety lub kable pod biurkiem.
Najlepszy był moment, gdy zaczynaliśmy sobie pluć do pysków. Nabieraliśmy duże ilości wody i wypluwaliśmy je na siebie nawzajem potężnymi strumieniami. Z pyska do pyska. Tak, że woda trafiała niemal wprost do naszych spragnionych gardeł, wcale nie rozpryskując się na boki. Nie było nic wspanialszego ponad pełzanie i plucie. Plucie i pełzanie. I ocieranie się o siebie ogonami, tak, że splatały się czasem na wzór kłosa pszenicy. Wtedy byliśmy jedną IS-TOTĄ. Otwieraliśmy pyski i żarłocznie chwytaliśmy hausty powietrza. Tarliśmy pyskiem o pysk, bo nie nauczono nas całować. Ślina wypływająca z naszych pysków wchłaniała się przez szczeliny w łuskach i absorbowała do krwionośni. Ślina IS w pysku TOTY. I odwrotnie. Pobieraliśmy z niej wszelkie niezbędne do życia składniki pokarmowe, które następnie wydalaliśmy ze zdartymi z siebie łuskami i śluzem. Miłość odżywiała nie tylko nasze żołądki, krwionośnie, ale i nerwnie. Kiedy pluliśmy na siebie i spryskiwaliśmy się wodą, zdarzało się, że nasze ruchome niczym osobne żyjątka, rozdwojone na końcach języki zaplątywały się w siebie, tworząc wraz ze splecionymi w kłos ogonami podwójny splot. Staraliśmy się wówczas trwać w tym podwójnym splocie jak najdłużej, do momentu wstrzyknięcia życia IS w rodnię TOTY. Choć, jak wspominałam wcześniej, to było jednak przeze mnie urojone.
Po tych igraszkach spędzaliśmy długie godziny na wychwytywaniu z drgań wody, z układających się na niej kręgów, z ułożenia pofalowanych mikrowzgórków piasku względem położenia Słońca i kwadry Księżyca, to, o czym homoludy nie mogły wiedzieć, bo owej wiedzy nie serwowano ani na internetowych portalach, ani w radiu i telewizji, ani w ich papierowych gazetach. Choć wiedziano na nasz temat dość sporo. I pisano o nas obszernie. Co prawda nic z tej wiedzy nie pokrywało się z prawdą na nasz temat, ale wiedzieliśmy, że się z nami liczą. Że się nas boją. I że jesteśmy sławni. Mówiono o nas, że para strasznych reptilian planuje wielką inwazję. Że po cichu, w tajemnicy przed jednymi, zaś w kolaboracji z innymi rządami próbujemy z IS przejąć całkowitą kontrolę nad światem.
3.
Nic bardziej mylnego. Ani mnie, ani IS nie przyszło to nawet do głowy! A na co nam to?! Jeszcze nam życie miłe. Wszak jesteśmy nie mroko-, ale światłolubne. Podążamy za blikami słońca na rzece. Za powstającym w wyniku długiego i mocnego zaciskania powiek powidokiem. Za migotliwością deszczowych kropli na pajęczynie. Za każdym leśnym prześwitem. Za wodą ze strumienia, która osiadając latem na powiekach, rozszczepia się w słońcu na tysiące tęczowych pryzmatów, które dla homoludów są trochę "kiczi-kiczi", a dla nas po prostu piękne. Nie brzydzimy się tego słowa. "Kiczi-kiczi". Wręcz przeciwnie. Tropimy jego przejawy w materialnej powłoce świata. Kiedy natrafiamy na coś "kiczi-kiczi", nasze łuski zabarwiają się na landrynkoworóżowy kolor, a nasze jaszczurze kły szczerzą się w szczerym uśmiechu. Tak to już z nami jest, że nie tylko na widok "kiczi-kiczi", ale także czując zapach wytwarzany przez jego nośniki, stajemy się do trzewi szczęśliwi. Kicz pachnie jak chałwa turecka, jak sezamki i rachatłukum. Wszystko razem doprawione szczyptą innych woni. Dowolnych. Z wyjątkiem kadzidła frankońskiego i mirry! Wypierdalać z kościelnym kadzidłem! Już na samą myśl IS i ja zaczynamy od razu zwijać się w torsjach i rzygać. I nie jest to żaden polityczny performance. Nasze ciała łuskowieją wtedy na czarno. Czernią tych sukni do kostek noszonych przez odprawiające msze drag queens. Z tysiącem guzików od stóp po szyję zakończoną koloratką. Tak to się chyba nazywa. Dziwne. Lubimy scenę drag, ale nie w wydaniu kościelnym. Kiedy zdarza nam się pobłądzić i już tam zapełznąć, długo nie możemy się z tego otrząsnąć. Drag queens in black wykrzykują tam dużo treści, od których aż jeżą nam się łuski, co powoduje duży dyskomfort, a także ból. Dużo czasu zabiera nam potem pozbieranie się i powrót do naturalnego koloru. Nie mówiąc o zabarwianiu się na landrynkowo.
Podobnie reagujemy na giełdy papierów wartościowych, które kochamy obszczywać, tak jak stacje paliwowe, lotniska, ekskluzywne butiki i wielkie sieci handlowe. Wszystko to, co zatruwa planetę. Bo to my, a nie wy, będziemy tutaj do końca. Bez wody, w upale nie do zniesienia - takim, że zbryli nam się jak koci żwir kora mózgowa, a móżdżek zroluje jak dywan.