Ocean pocałunków - Julie Anne Long

-
Proszę czekać

1

Wygląda jak znudzony lew, który wyleguje się wśród stada gęsi. Pozwala im się stroszyć, aż podejmie decyzję, którą z nich chciałby wziąć na ząb.

Panna Violet Redmond wpatrywała się znad wachlarza w mężczyznę, który niedawno otrzymał tytuł hrabiego Ardmay, a swój werdykt skierowała do trzech osób: pięknych, jasnowłosych sióstr Hart, Millicent i Amy, które bez tchu spijały z jej ust każde słowo, oraz młodej mężatki, lady Peregrine, cierpiącej katusze za każdym razem, kiedy Violet znajdowała się w centrum zainteresowania. Co zdarzało się bezustannie - była wszak piękną, rozkapryszoną córką wpływowego bogacza, pana Isaiaha Redmonda.

No i niewątpliwie dlatego młoda mężatka, lady Peregrine, powiedziała:

- Na ząb, panno Redmond? Ja wolałabym go wziąć pomiędzy uda.

Panny Hart ukryły za wachlarzami westchnięcia i frywolny chichot.

Violet - ziewnięcie.

Zajęły najlepszy punkt obserwacyjny w sali balowej lorda i lady Throckmortonów. Jak zawsze, było tłoczno. Hartówny trzymały się Violet, ponieważ chciałyby nią być. Lady Peregrine jej nie odstępowała, ponieważ chciała być z nią widziana. Jak zwykle, nawet w ścisku panującym w sali balowej, Violet miała pełne rozeznanie, kto jest obecny, a kogo nie ma. Byli jej rodzice, Isaiah i Fanchette Redmondowie, a ­także jej brat, Jonathan. Najlepsza przyjaciółka Violet, Cynthia, i drugi brat, Miles, którzy niedawno się pobrali, zostali w Pennyroyal Green, w Sussex.

Oczywiście najdotkliwiej odczuwała nieobecność ­najstarszego brata, Lyona, złotego chłopca londyńskiej socjety i dziedzica fortuny Redmondów; rok temu zniknął, nie wziąwszy ze sobą niczego poza ubraniem, które miał na grzbiecie, oraz własnoręcznie wykonaną skrzyneczką z różanego drzewa, należącą do niego od lat chłopięcych.

Przyczyna jego nieobecności była aż nadto widoczna - Olivia Eversea, najstarsza córka rodziny Eversea z Pennyroyal Green, odwiecznych, osobistych wrogów Redmondów. Stała po drugiej stronie sali, szczupła, blada i odziana w dodającą jej powagi zieleń. Olivia zawsze była poważna, w niektórych sprawach wręcz śmiertelnie poważna. Z pasją angażowała się w walkę o szczytne ideały. Pamflety przeciw niewolnictwu rozdawała nawet w pubie Pod Świnią i Ostem w Pennyroyal Green, ku pobłażliwemu zdumieniu właściciela pubu, Neda Hawthorne'a.

Olivia była na balu, a Lyona nie było, ponieważ Olivia złamała Lyonowi serce. Wszyscy zaś mówili, że tak oto wypełnia się klątwa: w każdym pokoleniu potomkowie rodziny Eversea i Redmondów zakochują się w sobie, a skutki tego są dla nich katastrofalne.

Violet stwierdziła, że musi przestać wpatrywać się w Olivię, bo w przeciwnym razie wypali jej wzrokiem dziurę w sukni.

- Nie możemy sprawiać wrażenia, że plotkujemy. - Panna Amy Hart była nowicjuszką w towarzystwie, więc uznała, że należy coś takiego powiedzieć.

- Oczywiście, że musimy sprawiać wrażenie, że plotkujemy. Jak inaczej uda nam się ich zastraszyć i trzymać w niepewności?

Wszystkie wyraziły zgodę energicznym przytaknięciem głową, ale żadna nie zrozumiała ironii kryjącej się w słowach Violet.

- Dlaczego lew? - zapytała Millicent. - Dlaczego nie niedźwiedź albo dzik?

- Dzik ma kopyta, głuptasie - napomniała ją zniecierpliwiona siostra. - Trudno go uznać za romantyczne stworzenie. Chociaż nie mam wcale pewności, czy hrabia jest romantyczny. Wygląda, jakby zawsze miał taką groźną minę. Podobno jest dzikusem. - Wzdrygnęła się teatralnym gestem.

- Wiem, dlaczego! To przez jego włosy. Są... płowe. - Millicent westchnęła przy ostatnim słowie.

- Płowe? - zwróciła się do niej lady Peregrine, udając zaniepokojenie. - Naprawdę powiedziałaś "płowe", Millicent? Tylko nie mów, że cię nie ostrzegałam, iż poezja zrobi ci z mózgu kaszę. Już używasz słów takich jak płowy. Wydaje mi się, że słyszałam też, jak któregoś dnia powiedziałaś "pajęczynowy woal", żeby opisać poranną mgłę. Czyżbym się przesłyszała?

Millicent ze wstydem zwiesiła głowę, by przyznać, że to prawda.

- Moja droga, on ma włosy brązowe. I ma ich za dużo. Ale, oczywiście, rozumiem, z czym masz kłopot. O, tu, robią ci się zmarszczki, Millicent. - Lady Peregrine wskazała swoje nieskazitelnie gładkie kąciki oczu - Moim zdaniem od mrużenia oczu. A może potrzebne ci szkło powiększające, żeby go wyraźnie zobaczyć?

Wszystkie z zaciekawieniem spojrzały na Millicent, która opuszkami palców już sprawdzała wyimaginowane zmarszczki.

- Naprawdę, przyjrzyj mu się jeszcze. Zmruż oczy, jeśli musisz, nam to nie przeszkadza, prawda, proszę pań? Zobaczysz, że prawdziwy z niego brutal. Nadzwyczaj potężnej budowy. Podobno urodził się w Ameryce. Za rodziców miał zapewne niedźwiedzia i Indiankę.

- Co to za wymysły? - oburzyła się Millicent.

- Szkoda dla niego tytułu, bo podobno nie ma zamiaru zamieszkać na angielskiej ziemi, ale król miewa swoje kaprysy. Co o tym myślisz, Violet?

Violet wiedziała, że celem tej wymyślnej gadaniny jest zrobić na niej wrażenie i ją zszokować, ponieważ wszyscy wiedzieli, jakie to trudne. Naprawdę była tak znudzona, tak zmęczona niekończącymi się balami, przyjęciami i wszystkim, co z tym związane, że miała wrażenie, jakby jej organy wewnętrzne przestały funkcjonować z powodu braku bodźców. Jedynym, co powstrzymywało ją od zaśnięcia, była zapiekła, choć bezosobowa nienawiść do kobiet, które przy niej stały. W tej chwili myślała: chyba niebieskie.

Sala balowa gorzała od świateł. Płomienie mnóstwa świec w lampach i kandelabrach odbijały się od jedwabi, taft i klejnotów, od wypolerowanego mosiądzu i marmuru, roztaczając wokół oślepiającą poświatę. A kiedy nowy hrabia Ardmay spojrzał w ich stronę, jego oczy zalśniły odbitym światłem jak fasety klejnotów. Tak, na pewno są niebieskie.

- Podobno zasłużył na tytuł jakimś bohaterskim czynem - powiedziała tylko.

Takie krążyły pogłoski, ale fakty trudno było ustalić. Jego Królewska Wysokość Jerzy IV wskrzesił dawny, zapomniany tytuł i pomachał nim przed nosem rodzinom Eversea i Redmondów, a potem zrobił zadziwiający unik i nadał go tajemniczemu kapitanowi Flintowi, który podobno wychował się w Ameryce, a urodził w Anglii. Bez wątpienia króla nieźle bawiło, że nadarzyła się okazja, aby upokorzyć potężne rody Eversea i Redmondów. Chyba nie miał wielu innych sposobów, aby utrzeć im nosa.

Wachlowała się leniwymi, wystudiowanie spokojnymi ruchami dłoni. Jej sokolooka matka, która teraz zajęta była konwersacją z przysadzistą, zdobną w turban lady Windemere, natychmiast by poznała, że jej córka planuje jakieś psikusy wymierzone w młodzieńców błękitnej krwi. Patrzyli oni na nią ze wszystkich zakątków sali cielęcym, choć niepozbawionym czujności wzrokiem, mając podszytą lekką obawą nadzieję, że ruchem wachlarza da im sygnał, że zaprasza ich do towarzyszenia jej.

Księgi z zakładami u White'a były pełne najrozmaitszych spekulacji co do następnego wybryku Violet Redmond. Minęło niemożliwie dużo czasu od ostatniego. Wszystkie były cudownie ekscytujące i godne upamiętnienia, jak na przykład ten, kiedy podczas kłótni z konkurentem do jej ręki zagroziła, że wskoczy do studni, a potem przełożyła jedną nogę przez cembrowinę i siłą trzeba było ją odciągnąć za łokcie. Innym razem wyzwała na pojedynek mężczyznę. Między tymi wybrykami prezentowała nieskazitelne, wykwintne, przynależne jej urodzeniu maniery, co sprawiało, że wszelkie od nich odstępstwa były jeszcze bardziej podniecająco szokujące.

Tylko lekkomyślni ryzykanci robili zakłady o to, kto ją w końcu poślubi. Wielu próbowało się do niej zalecać. Wszyscy ponieśli fiasko. U niektórych próby, a potem klęska miały wymiar spektakularny. Dla młodzieńców błękitnej krwi z londyńskiej socjety Violet Redmond była jak El Dorado. Ale ich przerażała.

Nowy hrabia naprawdę jest wysoki, stwierdziła, choć nie przesadnie. W sali jest jeszcze kilku mężczyzn, którzy mu dorównują wzrostem.

Bez wątpienia jest potężnie zbudowany.

O ile jej brat Miles Redmond również jest potężnie zbudowany, a jego sylwetkę można porównać do skały, gdyż ma w sobie coś niezniszczalnego, ale wtapia się w tło i staje jego częścią, tak że czasem można go w ogóle nie zauważyć, o tyle hrabia Ardmay natychmiast rzuca się w oczy. Trudno dokładnie stwierdzić, na czym to polega. Dłonie trzyma splecione za plecami; jedno kolano ma luźno ugięte. Ale przecież większość mężczyzn w sali przyjmuje podobną postawę podczas konwersacji. Jego ubranie jest znakomicie skrojone i konwencjonalne: jasnobrązowe spodnie, biały fular, czarny surdut i subtelne grafitowe paski na kamizelce.

Jednak emanującą z niego namacalną wręcz pewnością siebie, zwierzęcym zaufaniem do własnego ciała rzuca podświadome wyzwanie wszystkim mężczyznom w tej sali.

Nie wspominając już o tym, jak zaburza powszechne wyobrażenie o męskiej urodzie u wszystkich zgromadzonych pań.

Krótko mówiąc, jest jak koń trojański, którego wtoczono na środek sali balowej. I z całą pewnością nie pasuje do angielskiego krajobrazu.

- Ta groźna mina... on naprawdę wygląda jak dzikus - na głos rozważała Violet. - Powinien spróbować się uśmiechnąć. Ciekawe, czy ma wszystkie zęby. Czy któraś z was podeszła do niego tak blisko, żeby się o tym przekonać?

Ustaliły, że żadna z nich nie widziała jeszcze zębów hrabiego, i być może należy którąś wysłać, żeby mu się przyjrzała, a jeśli tylko się uda, nawet z nim zatańczyła.

- Mnie podoba się ten groźny wyraz twarzy. Wygląda, jakby stał na dziobie statku i mrużył oczy przed słońcem, a wiatr morski rozwiewał mu do tyłu włosy - rozmarzyła się Amy Hart.

- Ale porywczy mężczyźni są złymi tancerzami - odezwała się Millicent.

Violet nie mogła pozwolić, aby taka brednia przeszła bez echa. Odwróciła się i wbiła wzrok w Millicent.

- Na miłość boską - powiedziała z wielkim politowaniem. Millicent sprawiała wrażenie odpowiednio speszonej.

- Och! Pozwólcie mi, że opowiem wam, co mi wiadomo o rozmiarach męskich ud i jak to świadczy o męskiej sprawności - nalegała lady Peregrine, no bo przecież minęły całe trzy sekundy, odkąd ostatnio stanowiła ośrodek zainteresowania. Panny Hart zwróciły głowy w jej stronę i nieco się pochyliły, ponieważ lady Peregrine jako młoda mężatka wiedziała coś, o czym one nie miały pojęcia.

Nadal brzęczały niczym osy nad gnijącymi owocami, aż Violet poczuła się tak senna, jakby naprawdę była na pikniku i mocno przygrzewało słońce. Rozmarzyła się, że jest gdzieś daleko stąd. Nie tak dawno temu z bratem Jonathanem oraz z dwójką przyjaciół, Cynthią i lordem Argosym, wybrali się do Cyganów, którzy rozbili obóz na obrzeżach Pennyroyal Green, żeby im powróżyli. Oczywiście usłyszała, że odbędzie daleką podróż po wodzie. A potem młoda Cyganka, Martha Heron, wykrzyknęła coś bez sensu. Jakieś francuskie słowo. Zapewne nazwisko. Violet zareagowała tylko wzniesieniem oczu do góry. Panowało ogólne przekonanie, że Cyganka Martha Heron jest niemądrą dziewczyną i zbytnią flirciarą, co na pewno nie wyjdzie jej na dobre.

Ale w tej chwili Violet chętnie udałaby się w długą podróż dokądkolwiek, byle znależć się poza salą balową.

- Jeśli chcecie zobaczyć naprawdę przystojnego, niezwykle wyrafinowanego mężczyznę, przyjrzyjcie się pierwszemu oficerowi hrabiego. Widziałyście go? Podobno jest francuskim arystokratą, który wszystko stracił podczas rewolucji, a teraz musi służyć dzikusowi, bo ten ma tytuł! Nazywa się lord Lavay. - Lady Peregrine aż paliła się, by udowodnić, że wie wszystko o nowych członkach londyńskiej socjety.

Violet gwałtownie obróciła się w stronę lady Peregrine i utkwiła w niej tak przenikliwe spojrzenie, że ta aż zbladła.

Wszystkie przyglądały się Violet i z zapartym tchem wyczekiwały jakiejś rewelacji.

- C-coś panią trapi, kochanie? - z trudem wykrztusiła po chwili lady Peregrine.

- Może pani powtórzyć jego nazwisko? - Violet była nienagannie uprzejma.

Lady Peregrine odzyskała równowagę i aż drżała w słodkim oczekiwaniu na jakiś skandaliczny wybryk.

- Stać mnie na więcej, panno Redmond - zamruczała. - Chciałaby pani być mu przedstawiona?

- Wyglądają jak hieny schylone nad padliną - zauważył Flint, zwracając się do lorda Lavay, kiedy ten wrócił z kieliszkiem likieru.

Lavay podążył wzrokiem za spojrzeniem hrabiego ku stojącym w kółeczku młodym kobietom.

- Tak się składa, że to ty jesteś tą metaforyczną padliną - wesoło potwierdził lord Lavay, jego pierwszy oficer. - Dużo usłyszałem, kiedy nalewałem te pomyje. Szczerze mówiąc, ona powiedziała...

- Która ona?

- Ta ładna blondynka. - Lavay niewyraźnie wskazał kierunek ­brodą.

- Wszystkie są ładne - stwierdził Flint, poirytowany. Była to prawda. Wszystkie były jasnolice, czyste, pachnące, zadbane, wytworne. Śliczne, śliczne, śliczne. Na sposób angielski. Każdy kraj ma własną wersję kobiecej urody, a on widział ich więcej niż przeciętny człowiek.

- Ta jasna blondynka, na wschód od wejścia, obok rzeźby jakiegoś zniewieściałego... chyba Rzymianina, jak sądzę. Ma niebieską suknię, a ze stroika na głowie wystaje jej pióro. Kiedy nalewałem sobie tego... tego... - Zabrakło mu słów, więc tylko ze smutkiem popatrzył na likier, ale po chwili kontynuował: - Usłyszałem, co mówi, i niestety muszę tu zacytować, że słyszała, jakoby rozmiar męskich ud bezpośrednio wiązał się z męską... użyła słowa "chlubą", ale takim tonem, że znaczenie było jednoznaczne, i jeśli to prawda, to chluba lorda Ardmay przyprawi o wstyd nawet Courtenaya.

Chwilę milczeli, zdeprymowani, zastanawiając się nad godnym szacunku, ale niebezpiecznym paradoksem natury, jakim jest angielska kobieta. Damy wydawały się równie roztrzepotane i kruche jak ich wachlarze, a ich rozmowa - pozornie - zadziwiała uprzejmą skromnością. Jednocześnie swymi kruchymi wachlarzami przesyłały prowokacyjne znaki na drugi koniec sali, a fiszbiny tak podnosiły im nad dekolt piersi, że te wyglądały jak perły wystawione na inspekcję tureckiego paszy. Wystarczyło raz tęsknie spojrzeć na nieodpowiedni biust, by podpity, nadmiernie ustosunkowany lord zaczynał wykrzykiwać o pojedynku na pistolety o świcie. Jedno trafne słowo i pełne zachwytu spojrzenie, a można było dostać zaproszenie, aby w jakiejś alkowie podczas proszonego obiadu podciągnąć zwiewną spódnicę ładnej arystokratycznej wdowy i rozpłynąć się w przyjemnościach, ulokowanych między jej udami.

Flint doświadczył jednego i drugiego podczas kilku pierwszych dni pobytu na angielskiej ziemi. W pierwszej sytuacji złożył przeprosiny, a w drugiej z przykrością, lecz uprzejmie odmówił.

- Nie wiem, który z dżentelmenów jest tym Courtenayem - cicho dodał Lavay, gdyż w świetle usłyszanej opinii niemożliwe było nie zastanawiać się, kto to jest.

W czasie, gdy Flint spotykał się z królem w sprawie swojej misji i uczestniczył w kilku nudnych, wydanych na jego cześć obiadach z udziałem ludzi, którzy oczywiście zazdrościli mu wskrzeszonego przez króla tytułu - urodził się bowiem w Anglii jako bękart, a dorastał w Ameryce jako zabijaka - Lavay zwykle bawił w bardziej przyjaznym środowisku burdelu Aksamitna Rękawiczka.

Flint przez moment zatęsknił za swoją kochanką z Maroka, Fatimą, która miała oczy jak roztopiona czekolada, lekko haczykowaty nosek i proste, niespotykanej długości czarne włosy.

Fatima zaginała paluszek jednej ręki, a drugą odsuwała kotarę, która oddzielała jej salon od pachnącej kadzidłem sypialni. Na tym kończyły się symboliczne gesty, którymi się z nim komunikowała. A potem wchodziła na niego, albo on na nią, i cudownie spoceni w całkiem jednoznaczny sposób spędzali ze sobą popołudnie. Zdaniem Flinta, tylko społeczeństwa, w których ludzie nie dość czasu spędzają na uczciwej, ciężkiej pracy, poddają się niepotrzebnym i zawiłym konwenansom.

Prawda była następująca: w wieku trzydziestu dwoch lat, po prawie dwóch dekadach podróżowania po morzu, gdy jadał i spał na statkach, w więzieniach i pałacach, targował się o życie z książętami i rozbójnikami, łapał przestępców dla okupu, zdobył i stracił niejedną fortunę, nowo mianowany hrabią Ardmay kapitan Flint, bękart krwi mieszanej, korsarz i kupiec, miał swoje miejsce wszędzie i nigdzie. Nic nie robił pod czyjeś dyktando. Był w pełni panem siebie. Mężczyźni na sali balowej mogli wszyscy iść do diabła - nie zależało mu na nich. Chciał tego, co oni przypuszczalnie uważali za rzecz oczywistą: szansy założenia dynastii. Czegoś naprawdę własnego, by odnaleźć swoje miejsce na ziemi.

Potrzebował ziemi, fortuny i żony. Ziemia, a dokładniej - plantacja, której zapragnął, znajdowała się w Nowym Orleanie, Fatima ujdzie jako żona, bo dba zarówno o jego przyjemności, jak i o wygodę, ale fortuna ciągle mu umykała, a sprzedawca plantacji coraz bardziej się niecierpliwił.

Dwa tygodnie temu wszystko się odmieniło.

Jeszcze raz przeklął swoją fatalną wadę, przez którą znalazł się teraz na sali balowej - nigdy nie potrafił pozostać obojętny, gdy trzeba było komuś przyjść na ratunek. Zakotwiczył statek w Hawrze i zastanawiał się, jak odzyskać fortunę, która znacznie się skurczyła, bo sztorm zniszczył ładunek przewożonego statkiem jedwabiu. Właśnie wtedy przypadkiem w porcie uratował młodego, pijanego dżentelmena od obrabowania przez rzezimieszków. Okazało się, że wdzięczny młodzieniec jest ukochanym kuzynem lady Conyngham, metresy angielskiego króla. Wiadomość o bohaterstwie Flinta, które sprowadzało się do szybkiego dobycia szpady i postraszenia rabusiów - choć co prawda było ich dwóch, a Flint jeden - dotarła do niej przez znajomego Flinta, hrabiego Heberta z Hawru.

Tak oto król dowiedział się o Flincie i jego talencie do zdobywczych wypraw. Stwierdził, że za jednym zamachem może przypochlebić się kochance i rozwiązać problem, który przysparzał Koronie kłopotów na morzach. Zaproponował, że wskrzesi wspaniały angielski tytuł i ofiaruje go Flintowi. Flint musi tylko schwytać pirata, znanego jako Le Chat, który krążąc wzdłuż wybrzeży Europy, rabował i zatapiał statki handlowe, a wśród nich znalazło się kilka angielskich. Tytuł może sobie od razu zatrzymać, podobnie jak przynależne do tytułu rozległe grunty, z których będzie mógł czerpać stały dochód, ale których utrzymanie sporo kosztuje.

Nagroda finansowa będzie jednak zależała wyłącznie od tego, czy pirat zostanie oddany w ręce sprawiedliwości.

Propozycja była więc diaboliczna. Ogromnie pociągająca, doprawdy: praktyczna, zależna od kaprysu losu i okrutna.

Flintowi bardzo się spodobała.

Ale ją odrzucił.

Był opuszczonym przez wszystkich, nikomu niepotrzebnym dziesięcioletnim chłopcem, gdy zaopiekował się nim kapitan Moreheart ze statku "Steadfast". Dał mu dom, cel w życiu i wiedzę, niezbędną, aby stać się takim mężczyzną, jakim był teraz. Od dziesiątego roku życia niczego nie robił pod czyjeś dyktando. Słuchał tylko siebie. Nie zamierzał wykonywać niczyich rozkazów i teraz, nawet jeśli dyktującym był król Anglii i jeśli za jednym zamachem mógłby zdobyć wszystko, czego chciał.

Oczywiście, gdyby poniósł porażkę, byłby skończony.

Król pochlebiał mu. Flint odmawiał. Król się przymilał. Flint odmawiał.

Zdumiony król uciekł się do drobnych pogróżek. Flinta to bawiło, ale nie bał się i odmawiał. Kiedy usłyszał, że król dostał małego ataku szału, gra zaczęła mu się naprawdę podobać.

Ale wtedy Le Chat zatopił statek "Steadfast".

Wiadomość ta dotarła do Flinta wieczorem. Siedział właśnie ze swoją załogą w pubie w Hawrze. Znieruchomiał i mocno zacisnął dłoń na kuflu z piwem. Wokół rozlegały się rubaszne śmiechy. Z zaskoczeniem stwierdził, że wiadomość podziałała na niego tak, jakby ktoś postrzelił go w brzuch. Kapitan Moreheart, człowiek o żelaznym charakterze, choć siwiejący i trapiony podagrą, ale nadal bystry i nieznoszący sprzeciwu, pełen godności... z przytkniętą do pleców szpadą, został zmuszony przez tego cholernego pirata, aby zejść do łodzi i wypłynąć ze swoimi ludźmi na wzburzone morze, na którym czekała go niechybna śmierć.

A za jego plecami "Steadfast" rozpadał się w proch i pył, roztrzaskany ogniem z pirackich armat.

Dlatego właśnie Flint zgodził się zostać hrabią Ardmay.

Teraz zaś wielka połać angielskiej ziemi, w skład której wchodzi stuletni dwór, wisi nad nim jak marchewka, ale także jak miecz Damoklesa.

Pół godziny temu, niespokojnie przechadzając się po zatłoczonej sali balowej, pogrążony w myślach o powierzonej mu misji i o kapitanie Moreheartcie, podszedł do drzwi na taras i lekko je uchylił. Na dworze wicher wył jak zagonione w róg ranne zwierzę i pachniało zaczadzonym od węgla Londynem oraz morzem. Jego szkuner, "Fortuna", stał tam na kotwicy. Następnego dnia wiatr będzie chyba łagodniejszy, a oni najwcześniej jak się da wypłyną z jego niewielką, lecz wierną, a kiedy trzeba, bezlitosną dla wroga załogą.

Wszyscy byli lojalni, prócz jednego. Może Flint jest teraz hrabią, ale obowiązki kapitana pozostały te same, a są one niezliczone, przyziemne i często denerwujące.

- Udało ci się, Lavay, znaleźć kogoś na miejsce Rathskilla między jednym a drugim, nazwijmy to, miłosnym uniesieniem w Aksamitnej Rękawiczce?

Rathskill, zupełnie się nie sprawdził na stanowisku pomocnika kucharza, więc musi odejść, zanim ich kucharz, Hercules, straci wszelką cierpliwość i wrzuci go do maszynki do mielenia mięsa. Rathskill był leniwy, niedbały, i wszyscy, oniemiali ze zdumienia, przyglądali się okruszkom ciasta przylepionym do jego ust, kiedy z ręką na sercu łgał w żywe oczy, pytany o kradzież racji żywnościowych. Bezczelnie chełpił się swoim rzekomym doświadczeniem w kuchni na statku, robiąc z Flinta i Lavaya głupków.

Żaden z nich nie mógł sobie na to pozwolić. Nigdy.

Lavay westchnął.

- Rozmawiałem z kilkoma ludźmi w porcie, ale nikt się nie nadawał. Może będziemy mieli więcej szczęścia w Hawrze. Co najmniej tam dopłyniemy bez pomocnika kucharza.

- Hercules nie będzie zadowolony.

Słowo "niezadowolenie" niezbyt dokładnie opisywało przypuszczalną reakcję Herculesa. Kucharz był drobnej postury Grekiem i niezadowolenie wyrażał... jak w operze. Wszystkim emocjom dawał ujście w stylu operowym.

- Skoro mówimy o niezadowoleniu, Flint, masz taką groźną minę, że kwiaty w promieniu pięćdziesięciu kroków mogłyby od niej zwiędnąć. Jesteśmy na balu i przypomnij sobie, że dostałeś tytuł, a nie wyrok odsiadki w tureckim więzieniu. Bóg wie, że zrobiłem, co mogłem, aby nauczyć cię manier godnych dżentelmena...

Flint prychnął.

- ...i naprawdę powinieneś spróbować się uśmiechnąć. Dowiedz się, hrabio, że jedna z tych dam nazwała cię dzikusem.

Dzikus. Nawet po tylu latach na dźwięk tego słowa poczuł się tak, jakby ktoś do pleców między łopatkami przytknął mu zimny czubek rapieru.

- Która?

- Brunetka, ta w niebieskim.

Flint łatwo zlokalizował ową brunetkę. Stała w grupie pań, o których wspomniał Lavay, ale teraz lekko się od nich odseparowała. Milczała. Włosy miała upięte do góry, z wyjątkiem kilku misternie zakręconych loków, opadających aż do brody. Miała delikatne rysy, z wyjątkiem zdecydowanie wydatnych ust. Jej suknia była w rzadko spotykanym odcieniu błękitu, z wystarczająco dużym dekoltem, by odsłonić bardziej niż ładny biust. Długą szyję zdobił zawieszony na łańcuszku, rzucający błyski pojedynczy klejnot. Wachlarz poruszał się pod jej brodą tak leniwie, jakby ręka, która go trzymała, należała do kogoś innego.

Ale oczy miała inteligentne, żywe, a kącik wydatnych ust zapadł się w grymasie ironicznej pogardy. Kim tak gardziła?

Sobą? Towarzyszkami? Wszystkimi na sali?

To śmieszne, ale Flintowi przyszedł na myśl on sam.

- Ta dama jest śmiertelnie znudzona. A mogę się założyć, że nie ma nic bardziej groźnego dla mężczyzny niż znudzona, rozpieszczona, bogata angielska dama.

- Nie przyjmuję zakładu, Flint. Miłe mi życie.

Kobieta, o której mówili, i ładna blondynka z piórkiem oddzieliły się od grupy i zaczęły iść wyraźnie w ich kierunku. Po drodze dołączył do nich angielski dżentelmen.

- Ech, do diabła. - Lavay był rozbawiony. - Dla odmiany postaraj się, hrabio, wyglądać jak człowiek cywilizowany, bo mam przeczucie, że jednak będziemy zmuszeni zatańczyć z Angielkami.

- Przepraszam cię, Lavay - mruknął Flint. - Jestem pewny, że to wszystko przez moje imponujące uda.