Ocean. Ostatnie dzikie miejsce - David Attenborough, Colin Butfield

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (34,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przed­mowa

Jak da­leko się­gam pa­mię­cią, naj­wcze­śniej­szym wspo­mnie­niem zwią­za­nym z oce­anem była dla mnie tro­pi­kalna la­guna.

W ko­lum­nie cie­plej­szej wody uno­siły się ku po­wierzchni i opa­dały na dno amo­nity, od czasu do czasu po­ru­sza­jące się sa­mo­dziel­nie, a ich skrę­cone muszle, przy­wo­dziły na myśl ba­ra­nie rogi, w za­wie­si­stej od osa­dów toni wod­nej nada­wały im za­ska­ku­jąco opły­wowe wła­ści­wo­ści. Przy­po­mi­na­jące kształ­tem po­ci­ski be­lem­nity strzy­kały atra­men­tem, usi­łu­jąc umknąć przed dra­pież­ni­kami uno­szą­cymi się nad ra­fami ostryg. By­łem prze­ko­nany, że to za­sobne wodne śro­do­wi­sko jest do­mem se­tek in­nych ga­tun­ków, które mia­łem jesz­cze po­znać w przy­szło­ści. Po­sta­no­wi­łem nie usta­wać w po­szu­ki­wa­niach.

Ta tro­pi­kalna la­guna była w isto­cie je­dy­nie wy­two­rem mo­jej wy­obraźni, roz­bu­dzo­nej eks­plo­ra­cją opusz­czo­nego wa­pien­nego ka­mie­nio­łomu w Le­ice­ster­shire, znaj­du­ją­cego się w od­le­gło­ści około stu ki­lo­me­trów od wy­brzeża. Dla ma­łego chło­paka ta­kiego jak ja, ży­ją­cego w la­tach trzy­dzie­stych, miej­sce tego ro­dzaju kryło w so­bie obiet­nicę nie­sły­cha­nych przy­gód, a myśl, że mi­liony lat wcze­śniej znaj­do­wała się tu cie­pła, dzika la­guna, czy­niła je jesz­cze bar­dziej fa­scy­nu­ją­cym. Całe dnie spę­dza­łem na po­szu­ki­wa­niu skar­bów ukry­tych w ska­łach, osa­dzo­nych w pre­hi­sto­rycz­nych tro­pi­kal­nych mo­rzach. Trzy­ma­nie ska­mie­nia­ło­ści dawno wy­mar­łych stwo­rzeń mor­skich w po­łą­cze­niu ze świa­do­mo­ścią, że wi­dzę je na wła­sne oczy jako pierw­szy czło­wiek na świe­cie, roz­pa­lało moją cie­ka­wość. Przez resztę ży­cia za­sta­na­wia­łem się, co ta­kiego może się jesz­cze kryć pod po­wierzch­nią oce­anu.

Pa­le­on­to­lo­dzy zdają so­bie sprawę z tego, że ob­raz przed­wiecz­nego oce­anu re­kon­stru­owany przez nich na pod­sta­wie rzadko wy­stę­pu­ją­cych za­cho­wa­nych frag­men­tów jest nie­kom­pletny. Wielu cu­dow­nych stwo­rzeń, w które ob­fi­to­wały mo­rza z okresu jury i kredy, być może ni­gdy nie uda się nam po­znać - o ile nie za­cho­wały się w po­staci ska­mie­nia­ło­ści, ni­gdy nie zdo­łamy ich od­kryć. Po­dob­nie jest z moim dą­że­niem do zro­zu­mie­nia, czym jest ocean, nie­osią­gal­nym w gra­ni­cach ży­cia.

Za cza­sów mo­jej mło­do­ści ludz­kość rów­nież do­strze­gała za­le­d­wie prze­bły­ski ży­cia w oce­anach. Wiele jesz­cze po­zo­sta­wało do zro­zu­mie­nia. Choć znaj­do­wa­li­śmy stwo­rze­nia na ogrom­nych głę­bo­ko­ściach, to o tym, jak udaje się im tam prze­trwać i z ja­kimi ga­tun­kami dzielą te głę­biny, na­dal wie­dzie­li­śmy nie­wiele wię­cej, niż o mo­rzach, w któ­rych kie­dyś żyły ska­mie­niałe amo­nity. Po­lo­wa­li­śmy na wie­lo­ryby, ło­wi­li­śmy je w ogrom­nych ilo­ściach, ale nie wie­dzie­li­śmy pra­wie nic o wpły­wie, jaki po­łowy te mogą wy­wrzeć na cały eko­sys­tem oce­aniczny. Fo­to­gra­fo­wa­li­śmy rafy ko­ra­lowe, ale nie po­tra­fi­li­śmy wy­ja­śnić, dla­czego kryją one w so­bie tak osza­ła­mia­jącą róż­no­rod­ność.

Mam to szczę­ście, że żyję od nie­mal stu lat. W tym cza­sie zdo­ła­li­śmy od­kryć i do­wie­dzieć się o oce­anach wię­cej niż w ja­kim­kol­wiek in­nym okre­sie hi­sto­rii ludz­ko­ści. Ba­da­nia mor­skie od­sło­niły przed nami cuda na­tury, o któ­rych młody chło­pak w la­tach trzy­dzie­stych XX wieku mógł je­dy­nie po­ma­rzyć. Nowe tech­no­lo­gie po­zwo­liły nam za­re­je­stro­wać za­cho­wa­nia stwo­rzeń w sta­nie dzi­kim, o czym na wcze­snych eta­pach mo­jej ka­riery mo­głem tylko śnić, a jed­no­cze­śnie do­pro­wa­dzi­li­śmy do tak po­waż­nych zmian w oce­anach, że w ciągu na­stęp­nych stu lat bę­dziemy naj­praw­do­po­dob­niej świad­kami albo ma­so­wego wy­mie­ra­nia ży­cia oce­anicz­nego, albo jego spek­ta­ku­lar­nego wskrze­sze­nia.

Nie zdążę się już do­wie­dzieć, jak skoń­czy się ta hi­sto­ria, ale przez lata, które po­świę­ci­łem na od­kry­wa­nie cu­dów na­szej pla­nety, zdo­ła­łem się prze­ko­nać, że im wię­cej lu­dzi cie­szy się przy­rodą i ro­zu­mie, jak ona działa, tym więk­sza staje się na­dzieja na ura­to­wa­nie za­równo jej, jak i nas sa­mych. Kiedy wraz z Co­li­nem po­sta­no­wi­li­śmy na­pi­sać tę książkę, za­le­żało nam na tym, by na­szym czy­tel­ni­kom udzie­lił się dresz­czyk emo­cji, ja­kiego do­star­cza od­kry­wa­nie i po­zna­wa­nie, chcie­li­śmy ich za­chę­cić do trzeź­wego spoj­rze­nia na nie­bez­pie­czeń­stwo, w ja­kim znaj­duje się nasz ocean, a przede wszyst­kim po­dzie­lić się z nimi opo­wie­ściami, które w na­szym prze­ko­na­niu mogą za­in­spi­ro­wać nowe po­ko­le­nie do się­gnię­cia spoj­rze­niem poza brzeg i zaj­rze­nia w głąb.

DA­VID AT­TEN­BO­RO­UGH, luty 2025 r.

CZĘŚĆ PIERW­SZA

ZA ŻY­CIA JED­NEGO PŁE­TWALA BŁĘ­KIT­NEGO

.

Wszystko, co wiemy, po­cho­dzi od zmar­łych; słoje z oka­zami wy­bla­kłych stwo­rzeń, które wy­do­byto z nie­wy­obra­żal­nych głę­bin, opo­wie­ści prze­ka­zy­wane przez od­kryw­ców i ry­ba­ków, resztki wy­rzu­cone na plaże lub po­zo­sta­wione na ska­li­stym wy­brzeżu. Sto lat temu znaczna część na­szego oce­anu po­zo­sta­wała dla nas ta­jem­nicą - ogrom­nym świa­tem ukry­tym przed na­szym spoj­rze­niem, wi­dzia­nym je­dy­nie oczyma na­szej wy­obraźni.

W tam­tym cza­sie już dość dużo wie­dzie­li­śmy o ży­ciu na lą­dzie. Jed­nak na­sza wie­dza o ga­tun­kach za­sie­dla­ją­cych po­zo­stałe dwie trze­cie po­wierzchni na­szej pla­nety i dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent jej ob­szaru na­da­ją­cego się do za­miesz­ka­nia za­wie­rała mnó­stwo luk, a jej ulotne prze­bły­ski za­chę­cały nas do po­dej­mo­wa­nia dal­szych i głęb­szych po­szu­ki­wań. Po­cząt­kowo to wszystko wy­da­wało się dość nie­do­rzeczne - olśnie­wa­jąca róż­no­rod­ność kwi­tła prze­cież w ubo­gich w skład­niki od­żyw­cze wo­dach, wy­ra­sta­jące z dala od kon­ty­nen­tów pod­wodne góry tęt­niły ży­ciem, a raz za ra­zem znaj­do­wano ko­lejne szczątki zwie­rząt wy­my­ka­jące się na­uko­wemu wy­ja­śnie­niu. Stop­niowo jed­nak od­naj­do­wa­li­śmy rów­nież wska­zówki, które na­pro­wa­dziły nas na pewne do­my­sły, po­zwa­la­jące nam po­sta­wić pierw­sze hi­po­tezy, te zaś przy­nio­sły na ko­niec ob­ja­wie­nie. Po­stęp tech­no­lo­giczny spra­wił, że mo­gli­śmy ob­ser­wo­wać i śle­dzić ży­cie w oce­anach oraz spo­rzą­dzić w końcu jego mapę. Stop­niowo ocean za­czął zdra­dzać nie­które ze swo­ich ta­jem­nic.

OCEAN SPO­KOJNY, ROK 1941

Dwie­ście ki­lo­me­trów od wy­brzeży Ka­li­for­nii, w za­sięgu wzroku ma­ry­na­rzy wy­ru­sza­ją­cych w mo­rze z kon­woju ciężko opan­ce­rzo­nych sta­lo­wo­sza­rych okrę­tów, wy­nu­rza się płe­twal błę­kitny. Je­den z ma­ry­na­rzy, który do­ra­stał, ło­wiąc ryby na wo­dach Pa­cy­fiku, roz­po­znał z po­kładu jego cha­rak­te­ry­styczny pysk. U szczytu głowy płe­twala błę­kit­nego znaj­dują się po­tężne mię­śnie w kształ­cie li­tery V oka­la­jące jego noz­drza - bliź­nia­cze otwory od­de­chowe ty­powe dla wszyst­kich fisz­bi­now­ców. Kiedy mię­śnie te się roz­luź­niają, otwory się do­my­kają, by za­po­biec prze­do­sta­wa­niu się wody, ale kiedy po­tężny wie­lo­ryb wy­pływa na po­wierzch­nię, mię­śnie się kur­czą, a jego noz­drza się otwie­rają, umoż­li­wia­jąc od­dy­cha­nie. Fon­tanny try­ska­jące z noz­drzy płe­twala błę­kit­nego są ła­twe do od­róż­nie­nia od spłasz­czo­nego ob­łoku, two­rzą­cego się tuż nad po­wierzch­nią wody, zna­mien­nego dla hum­ba­ków, rów­nież czę­sto po­ja­wia­ją­cych się na tym ob­sza­rze. Uno­szą się wy­soko z pręd­ko­ścią się­ga­jącą nie­mal sze­ściu­set ki­lo­me­trów na go­dzinę, a siłę do tego czer­pią z po­tęż­nych płuc - nie­zwy­kłej ce­chy naj­więk­szego zwie­rzę­cia na Ziemi.

To była ośmio­let­nia sa­mica. Że­ro­wała w zim­nych, bo­ga­tych wo­dach ota­cza­ją­cych Ala­skę, a te­raz wy­pra­wiła się ty­siące ki­lo­me­trów na po­łu­dnie, prze­dzie­ra­jąc się przez się­ga­jące wy­soko ku po­wierzchni lasy wo­do­ro­stów, mi­ja­jąc po dro­dze bo­gate w skład­niki od­żyw­cze delty rzek. Za­trzy­my­wała się tylko po to, by zna­leźć chwilę wy­tchnie­nia i po­ży­wić się po­kar­mem ob­fi­cie na­gro­ma­dzo­nym w oko­licy gór pod­mor­skich oraz w re­jo­nach upwel­lin­gów, tzn. wy­no­sze­nia bo­ga­tych w skład­niki od­żyw­cze wód głę­bi­no­wych, przy­cią­ga­ją­cych ży­cie z wód otwar­tego oce­anu.Wkrótce skie­ruje się z po­wro­tem w stronę lądu - gdzie zmie­nia się skład ga­tun­kowy nad­brzeż­nej ro­ślin­no­ści, a miej­sce jo­deł zaj­mują kak­tusy - w po­szu­ki­wa­niu cie­plej­szych, osło­nię­tych wód, by wy­dać na świat swoje pierw­sze cielę.

Za­równo wie­lo­ryby, jak i że­gla­rze w tam­tym cza­sie nie wie­dzieli, że świat ludzki prze­ży­wał wów­czas naj­bar­dziej burz­liwy okres we współ­cze­snej hi­sto­rii, a na ogrom­nych po­ła­ciach oce­anu wkrótce miał za­pa­no­wać względny spo­kój. Mimo prób ją­dro­wych i bi­tew mor­skich, okrop­no­ści dru­giej wojny świa­to­wej miały przy­nieść wy­tchnie­nie przy­naj­mniej nie­któ­rym za­kąt­kom oce­anu. Pewne ob­szary, w tym część Mo­rza Pół­noc­nego na te­re­nie Eu­ropy, stały się zbyt nie­bez­pieczne, aby na nich ło­wić ryby, co do­pro­wa­dziło do nie­by­wa­łego roz­kwitu ży­cia mor­skiego. Ten przy­pad­kowy eks­pe­ry­ment, choć wy­ni­ka­jący z wy­jąt­kowo po­nu­rych oko­licz­no­ści, po raz pierw­szy do­star­czył nam nie­zbi­tych do­wo­dów na tak wielką skalę, że ocean może ulec sa­mo­ist­nej re­ge­ne­ra­cji w tem­pie szyb­szym, niż mo­gli­by­śmy to so­bie wy­obra­zić.

LONG BE­ACH W KA­LI­FOR­NII, ROK 2024

U końca swego dłu­giego ży­wota nasz wie­lo­ryb od­bywa tę po­dróż po raz ostatni. Wy­nu­rza się w od­le­gło­ści stu me­trów od nie­wiel­kiej ło­dzi wy­peł­nio­nej tu­ry­stami. Prze­by­wa­jący na po­kła­dzie bio­log opo­wiada o na­wy­kach ży­wie­nio­wych i mi­gra­cjach wie­lo­ry­bów, a ob­ser­wa­to­rzy wie­lo­ry­bów mają na­dzieję, że uda im się uchwy­cić przy­naj­mniej jego płe­twę ogo­nową albo pysk. Dźwigi za­ła­dun­kowe w por­cie Long Be­ach le­d­wie znik­nęły z pola wi­dze­nia, gdy łódź do­tarła na głęb­sze wody, gdzie po­ja­wiają się płe­twale błę­kitne i ich bli­scy krewni prze­mie­rza­jący trasę mię­dzy Par­kiem Na­ro­do­wym Chan­nel Is­lands a pla­żami sta­no­wią­cymi raj dla wiel­bi­cieli sur­fingu oraz por­tami że­glu­gowo-prze­ła­dun­ko­wymi u wy­brzeża Los An­ge­les.

Ży­cie tej sa­micy było udane. Jako jedna z nie­licz­nych w swoim ga­tunku zdo­łała prze­trwać okres ko­mer­cyj­nych po­ło­wów wie­lo­ry­bów i setki razy prze­mie­rzyła drogę wzdłuż tego wy­brzeża, po­ko­nu­jąc dzie­siątki ty­sięcy ki­lo­me­trów. Naj­praw­do­po­dob­niej wy­da­wała na świat cie­lęta co dwa lub trzy lata przez całe swoje dłu­gie ży­cie, w trak­cie któ­rego jej ga­tu­nek, znaj­du­jący się na skraju wy­gi­nię­cia, za­czął się od­ra­dzać.

W ciągu jej ży­cia ludz­kość zdo­łała od­być wła­sną po­dróż: od po­strze­ga­nia wie­lo­ry­bów jako źró­dła tłusz­czu do za­chwytu nad nimi, a na­wet od­czu­wa­nia ja­kiejś więzi, wy­ni­ka­ją­cej z po­dziwu dla ich in­te­li­gen­cji i zdol­no­ści do bu­do­wa­nia zło­żo­nych re­la­cji, przy­po­mi­na­ją­cych na­sze wła­sne. Mą­drzy i pełni pa­sji lu­dzie po­ło­żyli kres wie­lo­ryb­nic­twu na skalę prze­my­słową, by na­wią­zać z wie­lo­ry­bami cał­kiem nową re­la­cję zro­dzoną z chęci ich po­zna­nia, bar­dziej da­le­ko­wzroczną i opartą na współ­od­czu­wa­niu. Z po­dobną da­le­ko­wzrocz­no­ścią po­win­ni­śmy za­cząć pod­cho­dzić do ochrony ich do­mo­stwa. Dla wielu z nas świat poza plażą wy­daje się mroczny, groźny, nie­ziem­ski. Leży prze­cież poza za­się­giem wzroku, a już na pewno umy­słu. Stop­niowo jed­nak po­dej­ście to ulega zmia­nie. De­kady za­an­ga­żo­wa­nych ba­dań na­uko­wych i po­stępu tech­no­lo­gicz­nego wraz z sza­cun­kiem, któ­rym znów za­czy­namy da­rzyć tra­dy­cyjną wie­dzę lo­kal­nych spo­łecz­no­ści, przy­nio­sły ze sobą nie­wia­ry­godne od­kry­cia, ujaw­nia­jąc klu­czową rolę oce­anu w na­szym ży­ciu i po­ka­zu­jąc nam, co do­kład­nie po­win­ni­śmy uczy­nić, by go uzdro­wić.

Sa­mica płe­twala błę­kit­nego wy­pływa na po­wierzch­nię po raz ostatni. Na­stęp­nie za­nu­rza się w głę­biny. Ob­ser­wa­to­rzy wie­lo­ry­bów już wię­cej jej nie zo­ba­czą.

Dłu­gość ży­cia po­je­dyn­czego płe­twala błę­kit­nego wy­no­sząca około dzie­więć­dzie­się­ciu lat sta­nowi przy­datny punkt od­nie­sie­nia dla na­szej po­dróży ku od­kry­ciu oce­anów. Dzi­siej­sze spoj­rze­nie na świat tego ga­tunku dia­me­tral­nie różni się od tego, jak po­strze­ga­li­śmy ocean w la­tach trzy­dzie­stych XX wieku, gdy nasz płe­twal przy­szedł na świat.

Choć kul­tury z oce­anicz­nymi tra­dy­cjami że­glar­skimi, w szcze­gól­no­ści Po­li­ne­zyj­czycy, przez ty­siące lat zdo­by­wały wie­dzę na te­mat tego, jak fa­chowo prze­mie­rzać ocean, a kraje spe­cja­li­zu­jące się w ko­mer­cyj­nych po­ło­wach, ta­kie jak Wielka Bry­ta­nia i USA, na­uczyły się, jak sku­tecz­nie na­mie­rzać ogromne ła­wice ryb, na­uce nie udało się jesz­cze wy­ja­śnić po­wo­dów, dla któ­rych prądy oce­aniczne za­cho­wują się w taki, a nie inny spo­sób, a dane ga­tunki ryb wy­stę­pują zwy­kle w kon­kret­nych miej­scach o okre­ślo­nej po­rze. By le­piej zro­zu­mieć te kwe­stie, po­trze­bo­wa­li­śmy no­wego spoj­rze­nia na na­szą pla­netę.

"Ocean" to znacz­nie bar­dziej od­po­wied­nia na­zwa dla na­szego świata niż "Zie­mia". Obec­nie nieco po­nad sie­dem­dzie­siąt pro­cent po­wierzchni na­szej pla­nety po­kry­wają masy sło­nej wody two­rzące je­den Wszech­ocean. Prze­miesz­cza­nie się płyt tek­to­nicz­nych wraz z cy­klicz­nie po­ja­wia­ją­cymi się zlo­do­wa­ce­niami kształ­tuje mapę na­szego oce­anu, jed­nak przez ostat­nie dzie­sięć ty­sięcy lat główne po­łą­cze­nia nie zmie­niły się zna­cząco. Kiedy na świat przy­cho­dził nasz płe­twal błę­kitny, po­łą­cze­nia te mo­gli­śmy ob­ser­wo­wać je­dy­nie z po­wierzchni i z lądu. Zna­li­śmy kształty kon­ty­nen­tów oka­la­nych przez ocean, po­tra­fi­li­śmy od­wzo­ro­wać na ma­pie prze­rwy mię­dzy lą­dami łą­czące Mo­rze Czer­wone z Oce­anem In­dyj­skim, Mo­rze Śród­ziemne z Atlan­ty­kiem i Atlan­tyk z Ark­tyką. Ale ocean zy­skuje sens do­piero w trzech wy­mia­rach, więc by na­prawdę go zro­zu­mieć, po­trzeba nam wie­lo­ry­biego spoj­rze­nia na świat.

To wła­śnie po­stępy w tech­ni­kach so­na­ro­wych, roz­wi­nięte w okre­sie dru­giej wojny świa­to­wej, umoż­li­wiły nam po raz pierw­szy rze­czy­wi­sty wgląd w dno oce­aniczne, jesz­cze za­nim nasz wie­lo­ryb osią­gnął wiek mło­dzień­czy. Dane do­star­czone przez echo­sondy ujaw­niły, że dno oce­anu nie jest by­naj­mniej pła­ską, po­zba­wioną wy­róż­nia­ją­cych cech rów­niną, jak wielu z nas są­dziło, ale obej­muje roz­le­głe grzbiety gór­skie, głę­bo­kie rowy pod­mor­skie oraz liczne wul­kany. Jego ce­chy i ob­szary są rów­nie wy­raź­nie za­ry­so­wane, jak te lą­dowe. Wów­czas za­czę­li­śmy uj­mo­wać ocean jako ca­łość zło­żoną z pię­ciu głów­nych po­łą­czo­nych ze sobą akwe­nów: Oce­anu Ark­tycz­nego, Atlan­tyc­kiego, In­dyj­skiego, Spo­koj­nego i Po­łu­dnio­wego - choć tego ostat­niego nie uzna­wano ofi­cjal­nie za od­rębny ba­sen oce­aniczny aż do roku 2021.

Ocean Spo­kojny jest zde­cy­do­wa­nie naj­więk­szym z nich i obej­muje nie­mal po­łowę ob­szaru oce­anicz­nego, jest też rów­nież na tyle ogromny, że mógłby po­mie­ścić wszyst­kie lądy ist­nie­jące obec­nie na Ziemi. Na­zwany w ten spo­sób zo­stał w XVI wieku przez prze­pra­wia­ją­cego się prze­zeń por­tu­gal­skiego od­krywcę Fer­dy­nanda Ma­gel­lana ze względu na spo­kój pa­nu­jący zwy­kle na jego wo­dach. Wy­daje się to nie­praw­do­po­dobne dla każ­dego, kto za­znał zimy na Pa­cy­fiku u wy­brzeży Ha­wa­jów lub w pół­noc­nej Ka­li­for­nii, jed­nak trzeba pa­mię­tać, że Ma­gel­lan wpły­nął nań zdra­dliwą i na­je­żoną śmier­tel­nymi nie­bez­pie­czeń­stwami cie­śniną znaj­du­jącą się u krańca Ame­ryki Po­łu­dnio­wej, która wciąż nosi jego imię, na jej tle więc po­godny dzień na Pa­cy­fiku za­iste mógł wy­da­wać się spo­kojny. Pa­cy­fik jest na tyle roz­le­gły, że je­śli wy­pra­wimy się z Mel­bo­urne w Au­stra­lii, mo­żemy - bez opusz­cza­nia jego ob­szaru - do­trzeć na po­łu­dniowy skraj Chile, a na­wet Mo­rzem Be­ringa do Ark­tyki.

Miej­sce i cha­rak­ter po­łą­czeń pię­ciu ba­se­nów oce­anicz­nych mają klu­czowe zna­cze­nia dla zro­zu­mie­nia, w jaki spo­sób prądy, skład­niki od­żyw­cze oraz or­ga­ni­zmy mor­skie prze­miesz­czają się w oce­anie. Trasa wio­dąca z Pa­cy­fiku do naj­mniej­szego z ba­se­nów, czyli do Oce­anu Ark­tycz­nego, pro­wa­dzi przez wą­ską i płytką Cie­śninę Be­ringa. Tą wą­ską szcze­liną prze­ci­ska się sto­sun­kowo nie­wiele mas wod­nych i dzi­kich zwie­rząt. Z ko­lei miej­sce, w któ­rym Ocean Spo­kojny łą­czy się z naj­młod­szym ze ba­se­nów oce­anicz­nych, czyli Oce­anem Po­łu­dnio­wym, uznać by można za mor­ski od­po­wied­nik mik­sera. Wody z ba­se­nów Pa­cy­fiku, Atlan­tyku i Oce­anu In­dyj­skiego łą­czą się tu z Oce­anem Po­łu­dnio­wym, gdzie na­stęp­nie mie­szają się ze sobą za sprawą An­tark­tycz­nego Prądu Oko­ło­bie­gu­no­wego (Prądu Wia­trów Za­chod­nich), krą­żą­cego nie­ustan­nie wo­kół An­tark­tydy zgod­nie z ru­chem wska­zó­wek ze­gara.

Do po­łowy lat pięć­dzie­sią­tych XX wieku główne ba­seny oce­aniczne, ich po­działy (Mo­rze Bał­tyc­kie, Mo­rze Pół­nocne, Za­toka Mek­sy­kań­ska i inne) oraz ich po­łą­cze­nia na­le­żały do wspól­nego ję­zyka na­uko­wego i po­li­tycz­nego. Choć od dawna wie­dzie­li­śmy, że różne sie­dli­ska oce­aniczne roz­wi­jają się w od­mien­nych czę­ściach świata - rafy ko­ra­lowe w tro­pi­kach, lasy wo­do­ro­stów w wo­dach umiar­ko­wa­nych - do­piero wtedy za­czę­li­śmy po­strze­gać wodę mor­ską jako ele­ment jed­nego sys­temu, a liczne mo­rza jako je­den, spójny ocean.

Rze­czy­wi­ście, im bli­żej się przy­glą­da­li­śmy tym za­gad­nie­niom, tym wy­raź­niej­sze sta­wały się do­wody na to, że nie­które ga­tunki można zna­leźć w ca­łym Wszech­oce­anie: przy­kła­dowo, wy­stę­po­wa­nie płe­twala błę­kit­nego za­ob­ser­wo­wano we wszyst­kich ba­se­nach oce­anicz­nych; je­dy­nie za­mar­z­nięte re­jony Ark­tyki i Oce­anu Po­łu­dnio­wego po­zo­sta­wały poza jego za­się­giem, co z pew­no­ścią ule­gnie zmia­nie w nad­cho­dzą­cych la­tach, gdy wzro­śnie liczba wie­lo­ry­bów, a lo­dowce się sto­pią i za­czną się co­fać.

W la­tach pięć­dzie­sią­tych nasz płe­twal był już w pełni do­ro­słym osob­ni­kiem o dłu­go­ści po­nad dwu­dzie­stu pię­ciu me­trów i wa­dze prze­kra­cza­ją­cej sto pięć­dzie­siąt ton. Sa­mica ta nie była po pro­stu "duża" - ona na­le­żała do naj­więk­szego pod wzglę­dem roz­miaru ga­tunku zwie­rząt na na­szej pla­ne­cie, znacz­nie ma­syw­niej­szego niż więk­szość di­no­zau­rów. Wie­dzie­li­śmy już, dla­czego ten ga­tu­nek mógł osią­gnąć tak znaczne roz­miary: wy­por­ność wody mor­skiej po­zwala ży­ją­cym w oce­anie zwie­rzę­tom na masę, któ­rej na lą­dzie nie utrzy­małby ża­den szkie­let kostny. O ży­ciu płe­twala błę­kit­nego nie wie­dzie­li­śmy jed­nak do­sta­tecz­nie dużo, by po­jąć, dla­czego ta­kie roz­miary były dla niego ko­rzystne z ewo­lu­cyj­nego punktu wi­dze­nia. Zna­le­zie­nie od­po­wie­dzi na to py­ta­nie za­jęło nam więk­szość ży­cia na­szego wie­lo­ryba.

Klu­czo­wej wska­zówki do­star­czyła po­głę­biona wie­dza na te­mat dzia­ła­nia prą­dów oce­anicz­nych. Od dawna wia­domo było, że pod po­wierzch­nią oce­anu do­mi­nują okre­ślone prądy, ale do­piero w la­tach sześć­dzie­sią­tych XX wieku dzie­się­cio­le­cia ba­dań pro­wa­dzo­nych przez dzie­siątki na­ukow­ców z ca­łego świata po­łą­czono ze sobą w celu opi­sa­nia glo­bal­nego układu prą­dów zna­nego jako cyr­ku­la­cja ter­mo­ha­li­nowa, czyli glo­balny pas trans­mi­syjny, jak to się te­raz zwy­kło na­zy­wać. Za­wdzię­cza ona swą na­zwę dwóm czyn­ni­kom wpły­wa­ją­cym na gę­stość wody mor­skiej, czyli tem­pe­ra­tu­rze (gr. ther­mos) oraz za­so­le­niu (gr. hals, ha­lio­des), a źró­dłem ca­łego tego układu są za­ma­rza­jące wody u pół­noc­nego i po­łu­dnio­wego bie­guna na­szej pla­nety. Z wód oce­anicz­nych za­ma­rza­ją­cych w oko­li­cach Ark­tyki wy­dziela się sól, która za­mar­z­nąć nie jest w sta­nie, w wy­niku czego po­zo­stałe po­wierzch­niowe masy wodne stają się gęst­sze i pod­nosi się ich po­ziom za­so­le­nia. Taka zimna, gę­sta woda opada na­stęp­nie na dno, za­sy­sa­jąc po­zo­stałe masy wodne z po­wierzchni, które zaj­mują jej miej­sce, w wy­niku czego two­rzy się prąd. Gę­sta, opa­da­jąca w kie­runku dna woda wy­py­cha wodę z głę­bin na po­łu­dnie i przez setki lat ten po­wolny prąd głę­bi­nowy prze­miesz­cza się przez ko­lejne ba­seny oce­aniczne w kie­runku An­tark­tydy, gdzie do­łą­cza do niego wię­cej zim­nej i sło­nej, opa­da­ją­cej na dno wody. An­tark­tyczny Prąd Oko­ło­bie­gu­nowy prze­py­cha masy wody wo­kół An­tark­tydy zgod­nie z ru­chem wska­zó­wek ze­gara, aż do mo­mentu gdy po­now­nie skie­rują się na pół­noc, przy­bie­ra­jąc po­stać dwóch prą­dów - jed­nego zmie­rza­ją­cego w kie­runku Oce­anu In­dyj­skiego, a dru­giego w stronę Oce­anu Spo­koj­nego. W trak­cie prze­miesz­cza­nia się na pół­noc prądy te stop­niowo się ogrze­wają i wzno­szą ku po­wierzchni. Cie­plej­sze wody krążą na­dal wo­kół globu i osta­tecz­nie po­wra­cają na pół­nocny Atlan­tyk i ku Ark­tyce, gdzie cały cykl roz­po­czyna się na nowo.

Prądy wy­no­szą skład­niki od­żyw­cze z głę­bin na po­wierzch­nię, umoż­li­wia­jąc roz­wój plank­tonu, a tym sa­mym za­si­la­jąc nie­mal całą oce­aniczną sieć po­kar­mową. Na­ukowcy od­kryli rów­nież, że prądy te, po­przez trans­por­to­wa­nie cie­pła z rów­nika w kie­runku bie­gu­nów i z po­wro­tem, wy­wie­rają zna­czący wpływ na pa­nu­jący na świe­cie kli­mat. Przy­kła­dowo, to wła­śnie ten układ prze­nosi cie­płą wodę przez pół­nocny Atlan­tyk, pod­trzy­mu­jąc na te­re­nie kra­jów pół­nocno-za­chod­niej Eu­ropy, ta­kich jak Wielka Bry­ta­nia, kli­mat znacz­nie cie­plej­szy i ła­god­niej­szy niż ten, z ja­kim spo­ty­kamy się w po­zo­sta­łych miej­scach na tej sa­mej sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej.

Prądy oce­aniczne, za­równo lo­kalne, jak i glo­balne, są nie­odzowne dla pod­trzy­ma­nia ca­łego ży­cia na Ziemi, nie tylko płe­twala błę­kit­nego. Są­dzi się jed­nak, że zja­wi­sko wy­no­sze­nia oce­anicz­nych wód głę­bi­no­wych za sprawą prą­dów wy­warło szcze­gólny wpływ na ewo­lu­cję płe­twali błę­kit­nych, po­nie­waż skład­niki od­żyw­cze do­star­czane na po­wierzch­nię sta­no­wią po­karm dla or­ga­ni­zmów, które pa­dają łu­pem płe­twali błę­kit­nych, a wy­bór tego ro­dzaju łupu z ko­lei wy­ja­śnia, dla­czego płe­twal błę­kitny zy­skuje tak ol­brzy­mie roz­miary. Stwo­rze­nie to utrzy­muje ol­brzy­mią masę, po­że­ra­jąc w ogrom­nych ilo­ściach jedne z naj­mniej­szych zwie­rząt ży­ją­cych w oce­anie. Nie po­trze­buje jed­nak, co oczy­wi­ste, aż tak nie­wia­ry­god­nych roz­mia­rów, by tę zdo­bycz obez­wład­nić. W ciągu dzie­więć­dzie­się­cio­let­niego ży­cia nasz płe­twal błę­kitny po­chło­nął mi­liardy kryla, drob­nych sko­ru­pia­ków przy­po­mi­na­ją­cych kre­wetki, a spo­sób, w jaki udaje mu się tego do­ko­nać, wy­ma­gał dość nie­zwy­kłej trans­for­ma­cji fi­zycz­nej.

Mimo ogrom­nych roz­mia­rów jedną z naj­bar­dziej za­uwa­żal­nych cech płe­twala błę­kit­nego jest jego opły­wo­wość. Ni­czym tor­peda w zwol­nio­nym tem­pie, po­ru­sza się on w wo­dzie, opły­wa­ją­cej go wzdłuż głowy i bo­ków, z pręd­ko­ścią prze­lo­tową się­ga­jącą około dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzinę. A kiedy na­po­tka ła­wicę kryla, po­trafi ro­ze­wrzeć ma­sywne szczęki pod ką­tem pra­wie dzie­więć­dzie­się­ciu stopni, prze­su­wa­jąc żu­chwę i roz­cią­ga­jąc fałdy skórne pod otwo­rem gę­bo­wym, co umoż­li­wia mu po­łknię­cie jed­nym hau­stem osiem­dzie­siąt ty­sięcy li­trów wody wy­peł­nio­nej kry­lem. Na­stęp­nie fil­truje ją z po­mocą płyt ro­go­wych zwa­nych fisz­bi­nami, zwi­sa­ją­cych po obu stro­nach gór­nej szczęki, ob­my­wa­nych wodą, na któ­rych za­trzy­muje się kryl. Dla po­rów­na­nia my, lu­dzie, je­ste­śmy w sta­nie prze­łknąć za­le­d­wie 0,07 li­tra wody, i to bez kryla. Pod­czas od­ży­wia­nia pasz­cza płe­twala błę­kit­nego może się po­więk­szyć do roz­miaru od­po­wia­da­ją­cego resz­cie ciała, na­da­jąc jego syl­wetce kształt ogrom­nej ki­janki.

Ta me­toda od­ży­wia­nia znana jest pod na­zwą lunge-fe­eding, a po­lega na po­ły­ka­niu otwartą pasz­czą wody wraz z po­kar­mem, który zo­staje rów­no­cze­śnie z niej od­fil­tro­wy­wany. O ile mo­żemy to stwier­dzić na pod­sta­wie za­pi­sów ko­pal­nych i geo­lo­gicz­nych, wy­ewo­lu­owała ona u wie­lo­ry­bów fisz­bi­no­wych nieco po­nad sie­dem mi­lio­nów lat temu - na­ukowcy uwa­żają, że mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, w któ­rym do­szło do znacz­nego na­si­le­nia się zja­wi­ska pod­no­sze­nia się oce­anicz­nych wód głę­bi­no­wych bo­ga­tych w skład­niki od­żyw­cze. Pro­wa­dziło to do za­kwi­tów plank­tonu, roz­woju drob­nych ryb i sko­ru­pia­ków, które pa­dały ła­twym łu­pem tego ro­dzaju ga­tun­ków, zdol­nych do po­chła­nia­nia i od­fil­tro­wy­wa­nia znacz­nych ilo­ści drob­nego po­karmu za­war­tego w wo­dzie. W prze­ci­wień­stwie do in­nych fisz­bi­now­ców płe­twale błę­kitne w toku ewo­lu­cji wy­spe­cja­li­zo­wały się w ło­wie­niu, przy czym kryl sta­no­wił nie­mal ca­łość ich diety. Spe­cja­li­za­cja tego ro­dzaju do­dat­kowo wpły­nęła na ich wy­gląd i za­cho­wa­nie.

Ist­nieje co naj­mniej osiem­dzie­siąt pięć ga­tun­ków kryla wy­stę­pu­ją­cych w oce­anie i wszyst­kie one ży­wią się plank­to­nem. Ter­min "plank­ton" po­cho­dzi od grec­kiego słowa ozna­cza­ją­cego "dry­fu­jący" i używa się go na okre­śle­nie do­wol­nych mi­kro­sko­pij­nych roz­mia­rów zwie­rząt (zoo­plank­tonu) lub ro­ślin (fi­to­plank­tonu) dry­fu­ją­cych wraz z prą­dami oce­anicz­nymi. Ilość kryla w ob­rę­bie po­je­dyn­czej ła­wicy jest ogromna, ale nie wy­stę­pują one wszę­dzie ani za­wsze, mogą rów­nież być roz­miesz­czone nie­rów­no­mier­nie i znaj­do­wać się w znacz­nych od­le­gło­ściach od sie­bie. Dra­pież­nik szczy­towy ży­wiący się kry­lem po­wi­nien za­tem mieć moż­li­wość funk­cjo­no­wa­nia bez po­bie­ra­nia po­karmu, a kiedy tylko na­tra­fia się ku temu oka­zja, musi być w sta­nie po­chło­nąć ogromną jego ilość na­raz. Ol­brzymi wie­lo­ryb z wielką pasz­czą, o opły­wo­wych kształ­tach, a jed­no­cze­śnie zdolny do prze­trwa­nia przez wiele mie­sięcy bez po­ży­wie­nia dzięki zgro­ma­dzo­nym za­pa­som tłusz­czu, w po­wol­nym tem­pie po­ko­nu­jący ogromne od­le­gło­ści, oka­zuje się wy­soce sku­tecz­nym roz­wią­za­niem ewo­lu­cyj­nego pro­blemu prze­trwa­nia dzięki od­ży­wia­niu się sa­mym kry­lem.

Ale na kryla po­luje coś jesz­cze in­nego, coś dłuż­szego niż nasz płe­twal błę­kitny. Coś nie­mal dwu­stu­me­tro­wej dłu­go­ści, co unosi się nocą w toni wod­nej. Coś upior­nie bie­le­ją­cego w mroku, roz­snu­wa­ją­cego wo­kół sie­bie ja­sno­błę­kitną bio­lu­mi­ne­scen­cyjną po­światę w celu zwa­bie­nia zdo­by­czy ku two­rzą­cym kur­tynę pa­rzy­deł­kom. Wy­gląda na po­je­dyn­czy or­ga­nizm, o dłu­gim, cią­gną­cym się jak nić prze­zro­czy­stym ciele przy­po­mi­na­ją­cym me­duzę, w isto­cie jed­nak to gi­gan­tycz­nych roz­mia­rów rur­ko­pław, czyli ko­lo­nia ge­ne­tycz­nie iden­tycz­nych osob­ni­ków zwa­nych zoo­idami, z któ­rych każdy pełni swo­istą funk­cję pod­trzy­mu­jącą ży­cie ca­łej ko­lo­nii: nie­które ła­pią zdo­bycz, inne ją tra­wią; nie­które po­ma­gają jej się uno­sić w toni wod­nej, inne od­po­wie­dzialne są za roz­mna­ża­nie. Rur­ko­pław pro­wa­dzi nocny tryb ży­cia, po­nie­waż wła­śnie wtedy z głę­bin wy­nu­rza się naj­więk­sza liczba or­ga­ni­zmów sta­no­wią­cych jego po­karm. To tak zwane do­bowe mi­gra­cje pio­nowe - naj­więk­szy ruch bio­masy na Ziemi prze­bie­ga­jący w cy­klu do­bo­wym.

Cho­ciaż od wielu lat wie­dziano o tego ro­dzaju mi­gra­cjach, do­piero w okre­sie gdy nasz wie­lo­ryb osią­gał wiek średni, na­ukow­com udało się opra­co­wać tech­no­lo­gie i na­rzę­dzia ba­daw­cze na tyle za­awan­so­wane, by od­kryć rze­czy­wi­stą skalę mi­gra­cji pio­no­wej za­cho­dzą­cej każ­dego dnia w oce­anie. Do tego mo­mentu więk­szość z nas my­ślała o mi­gra­cjach za­cho­dzą­cych w wo­dzie jako prze­miesz­cza­niu się przede wszyst­kim w po­zio­mie w celu zna­le­zie­nia no­wych że­ro­wisk lub miejsc od­po­wied­nich do roz­mna­ża­nia, co ob­ser­wo­wano u wielu wie­lo­ry­bów, tuń­czy­ków czy pta­ków mor­skich. Po­głę­bione ba­da­nia wy­ka­zały jed­nak, że ogromna liczba kryla, ryb z ro­dziny świe­tli­ko­wa­tych, ka­ła­mar­nic i nie­zli­czo­nych in­nych ga­tun­ków za­pusz­cza się w ciągu dnia w głę­biny poza za­się­giem prze­ni­ka­nia świa­tła, by unik­nąć spo­tka­nia z dra­pież­ni­kami po­słu­gu­ją­cymi się wzro­kiem.

Gi­gan­tyczny rur­ko­pław, two­rzący ko­lo­nię po­je­dyn­czych or­ga­ni­zmów zwa­nych zoo­idami, może osią­gać roz­miary więk­sze niż płe­twal błę­kitny

Po za­pad­nię­ciu zmroku szu­kają z ko­lei wód ob­fi­tu­ją­cych w fi­to­plank­ton i kie­rują się w tym celu ku po­wierzchni. Po­dob­nie jak we wszyst­kich po­zo­sta­łych mi­gra­cjach, rów­nież w tej udział biorą dra­pież­niki. Nie­które prze­miesz­czają się w pio­nie, wy­ła­pu­jąc wzno­szą­cych się po­dróż­ni­ków, pod­czas gdy inne, ta­kie jak gi­gan­tyczny rur­ko­pław, za­sty­gają w ocze­ki­wa­niu, a za­sta­wiona przez nie ogrom­nych roz­mia­rów pu­łapka po­wierzch­nią do­rów­nuje dłu­go­ści dwóch bo­isk pił­kar­skich. Przy mi­liar­dach zwie­rząt uczest­ni­czą­cych w tej mi­gra­cji każ­dej nocy, dra­pież­ni­kom ni­gdy nie bra­kuje zdo­by­czy.

Druga po­łowa ży­cia na­szego wie­lo­ryba po­krywa się z okre­sem wprost nie­sa­mo­wi­tych od­kryć. Za­czę­li­śmy po­strze­gać ocean w trzech wy­mia­rach, a wraz z roz­wo­jem tech­no­lo­gii od­kryć nie­ustan­nie przy­by­wało. Za sprawą na­ukow­ców ba­da­ją­cych mo­rza i oce­any do­ko­nał się ogromny skok tech­no­lo­giczny, dzięki któ­remu zy­skali oni zu­peł­nie nowe spoj­rze­nie na głę­biny oce­aniczne. Pod­wodne ba­ty­skafy zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wały eks­plo­ra­cję oce­anów, a w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych wy­ko­rzy­stano je do od­kry­cia zu­peł­nie nie­zna­nych do­tąd form ży­cia sku­pia­ją­cych się wo­kół głę­bi­no­wych ko­mi­nów hy­dro­ter­mal­nych. Wraz z dal­szym roz­wo­jem tech­no­lo­gii od­kry­wano ko­lejne cuda. Zdal­nie ste­ro­wane jed­nostki mo­gły od­tąd spę­dzać całe dnie na eks­plo­ro­wa­niu oce­anicz­nego dna, prze­sy­ła­jąc uzy­skane ob­razy i dane z po­wro­tem na po­wierzch­nię. Obec­nie każdy, kto dys­po­nuje po­łą­cze­niem z in­ter­ne­tem, może oglą­dać na żywo wi­deo z mi­sji po­szu­ki­waw­czych wy­ko­ny­wa­nych przez tego ro­dzaju zdal­nie ste­ro­wane po­jazdy za­nu­rza­jące się nie­kiedy na głę­bo­kość ty­sięcy me­trów.

Wy­sła­nie no­wych urzą­dzeń w głę­biny zmie­niło na­sze spoj­rze­nie na ocean, po­dob­nie jak wy­sła­nie ich w ko­smos. W 1957 roku wy­strze­li­li­śmy pierw­szego sa­te­litę. W ciągu na­stęp­nych sześć­dzie­się­ciu lat tech­no­lo­gia sa­te­li­tarna roz­wi­nęła się do tego stop­nia, że po­zwo­liła na­mie­rzyć ty­siące gór pod­wod­nych wcze­śniej ukry­tych przed na­szym wzro­kiem pod po­wierzch­nią oce­anu, umoż­li­wiła nam śle­dze­nie spe­cjal­nie ozna­ko­wa­nych zwie­rząt w celu roz­po­zna­nia ich szla­ków mi­gra­cyj­nych oraz dała nam wgląd w naj­ak­tyw­niej­sze i naj­bo­gat­sze pod wzglę­dem bio­róż­no­rod­no­ści miej­sca w oce­anach, jak rów­nież przy­czy­niła się do po­zna­nia naj­waż­niej­szych "au­to­strad", któ­rymi po­ru­szają się dzi­kie stwo­rze­nia mor­skie. Po­łą­cze­nie ob­ser­wa­cji wi­zu­al­nych ze zna­ko­wa­niem osob­ni­ków po­zwo­liło nam uzy­skać peł­niej­szy ob­raz ży­cia płe­twali błę­kit­nych na ca­łym świe­cie. Zi­den­ty­fi­ko­wano od­rębne pod­ga­tunki i po­pu­la­cje oraz za­re­je­stro­wano nie­które z ich ma­so­wych mi­gra­cji, ujaw­nia­jąc nie­znane do­tąd po­łą­cze­nia mię­dzy róż­nymi ob­sza­rami na­szego oce­anu. Przy­kła­dowo, nasz wie­lo­ryb, pod­ga­tu­nek zwany płe­twa­lem błę­kit­nym pół­noc­nym, spę­dza naj­praw­do­po­dob­niej całe ży­cie na pół­nocno-wschod­nim ob­sza­rze Pa­cy­fiku, w swych pół­noc­nych po­dró­żach za­pę­dza­jąc się w oko­lice Ala­ski, na po­łu­dnie zaś do­cie­ra­jąc na­wet ku wy­brze­żom Ko­sta­ryki.

Jed­nak sa­te­lity i ło­dzie pod­wodne do­star­czają za­le­d­wie frag­men­ta­ryczny ob­raz. Zro­zu­mie­nie po­wią­zań mię­dzy ce­chami oce­anu a mi­gra­cją ga­tun­ków - zna­le­zie­nie od­po­wie­dzi na py­ta­nie, dla­czego nie­które ga­tunki wy­bie­rają okre­ślone trasy - wy­maga szcze­gó­ło­wych me­tod od­wzo­ro­wy­wa­nia, w przy­padku któ­rych ko­lejny prze­łom przy­nio­sło za­sto­so­wa­nie przy­rzą­dów so­na­ro­wych.

Wy­na­le­ziona pod ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych echo­sonda wie­lo­wiąz­kowa daje moż­li­wość spo­rzą­dze­nia wy­jąt­kowo szcze­gó­ło­wych od­wzo­ro­wań znacz­nych roz­mia­rów ob­szaru dna mor­skiego. Jej naj­now­sza wer­sja może wy­słać ze statku prze­szło ty­siąc pięć­set sy­gna­łów na se­kundę. Wiązki ta­kiej echo­sondy roz­cho­dzą się po dnie i po­zwa­lają nam stwo­rzyć mapę dźwię­kową, na­stęp­nie prze­kształ­caną kom­pu­te­rowo w wi­zu­alne od­wzo­ro­wa­nie dna mor­skiego. Do końca 2023 roku udało się w ten spo­sób od­wzo­ro­wać już dwa­dzie­ścia pięć pro­cent ca­łego dna oce­anicz­nego z roz­dziel­czo­ścią stu me­trów, a nie­kiedy na­wet więk­szą. Obec­nie trwa re­ali­za­cja am­bit­nego pro­jektu, któ­rego ce­lem jest stwo­rze­nie peł­nej mapy dna mor­skiego do 2030 roku. W ten spo­sób uzy­skany ob­raz uzu­peł­nia się za po­mocą echo­sond z roz­sz­cze­pioną wiązką, które wy­sy­łają i od­bie­rają im­pulsy dźwię­kowe w ko­lum­nie wody. Umoż­li­wia to wy­kry­cie okre­ślo­nych ga­tun­ków na da­nym ob­sza­rze przez wy­kre­śla­nie map dźwię­ko­wych, choć oczy­wi­ście je­dy­nie w od­nie­sie­niu do tych osob­ni­ków, które aku­rat w tym mo­men­cie prze­by­wają na da­nym ob­sza­rze.

Ale na­wet tego ro­dzaju ogra­ni­cze­nia daje się obec­nie po­ko­nać dzięki po­stę­pom w opra­co­wa­niu me­tod po­bie­ra­nia pró­bek śro­do­wi­sko­wego DNA, które po­zwa­lają na­ukow­com wy­kryć wszystko, co w okre­ślo­nym cza­sie prze­pływa przez daną ko­lumnę wody. W ba­da­niach tych wy­ko­rzy­stuje się próbki po­brane z wody w po­szu­ki­wa­niu śla­dów prze­by­wa­ją­cych tam ga­tun­ków mor­skich, ich skóry, od­cho­dów i śluzu, co po­zwala na iden­ty­fi­ka­cję or­ga­ni­zmów, które prze­mie­rzały dany ob­szar w ciągu ostat­nich kilku go­dzin, bez po­trzeby ich odła­wia­nia czy na­wet ob­ser­wa­cji

Te przy­pra­wia­jące o za­wrót głowy po­stępy tech­no­lo­giczne w po­łą­cze­niu z moż­li­wo­ściami stat­ków, które po­zo­stają na otwar­tym oce­anie przez wiele mie­sięcy, oraz wie­dzą, jaką za­pew­niają zdalne sys­temy mo­ni­to­ro­wa­nia za po­śred­nic­twem boi, które przez okrą­gły rok do­star­czają in­for­ma­cji o fa­lach, tem­pe­ra­tu­rze i skła­dzie che­micz­nym wody, zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wały na­sze ro­zu­mie­nie oce­anu. W ciągu ży­cia jed­nego płe­twala błę­kit­nego prze­szli­śmy od prze­śli­zgi­wa­nia się po po­wierzchni oce­anu do zgłę­bie­nia jego zna­cze­nia. Jed­nak cho­ciaż w ciągu ostat­nich dzie­więć­dzie­się­ciu lat co­raz now­sze tech­no­lo­gie po­zwo­liły nam spoj­rzeć na ocean oczami wie­lo­ryba, jed­no­cze­śnie spra­wiły, że jego świat zmie­nił się nie do po­zna­nia.

Nie po­winno nas za­tem dzi­wić, że gdy na­ło­żymy mapę na­si­le­nia glo­bal­nych po­ło­wów (miejsc, gdzie ło­wiono naj­wię­cej) na mapę świata, oka­zuje się ona sko­re­lo­wana z miej­scami, w któ­rych na­uka od­no­to­wała naj­więk­sze stę­że­nia skład­ni­ków od­żyw­czych i naj­ak­tyw­niej­sze sku­pi­ska ży­cia mor­skiego. Po­dob­nie jak wie­lo­ryby, ło­dzie ry­bac­kie mogą te­raz pły­wać po oce­anie ca­łymi mie­sią­cami, wy­kry­wać góry pod­wodne i za po­mocą echo­sond lo­ka­li­zo­wać po­ten­cjalną zdo­bycz. Osią­gnę­li­śmy taką bie­głość w po­ło­wach ryb, że - jak ob­li­czono - do 2024 roku lu­dziom udało się zmniej­szyć bio­masę w oce­anach o 2,7 gi­ga­ton. Dla po­rów­na­nia ca­łość bio­masy po­pu­la­cji ludz­kiej sta­nowi za­le­d­wie około 0,4 gi­ga­tony, więc nie­trudno so­bie wy­obra­zić za­chwia­nie rów­no­wagi, do ja­kiego do­pro­wa­dziło usu­nię­cie sied­mio­krot­nie więk­szej od niej bio­masy z oce­anicz­nego eko­sys­temu po to, by wy­ko­rzy­stać ją do wy­kar­mie­nia in­nego ga­tunku i ga­tun­ków z nim sto­wa­rzy­szo­nych.

Ale zmiany za­cho­dzące w świe­cie na­szych wie­lo­ry­bów nie ogra­ni­czają się do prze­ło­wie­nia. Płe­twal błę­kitny, po­dob­nie jak wiele in­nych ga­tun­ków ży­ją­cych na otwar­tym oce­anie, zmie­niał dietę, za­cho­wa­nia i zdol­no­ści na­wi­ga­cyjne w ciągu mi­lio­nów lat, by jak naj­sku­tecz­niej wy­ko­rzy­stać swoją po­zy­cję w róż­no­rod­nym i zło­żo­nym oce­anicz­nym eko­sys­te­mie na­szej pla­nety. Ni­sza, którą so­bie w ten spo­sób wy­go­spo­da­ro­wał, jest tak wą­ska, po­nie­waż żywi się głów­nie kry­lem, a jego ciało do­sko­nale przy­sto­so­wało się do wy­ko­rzy­sty­wa­nia wła­śnie tego źró­dła po­ży­wie­nia. To uczy­niło go nad wy­raz sku­tecz­nym dra­pież­ni­kiem, jed­no­cze­śnie jed­nak wy­soce po­dat­nym na wszystko, co ogra­ni­cza do­stęp­ność kryla lub zdol­ność płe­twali do zna­le­zie­nia miejsc jego wy­stę­po­wa­nia.

Wciąż nie wiemy do­kład­nie, w jaki spo­sób płe­twale błę­kitne ko­rzy­stają z po­łą­cze­nia róż­nych swo­ich zmy­słów do tego, aby prze­mie­rzać ocean, ale wiemy, że dźwięk od­grywa klu­czową rolę i że ist­nieją sze­ro­kie szlaki mi­gra­cyjne, któ­rymi po­dą­żają w róż­nych po­rach roku. Co wię­cej, na­szą dzia­łal­no­ścią rów­nież wpły­wamy na ich zmy­sły i wy­bór da­nego szlaku, i to na wię­cej spo­so­bów, niż mo­żemy so­bie wy­obra­zić. Od­by­wa­jący się na ca­łym świe­cie trans­port to­wa­rów na dzie­siąt­kach ty­sięcy ogrom­nych stat­ków po­wo­duje mnó­stwo ha­łasu, który nie­uchron­nie wpływa na szlaki mi­gra­cji wie­lo­ry­bów. Ocie­pla­jący się i za­kwa­sza­jący ocean rów­nież zmie­nia roz­kład za­war­tego w nim ży­cia, spra­wia­jąc, że utarte wzorce ży­wie­niowe i roz­rod­cze za­czy­nają za­wo­dzić. Ce­lowo usu­wa­jąc więk­sze ga­tunki w oce­anie w po­szu­ki­wa­niu po­ży­wie­nia, na­sze sieci, włoki do po­łowu den­nego i dragi czę­sto­kroć na­ru­szają i uni­ce­stwiają całe sie­dli­ska, za­bu­rzają zło­żone sieci po­kar­mowe w spo­sób, któ­rego peł­nego wpływu jesz­cze nie po­zna­li­śmy.

Jed­nak dzięki na­szemu no­wemu zro­zu­mie­niu od­kry­li­śmy także nie­zwy­kłą zdol­ność oce­anu do re­ge­ne­ra­cji. Wiemy te­raz znacz­nie wię­cej na te­mat tego, gdzie kwit­nie ży­cie, i ro­zu­miemy, jak mo­żemy mu w tym po­móc. Po­zna­li­śmy przy­kłady ta­kiej od­bu­dowy ży­cia oraz od­ro­dze­nia i po­tra­fimy, je­śli tylko tego za­pra­gniemy, mo­ni­to­ro­wać i zmie­niać prak­tyki po­ło­wowe, by osią­gnąć i za­cho­wać stan rów­no­wagi w oce­anie, w któ­rym za­spo­ko­je­nie na­szych po­trzeb da się po­go­dzić ze swo­bod­nym roz­wo­jem za­miesz­ku­ją­cego go ży­cia. Gdyby nasz płe­twal błę­kitny uro­dził się dzi­siaj, mógłby z po­wo­dze­niem do­żyć XXII wieku. W świe­cie, w któ­rym dzia­ła­li­by­śmy z taką samą da­le­ko­wzrocz­no­ścią i wy­ka­zy­wa­li­by­śmy się ta­kim sa­mym zro­zu­mie­niem, ja­kie nie­gdyś ura­to­wały jej ga­tu­nek i oca­liły jej do­mo­stwo, sa­mica ta mo­głaby do­żyć cza­sów tej cu­dow­nej trans­for­ma­cji. Po­ło­żone w zim­nych, oko­ło­bie­gu­no­wych mo­rzach że­ro­wi­ska mo­głyby ob­fi­to­wać w plank­ton, kryla i nie­zli­czone ga­tunki ryb. Jej młode uro­dzi­łyby się w bez­piecz­nych wo­dach chro­nio­nych na­mo­rzy­nami i ko­ra­low­cami. Kiedy pły­nę­łaby otwar­tym oce­anem, szla­ków jej mi­gra­cji nie ta­ra­so­wa­łyby żadne sieci, a mi­jane przez nią góry pod­wodne tęt­ni­łyby ży­ciem. A gdy pod­pły­wa­łaby do brze­gów, oce­aniczne dno po­ro­śnięte by­łoby la­sem wo­do­ro­stów, po­kryte ko­ra­low­cami, pełne małży, ho­ma­rów i ostryg. Być może pod­czas swo­ich po­dróży na dro­dze na­po­tka­łaby gdzieś na­szych po­tom­ków - człon­ków spo­łe­czeństw po­zo­sta­ją­cych w rów­no­wa­dze ze świa­tem przy­rody za­pew­nia­ją­cym im po­ży­wie­nie, środki do pod­trzy­ma­nia ży­cia i słu­żą­cym rów­nież za na­tchnie­nie w przy­szło­ści, w któ­rej ludz­kość wy­ro­śnie z prób za­pa­no­wa­nia nad fa­lami i za­miast tego bę­dzie w końcu pro­spe­ro­wać w har­mo­nii z naj­dzik­szymi za­kąt­kami na Ziemi.

W ciągu ży­cia jed­nego po­je­dyn­czego płe­twala błę­kit­nego zdo­ła­li­śmy do­wie­dzieć się o na­szym oce­anie wię­cej niż w toku ca­łych do­tych­cza­so­wych dzie­jów czło­wieka. Ale czy uda nam się z równą da­le­ko­wzrocz­no­ścią po­móc oce­anom od­ro­dzić się po szko­dach, które mu w tym okre­sie wy­rzą­dzi­li­śmy? Aby od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie, mu­simy zo­sta­wić na­szego wie­lo­ryba i za­nu­rzyć się po ko­lei w każdy z naj­waż­niej­szych eko­sys­te­mów oce­anicz­nych. Od roz­le­głego otwar­tego prze­stworu oce­anu po ta­jem­ni­cze głę­bi­nowe ko­miny hy­dro­ter­malne, od za­mar­z­nię­tego mo­rza Ark­tyki aż po dziki Ocean Po­łu­dniowy, od od­izo­lo­wa­nych gór pod­wod­nych po gę­ste pod­wodne lasy wo­do­ro­stów, olśnie­wa­jące ogrody ko­ra­lowe i splą­tane na­mo­rzyny. Każde z tych śro­do­wisk kryje wła­sne ewo­lu­cyjne cuda, nie­sie in­spi­ra­cję dla ich ludz­kich opie­ku­nów i daje wska­zówki do­ty­czące przy­szło­ści ży­cia na Ziemi.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
Ty­tuł ory­gi­nału: Ocean. Earth's Last Wil­der­ness
Co­py­ri­ght ? for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Po­znań­skie sp. z o.o., 2025 Co­py­ri­ght ? for the Po­lish trans­la­tion by Sła­wo­mir Kró­lak, 2025 Text co­py­ri­ght ? Da­vid At­ten­bo­ro­ugh Pro­duc­tions Li­mi­ted & Co­lin But­field 2025 The ri­ght of Da­vid At­ten­bo­ro­ugh and Co­lin But­field to be iden­ti­fied as the Au­thors of the Work has been as­ser­ted by them in ac­cor­dance with the Co­py­ri­ght, De­si­gns and Pa­tents Act 1988.
Re­dak­torka ini­cju­jąca: Pau­lina Sur­niak
Re­dak­torka pro­wa­dząca: We­ro­nika Ja­cak
Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Agata Gać
Re­dak­cja: Anna Stro­żek
Kon­sul­ta­cja me­ry­to­ryczna: prof. dr hab. Mo­nika Nor­mant-Sa­remba
Ko­rekta: Ka­ro­lina Li­bro, Anna Zien­tek
Pro­jekt ty­po­gra­ficzny i ła­ma­nie: Grze­gorz Ka­li­siak | Pra­cow­nia Li­ter­nic­twa i Gra­fiki
Ilu­stra­cje we wnę­trzu: ? Jen­ni­fer N.R. Smith 2025
Ilu­stra­cje w roz­dziale Ocean Po­łu­dniowy na pod­sta­wie pro­jektu Gott-Gold­berg-Van­der­bei dzięki uprzej­mo­ści Ro­bert Van­der­bei
Pro­jekt okładki: ? Yeachin Tsai
Ad­ap­ta­cja okładki i strony ty­tu­łowe: Magda Bloch
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie.
ISBN 978-83-68479-05-8
Wy­daw­nic­two Po­znań­skie Sp. z o.o. ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań tel. 61 853-99-10 re­dak­cja@wy­daw­nic­two­po­znan­skie.pl www.wy­daw­nic­two­po­znan­skie.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
.

Wie­rzymy, że książki mogą zmie­nić świat. Wy­da­jemy książki o przy­ro­dzie, o na­szych re­la­cjach z dzi­kim świa­tem, o tym, do­kąd zmie­rza. Na­sze książki po­zwa­lają ode­rwać umysł, przy­no­szą uko­je­nie i po­bu­dzają wraż­li­wość.

Chcemy po­móc Wam od­kryć swoje zie­lone, na­tu­ro­lubne serce.

Chcemy przy­bli­żyć Wam róż­no­rod­ność na­szej pla­nety.

Bo to, co dzi­kie, nas za­chwyca.

Inne na­tu­ro­lubne książki Wy­daw­nic­twa Po­znań­skiego:

Oli­vier Fran­klin-Wal­lis, Za­sy­pani. Se­kretne ży­cie śmieci, prze­ło­żył J. Ko­nieczny

Ro­bert Mac­far­lane, Dzi­kie miej­sca, prze­ło­żyła K. Ba­żyń­ska-Choj­nacka

Adam Zby­ryt, Sen­sa­cyjne ży­cie pta­ków. Pie­rza­ste wam­piry, tę­czowe al­ba­trosy i tru­jące prze­piórki

Łu­kasz Skop, Kwiaty bez ogró­dek

Łu­kasz Skop, Zrób ten ziel­nik

Ja­cek Kar­czew­ski, Zo­bacz ptaka. Opo­wie­ści po dro­dze

John Le­wis-Stem­pel, Sza­rak za mie­dzą. Pry­watne ży­cie pola, przeł. H. Jan­kow­ska

John Le­wis-Stem­pel, Pry­watne ży­cie łąki, przeł. M. Mił­kow­ski

Łu­kasz Łe­bek, Co gry­zie we­te­ry­na­rza

Dara McA­nulty, Dziki rok. Za­pi­ski mło­dego przy­rod­nika, przeł. K. Ba­żyń­ska-Choj­nacka

Da­vid At­ten­bo­ro­ugh, Ży­cie na na­szej pla­ne­cie. Moja hi­sto­ria, wa­sza przy­szłość, przeł. P. Sur­niak

Łu­kasz Łu­ka­sik, Mag­da­lena Sa­rat, Ło­sie w ka­czeń­cach. O czym mil­czy Bie­brza

Ro­bert Mac­far­lane, Pod­zie­mia. Po­dróż w głąb czasu, przeł. J. Ko­nieczny

Ja­cek Kar­czew­ski, Noc Sów. Opo­wie­ści z lasu

Ja­kub Cheł­miń­ski, Smog. Die­sle, kop­ciu­chy, ko­miny, czyli dla­czego w Pol­sce nie da się od­dy­chać?

Ja­cek Kar­czew­ski, Jej wy­so­kość gęś. Opo­wie­ści o pta­kach

Da­niel C. Tay­lor, Yeti. Jak po­szu­ki­wa­nia le­gen­dar­nego czło­wieka śniegu ura­to­wały Hi­ma­laje, przeł. K. Ba­żyń­ska-Choj­nacka

Ro­bert Mac­far­lane, Góry. Stan umy­słu, przeł. J. Ko­nieczny

Ro­bert Mac­far­lane, Szlaki. Opo­wie­ści o wę­drów­kach, przeł J. Ko­nieczny

Magda Bloch, A Adi po­wie­dział...

Char­les Fo­ster, Jak zwie­rzę. In­tymne zbli­że­nie z na­turą, przeł. J. Ko­nieczny