Prolog. Duchy
Lecz cierpień nie stłumię słowami.
Czy odejdą ode mnie, gdy zmilknę?
Hb 16,6
Nie jestem bohaterem. Boję się, że nie ustoję. Biorę głęboki wdech i zginam się wpół, jak po mocnym ciosie w brzuch. Łkam, choć myślałem, że nie mam już łez. Serce mi pęka. Przez niemal osiemdziesiąt lat zbierałem się na odwagę, żeby odwiedzić to przeklęte miejsce, gdzie pokruszone bloki skalne i kamienie, czarne, szare i skalane śmiercią, pełnią rolę nagrobków.
Granicę znaczą dęby rosnące w miejscu jodeł zasadzonych przez nazistów, by ukryć masową zbrodnię, a później ściętych ze wstrętem przez nacierające jednostki Sowietów. Delikatnie pada deszcz. Ze wschodu wieje lodowaty wiatr. Teren obozu, nie większy niż trzy boiska piłkarskie, kryje ludzkie prochy i zmielone kości zmieszane z piachem. Między marcem a grudniem 1942 roku około sześciuset tysięcy Żydów zakończyło tu życie.
Obóz zagłady w Bełżcu.
Nazwa tego miejsca budzi we mnie, dorosłym mężczyźnie, przerażenie podobne do tego, które jako dziecko odczuwałem, słysząc nazwisko Hitler.
Niedbały gest pejcza esesmana sprawił, że trafili tu moja matka Szejndl i trójka młodszych braci: Meir Wolf, Herszl Cwi i Dowid Lejb. I podobnie jak około piętnastu tysięcy innych osób przywiezionych z naszego sztetla, naszej wioski Działoszyce na południowym wschodzie Polski, nigdy już tego obozu nie opuścili.
Przysiągłem sobie, że nie odwiedzę tego miejsca, lecz ich dusze mnie wezwały. Są jednymi z milionów, którzy poza pamięcią innych nie mają swojego cmentarza, nagrobka ani żadnego formalnego śladu swojej egzystencji. Wszyscy mieli marzenia, miłości i życia, których nie pozwolono im przeżyć. Ich los mówi nam, co spotkało naszych bliskich, nasz naród. Zginęli tylko za to, że urodzili się Żydami. Czy jesteśmy w stanie zrozumieć, jak coś takiego mogło się wydarzyć w naszym świecie?
Musimy.
Tamtego posępnego zimowego dnia, w którym deszcz rozpuszczał resztki śniegu, znalazłem dość siły, by spełnić święty obowiązek. Dzieci zmarłych są zobligowane, by zmówić modlitwę kadysz, kamień węgielny całego judaizmu. Stanowi ona akt nadziei, który pozwala żałobnikom wielbić Boga, okazywać żal i umocnić w nich wiarę, że jeszcze będzie im dane spotkać swoich ukochanych.
Ku pamięci pięknej, serdecznej kobiety i trzech słodkich, małych chłopców zapaliłem świece, osłaniając dłonią płomień, zanim umieściłem je w szklanych kloszach. Uczciłem wszystkie sto pięćdziesiąt osób z mojej bliższej i dalszej rodziny, które zginęły w Holokauście. Jako jedynemu ocalonemu przypadł mi obowiązek bycia świadkiem, mówienia za tych, którzy mówić nie mogą, za tych, o których się nie mówi, i tych, o których się nie pamięta.
Czułem ich duchową obecność, ich neszama. Zacisnąłem mocno powieki, nachyliłem się i zacząłem recytować:
- Niechaj Imię Jego będzie błogosławione po wszystkie czasy. Niechaj będzie błogosławione i pochwalone, opiewane i wywyższone, wyniesione i uświetnione, uwielbiane i sławione Święte Imię Jego. Niech będzie błogosławiony we wszystkich błogosławieństwach i pieśniach pochwalnych, hymnach i dziękczynieniach zanoszonych na tym świecie, mówcie: Amen.
Mam dziewięćdziesiąt sześć lat i jestem gotów spotkać swego Boga, kiedy tylko postanowi wezwać mnie do siebie. Myślałem, że zahartowało mnie wszystko, przez co przeszedłem. Widziałem okropne rzeczy: rytualne egzekucje przez powieszenie, codzienne rozstrzeliwania, niewypowiedziane okrucieństwa i potworność kanibalizmu. Przetrwałem głód, bicie i tortury sześciu obozów. Udało mi się to przeżyć, żeby doprowadzić potwora, Amona Götha, "rzeźnika z Plaszowa", przed oblicze sprawiedliwości.
Człowiek ten nawiedza mnie w powracającym koszmarze, w którym wrzeszczy, że mnie zabije, bo wszedłem do jego pokoju, kiedy jadł. Chowam się w mroku pod mostem albo wczołguję pod baraki, by ratować życie. Czasem Göth, pamiętany dziś głównie jako sadystyczny komendant z filmu Lista Schindlera, pojawia się wśród wielu zniekształconych twarzy nazistów, które opadają mnie jak drapieżne ptaki. Bywa również, że budzę się rano zdyszany po walce z esesmanem w hełmie i długim płaszczu. Próbuje mnie zastrzelić, a ja staram się wyrwać mu broń.
Jestem uczulony na przemoc - czy to prawdziwą, czy też pojawiającą się tylko w wyobraźni. Żyłem w bezustannym strachu, przyzwyczaiłem się do niebezpieczeństwa i poniżenia. Jestem dumnym Żydem, który po wojnie pomagał żydowskim sierotom. Lecz w Bełżcu nie wytrzymałem. Załamałem się, kiedy wymieniłem nazwiska tych, których widuję w swoim ulubionym śnie, kiedy siedzimy przy rodzinnym stole, rozmawiamy i śpiewamy.
Mój ojciec Symcha zajmuje się dziadkami i babciami, ciotkami i wujkami. Znam ich imiona, lecz mam trudności, żeby przypomnieć sobie ich historie. Przewożę moich braci na ukochanym trzykołowym rowerze. Widzę naszą matkę, jak podchodzi z talerzami pełnymi parującego jedzenia, z rosołem, nadziewaną rybą i rogalikami z serem. Milknę w oczekiwaniu. Już możemy się częstować; przepyszne. Chciałbym więcej, choć zazwyczaj jestem niejadkiem; powstrzymuję się.
Rozglądam się i widzę, że nikt z siedzących przy stole nie ma twarzy. To tylko zarysy postaci, ich ucztujące duchy.
Uważam, że to szczęśliwy sen, lecz może dlatego tak mi ciężko w drodze do miejsca ich egzekucji. Pamiętam ciepło mojej matki i jej elegancję, lecz do dziś nie mogę sobie przypomnieć jej wyglądu. Mimo przewertowania archiwów Jad wa-Szem, Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Holokaustu w Jerozolimie, nie udało mi się ostatecznie ustalić, w jaki sposób zginęła ona i moich trzech braci.
Istnieją listy przesiedlonych mieszkańców wsi i zlikwidowanych miasteczek, lecz część dokumentacji została celowo zniszczona. Archiwa kolejowe z tamtych czasów są bardzo nierzetelne. Tylko dwóch więźniów przeżyło Bełżec. Jeden z nich, Chaim Hirszman, w marcu 1946 roku został zgładzony w swoim mieszkaniu w Polsce, w Lublinie, przez członków organizacji antykomunistycznej, zanim zdążył złożyć zeznania.
Drugiego, Rudolfa Redera, uratowała znajomość niemieckiego. Podał się za mechanika, a pod koniec listopada 1942 roku uciekł pod osłoną nocy. Zmienił imię i nazwisko na Roman Robak, w 1950 roku trafił do Izraela, gdzie mieszkał przez trzy lata. Zmarł w 1977 roku w Kanadzie, w Toronto, w wieku dziewięćdziesięciu sześciu lat. Pisał o duszących się kobietach i dzieciach, których krzyki "stawały się jednym, przerażającym wyciem".
Wiemy, że przeznaczeni na śmierć byli zaganiani do wagonów bydlęcych. Mówi się, że w niektórych grała muzyka, by oszukać wywożonych. Wmawiano im, że mają trafić do obozu przejściowego. Inne wagony zaraz po przyjeździe podłączano do silników spalinowych, żeby bez zbędnego wysiłku zagazować przybywających nimi ludzi. Historycy uważają Bełżec za książkowy przykład realizacji ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. Obóz obsługiwało zaledwie dwudziestu trzech esesmanów, wspieranych przez okrutnych ukraińskich strażników.
Teren obozu miał kształt kwadratu o boku około 270 metrów. Zarośnięta bocznica kolejowa wciąż prowadzi z głównej stacji bezpośrednio do obozu, który był podzielony na dwie części. Jedna służyła do gromadzenia ubrań ofiar i ich kosztowności, takich jak brylanty, dolary amerykańskie i złoto pozyskane z zębów wyrwanych ze zwłok. Druga, zasłonięta zasiekami z drutu kolczastego z wplecionymi jodłowymi gałązkami, kryła komory gazowe i miejsca pochówku.
Obie części dzieliła wąska, ogrodzona ścieżka zwana der Schlauch, wąż. Ofiary przybywające transportami po dwadzieścia wagonów jednocześnie, na rampie słyszały nadawane z głośników polecenie, by przygotować się do zdjęcia ubrań. Następnie więźniowie popędzani przez krzyczących strażników, uderzeniami kolb i pchnięciami bagnetów zmuszani byli do przebiegnięcia "wężem". Celem oprawców było nie dać im czasu na myślenie, na rozejrzenie się i zrozumienie, gdzie trafili i co ich zaraz czeka.
Po przyjeździe dowiadywali się, że w ramach procedury przygotowawczej trafią pod prysznice. Polecano im związać sznurowadła, żeby nie zgubili butów. Zachęcano do starannego złożenia ubrań, by łatwo było je odnaleźć. Wszystko to było groteskowym, odrażającym kłamstwem.
"Wąż" prowadził bezpośrednio do komór gazowych. Ledwie zamykały się szczelne drzwi, więżąc w środku po dwieście osób jednocześnie, dodatkowi strażnicy z policji uruchamiali duży silnik diesla, który do budynku z cegieł tłoczył tlenek węgla. Po trzydziestu minutach wszyscy w środku byli martwi. Cały proces, od przyjazdu do śmierci, zajmował nieco ponad godzinę.
Sonderkommando, grupy złożone z Żydów, których tymczasowo pozostawiano przy życiu jako robotników przymusowych, usuwały ciała i ciągnąc je na skórzanych paskach, transportowały do masowych grobów. Tam zwłoki przykrywano cienką warstwą ziemi. A wszystko to przy akompaniamencie muzyki granej przez niewielką orkiestrę złożoną z pozostawionych na krótko przy życiu więźniów.
Przez pierwsze trzy miesiące funkcjonowania obozu zamordowanych zostało około osiemdziesięciu tysięcy Żydów. W chwili, gdy we wrześniu 1942 roku trafiła tam moja rodzina, użytkowano już sześć komór gazowych, dwa razy więcej niż na początku. To była linia produkcyjna śmierci. Heinrich Himmler, mózg zagłady, zapowiedział, że wszyscy Żydzi muszą zniknąć z powierzchni Ziemi.
W październiku rozpoczęto wydobywanie zwłok, które następnie układano na stosach podkładów kolejowych, polewano benzyną i palono. Kości zbierano, kruszono i wrzucano do dołów, które wcześniej służyły za rowy przeciwczołgowe. Przymusowych robotników regularnie mordowano, zastępując kolejnymi. Ostatnich trzystu zagazowano pod koniec czerwca 1943 roku w Sobiborze, innym obozie zagłady. Wywożąc ich tam, przekonywano, że to ewakuacja do Niemiec.
W Bełżcu nie pozostał ani jeden budynek, jednak wszędzie dominuje poczucie grozy. Wiele pokoleń minęło od czasów wojny, lecz ludzie wciąż nie potrafią zrozumieć, co się tam wydarzyło.
Przeszedłem symboliczną drogę śmierci, zagłębiającą się w ziemi w taki sposób, by symbolizowała tragedię przesiąkniętego paniką pospiesznego marszu przez "wąż". Ściany z surowego, chropowatego betonu są coraz wyższe i coraz bliżej siebie. Czułem się, jakbym samotnie szedł ciemną doliną.
Bardzo duże przeżycie. Bardzo intensywne.
Nie mogę zapomnieć tych pięknych ludzi, którzy niegdyś mnie otaczali. Moi kuzyni - tak wielu ich było. Mała Bluma Kroner, dziewczynka z rudymi włosami. Nie wiedziałem, czym zajmował się jej ojciec, ale był majętnym człowiekiem, pierwszym mieszkańcem naszego sztetla, który posiadał bryczkę z rozkładanym dachem. Kiedy nas nią przewiózł, czułem się jak dawny władca.
Po tym, jak otoczyli nas naziści, nigdy już go nie zobaczyłem. Kiedy zamknę oczy, wciąż potrafię przywołać ich z pamięci, ale to tak bardzo boli. Nie lubię myśleć o stratach, lecz one same wypełniają moją głowę, szczególnie w chwilach samotności. Dręczy mnie żal. Nie potrafię przypomnieć sobie głosu mojej matki czy jej zapachu. Mam tylko niewyraźne poczucie winy, że nie słuchałem jej i oddawałem swoje kanapki biedniejszym uczniom w szkole. Powinniśmy uciekać, ale dlaczego mielibyśmy to robić? Byliśmy tam od tysiąca lat. Tam mieliśmy swoje korzenie.
Prowadziliśmy szczęśliwe życie, w otoczeniu przyjaciół, rodzeństwa, rodziców, dziadków i prapradziadków. Wszyscy nas odwiedzali. Niektórzy przynosili słodycze. Jedna z ciotek, zawsze ta sama, dawała nam domowej roboty kiszoną kapustę. Co się z nimi stało? Tak wiele mogłem się od nich nauczyć, a wszystko mnie ominęło. Nie żyli wystarczająco długo, żebym zdążył ich dobrze poznać.
Nie żyli dostatecznie długo, żebym zdążył siebie poznać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki