Rozdział 1
Zofia stała przy długim stole krojczym z głową lekko przechyloną i patrzyła na sukienkę, która leżała przed nią jak coś, co właśnie umarło. Granatowy jedwab z ledwo widocznym drobnym haftem przy dekolcie - szósta sukienka w kolekcji, ostatnia, która wymagała decyzji. Bożena podała jej szpilkę bez słowa, bo wiedziała, że Zofia nie ma teraz cierpliwości do zwykłych rozmów, a Zofia wzięła ją i wpięła w szew dokładnie tam, gdzie linia ledwo zaczynała się rozchodzić - ledwo to dla Zofii i tak było za dużo.
Za oknem nad Warszawą zaczynał zapadać ten sierpniowy zmierzch, który nie był jeszcze ciemnością, ale przestał być światłem, a na szybach kamienicy naprzeciwko pojawiło się jego różowe odbicie. Pracownia była mała - pięćdziesiąt metrów na zapleczu lokalu przy Mokotowskiej - ale Zofia tak długo ją organizowała, tak długo dobierała każdą lampę i każdy uchwyt, że teraz, gdy patrzyła na to wnętrze, wydawało jej się, że to nie ona je urządziła, tylko ono urządziło się samo, dopasowując się do jej rąk.
- Trochę za nisko - powiedziała, nie odwracając głowy.
Bożena spojrzała tam, gdzie Zofia, kiwnęła głową i zaczęła wpinać kolejne szpilki w nowej linii, o pół centymetra wyżej. Pracowały razem od czternastu lat, najpierw w fabryce, teraz tutaj. Ta cisza między nimi była ich nagrodą za ten czas.
Michael siedział w drugim końcu pracowni na taborecie z planszą rozkładu miejsc na widowni na kolanach i telefonem przyciśniętym ramieniem do ucha. Mówił po angielsku do kogoś z paryskiej ekipy - z głosu nie była pewna, czy do Anny z PR-u, która od dziesięciu dni siedziała w hotelu przy Rivoli, próbując zorganizować dziennikarzy z trzech kontynentów, czy do logistyka, który nadzorował montaż w sali w Marais. Zrozumiała jednak, że coś znowu nie zgadza się z transportem - sukienki miały dojechać do Paryża w środę, a teraz wychodziło, że na wtorek, co oznaczało, że trzeba zmienić hotel dla ekipy montażowej i przesunąć próbę światła.
Michael mówił spokojnie. Zawsze zachowywał spokój, kiedy wszystko zaczynało się walić - to była jedna z pierwszych rzeczy, których się o nim dowiedziała dawno temu, w nocy, gdy to jej życie zaczęło się walić. Spojrzała na niego - dostrzegła tylko zgięty kark i siwy kosmyk przy skroni, którego nie było jeszcze rok temu. Michael, urodzony w Bostonie, wpasował się w jej życie tak naturalnie, jakby ten taboret w pracowni na Mokotowskiej był logicznym zakończeniem wszystkich jego podróży.
Skończył rozmowę, odłożył telefon na biurko i przez chwilę patrzył w okno, jakby liczył coś w głowie.
- Wtorek - powiedział. - Damy radę z wtorkiem.
- Damy - powtórzyła po raz kolejny tego dnia jak każdego w ostatnich tygodniach.
Do pokazu w Paryżu został miesiąc. Pierwszego z jej nazwiskiem nad sceną - pierwszego, na który leciała już nie jako anonimowa krawcowa cudzej marki, ale autorka. Wszyscy mówili, że to dużo czasu, ale Zofia po dwóch latach przygotowań wiedziała, że po odjęciu transportu, montażu i prób zostało im najwyżej dwadzieścia dni.
Telefon zadzwonił w jej kieszeni - nie ten firmowy, tylko prywatny, więc od razu wiedziała, kto dzwoni. Wyjęła go i zobaczyła na ekranie zdjęcie Oliwii zrobione cztery lata temu nad morzem, na którym córka stała bosa na piasku, z mokrymi włosami przylepionymi do twarzy, i śmiała się do obiektywu.
- Hej, mamo...
- Hej. Spakowałaś się już?
- Prawie. Brakuje mi tylko tych dwóch książek, których nigdzie nie mogę znaleźć, i jednego buta.
- Jednego buta?
- Nie pytaj. - Oliwia parsknęła krótko tym swoim śmiechem, który wybuchał i znikał w pół sekundy, jakby nie miał czasu rozwinąć się do końca. - Wszystko gdzieś tu jest, tylko nie tam, gdzie chcesz.
Zofia uśmiechnęła się do telefonu.
- Spakuj najważniejsze rzeczy - paszport, dokumenty, kartę. Reszta się znajdzie.
- Wiem, mamo. - Pauza. - Naprawdę wiem.
Oliwia była gotowa wyjechać. Naprawdę chciała wyjechać, ale bała się i ten lęk zawarła w pauzie, która trwała może trzy sekundy.
- Michael cię pozdrawia - powiedziała Zofia, odwracając się do niego, a Michael, który to usłyszał, podniósł głowę i pomachał ręką w stronę telefonu.
- Powiedz mu, żeby się nie martwił.
Oliwia powiedziała to lekko, ale Zofia wiedziała, że córka naprawdę o nim myśli.
- Powiedz mu, że sobie poradzę.
- Powiem.
- Mamo?
- Tak?
- Jutro będzie jutro, prawda? Po prostu wstaniemy, pojedziemy na lotnisko, wsiądę do samolotu i tyle.
- I tyle.
Zofia odłożyła telefon na blat i przez chwilę stała z dłonią na nim, jakby aparat nadal trzymał w sobie głos córki, któremu ona nie chciała pozwolić zniknąć.
- Wszystko dobrze? - zapytał Michael cicho.
- Wszystko.
Wróciła do sukienki. Wpięła jeszcze trzy szpilki, a Bożena patrzyła z boku i czekała. Sukienka leżała teraz prawie tak, jak miała leżeć - prawie, bo zawsze było coś, co Zofia widziała, a inni nie. W tej kolekcji każda sukienka była wieloletnią rozmową z jej przeszłością. I choć po latach pracy w fabryce i biedowania miała teraz sześć osób na etacie i nazwę swojej firmy na drzwiach, to i tak ciągle miała wrażenie, że za chwilę ktoś zapuka w nie i powie, że to pomyłka, że musi stąd znikać. Michael zapewnił ją kiedyś, że to syndrom tych, którzy budują coś od zera, i Zofia potaknęła, ale nawet on nie umiał udać, że uwierzył w to, że to kupiła.
Skończyły pracę o ósmej. Bożena pozbierała szpilki do magnetycznej miseczki, zdjęła fartuch i zanim pożegnała się z Zofią, jeszcze lokal zamknęły razem. Klucz przekręcił się dwa razy, alarm pisnął i ucichł.
Mokotowska o tej porze brzmiała jak zwykle - auta, kroki przechodniów, szczekanie jakiegoś psa dwa podwórka dalej, dźwięk akordeonu z otwartego okna na drugim piętrze... Michael wziął ją pod rękę i lekko przycisnął jej łokieć do swojego ciała. Chciał, żeby w drodze do mieszkania napięcie tego dnia zniknęło.
Kiedy weszli do mieszkania, Zofia spojrzała na wszystkie torby, które czekały na jutro.
- Boję się tego wyjazdu - powiedziała cicho - bardziej niż ona.
Michael stanął za nią jak zawsze, kiedy nie wiedział, co powiedzieć - blisko, ale z dystansem. Czekał.
- Wiem, że to głupie. - Obróciła się do niego. - Paryż to dla niej najlepsze, co mogło się stać. I choć przez sześć lat na to pracowałam, teraz, kiedy ma taką możliwość, nie umiem się cieszyć.
- Cieszysz się...
- No tak, cieszę. Ale głównie boję.
Stali jeszcze w przedpokoju przez chwilę, a potem Michael wyznał:
- Ja też się boję. Ale nie tego, co ty.
Zofia otworzyła usta, żeby zapytać, ale nie zapytała. Wiedziała, bo znała go już na tyle, że Michael powie wszystko wtedy, kiedy będzie na to gotowy. Zawsze tak było. Już dawno przestała się temu opierać.
Zdjęła płaszcz, powiesiła go na wieszaku i poszła do kuchni nastawić wodę. Słyszała za sobą, jak Michael przymyka drzwi do pokoju Oliwii. To był jego pierwszy ojcowski gest w tym domu, choć on sam nigdy by go tak nie nazwał.
Woda zaczęła szumieć. Za oknem zapadała noc.