Ocaliła mnie łza - Angele Lieby

-
Proszę czekać

 

1. Sama w ciemności

Gdzie ja jestem?

Dookoła ciemność. Jestem w ciemności. W całkowitej ciemności, bez żadnych przebłysków światła. W ciemności przerażającej albo dającej poczucie bezpieczeństwa - sama nie wiem. Zupełnie tak samo jak w dzieciństwie, gdy zamykałam się w szafie, szukając schronienia, a zarazem trochę się bojąc.

Na próżno się wysilam: i tak nic nie widzę. Nic poza tą głęboką ciemnością. Czy oczy mam otwarte, czy zamknięte? Trudno powiedzieć. Co się stało? Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że nie jestem sama: słyszę kogoś obok. Ten ktoś dyszy jak pies po biegu.

Czy to człowiek? A może zwierzę?

Przede wszystkim jednak czuję ucisk. Ucisk na piersiach tak silny, że z trudem oddycham. Nabieram powietrza i mam wrażenie, że z wysiłku aż trzeszczą mi żebra. Przestraszona zamieram. Ale przecież nie mogę dać się zgnieść...

Muszę walczyć o oddech. W całkowitej ciemności.

Co się stało? Jak to wszystko wyjaśnić? Wydarzyło się coś poważnego, to oczywiste. Trzeba ustalić co. Trzeba się uspokoić i zastanowić.

Pamiętam, że przyjechałam na ostry dyżur: głowa bolała mnie tak bardzo, że postanowiłam udać się do szpitala. W szpitalu najbezpieczniej. I oto leżę w ciemności. Gdzie są lekarze? Gdzie są pielęgniarki? Gdzie jest Ray? Gdzie moi bliscy? Co mnie tak przygniata? Walczę o oddech, żebra mi trzeszczą, boję się walczyć dłużej, boję się zrezygnować.

W gruncie rzeczy czuję się tak, jakby zwalił się na mnie cały szpital.

Otóż to: jakby nastąpiło trzęsienie ziemi, grzebiąc mnie pod tonami gruzu. Obok ktoś szybko oddycha, jakaś inna żyjąca istota, podobnie jak ja schwytana w tę pułapkę. Poza tym panuje spokój. Czy zawsze jest tak spokojnie po silnym wstrząsie? Czy zawsze po zgiełku katastrofy zapada taka cisza?

Z pewnością. Cisza po burzy.

Ciekawe, że - jeśli nie liczyć tego ciężaru na piersiach i tej zagadkowej ciemności dookoła - nic mi nie doskwiera. Czuję się doskonale. A w każdym razie lepiej niż wtedy, gdy zjawiłam się w szpitalu z tą okropną migreną ściskającą mi skronie jak imadłem. Teraz ucisk przeniósł się z głowy na klatkę piersiową; jest niepokojący, ale łatwiejszy do zniesienia. Próbuję kogoś zawołać, ale nie udaje mi się wydać żadnego dźwięku. Słyszę tylko swoje myśli. Ta istota obok mnie też milczy. Nie odzywa się nawet po zwierzęcemu.

Czas mija. Niepostrzeżenie zaczynam, całkiem zresztą bez sensu, oddychać w tym samym przyspieszonym rytmie co ten ktoś obok. Żeby się czymś zająć. Męczy mnie to. Wciąż odczuwam ucisk, ale przestaję z nim walczyć.

Trudno. Poddaję się. Zasypiam.

Budzą mnie głosy. Spokojne głosy, którym towarzyszy stukot kroków. Głosy kobiet i mężczyzn. Krótkie, rzeczowe dialogi. O pokojach, o pacjentach.

- Posprzątałaś już w dwieście trzydzieści?

Uśmiecham się w duchu. Uf! Wszystko się ułoży. Wciąż jestem w szpitalu, nie było żadnego trzęsienia ziemi. Budynek się nie zawalił, a ja nie tkwię zamknięta w szafie, tylko leżę w łóżku jak zwykły pacjent. Ale dlaczego jeszcze mnie nie puścili do domu? Jak się ze wszystkim uporają, to pewnie przyjdą i otworzą mi oczy. Bo po prostu mam je zamknięte, podobnie jak usta, z jakiegoś nieznanego mi powodu.

A jeśli to poważne? I skąd się wzięło? Przecież nie miałam wypadku, zwyczajnie bolała mnie głowa. Mimo to mnie zatrzymali. Dlatego dzielę pokój z tym drugim pacjentem, który śpi i oddycha z zadziwiającą, zwierzęcą regularnością. Jestem półprzytomna, ale jak tylko się obudzę, pozwolą mi wrócić do domu.

Kto wie, może nawet jeszcze pójdę potańczyć!

Czy ja śnię? Istnieje taka możliwość.

Czy we śnie człowiek zastanawia się, czy to sen? Tak, chyba tak. Sny jednak nigdy nie trwają długo.

Na co oni czekają? Czemu nie otwierają mi oczu i nie pomagają rozewrzeć ust? Czemu, zamiast do mnie zajrzeć, tylko chodzą w tę i z powrotem? Czemu nie próbują mnie wyrwać z tego dziwnego stanu? Czemu niczego mi nie tłumaczą?

Znów sobie poszli.

Rozmyślam, żeby się czymś zająć. Dokładnie przypominam sobie wszystko, co się stało, zanim obudziłam się pośród tej niezmierzonej nocy. Niczego nie zapomniałam. Ostatnie godziny wracają do mnie z najdrobniejszymi szczegółami, jak film wyświetlany na dużym ekranie. Z jednej strony cieszę się z tego; z drugiej - czuję niejasną obawę przed tym, co mnie czeka.

 

2. Mrowienie w palcach

Poniedziałek, 13 lipca 2009. Lato, dzień poprzedzający święto narodowe. Wszyscy lub prawie wszyscy mają wolne: miłośnicy lipcowego wypoczynku powyjeżdżali na urlopy, zwolennicy sierpniowych wakacji korzystają z długiego weekendu. A ja wstałam o 4.00 rano! Na poranną zmianę - od 6.00 do 13.30.

Wcale mi to nie przeszkadza. Do kolejnego urlopu nie tak daleko, ostatni dopiero się skończył: jeszcze dwa tygodnie wcześniej byliśmy z Rayem na Rodos. Zawieszeni między błękitem nieba a błękitem morza. Coś pięknego, na samą myśl aż się uśmiecham... Naprawdę nie mogę się skarżyć. Wstawanie przed słońcem też mnie nie przeraża, jestem typem skowronka. Poza tym już się przyzwyczaiłam: robię tak co drugi tydzień.

Jednego tygodnia pracuję od 6.00 do 13.30, drugiego - od 13.30 do 21.00. To rytm, owszem, dosyć męczący, ale za to, jeśli zaczynam rano, mam całe popołudnie dla siebie: mogę pójść na basen, spotkać się z koleżankami. Po prostu muszę się wcześniej kłaść do łóżka.

Jestem w doskonałej formie. No, dobrze, w lutym przeszłam operację przepukliny kręgosłupa, lecz to już zamierzchła przeszłość. Zdążyłam wrócić do aktywności ruchowej, zwłaszcza do jazdy na rowerze.

W ubiegłą sobotę znów, tak jak kiedyś, przejechałam pięćdziesiąt kilometrów. Powiedziałam sobie: "Proszę, po operacji zostało tylko wspomnienie". Było gorąco; pamiętam chłód, który ogarnął naszą rowerową grupę w parku Pourtal?s, w Robertsau, eleganckiej dzielnicy Strasburga. Pewnie przez tę różnicę temperatur nabawiłam się lekkiego bólu gardła. Ale to nie było nic poważnego, nie miałam gorączki, zażyłam więc tylko tabletkę. Następnego dnia w południe mieliśmy odwiedzić mojego brata, Gilberta. Czułam się zmęczona; gdyby nie chodziło o Gilberta, pewnie odwołałabym spotkanie. Tyle że i w tym nie było nic niepokojącego: wszyscy są zmęczeni po tygodniu pracy, czyż nie?

Po namyśle przypominam sobie jeszcze incydent z ananasem. Zawsze go zamawiam na deser w naszej stołówce. A w poprzednim tygodniu, nie wiadomo dlaczego, nie mogłam, przeszkadzała mi zbytnia kwaskowatość. Dziwne uczucie: zupełnie jakby pękał mi język. Ten sam efekt wywoływała cytryna, którą skrapiałam rybę. Więc przestałam.

Ból gardła, niedzielne zmęczenie, nagła niechęć do ananasa - takie tam drobiazgi. Dyskretne znaki zapytania, których pełno w naszym życiu. Odchodzą w niepamięć, jeśli to życie biegnie zwykłym torem, jeśli nie - zyskują status sygnałów zwiastujących tragedię.

Ale naprawdę: w poniedziałek, 13 lipca, przed świtem, dokonując porannej toalety i, jak zwykle, słuchając przy tym muzyki, czuję się dobrze. Mam pięćdziesiąt siedem lat i - darujmy sobie fałszywą skromność - czuję się młodsza od wielu rówieśniczek. Bez wątpienia dzięki aktywności fizycznej: jeżdżę na rowerze, pływam, chodzę po górach, biegam - parę razy uczestniczyłam nawet w dziesięciokilometrowych biegach po Strasburgu. A także dzięki mojemu charakterowi: zawsze mi powtarzano, że jestem z natury optymistką, i to prawda. Faktycznie rzadko bywam przygnębiona. No i dzięki miłości. Ray jeszcze nie wstał. Córka, Cathy, mieszka w Paryżu razem z naszymi cudownymi wnuczkami, Célią i Mélanie. Wszystko idzie doskonale. Przyznaję: jestem szczęśliwa. Życie jest piękne i konieczność wstania o 4.00 nad ranem w przeddzień święta narodowego nie zmieni mojego zdania. Zwłaszcza że wieczorem mamy iść na bal do remizy.

Jem obfite śniadanie i o świcie opuszczam nasze mieszkanie w Schiltigheim na przedmieściach Strasburga. Zazwyczaj jeżdżę do pracy autobusem, lecz tego ranka wolę samochód. Muszę pokonać jakieś dwadzieścia kilometrów. Pracuję w tej samej fir mie od dziesięciu lat. Produkujemy wózki do super marketów, na lotniska i do szpitali. Wcześniej, przez ponad dwadzieścia lat, byłam kierownikiem technicznym w przedsiębiorstwie włókienniczym; miałam dobre stanowisko, ale zakład zamknięto. Wtedy wzięłam, co mi się trafiło, czyli tę pracę w fabryce. Instaluję automaty do monet na uchwytach wózków - w zależności od zamawiającego i kraju przeznaczenia trzeba je montować w różnych miejscach: z prawej, pośrodku, czasami z lewej.

Pracuję z wkrętarką, na stojąco. To dość ciężka praca, ale z czasem nabrałam wprawy. W zakładzie przeważają mężczyźni: na każde trzy setki facetów przypada jakieś dziesięć kobiet. Już się do tego przyzwyczaiłam. Sądzę, że nawet mnie lubią. Często opowiadają mi różne rzeczy. Żartujemy, rozmawiamy. Lubię mieć kontakt z ludźmi, a ponieważ zawsze widzę pozytywny aspekt sprawy... Stażystów przysyła się właśnie do mnie. Wszystko idzie doskonale, naprawdę: czuję się świetnie, jestem szczęśliwa.

Pierwszy cień pada na to moje szczęście, gdy wysiadam z auta na parkingu oświetlonym przez poranne słońce: odczuwam coś w rodzaju mrowienia w palcach. Przypominam sobie, że kiedyś jeden złamałam. A może to reumatyzm? Sygnał, że będzie zmiana pogody? O nie! Jeszcze tego brakowało, żeby zaczęło padać przed balem. Tyle że chyba chodzi o coś innego: to dziwne wrażenie dotyczy wszystkich palców u obu rąk.

Pojawia się ból w stawach. Nagły i raczej silny. Pocieram dłonie - bez skutku. Trochę to dziwne, ale trudno. Trzeba brać się do pracy. Witam się z kolegami, zaczynam montować automaty i czuję, że dzięki temu moje ręce po trosze odzyskują sprawność.

Teraz boli mnie jednak głowa. Próbuję o tym nie myśleć. Przykręcam, instaluję. Gotowych uchwytów jest coraz więcej. Tyle że hałas potęguje się, rozsadza czaszkę. Migrena mnie ogłusza. Nie mogę się już nawet schylić do skrzyni z częściami.

O 8.30 daję za wygraną.

Idę do szefa, żeby się usprawiedliwić.

- Odpocznij, Ang?le. Zrób sobie przerwę, to ci przejdzie.

Nie. Już wiem, że nie przejdzie. Żadna przerwa, żadne miłe słowa nie pomogą. Nie mogę dłużej, mimo silnej woli. Ogarnia mnie przeczucie, że tego ranka nie chodzi o zwykłą migrenę, o banalne bóle reumatyczne. Narasta we mnie głucha obawa, że dzieje się coś poważnego - nie wiem tylko co.

- Muszę jechać do domu, przepraszam.

Szef daje mi odpowiedni formularz, wychodzę.

Po drodze słyszę, że jeden z moich kolegów, Marc, uprzejmie życzy mi "udanego czternastego lipca". Uśmiecha się przy tym z zaniepokojeniem: też zauważył, że coś jest naprawdę nie tak. Wszyscy mnie tu dobrze znają. Wiedzą, że nie mam zwyczaju zwalniać się z pracy pod byle pretekstem. Przez dziesięć lat ani razu nie byłam na chorobowym. Nie zwlekam, szybko idę na parking. Muszę zdążyć, zanim głowa rozboli mnie tak, że nie dam rady prowadzić.

Ray, rzecz jasna, dziwi się na mój widok. Łykam proszek przeciwbólowy i się kładę. Prześpię się, a potem, przy odrobinie szczęścia, przygotuję się na bal. Niestety, po przebudzeniu czuję się gorzej niż poprzednio, głowa boli mnie jeszcze bardziej, choć wcześniej sądziłam, że to już niemożliwe. Najmniejszy ruch okazuje się prawdziwą torturą. Nigdy nic takiego mi się nie zdarzyło: zupełnie jakby czaszkę zgniatał zbyt mały i wciąż kurczący się kask.

Żaden proszek przeciwbólowy tu nie pomoże.

- Wezwę lekarza! - postanawia Ray po południu.

Nasz lekarz rodzinny nie odpowiada - jest na urlopie.

Ray próbuje złapać jego zastępczynię, ale i ona jest niedostępna.

Zaczynam panikować, nie mogę dłużej.

Ray z kolei zachowuje spokój.

- Zadzwonię po pogotowie.

Zawsze działał na mnie kojąco. To mężczyzna solidny, dynamiczny, skuteczny. Przekroczył sześćdziesiątkę, ale, szczerze mówiąc, też wydaje się młodszy. Wciąż pracuje: nadzoruje place budowy. Zawód niełatwy, lecz mój mąż sobie radzi. Ma posłuch u robotników, autorytet. Kiedyś był policjantem. Pracował w strasburskiej policji kryminalnej. Niejedno widział, rozwiązał wiele trudnych spraw. Raczej nie traci głowy. Nie rozumiem, co się ze mną dzieje, nie rozumiem, dlaczego moja głowa sprawia wrażenie, jakby chciała wybuchnąć, ani skąd się bierze ta dziwna ospałość, ale powtarzam sobie, że skoro Ray jest przy mnie, skoro nade mną czuwa, to wszystko będzie dobrze.

Przyjeżdża pogotowie.

Lekarz mnie bada, zadaje pytania. Bóle stawów, migrena, ospałość? Krzywi się. Trudno postawić jakąkolwiek diagnozę. Ray nalega, by zabrać mnie do szpitala.

Proponują mi nosze. Odmawiam.

- Przecież to tylko ból głowy.

I upieram się, że zejdę trzy piętra po schodach, nie używając windy.