Ocalić prezydenta - Marcin Ciszewski

Kup ebooka

54.90 zł
43.92 zł (32,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Etap 1

Przez lata upra­wia­nia fa­chu Lu­dwik Fe­renc na­uczył się cier­pli­wo­ści.

Nie­któ­rzy zna­jomi twier­dzili, że jest po­zba­wiony układu ner­wo­wego, co nie miało wiele wspól­nego z prawdą. Układ ner­wowy oczy­wi­ście po­sia­dał, ale na­uczył się po pro­stu do­brze uda­wać spo­kój. Cza­sem na­wet przed sa­mym sobą. Na przy­kład w dwa ty­siące ósmym, w Tbi­lisi. Kraj bu­zo­wał, na gra­nicy zbie­rały się ro­syj­skie bry­gady pan­cerne, lont skwier­czał, a on sie­dział na beczce pro­chu. Miał jed­nak masę pracy i dzia­łał pod pre­sją czasu; wtedy rze­czy­wi­ście nie my­ślał o nie­bez­pie­czeń­stwie.

To jed­nak było dawno. Te­raz na­wet nie pró­bo­wał się oszu­ki­wać. Czuł mro­wie­nie w żo­łądku, gar­dło wy­schło na wiór, prze­łknię­cie śliny gra­ni­czyło z cu­dem. Ogar­niało go prze­możne uczu­cie, że nie­szczę­ście zbliża się szyb­kimi kro­kami. Czuł się rów­nie źle jak trzy lata wcze­śniej w Miń­sku, gdy za­padł mu się grunt pod no­gami. Po­tem obawy i po­czu­cie nie­szczę­ścia stały się zresztą nie­ważne: po­chło­nął go fi­zyczny ból, trwa­jące w nie­skoń­czo­ność go­dziny nie­wy­obra­żal­nego cier­pie­nia...

- Dwójka, zgłoś się - wy­rwał go z za­my­śle­nia do­cho­dzący ze słu­chawki dam­ski, me­lo­dyjny głos.

- Tu Dwójka, zgła­szam się - od­po­wie­dział, bez za­in­te­re­so­wa­nia ob­ser­wu­jąc wą­tły ob­ło­czek pary wy­do­by­wa­jący się z ust. Ki­jów ra­czył miesz­kań­ców i go­ści cie­płą, jak na ko­niec lu­tego, aurą, było jed­nak naj­wy­żej sześć stopni po­wy­żej zera i para miała prawo le­cieć, fi­zyki nie oszu­kasz.

- Sta­tus?

- Bez zmian - mruk­nął, po czym po chwili do­dał: - Mamy spóź­nie­nie.

- Tylko kilka mi­nut - pa­dła od­po­wiedź. - Cze­kamy.

Wzru­szył ra­mio­nami. Czło­wiek, który miał po­ja­wić się na spo­tka­niu, dwu­krot­nie upew­niał się, czy roz­pocz­nie się ono punk­tu­al­nie, a te­raz sam na­wa­lał, co ni­gdy do­brze nie wró­żyło. Fe­renc nie uznał jed­nak za sto­sowne mó­wić o tym przez ra­dio. Ze­spół li­czył trzy osoby, choć po­wi­nien dwa razy tyle, co naj­mniej. Ak­cja miała cha­rak­ter im­pro­wi­za­cji, jak wszystko ostat­nio. Brak lu­dzi, od dawna sy­gna­li­zo­wany przez szefa pla­cówki, zda­wał się w War­sza­wie ni­kogo nie in­te­re­so­wać. Nad­cho­dząca wiel­kimi kro­kami wojna zresztą rów­nież - przy­naj­mniej tak to wy­glą­dało z jego per­spek­tywy. Dla­tego mu­sieli pra­co­wać z tymi, któ­rych mieli pod ręką, ry­zy­ku­jąc wpadką. Fe­renc przy tym wszyst­kim nie był pe­wien, czy ko­go­kol­wiek poza nimi ob­cho­dzi, co tu­taj ro­bią.

Ja­kiś ciemno ubrany czło­wiek wszedł do klatki scho­do­wej. On? Nie on?

- Przy­szedł - usły­szał po chwili. - Uwa­żaj, Dwójka.

Dzięki za radę, sam by na to nie wpadł. Za­klął bez­gło­śnie i spoj­rzał w tylne lu­sterko. Uliczka była ci­cha, żad­nych fur­go­ne­tek z przy­ciem­nio­nymi szy­bami, żad­nych po­ru­sza­ją­cych się fi­ra­nek w oknach czy krę­cą­cych się w kółko, ni­jako wy­glą­da­ją­cych ko­biet i męż­czyzn. Co oczy­wi­ście nie mu­siało o ni­czym świad­czyć. GRU czy FSB ni­gdy nie grze­szyły fi­ne­zją, ale te­raz Ru­scy sta­rali się bar­dziej niż zwy­kle. Do­cho­dziły sy­gnały, że obie te, na co dzień kon­ku­ru­jące na śmierć i ży­cie or­ga­ni­za­cje, przy­słały do Ki­jowa naj­lep­szych lu­dzi i na­wet nie pró­bują się na­wza­jem po­za­bi­jać.

- Jest kon­takt - za­mel­do­wała ko­bieta po ko­lej­nej, wy­peł­nio­nej po­nu­rymi my­ślami, mi­nu­cie.

A więc jed­nak. Gdyby nie lekka ob­suwa cza­sowa, szłoby zgod­nie z pla­nem. Spo­tka­nie do­szło do skutku i na ra­zie nic nie zwia­sto­wało kło­po­tów. Do tej pory obieg in­for­ma­cji był szczelny, lo­kalu ni­gdy wcze­śniej nie uży­wano, Fe­renc sam wy­brał miesz­ka­nie za­le­d­wie trzy dni wcze­śniej, pię­tro ni­żej wy­na­jął ma­leńki po­koik z kuch­nią dla ubez­pie­cze­nia (stam­tąd wła­śnie nada­wała ko­bieta), do­kład­nie spraw­dził oko­licę i ewen­tu­alne drogi ewa­ku­acji...

W lu­sterku za­uwa­żył ruch. Żo­łą­dek za­ci­snął się jesz­cze moc­niej.

***

Drzwi uchy­liły się bez­gło­śnie.

Męż­czy­zna wszedł do po­koju. Spor­towa bluza z po­pu­lar­nej sie­ciówki, roz­pięta kurtka nar­ciar­ska, ma­jąca naj­lep­sze lata za sobą, dżinsy, ni­ja­kie buty - sztukę nie­rzu­ca­nia się w oczy gość miał opa­no­waną do per­fek­cji. Fi­lip Waj­man wi­dział fa­ceta na żywo po raz pierw­szy w ży­ciu, do­sko­nale jed­nak zda­wał so­bie sprawę, z kim ma do czy­nie­nia - puł­kow­nik Sier­giej Mo­ska­le­wicz, za­stępca szefa De­par­ta­mentu Ana­liz, Pro­gnoz i Pla­no­wa­nia Stra­te­gicz­nego FSB, przez wiele lat był jego prze­ciw­ni­kiem: prze­bie­głym, do­brze wy­szko­lo­nym i bez­względ­nym.

- Nie mia­łem ogona - oznaj­mił przy­były bez wstę­pów. Jego rusz­czy­zna była płynna, zro­zu­miała, wręcz śpiewna. Nie py­tał o per­so­na­lia go­spo­da­rza. Nie mu­siał. Obaj byli przy­go­to­wani do spo­tka­nia.

- Nie miał pan - zgo­dził się Waj­man. - Pil­no­wa­li­śmy.

- Oby pan miał ra­cję.

- Jest pan dla nas zbyt ważny, że­bym to od­pu­ścił. - Waj­man sta­rał się brzmieć rze­czowo.

Ro­sja­nin nie spra­wiał wra­że­nia, jakby słu­chał. Prze­szedł szyb­kim kro­kiem do sa­lonu. Ob­rzu­cił spoj­rze­niem wnę­trze, odro­binę dłu­żej za­wie­sza­jąc wzrok na opusz­czo­nych ża­lu­zjach.

- Na po­czą­tek parę za­sad - ode­zwał się, zmie­nia­jąc ton. Był spo­kojny, ale oczy po­zo­stały czujne. Miał pięć­dzie­siąt kilka lat, lekko szpa­ko­wate włosy, sprę­ży­stą syl­wetkę i su­rową, ogo­rzałą twarz. Wy­glą­dał na czło­wieka ak­tyw­nie spę­dza­ją­cego czas na świe­żym po­wie­trzu. - Spo­ty­kamy się tylko na moje we­zwa­nie. Ty nie ini­cju­jesz kon­taktu. Roz­ma­wiam tylko z tobą, z ni­kim wię­cej. Miej­sce wy­zna­czasz ty, ale ja je ak­cep­tuję.

- Dla­czego? - za­py­tał Waj­man.

- Dla­czego co?

- Chcesz pusz­czać in­for­ma­cje na drugą stronę.

- Mo­ty­wa­cja to moja sprawa.

- Po­słu­chaj. - Ma­jor uśmiech­nął się. - Gramy w tę grę od ja­kie­goś czasu. Obaj wiemy, co i jak. Na ra­zie tego nie ku­puję.

- Ku­pisz, gdy usły­szysz, co mam do po­wie­dze­nia.

- Ra­czej nie.

- Mam wia­ry­godną in­for­ma­cję o pla­no­wa­nym za­ma­chu na pre­zy­denta. Do­kład­niej mó­wiąc, na wszyst­kich trzech, wa­szego, Li­twina i Ukra. Dziś.

Waj­man ze­sztyw­niał. To jed­nak była no­wość. O pla­no­wa­nym za­ma­chu lub upro­wa­dze­niu ukra­iń­skiej głowy pań­stwa plotki krą­żyły już od dłuż­szego czasu. Nie tylko plotki zresztą. SBU po sta­rej zna­jo­mo­ści dała mu do zro­zu­mie­nia (nie wda­jąc się w szcze­góły), że uda­rem­niła co naj­mniej dwie kon­kretne próby ataku. To było lo­giczne. Ro­syj­ska dok­tryna wo­jenna za­kła­dała wzbu­dze­nie mak­sy­mal­nego cha­osu w sze­re­gach prze­ciw­nika w pod­pro­go­wej fa­zie przy­go­to­waw­czej. Po­zba­wie­nie przy­wódz­twa pań­stwa, które ma być ce­lem pod­boju, ide­al­nie się w to za­ło­że­nie wpi­sy­wało.

Ma­jor na­to­miast nic nie sły­szał o Po­laku i Li­twi­nie. Cie­kawe, że ża­den z do­tych­cza­so­wych co­dzien­nych ra­por­tów wy­wia­dow­czych o tym nie in­for­mo­wał. Co jesz­cze bar­dziej za­gad­kowe, nie wspo­mniał o tym szef de­par­ta­mentu wschod­niego SWW, zwy­kle do­sko­nale po­in­for­mo­wany puł­kow­nik Ma­li­szew­ski, pod­czas wczo­raj­szej wi­de­ood­prawy.

- Ja­kieś szcze­góły? - za­py­tał.

Gość po raz pierw­szy spra­wiał wra­że­nie nie­zde­cy­do­wa­nego.

- Ku­pu­jesz moje za­sady? - chciał wie­dzieć.

- Po­wiem ci, jak po­dasz wię­cej kon­kre­tów.

- Będą dzia­łały dwie nie­za­leżne grupy, we­dług od­ręb­nych sce­na­riu­szy. Jedna po­dej­dzie bli­sko, druga prze­pro­wa­dzi atak na od­le­głość.

- Wszyst­kich trzech chcą zli­kwi­do­wać za jed­nym za­ma­chem?

- Ta­kie jest za­ło­że­nie.

- To bar­dzo cie­kawe.

- Wie­dzia­łem, że cię te­mat za­in­te­re­suje.

- Rów­nie do­brze mo­żesz mnie wpusz­czać na minę.

- Po­cze­kaj parę go­dzin. Prze­ko­nasz się.

Waj­man usiadł na krze­śle. Mo­ska­le­wicz stał na­dal.

- Chce­cie za­ata­ko­wać dwóch pre­zy­den­tów kra­jów NATO.

- Wszyst­kie do­wody będą wska­zy­wać na to, że za­ma­chu do­ko­nali ukra­iń­scy pra­wi­cowi eks­tre­mi­ści.

- Bez sensu. Na­wet eks­trema tu­taj ro­zu­mie, że Ukra­ina po­trze­buje po­mocy Za­chodu. Nikt tego nie kupi.

- Pol­ska i Li­twa w opi­nii Za­chodu są Za­cho­dem tylko re­to­rycz­nie, i to też nie za­wsze. Za­chód po­maga tylko wtedy, je­śli jest to przy­pad­kiem zbieżne z jego in­te­re­sami. A na ogół nie jest. Je­śli wy­buch­nie wojna, po­moc Ukra­inie bę­dzie na przy­kład bar­dzo nie na rękę Niem­com.

Waj­man mu­siał mu przy­znać ra­cję. Roz­dź­więk w po­strze­ga­niu ro­syj­skiego za­gro­że­nia - i bar­dziej ogól­nie, ro­syj­skich ce­lów i me­tod dzia­ła­nia - mię­dzy sta­rym Za­cho­dem a pań­stwami wschod­niej flanki był fun­da­men­talny i nie do prze­zwy­cię­że­nia.

- Za­cznie się bur­del na ca­łego - cią­gnął Ro­sja­nin. - W Ki­jo­wie wy­buchną za­mieszki. Ja­cyś lu­dzie krzy­czący po pol­sku pod­palą ro­syj­ską am­ba­sadę. Wszy­scy za­czną strze­lać do wszyst­kich. A my po pro­stu prze­kro­czymy gra­nicę pod ha­słem obrony na­szych in­te­re­sów.

Waj­man znów mu­siał się zgo­dzić. Sce­na­riusz do­kład­nie od­po­wia­dał sy­mu­la­cjom do­ko­ny­wa­nym w jego ma­cie­rzy­stej fir­mie. Na­wet dziś, osiem lat po anek­sji Krymu i usta­no­wie­niu ma­rio­net­ko­wych re­pu­blik lu­do­wych w Do­niecku i Łu­gań­sku, Ro­sja­nie mieli na Ukra­inie sporo zwo­len­ni­ków, w sa­mym Ki­jo­wie rów­nież.

- Do­bra - po­wie­dział. - Po­daj lo­ka­li­za­cję obu grup dy­wer­syj­nych.

Mo­ska­le­wicz otwo­rzył usta, ale nie zdą­żył po­wie­dzieć ni­czego wię­cej. Trzech męż­czyzn wpa­dło do miesz­ka­nia tak ci­cho, że Waj­man za­uwa­żył ich do­piero wtedy, gdy otwo­rzyli ogień.

Trzeba przy­znać, że Mo­ska­le­wicz za­re­ago­wał znacz­nie szyb­ciej od ma­jora. Może w od­róż­nie­niu od pol­skiego ko­legi po fa­chu nie stra­cił cen­nej se­kundy na za­sta­na­wia­nie się, w jaki, do cięż­kiej cho­lery, spo­sób trzech na­past­ni­ków do­stało się do miesz­ka­nia nie­zau­wa­że­nie.

A może spo­dzie­wał się ataku (słusz­nie; Waj­man też po­wi­nien za­cho­wać czuj­ność). W każ­dym ra­zie, gdy pierw­sza kula opu­ściła prze­dłu­żoną o tłu­mik lufę, Ro­sja­nin, ma­jąc już w ręku broń, był wła­śnie w trak­cie wy­ko­ny­wa­nego z ko­cią szyb­ko­ścią uniku. Dla­tego na­past­nik chy­bił, a w do­datku sam zo­stał tra­fiony. Po­cisk wy­strze­lony z pi­sto­letu Mo­ska­le­wi­cza ugo­dził go w szyję i rzu­cił na zie­mię. Ko­lejny z agre­so­rów nie­stety nie spu­dło­wał: z ra­mie­nia puł­kow­nika try­snęła krew. Mimo szoku i bólu Mo­ska­le­wicz na­dal pro­wa­dził ogień, co naj­praw­do­po­dob­niej ura­to­wało mu ży­cie, a być może im obu; in­truz do­stał w oko i prze­stał sta­no­wić za­gro­że­nie.

Trzeci z męż­czyzn, trzy­ma­jący w ręku nie­wielki pi­sto­let ma­szy­nowy z fa­brycz­nym tłu­mi­kiem, rzu­cił się w bok, scho­dząc Mo­ska­le­wi­czowi z wi­doku. W tym cza­sie Waj­man na szczę­ście zdo­łał już wy­do­być się ze stu­poru. Broń po­ja­wiła się w dłoni bez udziału świa­do­mo­ści.

Glock pod­sko­czył, po­cisk po­szedł za wy­soko, Waj­man wzmoc­nił chwyt; dwu­krot­nie tra­fił w au­to­mat, uszka­dza­jąc broń i ra­niąc przy oka­zji na­past­nika. Fa­cet krzyk­nął gło­śno, co ma­jor w grun­cie rze­czy sły­szał jak przez mgłę, bo naj­pierw strzały Mo­ska­le­wi­cza, a po­tem wła­sne ogłu­szyły go. Po­pra­wił, kule we­szły w gar­dło i usta; wszystko na­gle za­marło w bez­ru­chu.

Mo­ska­le­wicz, krwa­wiąc ob­fi­cie, osu­nął się na zie­mię.

***
Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Od Ze­łeń­skiego dzie­liły ich ostat­nie drzwi.

Do­tar­cie do tego miej­sca opła­cili śmier­cią po­łowy wyj­ścio­wego składu ze­społu. Po­zo­stało ich sied­miu, w tym je­den ranny. Od­kąd zgło­sili się na ochot­nika do udziału w mi­sji, li­czyli się z fak­tem, że mogą wkrótce do­łą­czyć do po­le­głych to­wa­rzy­szy. Do­wódz­two oka­zało się na tyle uczciwe, by ja­sno po­sta­wić kwe­stię ry­zyka. A mimo to ża­den się nie wy­co­fał; byli naj­lep­szymi z naj­lep­szych, naj­go­ręt­szymi pa­trio­tami, umo­ty­wo­wa­nymi, po­zba­wio­nymi skru­pu­łów, zdol­nymi do po­świę­ce­nia ży­cia dla wiel­kiej, wspa­nia­łej, ko­cha­nej oj­czy­zny w po­trze­bie.

Poza tym mieli ze sobą ta­li­zman. Ma­jora. Do­wódcę. Oj­czulka. Jemu za­wsze się uda­wało. Wy­pro­wa­dzał swo­ich lu­dzi z naj­więk­szych opa­łów. W ogień by za nim sko­czyli.

Fo­min obej­rzał się. Sa­sza Krup­ski miał pa­pie­rową twarz czło­wieka, z któ­rego ucho­dzi ży­cie. Oczy jed­nak po­zo­stały ta­kie jak daw­niej. Wy­ra­żały upór. Sa­sza był nie do zdar­cia. W pew­nym sen­sie był nie­za­stą­piony. Miał naj­więk­sze do­świad­cze­nie sa­per­skie. Te­raz, na końcu drogi, Fo­min bar­dzo na niego li­czył.

- Dzia­łaj­cie - po­wie­dział ma­jor. Wy­da­wało mu się, że zza drzwi sły­szy cięż­kie, chra­pliwe od­de­chy. Złu­dze­nie? Nie­ważne. Cel znaj­do­wał się w za­sięgu ręki. Tam­tych było trzech. Może czte­rech. Plus Ze­łeń­ski, ten pie­przony po­kurcz, nie­udały ak­to­rzyna, ko­me­diant za trzy gro­sze. Wy­nie­siony zbyt wy­soko przez ogłu­pio­nych lu­dzi, któ­rym wy­da­wało się, że czło­wiek spoza ukła­dów co­kol­wiek zmieni. Co za bred­nie. Fo­min do­brze wie­dział, ja­kie pie­nią­dze stały za wy­bo­rem. I skąd po­cho­dziły. Pa­jac zo­stał wy­brany i miał zo­stać pa­ja­cem. Nie było mowy o ro­je­niach na te­mat sa­mo­dziel­no­ści, nie było mowy o par­ciu na Za­chód, o praw­dzi­wej de­mo­kra­cji i słu­cha­niu Ame­ry­ka­nów, po­ucza­ją­cych cały świat nie­zno­śnie men­tor­skim to­nem.

Tak czy ina­czej, usu­nię­cie ak­to­rzyny z drogi spo­wo­duje, że cel zo­sta­nie osią­gnięty i ta śmieszna sko­rum­po­wana struk­tura, zwana Ukra­iną, z jej sen­nymi ma­rze­niami o do­łą­cze­niu do Za­chodu, roz­pad­nie się jak do­mek z kart. Trzech czy czte­rech po­zo­sta­łych przy ży­ciu ochro­nia­rzy nie sta­no­wiło dla sied­miu (wli­cza­jąc jego sa­mego, a prze­cież on był nie go­rzej wy­szko­lony niż pod­władni) lu­dzi ma­jora Fo­mina żad­nej istot­nej prze­szkody.

Sa­sza zręcz­nie za­kła­dał ła­dunki, reszta prze­zor­nie cof­nęła się za za­łom muru. Ostat­nie drzwi nie były tak ma­sywne jak po­przed­nie - ot, sześć cen­ty­me­trów zwy­kłej stali pan­cer­nej. Ukry są­dziły, że ewen­tu­al­nych dy­wer­san­tów za­trzyma to, co wcze­śniej - po­tężne odrzwia, pół me­tra kom­po­zytu i tu­zin dłu­gich na pół me­tra ry­gli. Głupcy! Każdą prze­szkodę można sfor­so­wać, gdy się wie jak. Wszystko zo­stało za­pla­no­wane.

Fo­min usły­szał do­cho­dzący od strony głów­nego wej­ścia stłu­miony przez grubą stal huk wy­strza­łów. Na ze­wnątrz za­mknię­tego na głu­cho bun­kra trwała za­żarta walka. Ukra­ińcy wście­kle kontr­ata­ko­wali, ze­spół osłony bro­nił się de­spe­racko, pró­bu­jąc nie po­zwo­lić od­sie­czy do­stać się do środka. W końcu zo­sta­nie po­ko­nany, kupi jed­nak czas - krótki, ale wy­star­cza­jący.

Zdążą.

- Go­towe, sze­fie - oświad­czył Sa­sza.

- Kryć się - za­rzą­dził Fo­min.

Cof­nęli się za za­łom muru. Moc­niej uchwy­cili rę­ko­je­ści au­to­ma­tów. Tłu­miki od­krę­cili wcze­śniej, przy­wra­ca­jąc broni no­mi­nalną siłę ognia. Ha­łas nie miał już zna­cze­nia. Nie mu­sieli się dłu­żej ukry­wać.

Sa­sza na­ci­snął spust de­to­na­tora. Huk­nęło po­tęż­nie, ale ochron­niki słu­chu za­dzia­łały jak trzeba. Nie cze­ka­jąc aż opad­nie dym i pył, rzu­cili się w przód. Po­głos dud­nił jesz­cze przez chwilę w za­ka­mar­kach tu­neli, ale nie zwra­cali na to uwagi.

Droga do pre­zy­denta stała otwo­rem.

Za­częli strze­lać bez ko­mendy, gę­sto i cel­nie.