Ocalić jeńców!. Tajna misja amerykańskiego pilota w okupowanej przez Sowietów Polsce - Lee Trimble


Reflow text when sidebars are open.
Podziękowania
Od narodzin idei tej książki aż do ostatniej korekty jej autorzy korzystali z pomocy całego mnóstwa życzliwych i uzdolnionych ludzi.
Michael i John Kaluta pomagali przy pierwszym zbieraniu materiałów i udostępnili bogate zbiory zdjęć, filmów i dokumentów należących do ich ojca, porucznika Williama R. Kaluty, który przebywał w Połtawie przez cały okres istnienia Dowództwa Wschodniego i został potem jego oficjalnym historykiem. William MacLeod łaskawie przekazał nam wspomnienia swego ojca, sierżanta Dona MacLeoda, jak również pomógł nam zdobyć fotografie załogi porucznika Tillmana z czasów jej pobytu w Polsce i na Ukrainie oraz zidentyfikować uwiecznione na nich osoby. Don Nicholson, były major Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych, przekazał nam swoje wspomnienia z Połtawy i Lwowa dotyczące działalności w powołanym przez Dowództwo Wschodnie zespole, który zajmował się ewakuacją załóg lotniczych, oraz kopie dokumentów. Służył również pomocą przy identyfikacji zdjęć. Członkowie rodziny Vergolina udostępnili nam wspomnienia i wycinki prasowe byłego jeńca wojennego, sierżanta Rudy'ego Vergoliny; jego syn Al oraz wnuk Joseph opowiedzieli nam o przeżyciach Rudy'ego w Normandii i w Polsce.
David Schmitt z Towarzystwa Pamięci 493. Grupy Bombowej (H) udostępnił nam mnóstwo informacji na temat misji wykonanych przez tę formację, w tym kopie i transkrypcje oryginalnych dokumentów z misji bojowych. Lisa Sharik z Texas Military Forces Museum w Austin bardzo nam pomogła w uzyskaniu informacji i zdjęć z kolekcji porucznika Tillmana. W ustaleniu zasług będących powodem odznaczenia Roberta Trimble'a francuskim Croix de Guerre pomogli nam Gérome Villain oraz podpułkownik Mich?le Szmytka z Minist?re de la Défense et des Anciens Combattants.
Mike Allard pomógł we wczesnych badaniach i odnalazł jednodolarowy banknot podpisany przez Roberta Trimble'a i załogę Tillmana. Michał Mucha z polskiej grupy Aircraft MIA Project i Geoff Ward z brytyjskiego Towarzystwa Pamięci 96. Grupy Bombowej udzielili wartościowych informacji dotyczących przygód wspomnianej załogi. Dostępne w internecie fotoalbumy Douga Sheleya pomogły nam odnaleźć potrzebne fotografie w archiwach Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Irena Kotłobułatowa pozwoliła nam wykorzystać zdjęcie hotelu George we Lwowie.
Personel National Archives and Records Administration w Waszyngtonie oraz Cambridge University Library zapewnił bezcenną pomoc, ułatwiając nam odnalezienie potrzebnych dokumentów.
Dziękujemy również Natalee Rosenstein, Robinowi E. Barletcie i wszystkim w Penguin/Berkley za wiarę w tę książkę. Specjalne podziękowania należą się naszemu agentowi Andrew Lowniemu za dostrzeżenie potencjału w historii kapitana Roberta Trimble'a i skojarzenie autorów, którzy mieli ją opowiedzieć.
Na koniec wielkie wyrazy wdzięczności jesteśmy winni Carol Trimble Minnich i Robertowi Howardowi Trimble'owi - siostrze i bratu Lee - za pomoc i wsparcie przy wydobywaniu na światło dzienne opowieści wojennych ich ojca, a także ukochanej żonie Lee - Robin - oraz ich dzieciom, Rachael i Aaronowi, za niezmordowaną lekturę kolejnych wersji tekstu oraz opinie i zachęty.
Wprowadzenie
Do jesieni 1944 roku potężne siły Armii Czerwonej, za cenę ciężkich strat w ludziach, wyparły niemieckich najeźdźców z terytorium Związku Radzieckiego. W miarę jak front przetaczał się nieubłaganie przez tereny Ukrainy i Polski, odkrywano i wyzwalano ponure obozy Trzeciej Rzeszy: koncentracyjne, zagłady, pracy niewolniczej i jenieckie. Tysiące uwolnionych więźniów, często znajdujących się w tragicznym stanie, pozostawiono na pastwę losu.
Podejście władz radzieckich do tych uwolnionych więźniów nie było wcale życzliwe. W 1941 roku Stalin wydał rozkaz numer 270, zgodnie z którym wszystkich radzieckich jeńców wojennych należało traktować jako zdrajców i tchórzy, co wywarło wielki wpływ na przebieg i klimat Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Jego deklaracja oraz dzika przemoc towarzysząca działaniom wojennym na froncie wschodnim prowadziły do okrutnego traktowania, a nawet zbrodni popełnianych na żołnierzach radzieckich powracających z niewoli niemieckiej.
Miało to również wpływ na traktowanie uwolnionych jeńców alianckich. Pozostawiono ich samym sobie, tułających się bez celu, głodujących, chorych i umierających. Niektórzy zginęli zastrzeleni przez czerwonoarmistów, niektórych obrabowano, większość jednak pomaszerowała na tyły, gdzie została porzucona. Co gorsza, setki aresztowano i zamknięto w obozach, gdzie traktowano ich jak szpiegów lub potencjalnych członków partyzantki antyradzieckiej, przetrzymując w fatalnych warunkach. Ci, którzy byli w stanie, ukrywali się w lasach i opuszczonych gospodarstwach, przyłączając się do uwolnionych robotników przymusowych oraz uciekinierów z "marszów śmierci", które organizowano podczas ewakuacji niemieckich obozów koncentracyjnych. Niektórym dopisało szczęście i znaleźli schronienie u Polaków. Wielu straciło jednak wszelką nadzieję na to, że kiedykolwiek ujrzą swój rodzinny dom.
Wielka Brytania i Stany Zjednoczone domagały się, aby rząd radziecki wywiązał się ze swoich zobowiązań wobec alianckich jeńców wojennych. Stany Zjednoczone były gotowe wysłać samoloty, zaopatrzenie i grupy poszukiwawcze, aby odnaleźć i ewakuować swoich ludzi. Stalin odmówił. Nie chciał, żeby jacyś cudzoziemcy kręcili się po zajętym przez niego terytorium, widząc rzeczy, które wolał ukryć. Napięta i coraz bardziej gniewna wymiana korespondencji między prezydentem Rooseveltem i Stalinem nie doprowadziła do rozwiązania problemu.
Byli jeńcy wojenni znaleźli się w pułapce między obojętnością i względami politycznymi.
Stalin zaczął wykorzystywać alianckich jeńców jako środek nacisku na Wielką Brytanię i Amerykę, chcąc zmusić je do repatriowania obywateli Związku Radzieckiego uwolnionych z obozów oraz wziętych do niewoli, gdy walczyli po stronie Niemców. Wychodził z zasady: oddajcie mi to, co moje, a ja wam oddam to, co wasze. Roosevelt i Churchill słusznie nie ufali Stalinowi, obawiając się o życie obywateli radzieckich mających podlegać repatriacji.
Sytuacja była patowa.
Prezydent Roosevelt, jego dyplomaci i najwyżsi dowódcy wojsk amerykańskich nie mieli wyjścia: relacje ze Związkiem Radzieckim były napięte i stale się pogarszały, ale nie można ich było zerwać. Jeśli chcieli ocalić swoich ludzi - nie wspominając już o innych jeńcach alianckich - przed głodem, uwięzieniem i śmiercią, musieli działać potajemnie.
Biuro Służb Strategicznych (Office of Strategic Services - OSS), poprzednik CIA, zapewniło potrzebne do tego środki. Możliwości były jednak ograniczone. Europejska centrala OSS, mająca siedzibę w Londynie, nie dysponowała agentami na terenach, gdzie znajdowały się wyzwolone obozy jenieckie. Stany Zjednoczone miały natomiast malutki punkt zaczepienia na terytorium Związku Radzieckiego: lotnisko w Połtawie na Ukrainie. W 1944 roku Moskwa pozwoliła Amerykanom utworzyć tam bazę lotniczą do prowadzenia długodystansowych "wahadłowych" misji bombowych z Anglii i Włoch. Owe misje zarzucono pod koniec 1944 roku, a Dowództwo Wschodnie zredukowano do malutkiego obozu zimowego z bardzo ograniczonymi zadaniami. Jednostka popadła w całkowite niemal zapomnienie, oczekując już tylko na zakończenie wojny.
Połtawa, malutka kropka wolności w morzu komunistycznej czerwieni, miała stać się bazą tajnej misji ratunkowej.
A zatem był punkt zaczepienia; było określone zadanie. Brakowało już tylko człowieka, który by się go podjął...
* * *
Mój ojciec był zwykłym facetem. Może nie do końca można by go nazwać zwyczajnym, ale na pierwszy rzut oka niczym specjalnie się nie wyróżniał. Nie był złym ojcem, zważywszy na to, że jego ojciec porzucił żonę z dzieckiem. Tato był wierny i starał się, jak tylko potrafił, chociaż brakowało mu odpowiedniego wzorca. Spełnił swój obywatelski obowiązek na wojnie, a następnie wrócił do domu i założył rodzinę. Nie byłbym w stanie powiedzieć o nim niczego nadzwyczajnego, gdyby nie jego zdumiewające wyznanie. Gdy się na nie zdecydował, miał osiemdziesiąt sześć lat i ujawnił mi cały okres swojego życia, o którym nie miałem wcześniej pojęcia.
Ciąg wydarzeń, który doprowadził do tych zwierzeń, rozpoczął się pewnego upalnego dnia latem 2005 roku, gdy tato pracował sam w ogródku działkowym należącym do jego spółdzielni emerytów. Po kilku godzinach na palącym słońcu zaczęło mu się kręcić w głowie. Zapomniał zabrać leki i wodę. Kiedy wstał od pracy, zrobiło mu się słabo. Stracił przytomność, jeszcze zanim upadł na ziemię. Leżał tam kilka godzin, aż wreszcie ktoś go znalazł, spalonego słońcem i bliskiego śmierci. Robert Trimble wychodził już jednak z gorszych tarapatów.
Około południa drugiego dnia pobytu w szpitalu Willow Valley Manor miał już dosyć leżenia w łóżku. Bez pozwolenia wstał i włożył brudne, przepocone ciuchy ogrodowe, w których go tam przywieziono. Złożywszy wizytę swojej drogiej żonie Eleanor, leżącej w innej sali (z powodu demencji musiała stale przebywać w szpitalu), wrócił do własnego mieszkania. Wyciągnął z lodówki zupę fasolową własnej roboty, a potem włączył mecz w telewizji. Po obiedzie założył czapkę, tę z godłem swojego dywizjonu z drugiej wojny światowej, i ponownie ruszył na działkę.
* * *
Upadek taty uświadomił mi, że czas, jaki mogę jeszcze spędzić z nim i z mamą, jest już ograniczony. Dlatego zimą 2006 roku ruszyłem w pierwszą z kilku długich wypraw samochodowych z Wirginii do Pensylwanii.
Potrzebowałem pomocy taty, żeby wrócić do swoich korzeni. Wiedziałem, że w czasie wojny był pilotem bombowca, i chciałem jeszcze raz dokładnie wysłuchać jego opowieści oraz dowiedzieć się czegoś więcej o jego wcześniejszym życiu. Od zawsze stanowił dla mnie zagadkę. Był towarzyskim i przyjaźnie nastawionym facetem, ale my, jego dzieci, nie moglibyśmy podzielić się z nim swoimi osobistymi problemami. Był czuły i opiekuńczy, ale w dzieciństwie i młodości żadne z nas nie nawiązało z nim bliskich relacji. Był przywiązany do dyscypliny, dlatego wolałem trzymać się od niego z daleka, gdy miałem kłopoty, czyli przez większość czasu.
Tamtego zimowego dnia, gdy zapukałem do drzwi jego mieszkania, przywitał mnie z radością. Kiedy jednak napomknąłem, że chcę porozmawiać o jego wcześniejszym życiu i przeżyciach z czasów wojny - i że przywiozłem dyktafon, żeby nagrać jego wspomnienia - zmarszczył brwi i stwierdził: "W porządku, jeśli naprawdę tego chcesz". Zaproponował partyjkę bilarda w pokoju rekreacyjnym.
"W porządku, tato" - odparłem, chichocząc w myślach, bo po tylu latach dalej się wykręcał. Byłem jednak zdeterminowany i chciałem sprawić, żeby wreszcie się otworzył. Zapytałem o jego przeżycia jako pilota. Wiedziałem, że da się złapać na tę przynętę. Chociaż nie lubił rozmawiać o przeszłości, kochał opowiadać o lataniu. Nasza rozmowa przeciągnęła się aż do obiadu. Odprężył się i zapomniał, że jest nagrywany.
My, dzieci, zawsze podziwialiśmy go za jego bohaterskie dokonania w czasie drugiej wojny światowej - mój brat Robert (który dostał po nim imię), moja siostra Carol (która urodziła się w samym środku tego wszystkiego) i ja. Nie mówił o tym zbyt często, ale kiedy się go zachęciło, opowiadał bardzo barwnie, ożywiając wspomnienia, przywołując nawet zapamiętane rozmowy i emocje.
Tamtego dnia w 2006 roku w końcu zdałem sobie sprawę, że zawsze chciałem utrwalić jego historię, opowieści o dramatycznych przygodach nad Europą. Za sterami ciężkiego bombowca (początkowo pilotował samoloty B-24 Liberator, a potem B-17 Latająca Forteca) w drugiej połowie 1944 roku odbył trzydzieści pięć wyczerpujących misji bojowych nad Francją i Niemcami. Na własne oczy widział przyjaciół rozrywanych na kawałki pociskami niemieckiej artylerii przeciwlotniczej. Walczył dzielnie o powrót do bazy, prowadząc maszynę z płonącymi lub, nawet gorzej, odstrzelonymi silnikami, po których zostały dziury mogące pomieścić dziesięciu chłopa. Kiedy słuchaliśmy tych opowieści w młodości, nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak wielkie miał szczęście, że udało mu się przeżyć, dzięki czemu mógł nam opowiadać o tym wszystkim.
W czasie tamtego weekendu, dopóki mówił o swoich wojennych przeżyciach, usta mu się nie zamykały. Kiedy jednak pytałem go o osobiste uczucia, zmieniał temat, przechodząc do komentowania meczu w telewizji, który zazwyczaj był w tle. Pomimo tego byłem zadowolony, że zarejestrowałem wszystkie wojenne wspomnienia taty. Przede wszystkim jednak czułem, że zaczynam go poznawać, że więź między nami ponownie się zacieśnia.
Tuż przed wyjściem tamtego niedzielnego popołudnia zapytałem tatę o jego ojca. Zapadła cisza. Kiedy się w końcu odezwał, głos drżał mu od gniewu. Wiedziałem, że nie powinienem za bardzo naciskać, ponieważ był stary i słaby, ale po prostu musiałem to wiedzieć. Wyglądało na to, że poruszyłem jakąś czułą strunę i w końcu tato zaczął się otwierać.
- Lee - powiedział - nie wiem, od czego zacząć. Kiedy mój tato odszedł, to zdruzgotało nas wszystkich. Nienawidziłem go. Moja mama nim gardziła. Aż do tamtego dnia miałem szczęśliwe życie, a potem długo byłem nieszczęśliwy. Życie stało się ciężkie; czułem jedynie pustkę i gniew. A potem poznałem twoją mamę i, chłopcze, ona uratowała mi życie. Niejeden raz.
Byłem zdumiony. Nagle otworzył przede mną tę część swoich wspomnień, o których nie miałem dotąd pojęcia.
- Co masz na myśli? - spytałem.
- Nie przerywaj mi - warknął. Kiedy w końcu jego długo skrywane uczucia wydostały się na wolność, chciał to opowiedzieć po swojemu. - Spotkałem Eleanor i znowu zacząłem być szczęśliwy. - Spojrzał na mnie. - Tak wiele powinienem ci opowiedzieć o tym, o czym ani ty, ani twój brat i twoja siostra nie wiecie.
- O czym ty mówisz, tato?
- Na swój sposób pójście na wojnę pomogło mi na chwilę uciec przed moją przeszłością; byłem taki podekscytowany. Ale kiedy byłem w Europie, przytrafiło mi się coś, co zmieniło moje podejście do życia. To było straszne. Wróciłem z Rosji pogrążony w depresji, nie dbając o relacje z Eleanor, o wojsko, o nic. Byłem w strzępach.
Zauważyłem, że pytanie o ojca sprawiło mu wielki ból. Postanowiłem nie naciskać więcej. Po chwili jednak, gdy ściskałem tatę na pożegnanie przed odjazdem do Wirginii (był to nasz najczulszy uścisk, jaki pamiętam), jedno z wypowiedzianych przez niego słów nagle zadźwięczało mi echem w głowie.
- Rosja? - spytałem.
- Co mówisz, Lee?
- Rosja. Powiedziałeś, że po wojnie wróciłeś z Rosji. Nigdy nie wspominałeś o Rosji.
Potrząsnął głową.
- Porozmawiamy o tym następnym razem, Lee. Celowo nigdy wam o tym nie wspominałem. Tak naprawdę zabroniono mi tego. Nikt o tym nie wiedział, poza waszą mamą. Było to dla mnie bolesne doświadczenie i przez resztę życia starałem się dojść do siebie. To były mroczne, złe czasy. - Wetknął mi dziesięciodolarowy banknot w kieszeń koszuli. - Masz i jedź bezpiecznie.
Jechałem do domu w Wirginii w śnieżycy, która pasowała do stanu mojego umysłu. Rosja? Co pilot amerykańskiego bombowca miałby robić w Rosji? Zawsze myślałem, że tata wrócił do domu po odbyciu służby w Anglii. I dlaczego zakazali mu o tym mówić? To były mroczne, złe czasy...
Wśród otaczających mnie ciemności padające szybko grube płatki śniegu tańczyły w światłach samochodu i rozbijały się na przedniej szybie. Nie wiedziałem tego wtedy, ale ta jazda do domu w zamieci przypominała pod pewnymi względami jedną z nieopowiedzianych do tej pory historii mojego taty - tylko że on zamiast w ogrzewanym i wygodnym samochodzie siedział w ryczącym, na wpół naprawionym bombowcu, który obronił, grożąc pistoletem rozwścieczonemu radzieckiemu oficerowi, aby następnie wznieść się w powietrze przy zerowej widoczności w szalejącej w Polsce śnieżycy z grupką uwolnionych jeńców na pokładzie, wywołując kłopoty, gdy dowiedziała się o tym Moskwa... To było tylko jedno z przeżyć, które odcisnęły na nim głębokie piętno w tym skrywanym potem okresie jego życia między zakończeniem służby bojowej a powrotem do Ameryki.
Właśnie wtedy i właśnie tam zdałem sobie sprawę, że muszę zmierzyć się z całkiem nowym zadaniem: odkryć sekretną przeszłość mojego ojca.
Dwa tygodnie później jechałem do taty z wielkimi oczekiwaniami. Zagraliśmy kolejną partyjkę bilarda; uwielbiał tę grę mimo swego osłabienia. Wtedy bardziej niż kiedykolwiek zdałem sobie sprawę, że się starzeje. Kiedyś był wysokim mężczyzną, ale teraz się garbił i używał laski. Był jednak dumnym człowiekiem i nie chciał niczyjej pomocy. Wszędzie jeździł sam i zawsze był gotowy zawieźć innych mieszkańców jego osiedla dla emerytów na umówione wizyty u lekarzy. Zawsze lubił dawać. Uwielbiał pomagać innym ludziom. Oddawał krew do chwili, kiedy mu na to pozwalali. Ale to wszystko było niczym w porównaniu z tym, co dał z siebie w czasie drugiej wojny światowej.
- Dwa tygodnie temu, gdy wychodziłem, wspomniałeś coś o swoim pobycie w Rosji.
- Naprawdę? - odparł sucho.
- Tak, tato. Sądziliśmy wszyscy, że wróciłeś do domu zaraz po odbyciu służby. Co się wydarzyło w Rosji?
Milczał przez chwilę.
- To był straszny czas w moim życiu. Nie wiem, czy nawet teraz jestem w stanie o tym mówić. Widziałem okrutne rzeczy. Widziałem to, co najgorsze w ludziach. Zostałem tam wysłany podstępem: wprowadzony w błąd i oszukany przez swoich.
Powoli, kawałek po kawałku, wyłaniała się z tego opowieść. Z pewnością nie jest łatwo wyrzucić z siebie historię, którą skrywało się kilkadziesiąt lat. Przeskakiwał całe epizody, pomijając wiele szczegółów, i nieraz musiał się cofać; niektóre rzeczy przypominał sobie z trudem, ale większość tych wydarzeń była tak żywa w jego pamięci, jakby to było wczoraj. Tak samo było z emocjami.
To niewiarygodna historia - dosłownie niewiarygodna. Historia misji na terytorium Związku Radzieckiego; misji tak tajnej, że nawet OSS musiało trzymać się od niej z daleka, ponieważ wybuchłby dyplomatyczny skandal, gdyby Sowieci się o niej dowiedzieli. Jako przykrywkę wykorzystali Bogu ducha winnego pilota bombowca i wysłali go do amerykańskiej bazy lotniczej na Ukrainie. Stamtąd udał się do Polski. Miał uratować alianckich jeńców wojennych pozostawionych przez Sowietów samym sobie. Miał pomóc im przeżyć i zabrać ich do domu. Wysłano go bez jakiejkolwiek ochrony, zlecając misję daleko wykraczającą poza to, czego można było od niego wymagać. Pomagał nie tylko Amerykanom, ale także uwolnionym robotnikom przymusowym i więźniom obozów koncentracyjnych; wszystkie te nieszczęsne dusze błąkające się po Polsce szukały pomocy tego amerykańskiego kapitana.
Ktokolwiek inny, słysząc opowieść mojego taty, mógłby pomyśleć, że staruszek ma urojenia. Lecz on był moim ojcem i wiedziałem, że przez całe życie był szczerym i uczciwym człowiekiem. Nawet ja jednak miałem pewne wątpliwości. Przecież całkiem niedawno przewrócił się i uderzył w głowę. Wiedziałem, że nie byłby w stanie wymyślić takiej historii, ale może mu się to przyśniło i uwierzył, że to prawda?
Spośród zachowanych pamiątek wojennych tata wyciągnął pudełko na cygara. Byłem zaskoczony tym, co znaleźliśmy w środku. Poza jego insygniami pilota trzymał tam również swój Medal Lotniczy, Brązową Gwiazdę i Zaszczytny Krzyż Lotniczy, dokumenty potwierdzające odejście z wojska i legitymację wojskową. Najbardziej zdumiewająca była jednak inna rzecz - wydany w styczniu 1945 roku przez ambasadę Stanów Zjednoczonych w Londynie paszport uprawniający do podróży w "urzędowej sprawie" do Związku Radzieckiego przez Kair i Teheran. Na zdjęciu ujrzałem młodego tatę patrzącego w obiektyw z marsowym i nieco ostrożnym wyrazem twarzy (jakby się domyślał, że dzieje się coś dziwnego, a on nie wie co). Na dokumencie widniała pieczątka z napisem: "Amerykańska Służba Konsularna". W pudełku były również dwa inne odznaczenia, których nie widziałem nigdy wcześniej: francuski Croix de Guerre i na samym dnie datowany w 1996 roku list od rosyjskiego rządu potwierdzający przyznanie medalu za udział w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej.
Osłupiałem. Pomijając kilka pierwszych przedmiotów, pozostałe trudno było uznać za typowe pamiątki amerykańskiego pilota bombowego stacjonującego w Anglii. A niech mnie - pomyślałem. - Staruszek ma jakąś wielką tajemnicę. Sześćdziesiąt lat żył w strachu (prawdziwym lub wyimaginowanym), wierząc, że mówienie o tym mogłoby spowodować kłopoty z rządem, a może nawet jakiegoś rodzaju odwet Rosjan. Powiedział mi, że właśnie z powodu tej nieufności nie przyjął zaproszenia na uroczystość wręczenia rosyjskiego medalu. Według taty list i medal wylądowałyby w koszu, gdyby mama się nie uparła, żeby je zatrzymał. Jego uraza do Sowietów była głęboka, a im lepiej poznawałem jego historię, tym bardziej rozumiałem dlaczego.
W jego opowieści jest całe mnóstwo osobnych historii, z których każda kolejna jest jeszcze bardziej intrygująca niż poprzednia. Ratowanie byłych jeńców stanowi tylko jej część - można tu znaleźć prawdziwe lotnicze przygody, spotkania ze zdesperowanymi Francuzkami, powabnymi radzieckimi agentkami, szpiclami tajnej policji Stalina i wiele więcej. Mój ojciec nagle stał się dla mnie bardziej tajemniczy niż kiedykolwiek.
* * *
Tato zmarł w 2009 roku, mając dziewięćdziesiąt lat. Nawet wtedy jednak kontynuowałem badania mające zweryfikować autentyczność jego opowieści. Nadal nie mogłem do końca wyzbyć się wątpliwości - czy tak niewiarygodna historia mogła być prawdziwa? Pisałem w tej sprawie do historyków wojskowości, sprawdzałem oficjalne opracowania historyczne i wynajdywałem dokumenty w archiwach rządowych. Im więcej szukałem, tym więcej znajdowałem dowodów potwierdzających opowieść mojego ojca. Odnalazłem jego raport opisujący akcję naprawy i ewakuacji uszkodzonego samolotu, która zmieniła się w improwizowaną ewakuację alianckich jeńców i omal nie doprowadziła do incydentu dyplomatycznego. Dotarłem do listu dowódcy amerykańskiej misji wojskowej w Moskwie, w którym wspomniano o "wyjątkowym charakterze" zadań kapitana Roberta M. Trimble'a i jego znakomitej postawie. Czytałem pełne oburzenia listy wysyłane do Stalina przez prezydenta Roosevelta i ambasadora Harrimana, którzy protestowali przeciwko traktowaniu uwolnionych alianckich jeńców wojennych przez Sowietów. Dowiedziałem się, że Stalin zignorował te żądania ówczesnego sojusznika.
Oczywiście nie udało się zapełnić wszystkich luk. Misja mojego ojca w Związku Radzieckim była improwizowana w wielkim pośpiechu, z zachowaniem tak ścisłej tajemnicy, że nawet OSS uczestniczyło w niej tylko nieoficjalnie. Jednak wszędzie tam, gdzie można się było spodziewać dokumentów potwierdzających autentyczność tej historii, znajdowałem je. Nawet w tych przypadkach, gdy ojciec nie rozumiał, co się wokół niego działo, dokumenty archiwalne pozwalały mi odkryć wyjaśnienie zagadkowych sytuacji, które go dezorientowały - jak na przykład nieporozumienia, które - o czym nie wiedział - omal nie doprowadziło do złamania zasad bezpieczeństwa OSS w ambasadzie Stanów Zjednoczonych w Londynie.
Robert M. Trimble był tak skrupulatnie prawdomównym człowiekiem, a jego opowieść do tego stopnia znajduje potwierdzenie w dokumentach archiwalnych, iż jestem przekonany, że możemy mu wierzyć na słowo także w kwestii jego nieudokumentowanych działań - improwizowanych misji prowadzonych na zaśnieżonych polach i w lasach południowo-wschodniej Polski - że przebiegały tak, jak je opisał, gdy wracał do nich po latach, ponownie odczuwając gniew, strach, a czasem rozbawienie.
Jestem dumny z mojego ojca. Ameryka - kraj, który wydał go na świat i ukształtował - także może być z niego dumna. Był zwykłym Amerykaninem, który podjął się najniezwyklejszej misji. Oto jego historia.