Pieśń
Gabrieli Kunat
Ona
Ziemia odpływa od brzegu, na którym stoję,
i coraz dalej świecą jej trawy i drzewa.
Pączki kasztanów, światła lekkiej brzozy
już nie zobaczę was.
Z ludźmi umęczonymi oddalacie się,
ze słońcem kołysanym jak flaga biegniecie w stronę nocy,
boję się zostać sama, prócz mego ciała nic nie mam
- ono błyszczy w ciemności, gwiazda ze skrzyżowanymi rękami,
aż straszno mi patrzeć na siebie. Ziemio,
nie opuszczaj mnie.
Chór
Z rzek dawno spłynęły lody, bujne wyrosły liście,
pługi przeszły po polach, borkują w lasach gołębie,
górami sarna przebiega, pieśni weselne krzyczy,
kwiaty wysokie kwitną, parują ciepłe ogrody.
Dzieci rzucają piłką, tańczą na łąkach po troje,
kobiety bieliznę piorą w strumieniach i łowią księżyce.
Radość wszelka jest z ziemi, nie masz prócz ziemi wesela,
człowiek jest dany ziemi, niech ziemi tylko pożąda.
Ona
Nie chcę ciebie, nie skusisz mnie. Odpływaj, siostro pogodna,
czuję twój dotyk jeszcze, twój dotyk szyję mnie pali.
Noce miłosne z tobą gorzkie jak popiół chmur,
a świt nadchodził po nich w czerwieni, nad jeziorami
niosły się pierwsze rybitwy i smutek taki, że płakać
nie mogłam już, tylko leżąc
liczyć godziny ranka, słuchać zimnego szumu
wysokich, martwych topoli. Ty, Boże, miłościw mnie bądź.
Od ust ziemi chciwych odłącz mnie.
Od pieśni jej nieprawdziwych oczyść mnie.
Chór
Kręcą się kołowroty, ryby trzepocą się w sieciach,
pachną pieczone chleby, toczą się jabłka po stołach,
wieczory schodzą po schodach, a schody z żywego ciała,
wszystko jest z ziemi poczęte, ona jest doskonała.
Chylą się ciężkie okręty, jadą miedziani bratowie,
kołyszą karkami zwierzęta, motyle spadają do mórz,
kosze wędrują o zmierzchu i zorza mieszka w jabłoni,
wszystko jest z ziemi poczęte, wszystko powróci do niej.
Ona
O, gdyby we mnie było choć jedno ziarno bez rdzy,
choć jedno ziarno, które by przetrwało,
mogłabym spać w kołysce nachylanej
na przemian w mrok, na przemian w świt.
Spokojnie czekałabym, aż zgaśnie ruch powolny,
a rzeczywiste nagle się obnaży
i tarczą nowej, nieznajomej twarzy
spojrzy kwiat polny, kamień polny.
Wtedy już oni, żyjący kłamliwie,
jak wodorosty na dnie wód zatoki,
byliby tym, czym leśne igliwie
dla kogoś, kto w las patrzy z góry, przez obłoki.
Ale nic nie ma we mnie prócz przestrachu,
nic oprócz biegu ciemnych fal.
Ja jestem wiatr, co niknąc w ciemnych wodach dmie,
wiatrem jestem idącym a nie wracającym się,
pyłkiem dmuchawca na czarnych łąkach świata.
Ostatnie głosy
W kuźni nad wodą młotek uderza,
schylony człowiek naprawia kosę
i świeci głowa w płomieniu ogniska.
Pierwsze łuczywo zapala się w izbie,
na stół głowę kładą parobcy zmęczeni.
Już misa dymi, a świerszcze śpiewają.
Wyspy są zwierzętami śpiącymi,
w gnieździe jeziora układają się mrucząc,
a nad nimi obłok wąziutki.
Wilno, 1934
Bramy arsenału
Czułe zwierzęta wierne, milcząc, ze spokojem
obszar parków śledziły, mrużąc lekko szpary
swoich oliwnych oczu. Posągi zbierały
liść kasztanów na głowy i z kamiennym zwojem
praw dawno przeminionych albo śladem miecza
szły, oblepione nowych jesieni wawrzynem
nad wodę, gdzie okręcik papierowy płynął.
Spod ziemi rosło światło, zimny blask przeświecał
przez sierść czujnie leżących zwierząt pręgowaną,
przez piwnice budowli zbryzganych dnia pianą,
i widać było skrzydła drzew, lecące w dymie.
Płomieniu, o płomieniu, muzyki olbrzymie
rozlegają się, wieczny ruch zamąca gaje,
z rękami związanymi, konno, na lawetach,
pod nieruchomym wichrem, to na niemych fletach
dmący, krążą podróżni, mijając się kołem,
ukazując nawzajem usta mrozem skute,
wykrzywione w wołaniu, albo brwi rozprute
mądrością, albo palce szukające żeru
w piersi odartej z wstążek, sznurów i orderów.
Szum burzliwy, huk fali, fortepianów wianie
odzywa się z przepaści. Tam, czy stada brzóz
dzwonią w drobne obłoczki, czy gromady kóz
białe brody nurzają w pieszczotliwym dzbanie
zielonego wąwozu, czy może zastawy
grają strumieniom dolin pogodnej orawy
i jadą pełne wozy, wieczór mając z boku,
a dogasają rżyska, śmiech ludzi, chrzęst kroków?
Ogrody lunatyczne, snów głuchych mocarstwa,
z sercem dobrym przyjmijcie tę, która przychodzi
ze świata, gdzie wyrasta wszelka piękność żywa.
Jakby nie była marna, zebranego garstka
popiołu, na niedługie, jak lot słońca trwanie,
weźcie ją, niech miłości nigdy nie przyzywa.
W siną dalekość alej, w połyski pochodów
dąży, nie znając głębi zamglonych ogrodów,
młoda kobieta, oczy przesłaniając ręką.
Zwierzęta obracają pyski znad trawników
i brodacz stróż kłusuje na krzywym koniku,
na złotej strzale niosąc cięciwę napiętą.
Żwir pod stopą, w fałszywej stąpającą ciszy,
szeleści, i kłąb włosów kasztanowych spływa
z czoła podniesionego jak mała planeta.
Srebro sączy się w usta, lęk rumieńce ściera,
pierś stężała w dwa sople niespokojnie dyszy,
blask tnie. Od światła wszystko co żywe umiera.
Suknie spadną zetlałe, krzak włosów zgoreje
i brzuch goły odsłoni jak koło z mosiądzu,
uda ruchliwe odtąd marzeniem nie rządzą,
nagie i czyste dymią jak rude Pompeje.
A jeśli dziecko zrodzi się z tej krwi słowiańskiej,
patrząc bielmem, łbem ciężkim na stopnie potoczy
i z czworgiem łap w powietrzu w dzień będzie i w nocy
spać jak koń martwy w runi wypalonych pastwisk.
Korowody i wieńce zaplotą się na niej,
wieczór ciernie cieniste położy na czoło,
i takie będzie wieczne burz odpoczywanie,
z ręką, sypiącą ziarno garbatym aniołom.
Tocząc żółte obręcze, żaglowe okręty
naładowane wojskiem blaszanych żołnierzy
niosąc, szli chłopcy z placów, deszczyk padał świeży
i śpiewał ptak, a chmurką na dwoje przecięty
księżyc wschodził powoli. Oczami mokremi
jeźdźcy patrzyli prosto na zachód. Psów rody
goniły się na klombach. Na złotawe schody
siadali zakochani. Spokój był na ziemi,
tylko orkiestra, w zmierzchu zanurzona wrota,
milkła w długiej ulicy, i na żywopłotach
stygły krzaki mimozy kłaniając się nocy.
Paryż, 1934
Dalsza część w wersji pełnej
Ląd
Wiatr z północy. Wiatr z północo-zachodu.
Pięść zorzy w chmurach zbitych nurzała mdłe palce świateł
i okiennice wyły. I gwizdał drut telefonu
i lampy ciepłem kloszów zataczały koła
nad fosforyczną grzywą niskiego ogrodu
topolami, jesionami pchanego w dół, w przepaście czarnych olch.
Pamiętam ziemię gniecioną ciężkimi obłokami w dnie i w noce.
Przelatywał po niej wiatr, obracając ciężkie skrzydła wiatraków.
To była smutna ziemia, surowa północna ziemia
owinięta drogami wchodzącymi zawsze na wzgórza,
pełna jezior, nad którymi kwiliły stada nisko kołujących ptaków,
pełna rąk, którymi spłynęły ziarna deszczów, jesieni i łez.
Nie bój się gwiazd, choć były świadkami twoich upokorzeń. Ani
jarów pamięci, choć ich dno niewiadome nikomu,
ani zła. Bo człowiek nas usprawiedliwi.
Albo czas. Patrz: mamy po dwadzieścia kilka lat, a już przypomnieć nie umiesz,
czy to jaśmin wybuchał i kwitł? Czy to noce rozłamywał świt czerwony od krakania wron?
Czy to huczała pieśń? Czy może byliśmy szczęśliwi?
O czwartej gwizd nad archipelagiem pięciu jezior.
Lokomotywy bez ustanku wyprzedzają dym na leśnych torach,
z rannej mgły komin tartaku ziewając powstaje,
nad gruszkami terpentyniarni słychać trzask motoru - -
- - - taki jest ranek
taki jest ranek ścięty u swojej podstawy
bezwładnie położony jak belka w sortowni
obok tysięcy innych. I tylko sen, i tylko rosy w trawach
i tylko szept w izbach baraków, i flet w wiosenne noce nad brzegami wód
o ludzkiej doli i o życiu twoim ci przypomni
i włosy wiatr przewieje dmąc na południo-wschód.
*
Ptaki
Już rok odnowień pianę na piaskach rozbija,
pragnienie, sen i miłość odtąd nic nie waży,
lekkie ręce, z chmur lekkich altana i schron,
lekkie białe kamienie górzystych cmentarzy,
i wiatr, swobodny wiatr z dalekich stron.
Schodzi uczeń marzenia na północne kraje,
ogniem błyszczy jak Cyrus, morduje pokrzywy,
przewiązał gałąź wiśni i chce wody żywej
szukać w jeziorze. O, wy ziemskie ciernie,
cóż znajdę w tej przepaści, która łez nie daje,
na połamanych polach, w lodowej cysternie.
Pod rozpalonym słońcem milczenie popiołów.
Dzień mija. Zimne szczęście, sen pusty, noc głucha.
Noc mija. Po kamieniach krok tauryjskich wołów.
Czym jestem, czym ja jestem i czym oni są?
Upici kwaśnym winem, czerwone wypieki
zakrywają i rzędem nad brzegami śpią.
Milczenie długie, długie. Serce głód poraża,
jakby pierwszy dzień świata nieruchomie stał.
Słychać z dna białych jarów dzwoneczki kuglarza.
Trąbka gra. Dźwięk przerażeń śpiące ziemie budzi,
i podróżnicy, którym nadałem twarz ludzi,
to są ptaki, co we mnie gniazdo swoje wiły.
Ja, wierny tylko sobie złożonej przysiędze,
wiem, że ptaków wołanie osądzać mnie będzie,
żegnajcie! Śnieg upada na moje przypływy,
gwar tysięcy napełnia zamarzłe solawy,
pelikany, żurawie z krzykiem w nocy brodzą,
niebo moje rozdarły czajek puste skwiry,
listopadowe liście rany nie nagrodzą.
Żegnajcie! Zewsząd zrywa się i biegnie chór.
Dziecko, niedobre dziecko, gdzież twoje zasługi,
jakie dla ciebie dary ptaków żal wyjedna?
Patrz, nawet z twojej ręki, zranionej o głogi,
chłód wypływa, na ziemi znacząc ślad ze srebra.
Wszystko, co z twojej głębi może być poczęte,
nim granicę narodzin przejdzie, martwe jest.
Wszystko, czego dotykasz w nocy fundamentach,
sypie się jak igliwia jesiennego deszcz.
Dziecko, niedobre dziecko, czemu nas budziłeś,
my byśmy, powiązani skrzydłami w kolisko,
drzemali, aż do chwili, kiedy On rozdzieli
ciebie i nas, ubogi czas i wielkie wszystko.
Dziecko, niedobre dziecko...
Kto mnie wypomina
te moje trudne próby, płomieni warownie
w sinej puszczy, samotność, zamknięte gorycze?
Sam schodziłem, a pierwsza gwiazda biegła do mnie,
i był tak piękny blask, tak dobre było życie,
że mówiłem: powrócę, choć powrotu nie ma.
Białe dziewczynki ledwo tykały obłoków,
z piekarni powracały, z chlebem przyciśniętym
do kruchej piersi, w długim otulonej szalu.
I śpieszyły, kolana podnosząc wysoko,
i jeszcze tupot westchnął za ulic zakrętem,
ojcowie już czekali w ogrodach koralu.
A jeśli ktoś wychodził z otwartego dworu,
widział Notre Dame kamienną patrzącą jezioru,
odbitą w czystej głębi nad ryby igraniem.
Gołębie gruchające na brzegu czeluści
i twarze wykrzywione łagodnych półludzi,
z lasów cerkwie szerokim wtórowały graniem.
Zielony galar płynął pod zamglone mosty,
i ktoś tam na nim jeszcze chusteczką powiewał,
i człowiek, kręcąc stery, pieśń rozstania śpiewał,
a mały piesek szczekał na biegnące w wodzie
cienie miast, póki w rudym nie zgasły zachodzie.
Dalej, dalej! Już ciebie żadna nie powstrzyma
piękność, ani zasłona ścieżek nie powlecze.
Już w tobie białym próchnem układa się zima -
myśl o ptakach zgłodniałych, nieczuły człowiecze!
Ty, może już ostatni z nosicieli kary,
z tych, którym wolno schodzić na dno gorejące,
jak Dante przed Panterą bronić swojej wiary -
sidło szczęścia już nigdy ciebie nie oplącze.
Niech się wypełni wreszcie południe pogardy.
Pianą białą wre morze, twoje nogi liże,
słyszysz, słyszysz, jak woła: snu zdobywco, tobie
laurem ni winem głowy martwej nie ozdobię,
niech się wypełni wreszcie południe pogardy.
Jakby minęły lata i zakwitły krzyże,
kłębi się przemieniony ogień czworga nieb,
i tli się złotą trawą ziemia, kędy szedł
cień, ślady nóg w popękanym wyciskając żwirze.
Wielkich spazmów miłości zakryta pieczara,
a jeśli słońce wschodząc jej bramy uchyli,
syczą spalone zamki króla Baltazara,
oddane we władanie zimnym krzykom pawi.
Mży śnieg. I drzewo każde, przełamane, krwawi.
Krasnogruda, 1935