Ocaleni - Jane Harper

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Kieran miał nadzieję, że wkrótce prze­sta­nie czuć lodo­waty chłód wody. Zwy­kle po jakimś cza­sie zaczy­nał się do niego przy­zwy­cza­jać, ale mijały minuty i cią­gle dygo­tał z zimna. Przy­go­to­wał się na ude­rze­nie następ­nej fali.

Powie­dział sobie, że woda wcale nie jest taka chłodna. Był koniec lata i nagrze­wała się nieco w pro­mie­niach popo­łu­dnio­wego słońca. Wywo­ły­wała gęsią skórkę, nie hipo­ter­mię. Pamię­tał, że znacz­nie zim­niej­sza woda wyda­wała mu się miła - tak ją przy­naj­mniej opi­sy­wał. Jed­nak tu, na Tasma­nii, szczę­kał zębami po wej­ściu do morza.

"Syd­ney spra­wiło, że sta­łeś się miękki". Głos roz­le­ga­jący się w gło­wie Kie­rana podej­rza­nie przy­po­mi­nał głos brata.

Może. Praw­dziwy pro­blem pole­gał na tym, że nie pły­nął po wzbu­rzo­nym morzu odda­lony o setki kilo­me­trów od naj­bliż­szego lądu, lecz stał po pas w wodzie zale­d­wie trzy metry od brzegu.

Córeczka Kie­rana leżała opita mle­kiem na jego nagiej piersi, owi­nięta suchym ręcz­ni­kiem, w maleń­kim kape­lu­siku chro­nią­cym przed słoń­cem. Drze­mała. Audrey miała już trzy mie­siące i sta­wała się coraz cięż­sza. Prze­su­nął ją lekko, igno­ru­jąc lekki ból ramion i chłód odczu­wany w nogach. Popa­trzył na hory­zont i pozwo­lił jej spać.

Ważna była nie tylko Audrey. Widział na plaży swoją dziew­czynę. Leżała na ple­cach, ubrana; zasła­niała dło­nią oczy i miała roz­chy­lone usta. Głowa Mii spo­czy­wała na zwi­nię­tym ręcz­niku, jej dłu­gie włosy roz­po­ście­rały się na pia­sku niczym wachlarz. W tej chwili mogła spać wszę­dzie, podob­nie jak on.

Wokół było nie­wielu ludzi. Wcze­śniej obok prze­szła para nie­zna­jo­mych nasto­lat­ków; kro­czyli boso, trzy­ma­jąc się za ręce. Nieco dalej młoda kobieta zbie­rała na brzegu muszelki. W środku lata liczba tury­stów dwu­krot­nie prze­kra­czała dzie­wię­ciu­set miesz­kań­ców Eve­lyn Bay, ale w tej chwili więk­szość gości opu­ściła Tasma­nię: wró­cili do Austra­lii albo do innych kra­jów.

- Hej!

Kie­ran obró­cił głowę na dźwięk zna­jo­mego głosu. Zoba­czył mło­dego męż­czy­znę idą­cego jedną z wąskich ście­żek łączą­cych plażę z rzę­dem pod­nisz­czo­nych domów sto­ją­cych wzdłuż plaży. Młody czło­wiek się uśmiech­nął i popra­wił sfa­ty­go­wany ple­cak. Obok biegł duży pies nie­okre­ślo­nej rasy; jego roz­miar i kudłata zło­ci­sto­brą­zowa sierść spra­wiały, że wyda­wał się nie­po­ko­jąco podobny do wła­ści­ciela.

Kie­ran wyszedł z wody i przy­wi­tał się z Ashem McDo­nal­dem. Przy­ja­ciel zoba­czył Audrey na piersi Kie­rana.

- Cho­lera jasna... - Odsu­nął zro­go­wa­cia­łym pal­cem róg ręcz­nika i pochy­lił nie­ogo­loną twarz, by przyj­rzeć się dziew­czynce.

- Cóż, tro­chę za ładna jak na twoją córkę, ale i tak gra­tu­luję. - Wypro­sto­wał się i mru­gnął do Mii, która wstała, otrze­pała pia­sek z sukienki i pode­szła do nich. - Nie, żar­tuję. Jest piękna.

- Dzięki. - Ash poca­ło­wał Mię w poli­czek, ona zaś stłu­miła ziew­nię­cie i pogła­skała psa. - Cześć, Spry­cia­rzu!

Ash ski­nął głową w stronę mokrych szor­tów Kie­rana.

- Jak woda?

- Dość przy­jemna.

- Przy­po­mi­nasz sobie dawne czasy?

Kie­ran się uśmiech­nął.

- Posta­no­wi­łem tro­chę popły­wać.

Nie potra­fił sobie przy­po­mnieć, ile czasu stał z Ashem w morzu jako nasto­la­tek. Wcho­dzili po pas do wody, by odzy­skać formę po meczach pił­kar­skich roze­gra­nych poprzed­niego dnia. Zimna woda cudow­nie dzia­łała na mię­śnie. Z pew­no­ścią spę­dzili razem mnó­stwo godzin.

Ash przez wiele lat przy­jeż­dżał do Eve­lyn Bay w sezo­nie tury­stycz­nym, ale jego matka wró­ciła po roz­wo­dzie do rodzin­nego mia­sta i zamiesz­kał w nim na stałe.

W owych cza­sach Kie­ran wie­dział tylko, że Ash pocho­dzi z gór­ni­czego mia­sta w zachod­niej czę­ści stanu. Jego miesz­kańcy byli tak twar­dzi, że lokalna dru­żyna pił­kar­ska grała na żwi­rze, nie na tra­wie. Wobec takiego stanu rze­czy nie był zasko­czony, że nowy kolega oka­zał się świet­nym zawod­ni­kiem. Po raz pierw­szy w życiu prze­stał auto­ma­tycz­nie wygry­wać testy spraw­no­ściowe, miał poważ­nego kon­ku­renta do tytułu naj­lep­szego strzelca, a zagrywki na boisku, które od lat wycho­dziły mu bez­błęd­nie, spo­ty­kały się teraz z agre­syw­nym prze­ciw­dzia­ła­niem. Przez kilka tygo­dni bez­sil­nie się zło­ścił, po czym zwięk­szył inten­syw­ność tre­nin­gów na siłowni i boisku. Póź­niej znowu był wście­kły, gdy oka­zało się, że Ash robi dokład­nie to samo.

W poło­wie sezonu Kie­ran przy­szedł póź­nym popo­łu­dniem na plażę, wszedł do wody i przy­pad­kiem sta­nął obok Asha. Nie poru­szał się, splótł ręce na piersi i wpa­try­wał się w morze. Stali obok sie­bie w mil­cze­niu przez całą sesję. Za hory­zon­tem, na pół­nocy, leżała Austra­lia, a na połu­dniu Antark­tyda. Przed ich oczami roz­cią­gał się tylko nie­zmie­rzony ocean.

- W tym mie­siącu pobi­łem wię­cej rekor­dów życio­wych niż przez cały rok w daw­nym klu­bie.

Głos Asha zasko­czył Kie­rana. Zer­k­nął na kolegę, który cza­sem był o uła­mek sekundy szyb­szy lub miał lep­szy refleks, ale nie­kiedy oka­zy­wał się gor­szy. Ash ode­zwał się znowu, nie odry­wa­jąc wzroku od wody:

- Jeste­śmy nie­źli.

Do licha, z iry­ta­cją i podzi­wem zdał sobie sprawę, że Ash ma rację. Byli dobrzy. Kie­ran ni­gdy nie był lep­szym gra­czem niż w okre­sie rywa­li­za­cji z tym dup­kiem. Tre­ner ogło­sił koniec sesji i Kie­ran patrzył, jak Ash rusza w stronę plaży. Otwo­rzył usta.

- Hej, zacze­kaj!

W tej chwili obaj rzadko grali w piłkę, ale po bli­sko pięt­na­stu latach Kie­ran był w takiej for­mie jak kie­dyś. Pra­co­wał jako fizjo­te­ra­peuta spor­towy, co zna­czyło, że w tej chwili to on zachę­cał innych ludzi do sta­nia w lodo­wa­tej sło­nej wodzie. Kie­ran pomy­ślał, że Ash rów­nież jest w dobrej kon­dy­cji. Zaj­mo­wał się pro­jek­to­wa­niem ogro­dów i wyglą­dał jak okaz zdro­wia, czło­wiek przy­zwy­cza­jony do dźwi­ga­nia wor­ków z zie­mią i prze­su­wa­nia ścię­tych drzew.

- Kiedy przy­je­cha­łeś? - Ash posta­wił ple­cak na pia­sku i Kie­ran usły­szał przy­tłu­miony brzęk narzę­dzi ogrod­ni­czych.

- Dwie godziny temu.

Kie­ran i Mia spę­dzili w domu rodzi­ców tylko tyle czasu, ile naka­zy­wały zasady grzecz­no­ści, po czym oświad­czyli, że chcie­liby ode­tchnąć świe­żym powie­trzem. Kie­ran w dal­szym ciągu widział werandę na tyłach domu rodzi­ców, oddzie­lo­nego od plaży bia­łym ogro­dze­niem. Pomy­ślał, że będzie musiał znowu wejść do środka, i poczuł przy­pływ klau­stro­fo­bii.

- Jak się miewa twój ojciec? - spy­tał Ash. - Nie widzia­łem go od dwóch tygo­dni.

- Nie­zbyt dobrze. - Zasta­na­wiał się, czy będzie musiał tłu­ma­czyć, o co cho­dzi, ale nie, Ash oczy­wi­ście kiwał już głową. W miej­sco­wo­ści takiej jak Eve­lyn Bay ludzie wszystko o sobie wie­dzą. Praw­do­po­dob­nie znają stan Briana lepiej niż Kie­ran. Nie widział ojca prze­szło pół­tora roku, gdy ten mógł jesz­cze pole­cieć do Syd­ney. Nawet wtedy wyda­wał się zdez­o­rien­to­wany. Verity, matka Kie­rana, cały czas cier­pli­wie tłu­ma­czyła mu różne rze­czy. Kiedy przed trzema mie­sią­cami uro­dziła się Audrey, Verity przy­je­chała sama, by poznać wnuczkę.

Mimo tych sygna­łów ostrze­gaw­czych Kie­ran był wstrzą­śnięty, gdy po przy­by­ciu zoba­czył otchłań pustki, która była wcze­śniej Bria­nem Elliot­tem. Nie wie­dział, czy stan ojca nagle się pogor­szył, czy on sam wcze­śniej nego­wał rze­czy­wi­stość. Tak czy ina­czej, w wieku zale­d­wie sześć­dzie­się­ciu sze­ściu lat Brian cier­piał na demen­cję, która bły­ska­wicz­nie postę­po­wała Nawet leka­rze uwa­żali, że miał pecha.

- Kiedy prze­pro­wadzka? - Ash zer­k­nął na dom rodzi­ców Kie­rana.

- Za kilka tygo­dni. - Miej­sce zare­zer­wo­wane w domu opieki w Hobart cze­kało. - Uzna­li­śmy, że mamie przyda się pomoc w pako­wa­niu.

- Co zamie­rza zro­bić? Ona też nie­zbyt dobrze się czuje, prawda?

- Nie. - Kie­ran wyobra­ził sobie Verity, która w wieku sześć­dzie­się­ciu czte­rech lat wyglą­dała dzie­sięć lat mło­dziej, cią­gle upra­wiała jog­ging i jeź­dziła na rowe­rze. - Zna­la­zła kawa­lerkę w pobliżu domu opieki.

- Jasne. To na pewno będzie... - Ash prze­su­nął języ­kiem po zębach, szu­ka­jąc wła­ści­wego słowa - ...wygodne.

- Ow­szem. - Miał taką nadzieję, choć podej­rze­wał, że matka będzie nie­za­do­wo­lona.

Ash zasta­na­wiał się przez chwilę.

- Posłu­chaj, powiedz Verity, żeby się ze mną skon­tak­to­wała przed wysta­wie­niem domu na sprze­daż. Upo­rząd­kuję ogród. Oczy­wi­ście za darmo.

- Naprawdę? Dzięki, stary.

- Trzeba sobie poma­gać. To nie­miła histo­ria.

Rze­czy­wi­ście, nie­miła, zda­wał sobie z tego sprawę. Powi­nien wcze­śniej wró­cić do Eve­lyn Bay.

- Kiedy tu ostat­nio byłeś? - spy­tał Ash, czy­ta­jąc mu w myślach.

- Chyba dwa lata temu.

- Moim zda­niem jesz­cze daw­niej - odrzekł Ash.

- Pra­wie przed trzema laty - wtrą­ciła Mia, krę­cąc głową. Odwró­ciła się w stronę Asha. - Jak się miewa Oli­via? Wysła­łam jej mejla, że zosta­niemy na tydzień.

- Jest w świet­nej for­mie, koniecz­nie chce się z wami spo­tkać. - Ash się­gnął po tele­fon. - Spraw­dzę, czy jest w oko­licy, Mieszka tam, w Cha­cie Rybaka. - Ski­nął głową w stronę rzędu domów sto­ją­cych na skraju piasz­czy­stej plaży.

- Naprawdę? - Kie­ran wyobra­ził sobie niski drew­niany bun­ga­low sto­jący w odle­gło­ści kil­ku­set metrów od domu rodzi­ców. Oczy­wi­ście Oli­via nie miesz­kała w cha­cie. Podob­nie jak pra­wie wszyst­kie domy w Eve­lyn Bay - nawet wiele now­szych - był to typowy budy­nek w stylu lat sześć­dzie­sią­tych. - Od dawna ją wynaj­muje?

- Od pół­tora roku. Od chwili powrotu.

Kiedy Ash dzwo­nił do swo­jej dziew­czyny, Kie­ran usi­ło­wał sobie wyobra­zić, jak Oli­via Birch wygląda w wieku trzy­dzie­stu lat. Nie widział jej od bar­dzo dawna i zapa­mię­tał jako osiem­na­sto­latkę. Była wysoka, smu­kła i zgrabna; doj­rzali męż­czyźni nazy­wają takie kobiety posą­go­wymi, a mło­dzi ludzie "gorą­cymi". Regu­lar­nie przy­cho­dziła na plażę i miała kasz­ta­nowe, kędzie­rzawe włosy zwią­zane w kucyk, który nie­cier­pli­wie odrzu­cała na plecy, zapi­na­jąc kom­bi­ne­zon do nur­ko­wa­nia. "Teraz też jest wysoka i chyba rów­nie piękna" - pomy­ślał Kie­ran. Kobiety podobne do Oli­vii długo zacho­wują urodę.

Ash przy­ci­snął komórkę do ucha, po czym prze­rwał połą­cze­nie i spoj­rzał na ekran, marsz­cząc brwi. Uniósł głowę i ku zdzi­wie­niu Kie­rana krzyk­nął:

- Hej! Bronte!

Młoda kobieta, która wcze­śniej szu­kała musze­lek, sie­działa teraz na skraju wody, foto­gra­fu­jąc coś leżą­cego w pia­sku. Usły­szała okrzyk Asha i wstała. Jej sukienka trze­po­tała na wie­trze.

- To współ­lo­ka­torka Liv - powie­dział do Kie­rana i Mii, po czym wska­zał dom i znowu krzyk­nął: - Oli­via jest w domu?

Dziew­czyna - Kie­ran rozu­miał, że nazywa się Bronte - pokrę­ciła głową, prze­sad­nie akcen­tu­jąc gest z powodu odle­gło­ści. "Nie". Słowo to raczej zoba­czyli, niż usły­szeli, bo porwał je wiatr.

Ash przy­ło­żył dło­nie do ust.

- Gdzie jest?!

Wzru­sze­nie ramion. "Nie wiem".

- W porządku, no cóż... - Ash znowu spoj­rzał na komórkę, coraz moc­niej marsz­cząc brwi. - Ja też nie wiem, co się dzieje. Oli­via będzie dziś wie­czo­rem w restau­ra­cji, więc wpad­nijmy razem na drinka. Przy­wita się z wami, poga­damy.

- Liv cią­gle pra­cuje w Falach Przy­boju? - Mia bez powo­dze­nia usi­ło­wała ukryć zasko­cze­nie.

- Tak - odparł Ash. - Przy­naj­mniej na razie. Więc o któ­rej się spo­tkamy wie­czo­rem? Koło ósmej?

- Nie jestem pewien, stary. - Wska­zał Audrey leżącą na ręcz­niku w kape­lu­siku chro­nią­cym przed słoń­cem. Dziew­czynka się obu­dziła. - Musimy się opie­ko­wać małą, a więc...

- Wła­śnie po to są bab­cie, prawda? - Ash już wysy­łał ese­mesa. - Dam Liv znać, że przyj­dziemy. Przy­pro­wadź­cie Seana.

Kie­ran i Mia wymie­nili spoj­rze­nia. Wyda­wało się, że pro­wa­dzą długą, niemą roz­mowę, po czym leciutko ski­nęli gło­wami. Pójdą oboje.

- Okej. - Ash wysłał ese­mesa, pod­niósł ple­cak i zarzu­cił go sobie na ramię. - Lepiej wezmę się z powro­tem do pracy. Zoba­czymy się póź­niej. - Pochy­lił się w stronę Audrey. - A ty, maleńka, spę­dzisz miły wie­czór z bab­cią.

Audrey obró­ciła główkę, by popa­trzeć na Asha, i wiatr zerwał jej z głowy kape­lu­sik. Kie­ran i Ash chcieli go zła­pać, ale nim zdą­żyli się poru­szyć, był już daleko. Ash znowu przy­ło­żył ręce do ust.

- Bronte!

Dziew­czyna stała po kolana w wodzie, oglą­da­jąc długi pęk wodo­ro­stów trzy­many w dło­niach. Płó­cienna torba leżała bez­piecz­nie na pia­sku. Unio­sła głowę, sły­sząc okrzyk; jej ruch wyra­żał zarówno znie­cier­pli­wie­nie, jak i sym­pa­tię.

"O co tym razem cho­dzi?"

Zauwa­żyła kape­lu­sik Audrey toczący się wzdłuż brzegu i wyrzu­ciła wodo­rost. Pobie­gła za nim w wodzie, przy­trzy­mu­jąc spód­nicę nad kola­nami. Wokół jej nóg wiro­wała biała piana. Pra­wie zła­pała kape­lu­sik, gdy nagle uniósł go wiatr i cisnął w morze, za daleko, by go odzy­skać.

Kie­ran patrzył, jak Bronte się zatrzy­muje, zda­jąc sobie sprawę z porażki. Puściła spód­nicę, któ­rej skraj zatrzy­mał się tuż nad powierzch­nią wody. Z roz­tar­gnie­niem dotknęła dło­nią szyi, uno­sząc gęste, zmierz­wione jasne włosy. Patrzyła na odpły­wa­jący kape­lu­sik.

- Na co cze­kasz? - Ash sze­roko się uśmie­chał. - Płyń!

Bronte się roze­śmiała i krzyk­nęła coś, co brzmiało jak: "Sam płyń!".

- Nie bądź taką cho­lerną ego­istką, Bronte. Jesteś już w wodzie.

Znowu roz­pu­ściła włosy i pogro­ziła mu pal­cem.

Ash zaśmiał się i odwró­cił. W jego dłoni zadźwię­czał tele­fon. Zer­k­nął na niego, ale nie ode­brał połą­cze­nia.

Kie­ran popa­trzył na kape­lusz koły­szący się na falach. Nie­po­ko­jąco koja­rzył się z ludzką głową.

- Och, cóż... - Mia wzięła Audrey na ręce. - Chyba jest stra­cony, kocha­nie. Przy­kro mi.

Dziew­czynka nie wyda­wała się zmar­twiona. W mil­cze­niu unio­sła pulchną rączkę, chwy­ciła naszyj­nik matki i zaci­snęła w dłoni srebrny łań­cu­szek. Stali na plaży i patrzyli na kape­lu­sik, który zako­ły­sał się dwa razy, po czym pochło­nęło go morze.

Rozdział 2

Restau­ra­cja Fale Przy­boju wyglą­dała dokład­nie tak samo jak trzy lata wcze­śniej. A nawet dzie­sięć lat wcze­śniej. Jedną ze ścian drew­nia­nego budynku w dal­szym ciągu ozda­biał wize­ru­nek ogrom­nego kraba wyko­nany z muszli spło­wia­łych od słońca. Nad drzwiami znaj­do­wał się napis: SMA­ŻONE RYBY PRO­STO Z MORZA!, a krzywa strzałka wska­zy­wała ocean leżący kil­ka­dzie­siąt metrów od tarasu, na któ­rym można było zjeść posi­łek.

Kie­ran i Mia prze­szli Beach Road, nie roz­glą­da­jąc się na boki. Byli ubrani w zapięte pod szyję kurtki wyjęte z szafy w domu w Syd­ney. Eve­lyn Bay koja­rzyło się Kie­ranowi z mia­stem wid­mem, jak zawsze pod koniec lata. Miej­sca par­kin­gowe, tak cenne w sezo­nie let­nim, że kie­rowcy toczyli o nie awan­tury, były teraz puste i nikt się nimi nie inte­re­so­wał. Wszyst­kie sklepy, w tym nie­wielki mar­ket, zamknięto na noc, a zary­glo­wane okna suge­ro­wały, że wiele z nich zawie­siło dzia­łal­ność na zimę.

Chyba nie zawsze tak było. Eve­lyn Bay leżało mię­dzy dzie­wi­czymi lasami a oce­anem. Kiedy rodzice Kie­rana byli mło­dzi, miesz­kańcy mia­sta zaj­mo­wali się głów­nie poło­wem ryb i leśnic­twem. Następne poko­le­nie orga­ni­zo­wało w lecie rejsy dla tury­stów pra­gną­cych podzi­wiać del­finy, a w zimie zaj­mo­wało się doryw­czymi pra­cami. Część miesz­kań­ców wyje­chała.

W Falach Przy­boju pano­wał spory ruch, co o tej porze roku ozna­czało, że w lokalu sie­dzi kilka osób przy sze­ściu sto­li­kach. Kiedy weszli, nikt nie zwró­cił uwagi na Kie­rana. Nie spo­dzie­wał się zain­te­re­so­wa­nia - dwa­na­ście lat to szmat czasu, i już spo­ty­kał nie­wielu ludzi, któ­rych pra­gnął zoba­czyć. Mimo to poczuł lekką ulgę.

Na tara­sie piło piwo kilku mło­dych męż­czyzn, któ­rych nie koja­rzył. Zapadł już zmrok. Uda­wali, że nie jest im zimno w koszul­kach z krót­kimi ręka­wami. Ucie­szył się, gdy zoba­czył Asha sie­dzą­cego przy sto­liku w tyl­nej czę­ści restau­ra­cji. Przy­ja­ciel trzy­mał w jed­nej ręce szklankę piwa, a w dru­giej komórkę. Kiedy zoba­czył ich wcho­dzą­cych do restau­ra­cji, odło­żył ją na odra­pany blat.

- Verity zgo­dziła się zaopie­ko­wać małą? To miło z jej strony.

Kie­ran kiw­nął głową. Matka speł­niła prośbę bez słowa skargi. W mil­cze­niu odsu­nęła kilka czę­ściowo wypeł­nio­nych pudeł przy­go­to­wa­nych do prze­pro­wadzki, po czym usia­dła na kana­pie z mężem i wnuczką. Mieli przed sobą miły wie­czór w restau­ra­cji, a ona musiała się opie­ko­wać Audrey i Bria­nem. Kie­ran i Mia popa­trzyli na sie­bie w holu, czu­jąc wyrzuty sumie­nia. Nie­śpiesz­nie wło­żyli buty i odszu­kali komórki. Po chwili Verity wstała z kanapy i otwo­rzyła drzwi fron­towe. Prze­wró­ciła oczami, gdy wresz­cie wyszli na zewnątrz i poczuli chłodny powiew wie­czor­nego powie­trza.

Na stole zabrzę­czała komórka Asha, który zer­k­nął na ekran.

- Sean już idzie. Musiał coś napra­wić na łodzi.

- Coś poważ­nego?

- Praw­do­po­dob­nie nie, chyba jest po pro­stu zmę­czony. - Ash wypił łyk piwa. - Nawet Liv mówiła...

- Co mówi­łam? - Przy sto­liku poja­wiła się kel­nerka z note­sem i dłu­go­pi­sem w ręku. Była ubrana w cha­rak­te­ry­styczną poma­rań­czową koszulkę i spód­nicę, strój per­so­nelu Fal Przy­boju. Nie zwró­ciła uwagi na odpo­wiedź Asha i obe­szła sto­lik. - O mój Boże, Mia, cześć!

Oli­via Birch wycią­gnęła ręce w stronę Mii, która wstała, by się z nią przy­wi­tać. Dwie kobiety się uści­snęły, po czym nieco odsu­nęły, by sobie przyj­rzeć.

Kie­ra­nowi zawsze impo­no­wała uroda Oli­vii. Nawet dzie­sięć lat po ukoń­cze­niu szkoły śred­niej, w jaskra­wo­po­ma­rań­czo­wym stroju, z buj­nymi kędzie­rza­wymi wło­sami potar­ga­nymi w poło­wie zmiany, była naj­pięk­niej­szą kobietą w lokalu.

- Cześć, Kie­ran! - powie­działa nad ramie­niem Mii.

- Miło cię widzieć, Liv.

Wyda­wało się, że Oli­via zamie­rza coś dodać, ale cof­nęła się i otwo­rzyła notes.

- Drinki?

- Liv, dzięki za śpioszki, które przy­sła­łaś Audrey - rze­kła Mia, gdy Oli­via wró­ciła z tacą. - Mam jej zdję­cie...

Wyjęła komórkę. Oli­via posta­wiła tacę na stole i zer­k­nęła na wyświe­tloną foto­gra­fię.

- Boże, śliczne maleń­stwo! Gdzie teraz jest? Z Verity?

- Tak - odparła Mia. - Przy­je­cha­li­śmy na tydzień. Przyj­dziemy z nią do Fal Przy­boju.

- Świet­nie. Może­cie też w każ­dej chwili wpaść do mnie. Miesz­kam tuż obok was.

- Zga­dza się - powie­dział Ash. - Spo­tka­li­śmy wcze­śniej twoją współ­lo­ka­torkę.

- Bronte?

Oli­via zer­k­nęła na prze­ciwną stronę sali i Kie­ran po raz pierw­szy zauwa­żył dziew­czynę z plaży, teraz rów­nież ubraną w poma­rań­czową koszulkę i spód­nicę. Była młod­sza, niż począt­kowo myślał, miała zale­d­wie dwa­dzie­ścia jeden lat, może dwa­dzie­ścia dwa. Niska, z ładną krą­głą buzią i sze­roko roz­sta­wio­nymi oczami, co spra­wiało, że dziw­nie przy­po­mi­nała lalkę. Miała włosy zwią­zane w kucyk i Kie­ran zauwa­żył, że cho­ciaż na plaży wyda­wały się ciem­no­blond, tak naprawdę skła­dały się z fine­zyj­nych jasnych pase­mek czę­sto widy­wa­nych na uli­cach Syd­ney, lecz wyglą­da­ją­cych nieco egzo­tycz­nie w Eve­lyn Bay.

Bronte nio­sła kie­li­szek wina do sto­lika w rogu sali. Sie­dział przy nim samotny męż­czy­zna wpa­trzony w ekran lap­topa. Sta­wia­jąc kie­li­szek na kar­to­no­wej pod­stawce, powie­działa coś nie­moż­li­wego do usły­sze­nia, a męż­czy­zna mimo woli się uśmiech­nął. Wypro­sto­wał się, prze­cią­gnął i wypił duży łyk wina. Zro­bił teatral­nie sfru­stro­waną minę, udał, że wylewa resztę na kla­wia­turę, i oboje się roze­śmieli. Odwró­ciła się, po czym męż­czy­zna ostroż­nie posta­wił kie­li­szek na stole i popa­trzył nad lap­to­pem na Bronte idącą mię­dzy sto­likami.

- Nie pocho­dzi z Eve­lyn Bay, prawda? - spy­tał Kie­ran.

- Nie. - Oli­via pokrę­ciła głową. - Przy­jeż­dża na lato.

Bronte mogła coś usły­szeć. Zer­k­nęła na Oli­vię, a następ­nie na Kie­rana i Mię. Uśmiech­nęła się, pozna­jąc ich, po czym dała znak, żeby zacze­kali. Znik­nęła za waha­dło­wymi drzwiami z tabliczką "Tylko dla per­so­nelu" i po kilku sekun­dach wyszła, nio­sąc odra­pane tek­tu­rowe pudełko z napi­sem "Rze­czy zna­le­zione" naba­zgra­nym na boku.

- Nie będzie iden­tyczny, wiem - powie­działa, pod­cho­dząc do sto­lika. - Ale oszczę­dzi to wam kupo­wa­nia następ­nego.

Podała pudełko Mii. Kie­ran zoba­czył w środku dzie­siątki kape­lu­szy prze­ciw­sło­necz­nych róż­nych roz­mia­rów i kolo­rów. Cześć była zupeł­nie nowa.

- Przy­no­szono do nas pięć zapo­dzia­nych kape­lu­szy dzien­nie, więc jeśli znaj­dzie­cie odpo­wied­nie nakry­cie głowy dla córeczki, może­cie je wziąć. - Wyjęła mały żółty kape­lu­sik w kwiatki mający jesz­cze metkę ze sklepu. - Nikt teraz nie szuka zgub.

- Bar­dzo dzię­kuję - powie­działa Mia. Przed­sta­wiła Bronte Kie­rana i zaczęła prze­glą­dać zawar­tość pudełka. - To bar­dzo miło z two­jej strony.

- Wyrzuty sumie­nia. - Ash uśmiech­nął się sze­roko i wypił łyk piwa. - Prawda, Bronte? Pró­bu­jesz się zre­ha­bi­li­to­wać po tym, jak nas zawio­dłaś?

- Spa­daj! Woda była lodo­wata. - Chłodne spoj­rze­nie Oli­vii spra­wiło, że Bronte prze­stała się śmiać. Pokrótce stre­ściła całą histo­rię. Cho­dziła po plaży, w pobliżu byli Mia i Kie­ran, póź­niej przy­szedł Ash i zoba­czyła kape­lu­sik w kwiatki nie­siony przez wiatr. Opis incy­dentu zabrzmiał tro­chę dziw­nie.

- Ach... - wes­tchnęła Oli­via, gdy Bronte skoń­czyła. Dziew­czyna zaczerp­nęła tchu i popa­trzyła na Kie­rana.

- Verity to twoja matka? Jest bar­dzo miła. Przed kil­koma tygo­dniami porząd­ko­wała szopę i dała mi tro­chę mie­dzia­nego drutu, z któ­rego robię nie­wiel­kie rzeźby. Poma­ga­łam jej i pozwo­liła mi wziąć kilka uży­tecz­nych dro­bia­zgów.

- Jesteś rzeź­biarką? - spy­tał.

- Tro­chę. No cóż... - Bronte umil­kła, widząc ruch Oli­vii opar­tej o krze­sło Asha. - Stu­diuję sztuki piękne na uni­wer­sy­te­cie w Can­be­rze.

- Super. Czym się zaj­mu­jesz?

- Róż­nie. Jesz­cze nie wybra­łam spe­cja­li­za­cji. W tym seme­strze posta­no­wi­łam wyko­nać serię pro­jek­tów zwią­za­nych z wybrze­żem i szu­kam inspi­ra­cji w Eve­lyn Bay. - Wyko­nała zama­szy­sty gest.

Nawet Kie­ran zauwa­żył błysk w oczach Oli­vii. Bronte zamru­gała, nagle zawsty­dzona. Ura­to­wał ją okrzyk dobie­ga­jący z okienka do wyda­wa­nia potraw i czym prę­dzej ode­szła, nie kry­jąc ulgi.

Oli­via zer­k­nęła ostro na Asha, reagu­jąc na coś, czego Kie­ran nie zauwa­żył.

- No co? - rzu­ciła.

Ash uniósł wzrok.

- Nic.

- Nie odzy­wa­łam się do niej.

- Wcale tego nie powie­dzia­łem, Liv.

Oli­via mil­czała. Ash wycią­gnął rękę i objął ją.

- Daj spo­kój. Czy to naprawdę ważne? - Szcze­rzył zęby, aż w końcu odwza­jem­niła jego uśmiech. - Nie nakrę­caj się.

- Tak, wiem. - Wzru­szyła ramio­nami, nieco zmie­szana. Odwró­ciła się w stronę Kie­rana i Mii. - Bronte to tylko stu­dentka, tak samo jak ja. Może mówić, co chce. Jest taką samą artystką jak ja urba­nistką. Oczy­wi­ście nie stu­diuję już archi­tek­tury. Moim zda­niem nie należy opo­wia­dać rze­czy nie­zgod­nych z prawdą. Uwa­żam to za nie­uczciwe.

Mia ski­nęła głową ze współ­czu­ciem. Poło­żyła na stole dwa dzie­cięce kape­lu­siki i odsu­nęła pudło.

- Nie ma tu pracy lepiej pasu­ją­cej do two­ich kwa­li­fi­ka­cji, Liv?

- Nie za bar­dzo. W fir­mie w Mel­bo­urne spe­cja­li­zo­wa­łam się w regu­la­cjach praw­nych i pozwo­le­niach na budowę zwią­za­nych z budyn­kami powy­żej dwu­na­stu kon­dy­gna­cji. W tej oko­licy zapo­trze­bo­wa­nie na takich spe­cja­li­stów jest prak­tycz­nie zerowe...

Kie­ran pomy­ślał, że Oli­via ma rację. Naj­wyż­szym budyn­kiem w Eve­lyn Bay była dawna rezy­den­cja kapi­tana portu w kolo­nial­nej czę­ści mia­sta. Dwu­kon­dy­gna­cyjny gmach z pia­skowca, wpi­sany do reje­stru zabyt­ków, obec­nie sie­dziba pen­sjo­natu.

- Wie­dzia­łam, że tak to się skoń­czy - cią­gnęła Oli­via. - Kiedy zda­łam sobie sprawę, że będę musiała wró­cić do Eve­lyn Bay, zapi­sa­łam się na stu­dia magi­ster­skie pro­wa­dzone w inter­ne­cie. To przy­naj­mniej coś. Sta­ra­łam się nie tra­cić kon­taktu z branżą, nie­za­leż­nie od tego, co z tego wynika.

Nie mówiła opty­mi­stycz­nym tonem.

- Jak się miewa twoja mama? - spy­tała Mia.

Oli­via wzru­szyła ramio­nami.

- Dobrze. Nic jej nie jest. Cie­szy się z mojego powrotu. Wola­łaby, żebym z nią zamiesz­kała, ale to wyklu­czone. Zwa­rio­wa­ła­bym po pię­ciu minu­tach. Cho­ciaż... - Widzieli Bronte wycie­ra­jącą sto­liki na tara­sie. Jej włosy roz­wie­wał wiatr. Oli­via uśmiech­nęła się i pró­bo­wała zażar­to­wać. - Wpa­dła­bym z desz­czu pod rynnę.

Mia się roze­śmiała.

- Bronte naprawdę jest taka kosz­marna?

- Nie, muszę jej to przy­znać. Jest po pro­stu... - Oli­via patrzyła na dwóch mło­dych męż­czyzn, któ­rzy dygo­tali z zimna w koszul­kach z krót­kimi ręka­wami i usi­ło­wali pro­wa­dzić towa­rzy­ską roz­mowę. Bronte uśmiech­nęła się, wzru­szyła ramio­nami i dalej wycie­rała sto­liki. - Po pro­stu nie­doj­rzała. Nie miała poję­cia, że trzeba zama­wiać odbiór dużych ilo­ści śmieci. Wyrzu­cała obok pojem­ni­ków odpady zwią­zane ze swo­imi pro­jek­tami arty­stycz­nymi i wie­rzyła, że po pro­stu znikną. Wygląda na to, że...

Urwała, gdy Ash dotknął dło­nią jej talii.

- Wkrótce i tak wyje­dzie, prawda? - rzekł. - Kiedy to nastąpi? Za trzy tygo­dnie?

- Za dwa tygo­dnie i pięć dni.

- Widzisz? Pamię­taj o tym pięk­nym dniu. - Uśmiech­nął się sze­roko. - Nim się zorien­tu­jesz, znowu zaczniesz cho­dzić nago po domu. Będziesz to uwiel­biać.

- Mam już ser­decz­nie dość zmu­sza­nia jej do pła­ce­nia rachun­ków. Och... - Oli­via spoj­rzała w stronę czę­ści jadal­nej. - Muszę się zająć gośćmi.

Chłopcy w koszul­kach z krót­kimi ręka­wami mieli zsi­niałe ramiona. Ska­pi­tu­lo­wali i weszli do restau­ra­cji, by zapła­cić rachu­nek. Kie­ran patrzył z zain­te­re­so­wa­niem, jak Ash obser­wuje Oli­vię idącą w stronę kasy. Nie wie­dział, że Ash i Oli­via są parą. Ni­gdy nie wyobra­żał ich sobie razem. Ash z pew­no­ścią tak. Byłby zdzi­wiony, gdyby więk­szość mło­dych męż­czyzn z Eve­lyn Bay nie marzyła kie­dyś o roman­sie z Liv Birch.

Kie­ran się­gnął po piwo i nagle poczuł, że ktoś go obser­wuje. Rozej­rzał się ukrad­kiem po sali, nie poru­sza­jąc głową. Dopiero po chwili zro­zu­miał, kto na niego patrzy. Poczuł ucisk w dołku.

Chło­pak - w tej chwili już męż­czy­zna - stał w kuchni przy okienku do wyda­wa­nia potraw. Był bar­czy­sty, ubrany w popla­miony tłusz­czem far­tuch; kiedy Kie­ran zoba­czył jego minę, poczuł, że wolałby być gdzie indziej.

Wie­dział, że chło­pak ma dzie­więt­na­ście lat, choć wyglą­dał na dwa­dzie­ścia pięć. Nosił pla­kietkę z nazwi­skiem, nie­czy­tel­nym z tej odle­gło­ści, lecz Kie­ran dosko­nale go znał. Liam Gil­roy.

Ode­tchnął kilka razy, po czym zmu­sił się, by spoj­rzeć mu w oczy. Liam natych­miast udał, że go nie widzi, i odwró­cił się z powro­tem w stronę grilla. Kie­ran cze­kał na przy­pływ ulgi, ale jej nie poczuł. Zda­wał sobie sprawę, że nie doj­dzie do awan­tury, ni­gdy nie docho­dziło, lecz sala nagle stała się duszna. Spraw­dził, czy Mia zauwa­żyła wymianę spoj­rzeń, lecz sta­rała się wyrwać luźną nitkę z jed­nego z kape­lu­si­ków, nie pru­jąc szwu. Wstał tro­chę za szybko i nogi krze­sła zapisz­czały na pod­ło­dze.

- Za chwilę wrócę.

Ash i Mia natych­miast spoj­rzeli na Kie­rana i w ich oczach poja­wiła się prośba, by nie zosta­wiał ich samych. Wie­dział, że tole­rują się w więk­szym towa­rzy­stwie, ale z tru­dem pro­wa­dzą banalne roz­mowy sam na sam. Nie miał jed­nak wyboru.

Pozo­sta­wił ich uśmie­cha­ją­cych się z napię­ciem i poszedł pro­sto do toa­lety. Zatrzy­mał się w cichym, pustym pomiesz­cze­niu. Lustra nad umy­wal­kami miały zacieki i w ostrym świe­tle wyglą­dał na tro­chę star­szego niż trzy­dzie­ści lat. Ostat­nio był nie­ustan­nie zmę­czony. Po naro­dzi­nach Audrey stale nie dosy­piał - był to bru­talny wstrząs. Powoli umył ręce, zasta­na­wia­jąc się, czy może wyjść z Mią przed przy­by­ciem Seana. Praw­do­po­dob­nie. Dobrze znał Seana i wie­dział, że się nie obrazi. To jed­nak nie było w stylu Kie­rana.

Mia tak naprawdę tego nie rozu­miała.

- Męskie przy­jaź­nie są bar­dzo dziwne, pra­wie nie utrzy­mu­je­cie ze sobą kon­tak­tów - powie­działa, gdy pako­wali się przed przy­jaz­dem do Eve­lyn Bay.

- Ow­szem, kon­tak­tu­jemy się. Spo­ty­kam się z kum­plami w cza­sie każ­dej wizyty.

- Ale poza tym nie macie żad­nego kon­taktu. Pra­wie ze sobą nie roz­ma­wia­cie.

Była to prawda. Kie­ran dowie­dział się, że Ash i Oli­via są razem, za pośred­nic­twem Mii, która uzy­skała tę infor­ma­cję od Oli­vii w jed­nym z mejli wymie­nia­nych trzy razy do roku.

- Chyba tak - odparł. - Mimo to jakoś to działa.

I rze­czy­wi­ście, wszystko jakoś dzia­łało. Kie­ran ni­gdy się tym nie przej­mo­wał. Czę­ściowo dla­tego, że kiedy spo­ty­kali się we troje, zacho­wy­wali się tak samo jak zawsze. Ale przede wszyst­kim dla­tego, że gdyby mieli się pokłó­cić, zro­bi­liby to przed dwu­na­stu laty. Zakrę­cił kurek i prze­stał patrzeć na swoje odbi­cie. Skoro zdo­łali prze­rwać mroczny okres poczu­cia winy i roz­li­czeń, z pew­no­ścią wytrzy­mają kilka lat kon­tak­tów za pomocą spo­ra­dycz­nych ese­me­sów.

Wytarł dło­nie i zer­k­nął na komórkę. Nie mógł prze­dłu­żać w nie­skoń­czo­ność pobytu w łazience, więc w końcu otwo­rzył drzwi. Kiedy wszedł do cia­snego przed­sionka oddzie­la­ją­cego toa­letę od sali jadal­nej, usły­szał zna­jomy głos dobie­ga­jący z kuchni.

Zagłu­szał go war­kot wyciągu, ale słowa były na tyle wyraźne, że Kie­ran się zatrzy­mał. Stał w kom­plet­nym bez­ru­chu, czu­jąc dzięki instynk­towi dosko­na­lo­nemu w ciągu wielu lat, że to o nim mowa.

- Gdyby to ode mnie zale­żało, zabro­nił­bym go tu wpusz­czać. - Liam wyda­wał się wście­kły.

Grzeczny dziew­częcy śmiech.

- Cóż, mam wra­że­nie, że nie my o tym decy­du­jemy. - Poznał głos Bronte. - Ale wydaje się miły.

- Skąd możesz wie­dzieć?

Kel­nerka wyda­wała się zdzi­wiona.

- Nie wiem, po pro­stu...

- W ogóle go nie znasz.

- Nie. Ja tylko...

- Co takiego?

- Nie rozu­miem, dla­czego się nad nim znę­casz, to wszystko.

- Nie rozu­miesz?

Kie­ran zdał sobie sprawę, że odru­chowo wstrzy­muje oddech. Wypu­ścił powie­trze. Następne słowa nie będą nie­spo­dzianką.

- Mor­derca zasłu­guje na karę - rzekł twardo Liam.

Rozdział 3

Na szczę­ście - a może nieszczę­ście - Sean sie­dział przy sto­liku, gdy Kie­ran wró­cił do jasno oświe­tlo­nej sali. W prze­ciw­nym wypadku chwy­ciłby Mię za rękę, poże­gnał się szybko z Ashem i wyszedł. W dal­szym ciągu się zasta­na­wiał, czy tego nie zro­bić, ale Sean wstał i powi­tał go z sze­ro­kim, leni­wym uśmie­chem.

- Miło cię widzieć, stary. Prze­pra­szam za spóź­nie­nie, wiesz, jak to jest po sezo­nie. - Wysu­nął krze­sło i Kie­ran po chwili waha­nia usiadł. - Cie­szę się, że przy­szli­ście. Myśla­łem, że o tej porze mło­dzi rodzice sie­dzą w domach.

- Tak. - Czuł, że Mia uważ­nie go obser­wuje, i odchrząk­nął. Usi­ło­wał mówić nor­mal­nym gło­sem, lecz nie mógł sobie przy­po­mnieć jego brzmie­nia. - Cóż, zwy­kle wra­camy do sie­bie, ale...

- Niech zgadnę. Zmu­sił was do przyj­ścia Ash. - Sean poro­zu­mie­waw­czo ski­nął głową i uniósł dłoń. - Nie musisz mówić nic wię­cej.

Tym razem uśmiech Kie­rana był szczery.

- Chcie­li­śmy się z tobą zoba­czyć, stary.

Mówił poważ­nie. Przy­jaź­nili się od wie­ków. Znał Seana od uro­dze­nia. Ist­niały foto­gra­fie przed­sta­wia­jące ich jako małych chłop­ców na przy­ję­ciach uro­dzi­no­wych; naj­wcze­śniej­szym wspo­mnie­niem Kie­rana była wspólna zabawa na plaży: rodzice gawę­dzili, a oni kopali dołki w pia­sku i oble­wali się wodą.

Sean, w dzie­ciń­stwie cichy, chudy chło­piec mający w sobie coś z hipisa, wyrósł na poważ­nego, smu­kłego mło­dego czło­wieka, który trosz­czył się o śro­do­wi­sko i naj­le­piej czuł się na morzu, gdy obser­wo­wał hory­zont z łagod­nie koły­szą­cego się jachtu. Miał kró­ciut­kie włosy, które bły­ska­wicz­nie wysy­chały; zawsze wyglą­dał, jakby przed chwilą wyszedł z wody i narzu­cił pierw­sze lep­sze ubra­nie.

Nie był takim samym czło­wie­kiem jak przed sztor­mem, ale od tam­tego czasu wszy­scy się zmie­nili: Mia, Ash, Oli­via, matka Oli­vii, rodzice Kie­rana, Liam. I oczy­wi­ście on sam. Żadne z nich nie prze­żyło sztormu bez szwanku.

Zer­k­nął na okno, gdzie wyda­wano zamó­wie­nia. Przy­naj­mniej nie widział już Liama. Usiadł wygod­niej na krze­śle i pró­bo­wał się odprę­żyć.

- Hej, nikogo do niczego nie zmu­sza­łem - powie­dział Ash. - Czuję się ura­żony w imie­niu Kie­rana. On i Mia przy­szli z wła­snej woli.

Kiedy Ash skoń­czył mówić, spoj­rzał na Bronte sto­jącą w pobliżu baru i dał jej znak, by przy­nio­sła następną kolejkę drin­ków. Unio­sła kciuk i mru­gnęła. Zer­k­nęła na Kie­rana, który usi­ło­wał oce­nić jej reak­cję na roz­mowę z Lia­mem w kuchni. Co czuje? Cie­ka­wość? Pogardę? Odwró­ciła wzrok, nim zdą­żył się zorien­to­wać.

- Posłu­chaj, wcale nie twier­dzę, że ich zmu­si­łeś. - Sean w dal­szym ciągu się uśmie­chał, patrząc na Asha. - Po pro­stu wola róż­nych ludzi dziw­nie czę­sto pokrywa się z two­imi pra­gnie­niami, stary. - Uśmiech­nął się sze­roko do Kie­rana, który sta­rał się sku­pić. - U mnie w domu jest to samo.

Kie­ran nie miał poję­cia, co odpo­wie­dzieć, i poczuł ulgę, gdy do roz­mowy włą­czyła się Mia.

- Gdzie miesz­ka­cie w tej chwili? - spy­tała. - Cią­gle koło przy­stani?

Ash ski­nął głową.

- Tak, w tym samym miej­scu. Trzeba było wyko­nać nie­wielki remont, ale mamy bli­sko do pracy.

Kie­ran wyobra­ził sobie obszerny dom na plaży, który Ash i Sean dzie­lili co naj­mniej od sze­ściu lat. Zawsze był tro­chę pod­nisz­czony, ale wyglą­dał znacz­nie lepiej niż mały, rów­nież zruj­no­wany budy­nek, w któ­rym miesz­kali wcze­śniej.

Mia popa­trzyła na Seana.

- Jak idą inte­resy? Widzie­li­śmy was wcze­śniej. A przy­naj­mniej łódź.

Kiedy tego popo­łu­dnia Ash zosta­wił ich na plaży, Kie­ran i Mia popa­trzyli na sie­bie, a póź­niej na dom rodzi­ców, w któ­rym cze­kały stosy pudeł.

- Chyba powin­ni­śmy wra­cać - powie­działa Mia.

Kie­ran zer­k­nął na Audrey.

- Albo poka­zać małej Eve­lyn Bay. Jest tu pierw­szy raz.

- Co masz na myśli?

- Plat­formę wido­kową.

Wzru­szyła ramio­nami.

- Ty decy­duj. Będziesz musiał wnieść ją ścieżką na klif.

- Nie ma pro­blemu. - Wło­żył koszulkę z krót­kimi ręka­wami, otrze­pał z pia­sku nosi­dełko i umie­ścił je na piersi. - Dam sobie radę.

Wspi­naczka wydep­taną, krętą ścieżką oka­zała się bar­dzo trudna z dodat­ko­wym cię­ża­rem. W poło­wie drogi minęli tylną bramę miej­skiego cmen­ta­rza. Póź­niej ścieżka stała się węż­sza i bar­dziej stroma. Kie­ran ucie­szył się, kiedy dotarli do szczytu. Pamię­tał, że przed dwu­na­stu laty w daw­nym punk­cie obser­wa­cyj­nym wie­lo­ryb­ni­ków stała tablica ostrze­ga­jąca przed cho­dze­niem po kli­fach, ale wszy­scy ją igno­ro­wali.

Teraz znaj­do­wała się tam plat­forma wido­kowa z desek, oto­czona dru­cianą siatką oraz grubą drew­nianą porę­czą się­ga­jącą pasa. Ilu­stro­wane tablice z lami­natu zawie­rały infor­ma­cje o tra­sach migra­cji wie­lo­ry­bów oraz miej­scach gniaz­do­wa­nia rybitw zło­to­dzio­bych; duża tablica ostrze­gała, że cho­dze­nie po kli­fach grozi grzywną w wyso­ko­ści pię­ciu­set dola­rów austra­lij­skich na pod­sta­wie prze­pi­sów wyda­nych przez radę miej­ską Eve­lyn Bay (sek­cja D, poprawka 16.1).

Plat­forma była pusta. Kie­ran i Mia usie­dli na ławce, która rów­nież poja­wiła się w ostat­nich latach. Spo­glą­dali na ocean, ich włosy roz­wie­wał wiatr. Woda, w sło­neczne dni lśniąca tysią­cem kolo­rów, była tego popo­łu­dnia sza­ro­zie­lona i miała matowy odcień. Za ska­łami łagod­nie koły­sał się zako­twi­czony kata­ma­ran Seana, Błę­kitny Nauti­lus.

- Nur­kuje? - spy­tała Mia, patrząc na pokład.

- Na to wygląda. - Widział biało-nie­bie­ską flagę trze­po­czącą na wie­trze. Ozna­czała, że ktoś prze­bywa pod wodą.

Kie­ran roz­glą­dał się, szu­ka­jąc oczami ciem­nego kom­bi­ne­zonu płe­two­nurka, głowy uno­szą­cej się wśród fal, ale powierzch­nia morza była gładka. Nie spo­dzie­wał się zoba­czyć Seana. Wrak zato­pio­nej Mary Mine­rvy spo­czy­wał na głę­bo­ko­ści trzy­dzie­stu pię­ciu metrów. Jego pene­tra­cja mogła tro­chę potrwać.

Na jed­nej ze skał stał pomnik ku czci pięć­dzie­się­ciu czte­rech pasa­że­rów i człon­ków załogi statku, któ­rzy stra­cili życie prze­szło sto lat wcze­śniej. Usta­wiono go naprze­ciwko miej­sca kata­strofy.

Pomnik powi­nien być widoczny z lądu i morza przy każ­dej pogo­dzie, ale kiedy Kie­ran na niego patrzył, zawsze myślał z gory­czą, że to nie­prawda. Nie dało się go zoba­czyć przy każ­dej pogo­dzie. Mimo to ludzie zda­wali się go lubić. Więk­szo­ści kata­strof mor­skich nie hono­ro­wano w ten spo­sób. Morze ota­cza­jące Tasma­nię pochło­nęło ponad tysiąc stat­ków, ich rdze­wie­jące kadłuby spo­czy­wały na dnie, czy­niąc oko­lice wyspy pod­wod­nym cmen­ta­rzy­skiem.

- Inte­resy idą nie­źle, dzię­kuję - mówił Sean, pod­no­sząc głos w gwa­rze panu­ją­cym w Falach Przy­boju. - Mie­li­śmy w lecie najazd tury­stów, co zawsze pomaga. Mimo to się cie­szę, że sezon już się skoń­czył.

- Pora na płe­two­nur­ków? - spy­tał Kie­ran.

- Tak. - Sean się uśmiech­nął. - Pierw­sza rezer­wa­cja jest za dwa tygo­dnie. Przy­la­tuje grupa z Nor­we­gii.

- Jesteś gotowy?

- Pra­wie.

Kie­ran wie­dział, że począ­tek jesieni to dla Seana pra­co­wita pora roku. W lecie, żeby zaro­bić tro­chę pie­nię­dzy, zabie­rał tury­stów na wyprawy węd­kar­skie, orga­ni­zo­wał szkółki pły­wa­nia z rurką odde­chową albo kursy nur­ko­wa­nia płyt­ko­wod­nego. Po zakoń­cze­niu lata, gdy zni­kały wodo­ro­sty utrud­nia­jące widocz­ność, z całego świata przy­la­ty­wali pro­fe­sjo­nalni miło­śnicy nur­ko­wa­nia, by wyko­rzy­stać kilka krót­kich mie­sięcy naj­lep­szych warun­ków. W tym okre­sie Sean robił to, co lubił naj­bar­dziej - zaj­mo­wał się nur­ko­wa­niem głę­bo­ko­wod­nym.

Mary Mine­rva była jed­nym w nie­licz­nych dostęp­nych wra­ków w wodach ota­cza­ją­cych Tasma­nię, ale mogli ją pene­tro­wać tylko wyszko­leni płe­two­nur­ko­wie. Nie chcieli scho­dzić pod wodę w kiep­skich warun­kach, więc mieli do dys­po­zy­cji krótki czas. W lipcu, w zimie panu­ją­cej na pół­kuli połu­dnio­wej, warunki sta­wały się tak nie­bez­pieczne, że dotar­cie do wraku sta­wało się nie­moż­liwe i Mary Mine­rva spo­czy­wała w spo­koju i samot­no­ści przez następny rok.

- Pla­nuję wejść tej jesieni tro­chę głę­biej, zacho­wu­jąc ści­słe pro­ce­dury bez­pie­czeń­stwa - mówił Sean. - Nor­we­go­wie chcą się dostać do maszy­nowni, ale nie wiem, czy się uda. Nie podoba mi się gródź od strony pół­noc­nej. Muszę dokład­nie jej się przyj­rzeć, a wygląda na to, że dobra latarka wypa­dła za burtę.

- Poży­czy­łem ją dziew­czy­nom. - Ash nie ode­rwał oczu od komórki.

- Żółtą latarkę? Wodosz­czelną?

- Tak. Prze­pra­szam, myśla­łem, że o tym wspo­mi­na­łem.

Sean zamru­gał.

- Szu­kam jej od tygo­dni, stary! Zamie­rza­łem kupić nową.

Ash roze­śmiał się na widok miny Seana.

- Daj spo­kój, przy­po­mnij sobie! Na pewno o tym mówi­łem. Potrze­bo­wały dobrej latarki, miały tylko jakieś maleń­stwo zupeł­nie do niczego.

- Ta latarka sporo kosz­to­wała. - Sean w dal­szym ciągu wyda­wał się ziry­to­wany. - I nie należy jej uży­wać na lądzie, bo żarówka może się prze­grzać. Hej, Liv, potrze­bu­je­cie jesz­cze mojej żół­tej latarki? - zwró­cił się do Oli­vii, która przy­nio­sła tacę z drin­kami.

- Och, chyba tak. - Posta­wiła drinki na stole i wsu­nęła tacę pod pachę. - To nie ja o nią pro­si­łam, tylko Bronte.

Sean zmarsz­czył brwi.

- Po co?

Oli­via się zawa­hała. Bronte usta­wiała kie­liszki przy barze, poza zasię­giem słu­chu.

- Wyda­wało jej się, że przez dwie noce sły­szała coś z tyłu domu.

- Naprawdę? - Mia unio­sła brwi. - Na ścieżce na plażę?

- Tak - odparła Oli­via. - Jeśli współ­lo­ka­torka mówi coś takiego, trzeba to trak­to­wać poważ­nie, ale... - Oparła się o sto­lik, z roz­tar­gnie­niem doty­ka­jąc kciu­kiem łań­cuszka wiszą­cego na szyi. - Oczy­wi­ście nie twier­dzę, że cze­goś nie sły­szała. Miesz­kam tu od dwóch lat i nic się ni­gdy nie wyda­rzyło. Nawet w lecie, gdy na plaży roi się od tury­stów. - Popa­trzyła na Asha. - Ty też niczego nie sły­sza­łeś, kiedy noco­wa­łeś w domu?

Ash pokrę­cił głową.

- Rozej­rza­łem się na wszelki wypa­dek. Może to jakiś tury­sta, ale nie zauwa­ży­łem niczego podej­rza­nego. Szopa jest zawsze otwarta, nic nie zgi­nęło. To pew­nie pies albo inne zwie­rzę.

Mia zmarsz­czyła brwi.

- Mimo to dostaję gęsiej skórki.

- Wiem - odparła Oli­via. - Przez jakiś czas ja też byłam zanie­po­ko­jona, ale okno pokoju Bronte wycho­dzi na morze i cza­sem trzesz­czy od wia­tru. Jeśli ktoś się nie wycho­wał w Eve­lyn Bay, może się dener­wo­wać.

Wszy­scy ski­nęli gło­wami. Oli­wia wzru­szyła ramio­nami i popa­trzyła na Seana.

- Tak czy ina­czej, przez ostat­nie dwa tygo­dnie nie skar­żyła się na hałasy, więc myślę... - Urwała i spoj­rzała na prze­cho­dzącą Bronte. - Potrze­bu­jesz jesz­cze żół­tej latarki Seana?

- Och... - Bronte przy­sta­nęła, tro­chę zaże­no­wana, że wszy­scy na nią patrzą. - Tak, potrze­buję.

- Na pewno dobrze działa? - spy­tał Sean. - Jeśli cię nie­po­koją hałasy na plaży, mógł­bym ci dać inną latarkę.

- Nie, wszystko w porządku, dzięki. Jest sprawna.

- Wiesz już, co to były za hałasy? - spy­tała ze zdzi­wie­niem Oli­via.

- Ja... - Bronte zer­k­nęła na Kie­rana i ich spoj­rze­nia się spo­tkały na tyle długo, że zauwa­żył wyraz jej oczu. Nie­wąt­pli­wie była tro­chę zmie­szana. Może cień współ­czu­cia? Nie byłoby w tym nic dziw­nego. Z kuchni dobiegł brzęk upusz­czo­nego ron­dla i Bronte zamru­gała. Popa­trzyła na Oli­vię.

- Och, jestem pewna, że nie było się czym przej­mo­wać. Nie­po­trzeb­nie się prze­stra­szy­łam.

Odwró­ciła się i ruszyła z powro­tem w stronę kuchni. Zauwa­żył, że Liam wychyla się z okienka do wyda­wa­nia potraw. Mruk­nął coś, gdy się zbli­żyła, i oboje zer­k­nęli na niego.

Kie­ran przy­po­mniał sobie słowa Liama nie­wy­raź­nie dobie­ga­jące z kuchni.

"Mor­derca zasłu­guje na karę".

Zapa­dło mil­cze­nie, sły­chać było tylko gniewny war­kot kli­ma­ty­za­tora. Kie­ran chciał odejść. "Wróć do stołu - pomy­ślał. - Wróć do Mii i Asha. Nie musisz tego słu­chać". Mimo to został. Liam i Bronte go nie widzieli.

- Prze­pra­szam, ojciec tej dziew­czynki kogoś zabił? - spy­tała w końcu Bronte.

"W jej gło­sie zabrzmiało powąt­pie­wa­nie - pomy­ślał. - Myli się, ale dobre i to".

- Tak. - Liam wyda­wał się ziry­to­wany. - Dwóch ludzi. Jeden z nich był moim ojcem.

- O cho­lera! Naprawdę?! - Wstrzą­śnięta Bronte mil­czała przez chwilę. - O mój Boże... Co się stało? Nie, prze­pra­szam, nie musisz...

- Wszystko w porządku. To zna­czy wcale nie w porządku. To się zda­rzyło przed dwu­na­stu laty.

- Bar­dzo mi przy­kro, Liam. - Wyda­wało się, że Bronte mówi szcze­rze. - Po pro­stu się zdzi­wi­łam. Wydaje się taki... nor­malny. Czy jego part­nerka wie?

- Oczy­wi­ście. Kiedy to się stało, cho­dziła do szkoły w Eve­lyn Bay. Zda­rzyło się to w cza­sie sztormu.

Kie­ran wyczuł, że Bronte jest zdez­o­rien­to­wana. Mil­czała.

- Posłu­chaj, to bez zna­cze­nia - cią­gnął Liam. - To był wielki sztorm, naj­gor­szy od osiem­dzie­się­ciu lat. Pamięta go każdy, kto tu miesz­kał, i wszy­scy wie­dzą, co zro­bił Kie­ran. Wszy­scy mogą ci powie­dzieć.

- A twój stryj?

- Sean? - spy­tał Liam. - Co masz na myśli?

- Myśla­łem, że Oli­via i Sean przy­szli wypić z nimi drinka, więc...

- O tak! - Liam twardo się roze­śmiał. - To przy­ja­ciele.

- Ale... - Bronte cią­gle była oszo­ło­miona - ...czy Sean i twój ojciec byli braćmi, czy tylko kuzy­nami?

- Mój ojciec był star­szym bra­tem Seana. - Kie­ran wyobra­żał sobie, jak Liam kręci głową. - Zdaje się, że Sean wyba­czył Kie­ranowi.

- Wow.

- Tak.

- Więc wszy­scy wie­dzą? - spy­tała Bronte.

- Więk­szość.

- Ale... - dłu­gie mil­cze­nie - ...dla­czego zacho­wują się, jakby nic się nie stało?

- Domy­ślam się, że z tego samego powodu co Sean. Współ­czują mu, choć nie powinni. - Liam mówił ponu­rym tonem. - A jed­nak współ­czują. Bo ten dureń zabił wła­snego brata.

Rozdział 4

W ciągu dnia Eve­lyn Bay wyda­wało się spo­kojne, ale teraz, póź­nym wie­czo­rem, gdy Kie­ran, Mia i Sean wyszli z restau­ra­cji, było kom­plet­nie puste. Sie­dzieli w Falach Przy­boju do zamknię­cia; Bronte sys­te­ma­tycz­nie wycie­rała sto­liki, kiedy pozo­stali klienci jeden po dru­gim opusz­czali lokal.

Punk­tu­al­nie o jede­na­stej kie­row­nik wytarł ręce w far­tuch, zapa­lił jaskrawe świa­tła na sufi­cie i wyłą­czył muzykę. Wyszedł z kuchni, pstryk­nął dłu­gimi pal­cami, wska­zu­jąc maga­zyn, po czym zawo­łał kogoś przez okienko do wyda­wa­nia potraw. Po chwili poja­wił się Liam, z nie­za­do­wo­loną miną nio­sąc mop i wia­dro. Opu­ścił głowę, zgar­bił się i wylał wodę na pod­łogę.

Kie­ran cze­kał przy kasie, by zapła­cić, i po chwili zdał sobie sprawę, że Liam celowo skie­ro­wał potok brud­nej wody w stronę jego nóg. Był to tak bez­radny gest, że zdzi­wiony Kie­ran zaczął mu współ­czuć. Nie pró­bo­wał nawet się prze­su­nąć, pozwo­lił wodzie z mydli­nami popły­nąć po kafel­kach i zebrać się wokół wła­snych butów. Chry­ste, jeśli Liam naprawdę pra­gnie spra­wić mu przy­krość, może na to pozwo­lić.

Sean obser­wo­wał cały incy­dent, patrząc sza­rymi oczami to na Liama, to na przy­ja­ciela. Po chwili wstał. Pod­szedł do bra­tanka, poło­żył mu dłoń na ramie­niu i powie­dział coś cichym, spo­koj­nym tonem. Liam w dal­szym ciągu zmy­wał pod­łogę, aż jego stryj wycią­gnął rękę i po pro­stu przy­trzy­mał mop. Sean był niż­szy i chud­szy od bar­czy­stego bra­tanka, lecz w tej chwili mło­dzie­niec wyda­wał się przy nim małym chłop­cem. Sean znowu się pochy­lił i spo­koj­nie coś powie­dział. W końcu bra­ta­nek kiw­nął głową. Sean się wypro­sto­wał i lekko pokle­pał Liama po ramie­niu.

- Dobrze.

Puścił kij i po chwili Liam znowu zaczął myć pod­łogę. Kie­ran widział kątem oka, że Bronte obser­wuje całą scenę, trzy­ma­jąc w ręku ście­reczkę.

Mia zatrzy­mała się przy drzwiach i uści­snęła Oli­vię na poże­gna­nie.

- Chcesz, żeby­śmy zacze­kali i odpro­wa­dzili cię do domu? - spy­tała. - To po dro­dze.

- Dzię­kuję, ale teraz w soboty nocuję u matki - odpo­wie­działa Oli­via. - W nie­dzielę rano ćwi­czymy razem jogę. Czuje się samotna w week­endy. - Odrzu­ciła z czoła nie­sforny kosmyk. - Wszystko w porządku. Ash zosta­nie do zamknię­cia, odwie­zie mnie do mamy. Ale spo­tkajmy się innego wie­czoru, kiedy będę miała wolne.

- Oczy­wi­ście - odparła Mia i poma­chała w stronę Bronte parą dzie­cię­cych kape­lu­si­ków. Kel­nerka wpa­try­wała się w kasę, marsz­cząc brwi. - Do widze­nia! Dzię­kuję za pre­zent!

- Och... - Bronte unio­sła wzrok, wyrwana z zamy­śle­nia. - Cie­szę się, że się przy­da­dzą. Cała przy­jem­ność po mojej stro­nie. - Jej uśmiech przy­bladł, po czym znowu spoj­rzała na kasę, jesz­cze bar­dziej marsz­cząc brwi.

Droga wyda­wała się ciemna w porów­na­niu z bla­skiem we wnę­trzu Fal Przy­boju. Kie­ran, Sean i Mia szli przez śpiące mia­steczko przy świe­tle nie­licz­nych latarni. Sły­szał szum fal i po kilku minu­tach znowu zoba­czyli morze; skle­pów i zakła­dów usłu­go­wych widziało się coraz mniej. Minęli sta­cję ben­zy­nową i nie­wielki komi­sa­riat poli­cji z czer­wo­nej cegły. Z przodu pło­nęły reflek­tory oświe­tla­jące przy­stań jach­tową.

- Liam się cie­bie cze­piał? - spy­tał Sean. - Jego zemsta ogra­ni­czyła się do wia­dra wody?

Kie­ran pokrę­cił głową.

- Nie zamie­ni­li­śmy ani słowa. - Była to prawda. Poczuł, jak Mia bie­rze go za rękę w ciem­no­ści.

- Zamie­rza­łem go uprze­dzić, że przyj­dziesz, ale mia­łem robotę zwią­zaną z wra­kiem. Cho­lera, może cie­bie też powi­nie­nem uprze­dzić?

- Nie­ważne. I tak prę­dzej czy póź­niej bym go spo­tkał. - Przy­stań była już bli­sko, białe łodzie lśniły w świe­tle reflek­to­rów. - Liam pra­cuje w Falach Przy­boju na pełny etat?

- Nie, doryw­czo w lecie. Przede wszyst­kim pomaga mi na łodzi.

- Rozu­miem.

- Nie wie­dział, co ze sobą zro­bić po ukoń­cze­niu szkoły. Tak czy ina­czej... - Sean zatrzy­mał się przed domem pla­żo­wym z jasno­brą­zo­wych desek.

Wszyst­kie okna były ciemne, ale kiedy otwo­rzył furtkę, zapa­lił się reflek­tor, który oświe­tlił lekko zapad­niętą werandę i nie­ska­zi­tel­nie utrzy­many ogród od frontu. Tablica przy­mo­co­wana do ogro­dze­nia rekla­mo­wała firmę Asha zaj­mu­jącą się pro­jek­to­wa­niem ogro­dów i poda­wała adres jej strony inter­ne­to­wej.

- Posłu­chaj, przy­kro mi z powodu Liama. - Sean zatrzy­mał się z dło­nią na furtce. - Poroz­ma­wiam z nim.

- Nie zawra­caj sobie głowy, stary. Sły­sza­łem, jak roz­ma­wiał z kel­nerką. Nawet się do mnie nie ode­zwał. Wszystko będzie dobrze.

Sean mil­czał. Prze­su­nął dło­nią po nie­ogo­lo­nym policzku w spo­sób, który suge­ro­wał, że zna bra­tanka lepiej niż Kie­ran. Wyda­wało się, że zamie­rza coś powie­dzieć, ale po chwili zmie­nił zda­nie. Wyjął komórkę.

- Pra­wie cały następny tydzień spę­dzę we wraku. - Spraw­dził pro­gnozę pogody. - Daj mi znać, jeśli zechcesz zejść na dno. Jutro warunki będą pra­wie ide­alne. Nie tak dobre jak w ponie­dzia­łek albo wto­rek, ale i tak świetne. Tak czy ina­czej, miło było was widzieć. - Uniósł dłoń w geście poże­gna­nia. - Jak powie­działa Liv, spo­tkamy się, gdy będzie miała wolne, dobrze?

Kie­ran i Mia patrzyli, jak wcho­dzi po drew­nia­nych scho­dach, otwiera drzwi i znika w domu, pobrzę­ku­jąc klu­czami. Kie­ran spoj­rzał na Mię. Był zmę­czony; nagle nie mógł sobie przy­po­mnieć, kiedy ostatni raz zostali sami. Praw­do­po­dob­nie przed trzema mie­sią­cami, ale odno­sił wra­że­nie, że minęło znacz­nie wię­cej czasu.

- Krótki spa­cer po plaży? - spy­tał.

Mia się uśmiech­nęła.

- Jasne.

Poszli, trzy­ma­jąc się za ręce, w stronę szu­mią­cego oce­anu i skrę­cili obok przy­stani. Na plaży pano­wał mrok. Kiedy dotarli do pia­sku, zdjęli buty i weszli do wody. Hory­zont był czarną linią, na nie­bie świe­ciły gwiazdy i księ­życ.

- Liam naprawdę nic wcze­śniej nie mówił? - spy­tała Mia.

- Nie. Roz­ma­wiał z Bronte. Sły­sza­łem ich w kuchni.

- Co powie­dział?

- A czego się spo­dzie­wasz?

Umil­kli, nie musieli mówić nic wię­cej. Poczuł ulgę. Zawsze uwiel­biał tę cechę Mii, od czasu gdy się spo­tkali - ści­śle bio­rąc: znowu - w hała­śli­wym barze stu­denc­kim w cen­trum Syd­ney.

Pił piwo i czuł się zmę­czony, jak zawsze w ciągu pierw­szych dwóch lat stu­diów. Zmę­czony nauką i przy­ja­ciółmi, któ­rzy w grun­cie rze­czy byli tylko zna­jo­mymi. Ran­kiem otwie­rał oczy, a wie­czo­rem je zamy­kał, ale zawsze towa­rzy­szyło temu znu­że­nie. Był zmę­czony życiem. W ciągu dnia poru­szał się jak śle­piec; miał wra­że­nie, że błą­dzi w gęstej mgle.

- Cóż, to typowe objawy - powie­dział rze­czowo lekarz z przy­chodni uni­wer­sy­tec­kiej, gdy Kie­ran musiał go odwie­dzić po kil­ka­krot­nym zaśnię­ciu na wykła­dach. - Mózg w końcu odma­wia posłu­szeń­stwa. Dość pospo­lite zja­wi­sko po trau­mie. Sen to jedyny spo­sób, by uciec przed sobą, prawda? - Kilka razy szczęk­nął zębami i zaczął się zasta­na­wiać. - Może warto znowu poroz­ma­wiać z psy­cho­te­ra­peutą? Świeże spoj­rze­nie ni­gdy nie zaszko­dzi.

Kie­ran wyszedł z kli­niki z dwoma nume­rami tele­fo­nów i z ocią­ga­niem skie­ro­wał się do baru, gdzie kilka dziew­czyn dało mu swoje numery. Tak naprawdę chciał iść do aka­de­mika i się prze­spać, ale były czy­jeś uro­dziny - nie pamię­tał czyje - a kole­dzy z roku mieli pre­ten­sje, że zawsze odrzuca zapro­sze­nia. Zamó­wił drinka i pił go bar­dzo powoli, uda­jąc, że to trzeci albo czwarty.

Po jakimś cza­sie zamie­rzał posta­wić pustą butelkę na ladzie i ulot­nić się bez poże­gna­nia. Nagle ktoś odłą­czył się od tłumu piąt­ko­wych gości i sta­nął przed nim.

- Kie­ran?

Zamru­gał, patrząc na dziew­czynę, która do niego pode­szła.

- Tak?

- Cześć! - Dotknęła swo­jego oboj­czyka. - Mia Sum.

Miała pro­stą, równą grzywkę i nosiła oku­lary, co nada­wało jej wygląd inte­lek­tu­alistki. Była ubrana w krótką czarną sukienkę. Póź­niej się dowie­dział, że uwa­żała ją za swój tali­zman. Myślał, że Mia trzyma wodę z lodem, lecz oka­zało się, że to zaska­ku­jąco smaczny kok­tajl z wódką jej pomy­słu, który po latach cią­gle nazy­wała Sza­leń­stwem Mii.

- Kie­dyś miesz­ka­łam w Eve­lyn Bay - dodała, gdy cią­gle jej nie pozna­wał w cha­osie panu­ją­cym w barze. Byłam... - zawa­hała się - ...przy­ja­ciółką Gabby.

Wymó­wiła to imię wyraź­nie, co wydało mu się cie­kawe. Więk­szość ludzi ści­szała głos, wypo­wia­da­jąc imię bied­nej, nie­ży­ją­cej Gabby Birch.

Nie miała ochoty roz­wi­jać tematu, ale nie musiała. Kie­ran już ją sobie przy­po­mniał. Z tru­dem uświa­do­mił sobie, że sto­jąca przed nim kobieta to nie­śmiała smar­kula, którą ledwo pamięta z daw­nych cza­sów.

Wie­dział, że to na pewno ona, bo w Eve­lyn Bay nie było wtedy żad­nych innych dziew­czyn o chiń­skich korze­niach, któ­rych ojco­wie pocho­dzili z Sin­ga­puru. Przy­po­mi­nał sobie, że Mia Sum, cztery lata młod­sza od niego, czę­sto mijała jego dom, idąc na lek­cje gry na pia­ni­nie. Ledwo ją koja­rzył, ale, jak wspo­mniała, była przy­ja­ciółką Gabby, a po sztor­mie wszy­scy znacz­nie lepiej pamię­tali fakty zwią­zane z Gabrielle Birch.

Wie­dział, że rodzice Mii prze­pro­wa­dzili się wraz z rodziną do Syd­ney, gdy uzy­skali zgodę poli­cji. Uwa­żał, że postą­pili słusz­nie.

W dal­szym ciągu na niego patrzyła. Na jej czole poja­wiła się nie­wielka zmarszczka.

- Nic ci nie jest, Kie­ran?

- Wszystko w porządku - odpo­wie­dział machi­nal­nie.

Potrą­cił ją ktoś usi­łu­jący dotrzeć do baru, ale się nie odsu­nęła.

- Chcesz stąd wyjść?

- Dokąd?

- Nie wiem. Po pro­stu w inne miej­sce.

Miał już dość baru i pro­po­zy­cja nagle wydała się kusząca.

- Dobrze - odpo­wie­dział.

Wyszli na dwór. W mie­ście było cie­pło. Szli przez jakiś czas, aż wresz­cie Mia wska­zała ławkę. Sie­dzieli na niej, oto­czeni śmie­ciami i zaschniętą trawą, słu­cha­jąc odgło­sów Syd­ney po zmroku. Uni­kali roz­mów o daw­nych cza­sach i zamiast tego mówili o innych rze­czach: życiu w wiel­kim mie­ście, stażu Kie­rana w kli­nice fizjo­te­ra­pii, w któ­rej praw­do­po­dob­nie dosta­nie pracę, jeśli uzy­ska dyplom, o dyplo­mie Mii z bio­lo­gii i nieco rasi­stow­skim kole­dze z labo­ra­to­rium, z któ­rym musi pra­co­wać do końca roku. W końcu prze­cią­gnęła się i zer­k­nęła na komórkę.

- Już późno - powie­działa. - Powin­nam wra­cać.

- Już? - Zer­k­nął na zega­rek i ze zdzi­wie­niem zauwa­żył godzinę.

- Tak. A poza tym... - Mia spoj­rzała na niego spod grzywki. - Przy­pusz­czal­nie jutro rano wcze­śnie wsta­jesz, prawda?

- Co masz na myśli?

- Nic. - Uśmiech­nęła się. - Wyglą­dasz na faceta, który w sobotę rano ciężko haruje na siłowni.

- Nie na siłowni - odparł, nim zdo­łał się powstrzy­mać. - Pły­wam w morzu.

Zamru­gała.

- Naprawdę? - Ton flirtu natych­miast znikł i na jej twa­rzy poja­wił się wyraz smut­nego zasko­cze­nia. Wypro­sto­wała się na ławce i poło­żyła cie­płą dłoń na jego ple­cach. - Ach, Kie­ran...

Sie­dział w tej chwili na plaży. Kilka lat póź­niej w Eve­lyn Bay wycią­gnął rękę nad pia­skiem i ujął jej dłoń. Zre­zy­gno­wała z grzywki i zaczęła nosić soczewki kon­tak­towe. Nie wie­dział, co się stało z czarną sukienką. W dal­szym ciągu lubiła cza­sem pić Sza­leń­stwo Mii, ale teraz przy­rzą­dzali kok­tajl w maleń­kiej kuchni i ser­wo­wali w szkla­necz­kach wyję­tych z szafki. Życie toczyło się w spo­koj­niej­szym ryt­mie i Kie­ran tro­chę się dzi­wił, jak bar­dzo to lubi. Spę­dzali wie­czory w domu i nie przej­mo­wali się tym, że jedno z nich ziewa, zamiast się uśmie­chać.

- Prze­pra­szam. - Mia szybko zasło­niła usta. Wiatr uniósł jej włosy, które opa­dły na twarz. - Chcesz już wra­cać? Jestem taka... - Znowu ziew­nęła.

- Wiem, też jestem zmę­czony.

Wstali i otrze­pali się z pia­sku. Roz­cią­gała się przed nimi ciemna plaża. Gdyby poszli wzdłuż brzegu, dom rodzi­ców Kie­rana znaj­do­wał się w odle­gło­ści zale­d­wie dzie­się­ciu minut drogi, ale zauwa­żył, że Mia spo­gląda z waha­niem w mrok.

- Wró­cimy szosą? - spy­tał. Ski­nęła głową.

Zatrzy­mali się pod latar­nią uliczną w miej­scu, gdzie piasz­czy­sta ścieżka docie­rała do asfal­to­wej Beach Road, po czym oparli się o ogro­dze­nie i wło­żyli buty. Szosa nie miała chod­nika, ale nie jeź­dziły nią samo­chody. Szli pobo­czem wzdłuż domów sto­ją­cych przy plaży. Więk­szość budyn­ków była pogrą­żona w ciem­no­ści, ich wła­ści­ciele spali; gdzie­nie­gdzie paliły się świa­tła w oknach od frontu. Domy zasła­niały morze, lecz sły­szał plusk fal ude­rza­ją­cych w brzeg.

- Uwa­żasz, że Liv i Ash to dobra para? - spy­tała nagle Mia.

Zasta­na­wiał się przez chwilę, wyobra­ża­jąc ich sobie w Falach Przy­boju. Zwią­zek Asha i Oli­vii miał w sobie coś, co trudno mu było zin­ter­pre­to­wać. Wie­dział, że mogą to być wspólne doświad­cze­nia. Minęło dużo czasu. Wyda­wało się, że toczą ze sobą cichą walkę; nie­które pary cza­sem lubią takie napięte rela­cje. Uwa­żał to za męczące, nawet gdy pozo­sta­wał tylko widzem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki