Ocal moje serce - Aneta Binkowska

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 2
- Jesteś już! - Kiedy wyszłam z samochodu, poczułam, jak ktoś uwiesza mi się na szyi. - Myślałam, że już dziś nie dojedziesz, a mam ci tyle do opowiedzenia! - ekscytowała się moja przyjaciółka. - Chodźmy szybko na aulę, bo zajmą nam wszystkie miejsca i zostaną tylko te w pierwszych rzędach, a tam raczej nie chcemy siedzieć, prawda?
Spojrzała na mnie, a ja zdążyłam tylko skinąć głową, bo Kaja nie dała mi dojść do słowa. I tak raz-dwa znalazłyśmy się w auli. Kaja ciągle nawijała o Natanielu i innych chłopakach z drużyny. Podobno szykują się jakieś zmiany, ale nikt nie wie, o co chodzi. Pewnie niebawem się dowiemy, a jeśli nie, to podpytam brata. Przecież trenuje koszykówkę, więc chyba nie będzie miał przede mną tajemnic, prawda?
- Heeej! - Poczułam lekkie szturchnięcie. - Ziemia do Natalii! Mówię do ciebie od kilku minut, ale mam wrażenie, że w ogóle mnie nie słuchasz... Na kogo tak patrzysz?
Spojrzała w kierunku, w którym nieświadomie, przysięgam, utkwiłam wzrok, i głośno westchnęła.
- Serio? Patrzysz na Kubę? Przecież dopiero co razem przyjechaliście do szkoły...
Kiedy zorientowałam się, co właśnie powiedziała, na moje policzki wpełzł niespodziewany rumieniec.
- ...że niby ja patrzę na Kubę? Nie bądź niemądra. Znamy się od dziecka i nie było dnia, żebyśmy sobie nie skakali do gardeł, a ty mi sugerujesz, że niby co teraz?
Kaja zachichotała, słysząc moje słowa.
- Nic, nic... Po prostu...
Chciała dokończyć, ale z mikrofonu dobiegł nas głos pana dyrektora i moja przyjaciółka ucichła.
- Dzień dobry, kochani uczniowie! Witam was w nowym roku szkolnym. Mam nadzieję, że jesteście gotowi na zdobywanie wiedzy i poszerzanie swoich horyzontów. Mam dla was kilka informacji, zanim rozejdziecie się do klas...
- Bla, bla, bla... Kto go tutaj w ogóle jeszcze słucha? - Usłyszałam nagle znajomy głos za plecami.
Odwróciłam się do Łukasza, żeby go uciszyć. Nie wiem, skąd nagle wziął się za nami.
- Na przykład ja, braciszku, więc z łaski swojej zamilcz na chwilę, bo chciałabym wysłuchać do końca, co dyrektor ma nam do powiedzenia...
- To po co teraz gadasz? - dodał nie kto inny jak Kuba. - Lepiej słuchaj, bo jeszcze przegapisz "coś ważnego". - Zrobił cudzysłów w powietrzu.
- To, że was to nie interesuje, to już nie moja sprawa...
Odwróciłam się z powrotem, żeby posłuchać pana dyrektora. W auli robiło się coraz duszniej, bo co chwilę wpadali kolejni spóźnieni uczniowie. Miałam nadzieję, że dyrektor jednak nie będzie długo mówił, bo jeśli tak dalej pójdzie, nie wyjdę stąd o własnych siłach.
Nagle poczułam szturchnięcie z lewej strony.
- Słyszałaś to? - wyszeptała Kaja, a ja nie miałam pojęcia, o co pyta.
- Co miałam słyszeć?
- No to, co przed chwilą powiedział dyro... Ciekawe, czyj projekt wybrali.
- Czekaj, czekaj. Jaki projekt? - zapytałam. - Chyba nie mówisz o tych projektach z zeszłego roku, które mieliśmy na zaliczenie?
- No właśnie o tych! Dyro powiedział, że postanowili jeden wdrożyć w tym roku w życie szkoły... Jestem ciekawa, który projekt wygrał. Sama przyznaj, że w naszej klasie było sporo dobrych pomysłów, więc na pewno niełatwo było postawić tylko na jeden. Na przykład bardzo podobał mi się projekt Emilki związany ze schroniskiem dla zwierząt albo projekt Pawła dotyczący schroniska dla bezdomnych. Aaaa! Przecież nie mogę pominąć twojego... Twój był ekstra. Sama widzisz... Jestem ciekawa, na co postawili. - Wyszczerzyła do mnie swoje olśniewająco białe zęby. - A ciebie to nie ciekawi? - dopytała jeszcze.
- Ciekawi, ciekawi...
Nie miałam za bardzo siły, żeby odpowiedzieć jej coś więcej, więc zaczęłam powoli wachlować się pierwszą lepszą kartką wyjętą z torebki. Robiło mi się duszno.
- Ej, siostra, chcesz wyjść na zewnątrz? - Usłyszałam głos brata, ale tylko pokręciłam głową. - Na pewno? Jesteś trochę blada...
- Dam radę, już mi lepiej, jak się tak wachluję tym czymś... - Pomachałam mu kartką.
A tak naprawdę rzeczywiście było trochę lepiej, ale w tej chwili chciałam tylko, żeby dyrektor jak najszybciej skończył mówić. Tak jak na początku próbowałam się skupić, tak teraz w ogóle nie potrafiłam. Myślałam jedynie o tym, jak uspokoić oddech, żeby wszystko wróciło do normy.
I nagle zapomniałam o wszystkim, kiedy dostałam kolejnego kuksańca w bok.
- Nie wierzę! - Ekscytowała się moja przyjaciółka. - Wiedziałam, po prostu czułam w kościach, że to wygrasz! Wiem, że gadałam wcześniej, że podobały mi się inne projekty, ale twój był najlepszy! Cieszysz się? - trajkotała jak najęta, a ja nie wiedziałam, o co chodzi.
Dopiero kiedy zobaczyła moją zdezorientowaną minę, zapytała: - No nie gadaj, że nie słyszałaś?
- Co miałam słyszeć?
- Przecież dyro właśnie ogłosił, że to twój projekt będziemy realizować w tym roku szkolnym! Cudownie!
Kiedy Kaja to powiedziała, rumieniec wypełzł na moje policzki. Ucieszyłam się z tego wyróżnienia. Naprawdę. Nie liczyłam na to, że projekt, który wymyśliłam i napisałam na zaliczenie z polskiego, wygra. Takie wyróżnienie to duża sprawa. Poczułam, jak moje serce zaczyna bić szybciej.
- Na razie nie zdradzę, kto jest właścicielem tego wspaniałego projektu, ale bardzo proszę, by zwycięzca przed wyjściem do domu wpadł do mojego gabinetu. Wspólnie z panią wicedyrektor omówimy szczegóły jego realizacji. A na koniec informacja dla ostatnich klas. W tym roku czeka was rzecz jasna matura...
W auli zaczęły się skomlenia.
- ...ale czeka was również studniówka, na którą możecie zaprosić kogoś z naszej szkoły...
Ojj, tutaj dopiero zaczęło się narzekanie i jęczenie. W sumie trochę się nie dziwię, bo jeżeli ktoś ma swoją drugą połówkę spoza szkoły, to co ma zrobić? Iść na zabawę bez tej osoby? Dziwne...
- I ostatnia sprawa! - Dyrektor podniósł trochę głos. - Nasza drużyna koszykarska będzie grała w tym roku w tak zwanej lidze międzyszkolnej. Więcej szczegółów dowiecie się od swojego trenera, a teraz możecie rozejść się do klas.
Po ostatnich słowach dyrektora zaczęło się szuranie krzesłami, bo wszyscy wstawali i żywo ze sobą dyskutowali. W końcu dyrektor sprzedał nam dziś naprawdę interesujące informacje, więc było o czym gadać.
Już zakładałam torebkę na ramię, kiedy usłyszałam:
- Hej, siostra!
Odwróciłam się do brata.
- Wszystko gra? - Spojrzał na mnie znacząco.
- Tak - odpowiedziałam z lekkim uśmiechem.
- Na pewno? Wiesz, że...
Chciał coś powiedzieć, ale mu przerwałam, bo zauważyłam, że Kuba przestał rozmawiać z jakąś dziewczyną i zmierzał w kierunku Łukasza.
- Tak, na pewno. Nie martw się, jeśli coś będzie się działo, dam ci znać.
On tylko przewrócił oczami.
- A teraz leć. - Spojrzałam na Kubę, który wbijał we mnie wzrok. - To znaczy lećcie, bo macie chyba jakieś drużynowe spotkanie czy coś, prawda?
- Tak. Mam nadzieję, że bezpiecznie wrócisz do domu...
- Nie martw się. Autobusy jeżdżą, ewentualnie poproszę Kaję, żeby mnie odwiozła.
- Serio? Chcesz wracać z Kają? Ty wiesz, że ona nie potrafi jeździć... Ja naprawdę nie wiem, kto tej dziewczynie dał prawo jazdy... - jęczał, ale robił to na tyle głośno, żeby moja przyjaciółka go usłyszała.
- Hej, hej! - oburzyła się. - Nie zapędzaj się, kochany... Kto jak kto, ale o twoją siostrę dbam jak o swoją. Nigdy nie pozwolę, żeby stała jej się krzywda. Możesz być pewny, że ze mną nic jej nie grozi. - Wyszczerzyła się.
- Śmiem wątpić - odpowiedział z uśmiechem, za co od razu dostał kuksańca w bok.
- Dobra, stary, jak już wszystko macie wyjaśnione, to spadamy. Chłopaki z trenerem na nas czekają - wtrącił Kuba.
- Jasne, to do zobaczenia w domu. - Łukasz skinął głową w moją stronę, po czym dodał: - I jednak spróbuj jej nie zabić.
Mrugnął do Kai i każdy poszedł w swoją stronę. My do klasy, a chłopaki na salę gimnastyczną...
*
Kuba
Specjalnie nie podchodziłem od razu do dziewczyn, bo widziałem, że Łukasz bardzo przejął się swoją siostrą i od razu za nią poleciał. To nie tak, że ja się nie przejąłem, bo ewidentnie coś było nie tak, ale postanowiłem, że później zapytam Łukasza, o co chodzi. Kiedy skończyłem rozmawiać z jedną z dziewczyn z drużyny cheerleaderek, powolnym krokiem podszedłem do stojącego nieopodal rodzeństwa. Dyskutowali o czymś zawzięcie. Kiedy dochodziłem, Natalia na mnie spojrzała. Nie była już taka pewna siebie jak rano, gdy jechaliśmy razem samochodem. Była czymś przejęta i jakby bledsza. Utkwiłem w niej wzrok, mając nadzieję, że wyczytam coś z jej oczu. Może nawet by mi się udało, ale Łukasz to straszna gaduła. Zaczął coś klepać o jeździe Kai i Natalia się zaśmiała. Miała niesamowity uśmiech. Szczerze mówiąc, zawsze poprawiał mi samopoczucie. Czasami miałem wrażenie, że próbuje tym uśmiechem coś zatuszować... i tym razem chyba było tak samo. To, że mój najlepszy przyjaciel strasznie przejmuje się swoją siostrą, było oczywiste. Zawsze był blisko niej, ale od pewnego czasu coś się zmieniło. Kiedyś próbowałem coś od niego wyciągnąć, ale zawsze jakoś mnie zbywał... aż w końcu odpuściłem. Tylko czasami się zastanawiam, czy nie za szybko. W końcu, jakby nie patrzeć, Natalia również była moją przyjaciółką. I to od dawien dawna...
*
Kiedy razem z Kają opuszczałyśmy klasę, jak zwykle marudziłyśmy na plan lekcji. Był kijowy. Trzy dni z rzędu do szesnastej... no tragedia! Kto to układał? Wszystko rozumiem, ale osoba odpowiedzialna za plany chyba powinna się trochę doszkolić z tego, jak robić to dobrze.
- Beznadzieja... - jęknęła moja przyjaciółka. - I jak tu gdziekolwiek wyjść po południu? Jak dowalą nam zadaniami, to będziemy nad nimi siedziały do nocy...
- Fakt - odparłam. - Ale chyba nic na to nie poradzimy. Wiesz, że nasza klasa co roku ma kiepsko ułożone godziny i chyba musimy się z tym pogodzić. Może akurat nie będziemy miały prac domowych...
- Chyba sama nie wierzysz w to, co teraz mówisz... Powiedz, Nati, że żartujesz. My i nic niezadane? Dobre sobie. - Zaśmiała się.
- Pomarzyć zawsze można. - Uśmiechnęłam się. - Ty mi lepiej powiedz, czy podoba ci się Nataniel, bo widzę, że coś często zawieszasz na nim wzrok.
- Że co, proszę?! Ty tak serio? Ja i chłopak z drużyny? - Przewróciła oczami. - Nigdy! Dobrze wiesz, jakie mam zdanie o naszych chłopakach. Bez urazy dla Łukasza i Kuby, ale oni wszyscy jakby... nie mają mózgów. I myślą czymś innym, chyba wiesz, co mam na myśli? - Poruszyła brwiami, na co tylko się zaśmiałam.
- Daj spokój... Można na nich oko zawiesić i nie mów, że tak nie jest - odparłam.
- Och... okej. Oko zawiesić można, ale nic więcej... - Zawiesiła się na chwilę, po czym od razu dodała: - Ale zaczekaj. - Złapała mnie za rękę. - Tak nawijasz o tych naszych koszykarzach... Może tobie któryś wpadł w oko, co?
- Kaja... myślałam, że mamy ten temat zamknięty. To, że powiedziałam, że chłopacy są przystojni, to prawda, ale dobrze wiesz, że ja nikogo nie szukam. Nie chcę się zakochać. Nie mogę... nie...
Chciałam jeszcze coś dodać, ale doskoczył do nas Kamil.
- Cześć, dziewczyny! - Pocałował każdą z nas w policzek. - Jak tam wasze plany, bo mój jest kiepski... Patrząc na to, że lekcji coraz więcej, a do tego treningi, nie wiem, jak będę ogarniał życie w tym roku szkolnym. - Zaśmiał się. - A gdzie tam jakieś imprezy! Będzie kiepsko, coś czuję...
- Imprezy? Chcesz imprezować, mając cztery razy w tygodniu trening? - zapytałam.
- No pewnie! Kiedy mam się wyszaleć, jak nie teraz? - Wyszczerzył się, na co tylko przewróciłam oczami. - I mam nadzieję, że w tym roku poimprezujemy wspólnie, zaczynając od jutra.
- Od jutra? - zapytałyśmy razem z Kają.
- Tak, od jutra. I litości! Nie mówcie, że nie słyszałyście o domówce u Nataniela. Chociaż w zasadzie... - Podrapał się po głowie. - Mogłyście nie słyszeć, bo zaprosił chłopaków z drużyny na otwarcie sezonu. - Zrobił cudzysłów w powietrzu.
- No to jak miałyśmy o niej słyszeć, skoro nikt nas nie zaprosił? - Kaja prychnęła. - To chyba logiczne, że to impreza zamknięta.
- Ale każdy może kogoś przyprowadzić, więc ja zapraszam was. - Wyszczerzył zęby.
- Ja odpadam. Jak chcecie, idźcie we dwójkę. Dacie mi później znać, jak było.
Już chciałam ruszyć w stronę wyjścia, kiedy przyjaciółka głośno chrząknęła. Musiałam się zatrzymać i na nią spojrzeć.
- Chyba o czymś zapomniałaś... - Poruszyła sugestywnie brwiami.
Z początku nie wiedziałam, o czym mówi. Dopiero po chwili zapaliła mi się lampka w głowie.
- No tak... - westchnęłam i zaczęłam zawracać. - Kompletnie zapomniałam, dzięki - wymamrotałam, mijając ją z powrotem.
- A co do imprezy... - zaczęła znów temat. - Nie martw się, Kamil. Przekonam ją i na pewno pójdziemy całą trójką. Przecież trzeba zacząć ten rok szkolny z impetem! Poza tym czuję się podekscytowana... Nigdy nie byłam na żadnej imprezie, na której byli sami koszykarze. To może być bardzo interesujące przeżycie.
Kaja nawijała w kółko, a ja tylko głośno westchnęłam i pomaszerowałam dalej, prosto pod drzwi gabinetu pana dyrektora. Nie lubiłam imprez. To nie tak, że byłam jakimś alienem czy coś. Nie. Tam po prostu zawsze było za dużo ludzi, a to wiązało się z tym, że robiło się duszno. A dla mnie to jak strzał w kolano. Na szczęście wiem, że w domu Nataniela jest taras, więc jeśli będę zmuszona tam iść, posiedzę na świeżym powietrzu. Czasami może warto wyjść do ludzi i zająć myśli czymś innym...
*
- Proszę! - Usłyszałam głos pana dyrektora, kiedy zapukałam do gabinetu.
Nacisnęłam klamkę i weszłam do środka.
- Dzień dobry... - przywitałam się i lekko uśmiechnęłam.
- A, to ty, Natalko, wejdź dalej - zachęciła pani wicedyrektor. - Zaraz będziemy z tobą rozmawiać, tylko skończę pisać ogłoszenie. Może usiądź sobie na chwilkę. - Wskazała ręką krzesło przed biurkiem. - Zostało mi zaledwie kilka zdań.
Skinęłam głową i usiadłam. Nawet nie zdążyłam się rozluźnić, a już usłyszałam:
- Skończone!
Naprawdę podziwiam ją za szybkość wykonywania zadań...
- Panie dyrektorze, możemy zaczynać - zawołała wicedyrektor do sąsiedniego pokoju, z którego po chwili wyłonił się dyrektor.
- Witam, Natalio. - Uśmiechnął się na mój widok. - Twój projekt bezapelacyjnie wygrał, jednogłośnie. - Podszedł do biurka, wciąż z tym samym uśmiechem. - Już od dawna myśleliśmy, żeby co roku wybierać jakiś projekt i wdrażać go w życie, ale zawsze brakowało czasu albo wizji na realizację. W tym roku jednak jest inaczej. Do tego te rozgrywki międzyszkolne naszej drużyny koszykarskiej... Wszystko pięknie połączyło się w całość.
Kiedy dyrektor zauważył, że chyba nic z tego nie rozumiałam, bo wpatrywałam się w niego szeroko otwartymi oczami, zaczął tłumaczyć wszystko od początku.
- Widzę, że nie bardzo wiesz, o czym mówię. W tym roku po raz pierwszy jakikolwiek projekt zostanie wdrożony w życie szkoły, a to znaczy, że zajmiemy się zbiórką i będziemy robić wszystko, co w naszej mocy, żeby jak najwięcej pieniędzy trafiło na twoją fundację. Pod koniec roku przekażemy je na ten szczytny cel. - Uśmiechnął się szeroko. - Mam nadzieję, że się cieszysz?
Mówił, pytał, a mnie odjęło mowę. Nie mogłam uwierzyć, że szkoła będzie zbierać pieniądze na fundację, którą wymyśliłam ja. Natalia Adamczyk. Dostałam chyba wypieków na twarzy, bo już po chwili dyrektor zapytał:
- Wszystko w porządku? Może otworzę okno?
- Nie, nie... Wszystko okej. Ja tylko nie wiem, co powiedzieć. Bardzo się cieszę - udało mi się szczerze uśmiechnąć. - A jak będą wyglądać te zbiórki? Macie już coś z panią wicedyrektor ustalone? - Zerknęłam na nią z ukosa.
- Oczywiście, dlatego cię tu zaprosiliśmy. Chcieliśmy to z tobą przegadać. Co o tym myślisz i jak się na to wszystko zapatrujesz? W końcu to twój projekt, więc będziesz sprawowała nad nim kontrolę.
- Po pierwsze - wtrącił dyrektor - będziesz musiała nawiązać ścisłą współpracę z drużyną koszykówki, a że masz tam brata, myślę, że nie będzie z tym najmniejszego problemu. Ich trener już o wszystkim wie. Miał dzisiaj z nimi porozmawiać.
- Ale... nie rozumiem. Co wspólnego z fundacją ma drużyna koszykówki? - zapytałam.
- Już ci tłumaczę. Zapewne słyszałaś na apelu, że w tym roku odbędą się międzyszkolne rozgrywki drużynowe? - Potaknęłam głową.
- No właśnie. I... co ja to chciałem powiedzieć... - zawiesił się na moment. - A, już wiem! Zwycięska drużyna dostanie czek na dziesięć tysięcy i wspólnie z radą pedagogiczną oraz trenerem chłopaków uzgodniliśmy, że gdyby udało się wygrać, przeznaczymy te pieniądze na twój projekt...
W tym momencie opadła mi szczęka. Przecież to było coś niesamowitego. Jak spełnienie kolejnego marzenia. Kiedy w zeszłym roku mieliśmy wymyślić projekt na język polski, przyszło mi do głowy, żeby kiedyś kogoś wesprzeć. Zwłaszcza ten szpital, który ostatnio tak często gościł w moich myślach. Byłam tak naładowana pozytywną energią, że miałam ochotę od razu pobiec do drużyny koszykarskiej i kazać im trenować siedem dni w tygodniu.
- To coś niesamowitego! - odparłam. - Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszę. Pewnie, że będę wspierała i motywowała chłopaków do gry, w końcu stawka jest wysoka. A nawet jeśli nie uda się wygrać, może znajdziemy jakiś inny sposób, żeby wesprzeć fundację?
- O to się nie martw - tym razem w słowo weszła wicedyrektorka. - Mamy w planach zrobić kiermasz świąteczny. Jeszcze nie do końca wiemy, na jakich zasadach, ale ustalimy to w trakcie roku. A kiedy zrobi się cieplej, może zorganizujemy coś na świeżym powietrzu... jakieś licytacje prac albo rzeczy, które zalegają nam w domach? Może uczniowie będą mieli jakieś oryginalne pomysły. Zobaczymy. - Uśmiechnęła się szeroko.
W tym momencie nie potrafiłam już powstrzymać radości.
- Jejku... to wspaniale! - pisnęłam. - Dołożę wszelkich starań, żeby udało nam się zebrać jak najwięcej. Jeżeli wpadnę jeszcze na jakiś pomysł, z pewnością przyjdę i się nim podzielę. I oczywiście będę motywowała chłopaków do treningów.
Zaśmiałam się, a dyrektor i wicedyrektorka popatrzyli po sobie i posłali mi ciepłe uśmiechy.
- Bardzo się cieszymy, że tak zareagowałaś i jesteś chętna do współpracy. A teraz zdradź nam sekret, skąd ten pomysł? Dlaczego projekt twojej fundacji obejmuje akurat ten szpital? Przecież tutaj, w Katowicach, też mamy pełno różnych placówek, a ty wybrałaś ten w Zabrzu... Czy to dlatego, że...
Pukanie do drzwi przerwało naszą miłą konwersację.
- Proszę chwilę zaczekać - zawołał dyrektor, po czym znów spojrzał na mnie.
- Tak, panie dyrektorze. Właśnie dlatego wybrałam ten szpital...
Nic więcej nie musiałam mówić. Wszystko wyczytali z mojej twarzy.
- No dobrze. W takim razie wszystko mamy ustalone i pozostajemy w stałym kontakcie. Jeżeli tylko na coś wpadniesz, zapraszamy do nas.
- Jasne - odparłam, odsuwając krzesło. - Jeszcze raz dziękuję za wyróżnienie. To naprawdę wiele dla mnie znaczy. A teraz uciekam, bo następna osoba czeka, żeby się tu dostać. Do widzenia - pożegnałam się i wyszłam, mijając w drzwiach trenera szkolnej drużyny.
Byłam cała w skowronkach. Tak bardzo się cieszyłam, że od razu miałam większą ochotę do życia i działania. Może właśnie tego było mi teraz trzeba? Zająć czymś myśli i po prostu nie myśleć. I tak pogrążona we własnej radości nie zauważyłam nadchodzącej postaci, wpadając prosto na czyjąś wysportowaną klatkę piersiową.
Gdyby ktoś się zastanawiał, jak poczułam wysportowaną klatkę piersiową, już tłumaczę. Kiedy mężczyźni dbają o wygląd i ciężko trenują, robi im się naprawdę fajny kaloryfer. Wiem to, bo mam brata, który trenuje koszykówkę i nieraz lata po domu bez koszulki albo gra w samych spodenkach. Poza tym nie zapominajcie, że czytam sporo romansów, a tam czasem aż gorąco się robi od opisów niektórych "kaloryferów".
- Ojejku - mruknęłam, zamykając oczy i spuszczając głowę, bo aż głupio było mi spojrzeć na tego chłopaka. - Przepraszam, nie zauważyłam cię.
Czekałam na jakąś odpowiedź, ale ten osobnik parsknął śmiechem na cały hol i powiedział:
- Serio? Nie zauważyłaś mnie? Przecież prawie nikogo już nie ma w szkole, korytarze są puste, Nati.
- Że też akurat musiałam wpaść na ciebie, no popatrz. - Wyszczerzyłam się szeroko, zerkając na mojego rozmówcę, bo mnie również rozbawiła ta sytuacja. - Już skończyliście trening? - zapytałam Kubę, który stał przede mną i szeroko się uśmiechał.
- Tak. Przyszedłem oddać trenerowi klucze od szatni, bo wszyscy już wyszli, a powiedział, że tutaj go znajdę... Nie mijałaś go może?
- Jest w gabinecie, więc możesz śmiało iść, a ja... no cóż, już pójdę. Na razie.
Już chciałam go wyminąć, ale chłopak mnie przytrzymał, więc spojrzałam na niego pytająco.
- Wracasz do domu?
- Tak. Powinna na mnie czekać Kaja. Była z Kamilem. Nie widziałeś ich może?
- Nie. - Pokręcił głową. - Gdyby ich jednak nie było, poczekaj na mnie przed wyjściem, okej?
Trochę mnie to zdziwiło. Nie powiem, że nie, bo Kuba raczej nie proponował mi takich rzeczy.
- Okej... ale raczej powinni tam być. A przynajmniej Kaja - odparłam, na co tylko pokiwał głową. - Zatem... pa.
Odeszłam kilka kroków, kiedy znów usłyszałam jego głos.
- Czujesz się już dobrze?
Zamurowało mnie. Głośno przełknęłam ślinę, bo zrobiło mi się ciepło. Powoli się do niego odwróciłam i zobaczyłam, jak na mnie patrzy. Jego oczy intensywnie wpatrywały się w moje i dostrzegłam w nich... troskę.
- Tak, już wszystko okej. Po prostu zrobiło mi się duszno. Nie lubię takiej ilości ludzi w jednym pomieszczeniu.
- Cieszę się... W takim razie nie będę cię już zatrzymywał. Na razie.
Skinął mi głową i zapukał do gabinetu dyrektora, a mnie zostawił samą z różnymi myślami krążącymi po głowie.
Nie zostało mi nic innego, jak odejść i znaleźć swoją przyjaciółkę.
Redakcja: Alicja RosińskaKorekta: Elżbieta RożkiewiczProjekt okładki: Tomasz BiernatSkład: Tomasz Biernat
Copyright by Aneta Binkowska 2026Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2026
Druk i oprawa:Drukarnia Sowa
ISBN: 978-83-68657-70-8
WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: kontakt@wydawnictwonoca.pl
Spis treści
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 1
Piątek, pierwszy września. To właśnie dziś zaczynam trzeci rok nauki w liceum. W tym roku niestety obejdzie się bez treningów koszykówki. Musiałam z nich zrezygnować ze względu na zdrowie. Bardzo nad tym ubolewam, tym bardziej że mój brat nadal trenuje. Ja jestem na profilu humanistycznym. Razem z moją najlepszą przyjaciółką, Kają, dostałyśmy się do tej samej klasy. Nawet nie wyobrażałam sobie, że mogłoby być inaczej, bo obie uwielbiamy czytać książki, a najbardziej romanse. Oczywiście dobrym thrillerem czy kryminałem też nie pogardzimy, ale raczej wolimy love story, najlepiej z dobrym zakończeniem. Może niektóre historie są oklepane, może już na wstępie wiem, jak dana książka się skończy, ale nic a nic nam to nie przeszkadza. A jeśli jeszcze znajdę w powieści motyw love-hate, jestem kupiona od pierwszych stron. Ale wystarczy o książkach, bo o nich mogłabym nawijać bez końca.
Wróćmy do mojej przyjaciółki Kai. Znam ją od dziecka, bo mieszka dom obok mojego. Odkąd tylko pamiętam, biegałyśmy razem po podwórku, bawiłyśmy się w piaskownicy, a kiedy padał deszcz, przychodziła do mnie pobawić się lalkami albo innymi zabawkami. Gdy nadszedł czas przedszkola, oczywiście trafiłyśmy do jednej grupy. Nawet nie było innej opcji, żeby nas rozdzielić, więc nasze mamy jakoś to załatwiły. Nie wiem jak, ale na ten moment jestem im za to bardzo wdzięczna. Kaja jest dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałam... za to mam brata. Starszego o rok i bardzo irytującego. Kiedyś, w dzieciństwie, mieliśmy nawet fajną paczkę. Ja, Kaja, mój brat Łukasz oraz Kuba z Kamilem... przez jakiś czas razem biegaliśmy po podwórku. Później Łukasz z Kubą zaczęli biegać za piłką do kosza. Muszę przyznać, że wychodziło im to całkiem nieźle. Zaczęli trenować i tak koszykówka stała się ich codzienną pasją. Nie liczyło się nic więcej, tylko piłka. Nie zmienia to jednak faktu, że cieszę się, że mam brata i bardzo mu kibicuję. Do dziś staram się chodzić na wszystkie jego mecze. Siedzę na trybunach i dopinguję go z całych sił, chociaż czasami cholernie żałuję, że to nie ja biegam po boisku.
Moja pasja do tego sportu zakiełkowała, kiedy zaczęłam czasami rzucać do kosza z chłopakami na naszym podwórku. Z początku rzadko udawało mi się trafić, ale jakieś celne rzuty zawsze wpadały. Tata zamontował nam nawet kosz przed domem, żeby Łukasz mógł trenować w każdej wolnej chwili. Lubiłam te nasze wspólne momenty z piłką, chociaż nie trwały długo, bo zazwyczaj, kiedy już się rozkręcałam, wpadał nie kto inny jak Kuba i wtedy przestawałam być bratu potrzebna. On i Kuba byli sobie tak samo bliscy jak ja i Kaja.
Zresztą... do tego chłopaka zawsze było mi jakoś najdalej. Nigdy nie mieliśmy wspólnych tematów, chociaż bardzo często przebywał w moim domu. Zazwyczaj traktował mnie jak jakąś małolatę, która na niczym się nie zna, a przecież dzieli nas tylko rok różnicy. Ale kto zrozumie chłopaków? Jeżeli zaś chodzi o jego urodę... od zawsze był przystojny. Teraz ma już osiemnaście lat i dziewczyny podrywają go w każdy możliwy sposób, tak samo jak mojego brata. W końcu zawodnicy koszykówki zawsze mieli branie. Śmiałam się za każdym razem, kiedy dostawały od nich kosza. No ale cóż... niektóre laski nie rozumieją słowa "nie".
No i został Kamil, który jest w moim wieku, ale również chodzi do klasy sportowej i trenuje koszykówkę. Także wokół mnie kręcą się sami sportowcy, chociaż sama sportu nie mogę za bardzo uprawiać. Nie mogę się męczyć, przemęczać i tak dalej... Rodzice najchętniej zamknęliby mnie w pokoju, żebym nigdzie się nie ruszała, ale tak się nie da. Wiem, że się o mnie martwią, tylko ja też chciałabym normalnie żyć. Jeżeli w moim przypadku jest to jeszcze w ogóle możliwe, bo normalnie to chyba za dużo powiedziane. Przynajmniej chciałabym stwarzać takie pozory.
No i znów to samo...
Siedzę na łóżku i zastanawiam się, ile to jeszcze potrwa.
Jestem świadoma tego, że każdy z nas kiedyś odejdzie z tego świata. Jedni prędzej, drudzy później, ale...
Właśnie, ale...
Dlaczego ja zrobię to szybciej niż moi rówieśnicy? Wiem, że to moje gdybanie jest bez sensu, a ostatnio zdarza się coraz częściej, bo przecież za chwilę mogę zginąć w wypadku samochodowym albo może wydarzyć się coś innego. Tyle że ja, żeby żyć, muszę czekać, aż ktoś inny umrze.
To brzmi strasznie, ale taka jest prawda.
Moje życie zależy od innego człowieka.
To znowu był ten moment, kiedy zaczynałam się dołować i lada chwila z moich oczu popłynęłyby łzy. Na szczęście pukanie do drzwi i głos mamy przywołały mnie do porządku. Nie mogę jej pokazać, że znów płaczę, bo wtedy rodzice będą martwić się jeszcze bardziej... chociaż nie wiem, czy bardziej w ogóle się da.
- Natalio - zawołała mama i tym razem weszła do pokoju. Uśmiechnęła się do mnie promiennie. Nie wiem, skąd ta kobieta ma w sobie tyle pozytywnej energii. Czasami chciałabym mieć choć połowę tego, co ona. - Jesteś gotowa? Śniadanie czeka, twój brat już, o dziwo, zszedł na dół. A dzisiaj chyba nie chciałabyś się spóźnić do szkoły, co?
- Jasne, że nie. Przecież wiesz, że nie lubię spóźnialstwa i zawsze muszę być na czas - odpowiedziałam, odwzajemniając uśmiech. - Łukasz mnie zawiezie?
- Powiedział, że tak. Tylko chyba nie przywiezie cię z powrotem, bo po rozpoczęciu roku szkolnego ma spotkanie z drużyną. Podobno muszą omówić jakiś ważny projekt na ten rok.
- Mówił, o jaki projekt chodzi? - zagadnęłam.
- Nie. Wiem tylko, że wszyscy mają spotkanie z trenerem.
- Aha... okej... Może dowiemy się później - powiedziałam i zaczęłam czesać włosy, które po wstaniu z łóżka były jeszcze w kompletnym nieładzie.
- Poczesać cię? - zapytała, na co tylko kiwnęłam głową. Lubię, kiedy ktoś czesze moje włosy. W jakiś sposób mnie to uspokaja. Kiedy byłam mała, mama zawsze plotła mi warkoczyki albo robiła dwa kucyki. Pamiętam, że za każdym razem starała się, żeby oba warkocze były równe, a na końcu koniecznie musiały zostać związane kokardką. Uśmiechnęłam się na to wspomnienie. - Chcesz iść w rozpuszczonych czy mam cię jakoś uczesać?
- Myślę, że mogę je rozpuścić. W końcu to rozpoczęcie roku, nie będą mi w niczym przeszkadzać.
Mama jeszcze przez chwilę je rozczesywała, po czym odłożyła szczotkę na toaletkę stojącą obok mojego łóżka.
- Gotowe. Jesteś śliczna, kochanie. Jak zawsze - powiedziała i pocałowała mnie w czubek głowy. - Idę nalać ci herbaty, a ty, jak będziesz gotowa, zejdź na dół coś zjeść. Nie zostało już wiele czasu do waszego wyjścia.
Po tych słowach zniknęła za drzwiami, zostawiając mnie samą z własnymi myślami. Popatrzyłam jeszcze chwilę na swoje odbicie w lustrze. Jestem brunetką średniego wzrostu. W końcu metr sześćdziesiąt siedem to wcale nie tak dużo. Na szczęście nie stało to na przeszkodzie i mogłam trenować koszykówkę w naszej szkole. W porównaniu z moim bratem, który ma metr dziewięćdziesiąt, czuję się malutka. Ktoś, widząc nas razem, mógłby pomyśleć, że jestem adoptowana. Zachichotałam sama do siebie. Na szczęście mamy ten sam kolor oczu i podobne rysy twarzy. Moim znakiem szczególnym jest malutki pieprzyk tuż nad górną wargą. Naprawdę drobny i trudny do dostrzeżenia.
A tak poza tym jestem normalną, zwykłą dziewczyną, która pragnęła mieć spokojne życie. No ale niestety tak się nie stało. Muszę zmagać się z własnymi myślami, które nawiedzają mnie dosłownie codziennie. Do tego też chyba powoli zaczynam się przyzwyczajać... a to niedobrze. Mrugnęłam kilka razy, żeby wrócić do rzeczywistości. Delikatnie umalowałam oczy, założyłam białą koszulę i czarne spodnie, po czym wyszłam z pokoju. Zegar wskazywał siódmą czterdzieści pięć, a to oznaczało, że naprawdę zostało niewiele czasu, żeby wyjść do szkoły. Zbiegłam po schodach prosto do kuchni, gdzie przy stole siedziała mama, wesoło rozmawiając z Łukaszem.
- Hej! - zawołałam, siadając obok brata.
- Cześć. Gotowa, żeby rozpocząć kolejny rok liceum? - zapytał, a w jego oczach widziałam wesołe iskierki.
- Czy ja wiem, czy gotowa... - wymamrotałam, upijając łyk herbaty. - Znowu czeka nas nauka, więc to żadna frajda. Poza tym przydałby mi się jeszcze jeden miesiąc pracy w kawiarni. Wiem, że nie pracowałam codziennie, ale taka dorywcza praca była okej. Mogłam odpocząć, trochę popracować i zarobić na... - nie mogłam dokończyć, bo mój kochany braciszek musiał mi wejść w słowo. Nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił.
- ...na te twoje romanse - skończył za mnie i przewrócił oczami. - Powiedz mi, ile można czytać o tej wyimaginowanej miłości? Takie rzeczy dzieją się pewnie tylko w książkach, a wy je czytacie i tylko się nakręcacie... - Pokręcił z rezygnacją głową. - Mało tego! Potem oczekujecie od nas - wskazał na siebie - żebyśmy byli tak samo romantyczni jak ci wasi bohaterowie z książek...
Po tych słowach oboje zaczęliśmy się głośno śmiać.
- Ja naprawdę, siostra, nie wiem, jak można czytać tyle tego... - zrobił cudzysłów w powietrzu - "szitu".
- Ej! - oburzyłam się. - Czy ja obrażam twoje mecze piłki nożnej albo koszykówki, które tak namiętnie oglądasz? Nie. Mało tego! Nawet czasami sama się do ciebie dosiadam i oglądamy razem. - Sięgnęłam po kanapkę z serem i pomidorem, którą przygotowała mi mama, i wzięłam porządnego gryza.
- Chwila... Czy ty próbujesz mi coś zasugerować? - Popatrzył na mnie, a ja tylko uniosłam lewą brew i dalej próbowałam jeść kanapkę. - No chyba nie sądzisz, że będę czytał twoje książki? Nawet niech ci taki pomysł nie przychodzi do tej twojej ślicznej główki... Nie mam czasu na takie pierdoły. A co by było, gdyby chłopaki z drużyny się dowiedzieli? Nie miałbym przecież życia... - Pokręcił głową i znowu się zaśmiał. - Oj, Nati, Nati... ty to masz poczucie humoru z rana.
Uśmiech nie schodził mu z ust.
- I vice versa, braciszku. A tak a propos książek... uważasz, że chłopacy nie czytają romansów?
- No raczej - odpowiedział, prostując się na krześle.
- Oj... tu byś się zdziwił. Wielu czyta, tylko się do tego nie przyznaje. Więc gdybyś jednak się zdecydował, zapraszam do mojego skromnego pokoju. Wiesz, jak do niego trafić - powiedziałam i puściłam mu oczko.
- Raczej nie skorzystam, ale dziękuję za zaproszenie. Zjadłaś już? - Zerknął na zegar. - Bo jak będziesz jadła w takim tempie, to gwarantuję, że spóźnimy się pierwszego dnia do szkoły. Więc jak? - Kiwnął głową w stronę mojego talerza. - Wrzucisz szybszy bieg?
Spojrzałam na dwie kanapki, które nadal leżały na talerzu, i przełknęłam ślinę.
- Wiesz co... w zasadzie jestem już pełna...
- Tylko mi nie mów, że najadłaś się jedną kanapką... Proszę cię, wcinaj to, a ja lecę jeszcze do pokoju po plecak.
Odsunął krzesło i pobiegł na górę. A mnie, tak szczerze, nie chciało się już jeść. Jedna kanapka mi wystarczyła. Najchętniej zapakowałabym te dwie i zjadła później, bo nie lubię tak wcześnie jeść śniadań, ale wszyscy strasznie mnie pilnują, żebym nigdy nie wychodziła z domu z pustym żołądkiem. Nie wiem, jak długo wpatrywałam się w talerz. Nawet nie zauważyłam, kiedy przy moim krześle znowu pojawił się Łukasz.
- Ty nadal nie tknęłaś tych kanapek... Przecież wiesz, że musisz jeść - westchnął ze zrezygnowaniem.
Już chciałam mu odpowiedzieć, kiedy usłyszałam:
- Natalio, skoro nie zjadłaś w domu, to może zapakuję ci je do szkoły? - Ni stąd, ni zowąd w kuchni znów pojawiła się mama. Przez dwadzieścia minut jej nie było, a teraz nagle wyskoczyła nie wiadomo skąd. Podejrzewam, że Łukasz maczał w tym palce, ale wolałam się już nie odzywać.
- Okej... niech będzie. Przecież wiecie, że rano nigdy nie jem dużo. Za każdym razem ta sama śpiewka... Zjadłam jedną kromkę i ona naprawdę w zupełności mi wystarczy.
Starałam się brzmieć wiarygodnie, ale raczej nikt tego nie kupił, bo Łukasz w odpowiedzi tylko prychnął, a mama zmarszczyła czoło. Wypuściłam ze świstem powietrze, po czym wstałam i zasunęłam krzesło.
- To jak, jedziemy, panie kierowco? - zwróciłam się do brata.
- Najwyższy czas... Dzisiaj będziemy na styk. Mam nadzieję, że po drodze nie będzie żadnych niespodzianek, bo serio się spóźnimy. Gdybyś normalnie jadła i nie trzeba było robić całej tej gadki o jedzeniu, pewnie już dawno siedzielibyśmy w samochodzie. Więc chodź - powiedział i pociągnął mnie za rękę.
Mama zdążyła podać mi zapakowane kanapki i wyszliśmy przed dom.
- Hej! - Usłyszałam, jak mój brat woła do kogoś. - Sorry za spóźnienie, ale wystąpił mały problem... - Wskazał na mnie głową, a ja zobaczyłam nie kogo innego jak Kubę, który stał oparty plecami o nasz samochód. Przecież mogłam się spodziewać, że pojedzie z nami do szkoły. Mój brat i Kuba są nierozłączni. - To byłby hit, gdybyśmy się spóźnili na nasze ostatnie rozpoczęcie roku. Już oczami wyobraźni widzę te wszystkie miny... - nawijał dalej, aż doszedł do samochodu. Chłopcy przybili sobie piątki na powitanie i zaraz po tym mój brat otworzył przednie drzwi, sugerując tym samym, bym wsiadła do środka. - nawijał dalej, aż dotarł do auta.
- ...że niby ona ma siedzieć z przodu? - Usłyszałam prychnięcie, kiedy byłam już prawie przy samochodzie.
- A może powiedziałbyś jakieś cześć? A nie od razu z wyrzutem... Nie możesz ten jeden jedyny raz usiąść z tyłu? - zapytałam, a wtedy jego oczy skierowały się w moją stronę. Do tej pory zachowywał się tak, jakby mnie nie widział.
Kuba
Zauważyłem ją, gdy tylko Łukasz otworzył drzwi domu. Jej długie brązowe włosy, sięgające za ramiona, tym razem były rozpuszczone. Rzadko widuję ją w tym wydaniu, a tak chyba wygląda najlepiej. Nie, żeby mi się podobała, bo nie myślę o niej w ten sposób. To znaczy... nie myślę o niej w kategorii dziewczyny, która mogłaby mi się podobać. Wychowywaliśmy się na jednym podwórku, a poza tym to siostra mojego najlepszego kumpla, więc relacja dziewczyna-chłopak nie wchodzi tutaj w grę. Lubię na nią patrzeć i lubię z nią przebywać, bo wnosi do towarzystwa dużo pozytywnej energii, a do tego uroczo się uśmiecha. Nie zmienia to jednak faktu, że ma cięty język i chyba nie było spotkania, podczas którego byśmy się nie pogryźli albo nie wymienili kąśliwych uwag. Tym razem również zapowiadało się na to samo. Czasami tak bardzo mnie denerwuje, że muszę się mocno pilnować, żeby nie powiedzieć jej czegoś głupiego. Właśnie tak wygląda "nasza relacja". Niby się lubimy, ale bez sprzeczek się nie obejdzie. Kroczyła w stronę samochodu i dopiero wtedy mnie zauważyła. Chyba się mnie dzisiaj nie spodziewała.
- Myślę, że to jakieś nieporozumienie, stary... chyba nie pozwolisz jej tak pyskować w moją stronę? - Kuba próbował jeszcze bardziej podgrzewać sytuację. Zresztą to nie pierwszy raz, kiedy wykłócał się w najmniej odpowiednim momencie.
- A wiesz, co ja myślę? - zapytałam, podchodząc bliżej. - Że to nie jest twój samochód i raczej nie masz nic do gadania. Powinieneś się cieszyć, że jeździsz z moim bratem. - Uśmiechnęłam się i wpakowałam do auta. - A! Zapomniałabym... Cześć, sąsiedzie. Najwidoczniej muszę przywitać się pierwsza, bo dla ciebie jestem chyba duchem albo niewidzialna...
Po tych słowach zatrzasnęłam za sobą drzwi, uśmiechając się pod nosem. Lubiłam czasami mu odpysknąć, ale mimo wszystko zawsze gadaliśmy. Nie wiem, czy u nas powiedzenie "kto się czubi, ten się lubi" się sprawdza, ale osobiście lubię te nasze przekomarzanki. No i lubię Kubę. Zawsze go lubiłam. W naszej relacji zazwyczaj trzymaliśmy dystans, ale mimo wszystko dobrze czułam się w jego towarzystwie.
Nagle poczułam, jak Łukasz siada za kierownicą.
- Siostra... ty czasami nie umiesz odpuścić, co? - zapytał z uśmiechem, włożył kluczyki do stacyjki i odpalił samochód.
- Przecież wiesz, że to są tylko żarty między nami... Ja nie mogę się denerwować, pamiętasz? - Odwzajemniłam uśmiech i usłyszałam kolejne prychnięcie. Tym razem za swoimi plecami.
Nie chciałam się już odwracać, więc tylko spojrzałam w lusterko. Patrzyły na mnie błękitne oczy przyjaciela mojego brata, który teraz uśmiechał się szeroko...