Obrońcy - Maria Dłużewska

Kup ebooka

25.61 zł
21.19 zł (21,04 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Zamówiono kiedyś u mnie tekst, w którym miałam wyjaśnić dlaczego robię filmy. Odpowiedziałam tak:

Jestem kolekcjonerem. Wciąż powiększam moje zbiory, poluję na białe kruki, unikalne okazy - choć czasem wydaje mi się, że to one mnie znajdują. Często muszę po nie jechać na drugi koniec świata, czasem czekają na mnie za rogiem ulicy.

Niestety, jak każdy kolekcjoner, jestem silnie od mojej pasji uzależniona. Tracę pieniądze, zdrowie, ryzykuję spokój najbliższych, byle zdobyć swój Okaz, zapewnić mu jak najlepsze warunki, wydobyć jego skomplikowaną strukturę i - często niewidoczne dla oka profanów - niepowtarzalne piękno. Tkwię w swoim szaleństwie, jak bibliofil osaczony stadami białych kruków wypychany z domu przez puchnące półki, zwariowany filatelista, któremu znaczki wylewają się z klaserów lub zziajany łowca motyli.

Wiem, można się wymieniać z innymi kolekcjonerami. Ale ja się nie wymieniam. Zresztą nie znalazłam dotychczas dwóch egzemplarzy choćby tylko podobnych do siebie.

Czasem tracę swoje najpiękniejsze Okazy, ale mam spokojną pewność wynikającą z doświadczenia, że nie przeminą, bo zostały opisane, zatrzymane, chciałoby się powiedzieć - skatalogowane, choć nikt dotąd nie wymyślił na potrzeby mojej kolekcji sposobu na ich usystematyzowanie, połączenie w jakiekolwiek grupy, podgrupy, gatunki i podgatunki.

Opisuję swoje Okazy zawsze z pokorą, zawsze z miłością, tak żeby każdy, kto zobaczy moje zbiory, oszalał razem ze mną. Moja kolekcja z całą pewnością mnie przeżyje. To mi daje poczucie bezpieczeństwa, to mi daje szczęście.

Bezcenne Okazy - piękni, mądrzy, odważni, niepowtarzalni bohaterowie moich filmów.

Czuję się w obowiązku odpowiedzieć teraz na, wprawdzie niezadane, pytanie, dlaczego piszę książki. Otóż jest to dalszy ciąg mojej kolekcjonerskiej pasji. Bohaterowie udzielają mi wielogodzinnych wywiadów na użytek filmu, są zmuszani do wykonywania czynności do niczego im nieprzydatnych, odbywania pod okiem kamery spacerów niezależnie od chęci, pogody itd., itp. Jednym słowem żyję targana wyrzutami sumienia, że kradnę im czas i zdrowie, bowiem w filmie wykorzystuję z tych wielogodzinnych wywiadów czasem kwadrans, na ogół jednak pięć, dziesięć minut, czasem jeszcze mniej. Często też w trakcie montażu okazuje się, że konstrukcja filmu potrzebowałaby raczej użycia obrazu półek z książkami w ciepłym salonie bohatera a nie wyciągania go na przechadzki w deszczu i można było spokojnie zostać w domu.

Najgorszy moment następuje, kiedy po zakończonym montażu zostaje mi stos kartek ze spisanymi rozmowami, z uwięzionymi tam słowami mądrymi, pięknymi, głębokimi, nieoczekiwanymi, niezwykle osobistymi, a przede wszystkim ważnymi. Nie mam serca, by wyrzucić to wszystko do kosza i stąd się biorą moje książki.

Tym razem owocem pracy nad filmem "Drzwi do wolności" jest ta książka - "Obrońcy", tom wypełniony postaciami jakby z innej planety, wręcz egzotycznymi - szczególnie dla młodszego czytelnika - ich opowieściami, anegdotami, refleksjami zawierającymi bardzo ostre oceny rzeczywistości, dla wielu bolesne, zawsze pod prąd tak zwanej poprawności politycznej.

Część postaci, które znalazły się w książce w filmie występuje niestety epizodycznie. Niezwykłą opowieść Zofii Romaszewskiej możemy tylko przeczytać. Mam jednak nagrany filmowy materiał, który jest dla mnie szansą na duży film o Zosi i, jeśli tylko się zgodzi, zrobię wszystko, żeby go zrealizować.

Nie ma filmowych rozmów gorszych i lepszych, bardziej lub mniej wartościowych. Bywa tak, że opowieść bohatera w pewien sposób mija się z filmową narracją, czasem zbyt ją dominuje. Nigdy nie jest to jego wina, zawsze to błąd reżysera. W moim przypadku bywa tak, że porwana opowieścią zapominam o scenariuszu, o pewnych ramach, w których muszę postać zamknąć i "płynę" razem z nią. W przypadku zdjęć do Drzwi do wolności miałam do czynienia z ludźmi o takich osobowościach, że trudno mi było naginać ich do moich pomysłów, zresztą nie chciałam tego. Rozmowy z nimi były dla mnie pięknym doświadczeniem; mówili jak zawsze mądrze, jak zawsze "po swojemu", a ja, siedząc obok kamery słuchałam zafascynowana.

Skutek jest taki, że przy okazji powstał film o Oldze Johann, którą widzimy w "Drzwiach do wolności" przez kilka sekund jako uzupełnienie postaci jej męża, mecenasa Wiesława Johanna. Tak samo było z Jankiem Kelusem, dziś kończę o nim film. Z Andrzejem Kołodziejem, którego losy są w filmie zaledwie epizodem, nagrałam niedawno duży wywiad, bo uznałam, że powinien się znaleźć w książce. Kiedy tylko się w niej znalazł, zrozumiałam, że muszę zrobić film o Andrzeju i na jesieni jedziemy z kamerą w jego rodzinne Bieszczady.

We wspomnieniach rozmówców wciąż wracają postaci wielkich obrońców politycznych Władysława Siła-Nowickiego, Jana Olszewskiego i innych, którzy dla bohaterów filmu i książki byli autorytetami i nauczycielami. Bo, jak mówi mecenas Piotr Łukasz Andrzejewski: "Istnieje coś takiego, jak sztafeta pokoleń". Na nasze szczęście, rzeczywiście istnieje, stąd wywiady z mecenasami: Andrzejem Lew-Mirskim i Stefanem Hamburą, pełnomocnikami rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej.

Większość rozmów toczyła się w niezwykłym momencie historycznym, po wyborach prezydenckich wygranych przez Andrzeja Dudę, przed wyborami parlamentarnymi, które przyniosły zwycięstwo Prawu i Sprawiedliwości.

Nie uaktualniałam wypowiedzi bohaterów, myślę, że to rzetelne świadectwo czasu zmarnowanych szans i rodzącej się nadziei u progu kolejnego polskiego przełomu.

Maria Dłużewska

?

TEATRUM MUNDI

PIOTR ŁUKASZ ANDRZEJEWSKI

OPOWIADA O MORZU, RODZINNYM DOMU, FLUIDACH I DOBRYCH DUCHACH, ARESZTOWANEJ KROWIE, WŁADYSŁAWIE SIŁA-NOWICKIM, MICKIEWICZU W CELI ŚMIERCI, O JAZZIE, KLASIE ROBOTNICZEJ, DOWODACH WDZIĘCZNOŚCI W POSTACI KACZEK, O ZUPIE, JARUZELSKIM, SZTAFECIE POKOLEŃ I O SPEŁNIENIU.

.

Władysławowo, jesień 2015 roku. Piękny pensjonat Solmare, odbudowany po wojnie przez rodziców Piotra. Miejsce magiczne.

To jest Solmare, miejsce, z którym jestem najbardziej związany; to zarazem punkt odniesienia całego mojego życia. Urodziłem się w Warszawie, po Powstaniu tułałem się z babcią i starszym bratem - trzykrotnie zmienialiśmy miejsce pobytu. Rodzice wyjechali na Wybrzeże i matka odbudowała ten zniszczony w czasie II wojny dom - trafiony trzema pociskami, obrabowany. Wtedy było to prawdziwie heroiczne przedsięwzięcie. Dla mnie to jedyne miejsce, gdzie mogę zawsze wracać do najważniejszych dla mnie chwil, smakować je. Tu czuję się wyzwolony z doraźnych powinności, uwarunkowań, obciążeń.

Twoje miejsce?

Tak, i myślę, że tutaj chciałbym to życie skończyć.

Matka była aktorką?

Jej pierwszy mąż był zamożnym ziemianinem, a ponieważ aktorkę w II Rzeczpospolitej uważano jednak za kobietę podejrzanej konduity, warunkiem zawarcia związku małżeńskiego była rezygnacja z występów w teatrze. Po wojnie matka nie wróciła na scenę, natomiast - życie jest przewrotne - bardzo ważną postacią polskiego teatru stał się ów zamożny ziemianin, Stanisław Hebanowski, wieloletni dyrektor artystyczny i literacki Teatru Polskiego w Poznaniu, potem Teatru Wybrzeże w Gdańsku. To małżeństwo nie było udane, rozwiedli się jeszcze przed wojną. Matka wraz z pierwszą ekipą, która przyjechała do jeszcze palącego się Gdańska, urządzała tu życie kulturalne. Teatry, biblioteki, szkoła muzyczna, wszystko to było odbiciem jej zainteresowań, bo oprócz szkoły teatralnej skończyła historię sztuki w Poznaniu.

I to był twój świat?

Mój świat był wtedy ograniczony, bo wszystkiego brakowało. Każde mydełko przechowywało się jak świętość. Zawartość puszek z UNRRY, jakieś puddingi, kolorowe lizaki - to był przedmiot kultu. Nie mieliśmy zabawek, więc każde drewienko stawało się czymś ważnym, każdy wystrugany z leszczyny patyk. No a matka żyła ciągle sztuką: malarstwem, teatrem. Jeździła dość często do zburzonej jeszcze Warszawy i zabierała mnie ze sobą. Wszystkie wieczory spędzaliśmy w teatrach, a później szliśmy za kulisy. I chyba to w jakimś sensie pokazało mi, że wszystko wokół jest jedną wielką grą. Z jednej strony grą pozorów na scenie, ale z drugiej strony grą autentyczną, rolą, z którą człowiek identyfikuje się w życiu. Później przyszła literatura, ta wielka, romantyczna. Najpierw matka mi czytała, deklamowała wielką poezję, tak trochę dla mnie, trochę dla siebie.

Pamiętam taki wieczór, mama już była w bardzo podeszłym wieku, byliśmy w Solmare tylko we dwoje. Wiatr błądził po tym zniszczonym domu... Był więc ten wiatr, zimno, matka leżała i, pamiętam, żeby ją trochę rozgrzać, zaparzyłem herbatę z rumem. To jest pensjonat Solmare, słońce - morze. Ale przychodzi jesień, deszcz, gałęzie drzew tłukące w szyby, szum morza... atmosfera jak z Edgara Poe. I nagle z pokoju mamy słyszę monolog Julii z Szekspira, potem dochodzą mnie fragmenty Balladyny! Dyplom mojej mamy w szkole teatralnej to była właśnie Balladyna, grała tam Alinę, a Balladyną była Irena Eichlerówna.

Przez ten dom przewinęło się mnóstwo ludzi sztuki; malarzy, aktorów. Pamiętam Emila Chaberskiego z żoną, Kreczmara, Kurnakowicza - tych wszystkich wielkich, którzy odegrali swoje role i odeszli. Od dziecka stykałem się tutaj z właściwym im szczególnym sposobem bycia, który każe zachować dystans wobec rzeczywistości.

Pewnie chciałeś zostać aktorem?

Początkowo rzeczywiście aktorstwo mnie pociągało. Wygrałem nawet parę konkursów recytatorskich, ale rodzice dali mi parę ciekawych książek z dziedziny prawa, między innymi teorię prawa. Mnie to zafascynowało, więc uznali, że jeżeli tę strasznie nudną książkę przeczytałem i chcę o niej rozmawiać, to powiedzieli: "Rób sobie Piotrze co chcesz, ale najpierw skończ prawo". Tym bardziej, że istniała tu tradycja rodzinna. Matka jest z domu Makowska, a Wacław Makowski, jej bliski krewny, był profesorem prawa karnego i ministrem sprawiedliwości w rządzie Narutowicza. Był też ostatnim marszałkiem Sejmu przed II wojną. I ja, żyjąc teatrem, literaturą, sztukami pięknymi, muzyką, coraz poważniej zacząłem myśleć o prawie.

To nie były chyba dobre czasy na uprawianie tego zawodu, już łatwiej było się schować gdzieś w sztukę.

Byłem w szkole średniej, kiedy przyszedł ten piękny czas - 1956 rok, nie wiem czy dla Polski nie ważniejszy niż rok 1989. Ze stalinowskiej nocy, zza bariery otaczającej sterroryzowane, zgnojone społeczeństwo, nagle zaczęła przenikać z wolnego świata kultura, książki, nagle mogliśmy czytać Hemingwaya, Faulknera. Doskonale też pamiętam pierwszy i drugi festiwal jazzowy w Sopocie. Akurat w Solmare był wtedy Jerzy Waldorff i dzięki niemu mogłem pojechać do Sopotu i chodzić na te koncerty. To wszystko było, również dla mnie, wielkie przebudzenie kulturowe.

W Warszawie gdzie studiowałem prawo i historię sztuki założyłem teatr studencki, najpierw jeden, potem drugi.

Ale skończyłeś prawo.

Skończyłem studia będąc człowiekiem prostodusznym. Na prawo szło się raczej po to, żeby się jakoś urządzić, a ja uważałem, że występowanie przed sądem i obrona ludzkich spraw jest realizacją swoistego teatrum mundi. Tak jest w życiu: Człowiek funkcjonuje w orbicie systemu prawnego i, często bez swojej winy, wpada w te tryby. No a tu czeka na niego wielki teatr świata, w którym pojawia się prokurator, który go oskarży, sędzia, który osądzi i wyda wyrok. Jest też tam miejsce na obrońcę tego człowieka. Rozumiałem, że to jest ta scena, na której trzeba stanąć w imieniu każdego człowieka i bronić jego praw. Tak, w jakimś sensie mnie to uwiodło.

Pięknie tu, słońce, błękitne niebo.

W Powstaniu zginęło moje cioteczne rodzeństwo, poległ też mój brat przyrodni, syn mojego ojca z pierwszego małżeństwa. Byłem wtedy małym dzieckiem i dwa razy odkopywali nas po bombardowaniu, kiedy zawalał się nad nami dom. Zostaliśmy wtedy żywcem pogrzebani, tak to czułem. Stąd do dzisiaj źle znoszę w mieście słońce i piękną pogodę. Czas Powstania, to był piękny, ciepły sierpień. Tu, nad morzem rzadko ten uraz do mnie wraca, ale w mieście tak.

Tu spędziłeś powojenne lata?

Dzisiaj dom oddziela od morza wydma, na której wyrosły sosny, moje ulubione drzewa. Wtedy z okien Solmare widać było tylko morze i plażę. Pamiętam czas, kiedy plażę bronowano, żeby przeciwdziałać ewentualnemu desantowi z obozu wojny; bo my byliśmy przecież obozem pokoju. Tu we Władysławowie trzeba było zawsze mieć przy sobie specjalną przepustkę, bo to był teren przygraniczny. Czasem w nocy zajeżdżały samochody, ludzi wyciągano z łóżek i legitymowano, sprawdzając, czy legalnie tu przebywają. Port jako obiekt strategiczny był ogrodzony drutem kolczastym, a wieczorem chodziły patrole wopistów z psami. Obok nie było żadnych domów, więc gospodarz Franciszek Miętki, który jednocześnie pracował jako dozorca u nas, w Solmare, hodował sobie krowę. Ta krówka wyciągnęła kiedyś kołek, do którego była przywiązana, i poszła sobie w kierunku portu, który wtedy nazywał się Władysławowo, bo tu było wtedy jeszcze Hallerowo...

Co z krową?

Doszła do brzegu morza przy porcie i wróciła plażą do swojej komórki nieopodal domu. W nocy zajechały samochody, dom obstawiono, no bo pewnie ten spodziewany desant w końcu wylądował! Biedny pan Franciszek tłumaczy, że krowa zrobiła sobie ten spacer z własnej inicjatywy, a on poszedł za nią. Wszystko na nic. Zaaresztowali pana Franciszka i jego krowę, odlali z gipsu ślady i przymierzali czy kopyto pasuje, czy nie. Czy to nie jest teatr? Teatrum mundi? To wydarzenie było akurat czystą groteską, ale bywało groźniej. Człowiekowi, którego kajak znaleziono nad zatoką, imputowano, że planował ucieczkę i pobito tak, został inwalidą do końca życia. Stąd przez morze ludzie uciekali czym się dało: kutrami, kajakami... Uciekali od tej naszej krainy szczęśliwości i pokoju.

Piotr Andrzejewski z córką. Warszawa, 1981 rok

Ale niektórzy wracali.

Pamiętam, jak przyjechała do nas pani Żyborska, to była nasza daleka krewna, po powstaniu, po przejściu obozu w Pruszkowie zatrzymaliśmy się właśnie u niej pod Krakowem. Tu, w Solmare, ona czekała na męża, który po latach tułaczki, po walce w 2 Korpusie, wracał do kraju na statku "Batory". Pan Żyborski miał do kogo wracać. Ci, którzy pochodzili z Kresów, na ogół już nie.

Ostatnim mężem twojej matki był Kresowiak, czy tak?

Tak, należał do tych, którzy już nie mieli gdzie wrócić, bo cała jego rodzina została wymordowana. On sam po wojnie obronnej w 1939 roku trafił do oflagu, skąd dość szybko wypuszczono go, bo Niemcy podobno zwalniali posiadaczy ziemskich z Kresów, aby ich majątki rolne dostarczały żywność na potrzeby III Rzeszy. Był inżynierem rolnikiem i miał pracować dla III Rzeszy. No i gdzieś po drodze NKWD zwinęło go i wywiozło do Workuty. Układ Sikorski-Majski przywrócił mu życie, tak jak wielu innym Polakom. No i później ta cała epopeja: bitwa o Monte Cassino, exodus z generałem Władysławem Andersem. Jak znalazł się w Londynie, to czekała już na niego wiadomość, że matka zmarła na Syberii, siostrę Rosjanie zgwałcili i utopili w Niemnie, brata rozstrzelali Niemcy. Nie miał do kogo wracać, więc pojechał do Argentyny, a po latach wrócił złożyć kości w Polsce.

Mój ojciec nie żył już wtedy, matka od osiemnastu lat była wdową. Oni się znali z Kresów, sympatyzowali ze sobą. Kiedy matka była szesnastoletnią panienką, zdążyli pocałować się pierwszy raz gdzieś nad Niemnem. No i zamiast złożyć kości w polskiej ziemi, ożenił się z moją matką i tak, pod koniec życia znalazł szczęście tu, w Solmare. To było ostatnie pięć lat jego życia, bardzo chyba bardzo szczęśliwe z moją matką. No, czy to nie teatrum mundi?

Morze - przestrzeń, wolność...

To ten styk morza, lądu i nieba w specyficzny sposób działał na ludzi i wszyscy, którzy się tu pojawiali, czuli się wolni. Nie było wiele do jedzenia, ale wszyscy zbierali się w pokoju na dole, zasiadali przy stole i rozmawiali. Przysłuchując się im, nabierałem pewnie więcej wiedzy o świecie niż z książek i ze szkoły.

Przyjeżdżali tu: mój patron, adwokat Roman Daniec, Władysław Siła-Nowicki i wielu innych adwokatów z palestry warszawskiej, w miarę jak ja się angażowałem w adwokaturze. Oprócz aktorów i ludzi sztuki bywali tu i lekarze, bo mój brat był później profesorem medycyny w Gdańsku. Wszyscy czuli się w Solmare dobrze, swobodnie. Nasi goście na chwilę schodzili z tej swojej niełatwej sceny życia i tu mieli swój antrakt.

Rozmowę przerywa głośne trzaśnięcie okna.

O, znów wiatr, wiatr komentuje to, co mówię. To jest dom, w którym wciąż krąży bardzo wiele dobrych fluidów, krążą duchy tych, którzy już odeszli. Tu się odczuwa ich obecność, bo to było miejsce przyjazne dla nich, tu byli szczęśliwi. Wszyscy - mężczyźni, kobiety - również Jerzy Waldorff ze swoim Mieciem. Tu przyjmowało się to w sposób naturalny, uznawano, że wszystko jest rzeczą ludzką.

Władysław Siła-Nowicki - zdjęcia ze stalinowskiego więzienia. Poznań, 1954 rok

Władysław Siła-Nowicki, twój mistrz.

Trzy wyroki śmierci, rok w celi śmierci. Kiedyś przyjechał tu do nas, a była późna jesień i postanowił wykąpać się w Bałtyku. Starałem się go powstrzymać, a on na to:

- Jest morze, muszę się wykąpać.

- Władku, jest zimno! - mówię.

- Nie szkodzi, nie szkodzi, idziemy do Bałtyku.

Rozebrał się i mimo, że trząsł się jak galareta, wszedł do morza. Wtedy zobaczyłem to straszliwie pokiereszowane ciało pokryte bliznami - pamiątkami z Powstania Warszawskiego. Nie pamiętam, żeby się kiedykolwiek o tym mówiło, w każdym razie on o swoich przeżyciach nie wspominał nigdy. Kiedy wrócił po tej kąpieli i poszedł się przebrać, jego córka Marysia pyta:

- Piotrze, nie wiesz, co się z tatusiem stało?

- Nic się nie stało, był ze mną nad morzem, dlaczego pytasz?

- Bo jest przeziębiony i mamusia mu wciąż powtarza, żeby nie wychodził bez szalika, a on zostawił szalik w domu.

Taki był Siła. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, jak człowiek z takim poczuciem wolności, tak niezależny mógł wytrzymać w celi śmierci skąd codziennie wyprowadzali ludzi na rozwałkę, bo to była wieloosobowa cela. Tymczasem Władysław codziennie o określonej porze serwował współwięźniom, a często byli to skazani na śmierć kryminaliści, fragmenty Pana Tadeusza, opowiadał Trylogię Sienkiewicza. Myślę sobie, że tak właśnie powinna się wypełniać społeczna misja adwokata. Trzeba trwać przy ludziach, znaleźć dla nich słowa pocieszenia takie, z których mogliby czerpać siłę, nawet w sytuacjach zdawałoby się beznadziejnych. Choćby samemu było się w równie dramatycznym położeniu.

Czego nas nauczył? Wolności wewnętrznej. Trzeba za to płacić? Trzeba. Ale człowiek jest niezależny. "Nieważne co z nami zrobią, ważne jest co my zrobimy z tym, co z nami to robią". I to są wzorce. Siła-Nowicki był wzorcem.

Władysława Siła-Nowickiego poznałam chyba właśnie w Solmare. Żyła jeszcze mama Piotra, którą można było spotkać wszędzie. W kuchni, w salonie, który wtedy był również jadalnią, przy wieczornym oglądaniu telewizji. Zawsze ciekawa świata, otwarta, z własnym zdaniem na każdy temat i olśniewająco realną oceną zjawisk czy to politycznych, czy artystycznych.

Pamiętam, że telewizor był umieszczony w kącie holu, a sam kąt oddzielono upiętymi artystycznie sieciami rybackimi. Te sieci pojawiały się w nieoczekiwanych miejscach domu, w końcu połapałam się, że maskują po prostu ślady po pożarze.

Niewielkie pokoje, każdy z umywalką, na końcu korytarza toalety. Prysznice były w piwnicy. Na starej szafie stojącej w dość newralgicznym miejscu - trzeba było koło niej przejść - rezydował kot, obserwując z góry życie toczące się w domu. Kot miał zwyczaj bez uprzedzenia, za to z głośnym miauknięciem lądować znienacka a to na głowie, a to na plecach przechodzących osób. Po pewnym czasie wszyscy starali się jakoś omijać to miejsce lub przemawiać do kota zniechęcając go do działania, ale ja jakoś wciąż o tym zapominałam. Pamiętam, że parę razy Piotr w porę krzyknął: "Uwaga kot!" i zdążałam uskoczyć, jednak na ogół kot lądował na moim ramieniu, ja wrzeszczałam, kot był zachwycony, ale trzymał fason do końca i popatrując na mnie z lekką pogardą oddalał się spokojnie. Oczywiście kot agresor nie był tam jedynym zwierzęciem. Kotów było zawsze kilka - i tych domowych, i "na przychodne". Do tego psy, koniecznie choć jeden owczarek collie. Podłogi skrzypiały, drewniane okna jęczały pod naporem wiatru, za oknami pasmo wydm i morze. Było pięknie, było ciepło, dobrze i bezpiecznie. Choć pamiętam też dramatyczne kłopoty z aprowizacją, a także nalot jakiejś komisji, która uznała, że stare drewniane krzesła, pomalowane na różne kolory przez Ewę, żonę Piotra, są nie do przyjęcia, ma się rozumieć z estetycznego punktu widzenia komisji. Mają być jednakowe.

Właściwie nie wiem, jak to funkcjonowało. Przecież wtedy brakowało wszystkiego, nie tylko jedzenia. Nie było mydła, proszków do prania, nie mówiąc o papierze toaletowym. W Solmare jedzenie było pyszne, pościel pięknie wyprasowana, w wazonach kwiaty. Pamiętam tylko zmęczenie Ewy. Ale miało być o mecenasie Siła-Nowickim.

Moja matka i ojczym Jerzy Patek mieszkali w Kielcach. Podczas którejś z wizyt u nich pochwaliłam się swoją znajomością z legendarnym wówczas adwokatem. Ojczym ogromnie się ucieszył, poprosił o przekazanie mu wszelkich serdeczności. Okazało się, że w liceum im. Śniadeckich w Kielcach byli w jednej klasie. Popłynęły szkolne opowieści i w którymś momencie, pamiętam, ojczym powiedział: "Jak próbowali u nas zrobić getto ławkowe, tylko Władek i ja staliśmy przez całą lekcję". Zobaczyłam tę scenę: ich dzielni koledzy siedzą w swoich ławkach i tylko dwaj wysocy, postawni młodzieńcy stoją razem z żydowskimi kolegami. Taki był mój ojczym, taki był mecenas Siła-Nowicki. Przekazałam mu pozdrowienia od ojczyma, ucieszył się, pamiętał wszystko. Powiedział: "Rzeczywiście, tylko Jerzy i ja..."

Opowiedziałam tę historię Piotrowi Andrzejewskiemu, przerywając wywiad.

Władysław Siła-Nowicki nad Bałtykiem, lata 80. XX wieku

Chciałeś bronić ludzi? Tak widziałeś swoje powołanie?

Myślę, że to dobry los, opatrzność, że trafiłem na takich patronów. Zaczęło się od zespołu mecenasa Romana Dańca, tam byłem aplikantem. No a później miałem do czynienia z doświadczeniami tych ludzi, których przyszło mi reprezentować, bronić.

Tuż po egzaminie adwokackim występowałem w procesie rehabilitacyjnym pana Świerczewskiego, postaci na miarę, przepraszam, filmowego Klossa. Tyle, że on istniał naprawdę i działał dla polskiego Państwa Podziemnego. Proces rehabilitacyjny zainicjowały jego dzieci, bo przez lata wszyscy uważali ich ojca za nędzną postać, współpracownika Gestapo. Tymczasem on był ulokowany przez Związek Walki Zbrojnej w granatowej policji i w sposób niezwykle inteligentny zdobywał cenne wiadomości dla Polskiego Państwa Podziemnego, uratował wielu ludzi. Proces skończył się orzeczeniem uniewinniającym i rehabilitacją tego bohatera. Często myślę, że powinienem opisać dzieje i dokonania pana Świerczewskiego, przedstawić choćby tylko krótką historię jego heroicznego życia. Zasługuje na to jak mało kto.

Broniłeś wspaniałych ludzi, ale przecież musiałeś spotkać sędziów, prokuratorów, adwokatów związanych z systemem komunistycznym?

W zespole Romana Dańca zlecano mi czasem zastępowanie innych adwokatów, między innymi mecenasa Wareckiego, bardzo dobrego specjalisty od prawa karnego, który zawsze powtarzał: "Niech pan pamięta, panie Piotrze, niech pan pamięta: prawo prawem, ale najważniejszy jest człowiek. Pan broni człowieka! A przepis prawny? To tylko przepis. Przed sądem najważniejszy jest człowiek i jego obrona".

Takie właśnie dawał mi nauki, które zresztą stosuję do dzisiaj. To były lata sześćdziesiąte, Polska gomułkowska. Kiedyś, jako aplikant, zastępowałem Wareckiego, który na korytarzu sądowym przekazywał mi akta sprawy. Przyglądał się temu jakiś stary adwokat i widział mój pełen atencji stosunek do Wareckiego. Kiedy odebrałem już te akta i zostałem sam, stary adwokat podszedł do mnie i pyta: "Panie kolego, pan pracuje z tym człowiekiem?". Mówię, że tak, że to wybitny karnik. A on: "To jest wojskowy sędzia kiblowy z okresu stalinowskiego, on ma cały swój cmentarz".

Rzeczywiście okazało się, że to jeden z tych katów sądowych, którzy skazywali ludzi na śmierć bez procesu. Dla mnie to był wstrząs, bo musiałem przyjąć do wiadomości, że ci, którzy kiedyś byli strasznymi, podłymi katami, później nagle wkładają kostium i z pełnym przekonaniem grają inną rolę. To tak, jak w piosence Kelusa, Janka Kelusa...

U nich po prostu z braku sumienia, braku refleksji moralnej świetnie działa mechanizm gładkiego przemieszczania się na aktualnie słuszną stronę. Najgorsze, że to się nie zmienia, natura ludzka jest zawsze taka sama. Przecież Kadafi w ONZ przewodniczył Komisji Praw Człowieka. Wybrali go!

Co w tych ludziach siedzi pod ich maskami?

Jako przedstawiciel społeczny Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność" z bliska przyglądałem się procesowi Grudnia '70. Głównym z oskarżonych był tam generał Wojciech Jaruzelski, który święcie wierzył w swoją zbawienną dla Polski rolę. Oszukiwał, ale sam w to oszustwo najpierw musiał uwierzyć. Chyba na tym polega mechanizm.

Oczywiście w każdym człowieku można również znaleźć coś dobrego. Problem jest w proporcjach. My, jako adwokaci, nie bronimy przecież złych postępków naszych podsądnych, my stajemy w obronie praw, które im służą. Jesteśmy po to, żeby zostali właściwie osądzeni bez uszczuplania przysługujących im praw.

Inaczej to wyglądało w wielkich procesach politycznych KOR czy czołówki NSZZ "Solidarność". Reprezentowałem tam Zbyszka Romaszewskiego, Andrzeja Rozpłochowskiego, Andrzeja Gwiazdę i wielu innych.

Stan wojenny.

Pierwsze moje wystąpienie obrończe po wprowadzeniu stanu wojennego miało miejsce już 22 grudnia roku 1981.

Wtedy rola adwokata była trochę inna, bo trzeba było bronić zarówno prawidłowości funkcjonowania samej normy prawnej, jak i ludzi, którzy walczyli o praworządność. Mieliśmy wówczas do czynienia z zamachem na funkcjonowanie systemu prawa i praw człowieka.

Pomyślałeś, że zawodowo może cię to dużo kosztować? Niewielu zajęło wtedy tak zdecydowaną postawę.

Tamta rzeczywistość charakteryzowała się tym, że co innego się myślało, co innego mówiło, a jeszcze co innego robiło. Wielu funkcjonowało w ten sposób, żeby przeżyć i to była zasada zhołdowania, bo ludzie często udawali, że służą wiernie władzy. Tak działali między innymi artyści, literaci, nie mówiąc już o działaczach społecznych. Oni w jakimś sensie kombinowali, jak się ustawić w życiu. No ale taka postawa jest zabójcza dla kondycji człowieka. Jeśli dziś mogę mówić o satysfakcji, to dlatego, że mam poczucie wypełnienia tego, co do mnie należało. Wynikało to, być może, z pewnej mojej prostoduszności i naiwności, ale dzięki Ci Panie Boże za to.

Piotr Andrzejewski na sali sądowej, lata 80. XX wieku

Pytałam o koszty.

Człowiek musi szukać tego, co utwierdza go w szacunku do samego siebie. Miałem wielkie szczęście spotkać ludzi, którzy bronili przede wszystkim swojej niepodległości, wolności, jak Władysław Siła-Nowicki. Bardzo się starałem sprostać jako adwokat tym wszystkim rolom, które on, na początku mojej zawodowej drogi, w pewien sposób wyznaczał i aranżował.

Poszedłeś za nim?

Do dziś pamiętam cały szereg scysji między nami. Mam trudny charakter, on miał też miał niełatwy, w związku z tym spieraliśmy się bardzo. Jednak muszę przyznać, że Siła-Nowicki zawsze umiał mnie przekonać powołując się albo na literaturę, lub przywołując wielkie postaci. Nigdy nie mówił: "Nie masz racji", tylko: "Piotrze, pozwól, że ja ci zacytuję...".

Te jego cytaty - odniesienia do myśli politycznej, do postaci z naszej historii, wydarzeń kształtujących naszą tożsamość narodową - przemawiały do mnie zawsze. To powodowało, że nie tyle zmieniałem zdanie, co dostrzegałem, że mój pogląd - czy to była interpretacja i stosowanie prawa, czy ocena jego skuteczności - może być postrzegany odmiennie, niż ja to widzę.

Równie wielkich osobowości przyszło ci bronić.

Kontakty z takimi ludźmi, jak Andrzej Gwiazda, Zbyszek Romaszewski, Andrzej Rozpłochowski nauczyły mnie bardzo wiele. To ja się od nich uczyłem wewnętrznej niepodległości w patrzeniu na świat i trafnym odczytywaniu rzeczywistości. W systemie opresyjnym oni realizowali i reprezentowali to, co uważają za słuszne, czemu poświęcają życie bez względu na cenę jaką płacili. Dla mnie to były lekcje pokory. Zdawałoby się, że każdy adwokat musi wiedzieć lepiej, tak jak lekarz, bo przychodzi się do niego właśnie po to, żeby to on wiedział lepiej. A tu? Pamiętam, jak z Andrzejem Gwiazdą spędzałem soboty w pokoju widzeń aresztu śledczego na Rakowieckiej. Klawisze niemal siłą musieli mnie stamtąd wyrzucać, bo tak chłonąłem to, co mówił Andrzej, z jaką przenikliwością analizował rzeczywistość.

Ci ludzie, których przyprowadzali do mnie z cel, uczyli mnie, jak należy żyć i to sprzężenie zwrotne, które następowało wtedy między oskarżonymi a obrońcami, wydaje mi się bezcenne. Tego doświadczyłem też na przykład w procesie KPN. Wtedy z Tadeuszem de Virionem, Jurkiem Woźniakiem, z Edkiem Wende mogliśmy obserwować sposób występowania oskarżonych przed sądem, ich ideowość, a jednocześnie twarde forsowanie swoich poglądów, obronę wartości. Doświadczenie życia w opresyjnym systemie dawało im poczucie siły, panowania nad rzeczywistością. Obcowanie z takimi ludźmi bardzo mnie wzmocniło i jako adwokata, i jako człowieka.

Adwokaci Tadeusz de Virion i Piotr Andrzejewski, lata 80. XX wieku

Często byli to ludzie niewykształceni, robotnicy.

Niezależnie od pozycji społecznej czy wykształcenia, na ławie oskarżonych siedzieli wtedy wspaniali, mądrzy ludzie, od których, jak mówiłem, wiele się nauczyłem. Gorzej było z tymi za stołem sędziowskim. Moje obrony w sprawach politycznych nie opierały się na wielkich oracjach, reprezentowaniu czy demonstrowaniu idei, bo doskonale wiedziałem, do kogo mówię; zwracałem się do często tępych funkcjonariuszy w togach sędziowskich, których dobierano z klucza. Bywali oczywiście i tacy, którzy orzekali uczciwie, zachowywali się poprawnie, ale takich natychmiast odsuwano od orzecznictwa, przenoszono do innych wydziałów. Podejmując się wtedy, w stanie wojennym, obrony oskarżonych opierałem się na bardzo racjonalnej przesłance szacunku dla obowiązującego systemu prawa. Na podstawie dekretu o stanie wojennym powszechnie skazywano ludzi z pominięciem wnioskowanego postępowania dowodowego, co więcej, wtedy stosowano domniemanie winy. Kontynuowanie działalności związkowej było zagrożone minimum trzema latami bezwzględnego więzienia w trybie doraźnym. W związku z tym pierwszą moją czynnością jako obrońcy stała się walka o zdjęcie trybu doraźnego tych postępowań.

Drugim etapem obrony było wnioskowanie przeprowadzenia przed sądem postępowania dowodowego. Aby skazać, należało udowodnić, że oskarżeni rzeczywiście kolportowali na przykład druki zawierające nieprawdziwe wiadomości mogące wywołać niepokój społeczny. Zwracałem wtedy uwagę na uznaniowe przyjmowanie przez sąd tego, że wiadomości, które mogą wywołać niepokój społeczny, są prawdziwe, bo jeśli nie dowiedzie się tego w stanie faktycznym, to nie wolno karać z tego przepisu. Tak stanowi prawo. Składałem więc wnioski dowodowe mające świadczyć, że w podziemnym ''Tygodniku Solidarność'' czy innych pismach ulotnych pisano prawdę. Sąd mi to wszystko oddalał, łamiąc podstawowe prawa oskarżonego do obrony, do udowodnienia mu przestępstwa. Bo, aby człowieka skazać, muszą być spełnione trzy elementy. Musi być wypełnienie znamion przestępstwa w stanie faktycznym, o którym norma prawa karnego mówi, że zaistniał. Musi być wina, czyli jakaś forma ukierunkowania świadomości na to, że się złamie to prawo. I trzeci element: ocena społecznego niebezpieczeństwa czynu.

W pierwszym procesie stanu wojennego broniliśmy z Tadeuszem de Virionem Zenona Nowaka i Tadeusza Pacuszki z Instytutu Badań Jądrowych. Wtedy pierwszy raz zakwestionowałem przed sądem legalność normy prawnej stanu wojennego. To prawo nie było przecież opublikowane! Powielaczowy tekst dekretu o stanie wojennym doręczono nam dopiero 19 grudnia, a ludzi aresztowano już 14 grudnia wieczorem! W takim razie oni mieli prawo uważać, że jest to bezprawie, że to zamach stanu. Ja twierdziłem przed sądem, że prawo, na którym oparto akt oskarżenia, legalnie nie zaistniało, zatem sąd nie ma podstaw, żeby wydawać wyroki skazujące. Dowodziłem, że samo oświadczenie generała Jaruzelskiego nie może być podstawą skazania. Za to miałem pierwszą sprawę dyscyplinarną. Zarzucono mi, że podważam funkcjonujący w Polsce system prawa.

To przykre, że dopiero w roku 2013 Trybunał Konstytucyjny przyznał mi rację, orzekając, że stan wojenny wprowadzono nielegalnie, co stwierdził już wtedy w swojej opinii prawnej śp. Janusz Kochanowski. Po latach i jemu, i mnie przyznano rację.

Ewa Łętowska, pierwszy rzecznik praw obywatelskich, odpowiadając na naszą interwencję, stwierdziła, że pluralizm związkowy w Polsce może funkcjonować, pod warunkiem, że Rada Państwa uzna to za dopuszczalne, czyli przyjmowała warunkowanie funkcjonowania prawa na podstawie decyzji politycznej.

Homo sovieticus?

Właśnie. Jesteśmy dzisiaj wciąż dotknięci syndromem homo sovieticus, którego istotą było zakłamanie. Mamy deklaracje i pięknie spisane zasady prawa, ale praktyka jego stosowania to, jak się okazuje, zupełnie co innego. Wszystko podporządkowuje się poprawności politycznej, czy to była poprawność polityczna systemu komunistycznego czy systemu III Rzeczpospolitej. I tu, i tu prawo traktuje się instrumentalnie byle w zgodzie z jego literą. Obawiam się, że i dziś, dopóki nie zaczniemy stosować wykładni prawa jako systemu powszechnego, opartego na wartościach, na duchu prawa, ciągle będziemy żyć w zafałszowanej rzeczywistości.

Masz nadzieję, że pozbędziemy się tego homo sovieticus, który w nas tkwi?

Homo sovieticus został tak głęboko inkorporowany do świadomości społecznej, że i dziś akceptuje się rodzaj formy przeżycia, mimikry, dostosowywania do realiów. Po to żeby żyć, żeby funkcjonować. Dzisiejszy klientelizm kiedyś bezkompromisowych działaczy opozycji rodzi pytanie, dlaczego teraz zaprzeczają sobie? Ze strachu? Żeby przeżyć? Sprawdzili się przecież w walce z tamtym opresyjnym systemem, więc co? Tak bardzo głęboko utkwił w nich homo sovieticus, że niezależności, odwagi starczyło tylko na chwilę?

Ale godzimy się z tym. Tak jest.

Ja się z tym nie godzę. Nie godziłem się i nie godzę. Zawsze będę niepokornym outsiderem. Ilekroć represje spotykały mnie i wiele osób, które do dziś uważam za kompanów w postawach, w systemie wartości, uważałem, że jest to jakaś forma nagrody za to, jak działam. Wszelkie represje rozumiem jako próby zniewolenia i jeśli skutecznie się im opieram, to nie tylko wzmacniam swoje poczucie niezależności i siły, ale i innych umacniam w ich postawach.

Zawieszali cię w prawach wykonywania zawodu za to outsiderstwo.

Nie znam w historii adwokatury reprezentanta tego zawodu, który miałby osiem spraw dyscyplinarnych za rzekome naruszenie wolności słowa, podważanie zasad ustroju, przekroczenie zakresu dopuszczalności obrony rzeczowej. Wydaje mi się, że moje postępowanie zawsze było racjonalne, a jednak już w pierwszym postępowaniu dyscyplinarnym stwierdzono, że szkaluję system stanu wojennego.

No bo szkalowałeś.

Nas jako obrońców często nie dopuszczano do akt, dopóki nie sporządzono aktu oskarżenia. Tak było na przykład w sprawie pana Łodygi, którego miałem bronić w procesie pobitych z Kwidzynia. Oskarżonymi byli internowani, których przez wiele godzin bestialsko katowano w trakcie zorganizowanej prowokacji. Makabryczna sprawa... Jednego z oskarżonych w tym procesie straszliwie pobitego przynieśli na noszach na salę sądową! Śmieli to zrobić!

Przyjechałem do Elbląga, gdzie odbywał się proces, mam bronić, ale nie znam akt, nie wiem, co oskarżeni i świadkowie zeznali! Napisałem więc, że proszę o dopuszczenie mnie do akt prokuratorskich, tym bardziej, że pana Łodygę uwięziono jako internowanego.

To był często stosowany sposób postępowania: nie wypuszczali tych ludzi z internowania i od razu robili im sprawę karną. Warto przypomnieć, że internowanie było typowym postępowaniem inkwizycyjno- -kapturowym. Inkwizycyjnym, bo funkcjonariusz pełnił tam rolę prokuratora, sędziego i obrońcy. Kapturowym, bo odbywało się poza świadomością oskarżonego. Oskarżony nic nie wie, a adwokatowi odmawia się wglądu w akta.

Tak było między innymi z Andrzejem Gwiazdą, tak było z Andrzejem Rozpłochowskim. Wprost z internowania przewieziono ich do więzienia i dopiero wtedy dowiadywali się, że jest jakieś postępowanie kryminalne w ich sprawie. Protestowałem przeciwko tym praktykom i za to miałem następną sprawę dyscyplinarną.

Nikt cię nie bronił?

Rada Adwokacka starała się zachować tak, żeby wilk był syty i owca cała. Pamiętam jak dziekan Dubois, pochodzący z komunistycznej rodziny, ale bardzo przyzwoity człowiek i dobry adwokat, wezwał mnie telefonicznie przez sekretarza. Sekretarz oczywiście pracował w Radzie Adwokackiej, ale miał też etat w wiadomym ministerstwie. Przychodzę, dziekan Dubois wita mnie serdecznie: "Panie Piotrze - mówi - może kawy?". No, to już wiem, że coś się święci. Mówię: "Tak, z przyjemnością". "Panie Piotrze, pan wie jak my pana lubimy i cenimy - zaczyna, a ja już jestem pewny, że jest źle - a Pan znowu był nieostrożny i minister znów polecił nam wszcząć postępowanie dyscyplinarne. Proszę mi wierzyć, że jest nam ogromnie przykro". Poprosiłem dziekana, żeby się nie martwił, no i miałem następną sprawę dyscyplinarną. W końcu minister sprawiedliwości nie wytrzymał i zawiesił mnie w prawie wykonywania zawodu, składając kolejny wniosek do Rady Adwokackiej. I pewnie dziekanowi Dubois znowu było przykro. Niemal w ostatniej chwili zdążyłem jeszcze przemówić w procesie pobitych z Kwidzynia.

Pacyfikacja buntu działaczy "Solidarności" w obozie internowania w Kwidzynie, 14 sierpnia 1982 rok

Masakrą w Kwidzyniu zainteresował się nawet Międzynarodowy Czerwony Krzyż o ile pamiętam.

Ten proces internowanych z Kwidzynia był kierowany, jak później powiedział mi jeden z prokuratorów, z Warszawy i osobiście interesował się nim generał Kiszczak. Tam pogwałcono wszelkie prawa człowieka, wszelkie normy prawne. Trzeba było więc jakoś zatuszować bestialstwo wobec bezbronnych ludzi, z których część została inwalidami. Z "Trybuny Ludu", gdzie pisał pod pseudonimem Jerzy Urban, przychodziły wtedy precyzyjne wytyczne, jakie zarzuty stawiać nam obrońcom, jak powinny być formułowane wnioski o ukaranie mnie w postępowaniach dyscyplinarnych.

Wiedziałeś chyba, że to się może tak skończyć, ale wciąż przemierzałeś Polskę wzdłuż i wszerz. Nie zapomnę, jak kiedyś poproszono mnie gdzieś na głębokiej prowincji, żebym zabrała do Warszawy twoją ciepłą kamizelkę. Z Bielska-Białej przywiozłam twoje kapcie, które zostawiłeś w jakimś gościnnym opozycyjnym domu.

Byliśmy jak straż pożarna, która musi gasić o każdej porze i wszędzie, choćby to była najgłębsza prowincja. Pamiętam, jak z Władkiem Siła-Nowickim jeździliśmy do Bydgoszczy na proces, gdzie przed sądem wojskowym postawiono działaczy "Solidarności" ze szczecińskiej stoczni im. Warskiego. Tam wjechali czołgami chyba 15 grudnia,zanim jeszcze dekret o stanie wojennym był opublikowany.

Ale! Z tym procesem wiąże się niezwykła anegdota. Było tak, że proces ma się już ku końcowi, a tu nagle, w trakcie mojego wystąpienia, podnosi się jakiś szum. Patrzę, wchodzi prymas Glemp w otoczeniu kilku księży. Konsternacja! Prymas kłania się sądowi i siada na jakimś wolnym miejscu z przodu. Pierwsze rzędy zajmowali esbecy, więc obserwuję, jak prymas zasiada między zdumionymi funkcjonariuszami. Mówię: "Wysoki Sądzie, prosiłbym o zarządzenie przerwy". Sąd popatrzył na mnie z wdzięcznością, zarządził przerwę i wyszedł. Za sędziami wyszli też funkcjonariusze, którzy pilnowali oskarżonych, tak, że na sali zostało z nimi tylko dwóch zomowców. Ledwie drzwi się za Sądem zamknęły, wstaje prymas, podchodzi do ławy oskarżonych, a oni buch przed nim na kolana i całują w pierścień! Zomowcy długo nie czekali i też padli na kolana przed prymasem.

Niedawno spotkałem w Sejmie jednego z bydgoskich oskarżonych, który oczywiście doskonale pamiętał tę scenę. Wspominaliśmy sobie, jak dalece ta międzyludzka solidarność była wtedy powszechna.

Nie możemy też zapomnieć o roli Kościoła, księży. Kościół św. Marcina w Warszawie był takim centrum pomocy, interwencji w obronie ludzi internowanych, więzionych i stale pomagał ich rodzinom. Trzeba pamiętać, że ci z czołówki KOR i "Solidarności" dwa i pół roku spędzili w więzieniu. Później łaskawie darowano im w amnestii niepopełnione winy, pozbawiając w ten sposób prawa do uniewinnienia. Diabelska sztuczka.

Wróćmy do podróży.

Równocześnie toczył się cały szereg procesów i wszystkie staraliśmy się obsługiwać. Była nas trójka: Siła-Nowicki, Jurek Woźniak i ja. Jurek Siłę nazywał Pryncypałem i woził wszędzie, gdzie trzeba. Miał dobry samochód i świetnie prowadził, był zresztą pierwowzorem bohatera filmu Kieślowskiego Bez końca. To był człowiek niezależny, niezwykle twardy i znakomity adwokat. Wspaniała postać. Niestety odszedł za wcześnie.

Na proces do Bydgoszczy jeździłem pociągiem, najczęściej z Władkiem Siła-Nowickim. Pamiętam, że aby zdążyć, trzeba było wyjechać nad ranem pociągiem poznańskim, potem przesiąść się na jakiejś stacji i złapać pociąg na Bydgoszcz. Takie połączenie zarządził Siła, bo jego zdaniem tylko w ten sposób mogliśmy dotrzeć do sądu na godzinę dziewiątą. Zawsze miał przy sobie wielki rozkład jazdy poplamiony i zniszczony. Pytam więc:

- Władku, jak ty czytasz ten swój rozkład jazdy? Ja widzę tu, napisane czarno na białym, że pociąg, do którego mamy się przesiąść, odjeżdża pięć minut przed przyjazdem naszego!

Władek na to:

- Piotrze, wierz mi, rozkład jazdy jest tak ustawiony, że pociąg, który rzekomo odchodzi pięć minut przed naszym przyjazdem, zawsze się spóźnia i jeszcze się nie zdarzyło, żeby przyjechał tak, jak napisano w rozkładzie, więc zawsze zdążymy.

- Władku - mówię - ale jednak z rozkładu wynika co innego.

- Piotrze, z rozkładem jest jak z systemem prawnym. Żebym ja tak dobrze znał prawo, jak znam ten rozkład jazdy i praktykę jego stosowania, to by było dobrze.

Męczące to były podróże...

Nie zdarzyło się, żebyśmy komukolwiek jako adwokaci odmówili, nie pamiętam takiej sytuacji. Jeżeli nie mogliśmy się stawić, bo wystąpiła jakaś kolizja, to wyznaczaliśmy kogoś innego. To był rzeczywiście bardzo intensywny okres mojego życia, ale wydaje mi się, że sprostaliśmy sytuacji, temu wyzwaniu wobec naszego zawodu.

Nie baliście się tych nocnych podróży?

Wtedy nie należało się bać. W ogóle nie należało się bać. W okresie stanu wojennego było zresztą wyjątkowo bezpiecznie: wracasz późno do domu w Warszawie i nagle dwóch zalanych chuliganów usiłuje ci coś odebrać czy zrobić krzywdę. Wystarczyło, że krzyknąłeś: "Niech żyje Solidarność!" i natychmiast gdzieś zza rogu wyłaniał się patrol. Bandyci uciekali, a milicjanci brali cię pod opiekę, z reguły na Wilczą, na dołek, no i portfel był ocalony. Chociaż... tu się trochę zagalopowałem jednak, bo czy bandyta, czy milicjant - portfel można było stracić.

Ale, żeby zrozumieć jak trudno było...

Są sytuacje, kiedy ma się przekonanie, że dobrze służy się temu, co się założyło - czy to idąc wysoko w góry, czy żeglując, czy podejmując się zadania naszym zdaniem słusznego i ważnego - zawsze działa ten sam mechanizm. Choćby człowiek był nie wiem jak zmęczony, pojawia się siła, odporność fizyczna i psychiczna wystarczająca, żeby sprostać sytuacji. Przy okazji uprawialiśmy też rodzaj gry z losem; tym było jeżdżenie po całej Polsce i gubienie tych, którzy nas śledzili. Pamiętam, jak Siła-Nowickiemu zabroniono jeździć do Gdańska, choć oczywiście jeździliśmy. Początkowo się denerwowałem, bo kiedy w ostatniej chwili wsiadałem do pociągu, to dopiero w tym momencie pojawiał się Siła-Nowicki. Wchodził na stopień, jak już pociąg ruszał, tak że biedny esbek zostawał na ogół na peronie. To były takie jego przekomarzanki ze służbami, granie na nosie całemu opresyjnemu systemowi.

Pamiętam fantastyczne opowieści o procesach, gdzie przyjmowałeś niezwykle ekstrawagancką linię obrony.

W procesie MRKS głównym oskarżonym był szef całej struktury Adam Borowski. Kluczowym agentem, który doprowadził do wpadki, był niejaki Miastowski, któremu udało się przeniknąć do podziemnych struktur i to od niego pochodziły najcenniejsze dla SB i prokuratury informacje. To stanowiło dla nich nie lada kłopot, bo donosy i prowokacje agenta prokuratura musiała przełożyć na materiał dowodowy tak, żeby przy okazji nie zdekonspirować kapusia.

W śledztwie przesłuchiwano kobiety, u których ukrywał się Adam Borowski i gdzie odbywały się tajne spotkania. Te panie, owszem, zeznały kto przychodził do nich do domu, ale nie powiedziały w jakim celu. Oskarżenie skonstruowało jednak misternie całą siatkę kontaktów, przestępczych ich zdaniem, i dowodziło, że była to zorganizowana struktura. Wobec tego zaczęliśmy się zastanawiać, jaką przyjąć linię obrony i Siła-Nowicki wpadł na genialny pomysł.

Pamiętam, prowadził tę sprawę sędzia wojskowy, bardzo przystojny młody człowiek w mundurze. Wezwano trzy panie. Pojawia się pierwsza, sędzia odbiera od niej personalia, później jak zwykle pyta, kim jest dla oskarżonego, bo jeżeli jest osobą bliską, to ma prawo odmowy zeznań, a co ważniejsze, jednocześnie anuluje się jej zeznania, które złożyła w postępowaniu przygotowawczym. Sąd pyta więc pierwszą z tych pań:

- Osoba bliska?

Ona milczy. W tym momencie wstaje Siła-Nowicki:

- Proszę sądu, mój klient, Adam Borowski jest człowiekiem niezwykle aktywnym, a przy tym efektownym mężczyzną, zatem sprawa jest delikatna.

Sędzia, cały czerwony, zwraca się do świadka:

- Jak to? Więc była świadek w jakimś stosunku osobistym z oskarżonym?

Ona, bardzo nieśmiało, cichutko mówi:

- Tak.

- Więc co? - pyta sędzia.

- Chcę prosić, żeby sąd zwolnił mnie ze składania zeznań.

Sędzia ją zwolnił, bo musiał, oraz anulował zeznania ze śledztwa. Wchodzi druga pani, ta jest rezolutna. Sędzia zadaje to samo pytanie, ona mówi:

- Jestem osobą bliską oskarżonemu.

Sąd pyta:

- Jak bliską?

- No, żyliśmy ze sobą.

Sędzia czerwony jak burak, pyta:

- To co, świadek chce, żeby ją zwolnić ze składania zeznań?

- Tak.

Wchodzi trzecia pani i sytuacja się powtarza. W końcu wściekły sędzia zrywa się z miejsca, ale Siła-Nowicki też wstaje i mówi:

- Proszę sądu, czy trzeba lepszych dowodów na niewinność mojego klienta? Kiedy on miał znaleźć czas na pracę konspiracyjną?

Niestety dla Adama Borowskiego miało to przykre konsekwencje osobiste, bo na sali sądowej była jego żona i, zdaje się, nie przyjęła najlepiej naszej linii obrony.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki