Wolne Miasto Gdańsk
Piotr Unger wlókł się noga za nogą. Wracał z pracy i miał wyjątkowo
niewesołe myśli. Koledzy znowu mu dzisiaj przygadali, że on Niemiec.
Jaki on Niemiec, Kaszub z dziada pradziada, po niemiecku mówi, ale
polski mu przecie bliższy. A modli się po kaszubsku -?Ójcze nasz,
jaczijes w niebie, niech s?swi?cy Twoje miono... To jaki on Niemiec? W Gdańsku ojciec mieszkał, to i on mieszka. Ryby łowi, sieci naprawia,
kutry sposobi. Polityka go nie interesuje, chociaż głupi nie jest i widzi, że w mieście coraz trudniej się żyje. A wszak, jak tłumaczył mu
ojciec, w grodzie nad Motławą Polacy, Niemcy i Kaszubi "od zawsze" żyli
razem. A i Holendrów spotkać było można i inne nacje. On sam zresztą
doskonale to pamięta, jak i to, że kiedy skończyła się Wielka Wojna, ale
ludzie na grypę jeszcze mocno chorowali, tę, co ją hiszpanką zwali, a w Wersalu traktat przygotowano i ani Niemcy, ani Polacy praw do Gdańska
pełnych nie mieli. A ci drudzy byli wręcz źli na Bogu ducha winnego
Paderewskiego.
-?Czemu on chce konwencję podpisywać, co polskie prawa do Gdańska
uszczupla? -?pytali niektórzy z niekłamaną złością.
-?Rząd podobno zabronił mu, jako swojemu przedstawicielowi przy Radzie
Ambasadorów w Paryżu, konwencję podpisywać. A Paderewski twierdził, że
podpisać trzeba.
-?Zmusili go czy co?
-?Podobno za podpis Polska mandat wojskowy w Gdańsku dostanie.
-?Dostanie albo nie dostanie. Już nam Niemcy za dużo nie dadzą. Nie
uznają konwencji, co dla nich nie po myśli jest. Zawsze tak było.
A potem gazety pisały, że w październiku w Warszawie szczegółową umowę
podpisali. Wtedy ze strony polskiej Leon Pluciński podpisał. Był wówczas
Komisarzem Generalnym Rzeczypospolitej w Gdańsku. A miasto reprezentował
też jakby Polak, bo Juliusz Jewelowski się nazywał, senatorem Wolnego
Miasta Gdańska był.
"Jakie to wolne miasto jest? -?dumał w duchu Unger -?Liga Narodów
nadzoruje, a Niemcy i tak robią, co chcą. Wjechać do niego pociągiem z Kaszub trudno, kontrolują i utrudniają Polakom przejazd. Dlatego musieli
Polacy kolej zbudować, co by Gdańsk okrążała. I do tego Wolne Miasto
Gdańsk, z Gdańska i Sopotu się składa. Łatwiej Niemcom się żyje. Już mi
kilka razy proponowali, żeby Niemcem zostać, nazwisko mam jakby
niemieckie. Ale to nie dla mnie -?mam w dokumentach Polak, to Polak
jestem. Kaszub. I prawo mam po polsku mówić. Chociaż nas, Polaków, jest
tutaj ułamek tego co Niemców -?Kaszub dalej snuł swoje rozmyślania. -
Pisma i dokumenty to tylko po niemiecku. Jak córka do szkoły poszła, to
po niemiecku dobrze mówiła i pisała. Jakby jej matka po polsku do niej
nie mówiła, to by języka zapomniała. Słabiej teraz po polsku niż po
niemiecku mówi i pisze. Jak spis zrobili ludności, to się okazało, że
ponad czterysta tysięcy ludzi tu mieszka. Wojskowych tu nie ma, a policja gdańska to właściwie niemiecka, senatowi tylko podlega. Mój
szwagier w policji pracuje, niemieckie papiery musiał sobie wyrobić, bo
inaczej pracy by nie dostał. A rybaczyć nie chciał. Dobrze, że chociaż
tabaki zażywa. To i pogadać z nim czasem można. Jak kto nie tabaczy, to
z nim gadać nie ma co".
Z tych nieco ponurych rozmyślań wyrwał go nagle znajomy głos:
-?Panie Unger, coś się pan tak zamyślił?
-?Niewesołe myśli mam. Znowu mi dzisiaj przygadali, że ja Niemiec, bo
nazwisko niemieckie mam.
-?I ja też. Klose to też jakby niemieckie. A my przecie Kaszuby.
Kaszëbë. A w papierach, że Polacy.
-?Portu nie mamy, nie wiadomo, kiedy tę Gdynię wybudują, chociaż tam
prace pełną parą idą.
-?Na razie nasze statki do portu zawijać tutaj niby mogą, ale ciągle
Niemcom coś nie pasuje. Zezwoleń nie wydają, nie wpuszczają, a jak
wpuszczają, to opłatami i cłami straszą.
-?Chociaż to niby polski obszar celny. Prawa nie mają opłat nakładać.
-?Ceł nie mogą, ale opłaty mogą.
-?Do Komisarza Generalnego zawsze można się odwołać.
-?On sam mało może. Chociaż niby pośredniczy między rządem polskim a władzami Wolnego Miasta.
-?Może to i wolne miasto, ale nie dla Polaków.
Główny Urząd Pocztowo-Telegraficzny
Doktor Kazimierz Lenartowicz wysiadł z pociągu na dworcu głównym w Gdańsku. Dworzec ładny, podróż z Warszawy też miło minęła, ciepło w wagonie było, chociaż to zima. 10 stycznia 1920 roku wojna jeszcze się
dobrze nie skończyła, a już w Gdańsku nakazali mu zorganizować Pocztę
Polską, Dyrekcję Poczt i Telegrafów na Pomorzu, z siedzibą w Gdańsku. W Warszawie był wiceprezesem Dyrekcji Poczt i Telegrafów, a w Wolnym
Mieście miał być "komisarzem przyjęcia" obszaru przyznanego Polsce w okręgu byłej Naddyrekcji Poczty Polskiej. Wysiadł na peron i z miejsca
owiał go nieprzyjemny chłód. Lenartowicz czym prędzej owinął szalik
wokół szyi. Od dziecka miał wrażliwe gardło i mogłoby się to dla niego
źle skończyć. Kiedy rozglądał się z ciekawością, podszedł do niego
niewysoki mężczyzna. Jak słusznie się domyślił, przyjechał po niego.
-?Pan prezes Lenartowicz?
-?Tak. Miło, że ktoś po mnie wyjechał.
-?Zawiozę pana prezesa do mieszkania, trochę tam zimno, więc kazałem
palić od rana, bo z Warszawy już trzy dni temu dzwonili, że pan prezes
przyjedzie. Mieszkanie puste stało, trudno je ogrzać.
-?Zainstaluję się tam, a potem chciałbym zobaczyć budynek naddyrekcji.
-?To na placu Wintera, pod dwójką. Ma pan tam swoją kwaterę. Zawiozę
pana prezesa -?mężczyzna o grzecznym uśmiechu chwycił walizkę swego
nowego przełożonego, a świeżo upieczony pan prezes posłusznie podreptał
za nim do czekającego na zewnątrz samochodu.
Doktor Lenartowicz zorganizował Dyrekcję Poczt i Telegrafów z placówkami
w północnej części ówczesnego województwa pomorskiego. Rok później, w 1921 roku, ze względów politycznych placówki poczty przyłączono do
Dyrekcji Poczt i Telegrafów w Bydgoszczy. Ale Dyrekcja Poczt i Telegrafów Rzeczypospolitej Polskiej w Gdańsku podlegała bezpośrednio
ministrowi poczt i telegrafów. A ponieważ w Warszawie z prezesowania
Lenartowicza byli zadowoleni, został prezesem nowej dyrekcji. Do jego
kompetencji przynależało kierowanie i administrowanie polskimi
placówkami pocztowymi na terenie Wolnego Miasta, jak również nadzór
techniczny nad komunikacją pocztową między Tczewem a Gdańskiem i nad
liniami komunikacyjnymi stycznymi z relacją Tczew -?Gdańsk, które
kończyły się na obszarze gdańskiego zarządu pocztowego. Przyjmując
posadę, Lenartowicz wiedział, że łatwo nie będzie, ale nie do końca
zdawał sobie sprawę, z jak skomplikowanymi problemami przyjdzie mu się
zmierzyć.
Chociaż placówka, którą kierował, oficjalnie nazywała się: Dyrekcja
Poczt i Telegrafów Rzeczypospolitej Polskiej w Gdańsku, to zarząd poczt
i telegrafów Wolnego Miasta Gdańska nazwy tej nie uznawał. W pismach
adresowanych do tej placówki używano nazwy Zarząd Poczty Polskiej w Porcie Gdańskim, tak jakby Niemcy nie przyjmowali do wiadomości
istnienia Rzeczypospolitej Polskiej, państwa sezonowego, jak uważali.
Nie potrafili zresztą zaakceptować praktycznie żadnych zmian na mapie
Europy po pierwszej wojnie światowej, więc nie tylko fakt istnienia
wolnej Polski był dla nich trudny do zaakceptowania, ale inne nowo
powstałe państwa też stały im kością w gardle. Nie mogli zwłaszcza
odżałować ziem utraconych na rzecz Francji, ale z tym państwem
przynajmniej starali się utrzymywać dobre kontakty.
W czerwcu 1924 roku dyrekcja zmieniła swoją siedzibę, przenosząc się do
północnego skrzydła poniemieckiego szpitala garnizonowego przy placu
Heweliusza. Polska placówka pocztowa zatrudniała własny personel i funkcjonowała zgodnie z własnymi przepisami. Opierała się głównie na
polskich przepisach prawnych, chociaż instytucja ta musiała się również
podporządkować wymogom prawa Wolnego Miasta, dotyczącym szczególnie
spraw obywatelstwa, wynagrodzenia, emerytur i podatków na terenie
Gdańska, ale też kwestii traktowania urzędników polskich na specjalnych
zasadach.
Dyrekcja Poczt i Telegrafów Rzeczypospolitej Polskiej w Gdańsku miała
prawo do eksterytorialności. To była polska placówka w Wolnym Mieście
Gdańsk, które, wbrew przekonaniu samych Niemców, nie było miastem
niemieckim, chociaż język niemiecki tu dominował.
Kazimierz Lenartowicz, organizator polskiej poczty w Gdańsku, pełnił
funkcję prezesa placówki do 31 stycznia 1928 roku, kiedy przeszedł w stan spoczynku. Na opuszczone przez niego stanowisko prezesa mianowano
Józefa Zakrzewskiego, który przedtem piastował urząd Prezesa Dyrekcji
Poczt i Telegrafów w Bydgoszczy. Nie dane mu było jednak długo go
sprawować -?jedynie do końca kwietnia 1931 roku, gdy zastąpiony został
przez magistra Tadeusza Dziekana, naczelnika jednego z wydziałów w Ministerstwie Poczt i Telegrafów. Potem jeszcze kolejnym dyrektorem był
Eryk Budzyński, a od dnia 1 kwietnia 1939 roku doktor Jan Michoń.
Urząd Pocztowy Gdańsk 3 -?wymiana zamorska
Rankiem Franciszek Lichocki jak zwykle przyszedł do pracy w Urzędzie
Pocztowym Gdańsk 3. Jego uwagę przykuł młody chłopak, na oko nieco od
niego młodszy, który trochę bezradnie rozglądał się po pomieszczeniu.
"Ani chybi nowy" -?pomyślał Franciszek i postanowił się z nim
zaznajomić. Miło by było mieć wśród kolegów z pracy kogoś w zbliżonym
wieku.
-?Jesteś nowym pracownikiem? -?zagadnął chłopaka.
-?Na razie pomagierem. Nie ma tu zbyt dużo pracy dla Polaków. A praca na
poczcie jest pewna -?odpowiedział nowy.
-?Dopóki nas Niemiaszki stąd nie wykurzą.
-?Nie będzie tak źle. Ładnie tu jest, Dworzec Wiślany obok, widoki
ładne. Na wodę lubię patrzeć.
-?Nie zawsze będziesz mógł popatrzeć -?uśmiechnął się Franek. -?Pracy
czasami bywa sporo.
-?Wiem, wiem, zamorskie paczki tu przychodzą. Z Ameryki.
-?Nie tylko z Ameryki. Z Anglii, Kanady, Irlandii, Szwecji, Norwegii,
Danii, Finlandii, Brazylii, Argentyny. Z całego świata -?dodał Franek.
-?Tu też odprawa celna jest?
-?Nie, co to to nie. Urzędnicy Wolnego Miasta są do nas wrogo
nastawieni. Jakby clić mieli, to by najwyższe cła ustalili. Jakby im
pozwolić rewidować paczki, to by wszystkie przeszukali. A nawet jak nic
by nie zginęło, to by poniszczyli.
-?To gdzie się odprawia i cli? Nie w porcie gdańskim? -?zaciekawił się
chłopak.
-?Odsyła się do innych urzędów pocztowo-celnych w kraju.
-?A poczta zagraniczna?
-?Teraz kierują tutaj. Ale przedtem, jak jeszcze byliśmy w Nowym Porcie,
to przesyłali do Krakowa.
-?Dlaczego aż tam?
-?Kto to wie. Gdziekolwiek, byle dalej od Niemców.
-?A dużo tu osób pracuje?
-?Miał być to urząd I klasy, ale paczek ze Stanów coraz mniej, to tylko
IV klasa jesteśmy, więc dwóch urzędników i sześcioro fizycznych. A ty
długo tu będziesz?
-?Chciałbym na stałe. Na razie na próbę.
-?A jak się tu dostałeś?
-?Tato znał dyrektora, po sąsiedzku kiedyś mieszkali.
-?Paszotę?
-?Nie, Wikę-Czarnowskiego. Anastazego.
-?A, to wicedyrektor, ale to on tutaj wszystkim kieruje. A tak w ogóle
to Franek jestem!
-?Miło mi, Staszek Nowak. -?Chłopcy uścisnęli sobie nawzajem dłonie.
Urząd Pocztowy Gdańsk 3, w którym pracowali obaj młodzi ludzie, od 1
sierpnia 1925 roku mieścił się w obszernym gmachu położonym w centrum
portu gdańskiego, nieopodal Dworca Wiślanego -?stacji przeładunkowej na
obszarze portu gdańskiego. Była to nowa i doskonale wyposażona placówka:
na jej terenie znajdowały się obszerne magazyny paczkowe, do dyspozycji
pracowników były dwa nowoczesne dźwigi towarowe, przystosowane do
transportowania worów pocztowych oraz paczek. Urząd posiadał też własną
bocznicę kolejową. Jednak, jak objaśniał to Franek Staszkowi, ze względu
na niebezpieczeństwo rewizji paczek przychodzących do urzędu przez wrogo
nastawionych niemieckich urzędników Wolnego Miasta Gdańska odprawa celna
paczek przechodzących przez tę placówkę nie odbywała się w urzędzie.
Przesyłki przekierowywano do wcześniej wyznaczonych urzędów
pocztowo-celnych znajdujących się na terenie Rzeczypospolitej. Sytuacja
zmieniła się, kiedy w sąsiedztwie wyrosła Gdynia wraz z nowoczesnym
portem. To właśnie tam od 1930 roku kierowano część poczty zagranicznej.
W tej sytuacji Urząd Gdańsk 3, o czym wspominał Franek w rozmowie ze
Staszkiem, początkowo przewidywany jako urząd I klasy, w latach
1935-1939 został zdegradowany do klasy IV. Wiązało się to z redukcją
zatrudnienia i odtąd w urzędzie pracowało wyłącznie wspomnianych dwóch
urzędników i sześcioro pracowników służby niższej.
Polski Urząd Pocztowy 2
Marysia Konkel szła wolno przez Starówkę. Przyjechała do Gdańska po raz
pierwszy. Przedtem jedynie przejeżdżała tędy pociągiem w drodze do
Gdyni, gdzie zaraz po przyjeździe udało jej się dostać pracę. Nie ona
jedna szukała szczęścia, a właściwie należałoby powiedzieć -?chleba, w tym najmłodszym mieście II Rzeczypospolitej. Do Gdyni przyjeżdżało teraz
mnóstwo ludzi w poszukiwaniu pracy. Jednym udawało się znaleźć jakieś
zajęcie, innym nie. Z reguły szczęście uśmiechało się do tych, co mieli
w rękach jakiś fach: murarze, dekarze czy rzemieślnicy, a niewykwalifikowani mogli się nająć w porcie, chociażby przy przeładunku
towarów, ale to dotyczyło mężczyzn. Z kobietami było gorzej. Marysia
miała co prawda pracę u swoich rodziców, na gospodarstwie, ale co to za
praca, skoro nikt jej grosza złamanego nie płacił? Jeśli czegokolwiek w gospodarstwie zbywało, to się to sprzedawało, bo potrzeb było dużo, a żywność nie taka droga. Na ubrania już nie starczało. A ona młoda,
chciała się stroić i kawalera z miasta, co by nie pił, znaleźć. Dlatego
przyjechała do Gdyni. Poza tym jakoś dziwnie ją do książek ciągnęło.
Wystarczyło, by w jej ręce wpadła jakakolwiek książka albo chociaż
gazeta, dziewczyna zatapiała się w lekturze, dosłownie zapominając o całym świecie. Rodzicie tego pojąć nie mogli, ale panna Jadzia, co to we
wsi w szkole uczyła, mówiła, że to dobrze, że musi się uczyć i wyrwać
się ze wsi, by do czegoś dojść.
-?A dokąd to, panienko? -?usłyszała radosny głos.
Młody człowiek miał szczery uśmiech. Panna Konkel, posłuszna naukom
wyniesionym z domu, z reguły nie odpowiadała na zaczepki na ulicy, ale
ten uśmiech...
-?Spaceruję sobie.
-?A ja tutaj pracuję -?odpowiedział młodzieniec, dosłownie rozpływając
się w uśmiechu.
"Boże -?pomyślała dziewczyna -?jak można mieć tak olśniewająco białe
zęby?"
W nieznajomym olśniewające okazały się nie tylko zęby -?w ogóle był
przystojny: wysoki, jasnowłosy i barczysty. Nagle dziewczyna zdała sobie
sprawę, że przygląda mu się zbyt długo, czego na pewno nie pochwaliłaby
jej matka. Udała więc zainteresowanie tym, co mówił o swojej pracy.
Spojrzała do góry. POLSKI URZĄD POCZTOWY GDAŃSK 2 -?głosił napis.
-?Na poczcie?
-?Polskiej poczcie, co wymienia przesyłki pocztowe z wszystkimi
ambulansami pocztowymi i konwojami kolejowymi, które przejeżdżają przez
obszar Wolnego Miasta. Gdyby nie my, to paczki z zagranicy dłużej by
szły. My kierujemy paczki z zagranicy do urzędów pocztowo-celnych w kraju.
-?Nie mam nikogo za granicą. Sama jestem dzisiaj jak z zagranicy. Teraz
mieszkam w Gdyni. To dla Gdańska jak zagranica.
-?Dla tych Niemców tutaj tak. Ale ja na poczcie to kawałek Polski
jestem, prawdziwej, takiej jak Gdynia. A ty skąd?
-?Z wioski nad jeziorem, niedaleko stąd. Ale teraz z Gdyni.
-?Nie chcesz powiedzieć, to nie. Ja z południa przyjechałem do wuja
mojego. To on załatwił mi tą pracę na poczcie.
-?A co w niej robisz?
-?Sortuję paczki, ale czasem na ambulansie pocztowym jeżdżę.
-?Naprawdę? A dokąd?
-?Do Kościerzyny przez Pszczółki albo do Kętrzyna przez Kartuzy.
-?Kartuzy? Znam.
-?Albo do Strzebielina przez Gdynię i Wejherowo.
-?Pracuję w Gdyni.
-?A co tam robisz?
-?W kuchni pracuję. Ale do szkoły pójdę od września na dodatkowe kursy,
maturę chciałabym zrobić i w biurze pracować.
Chłopak popatrzył na nią z niekłamanym podziwem.
-?To pani z ciebie będzie.
-?Zobaczymy, co z tego wyjdzie. -?Uśmiechnęła się lekko zawstydzona. -
Na poczcie też bym mogła pracować. W okienku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki