Obrona Kamieńca - Tomasz Szmid

-
Proszę czekać

? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2017

? Copyright by Tomasz Szmid, 2017

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy lub autora.

 

Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek

Opieka redakcyjna: Klaudia Dróżdż

Korekta: Karol Rutski, Maciej Szłapka

Skład: Wojciech Ławski

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad

 

 

 

Książka wydana

w Systemie Wydawniczym Fortunet?

www.fortunet.eu

 

 

 

ISBN: 978-83-7856-930-5

 

Wydawnictwo Poligraf

ul. Młyńska 38

55-093 Brzezia Łąka

tel./fax (71) 344-56-35

www.WydawnictwoPoligraf.pl

PROLOG

Biała Góra, lipiec 1655 roku

W szopie panował mrok. Jedynie przez niewielkie szpary do jej wnętrza wpadały jasne smugi promieni słońca. Ściśnięta w środku trzydziestka mężczyzn, kobiet, dzieci i starców w napięciu oczekiwała dalszego rozwoju wydarzeń. Było tak cicho, że dało się usłyszeć ich ciężkie, nerwowe westchnięcia. Jeden z chłopów wspiął się po opartej o ścianę, nieco trzeszczącej już ze starości drabinie i ostrożnie otworzył okienko pod strzechą. Następnie wychylił głowę i rozejrzał się, wyszukując wzrokiem armii szwedzkiej, która lada moment miała przemaszerować pobliskim gościńcem.

– I co? Widzisz coś? – spytał szeptem ktoś z dołu.

Dochodziło już południe i cały horyzont zalany był promieniami górującego na niebie słońca. Mężczyzna zmrużył oczy, aby pomimo oślepiającego blasku cokolwiek dojrzeć, i wytężył wzrok. Pozostali zaś w napięciu patrzyli to na niego, to po sobie nawzajem, w oczekiwaniu na jakąkolwiek informację.

– ...Na razie nic... – odparł wreszcie, by po chwili dodać, już z całą pewnością: – Nie, żadnego Szweda na horyzoncie...

W jednej chwili całe napięcie i niepewność przeminęły, a chłopi odetchnęli z ulgą. "Coś się musiało komuś pomylić" albo "Skaranie boskie z tymi Szwedami!"– komentowali. Dzieci, które dotąd tuliły się w ramionach swych rodziców, teraz puściły ich i rozbiegły się po szopie. W środku zdążyły już narosnąć rozgardiasz dyskutujących parobków i śmiechy dzieci, gdy o swym istnieniu przypomniał najmłodszy z mieszkańców wsi. Był to narodzony rok wcześniej chłopiec o rozwichrzonych jasnych włosach, rumianych policzkach i dużych szklistych oczach. Leżąc na ziemi w prowizorycznej kołysce, chłopczyk zaczął zachowywać się bardzo niespokojnie – najpierw wiercił się w kołysce, po chwili oczy zaszły mu łzami i zaczął cicho łkać.

– Gromisław! – warknął półgłosem jego ojciec, stojąc przy drzwiach od szopy. – Cicho mi tam!

Maleńki Gromisław zachowywał się jednak coraz bardziej nerwowo. Mężczyzna stojący na drabinie zamierzał już z niej zejść. Coś w płaczu malca tknęło go jednak, by jeszcze raz wyjrzeć przez okienko. Zasłonił więc dłonią oczy przed blaskiem i wytężył wzrok.

"Boże..." – szepnął nagle. Teraz dostrzegł bowiem coś, czego wcześniej nie zauważył. Oto ścieżką u stóp pobliskich wzgórz kroczyły kolejne kolumny piechurów – prosto w kierunku Białej Wsi.

– Co się dzieje? – spytał ktoś z dołu. Odpowiedź nie była jednak potrzebna. Parobkowie poczuli nasilające się drżenie ziemi i zaczęło do nich docierać miarowe echo kroków maszerującej piechoty.

– Jezu! Ilu ich tam jest!? – wyrwało się komuś.

– Tysiące... – jęknął mężczyzna z twarzą zastygłą w przerażeniu, dostrzegając ciągnące się niczym gigantyczny wąż szeregi wojska.

Żołnierze odziani w ciemnoniebieskie płaszcze maszerowali równym ciężkim krokiem. Gdy wyszli z cienia wzgórz, srebrne hełmy i ostrza długich na trzy metry pik zalśniły w pełnym słońcu. Za każdą kolumną podążały masywne mosiężne armaty.

Oto przybywali żołnierze określani zaszczytnym mianem najlepszej piechoty świata. A konkretnie – jedenaście tysięcy żołnierzy prowadzących kilka tuzinów nowoczesnych armat, zaprojektowanych, by siać zniszczenie i zadawać maksymalne straty. A armię tę prowadził sam imperator Szwecji – Karol X Gustaw.

Ten widok mógłby zachwycić, gdyby nie to, że plan Szwedów był jednoznaczny – pokonać Polaków i napełnić szwedzki skarbiec majątkiem Rzeczypospolitej. A nade wszystko – upokorzyć polskiego króla Jana Kazimierza. Rzeczpospolita zaś, osłabiona nieustannymi wojnami, nie była w stanie stawić im oporu. W szopie na nowo zapanował więc strach. Dzieci znów pobiegły w ramiona rodziców. Ktoś się przeżegnał, ktoś zwinął się w kłębek i kołysząc jak opętany, odmawiał szeptem różaniec; trzęsącymi się palcami przesuwał koraliki, jakby śmierć miała przyjść po niego lada chwila i tylko odmówienie całej modlitwy mogło go uratować.

Łkanie maleńkiego Gromisława przerodziło się teraz w głośny płacz. Podszedł więc do niego pewien bardzo stary mężczyzna. Miał on twarz pokrytą głębokimi zmarszczkami, lecz budzącą zaufanie, siwe włosy i długą siwą brodę. Przyklęknął przy malcu, spojrzał mu w oczy i uśmiechnął się, muskając go pocieszająco po brzuszku.

– Ćśśś... – Wziąwszy na ręce, Dziadunio, bo tak wszyscy go tu nazywali (gdyż był najstarszym mieszkańcem osady), uciszył chłopca. Dziadunio dysponował wielką wiedzą o dawnych czasach, którą zawsze chętnie się dzielił – czasem nawet wtedy, gdy nikt go o to nie prosił...

– Nie płacz, mały, wszystko będzie dobrze – powiedział łagodnym tonem, utulając go w ramionach. – Chodź, opowiem ci pewną historię.

Następnie, trzymając Gromisława, usiadł na snopie zboża. Malec z zaciekawieniem spojrzał na niego swoimi szklistymi oczętami.

A ponieważ nikt nie potrafił opowiadać lepiej niż Dziadunio, pozostałe dzieci zawołały: "Ja też chcę posłuchać!", uwolniły się z objęć rodziców i usadowiły na snopach naprzeciw starca. Mężczyzna upewnił się, że wszyscy mali słuchacze są gotowi, po czym przemówił – sprawiając, że dzieci w wyobraźni szybko przeniosły się w dawne czasy...

– Będzie to opowieść o najwspanialszych rycerzach na świecie – opowieść o polskiej skrzydlatej husarii...

Wszystko zaczęło się sto pięćdziesiąt lat temu. Nasze królestwo rosło w potęgę pod panowaniem dumnej i walecznej dynastii Jagiellonów. Byliśmy wielkim i silnym narodem, a wszystkie kraje darzyły nas ogromnym szacunkiem. Siedzibą królów był wtedy okazały zamek górujący nad wawelskim wzgórzem. Spoglądając z zamkowych komnat na płynącą u jego stóp rzekę Wisłę i na okazałą panoramę Krakowa, władcy podejmowali tu najważniejsze dla królestwa decyzje.

Pewnego dnia na wawelskim dziedzińcu zjawiła się grupa jeźdźców odzianych w lekkie zbroje i dzierżących u boku długie drewniane kopie. Nasz król Jan wyszedł im więc na spotkanie. Był on już leciwy – twarz miał zmęczoną, a głowę pokrywały jedynie resztki rzadkich, przetłuszczonych włosów. A mimo to wciąż prezentował się nader dostojnie. Miał na sobie aksamitną szkarłatną szatę, a na jego szyi wisiała kolia ze szczerego złota.

Na balkonach zaczęli się gromadzić jego najroztropniejsi i najbardziej doświadczeni doradcy – członkowie Rady Królewskiej. Na czoło wysunął się dowódca przybyszów – wysoki jeździec o czarnych włosach, śniadej cerze i wyrazistych rysach twarzy. Zsiadłszy z konia, ukłonił się nisko przed królem.

– Witaj, panie – przemówił z południowym akcentem. – Jesteśmy serbskimi wojownikami konnymi. W naszych stronach wołają na nas "Racowie".

– Witajcie więc, drodzy Racowie. – Król przywitał ich otwartymi ramionami. – Słyszeliśmy już w naszych stronach o waszym męstwie. Powiedzcie, w czym możemy wam pomóc?

– Przez wiele dziesięcioleci służyliśmy władcom Węgier... A teraz zmuszeni jesteśmy prosić waszą wysokość o schronienie, abyśmy mogli kontynuować walkę przeciw największemu naszemu wrogowi...

– Zaiste, wielkie męstwo przez was przemawia – zaciekawił się król Jan. – A zdradzicie, któż to taki ma nieszczęście być owym "największym wrogiem"?

– Imperium tureckie, panie – odparł krótko jeździec.

Na dziedzińcu rozległy się szepty zaskoczonych doradców. Jedni prosili drugich o powtórzenie jego słów, myśląc, że się przesłyszeli. Trzeba bowiem wiedzieć, że władane przez dynastię Osmanów imperium tureckie był to potężny kraj, którego lękały się wszystkie nacje Europy. Prowadziło ono politykę wojen i podbojów. Nie miało słabych stron, a w boju nie znało litości... Sam król Jan przeżył kilka potyczek z Turkami i dobrze znał ich siłę. A Serbowie? Stali tu oto, odziani w lekkie pancerzyki, ledwie chroniące ramiona i korpus. Z uzbrojenia każdy miał jedynie niewielką drewnianą tarczę, miecz i długą na trzy, może cztery metry drewnianą tyczkę, zakończoną nierobiącym szczególnego wrażenia ostrzem. A nazywali tę broń "kopią" lub po prostu "drzewem". Polacy używali podobnych kopii, ale tylko do zabawy podczas rycerskich turniejów. Nie sądzili, żeby podczas prawdziwej bitwy ktokolwiek mógł uczynić z niej pożytek... Ba! Nawet konie Raców były jakby mniejsze od polskich!

– Ale... tureckie Imperium Osmańskie?! – upewniał się zdziwiony król.

– Tak jest, wasza wysokość.

Zapadła cisza.

– Oczywiście, zawsze jesteście mile widziani w mym królestwie – dopiero po dłuższej chwili odparł król, nieco zakłopotany. – Przecie Węgier nasz brat, a więc i jego przyjaciele są naszymi. Ale... jedna kwestia niezmiernie mnie nurtuje... Czy to, z czym tu przybywacie – wskazał na nich – to jest całe wasze uzbrojenie?

– Tak, panie.

– Ale mówimy tu o imperium tureckim, tak? – Król musiał uściślić tę kwestię, bo nie potrafił uwierzyć w to, co słyszał. – O imperium, którego działa zburzyły mury Konstantynopola? Imperium, które to zadawało klęski zastępom najznakomitszego europejskiego rycerstwa? Imperium, którego janczarów cały świat się lęka? Z tymże tureckim imperium chcecie walczyć?!

– Dokładnie tak, panie. – Rac pozostawał niewzruszony.

– Oświećcie mnie: w jaki więc sposób zamierzacie ich pokonać!? – spytał król Jan, teraz już wyraźnie poirytowany. Trzy lata wcześniej, gdy sam szykował się na wyprawę przeciw Turkom, zgromadził czterdzieści tysięcy wojska, poniósł ogromne koszta na zakup uzbrojenia i zjeździł pół Europy, aby wkupić się w łaski innych władców. Jego wuj Władysław zaś poległ na polu bitwy. Spokój i pewność siebie stojącego tu żołnierzyka wydały się więc królowi niemal arogancją.

– My walczymy po usarsku, panie – odrzekł wtedy serbski rycerz. – Naszą siłą są szybkość, nasza taktyka i nasza odwaga.

– O! A na czymże ta wasza usarska taktyka ma polegać? – spytał ironicznie król. Przestał już brać słowa przybysza do końca poważnie i nie wierzył, że Rac powie mu coś, co mogłoby go zaskoczyć.

– Na szarży, wasza wysokość – odparł gość z właściwym sobie spokojem. – Na szybkim, precyzyjnym uderzeniu, przełamującym szyki wroga.

A jednak Serb zaskoczył króla!

– Aha... – rzekł, zakłopotany. – Proszę, odpocznijcie u nas, posilcie się nieco... A... potem zasiądziemy przy sprawie... – Ruchem dłoni zaprosił, aby rozgościli się na zamku.

Odprowadzając ich wzrokiem, spojrzał na nich z ciekawością. Nieco zmarszczone brwi doskonale oddawały myśl, która rodziła się w jego głowie: stworzyć podobne, walczące po usarsku oddziały także na ziemiach Królestwa. Zwerbował więc grupę serbskich jeźdźców, aby ci przekazali polskiemu rycerstwu tajniki swego rzemiosła. I wkrótce po kraju rozjechali się królewscy posłowie, by przekazać szlachcicom listy przypowiednie, nakłaniające do wstąpienia do nowej formacji.

Musicie jednak wiedzieć, że kilka wieków wcześniej utrwalił się w Polsce zwyczaj, że za dobrą służbę władca nagradzał swych rycerzy, nadając im na własność ziemie. Sprowadzali więc wojowie na uzyskane ziemie okolicznych chłopów, by ci prowadzili dla nich uprawy i hodowali zwierzęta, a następnie sprzedawali swe plony. Z czasem rycerze zaczęli skupiać się na handlu i bogacić tak bardzo, że nie potrzebowali już królewskiej opieki. Obwołali siebie wtedy "szlachtą", czyli klasą szlachetnie urodzonych. W zamian za poparcie i udział w wojnie, na każdym kolejnym władcy wymuszali zaś nadawanie różnego rodzaju przywilejów – od obniżeń podatków, przez nietykalność majątkową – po wiele innych, dyktowanych chciwością żądań.

Rycerstwo nie podzieliło więc entuzjazmu swego władcy...

"Bez zbroi na wojnę? Czy on z konia spadł...?" – powiedział opryskliwie po przeczytaniu listu pewien podstarzały chudzielec o szpakowatym zaroście.

"Panie, samobójców to nie u nas szukaj. Mnie życie miłe..." – odciął się niski pucołowaty właściciel folwarku, gestykulując jakby chciał odepchnąć ten pomysł jak najdalej od siebie.

"Jedź pan dalej. Jakby co to mnie nie było w domu". – Przypominający chomika człowiek wcisnął posłańcowi w dłoń jednego talara i zaśmiał się, obnażając obrzydliwie zaniedbane zielonkawe zęby.

"Powiedz królowi tak: ostra szabla, ciężka zbroja i wstawiennictwo Świętej Panienki – rozwodził się wąsacz, którego goniec zastał przy obficie zastawionym stole. – Tak się wygrywa bitwy: pancerzem i modlitwą. A szemrane metody jakichś bałkańskich hultajów to mogą na nas co najwyżej gniew boski ściągnąć. Ot co!".

Posłaniec opuścił więc podpitego szlachcica i ruszył w dalszą drogę... Zdawało się, że pomysł upadnie, ale wtedy idea jazdy walczącej po usarsku dotarła do młodszego pokolenia.

Pewien młodzieniec był akurat na ćwiczeniach wojskowych. Starsi rangą rycerze mieli się ćwiczyć w sztuce wojennej. Zamiast tego skoncentrowali się na jedzeniu ogromnych ilości dziczyzny, zapijaniu jej winem – i na dysputach do rana. Młodzieńcowi owemu zaś, uznanemu za takiego, co to "nic nie wie o życiu", przyszło zajmować się końmi, osprzętem i sprzątaniem po starszych kompanach.

– Co tu waćpan przyniósł? – zaczepił więc dyskretnie posłańca, który z nietęgą miną wracał od siedzących przy stole rycerzy.

– List przypowiedni – rzekł zmęczony posłaniec, pokazując mu pismo. – Król prowadzi nabór do nowej formacji.

Młodzieniec przeczytał list. Usłyszawszy kolejny wybuch gromkich śmiechów pijanej szlachty, obejrzał się za nimi i westchnął ciężko. Następnie spojrzał na posłańca:

– Wchodzę w to – skinął mu, gotów na nowy rozdział w swoim życiu.

Kilkadziesiąt staj dalej inny młody szlachcic usiadł w przydrożnej tawernie i zamówił kufel piwa. Wyglądał na takiego, który miał bardzo trudny dzień – i gdy ów kufel otrzymał, wypił jednym haustem połowę jego zawartości. Niestety, zwrócił na siebie wtedy uwagę grupy awanturników, którzy ciemiężyli całe miasto, a nikt nie śmiał się im przeciwstawić. Gdy dostrzegli oni pod jego kubrakiem przypiętą do pasa sakiewkę, wstali i otoczyli jego stolik. Jeden z nich bez słowa wbił sztylet w blat stołu tuż przy jego rękawie. Młodzieniec dostrzegł, że w rogu tawerny siedzieli strażnicy – odwrócili jednak wzrok udając, że nie dostrzegają awantury. Wstał więc nagle i szybkim ruchem powalił łotra na podłogę. Ale wtedy rzucili się na niego pozostali. Młodzieniec okazał się jednak nadzwyczaj sprawny – jednym rzucił przez ramię, drugiemu przywalił kijem od szczotki, trzeciego przerzucił nad stolikiem i ten z impetem wpadł na półkę, rozbijając całą kolekcję waz i kufli – i w taki oto sposób młody szlachcic poradził sobie z bandą łobuzów. Ledwie jednak zdołał rozejrzeć się wokół, bo stary właściciel karczmy chwycił go za poły i wyrzucił na suchą od majowego słońca ścieżkę. Akurat przejeżdżali tamtędy posłowie i chłopak, poleciawszy na twarz, zatrzymał się tuż przed kopytami ich koni.

– A co to? Znowu wojna? – spytał, widząc nad sobą wysłanników króla.

– Wieziemy listy przypowiednie. Nabór do nowej formacji – odrzekli, zsiadając z koni i pomagając mu wstać.

Młodzieniec otrzepał się z kurzu i chwycił za pismo, myśląc o wszystkich swoich kłopotach. Spojrzawszy na właściciela karczmy, który stał w drzwiach i wygrażał mu pięścią, poprawił kubrak.

– Wchodzę w to! – rzekł nie tracąc, pomimo swych problemów, uśmiechu na twarzy...

Kolejny z młodych szlachciców zwinął list, którym pogardził jego ojciec, schował za połami swej szaty i odczytał przyjaciołom, którzy otoczyli go wianuszkiem po zajęciach w auli Akademii Krakowskiej.

– I co panowie myślą? – spytał po przeczytaniu.

– Jak to co? – odparli chórem. – Wchodzimy w to!

Ojcowie zabraniali synom wstępowania do usarskich oddziałów, sąsiedzi wykpiwali chłopców, którzy się na to decydowali. Także większość dygnitarzy wojskowych sceptycznie podchodziła do inicjatywy. Ale odwrotu już nie było. Młodzi rycerze zgłaszali się do kierującego przedsięwzięciem kniazia Michała Glińskiego – szczupłego rycerza o kędzierzawej czuprynie, kilkudniowym zaroście i szerokiej szczęce. Odbierał on od nich przysięgę i kierował do koszar, w których mieli się szkolić pod okiem serbskich wojowników.

W taktyce usarskiej słabość jednego ogniwa mogła przynieść klęskę całemu oddziałowi. Selekcję przeszli więc jedynie ci najtwardsi, najambitniejsi i najbardziej oddani sprawie.

Młodzieńcy rozumieli konieczność zainwestowania w odpowiedni oręż. Zapożyczyli się więc, by sprowadzić najwyższej klasy wierzchowce typu wschodniego – lekkie, lecz silne i wytrzymałe; zamawiali najlepsze miecze; a młodzi rzemieślnicy udoskonalili kopie, czyniąc je dłuższymi i wytrzymalszymi.

I wreszcie osiągnęli gotowość do walki.

Gdy na krańce Rzeczypospolitej po raz kolejny napadła banda tatarskich łupieżców, w pośpiechu rozesłano rycerstwu z okolicznych ziem wici, czyli wezwanie, by niezwłocznie chwycili za broń i stawili się w wyznaczonym miejscu (tak zorganizowana armia nosiła nazwę pospolitego ruszenia). Adepci jazdy usarskiej zaś zostali wysłani na front jako wsparcie. Gdy przybyli na miejsce, doświadczeni rycerze pospolitego ruszenia stali już w szyku na placu boju, a na ich twarzach pojawiły się pogardliwe uśmieszki. Widząc skromne oddziały, młodzieńcze twarze i długie drewniane kopie, kręcili drwiąco głowami i nie powstrzymywali się od złośliwych komentarzy. Młodzi ze spokojem znosili jednak złośliwości – i skupili się na nadchodzącej potyczce.

Wreszcie zabrzmiał sygnał do rozpoczęcia natarcia. W pierwszej kolejności do walki ruszyło pospolite ruszenie. Szlachta walczyła dzielnie, ale Tatarzy, ze swymi szybkimi końmi i celnymi łukami, nie zamierzali ustępować pola. W dodatku zastosowali fortel, dzięki któremu okrążyli Polaków – i oddziały pospolitego ruszenia znalazły się w poważnych tarapatach...

Kniaź wyczekał na moment, kiedy Tatarzy będą w najbardziej zwartej grupie. Wtedy zwrócił się ku swym podwładnym i uniósł rękę. Rycerze mocno ścisnęli lejce i pewnie chwycili kopie. Wtedy wskazał na sam środek ugrupowania Tatarów i ryknął: "Naprzód!".

I ruszyli. Najpierw powoli, niemal dostojnie. Nagle przyspieszyli, opuścili kopie do pozycji bojowej i wpadli na wroga na pełnej prędkości. Tatarzy nie mieli szans na odparcie takiego uderzenia. W kilka chwil rozpierzchli się i rzucili do ucieczki. Kniaź Gliński ruchem dłoni zarządził zmianę taktyki. Jeden za drugim, rycerze podjechali więc w szeregu i odłożyli swoje kopie – po czym wyciągnęli miecze i ruszyli w pogoń za pierzchającymi Tatarami. Kilkudziesięciu schwytali i, skrępowanych, przywieźli do obozu. Pozostałych zaś skutecznie przegonili. Zwycięstwo było pełne i niepodważalne, a chrzest bojowy nowej formacji – w pełni udany.

Po zakończonej bitwie sława młodych rycerzy szybko rozeszła się po kraju.

– Rad jestem słyszeć o tak wielkim sukcesie – rzekł drżącym, typowym dla starca głosem hetman litewski, gdy dowódcy stanęli u niego na odprawie. – Pańscy podwładni spisali się na medal, mości kniaziu Gliński.

– Dziękuję, panie hetmanie. – Kniaź ukłonił się przed wodzem.

– Jednak... Jak właściwie zwie się wasza formacja? To jacyś kopijnicy? Czy...

– Jesteśmy husarzami, panie hetmanie – odparł Gliński – a nasza formacja zwie się husarią.

Od tej pory husaria broniła rubieży królestwa. Niestety, była to jedynie garstka wojowników. Duża część szlachty wciąż zajmowała się mnożeniem bogactw i wyzyskiwaniem ojczyzny, rujnując ją niczym najokrutniejsza zaraza. Potencjał bojowy polskiej armii zaczął dramatycznie spadać. A kolejni hetmani, uwikłani w polityczne konszachty, zdawali się nie zwracać na to uwagi. Sąsiedzi zaś widzieli to doskonale, toteż szykowali wielkie armie i planowali kolejne podboje.

I tak oto nadszedł wiek siedemnasty. Wiek ognia, wojen i przemocy.

Szwedzi zaczęli napierać od północy, Rusini od wschodu, Turcy, Kozacy i Tatarzy od południa, a od zachodu Brandenburgia i jej sojusznicy. Granice stanęły w ogniu. Wielotysięczne armie wkraczały na nasze ziemie, grabiąc je, paląc i mordując. Każdy niemal dzień przynosił walkę o przetrwanie...

Husarze zaś, z przypiętymi do pleców rozłożystymi skrzydłami z orlich piór, stawali na polach kolejnych bitew. Patrząc na przeważające siły wroga, czynili znak krzyża, opuszczali przyłbice hełmów i ruszali do walki. Wpadali w sam środek sił przeciwnika, rozbijając je w pył i ostatecznie kończąc bitwę. Walczyli w otwartym polu, w miastach, w lasach. Szarżowali, odbijali twierdze, tropili zagony najeźdźców. Dokonując rzeczy niemożliwych, zadawali klęski najpotężniejszym armiom świata. Stali się wybawcami ojczyzny... Najwspanialszymi rycerzami na świecie...

Wtedy starzec zamilkł, kończąc swoją opowieść. W jego oczach lśniły łzy wzruszenia.

– Dziaduniu – spytał jeden z chłopców, podnosząc rękę – a widział kiedyś Dziadunio takiego prawdziwego husarza?

– Widziałem. – Starzec skinął głową.

– Prosimy, opowiedz nam o nim! – przekonywały go dzieci.

Zamknął więc oczy, aby przywołać jego obraz, i po chwili przemówił:

– Byłem wtedy dzieckiem jak wy teraz. Gdy go ujrzałem, siedział na koniu, wpatrując się w niebo i skupiając swe myśli na nadchodzącej bitwie. Widziałem błysk w jego skrytych za stalą hełmu oczach. Jego zbroja była srebrna – lśniąca i majestatyczna Na prawej piersi miała złoty krzyż – godło stanu rycerskiego. Na lewej – postać Najświętszej Panienki w promienistej glorii. W lewej dłoni dzierżył długą aż do nieba kopię, na której szczycie powiewał biało-czerwony proporzec i pobłyskiwało ostrze grotu. U boku miał koncerz ze szpikulcem tak ostrym, że nie było pancerza, którego by nie przebił. Przy pasie miał zaś lśniącą szablę, a przy siodle – dwa pistolety.

Skrzydła u jego pleców łopotały dumnie na wietrze. Koń jego szybki, silny i nie do zatrzymania – tak, że wielu wrogów wierzyło, iż jest wręcz nieśmiertelny.

I spojrzał na mnie ów rycerz, i skinął na znak, że wszystko będzie dobrze, po czym odjechał i stanął pośród swoich towarzyszy. Trębacz zadął w róg i chorągiew ruszyła do walki... W skrzydłach tych wyglądali, jakby to pędzili nie rycerze, lecz armia najprawdziwszych aniołów, która zstąpiła na ziemię...

Po bitwie ujrzałem go ponownie. Zbroja jego była pokryta kurzem, a skrzydła osmolone ogniem. A za jego plecami widziałem pogorzelisko, dogasające płomienie i pogruchotane proporce pokonanych wojsk najeźdźcy. Husarz zaś wjechał na szczyt wzgórza. Tam ściągnął hełm, położył dłoń na sercu i znów spojrzał w niebo. I dziękując opatrzności, w milczeniu oddawał się pod jej opiekę w kolejnej potyczce.

Dzieci wydawały okrzyki ekscytacji.

– A gdzie, Dziaduniu, ta husaria jest teraz? – spytał maluch z pucołowatą buzią pokrytą piegami.

– Husaria – odparł starzec – walczy dziś na dalekich krańcach królestwa. Ale obiecuję wam: jeszcze ujrzymy Szwedów uciekających w popłochu. A za nimi, ze swymi kopiami, pędzić będzie polska husaria...

– ...No, nieco się zagadałem – stwierdził po chwili, jakby ocknął się z zamyślenia. – Ale sami widzicie – dodał pogodnie – dopóki mamy takich rycerzy, na pewno wszystko będzie dobrze.

Maleńki Gromisław uśmiechnął się, a starzec otarł mu zalegającą na policzku łezkę. W tej chwili podszedł jednak jego ojciec i, zabierając malca, zrugał Dziadunia:

– I po kiego czorta gadasz dzieciakom takie bzdury, ty stary durniu?

– To nie są bzdury... – odpowiedział cicho staruszek. – To najprawdziwsza prawda.

– A wiesz, głupcze, że Szwedzi mogą tu lada chwili wkroczyć? A jak któryś z dzieciaków coś palnie? "I tak przyjdzie husaria i was pozabija!"? Pomyślał żeś o tym?!

Wykrzyczawszy to, pokręcił głową dla wyrażenia dezaprobaty i odszedł. Starzec spojrzał nań ze smutkiem w oczach.

– Jeśli nie wiara, to cóż nam zostaje...?

Ojciec Gromisława był kłótliwy i zawsze chciał, żeby ostatnie słowo należało do niego. Toteż obrócił się na pięcie i zwrócił ku niemu ruchem tak zamaszystym, że kępka jego czarnych włosów zaległa mu niesfornie na czubku głowy, a Gromisław o mało co nie wypadł mu z rąk. Otwierał już usta, żeby wszcząć awanturę, gdy rozległ się szczęk otwieranej bramy.

– Ludziska! Szwedzi poszli bokiem! – krzyknął jeden z parobków.

Przerywając nadchodzącą kłótnię, chłopi otworzyli szeroko wrota i wyszli z szopy. Biała Wieś była skąpana w blasku palącego lipcowego słońca. Po niebie płynęły jedynie pojedyncze pierzaste obłoczki. Jedni oddychali pełną piersią, z ulgą wymalowaną na twarzach. Inni zaczęli się ściskać, krzycząc jeden do drugiego: "A nie mówiłem?!", "Głupie Szwedy!", "Oprócz armat, trza mieć jeszcze trochę oleju w głowie" czy "Precz, wy szwedzkie gałgany!".

Po czym z radością i szerokim uśmiechem na twarzach, udali się do swoich zajęć.

 

14 lat później...

Biała Wieś. Jest to niewielka osada położona kilka staj od brzegu Wisły – największej polskiej rzeki. Głównym zajęciem mieszkańców jest uprawa zboża, które następnie spławia się barkami do portu w Gdańsku – stamtąd zaś jest ono eksportowane na całą Europę. Ziemia jest tu płodna, a plony obfite. W pobliżu są malownicze jeziora, a jeśli ktoś lubi polować, to nieopodal znajduje się także przepastna puszcza, pełna dzikiego zwierza. Biała Wieś oraz odległa o kilka kilometrów wioska Gronowice wchodzą w skład majątku szlacheckiego, należącego do majętnego i szanowanego rodu Zdunowskich. Niestety, ostatnimi laty nie było tu bezpiecznie. Osada leży bowiem przy szlaku, którym wojska szwedzkie maszerowały w głąb Rzeczypospolitej, grabiąc po drodze wszystko, co się dało, i paląc to, czego nie można było zagrabić. Szwedzi wielokrotnie przechodzili przez Białą Wieś. Kilka razy chłopi musieli oddać żołnierzom całe swoje zapasy żywności, przez co sami przez wiele dni głodowali. Szczęśliwie jednak nikt nie stracił życia, a najeźdźcy nie spalili ich domów. Okoliczne wioski nie miały tyle szczęścia, ale to już temat na zupełnie inną historię...

Szwedzki najazd, który trwał pięć lat, pociągnął za sobą ogromne straty finansowe. Ponoć Polacy powoli pokonują spowodowany tym potopem kryzys. Ponoć żyje się coraz lepiej. Ponoć zawarte pakty i przymierza gwarantują pokój i bezpieczeństwo. Ale mieszkańcy nie mają czasu, by się tym specjalnie interesować. Bo i kiedy?

Biała Wieś budzi się do życia wraz z porannym pianiem koguta. Kobiety z dziewczynkami doją krowy i szykują posiłek. Mężczyźni z synami przygotowują w tym czasie narzędzia i karmią zwierzęta – kury, świnie i kozy. Potem przychodzi czas na śniadanie. Posiłek jest skromny – czasem jest to mały pszenny placek i kubek mleka, czasem zupa z grochu. Na więcej mieszkańcy rzadko kiedy mogą sobie pozwolić – przecież czasy są trudne, przecież panuje bieda... Ale prawdą jest także to, że państwo Zdunowscy nie mieli w zwyczaju dbać o swych pracowników. Wręcz przeciwnie – chłopi są okrutnie wyzyskiwani, a żądania panów z każdym rokiem stają się coraz większe. Nierzadko głodują, choć pracują codziennie, z wyjątkiem świąt, od świtu do zmierzchu. Pracy jest mnóstwo – kopanie, sianie, podlewanie, zbiory. Gdy słońce zachodzi, schodzą z pola, obmywają strudzone ciała, spożywają skromną kolację i udają się na spoczynek. O brzasku kogut ogłasza nadejście nowego dnia, a mieszkańcy wstają, by stawić czoło codziennym obowiązkom. I tak właśnie kręci się życie chłopów z folwarku Biała Wieś.

Jednym z mieszkańców jest Wojciech z Rewy. Jest to niski, krępy czterdziestolatek o śniadej cerze, rozwichrzonych czarnych włosach, krzaczastych czarnych brwiach i równie czarnych bujnych wąsiskach. Podobnie jak każdy polski chłop, ma wyrobione zdanie na każdy temat (głównie zresztą negatywne). Jeśli chodzi o zalety, to należy mu przyznać, że jest bardzo pracowity. Jednak główną jego cechą jest wyjątkowo kłótliwa osobowość...

Naszą historię rozpoczynamy w dniu, gdy syn Wojciecha – Gromisław – po ośmiu latach spędzonych w klasztorze wraca do Białej Wsi.

ROZDZIAŁ IGROMI WRACA DO DOMU

3 sierpnia 1669 roku

Było już dawno po północy, gdy pod domostwo zajechała furmanka.

– Jesteśmy na miejscu – mruknął stary przygarbiony woźnica z haczykowatym nosem do siedzącego na przyczepie chłopca.

Schodząc z wozu, chłopiec postawił stopę tak pechowo, że trzewikiem zahaczył o wystającą spomiędzy stopni drzazgę. Klnąc w myślach, zaczął się szarpać, by uwolnić stopę. Woźnica zaś w tym czasie zszedł z wozu, chwycił tobołek i upuścił go na trawę przed domem. Po czym wrócił na swe miejsce, chwycił za lejce i ruszył. Chłopcu udało się oswobodzić w ostatniej chwili – woźnica popędził konia i bez słowa odjechał. Chłopiec prychnął za starcem, po czym podniósł tobołek i przerzucił go sobie przez ramię. Następnie skierował swój wzrok na pogrążone we śnie domostwo, wziął głęboki oddech i dopiero po chwili odważył się wejść do środka. Chłopcem tym był bohater naszej historii – Gromisław z Białej Wsi. Jednak jako, że jego imię kojarzyło się ze słowem "gromić", wszyscy wołali na niego Gromi.

Gromi skończył dziś piętnaście lat. Los obdarzył go dziecięcymi rysami twarzy, niesforną blond czupryną, mikrą sylwetką i niskim wzrostem. W kwestii usposobienia – był raczej zamknięty w sobie, cichy i małomówny.

Nasz bohater wrócił właśnie do domu po ośmiu latach spędzonych w klasztorze dominikanów. Rozglądając się po starych kątach, przeszedł przez przedsionek i wszedł do obszernej kuchni, w której od czasu jego wyjazdu prawie nic się nie zmieniło. Następnie powoli, starając się, aby jego kroki nie powodowały skrzypienia starej podłogi, wszedł na korytarz i odnalazł izbę, w której kiedyś mieszkał. Gdy znalazł się na miejscu, cichutko położył tobołek na posłaniu. I wtedy okazało się, że pod kocem był już jakiś inny domownik, który zaspany, poruszył się i warknął: "Co jest?!".

– Przepraszam – wyszeptał Gromi, zabierając tobołek i pospiesznie opuszczając izbę. Powoli otworzył drzwi obok. Tu jednak także wszystkie posłania były zajęte. Uznawszy, że nie ma sensu szukać dalej po izbach, wszedł po wąskich, krętych schodach w kącie korytarza i znalazł się na poddaszu. Było tu ciemno i pachniało stęchlizną, jednak chwilowo było to najlepsze miejsce na nocleg. Gromi odłożył więc tobołek i przysiadł na skraju starej komody pokrytej równie starym obrusem.

Po chwili jego uwagę zwróciło stare, pokryte pajęczynami okno. Podszedł więc do niego, odgarnął pajęczyny i otworzył okiennice. Jego wzrok skierował się wtedy na oświetlone przez zbliżający się ku pełni, srebrzysty księżyc, zabudowania Białej Wsi oraz na pobliskie pola. Wpatrując się w nie, westchnął nostalgicznie. Zaczęły go bowiem nachodzić wspomnienia o tym, dlaczego właściwie opuścił to miejsce...

Już od małego nasz bohater różnił się od innych dzieci. Zawsze był od nich mniejszy, słabszy i bardziej chorowity. Z trudem przychodziło mu wykonywanie najprostszych nawet zadań. Zdarzało się, że ktoś pokazał mu i dokładnie wytłumaczył, co ma robić. Mały Gromi zaś po chwili uświadamiał sobie, że w połowie rozkojarzył się i przestał słuchać, nie wiedział więc, o co chodziło. Choć nikt mu tego nie powiedział, chłopiec widział, jak wszyscy go postrzegali. "On się do niczego nie nadaje...", "Z niego już nic nie będzie..." – zdawały się mówić ich spojrzenia.

Ojciec usiłował przywołać chłopca do porządku to prośbą, to groźbą – lecz wciąż bezskutecznie. Uznał więc, że nie jest w stanie sprawić, żeby jego syn wyszedł na ludzi. Dlatego, mając nadzieję, że mnisi nauczą go dyscypliny i porządku, wysłał siedmioletniego Gromiego do klasztoru dominikanów. Podczas ścierania kurzy z kościelnych ksiąg nasz bohater bardzo szybko nauczył się czytać i pisać. W wolnych zaś chwilach chwytał za pióro i to przepisywał teksty, to przerysowywał ilustracje z ksiąg albo kościelnych obrazów. Niestety jednak, nie takich umiejętności od niego wymagano – Gromi miał zajmować się utrzymywaniem w czystości klasztornych dóbr. ...I był w tym beznadziejny. Zdarzało mu się niechcący upuścić kielich na ostry kant podstawy marmurowego stołu, rujnując go doszczętnie, kopnąć wiadro tak niefortunnie, że wylał pomyje na świeżo sprowadzony z Rzymu dywan czy spowodować wiele innych mniejszych lub większych szkód i problemów. Docelowo miał Gromi posługiwać do mszy, a po ukończeniu piętnastego roku życia wstąpić do seminarium i samemu zostać kapłanem. Do posługi nigdy go jednak nie dopuszczono, a szansę na seminarium stracił, gdy któregoś dnia z wizytą przybył pewien poważany biskup z Warmii. Nalewając mu wina do pucharu, Gromi zagapił się i zalał stół. Na stole tym leżała koperta z jakimś opatrzonym sądową pieczęcią dokumentem – i gdy tylko biskup to zobaczył, rzucił się do suszenia pisma tak gorączkowo, że jego długie czarne włosy zaczęły przyklejać się do spoconego czoła. Gromi aż wzdrygnął się, gdy przypomniał sobie wściekłą minę na szczupłej biskupiej twarzy, która w jednej chwili przybrała kolor purpury. Ile razy dostał kijem, ile razy wytrącił kogoś z równowagi, a za plecami usłyszał najgorsze obelgi, tego Gromi nie był w stanie zliczyć.

Potem przypomniał sobie czasy, zanim posłano go zakonu. Inne dzieci nie lubiły go, bo nie dorównywał im sprawnością i nie miał w sobie tyle odwagi, aby wraz z nimi robić żarty ze starszych parobków.

Będąc małym dzieckiem, nasz bohater spędzał więc większość czasu z Dziaduniem, który opowiadał mu historie o dawnych czasach – o starożytnych bogach, siłach natury czy kulturach dalekich krajów. Najbardziej rozpalały go opowieści o skrzydlatych rycerzach z legendarnej husarii i o ich bohaterskich dokonaniach. Całymi dniami i nocami mały Gromi wyobrażał sobie, że pewnego dnia i on zostanie rycerzem husarii. Oczyma wyobraźni widział siebie siedzącego na białym koniu i dzierżącego kopię, a na niej czerwony proporzec z herbem Rzeczypospolitej. Wyobrażał sobie, że jeździ po odległych krainach, o których opowiadał mu Dziadunio, chroniąc polskie granice.

Gdy nieco podrósł, zrozumiał, że jako chłop nie może zostać rycerzem, a jego przeznaczeniem jest praca dla Zdunowskich. Pozostawała mu więc rozczarowująca rzeczywistość i wielkie, niespełnione marzenia...

Gromi wciąż wpatrywał się w krajobraz Białej Wsi. Nie wiedział wtedy jeszcze, jak bardzo nieprzyjemne stało się miejsce, w którym przyszło mu zamieszkać.

Półtora roku wcześniej zmarł Jan Zdunowski, a folwark objął jego syn, Tomasz. Gromi nigdy nie widział starego Zdunowskiego ani tym bardziej jego syna. Wyobraźnia podpowiadała mu jednak, że musi to być jakiś potężny i bardzo mądry człowiek. W ogóle cała szlachta jawiła mu się jako coś wielkiego, niemalże mistycznego. Młody Zdunowski okazał się jednak fatalnym gospodarzem. Gdy tylko przejął rządy, kilku chłopów natychmiast zaczęło robić wszystko, by się mu przypodobać. Przynosili jajka lub wino własnej roboty, łasili się, karmili pochlebstwami, a nawet opowiadali kłamliwe historie na temat innych mieszkańców. Tomaszowi odpowiadało takie towarzystwo, toteż często zapraszał ich do swojego gabinetu. Przesiadywali tam godzinami w dymie wypalanych na potęgę fajek, przy kartach i gorzałce. Mając ciche poparcie właściciela folwarku, mogli bezkarnie obijać się i naśmiewać z reszty parobków. Oprócz fatalnych metod zarządzania, Zdunowski narzucał niebotycznie wysoką pańszczyznę do wypracowania. Nie dbał o chłopów i nie inwestował w narzędzia, wozy czy konie. Zdawał się jednak w ogóle nie zauważać, jak nerwowa i nieprzyjemna atmosfera zapanowała w Białej Wsi pod jego rządami.

Nieświadomy tego Gromi, długo czekał na tę chwilę. Dziś bowiem, po ukończeniu piętnastego roku życia i po ośmiu latach spędzonych w klasztorze, wracał do domu. Wracał z planem, że odtąd zmieni swoje zachowanie – będzie rozgarnięty, sumienny i lubiany przez domowników. Odetchnął jeszcze charakterystycznym dla folwarku świeżym powietrzem, po czym przymknął okno i wydobył z tobołka swoją odzież. Część położył na ziemi, a część zawinął w kulkę, by użyć jako poduszkę, i nakrył się starym kubrakiem. I zamknął oczy, wiedząc, że za kilka godzin nadejdzie świt, a wraz z nim nowy rozdział w jego życiu.

 

4 sierpnia

Pianie koguta przeszywającym czaszkę dźwiękiem oznajmiło, że nastał nowy dzień i pora już wstać. Gromi, na wpół przytomny, podniósł się z posłania i westchnął ciężko. Wreszcie podźwignął obolałe ciało i zszedł do kuchni. Mimo że dopiero świtało, temperatura na dworze była już bardzo wysoka, a na niebie nie było nawet jednej chmurki. Nikt nie miał wątpliwości, że będzie to gorący dzień.

Domownicy zajmowali się już porannymi obowiązkami. Gromi przemył twarz, wypił kubek wody i stanął, czekając, aż ktoś wskaże mu, co ma robić. A ponieważ zdawali się dostrzegać go jedynie na tyle, że zawadza im w przejściu, ostatecznie stanął w kącie i starał się nie przeszkadzać. Wzrokiem zaś przez cały czas wyszukiwał swojego ojca. Wreszcie Wojciech pojawił się w drzwiach. Ujrzawszy swego syna, skinął mu jedynie głową, nie wysiliwszy się nawet na najmniejszy uśmiech, i wziął się za mycie rąk. Zignorowanie przez własnego ojca sprawiło, że Gromiemu zrobiło się naprawdę przykro.

Nieco później wszyscy zasiedli przy stole. Gromi, który zawsze miał trudności, by odnaleźć się w nowym miejscu i nawiązać z kimś kontakt, w milczeniu zabrał się za jedzenie, nie podnosząc głowy, ale za to przysłuchując się rozmowie pozostałych domowników.

– Pewno znowu ten miernota, nasz nadzorca, nie załatwi wozu i dwa razy będzie trzeba ganiać z tymi snopami... – Takimi słowami Wojciech rozpoczął rozmowę, nalewając sobie zupy z bobu.

– W zasadzie – odparł mu jeden z mężczyzn – to już załatwił. Dzisiaj ma przyjechać wóz z Gronowic.

– A... – Wojciech zrozumiał, że jego zarzut okazał się bezpodstawny.

Nie tracąc animuszu, dodał jednak po chwili: – Ale że tyle czasu zajęło mu proste załatwienie wozu...

Gromi szybko zrozumiał, że nie polubi wspólnych śniadań. Był to czas psioczenia i narzekania – zwykłe śniadaniowe dyskusje kończyły się powszechnie akceptowanym wnioskiem, że Polskę czeka nieuchronna klęska, że wyprzedaje się dobra narodowe, szlachta jest gnuśna, a król głupi. A także, że oni – chłopi – są wyzyskiwani i oszukiwani, i w ogóle ich los jest strasznie ciężki. Nasz bohater szybko zauważył także, że prym w biadoleniu wiódł jego własny ojciec. Dziś Wojciech od samego rana uskarżał się na tragiczny stan narzędzi rolniczych i wyklinał bogacącego się kosztem chłopów Zdunowskiego. Zatopiwszy się więc we własnych myślach, Gromi zjadł w milczeniu swój placek.

Po śniadaniu chłopi zebrali się przed wejściem i wydeptaną dróżką wspólnie udali się na pole. Na miejscu czekał już na nich nadzorca folwarku. Był to średniej budowy mężczyzna po czterdziestce. Miał dziecięce rysy twarzy, krótko przystrzyżone czarne włosy oraz wąsy. A także tendencję do wywyższania się i oschłego stosunku do podwładnych. Wszyscy wiedzieli jednak, że tak naprawdę nadzorca panicznie boi się podpaść panu Zdunowskiemu. I za jego plecami śmiali się, że "o mało co nie narobił w portki". Stąd przez młodszych parobków obwołany został Srajtkiem.

– Witam was wszystkich – ogłosił dziecięco brzmiącym głosem ów Srajtek, stojąc naprzeciw nich i prężąc się, żeby budzić respekt. – Przed nami kolejny dzień ciężkiej pracy. Ponieważ, jak zwykle zresztą, nie wyrabiacie się z robotą, pan Zdunowski był ponownie zmuszony zainterweniować. Nakazał więc pracownikom sąsiedniego folwarku Gronowice, by przyjechali tu i udzielili wam pomocy. Także zaczną dzisiaj od drugiej strony pola. Ja zaś, ze swej strony, załatwiłem dla was wóz, który będzie jeździł i odbierał od was snopy.

Chłopi odetchnęli z ulgą, a co młodsi zaczęli między sobą szeptać.

– Cicho mi tu! – krzyknął Srajtek. I gdy wszyscy zamilkli, kontynuował: – Teraz każdemu z was przydzielę rejon, który bezwzględnie musi być dziś obrobiony.

Mamrocząc pod nosem, zaczął sprawdzać swoje kartki. Gdy na chwilę uniósł wzrok, dostrzegł stojącego w tłumie Gromiego.

– O, widzę tu nową twarz – rzekł. – Jak ci, chłopcze, na imię?

– Gromisław, panie. Wczoraj tu przyjechałem.

– A, w porządku. Żebym mógł cię mieć na oku, to zaczniesz więc od tej połaci. – Wskazał mu pas, gdzie kończyły się nisko ścięte łodygi skoszonego zboża, a zaczynało złociste pole lekko kołyszącej się pszenicy. – Kosiłeś już kiedyś?

Gromi, który cierpiał na chorobliwą nieśmiałość, poczuł, że głos robi mu się drżący, a twarz coraz bardziej się czerwieni.

– Nie, panie... – bąknął. – Nie kosiłem...

– W porządku, to nic trudnego – rzekł wyrozumiale nadzorca, podając mu sporych rozmiarów kosę i zaznaczając go na kartce. – Przyjrzyj się, jak inni to robią. Grzesiu – zwrócił się do pulchnego chłopca, starszego od Gromiego o rok, może dwa – zaczniesz dwadzieścia kroków za naszym nowym kolegą.

Grzesio skinął mu głową. Nadzorca przydzielał tak każdemu z parobków po kolei skrawek pola. Gromi patrzył, jak wskazuje palcem kolejne osoby, bezskutecznie usiłując zapamiętać imię każdej z nich. Gdy zaś skończył, wskazał ruchem głowy, by ruszyli za nim. Ale chwilę później wstrzymał ich, unosząc dłoń. Oto bowiem powolnym krokiem szedł ku polu Waldek – wysoki, postawny brunet o śniadej cerze. Wszyscy wpatrywali się w niego, usiłując dać mu do zrozumienia, aby się pospieszył. Waldek zdawał się tym jednak w ogóle nie przejmować. Szedł powoli, niespiesznie, aż wreszcie z uśmiechem na ustach dotarł do szeregu, z cichym "dzień dobry" skinął nadzorcy głową i stanął pośród parobków.

– A czemu to się spóźnia do pracy? – warknął Srajtek.

– Przysnęło mi się, panie nadzorco – odparł bez cienia skruchy.

– Oby mi to było ostatni raz. – Nadzorca zaczął przeglądać swoje papiery. – Zaraz ci coś znajdę... Ale już przydzieliłem rejony, więc będziesz musiał zacząć... – przeczytał – za panią Bożeną.

Waldek podszedł do niego i spojrzał mu przez ramię na rozpiskę. Puste pole za znaczkiem przypominającym literę "B" (jak "Bożena") znajdowało się stanowczo za daleko dla nieprzyzwyczajonego do przemęczania się Waldka.

– Psiakość, no... kawał drogi... – Podrapał się po głowie.

Dla Gromiego jasne stało się, że tych dwóch łączą relacje nie tylko zawodowe. I faktycznie – obaj byli uczestnikami nasiadówek u pana Zdunowskiego. A Waldek był w tym towarzystwie znany jako dostawca dobrej, pędzonej przez siebie, wódki.

– Ty... no weź, coś zrób... – szepnął Waldek do nadzorcy.

– Ale co niby? Trza było przyjść normalnie, ze wszystkimi...

Waldek zaczął wpatrywać się w kartkę, po czym przebiegł wzrokiem po parobkach.

– To jest ten dzieciak, co wczoraj przyjechał? – spytał, wskazując "G" na kartce. Gdy nadzorca skinął głową, rzucił jeszcze szybko okiem na naszego bohatera, po czym szepnął:

– To weź go daj na koniec, a mnie wciśnij na jego miejsce...

Srajtek spojrzał na niego wzrokiem mówiącym "to niemożliwe".

Waldek nie dał jednak za wygraną.

– Hmmm... Ty, a od której strony jedzie wóz? – spytał.

Otrzymawszy odpowiedź ruchem głowy ("od tamtej") szepnął:

– No! To będzie miał więcej czasu na związanie snopów.

– W sumie racja. – Tym argumentem nadzorca dał mu się przekonać.

– Słuchaj, Gromisławie – zwrócił się więc do chłopca – zmienimy nieco plany. Ty zajmiesz się inną połacią, kawałek dalej.

Gromi, który dysponował nadzwyczaj dobrym słuchem, słyszał dokładnie każde ich słowo. Mimowolnie do oczu zaczęły mu się cisnąć łzy.

– Ale nie przejmuj się – kontynuował Srajtek. – I tak wóz od każdego zabierze plony. A że do ciebie zajedzie na końcu, to będziesz miał więcej czasu, żeby wszystko zebrać. To co – może być?

– No... Może być...

– No! – Srajtek klasnął w dłonie. – To do roboty!

Chłopi ruszyli za nadzorcą, który co dwadzieścia kroków zatrzymywał się, by kierować każdego z nich w miejsce, w którym miał zaczął zbierać plony. Naszemu bohaterowi, zgodnie z ustaleniami, przypadł rejon oddalony od miejsca zbiórki o dobre sześćset kroków.

– Zaczniesz od tego miejsca i będziesz obrabiał połać do tej szerokości. – Wskazał mu nadepnięciem stopą. – Będziesz przesuwał się wzdłuż pola, aż dojedziesz do końca. Jasne?

– Jasne...

Po czym klepnął go, niby po przyjacielsku, w ramię. I odszedł, ocierając sobie spocone czoło. A Gromi spojrzał na widniejący przed nim bezkres złocistego pola. Jego praca polegała na ścinaniu zboża, wiązaniu go w snopy i zanoszeniu ich na stos. Przez cały dzień, w czterdziestostopniowym niemal upale, bez szansy na choćby skrawek cienia.

Do domu wrócił późnym wieczorem, zmęczony i obolały. Znalazł kilka koców i jakąś starą poduszkę. I na tak urządzonym posłaniu ułożył się, by z poczuciem, że "nie tak miało to wszystko wyglądać...", zamknąć oczy i usnąć.

Następny dzień rozpoczął się tak samo jak poprzedni – pełną złośliwości śniadaniową dysputą i marszem na pole. ...I kolejne tak samo. Gromi mieszkał wprawdzie w jednym domu z trzydziestką osób, ale z żadną z nich nie miał okazji nawiązać kontaktu. Nikt nie zagadywał go, nikt nie pytał, co słychać, ani jak się czuje. Gromi zaś był zbyt nieśmiały, by samemu zainicjować rozmowę. Kolejne dni miały więc powoli i naszego bohatera coraz bardziej dręczyła samotność...

Pewnego dnia, zamiast standardowych pretensji i krzyku, Srajtek rozpoczął poranną odprawę w wyjątkowo uprzejmym tonie.

– Uczciwi mieszkańcy Białej Wsi – przemówił – mam dziś dla was bardzo dobre wieści. Oto dzięki naszej wspólnej ciężkiej pracy osiągnęliśmy niebywały sukces. Mam zatem zaszczyt ogłosić, że nasz mości pan wojewoda przyjął propozycję od naszego szlachetnego gospodarza i tegoroczne dożynki wojewódzkie odbędą się nie gdzie indziej... ale u nas – w Białej Wsi!

Młodsi chłopi przyjęli wiadomość z radością, klaszcząc i wydając spontaniczne okrzyki, lecz starsi nie wykazali już takiego entuzjazmu.

– Spodziewamy się setki szlachetnych gości – kontynuował Srajtek – i około stu pięćdziesięciu członków służby.

– Panie nadzorco, mam jedno pytanie – zgłosił się Grzesio.

– Tak?

– A przyjadą chłopi z Gronowic?

– Tak, nasi pracownicy z Gronowic przyjadą – odparł nadzorca – i będziecie się razem dobrze bawić.

Te słowa spowodowały wśród młodzieży kolejną falę radości. Z tego, co Gromiemu udało się zrozumieć, młodzieńcy liczyli na spotkanie z jakąś wyjątkowo piękną tamtejszą mieszkanką.

– Dobrze, panowie – uciął Srajtek z klaśnięciem w dłonie. – Dożynki dożynkami, ale czas zabrać się za pracę. Zapraszam was na pole.

Chłopi skierowali się więc między łany pszenicy.

– I z czego wy się tak, matoły, cieszycie? – zrugał ich po drodze parobek Bogdan, którego twarz przywodziła Gromiemu na myśl ogromnego kartofla. Miał nawet pieprzyki, które wyglądały dokładnie tak jak powstające na ziemniakach wypustki.

– A zdajecie sobie sprawę – perorował Bogdan – ile to nas teraz czeka pracy? Nie dość że całe lato w znoju, to jeszcze dożynki na naszej głowie.

– A na polu nikt nam nie odpuści – dodał Wojciech, który zjawił się nagle nie wiadomo skąd. – Ale poczekaj, Bogdan, aż zaczną się całe te przygotowania. Będą jeszcze smarki płakać...

– A bujaj się, wąsaty capie... – szepnął Grzesio tak, żeby Wojciech tego nie usłyszał. Idący przy nim młodzieńcy słyszeli za to doskonale i wybuchnęli głośnym śmiechem. I w dobrych humorach ruszyli na pole.

Przygotowania do dożynek niemal od razu ruszyły pełną parą, a pracy faktycznie było mnóstwo. Domownicy zajęci byli zarówno dobiegającymi końca zbiorami na polu, jak i krzątaniną w gospodarstwach. Jedni malowali budynki, inni wieszali ozdoby albo cięli drewno na stoły i ławy dla gości, bądź czynili innego typu przygotowania. Wszystko po to, aby pokazać, jakie to w Białej Wsi panuje szczęście i dobrobyt. Gromi, wyznaczony do wspólnej pracy z rówieśnikami, wreszcie miał okazję poznać ich lepiej i spędzić z nimi więcej czasu. Byli wśród nich:

– Waldek – którego miał Gromi okazję poznać w chwili, gdy ten wkopał go przy rozdzielaniu pracy. Po bliższym poznaniu wcale nie okazał się lepszy. Nasz bohater szybko dostrzegł, że na osobności był do rany przyłóż. Ale gdy tylko znalazł się w większej grupie, od razu szydził z nieobecnych, wykorzystując wszystko, co mu w zaufaniu powiedziano. Słowem – była to najbardziej dwulicowa ze wszystkich osób w otoczeniu Gromiego.

– Grzesio – niski i pucołowaty, lecz krępy i bardzo silny – z krótkimi włosami i okrągłą pyzatą twarzą, był towarzyski i bardzo zabawny.

– Wężu – średniej budowy, z czerwoną twarzą i kędzierzawą burzą włosów w nieustannym nieładzie. Był to dyżurny biesiadnik Białej Wsi. Często zachęcał Gromiego, żeby się z nim napił jakiegoś mocniejszego trunku. Ale równie często nasz bohater widział go tak pijanego, że Wężu szedł zygzakiem (stąd jego przezwisko), co skutecznie zniechęcało go do wspólnej pijatyki.

– Smardzu – korpulentny chłopak o różowym odcieniu skórze. Jeśli Wężu był dyżurnym biesiadnikiem, to Smardzu starał się pełnić funkcję miejscowego osiłka. Chodził więc po wsi zamaszystym krokiem, z podwiniętymi rękawami od koszuli, zaciśniętymi pięściami i groźną miną. Od początku nie krył niechęci do Gromiego i otwarcie nazywał go "niedorozwiniętym". On sam Gromiemu zaś, z tą różową skórą, spiczastym mięsistym nosem i tłustą posturą, przywodził na myśl prosiaka.

W takim oto towarzystwie przyszło spędzać czas naszemu bohaterowi. Nieco starsi koledzy natychmiast uczynili z Gromiego temat żartów i wykorzystywali go, kiedy tylko mogli. Także Srajtek nie miał dla niego litości – najgorsze prace zawsze przypadały właśnie jemu. Postanowił więc, że przekona wszystkich ich do siebie, jeśli wykaże się pracowitością. Pomimo rosnącego zmęczenia, pracował pieczołowicie, na kolanach i z wywieszonym językiem. Tak szybko, jak tylko potrafił, ścinał i wiązał kolejne pęki zboża.

Któregoś dnia tyrał tak w polu, gdy wreszcie nadeszło południe i słońce stanęło w zenicie. Żar dosłownie lał się z nieba. Gromi spędził dłuższą chwilę na kolanach, wiążąc zebrane zboże w snopy. Gdy skończył, wstał i wyprostował ciało. I wtedy ujrzał unoszący się zza łanów zarys sylwetki kobiety o smukłym ciele i lśniących długich włosach. Stała kilkanaście kroków dalej, tyłem do niego, i wypatrywała czegoś w oddali.

Chwilę później zaś poczuł, że traci nad sobą panowanie. Ostatnią rzeczą, którą zapamiętał, była sylwetka owej kobiety, a Gromi mógłby przysiąc, że odwracała się ku niemu. Potem przed oczyma zrobiło mu się biało, a ciało zaczęło bezwładnie opadać na ziemię.

***

– Co się stało? Przyjacielu, co też ci się stało? ...Potrzebujesz pomocy? – Usłyszał nagle głos jakby z zaświatów. Z każdą chwilą zaczął jednak wracać między żywych – poczuł na ramionach dłonie, usiłujące nim lekko potrząsnąć, i słońce, którego promienie boleśnie padały mu na powieki.

Gdy otworzył oczy, uderzyły go owe oślepiające promienie. Ale po chwili ich miejsce zajęła piękna kobieca twarz o błyszczących włosach.

– Widzę anioła... – szepnął Gromi, któremu nie wróciła jeszcze świadomość. – Czy ja... trafiłem do nieba?...

Dziewczyna uśmiechnęła się.

– Napij się – rzekła, obejmując go ramieniem, wyciągając z kieszeni mały bukłak z wodą i podając mu do ust.

Gromi ocknął się i podźwignął ciało z ziemi. Głowa bolała go jakby za chwilę miała pęknąć. Ujrzawszy bukłak, chwycił go i łapczywie wypił całą zawartość – jego odwodniony organizm domagał się wody.

– Jak się czujesz? – spytała teraz dziewczyna, odbierając od niego opróżnione naczynie.

– Dziękuję, już lepiej... – szepnął Gromi. Rzeczywiście poczuł się lepiej – aż zdał sobie sprawę, że nazwał ją "aniołem". I zrobiło mu się strasznie głupio, a twarz przybrała kolor buraka. Mocno speszony, spróbował wstać.

– Chodź, pomogę ci. – Dziewczyna pomogła mu się podnieść i posadziła go na snopie.

– Dziękuję... I przepraszam za tamto – wydukał Gromi – że tak z tym "aniołem"...

– Nic się nie stało – odparła, siadając obok niego. – W sumie to było bardzo miłe.

Powiedziawszy te słowa, poprawiła kosmyk włosów i spojrzała na niego swymi ciemnymi oczami. I po chwili na jej twarzy pojawiła się największa ozdoba – piękny, szczery uśmiech.

– Jestem Maja – rzekła, patrząc mu prosto w oczy. – Z Gronowic – dodała po chwili.

Gromi spojrzał na dziewczynę i uzmysłowił sobie, jak bardzo jest piękna ("na pewno to o niej wszyscy mówią..."). Była nieco wyższa od niego i bardzo szczupła. Miała niesamowicie piękną, opaloną twarz z pełnymi czerwonymi ustami, mały zadarty nosek i ciemne brązowe oczy. Na ramię opadały jej swobodnie lśniące czarne włosy. Nasz bohater poczuł, jak ogarnia go nieśmiałość. Na jego twarzy na dobre zagościła czerwień, a z czoła zaczął ściekać pot.

– Eee... Gromisław... – wymamrotał drżącym głosem – ...w sensie – z Białej Wsi...

Zapanowała chwila ciszy. Nasz bohater poczuł ciepło ciała Mai i delikatny zapach jej włosów. Skupił się na tym, żeby zapanować nad łomoczącym mu sercem i ściśniętym gardłem. Tymczasem na pobliskiej drodze pojawił się wóz.

– To po mnie – rzekła, wstając i kierując się ku niemu. – Przyjechałam tylko na chwilę, muszę wracać do folwarku.

– A więc – skinęła mu po chwili – miło było cię poznać, Gromisławie z Białej Wsi.

Gromi poczuł, że powinien ją zatrzymać. Chwilę zwlekał, ale wreszcie zawołał za nią:

– Maju!

Dziewczyna obejrzała się jakby czekała, aż Gromi to zrobi.

– Tak? – spytała?

– Eee... a może będziesz u nas na dożynkach?

– Tak...? – zaintonowała, jakby oczekując jakiejś propozycji.

Jej spojrzenie, gesty, mimika – wszystko to sprawiało, że zawładnęła Gromim całkowicie.

– To może się wtedy zobaczymy? – Było to jedyne, co przyszło mu na myśl.

– Może... – odparła z uśmiechem. – Może nawet dam ci się porwać do tańca...? Tylko obiecaj, że nie zemdlejesz mi znowu... – dodała po chwili, puszczając mu oczko. – No to pa!

Po czym odeszła.

Choć Gromi nie wykonał nawet połowy tego, co mu nakazano, a Srajtek po raz kolejny zganił go przy wszystkich, nasz bohater nie zrozumiał ani jednego słowa z reprymendy. W jego myślach gościła jedynie piękna mieszkanka Gronowic i Gromi odliczał dni do święta dożynek, kiedy to dane mu będzie znowu ją zobaczyć.

Wreszcie dożynki zaczęły zbliżać się wielkimi krokami...