Obręcz. Gdynia 1959 - Jacek W. Brzozowski

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (33,17 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OD­KĄD PA­MIĘ­TAM

I

Wie­liczka, 23 stycz­nia 1959

Wi­told Ja­strzęb­ski obu­dził się tuż przed szó­stą, tak jak za­wsze w RAF-ie. Ze­gar za­dzwo­nił do­piero kilka mi­nut póź­niej. Ostry dźwięk nie­mal roz­dra­py­wał uszy, od­bi­ja­jąc się od ce­gla­nych ścian ma­łego miesz­ka­nia na pod­da­szu. I znów ten sen: świa­tła, wiele świa­teł, swo­bodny lot, a po­tem ko­niec.

Męż­czy­zna prze­tarł oczy. Za oknem białe płatki spa­dały bez­gło­śnie w mroku. Zbie­rał siły, żeby od­chy­lić koł­drę i wstać do pracy.

Le­żąc, roz­my­ślał o ostat­nich wia­do­mo­ściach. Od kilku mie­sięcy miał bo­le­sne wra­że­nie, że wbrew wszel­kiej lo­gice świat wraca na do­brze wy­dep­taną, tra­giczną ścieżkę. Rze­czy na­stę­po­wały jakby same, a on, mały czło­wie­czek, mógł je­dy­nie bez­wol­nie pły­nąć, za­nu­rzony w rwą­cym nur­cie po­wsta­ją­cej na jego oczach. Czuł, że nie ma żad­nej siły spraw­czej, aby do­pły­nąć do brzegu i pójść swoją drogą. A już na pewno, by od­wró­cić bieg tej rzeki. Po­zo­sta­wała je­dy­nie bez­sil­ność. Za­truta woda wzbie­rała każ­dego ranka, po­woli za­le­wa­jąc brzegi trwogą, która prze­cież już ni­gdy nie miała wró­cić. Prze­cież wszy­scy to już prze­ra­biali, a świat był o wiele mą­drzej­szy. Setki razy po­wta­rzano przed po­mni­kami i na ape­lach pa­te­tyczne: "Ni­gdy wię­cej!".

Za­nim jesz­cze po­my­ślał o śnia­da­niu, od­ru­chowo włą­czył ra­dio. Ci­sza w ete­rze mo­gła ozna­czać, że za­częła się wojna. Prze­cież bom­bar­dują za­wsze w nocy. Z po­ran­nych mgieł wy­nu­rzają się już tylko zglisz­cza.

Gdy na­grzały się lampy, z gło­śnika po­pły­nęła mu­zyka. Ja­strzęb­ski po­czuł coś na kształt ulgi. My­śli, które jesz­cze przed chwilą z całą mocą wstrzą­sały jego cia­łem, te­raz brzmiały ab­sur­dal­nie. Mimo to wie­dział, że i tak po­wrócą na­stęp­nego ranka. I będą go tra­wić, póki nie wy­słu­cha wia­do­mo­ści.

Pio­senka wy­brzmiała ostat­nim tak­tem i w po­koju roz­legł się zde­cy­do­wany i pe­łen prze­ko­na­nia głos spi­kera:

Jak twier­dzą naj­wyż­sze czyn­niki par­tyjne w ZSRR, nie jest rze­czą nor­malną, dro­dzy słu­cha­cze, że w czter­na­ście lat po za­koń­cze­niu wojny w Ber­li­nie wciąż ist­nieje sys­tem czte­rech stref oku­pa­cyj­nych usta­no­wiony w roku 1945. Nie jest też nor­malne, że alianci mogą bez żad­nych prze­szkód do­je­chać sto czter­dzie­ści ki­lo­me­trów od gra­nicy NRF do Ber­lina, który leży po­środku so­wiec­kiego bloku państw. Je­ste­śmy pewni, że służy to je­dy­nie pro­wa­dze­niu dzia­łal­ność szpie­gow­skiej i wy­wro­to­wej w NRD.

Dla­tego wi­ce­pre­mier ZSRR Ana­stazy Mi­ko­jan wy­ra­ził na­dzieję, że doj­dzie do ro­ko­wań mię­dzy Za­cho­dem a Wscho­dem w spra­wie sta­tusu Ber­lina. Jak po­wie­dział, mo­car­stwa za­chod­nie chcą w nie­skoń­czo­ność oku­po­wać Ber­lin, pod­czas gdy Zwią­zek Ra­dziecki nie szuka dla sie­bie żad­nych ko­rzy­ści. Pra­gnie, aby wszyst­kie za­in­te­re­so­wane pań­stwa wzięły udział w sys­te­mie gwa­ran­cji i nie in­ge­ro­wały w sprawy Ber­lina. Do­dał też, tu cy­tat: "Nie chcemy, aby ochronę Ber­lina spra­wo­wały obce ba­gnety, lecz mię­dzy­na­ro­dowa or­ga­ni­za­cja utwo­rzona przez wiel­kie mo­car­stwa".

Pro­wa­dzący pro­gram zro­bił kil­ku­se­kun­dową prze­rwę, być może na łyk wody.

Wi­ce­pre­mier ZSRR wy­po­wie­dział się także na te­mat za­war­cia trak­tatu po­ko­jo­wego z Niem­cami. Stwier­dził, że pod­pi­sa­nie tego trak­tatu jest ko­nieczne, aby Niemcy Za­chod­nie prze­stały za­gra­żać po­ko­jowi świa­to­wemu.

Mi­ko­jan za­zna­czył też, że w spra­wie Ber­lina Zwią­zek Ra­dziecki za­mie­rza na­dal być cier­pliwy. Ostrzegł jed­nak, że je­śli ro­ko­wa­nia w tej spra­wie nie do­pro­wa­dzą do wła­ści­wego roz­wią­za­nia, Zwią­zek Ra­dziecki zrzek­nie się na rzecz NRD swych zo­bo­wią­zań do­ty­czą­cych Ber­lina. Rów­no­cze­śnie Mi­ko­jan pod­kre­ślił, że gdyby USA użyły sił zbroj­nych dla po­sta­wie­nia na swoim, Zwią­zek Ra­dziecki od­po­wie siłą.

Wi­told za­czy­nał ko­lejny dzień. Szybka po­ranna to­a­leta, ja­jecz­nica na śnia­da­nie i droga do ko­palni. Przez po­wta­rza­nie tych sa­mych czyn­no­ści od lat dzia­łał już zu­peł­nie jak au­to­mat. To miało swoje za­lety, zwłasz­cza przed wy­pi­ciem kawy. Mała czarna to drugi na­wyk, który oprócz pa­le­nia lucky strike'ów, przy­wiózł z daw­nego ży­cia w An­glii. W Pol­sce Lu­do­wej, kraju wiecz­nych ko­le­jek i braku wszyst­kiego, była luk­su­sem, który czę­sto mu­siał za­stę­po­wać zwy­kłą zbo­żówką.

Pre­zen­ter cią­gnął nie­zmor­do­wa­nie:

Trzeba też do­dać, dro­dzy słu­cha­cze, że ważna przez pół roku pro­po­zy­cja To­wa­rzy­sza Chrusz­czowa z dwu­dzie­stego siód­mego li­sto­pada, przed­sta­wiona w no­cie rzą­dom państw oku­pa­cyj­nych, to jest Fran­cji, Wiel­kiej Bry­ta­nii i USA, aby wy­co­fały swoje woj­ska z Ber­lina, jest ak­tu­alna jesz­cze tylko przez kilka mie­sięcy. Po­tem Zwią­zek Ra­dziecki sam pod­pi­sze trak­tat po­ko­jowy z NRD i w ten spo­sób znie­sione zo­staną prawa oku­pa­cyjne, w tym prawo Za­chodu do li­nii ko­mu­ni­ka­cyj­nych do Ber­lina.

Wi­told nie mógł uwie­rzyć, dla­czego nie mó­wiono w ra­diu o zwy­kłych spra­wach, by w ten spo­sób uła­twić lu­dziom ży­cie. Albo cho­ciaż uczy­nić je zno­śniej­szym. Cią­gle tylko są­czono tam słowa o po­li­tyce, woj­nie, nie­ustan­nym za­chod­nim za­gro­że­niu i ko­lej­nych star­ciach dy­plo­ma­cji. Po paru la­tach czło­wiek nie mógł być już pe­wien, czy ist­nieje coś ta­kiego jak kul­tura, na­uka czy po pro­stu ja­kie­kol­wiek piękno.

Gło­śnik znowu za­chry­piał tym sa­mym to­nem spi­kera:

In­for­mu­jemy słu­cha­czy, że nowy bu­dżet USA nie prze­wi­duje ani gro­sza na bu­dowę szkół. Aż sześć­dzie­siąt pro­cent wy­dat­ków prze­zna­czo­nych bę­dzie na cele woj­skowe. Pre­zy­dent Eisen­ho­wer...

A więc jed­nak na­uka ist­nieje, po­my­ślał z prze­ką­sem Wi­told. No i dziś wojny nie bę­dzie. Pierw­sze in­for­ma­cje za­wsze są naj­waż­niej­sze. Gdyby na kraj szło woj­sko, taka wia­do­mość tra­fi­łaby na sam po­czą­tek. O ile to nie Ru­scy ru­szy­liby na Za­chód, pod po­zo­rem ude­rze­nia pre­wen­cyj­nego. Zresztą wcze­śniej ogło­si­liby mo­bi­li­za­cję.

Po­zo­stałe wia­do­mo­ści jak zwy­kle były tylko stra­sze­niem Ame­ryką. Wi­told nie miał ochoty tego słu­chać. Z ulgą wy­łą­czył od­bior­nik.

Może jed­nak zdąży w końcu po­je­chać nad mo­rze. To już tyle lat, od­kąd wi­dział je po raz ostatni.

Za­ło­żył wa­to­waną kurtkę, prze­wie­sił torbę przez ra­mię i wy­szedł do pracy.

Na klatce scho­do­wej szybko po­ko­ny­wał ko­lejne stop­nie. Jego my­śli krą­żyły wo­kół szki­ców, które le­żały od kilku mie­sięcy we wnęce za szafą. To był ka­wa­łek sta­rego świata, do któ­rego co­raz bar­dziej tę­sk­nił. Uśmiech­nął się w du­chu. Ju­tro wresz­cie wolne, może bę­dzie czas. A la­tem urlop. Wtedy na pewno na­ma­luje coś dla sie­bie. O ile w końcu nie wy­buch­nie wojna i wszyst­kiego nie trafi szlag.

Na dwo­rze za­darł głowę. Niebo za­snu­wały sczer­niałe chmury, ale po­wie­trze po­bu­dzało rześ­kim chło­dem. Za­pa­lił pa­pie­rosa.

Może ju­tro...

II

Osiem go­dzin przy ob­słu­dze windy cią­gnęło się jak wiecz­ność. Dzwo­nek, za­su­wa­nie kraty. Start. Stop. Od­su­wa­nie kraty. Dzwo­nek. Start. Stop. Cza­sem Wi­told ża­ło­wał, że jed­nak nie tra­fił do pracy pod zie­mią.

Dziś znów plat­forma nie zdo­łała wje­chać do­kład­nie na po­ziom i sta­nęła o ja­kieś pół me­tra za ni­sko. Stary ru­pieć. Dy­rek­cja cią­gle tylko roz­kła­dała ręce: brak czę­ści. Może za mie­siąc albo dwa. "Radź­cie so­bie ja­koś" - mó­wili.

Wi­told po­dał je­dyną oca­lałą dłoń gór­ni­kowi wy­cho­dzą­cemu z po­rdze­wia­łej klatki, ostat­niemu koń­czą­cemu pracę na jego zmia­nie.

- Jak tam, Wi­tuś? - Ko­pacz otarł rę­ka­wem za­ku­rzoną twarz. - Mam po co wy­cho­dzić na górę czy już ame­ry­kańce bombę wo­do­rową spu­ścili?

Przez ja­kiś czas Ja­strzęb­ski roz­my­ślał, co od­po­wie­dzieć. Za­zwy­czaj na ko­niec zmiany już o tym wszyst­kim nie pa­mię­tał. Co in­nego rano. Pół­świa­do­mie ocze­ki­wał końca świata. Ta­kiego praw­dzi­wego, ze speł­nie­niem ka­ta­stro­ficz­nych prze­po­wiedni i cał­ko­wi­tym bra­kiem ra­tunku. Wsta­jąc, za­sta­na­wiał się, czy jako je­dyny ni­czego jesz­cze nie wie. Wy­obra­żał so­bie, że za­sta­nie pu­stą ka­mie­nicę, sze­roko otwarte drzwi w po­rzu­co­nych miesz­ka­niach, że wszy­scy dawno będą w ja­kichś ewa­ku­acyj­nych kon­wo­jach. Może ra­dio­ak­tywna chmura nad­ciąga wła­śnie od strony Kra­kowa?

- Ko­niec zmiany, to jesz­cze za­cze­kali z tą bombą, że­byś piwo w knaj­pie wy­pił - od­parł w końcu z kwa­śnym uśmie­chem.

Kosz­marne wie­ści ze świata były wszech­obecne. Co­dzien­nie ka­to­wał się in­for­ma­cjami o przy­wód­cach opę­ta­nych wła­snymi żą­dzami, zu­peł­nie jakby nie ist­niały waż­niej­sze sprawy.

Od sierp­nia trą­bili o dru­gim kry­zy­sie taj­wań­skim. Chiń­czycy pro­wa­dzili ostrzał, zmie­rza­jąc do tak zwa­nego wy­zwo­le­nia wy­spy, tak jakby mało im było ziemi. Oczy­wi­ście ZSRR i USA sta­nęły na progu kon­fliktu, po­nie­waż opo­wie­działy się za prze­ciw­nymi stro­nami. W za­toce ro­iło się od ame­ry­kań­skich okrę­tów, a z nieba za­częły spa­dać po­dziu­ra­wione ku­lami my­śliwce. Wi­told miał świa­do­mość, że to da­leko, ale wie­dział też, ja­kie to złudne: ra­kiety lecą bar­dzo szybko.

Gdy sprawa nieco przy­ci­chła, w li­sto­pa­dzie z prasy za­czął epa­to­wać na­stępny kry­zys w Ber­li­nie. Zu­peł­nie jakby ktoś chciał, aby gdzieś na świe­cie cią­gle tliło się ja­kieś za­rze­wie kon­fliktu. Ga­zety za­pew­niały, że "Grupa Wojsk So­wiec­kich w Niem­czech" była go­towa do obrony Ber­lina przed im­pe­ria­li­stycz­nymi za­pę­dami Za­chodu i NATO. Taka mowa, je­śli miała uspo­ka­jać, przy­no­siła do­kład­nie od­wrotny sku­tek. Lu­dzie cze­kali, naj­pew­niej po obu stro­nach że­la­znej kur­tyny, kiedy wy­buch­nie nowa wojna.

Na to wska­zy­wały wy­niki wy­bo­rów. Dwi­ght Eisen­ho­wer w USA, Char­les de Gaulle we Fran­cji. Za­chód w od­po­wie­dzi na za­gro­że­nie ze Wschodu wy­bie­rał na pre­zy­den­tów ge­ne­ra­łów. Nie wró­żyło to nic do­brego. Prze­cież do­piero co mie­li­śmy wielką krwawą rzeź, po­my­ślał Wi­told. To nie­moż­liwe, żeby ci, któ­rzy tym wszyst­kim rzą­dzą, ni­kogo nie stra­cili. Czy chcą jesz­cze wię­cej krwi swo­ich bli­skich?

Gór­nik, sa­piąc, wy­gra­mo­lił się z windy i ścią­gnął kask. Otrze­pał z grub­sza kurz i spoj­rzał na ha­sło przy­twier­dzone do prze­ciw­le­głej ściany. Na wy­so­ko­ści oczu na­pi­sano czarną, tan­detną czcionką: "Twoja ciężka praca to do­bro­byt PRL!". Przy­sta­nął, wska­zu­jąc pal­cem na li­tery:

- Po co w ogóle mam coś bu­do­wać, skoro to wszystko w mi­nutę może się roz­pie­przyć? I gdzie ten do­bro­byt? Przez to całe ga­da­nie o woj­nie znowu wszystko wy­ku­pili. Cu­kru na­wet nie ma!

Wi­told wzru­szył ra­mio­nami.

- Ale wódka jest.

- No jest. I co z tego?!

- Bę­dziesz mógł za­po­mnieć, że cu­kru nie ma.

Gór­nik par­sk­nął śmie­chem. Mach­nął ręką i po­szedł do szatni.

Ko­lejny dzień pracy upły­nął z mdłą ru­tyną wła­ściwą dla za­wodu cie­cia. Wi­told czuł znu­że­nie i tak na­prawdę nie miał ochoty na czcze dys­ku­sje. A gdyby ktoś ich pod­słu­chał, mo­głyby z tego wy­nik­nąć duże kło­poty. Kilka lat temu je­den gór­nik po­wie­dział w knaj­pie parę słów za dużo o Sta­li­nie. Wi­told spo­tkał go do­piero po dwóch ty­go­dniach. Fa­cet miał po­si­nia­czoną twarz.

Szczę­ściem w nie­szczę­ściu in­wa­lidz­two Wi­tolda za­pew­niało mu ochronę przed naj­cięż­szą pracą. Bez dłoni pod zie­mią nie mie­liby z niego po­żytku, a w kry­tycz­nej sy­tu­acji dla ko­le­gów sta­no­wiłby je­dy­nie ba­last.

Coś za­trzesz­czało pod su­fi­tem. Gór­nik przy­sta­nął i spoj­rzał py­ta­jąco na Witka. Wie­dzieli, co to ozna­cza. Z przy­twier­dzo­nego w rogu gło­śnika za­chry­piał głos dy­rek­tora ko­palni. Ton miał urzę­dowy i po­zba­wiony wy­razu. Było sły­chać, że ko­mu­ni­kat jest od­czy­ty­wany z kartki:

- Uwaga, oby­wa­tele gór­nicy! Z ra­do­ścią i wzru­sze­niem przy­ję­li­śmy apel to­wa­rzy­sza pierw­szego se­kre­ta­rza KC Wła­dy­sława Go­mułki, aby wy­sił­kiem ca­łego na­rodu zbu­do­wać ty­siąc szkół na Ty­siąc­le­cie Pań­stwa Pol­skiego. - Tu na­stą­piło kaszl­nię­cie za­kło­po­ta­nia, po czym pa­dły ko­lejne słowa: - A więc dwu­dzie­stego pią­tego stycz­nia my wszy­scy, cały prze­mysł wy­do­byw­czy, zło­żymy cenny dar. Bę­dzie to bez­płatna dniówka wszyst­kich za­łóg ko­pal­nia­nych.

- Z ra­do­ścią i wzru­sze­niem - wy­ce­dził umo­ru­sany gór­nik i splu­nął ener­gicz­nie.

Głos z su­fitu prze­szedł od razu do rze­czy, to­ku­jąc z wielką liczbą pauz, cha­rak­te­ry­styczną dla rzą­do­wych enun­cja­cji me­cha­nicz­nie wy­gła­sza­nych do tłumu:

- Wy­do­by­cie prze­zna­czymy na Fun­dusz Bu­dowy Szkół Ty­siąc­le­cia. Szturm na front wę­glowy przy­pusz­czą, oprócz gór­ni­ków, wszy­scy in­ży­nie­ro­wie i tech­nicy, pra­cow­nicy ad­mi­ni­stra­cyjni ko­palń i zjed­no­czeń oraz pra­cow­nicy Mi­ni­ster­stwa Gór­nic­twa i Ener­ge­tyki, z kie­row­nic­twem re­sortu na czele. Przy­wy­kli­śmy, my wszy­scy, cały na­ród, że na gór­ni­ków w każ­dej chwili, trud­nej czy cięż­kiej, można li­czyć! Że nie za­wiodą, że z ho­no­rem speł­nią na­dzieje, ja­kie w nich spo­łe­czeń­stwo po­kłada. Jak naj­ofiar­niej po­przyjmy ten apel! Wiemy, to­wa­rzy­sze, że mo­żemy na was li­czyć!

Wi­told za­trza­snął windę z hu­kiem i po­szedł do szatni. Przy szafce cze­kał star­szy zmia­nowy. Ner­wowo drep­tał w miej­scu.

- Ktoś cię szuka. Chyba z mi­li­cji... - zni­żył głos do kon­spi­ra­cyj­nego szeptu.

- Z mi­li­cji?

Wi­told zro­bił szybki ra­chu­nek su­mie­nia. Czas spę­dzał ra­czej sa­mot­nie i nie pro­wa­dził żad­nej dzia­łal­no­ści pu­blicz­nej ani na­wet spo­łecz­ni­kow­skiej. Zu­peł­nie nic, co rzu­ca­łoby się w oczy. Po pro­stu rano jadł śnia­da­nie, słu­chał ra­dia, po­tem przez cały dzień ro­bił swoje przy win­dach i na ko­niec szedł do domu. Cza­sem je­dy­nie ma­lo­wał, a wła­ści­wie za­czy­nał ko­lejny ob­raz, który nie­do­koń­czony gi­nął gdzieś za szafą obok kilku in­nych. Ob­razy to je­dyna prze­strzeń wol­no­ści, jaką miał. Ale czy to dzia­łal­ność wy­wro­towa? Po woj­nie szu­kał już tylko spo­koju. Nie był ty­pem wiecz­nego bun­tow­nika. Ra­czej ma­rzy­cie­lem.

Może tylko raz, po pi­jaku w knaj­pie, rzu­cił coś na te­mat pe­ere­low­skich szczyn, które tam po­da­wali. Pol­skie piwo trudno zresztą po­rów­nać do gu­in­nessa z pod­lon­dyń­skich pu­bów... No i nie wstą­pił do par­tii, mimo na­le­gań dy­rek­tora. Ale z dru­giej strony, ni­gdy nie afi­szo­wał się z kry­tyką ustroju. Świata prze­cież nie zmieni. Ko­biety? Tylko panny, bo nie chciał mieć kło­po­tów. I co­raz rza­dziej, bo prze­cież dawno wy­szedł z wprawy. Zresztą po Me­gan żadna nie była warta za­chodu. A może cho­dzi o te lucky striki z prze­mytu?

Zmia­nowy nie od­po­wia­dał, jakby za­po­mniał ję­zyka w gę­bie. Tylko mru­gał i pa­trzył na Wi­tolda, jakby szu­kał od­po­wie­dzi w jego twa­rzy. W końcu nie­cier­pli­wie ski­nął brodą w kie­runku ciem­nego ko­ry­ta­rza.

- No, z mi­li­cji! Tam jest. Mó­wił, że pilne.

Wi­told wyj­rzał z ostroż­no­ścią żoł­nie­rza opusz­cza­ją­cego okopy. W od­dali ma­ja­czył za­rys mę­skiej syl­wetki w brą­zo­wym skó­rza­nym płasz­czu, ty­po­wym dla służb. Prawdę mó­wiąc, przy­wo­dził mu na myśl Ge­stapo.

W pierw­szym mo­men­cie Wi­tek nie po­znał sta­rego przy­ja­ciela sprzed wojny. Do­piero gdy pod­szedł bli­żej, kon­tur za­cie­nio­nej syl­wetki przy­brał kształt daw­nego kom­pana z kra­kow­skiego po­dwórka.

- Nie­moż­liwe, Ta­dek, to ty?!

Wi­told już roz­kła­dał ręce do uści­sku, gdy coś go po­wstrzy­mało. Wy­tarł pra­wicę w za­ku­rzony kom­bi­ne­zon i wy­cią­gnął ją w kie­runku po­staw­nego męż­czy­zny z ele­gancko przy­strzy­żoną brodą. Ta­de­usz Halt po­woli od­wza­jem­nił gest. Miał za­do­wo­lony wy­raz twa­rzy do­brze urzą­dzo­nego czło­wieka w sile wieku. Z uśmie­chem zdjął sty­lowy ka­pe­lusz i przy­gła­dził so­lid­nie już przy­pró­szone si­wi­zną włosy.

Wi­tek czuł za­kło­po­ta­nie. Od lat sam tak nie wy­glą­dał. Ele­gan­cja za­gi­nęła w sta­rych cza­sach, ra­zem z przy­ja­ciółmi z lot­nic­twa, za któ­rymi co­raz bar­dziej tę­sk­nił. Chyba na­wet za­po­mniał, jak to jest do­brze wy­glą­dać.

- Tak, bra­chu, to ja! Tylko że te­raz mam czter­dzie­ści sie­dem lat. A ty? Na­dal la­tasz na spit­fire'ach? - Ta­dek wy­gło­sił frazę po­wi­talną zna­jo­mym, cie­płym i lekko żar­to­bli­wym to­nem.

III

Po­zy­cję spo­łeczną Ta­de­usza Halta można było po­znać po sa­mej swo­bo­dzie jego ru­chów. Pod roz­pię­tym płasz­czem no­sił czy­sty, do­sko­nale skro­jony gar­ni­tur i czer­wony kra­wat. Tro­chę przy­brał na wa­dze, spra­wia­jąc wra­że­nie bar­dziej ro­słego, niż Wi­told za­pa­mię­tał sprzed wojny.

- Na­wet nie wiesz, jak się cie­szę! Od wie­ków nie wi­dzia­łem ni­kogo zna­jo­mego. Chcia­łem zna­leźć cho­ciaż paru chło­pa­ków z daw­nych cza­sów, a tu pro­szę! Co się z tobą działo przez te lata? Wi­dzę, że nie­źle ci się wie­dzie!

- Za dużo py­tań na­raz. Nie dam rady stre­ścić wszyst­kiego tak szybko - pa­dła od­po­wiedź. - Ale spró­buję. Po­zwo­lisz na mały spa­cer? - Ta­de­usz wska­zał nie­wy­mu­szo­nym ge­stem w kie­runku wyj­ścia.

Ru­szyli nie­spiesz­nym kro­kiem na ze­wnątrz.

- We wrze­śniu trzy­dzie­stego dzie­wią­tego wy­ru­szy­łem na Wschód, zgod­nie z we­zwa­niem władz - za­czął. - Póź­niej, z Ro­sja­nami, po­szli­śmy na Niem­ców. Było ciężko. Wschod­nia ar­mia uczy się w boju, a nie na po­li­go­nach.

- Trudno mi to so­bie wy­obra­zić. Wiel­kie ry­zyko!

- Tak - przy­znał ci­cho Ta­dek. - Ale nie wy­łą­czy­łem my­śle­nia tak jak reszta. Awan­so­wa­łem, gdy od­strze­lili mi do­wódcę. Chłopa, który wcze­śniej trzy­mał w ręku tylko wi­dły, a nie ka­ra­bin. Po ja­kimś cza­sie Ru­scy dali mi na­wet od­zna­cze­nie. A po woj­nie mun­dur żoł­nier­ski ła­two już było za­mie­nić na mi­li­cyjny. Me­dal i parę przy­sług dla waż­nych osób przy­dały się do awansu. Oto sie­dem­na­ście lat w du­żym skró­cie.

- Noo... Da­łeś radę - stwier­dził z uzna­niem Wi­tek. - Za­wsze mia­łeś dar syn­te­tycz­nego opo­wia­da­nia hi­sto­rii, na­wet wy­jąt­kowo za­wi­łych. Po­wiedz mi jesz­cze - za­wa­hał się - skąd wie­dzia­łeś, gdzie mnie szu­kać.

- Mi­li­cja wie wszystko - od­parł krótko Ta­de­usz i wy­giął ką­ciki ust w nie­okre­ślo­nym gry­ma­sie. - A je­śli cze­goś nie wie, to bę­dzie wie­działa. To tylko kwe­stia czasu.

Wi­told na­gle przy­sta­nął:

- Ta­dzik, na­prawdę mi­li­cja?! My­śla­łem, że to ja­kiś żart...

- Pra­cuję tam - od­parł spo­koj­nie Ta­de­usz. - Od kilku lat pia­stuję funk­cję Ko­men­danta Wo­je­wódz­kiego MO.

Na wi­dok zdzi­wie­nia Wi­tolda, Ta­de­usz się­gnął pod ma­ry­narkę i ge­stem po­zba­wio­nym ja­kiej­kol­wiek py­chy wy­cią­gnął le­gi­ty­ma­cję. Naj­wy­raź­niej ro­bił to, co mu do­brze wy­cho­dziło.

- I do tego ko­men­dant? - Wi­told nie da­wał za wy­graną.

Ta­de­usz za­trzy­mał się i zaj­rzał ko­le­dze głę­boko w oczy:

- Żeby było ja­sne: nie przy­sze­dłem po cie­bie, tylko do cie­bie. Mo­żesz być naj­zu­peł­niej spo­kojny.

Wi­tek błą­dził wzro­kiem po ścia­nach. Przez chwilę chciał coś po­wie­dzieć, ale szybko zmie­nił zda­nie. Dawno temu miesz­kali po są­siedzku w kra­kow­skim Pła­szo­wie. Po tra­gicz­nej śmierci Grze­sia, star­szego brata Wi­tolda, Ta­dek tro­chę wszedł w jego rolę. To on uczył Witka pić bim­ber bez za­pi­ja­nia, wy­cią­gał go z naj­róż­niej­szych po­dwór­ko­wych kło­po­tów i po­ka­zy­wał mu, jak jed­nym wpraw­nym ru­chem ścią­gnąć dziew­czy­nie sta­nik. Miał świetne po­czu­cie hu­moru, po­tra­fił wkrę­cić się wszę­dzie i wy­zna­wał twarde za­sady. Już wtedy wszy­scy mó­wili, że da­leko zaj­dzie.

- Nie wiem, co o tym my­śleć. Wy­glą­dasz, jak­byś lu­bił być gliną.

- Bo lu­bię - wy­pa­lił Ta­dek i jesz­cze bar­dziej wwier­cił w Witka wzrok. - Je­stem też człon­kiem par­tii ko­mu­ni­stycz­nej i pre­ze­sem kra­kow­skiego Sto­wa­rzy­sze­nia Przy­jaźni Pol­sko-Ro­syj­skiej. - Mi­li­cjant uważ­nie wy­po­wia­dał każde słowo, jakby go­towy na to, że przy­ja­ciel w każ­dej chwili może mu prze­rwać i za­cząć za­da­wać py­ta­nia. Wy­da­wało się, że wręcz tego chciał.

- Do­brze. Prze­ko­na­łeś mnie. Je­steś wier­nym przed­sta­wi­cie­lem sys­temu. A te­raz chcesz, że­bym pod­pi­sał lo­jalkę i do­no­sił na ko­le­gów? W su­mie wie­dzia­łem, że ktoś do mnie znowu z tym przyj­dzie. Za­czy­nam ro­zu­mieć, dla­czego wy­brali cie­bie. My­ślą, że stary kum­pel z dzie­ciń­stwa szyb­ciej mnie zmięk­czy.

Ta­de­usz chrap­nął zdu­szo­nym śmie­chem. Na­tych­miast zmie­nił ton na zu­peł­nie ła­godny, taki, który Wi­tek do­brze znał sprzed lat.

- Wy­bacz. Na­prawdę nie chcia­łem, żeby to tak za­brzmiało. Od­pro­wadź mnie jesz­cze ka­wa­łe­czek. Mam auto za ro­giem.

Wi­tek ski­nął, ale wię­cej było w tym re­zy­gna­cji niż zgody.

- Pa­mię­tasz, jak uczy­łeś mnie gry na har­mo­nijce? - za­py­tał ci­cho, gdy ru­szyli. - My­śla­łem, że zo­sta­niesz mu­zy­kiem, ni­gdy bym nie przy­pusz­czał, że bę­dziesz funk­cjo­na­riu­szem apa­ratu pań­stwa.

- A ty mia­łeś być ma­la­rzem albo po­etą - zri­po­sto­wał Ta­de­usz.

- Stare dzieje... - Wi­tek mach­nął ręką i do­dał: - Do ma­lo­wa­nia mu­szą być bo­dziec i wraż­li­wość. A przez ostat­nie lata wraż­li­wość mi się stę­piła, a bodźce zo­stały roz­nie­sione w pył przez kule. Więc już nie po­tra­fię wy­krze­sać z sie­bie po­ezji. Na­wet na płót­nie.

Ta­dek miękko ści­snął ra­mię Witka:

- Tak - przy­znał. - Wojna obu nam nie dała speł­nić ma­rzeń.

- Po­go­dzi­łem się z tym. To je­dyny spo­sób, aby nor­mal­nie żyć i nie wpaść w obłęd. A je­żeli cho­dzi o moją hi­sto­rię... In­te­re­suje cię na­prawdę czy też już ją znasz?

- Nie znam. To zna­czy wiem tylko to, co się wy­da­rzyło po woj­nie w kraju.

- Mhm - mruk­nął Wi­tek. - Na po­czątku tra­fi­łem na Wę­gry, a po­tem da­lej, do An­glii. Po wszyst­kim wró­ci­łem do kraju i po­pro­si­łem o przy­dział do pracy. Osia­dłem w Wie­liczce, bo tu da­wali miesz­ka­nie i ro­botę. I ja­koś tak się po­to­czyło, i to­czy aż do te­raz. To tak w du­żym skró­cie.

- Miło cię wi­dzieć w do­brym zdro­wiu. Niemcy, wojna, krew... Lu­dzie już o tym wszyst­kim dawno za­po­mnieli. Ja zresztą chyba też. A przy­naj­mniej chciał­bym.

Z wolna do­cho­dzili do wyj­ścia z za­kładu. Wi­tek miał co­raz więk­szy mę­tlik w gło­wie. Całe to spo­tka­nie spra­wiało dziwne wra­że­nie. Skoro mi­li­cja tak wiele wie, to dla­czego Ta­dek od­na­lazł go do­piero te­raz? Taki spa­cer nie da­wał jed­nak oka­zji do dłu­gich opo­wie­ści. Ta­de­usz w tym jed­nym miał ra­cję: nie można opo­wie­dzieć wszyst­kiego na szybko. Na­wet je­śli bar­dzo się chce, za­wsze po­zo­stają niu­anse.

- Do­brze ci się te­raz żyje? - za­py­tał ostroż­nie.

- W za­sa­dzie tak, cho­ciaż cza­sami my­ślę, że za­prze­da­łem du­szę - od­parł Ta­de­usz, a wi­dząc py­ta­jący wzrok roz­mówcy, do­dał ta­jem­ni­czo: - Kie­dyś ci wszystko wy­tłu­ma­czę. Ale są i za­lety - za­pew­nił po chwili.

Od po­czątku spo­tka­nia Wi­tek od­czu­wał nie­po­kój. Nie zmie­niały tego miły ton roz­mowy ani żadne za­pew­nie­nia ko­men­danta. Nie tego się spo­dzie­wał po spo­tka­niu po la­tach. Czuł, że musi wszystko wy­ja­śnić. Sta­nął i rzu­cił su­rowo:

- A co cię wła­ści­wie spro­wa­dza?

- Ważne rze­czy. - Ta­dek przy­ja­ciel­skim, nie­mal kur­tu­azyj­nym ge­stem ujął Wi­tolda pod ra­mię i znów po­cią­gnął lekko za sobą. Trudno było się temu oprzeć. - Wyjdźmy jesz­cze na ze­wnątrz, prze­sym­pa­tycz­nie się z tobą roz­ma­wia. I je­stem cie­kaw, czy mocno się zmie­ni­łeś.

Wi­tek wzru­szył ra­mio­nami:

- Hmm... W su­mie nikt na mnie nie czeka.

Mi­nęli bramę z na­pi­sem "Żupa Solna Wie­liczki" i ru­szyli szu­trową drogą wzdłuż ogro­dze­nia. Wi­told na­wet nie zwró­cił uwagi na chłód.

Ni­kogo tu nie miał, do­tąd za­warł je­dy­nie parę po­wierz­chow­nych zna­jo­mo­ści. Wie­dział, że w tym wieku nie na­wiąże już no­wych szcze­rych przy­jaźni. Wi­dać mu­siała to być do­mena mło­do­ści. Przez te wszyst­kie lata roz­my­ślał, co mogą ro­bić ko­le­dzy z dy­wi­zjo­nów, któ­rzy wró­cili do kraju. Nie miał po­ję­cia, jak od­na­leźć ich, nie mó­wiąc już o tych sprzed wojny. W ze­szłym mie­siącu za­szło jed­nak coś okrop­nego.

Wła­śnie jadł obiad, jak zwy­kle prze­glą­da­jąc "Try­bunę Ro­bot­ni­czą". Mi­mo­wol­nie zer­k­nął na ne­kro­logi. Uwagę zwra­cało na­zwi­sko An­to­niego Mą­czyń­skiego, wy­dru­ko­wane wiel­kimi li­te­rami, po­gru­bione i ujęte w pro­sto­kątną ramkę. To lewy skrzy­dłowy z ostat­niej wy­prawy nad Nor­man­dię. Ogło­sze­nie zle­ciła ro­dzina, a ne­kro­log brzmiał:

Zmarł śmier­cią tra­giczną.

Od tego czasu Wi­told nie mógł zmru­żyć oka. Myśl o An­to­nim i po­zo­sta­łych po­wra­cała ni­czym echo wśród prze­past­nych skał. Byli rów­no­lat­kami. Sam mógł być te­raz na jego miej­scu. Wiele by dał, aby znów za­mie­nić z nim choć kilka słów. Nie­od­wra­cal­ność kresu za­wsze wy­wo­ły­wała szok. Ni­gdy nie było się na niego go­to­wym.

- A więc opo­wiedz jesz­cze, jak to­bie mi­nęła wojna. - Mi­li­cjant za­sko­czył try­wial­nym to­nem py­ta­nia.

Czy można opo­wie­dzieć o woj­nie tak, jakby to była hi­sto­ria przy­jem­nej po­dróży?

- W za­sa­dzie to nie wiem, co ci te­raz po­wie­dzieć. Tak na­prawdę tyle za­szło... Tyle strasz­nych rze­czy.

- Przez ten czas w RAF-ie?

- No wła­śnie! - Wi­tek prze­wró­cił oczami. - Skąd wiesz, że la­ta­łem w An­glii?

- Mi­li­cja wie wszystko.

Wi­tek po­czuł dys­kom­fort czło­wieka, który nie ma dla ko­goś ta­jem­nic, a sam wie bar­dzo mało. Nie chciał prze­kre­ślić sta­rej przy­jaźni z po­wodu mun­duru mi­li­cyj­nego. Ale mu­siał do­wie­dzieć się wię­cej.

- Za ka­na­łem La Man­che ży­cie pły­nęło szybko - pod­jął w końcu, cał­ko­wi­cie spłasz­cza­jąc te­mat. - A tu­taj, no cóż... - Znów wzru­szył ra­mio­nami. - Nie bar­dzo jest o czym opo­wia­dać. Zu­peł­nie przy­sto­po­wa­łem. Od wie­ków nie la­ta­łem. Chyba cią­gle szu­kam so­bie no­wego miej­sca. I może już tak po­zo­sta­nie na za­wsze.

Ta­dek spra­wiał wra­że­nie, jakby do cze­goś dą­żył.

- Tę­sk­nisz za skrzy­dłami? Za emo­cjami i przy­godą?

Wi­told zmarsz­czył czoło:

- Może cza­sem - przy­znał szcze­rze. - Ale gdy tylko po­my­ślę o tym jak o re­al­nym roz­wią­za­niu, na po­wrót chcę mieć spo­kój.

- Ha, ha, cie­kawe! - za­śmiał się Ta­dek.

- Zresztą po po­wro­cie nie po­zwo­lili mi la­tać. Nie mo­głem wy­brać so­bie pracy, tylko do­sta­łem na­kaz. I to był mój ostatni otrzy­many "roz­kaz". Nie pro­te­sto­wa­łem, bo sam do­kład­nie nie wie­dzia­łem, co chcę ro­bić. Ma­rzy­łem tylko, żeby za­mknąć roz­dział wo­jenny. I to mi się udało. Ni­gdy póź­niej nie za­ło­ży­łem mun­duru - wy­ja­śnił. - Ale od­po­wia­da­jąc: rze­czy­wi­ście, to moje ko­pal­niane ży­cie jest ta­kie, ta­kie... - Roz­ło­żył bez­rad­nie ręce, szu­ka­jąc od­po­wied­niego słowa.

- Prza­śne i ni­ja­kie?

- W za­sa­dzie tak - rzekł po za­sta­no­wie­niu Wi­told. - Ale nie na­rze­kam. Są ty­siące ta­kich jak ja. I ja­koś żyją.

- Wiesz, co my­ślę? Że zbyt czę­sto tę­sk­nimy za czymś in­nym, niż aku­rat mamy.

- Rze­czy­wi­ście, chyba tak jest.

- Albo za prze­szło­ścią. To wła­ści­wie to samo. - Ta­dek uśmiech­nął się do tej my­śli. - A może jed­nak po­win­ni­śmy tę­sk­nić za... przy­szło­ścią? - Po­godny głos przy­ja­ciela brzmiał jak nie­na­chalna po­rada. Zu­peł­nie jak daw­niej, gdy był dla Witka prze­wod­ni­kiem w doj­rze­wa­niu. - Zwłasz­cza że mamy na przy­szłość wpływ. Na przy­kład na to, żeby znowu być po­trzeb­nym.

Prze­szli w mil­cze­niu kil­ka­dzie­siąt me­trów. Śnieg chrzę­ścił pod bu­tami, a wo­kół uno­siła się para od­de­chów. W od­dali ma­ja­czył ko­niec ko­pal­nia­nego płotu i błysz­czący zde­rzak czar­nego auta. Ci­sza za­czy­nała być nie­zręczna, ale Ta­de­usz cią­gle nie mó­wił ani słowa.

Spo­tka­nie naj­wy­raź­niej do­bie­gało końca, a Wi­told z każdą mi­nutą miał co­raz więk­szy mę­tlik w gło­wie. W końcu chwy­cił ło­kieć ko­legi.

- Słu­chaj... - za­czął.

Sta­nęli twa­rzą w twarz.

- Cie­szę się z na­szego spo­tka­nia. Ale prawdę mó­wiąc, nie są­dzę, aby spro­wa­dziła cię tu no­stal­gia.

- Dla­czego tak my­ślisz, Witku?

- Nie je­steś tu pry­wat­nie. Ta le­gi­ty­ma­cja, py­ta­nia, wóz służ­bowy...

Ko­men­dant zmru­żył oczy:

- Po­łą­czy­łeś ele­menty w spo­sób godny de­tek­tywa.

- Nie drwij.

- Ale to prawda. Lo­gika za­wsze była twoją mocną stroną. Umia­łeś wy­cią­gać trafne wnio­ski, choć­byś miał tylko kilka po­szlak. Pod tym wzglę­dem je­steś taki sam jak kie­dyś.

- Dzię­kuję, ale na pewno nie cho­dzi tu o pra­wie­nie kom­ple­men­tów. Masz ja­kiś in­te­res. Przy­znaj, że jed­nak cho­dzi o to, że­bym do­no­sił! Nie mu­sia­łeś aż tak owi­jać w ba­wełnę.

Ta­de­usz wes­tchnął głę­boko.

- Tak, masz ra­cję - przy­znał. - Mam in­te­res. Ale nie taki, o ja­kim my­ślisz.

- To jaki?

- Po­trze­buję za­ufa­nego czło­wieka, żeby roz­wi­kłać nie­ty­powe śledz­two. Bar­dzo ważne. Po­wie­dział­bym, że wręcz prze­ło­mowe. I wła­śnie zy­ska­łem pew­ność, że do­ko­na­łem wła­ści­wego wy­boru.

- Wy­boru? Po pierw­sze, nie wiem, jak miał­bym ci po­móc. A po dru­gie, po­trze­bu­jesz jesz­cze mo­jej zgody. A tej, jak już mó­wi­łem, nie masz i nie bę­dziesz miał.

- To cho­ciaż mnie wy­słu­chaj - po­pro­sił mi­li­cjant. - Bo tak na­prawdę je­steś je­dyną osobą w kraju, która może co­kol­wiek wnieść do sprawy.

- Co ta­kiego?! O czym ty, do dia­bła, mó­wisz?

- Ze względu na twoje wy­jąt­kowe prze­ży­cia wo­jenne. I wy­bacz, że nie od­na­la­złem cię wcze­śniej - do­dał uspra­wie­dli­wia­jąco. - Wiem, co my­ślisz, ale to po pro­stu cią­gły brak czasu.

Za­pa­no­wała ci­sza. Wi­told krę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem, cze­ka­jąc, aż przy­ja­ciel rzuci jak kie­dyś: "Żar­to­wa­łem!". Nic ta­kiego jed­nak nie na­stą­piło.

- Mó­wisz po­waż­nie? - za­py­tał w końcu.

- Tak, jak naj­bar­dziej. Chciał­bym, że­byś po­je­chał do Gdyni i zba­dał sprawę na miej­scu. Oczy­wi­ście jako funk­cjo­na­riusz...

Od­po­wiedź była krótka i nie­po­zo­sta­wia­jąca złu­dzeń:

- Ja w mi­li­cji? Wy­klu­czone!

IV

Ta­de­usz Halt spu­ścił wzrok i po­ki­wał głową ze zro­zu­mie­niem.

- Wie­dzia­łem, że od­mó­wisz wej­ścia do służby - ode­zwał się. - Mi­li­cja w tym kraju nie ma do­brej re­pu­ta­cji...

- Mi­li­cja w tym kraju służy przede wszyst­kim do utrzy­my­wa­nia opre­syj­nego sys­temu po­li­tycz­nego, a nie do ści­ga­nia prze­stęp­ców - od­parł zde­cy­do­wa­nie Ja­strzęb­ski. - Na wi­dok ra­dio­wozu za­miast czuć się bez­piecz­niej, mam pal­pi­ta­cje.

- Pro­si­łem cię jako przy­ja­ciel, a nie jako ko­men­dant.

Wi­told ski­nął po­ta­ku­jąco, jakby chciał wy­ra­zić zro­zu­mie­nie.

- Mó­wi­łem, że za­prze­da­łem du­szę. Ale to nie do końca prawda - wy­du­sił Ta­de­usz.

- Jak mam to ro­zu­mieć?

- Ten cy­ro­graf nie jest pod­pi­sany zu­peł­nie praw­dzi­wym atra­men­tem. Ani tym bar­dziej moją krwią.

- Co ta­kiego?

- Zbyt mocno ją so­bie ce­nię!

- I to mówi funk­cjo­na­riusz re­żimu?! - Wi­tek od­ru­chowo się ro­zej­rzał, ale ni­kogo w po­bliżu nie za­uwa­żył.

W trak­cie wojny szpie­gami czę­sto były se­kre­tarki i sprzą­taczki. Te­raz rzecz bar­dzo spo­wsze­dniała. Ka­pu­sia można było spo­tkać w skle­po­wej ko­lejce albo tuż za pło­tem.

- To mówi twój przy­ja­ciel - ska­pi­tu­lo­wał Ta­dek. - Od­pro­wadź mnie ka­wa­łek. Po­winno wy­star­czyć na kilka zdań wy­ja­śnie­nia. Je­stem ci to wi­nien.

Wi­tek ski­nął głową i ru­szyli. Po­wiało chło­dem. Wi­tek od­ru­chowo chciał za­trzeć ręce. W ostat­nim mo­men­cie wsu­nął po­czer­wie­niałą dłoń pod pa­chę.

- Nie masz ręki... - za­uwa­żył ze współ­czu­ciem Ta­de­usz.

- Dłoni - po­pra­wił go Ja­strzęb­ski.

- Prze­pra­szam. - W gło­sie Ta­de­usza po­brzmie­wało lek­kie zmie­sza­nie. - Czy wiesz, dla­czego tu tra­fi­łeś?

- Z na­kazu, mó­wi­łem ci.

- I nie za­sta­no­wiło cię, dla­czego pi­lot z two­imi umie­jęt­no­ściami nie zo­stał wy­ko­rzy­stany w swoim fa­chu?

- Na po­czątku czu­łem żal. Ale sły­sza­łem, co ro­bili z ta­kimi, któ­rzy za­da­wali zbyt wiele py­tań... Z cza­sem się z tym po­go­dzi­łem. To mógł być przy­pa­dek.

- Ża­den przy­pa­dek. Wra­ca­łeś z Za­chodu, więc z au­to­matu skla­sy­fi­ko­wali cię jako ele­ment po­ten­cjal­nie wrogi i skie­ro­wali do pracy nie­ma­ją­cej zna­cze­nia, mar­gi­nal­nej, a na­wet po­ten­cjal­nie szko­dli­wej.

- Ale dla­czego?! - Wi­told nie­mal krzyk­nął. - Za Pol­skę by­łem go­tów od­dać ży­cie. Prze­cież wie­dzieli o tym, bo opi­sa­łem szcze­rze cały prze­bieg służby. To mu­siał być przy­pa­dek!

- Sam sie­bie oszu­ku­jesz. Uwierz mi, tu­taj nie ma przy­pad­ków - oznaj­mił zło­wrogo Ta­dek.

- Ja pier­dolę, kurwa mać! - wy­buchł Wi­tek. - Chcesz po­wie­dzieć, że tkwię tu wy­łącz­nie dla­tego, że ja­kiś je­łop ce­lowo przy­dzie­lił mi ko­pal­nię w na­grodę za ry­zy­ko­wa­nie ży­cia? - Wy­cią­gnął z kie­szeni pa­pie­rosa i za­pa­lił.

Ko­men­dant zer­k­nął na to i po­ki­wał głową:

- Lucky strike, co? A jed­nak jest w to­bie iskra z tam­tych cza­sów!

Wi­told zi­gno­ro­wał tę uwagę. Nie miał ochoty na sen­ty­men­talną dys­ku­sję o "tam­tych cza­sach". Jego oczy spo­glą­dały w dal.

- Są z prze­mytu. Wsa­dzisz mnie?

Ko­men­dant nie od­po­wie­dział. Przez dłuż­szy czas mil­czał, jakby po­zwa­lał ko­le­dze prze­tra­wić trudne wia­do­mo­ści. W końcu zmie­nił te­mat.

- Ciężko jest w tej pracy? Fe­dru­jesz?

- Praca jak praca. Mar­gi­nalna i bez zna­cze­nia - od­parł obo­jęt­nie Wi­tek.

- Nie to chcia­łem po­wie­dzieć.

- Daj spo­kój, prze­cież wiem! I nie ko­pię. Dzięki ka­lec­twu po­zo­sta­łem na po­wierzchni. Sie­dzę przy win­dzie i mam święty spo­kój.

- Ro­zu­miem. Za­sy­mi­lo­wa­łeś się?

- Płacą kiep­sko, ale lu­dzie są sym­pa­tyczni i nie ga­dają o woj­nie. A je­śli cho­dzi o kraj... Roz­cza­ro­wuje to­porną pro­pa­gandą i pu­stymi ha­słami. Dla­tego da­łem so­bie wolne od idei. Ni­czego prze­cież nie zmie­nię. I gdy­byś py­tał, nie mam za­miaru zo­sta­wać mę­czen­ni­kiem. Nie po tym, co już prze­sze­dłem. Zresztą sy­tu­acja staje się co­raz gor­sza, a od­po­wia­dają za to jak zwy­kle po­li­tycy. Co rano włą­czam ra­dio i na­słu­chuję, czy już nie wy­bu­chła wojna! - Wi­tek gniew­nie wy­dmu­chał chmurę dymu. - A ty? Co o tym my­ślisz? Ach, wiem: je­steś z nimi, więc wszystko po­pie­rasz!

- Oni stra­szą nas, bo my stra­szymy ich. Na­zy­wają to dok­tryną Tru­mana. Po­li­tycy wie­dzą, jak skoń­czy się wojna ato­mowa.

- No to mnie uspo­ko­iłeś - burk­nął Ja­strzęb­ski. - Ta cała mi­li­cja w ogóle mi do cie­bie nie pa­suje. Wy­łą­cze­nie kry­tycz­nego my­śle­nia nie leży w twoim cha­rak­te­rze. Więc o co tak na­prawdę cho­dzi?

Ta­dek tylko się uśmiech­nął.

- Po­dobno Na­po­le­ona, zwa­nego Bo­giem Wojny, przez całe ży­cie roz­ry­wały sprzecz­no­ści - rzekł po chwili - szcze­rze nie­na­wi­dził rze­mio­sła, które dało mu wła­dzę i uczy­niło sław­nym. Tak na­prawdę chciał je­dy­nie za­pro­wa­dzić spo­łeczny po­rzą­dek i zwy­kłą spra­wie­dli­wość. Cią­gle jed­nak znaj­do­wali się tacy, któ­rzy mieli in­te­res, by sta­nąć mu na prze­szko­dzie. Sfor­mo­wał więc ar­mię, która miała być na­rzę­dziem za­pro­wa­dze­nia po­koju. I osią­gnął naj­wyż­szą bie­głość w sztuce wojny, czyli w po­słu­gi­wa­niu się tym na­rzę­dziem. Dzia­łał wy­łącz­nie z ta­kiej po­budki, by ów po­kój zi­ścił się jak naj­szyb­ciej. Wojny pro­wa­dził tylko z ko­niecz­no­ści. Nie za­mie­rzał ro­bić tego dłu­żej, niż po­trzeba. "Wojna jest naj­gor­szym roz­wią­za­niem naj­trud­niej­szych spraw". To jego słowa.

Wi­told za bar­dzo bu­zo­wał od emo­cji, by to sko­men­to­wać. Znów głę­boko za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem, a po­tem długo wy­pusz­czał bia­ławą strużkę dymu.

- To co to za ro­bota?

Halt wy­prę­żył pierś na bacz­ność i przy­brał służ­bowy ton:

- Nie­bez­pieczna, ma się ro­zu­mieć!

Męż­czyźni za­śmiali się, wy­mie­nia­jąc po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Wi­tek nie­mal wbrew so­bie po­czuł przy­jemne cie­pło. Pewne ge­sty wra­cają po la­tach zu­peł­nie nie­zmie­nione, bez cie­nia wąt­pli­wo­ści, że są praw­dziwe. Ta­kie same szel­mow­skie uśmie­chy mieli wtedy, gdy po raz pierw­szy po­szli ra­zem na wódkę do knajpy na Sta­rym Mie­ście i le­d­wie wró­cili do swo­ich do­mów.

Na­pię­cie tro­chę ze­lżało. Ko­men­dant na­tych­miast po­szedł za cio­sem:

- Pew­nie cie­kawi cię, czego do­ty­czy śledz­two?

- Ani tro­chę - bąk­nął Wi­told.

- Cho­dzi o dziwne świa­tła na nie­bie, które po­ja­wiły się w Gdyni - wy­pa­lił Ta­dek. - Coś, co je emi­to­wało, wpa­dło do wody. I to nie było lą­do­wa­nie. To była ka­ta­strofa.

- Ka­ta­strofy się zda­rzają.

- Wy­obraź so­bie, że wszystko wy­da­rzyło się na oczach se­tek, a może i ty­sięcy lu­dzi. W do­datku wła­ści­wie w środku du­żego mia­sta.

- A więc było wi­do­wi­sko.

- Pro­blem w tym, że nie ma po tym na­wet naj­mniej­szego śladu.

- To, co mó­wisz, jest bez sensu. Kpisz czy o drogę py­tasz?

- Moim zda­niem w tym kon­kret­nym przy­padku za­cho­dzą wszel­kie po­do­bień­stwa do zja­wi­ska foo fi­gh­ter.

Po tych sło­wach dawny pi­lot drgnął, jakby na­gle zbu­dził się z głę­bo­kiego snu. Gwał­tow­nie za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem i strzep­nął nie­ist­nie­jący po­piół.

Ta­de­usz uśmiech­nął się z sa­tys­fak­cją i cią­gnął:

- Nie mogę so­bie ina­czej tego wy­tłu­ma­czyć. Po nich też nie zo­sta­wał naj­mniej­szy trop. Tylko że tym ra­zem może być ina­czej. Po­winno cię to za­in­te­re­so­wać. Wi­dzia­łeś je prze­cież w cza­sie wojny.

Wi­tek po­czuł, jakby cały ba­gaż wo­jen­nych wspo­mnień po­wró­cił w tej wła­śnie chwili.

- Skąd o tym wiesz? - spy­tał za­in­try­go­wany. - O tym, że je wi­dzia­łem?

- Czy­ta­łem twoje akta oso­bowe - pa­dła szybka od­po­wiedź.

- Masz moje akta?!

Ta­dek wzru­szył ra­mio­nami i kon­ty­nu­ował opo­wieść, tak jakby po­sia­da­nie akt Witka było nic nie­zna­czą­cym de­ta­lem w wiel­kiej ukła­dance, którą two­rzył w wy­obraźni.

- Wjeż­dża­jąc do kraju, wy­peł­nia­łeś for­mu­larz - wy­ja­śnił. - Wska­zu­jąc na nie­ty­powe do­świad­cze­nia wo­jenne, na­pi­sa­łeś wła­śnie te dwa słowa: fo­ooo fi­gh­ter - po­wtó­rzył, bar­dzo prze­cią­ga­jąc pierw­szą sa­mo­gło­skę. - Ga­mo­nie ma­jący zwe­ry­fi­ko­wać twoją przy­dat­ność dla oj­czy­zny na­wet nie za­dali so­bie trudu, żeby spraw­dzić, o co w ogóle cho­dzi. Pew­nie my­śleli, że po­pi­su­jesz się an­gielsz­czy­zną, a to nie wszyst­kim się po­doba. Zwłasz­cza za­kom­plek­sio­nej kla­sie ro­bot­ni­czo-chłop­skiej, świeżo awan­so­wa­nej na urzęd­ni­ków. Ze wszyst­kich lot­ni­ków po­wra­ca­ją­cych z Za­chodu wy­łącz­nie ty o tym na­pi­sa­łeś. Nie ma dru­giej po­dob­nej teczki w Pol­sce.

Wi­told ener­gicz­nie rzu­cił kiepa na śnieg. Długo przy­dep­ty­wał nie­do­pa­łek gu­mia­kiem, jakby za­mie­rzał ze­trzeć ty­toń na proch.

- Ogni­ste kule - wy­du­sił w końcu. - Czę­sto śmi­gały koło na­szych ma­szyn w cza­sie na­lo­tów nad Niem­cami. Do te­raz mam o nich sny...

- Czyli pa­mię­tasz je dość do­brze? - Ta­de­usz wy­raź­nie się oży­wił.

- Tego nie można za­po­mnieć.

- Opisz mi ja­kieś szcze­góły. Nie je­stem z tym zbyt­nio oswo­jony.

- Nie przy­po­mi­nają ni­czego zna­nego. Bra­kuje mi od­po­wied­niego po­rów­na­nia. - Wi­told ciężko wes­tchnął.

- W ta­kim ra­zie po­wiedz mi co­kol­wiek.

- Po raz pierw­szy spo­tka­łem je w czter­dzie­stym trze­cim. Le­cia­łem nad Ham­burg z eska­drą mu­stan­gów, eskor­to­wa­li­śmy wtedy lan­ca­stery. Chcie­li­śmy od­pła­cić Niem­com za War­szawę. Na dół po­szły ty­siące bomb za­pa­la­ją­cych. Pi­sa­li­śmy na ła­dun­kach różne rze­czy, typu: "Go­rące po­zdro­wie­nia dla Hi­tlera", i tak da­lej. Gdy wy­bu­chały, po­mię­dzy do­mami po­wsta­wały ogniowe tor­nada. Lu­dzie grzęźli w roz­to­pio­nym as­fal­cie...

- To straszne.

- Wiem. Na­wet w sa­mym Lon­dy­nie byli prze­ciw­nicy na­lo­tów dy­wa­no­wych. Wierz mi, efekt ta­kiego zrzutu to mo­rze ognia!

- I nie pusz­czały wam nerwy?

- Za pierw­szym ra­zem, gdy nad­le­cie­li­śmy nad cel i bom­bar­dier miał zwol­nić ła­du­nek, ręce mu tak dy­go­tały, że zrzut mu­siał wy­ko­nać strze­lec. I tak do­szedł do sie­bie do­piero pod­czas po­wrotu. My zresztą też. Wie­dzie­li­śmy, że naj­gor­sze za nami. Na­wi­ga­tor o czymś za­żar­to­wał, ktoś inny wy­buchł hi­ste­rycz­nym śmie­chem. Na­gle, ja­kieś osiem­dzie­siąt mil od lot­ni­ska, wo­kół nas wy­ro­sło zni­kąd kil­ka­na­ście świa­teł. Z bli­ska wy­glą­dały jak me­ta­liczne, spłasz­czone kule, lekko chwie­jące się w lo­cie. Le­ciały tuż obok, może kil­ka­dzie­siąt me­trów od koń­có­wek na­szych skrzy­deł. Wszyst­kie z iden­tyczną pręd­ko­ścią. Nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że ktoś nimi ste­ro­wał.

- Co masz na my­śli?

- Na przy­kład to, że le­ciały w for­ma­cji. Cza­sem na­wet wy­glą­dało to na za­bawę. Re­ago­wały na na­sze ma­newry, ale nie wcho­dziły w kon­fron­ta­cję. Na­wet kiedy strze­la­li­śmy.

- Strze­la­li­ście?

- Tak. Gdy po­de­szły zbyt bli­sko, nie wi­dzie­li­śmy in­nego wyj­ścia. Ale nie od­po­wie­działy ogniem. No i cza­sem skrę­cały pod ką­tem dzie­więć­dzie­się­ciu stopni.

- Wi­tek, to chyba nie­moż­liwe?

- W tym wła­śnie rzecz. By­li­śmy prze­ra­żeni, bo żadna ma­szyna tego nie po­trafi. Ta­kiego ma­newru nie zro­bisz na­wet na ziemi, ja­dąc ro­we­rem.

- Zdu­mie­wa­jące, przy­znaję. Z tego wy­nika, że do­brze się im przyj­rza­łeś.

- Trwało to prze­szło go­dzinę. Są­dzę, że tak. Przede wszyst­kim nie miały skrzy­deł.

- Więc jak to moż­liwe, że le­ciały? Może to były ra­kiety?

- Ra­kieta ma cho­ciaż sta­tecz­niki. No i ry­czy, zo­sta­wia­jąc smugę gazu. A te obiekty nie wy­da­wały żad­nego dźwięku. Naj­więk­sze miały wiel­kość dwóch tarcz księ­życa, nie­które opa­li­zo­wały.

- Czyli?

- Miały coś jakby po­światę zmie­nia­jącą barwy. Przy­po­mi­nały roz­ża­rzony me­tal wy­cią­gnięty z pieca.

- I ani razu nie za­ata­ko­wały?

- To jest wła­śnie naj­dziw­niej­sze. Na­prawdę my­śle­li­śmy, że już po nas. Miały nas na wi­delcu, nie mo­gli­śmy na­wet do­brze wy­ce­lo­wać z broni po­kła­do­wej. To nie by­łoby po­lo­wa­nie, a eg­ze­ku­cja. I w końcu, bez żad­nej przy­czyny, wszyst­kie od­le­ciały z ogromną pręd­ko­ścią.

- Tak jak ra­kiety? - drą­żył Halt. - W końcu Niemcy mieli my­śliwce z ta­kim na­pę­dem. Me 163, o ile do­brze pa­mię­tam.

- Skoro nie wie­rzysz w to, co mó­wię, to po jaką cho­lerę ma­misz mnie tą całą hi­sto­rią z Gdyni? - Wi­told spoj­rzał na niego z ner­wo­wym dy­stan­sem. - Prze­cież wie­dzie­li­śmy o ra­kie­to­wych mes­ser­sch­mit­tach, bo bry­tyj­ski wy­wiad do­sko­nale dzia­łał. Tylko że foo fi­gh­ter osią­gało znacz­nie więk­sze pręd­ko­ści. Poza tym ra­dary ni­gdy tego nie wy­kryły!

- Wy­bacz, ale mu­szę mieć pew­ność, czy opo­wia­dacz nie do­ro­bił so­bie le­gendy. - Ta­dek z za­kło­po­ta­niem spu­ścił wzrok. - To taki na­wyk z pracy. Cho­ciaż dziw­nie sto­so­wać tech­nikę śled­czą wo­bec ko­goś, komu bez­gra­nicz­nie ufam.

- Jak miło - mruk­nął Wi­told, za­sta­na­wia­jąc się, dla­czego tak ła­two po­zwala Tad­kowi się roz­broić.

- Spo­tka­łeś to tylko raz?

- Ja? Kilka. Ale wiem, że chłopcy wi­dy­wali świa­tła dzie­siąt­kami.

- Dzie­siąt­kami? Do­prawdy nie zdo­łam po­jąć, że bry­tyj­skie do­wódz­two po­tra­fiło to igno­ro­wać! A ty? Nie by­łeś cie­kaw, z czym masz do czy­nie­nia?

Wi­tek znów zmie­rzył przy­ja­ciela wzro­kiem.

- By­łem i to jesz­cze jak! Wszy­scy chcie­li­śmy wie­dzieć. To było coś re­al­nego, żadne wy­my­sły. Za­łogi za­wsze dzia­łały fa­chowo. Na­wet je­śli roz­mowa w kan­ty­nie ze­szła na te­mat świa­teł, nikt nie spe­ku­lo­wał, czym mo­głyby być. Skła­dane ra­porty opi­sy­wały sy­tu­ację su­cho, bez do­my­słów czy su­ge­stii. Ta­kie do­sta­li­śmy za­le­ce­nia z do­wódz­twa, żeby nie po­tę­go­wać stra­chu, który i tak już był wielki - pod­kre­ślił Wi­tek. Do­piero te­raz za­uwa­żył, że Ta­dek słu­cha z lekko roz­chy­lo­nymi ustami. - I co ty na to? - za­py­tał.

- Wszystko się zga­dza. Do­sko­nała pa­mięć. - Halt po­ki­wał głową z uzna­niem i do­dał ci­szej: - Jak u mnie bę­dziesz, otrzy­masz wię­cej in­for­ma­cji o sy­tu­acji w Pol­sce.

- Więc na­prawdę po­ja­wiły się w Pol­sce?!

Ko­men­dant le­d­wie za­uwa­żal­nie ski­nął głową:

- Kreml twier­dzi, że to ja­kieś ame­ry­kań­skie urzą­dze­nia szpie­gow­skie. To im bar­dzo pa­suje. Prze­cież sami mó­wią, że czasy są nie­bez­pieczne, wojna ato­mowa wisi w po­wie­trzu, a w opi­nii Ru­skich Za­chód tylko czeka na oka­zję, żeby nas za­ata­ko­wać, ewen­tu­al­nie przy­słać szpie­gów. I, jak na za­mó­wie­nie pro­pa­gandy, znie­nacka z nieba spada dziwny obiekt.

- A więc do­pusz­czasz myśl, że to może być coś in­nego niż w wer­sji Ru­skich?

- Po pro­stu je­stem bar­dzo cie­kaw, co można zna­leźć w środku - od­parł Ta­de­usz i do­dał ta­jem­ni­czo: - Reszty nie mogę zdra­dzić cy­wi­lowi. Mu­sisz wstą­pić do służby.

- Reszty sam nie wiesz, a wer­sja czer­wo­nych to beł­kot ro­dem z par­tyj­nych biu­le­ty­nów! - wy­ce­dził Wi­told. - Poza tym cie­ka­wość to nie po­wód, dla któ­rego wstą­pił­bym do mi­li­cji.

- Ro­zu­miem - po­wie­dział ugo­dowo Halt. - W ta­kim ra­zie zrób to wy­łącz­nie dla mnie.

- Dla cie­bie? Wpa­dasz po dwóch de­ka­dach i jak gdyby ni­gdy nic pro­sisz mnie o po­moc? Halo, jest tam kto?! - Wi­told po­stu­kał się wy­mow­nie pal­cem w czoło.

- Już ci mó­wi­łem, że to przez brak...

- Poza tym nie lu­bię nie­ja­snych sy­tu­acji - prze­rwał tłu­ma­cze­nia Wi­told. - A nic mi tu nie gra!

- Ta­aak? A co do­kład­nie masz na my­śli? - Ta­de­usz wy­glą­dał na za­cie­ka­wio­nego.

- Na przy­kład to, że obiekt spadł w Gdyni. A ty je­steś ko­men­dan­tem wo­je­wódz­kim w Kra­ko­wie. Prze­cież to jest za­da­nie dla Ko­mendy Wo­je­wódz­kiej w Gdań­sku.

- Tylko teo­re­tycz­nie. - Ta­de­usz naj­wy­raź­niej miał przy­go­to­waną od­po­wiedź. - W rze­czy­wi­sto­ści gra to­czy się o znacz­nie więk­szą stawkę. Sprawa Gdyni sta­nowi wielki pro­blem dla służb, któ­rych jest kilka ro­dza­jów. I każda chce po­ka­zać swoją przy­dat­ność, tylko że żadna nie po­trafi wy­ja­śnić za­gadki pre­mie­rowi Go­mułce. Wy­ja­śnie­nie w po­staci ame­ry­kań­skiej dy­wer­sji, zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści i mul­tum świad­ków, jest zbyt na­cią­gane. Na­wet jak na na­szą pro­pa­gandę. A więc tak, masz ra­cję: nikt tu ni­czego nie ro­zu­mie.

- Ale...? - Wi­told za­wie­sił wy­cze­ku­jąco głos. Pa­mię­tał, że Ta­dek ni­gdy nie wkła­dał zbyt wiele ener­gii w coś, co go kom­plet­nie nie ob­cho­dziło ani nie słu­żyło ja­kie­muś ce­lowi.

- Bo wi­dzisz - rzekł Halt z ab­so­lutną po­wagą, która zmie­niała jego tembr głosu na jesz­cze ciem­niej­szy niż za­zwy­czaj - mam pe­wien plan.

- Tak po­dej­rze­wa­łem!

Za ro­giem dłu­giego ogro­dze­nia ko­palni cze­kało lśniące auto z du­żymi re­flek­to­rami, przy­wo­dzą­cymi na myśl pro­fe­sor­skie bi­no­kle. Czarna li­mu­zyna przy­po­mi­nała opły­wowe fordy, które Wi­told wi­dy­wał kie­dyś pły­nące z gra­cją uli­cami Lon­dynu.

Przedni zde­rzak miał dwa cha­rak­te­ry­styczne kły, dra­pież­nie od­sło­nięte, jakby auto pla­no­wało ko­goś po­gryźć. Na chro­mo­wa­nej chod­nicy kłuła w oczy pię­cio­ra­mienna sta­lowa gwiazda, nad którą ster­czała me­ta­lowa fi­gurka je­le­nia. Na wi­dok nad­cho­dzą­cych męż­czyzn kie­rowca za­pu­ścił sil­nik. Po chwili za­czął oczysz­czać szyby ze śniegu.

Przy­sta­nęli nie­opo­dal.

- Co to za cacko? - Wit­kowi bły­snęły oczy.

- Po­doba ci się? To wołga. Świetna rzecz! - po­chwa­lił Halt. - Wła­śnie za­częli je pro­du­ko­wać. To je­den z pierw­szych eg­zem­pla­rzy, ale jak ru­szy pro­duk­cja se­ryjna, pew­nie zo­ba­czysz ich wiele na dro­gach.

- Taaa... U par­tyj­nych dy­gni­ta­rzy. A poza tym, to do­kąd wła­ści­wie zmie­rzasz? Co chcesz osią­gnąć?

- Od­po­wiem ci py­ta­niem - od­parł cierpko Halt. - Czego naj­bar­dziej nie cier­pisz w ko­mu­nie?

Wi­tek po­tarł brodę, za­sta­na­wia­jąc się, co od­po­wie­dzieć.

- Po­waż­nie py­tasz? Chyba bez­re­flek­syj­no­ści.

Ta­de­usz zmru­żył oczy. Przez chwilę wy­glą­dał, jakby szu­kał od­po­wie­dzi we­wnątrz sie­bie. Mi­nęło kilka se­kund, po któ­rych za­py­tał:

- Jak to ro­zu­miesz?

- Cho­dzi o to, że lu­dzie mó­wią go­to­wymi my­ślami. Na­wet w po­glą­dach da­le­kich od służ­bo­wych, ta­kich zu­peł­nie ogól­nych, o świe­cie czy ży­ciu, po­wie­lają całe frazy rzu­cone tłu­mowi przez pro­pa­gandę. To straszne.

- Przy­znasz, że to mała cena za moż­li­wo­ści, ja­kie stwa­rza sys­tem.

- Moż­li­wo­ści? Ale o czym ty mó­wisz?

- Ce­luję w mi­ni­ster­stwo.

- O cho­lera, am­bitny je­steś!

- To nie am­bi­cja. To ra­czej prag­ma­tyzm.

Przez chwilę męż­czyźni pa­trzyli so­bie w oczy.

- Jest ta­kie po­wie­dze­nie: le­piej rzą­dzić w pie­kle, niż być sługą w raju.

- Ty tak na se­rio? - Na twa­rzy Wi­tolda od­ma­lo­wało się zdu­mie­nie.

- To za krót­kie spo­tka­nie, żeby opo­wie­dzieć wszystko, co trzeba - przy­po­mniał Ta­de­usz, wcho­dząc do sa­mo­chodu. - Wiem, że się wa­hasz. Prze­myśl to. Wcale nie na­ci­skam - do­dał, sie­dząc już w środku.

- Do­bra, do­bra. Skoń­czy­łem już z wo­jaczką, bro­nią i tak da­lej. I nie­wiele mi po­trzeba. Chciał­bym od­na­leźć sta­rych przy­ja­ciół, po­wspo­mi­nać przy szkla­neczce...

Ta­de­usz za­mknął drzwi. Po chwili uchy­lił okno. To, co po­wie­dział, brzmiało jak ko­lejna za­nęta:

- Mi­li­cja po­siada teczki.

- Ja­kie teczki?

- Wiele róż­nych te­czek. Bo każdy, kto wra­cał z wojny, taką teczkę ma. I w nich jest wszystko.

- Taka jak moja?

- Tak.

- Chcesz po­wie­dzieć, że będę mieć do nich do­stęp, je­śli wstą­pię do służby?

Ko­men­dant zna­cząco mil­czał. W tym mil­cze­niu była ja­kaś twarda nie­ustę­pli­wość, cha­rak­te­ry­styczna dla za­wod­nika wagi cięż­kiej. Przez mo­ment Wi­told miał wra­że­nie, że Ta­de­usz unika jego wzroku. W końcu Halt po­wtó­rzył wcze­śniej­szy wy­kręt:

- Ta­jem­nica pań­stwowa. Nic wię­cej cy­wi­lowi po­wie­dzieć nie mogę. Może jesz­cze tylko to, że Ko­menda Kra­jowa Mi­li­cji ro­ze­słała do wszyst­kich ośrod­ków wo­je­wódz­kich za­py­ta­nie, czy po­dejmą się usta­le­nia, co to było. Za­py­ta­nie, a nie roz­kaz - pod­kre­ślił. - Uwie­rzył­byś?

- Nic mi to nie mówi.

- To ab­so­lutna rzad­kość! - Wy­ja­śnił Halt. - Na "gó­rze" jest pa­nika. Na­ro­bili ra­banu, bo na­wet Wi­cha, mi­ni­ster spraw we­wnętrz­nych, który po­wi­nien trzy­mać służby twardą ręką, nie po­trafi od­po­wie­dzieć na py­ta­nie pierw­szego se­kre­ta­rza i stwier­dzić, co lata po na­szym nie­bie. Do­dat­kowo Go­mułka nie­dawno wró­cił do wła­dzy z nie­ła­ski i nie może oka­zać bez­rad­no­ści przed opi­nią pu­bliczną. Nie w sy­tu­acji, gdy na­ród na niego li­czy i cią­gle mu ufa.

- Dla­tego prę­dzej czy póź­niej za­żąda głów, nie­praw­daż? Świetny splot oko­licz­no­ści, lep­szego już nie mo­żesz mieć.

- Oto i sedno! - Twarz Ta­de­usz po­ja­śniała. - Dzięki sta­rym dłu­gom wdzięcz­no­ści bez trudu usta­li­łem, że mi­ni­ster jest za­gro­żony. Co prawda z in­nych po­wo­dów, bo tak na­prawdę po­li­tycz­nych, ale szu­kają do­brego pre­tek­stu, żeby spła­wić tę mendę. I tylko to się li­czy. A udo­wod­nioną nie­udol­ność jako po­wód ode­bra­nia teki każdy przyj­mie bez mru­gnię­cia okiem. Na­wet jego ma­cie­rzy­sta frak­cja po­li­tyczna.

- A więc naj­pro­ściej nie ro­bić zu­peł­nie nic. Ni­czego prze­cież nie ustalą i za ja­kiś czas po pro­stu sam wy­pad­nie z po­sady.

- Tak. Tylko że na jego miej­sce po­wo­łają in­nego cym­bała!

Wi­told stał się bar­dzo po­ważny. Po­gar­dli­wie wy­su­nął dolną wargę i po­wie­dział tak, jakby miał za­raz splu­nąć:

- Patrz, komu chcesz słu­żyć. Nie­długo nasz kraj zmieni na­zwę i bę­dzie jedną z re­pu­blik ra­dziec­kich! - wy­sy­czał. Rzu­cił to gło­śniej, niż za­mie­rzał. Na­tych­miast spoj­rzał na szo­fera. Ten sie­dział we­wnątrz auta z nie­ru­cho­mym wzro­kiem skie­ro­wa­nym da­leko przed sie­bie.

- A chwy­tasz to - Ta­dek znów ści­szył głos - że funk­cjo­nu­jąc we wła­ści­wym miej­scu, można pew­nym rze­czom za­po­bie­gać?

- O czym ty, u dia­bła, mó­wisz?

Ta­dek uniósł brodę. Miał prze­szy­wa­jący wzrok.

- Je­żeli ja z twoją po­mocą ustalę, co spa­dło w ba­se­nie por­to­wym, pójdę z tą wie­dzą pro­sto do Go­mułki. A sprawa jest te­raz ta­kiej wagi, że z pew­no­ścią zo­stanę mi­ni­strem. I nie do­pusz­czę do tego, żeby nie­od­po­wiedni lu­dzie na­dal nisz­czyli nasz kraj. A ty bę­dziesz miał do­stęp do ta­kich te­czek, o ja­kich nie śni­łeś.

Lot­nik długo prze­żu­wał te słowa. Nie miał pew­no­ści, czy Ta­dek ko­chał ko­munę jako ustrój, czy tylko śmie­tankę, którą może dzięki niemu spi­jać. A może cała ta fa­sada jest przy­krywką i tak na­prawdę Ta­de­usz ma zu­peł­nie inny osąd sy­tu­acji? Zna­jąc to, jaki był w prze­szło­ści, wcale by się nie zdzi­wił. Ale na­wet je­żeli tak było, ma­sko­wał się do­sko­nale.

- Znasz Go­mułkę? - Wi­told zmie­nił te­mat. - To prawda, że chce zmie­niać Pol­skę bez udziału Ro­sjan?

- My­ślę, że tak - od­parł krótko Ta­de­usz. - Po­zna­li­śmy się, gdy przy­je­chał na wi­zy­ta­cję do wo­je­wódz­twa. Po­tem do póź­nej nocy roz­ma­wia­li­śmy przy szkla­neczce. Twier­dził, że bar­dzo po­trze­buje od­po­wied­nich lu­dzi. Tym­cza­sem wszę­dzie jest pełno idio­tów, osób prze­kup­nych i nie­od­da­nych Pol­sce, ale za to z ustami peł­nymi fra­ze­sów. Rów­nież na głów­nych sta­no­wi­skach - pod­su­mo­wał, po czym do­dał już do sie­bie: - Na­rody by­łyby zdu­mione, wie­dząc, jak mała mą­drość rzą­dzi świa­tem...

- Co?!

- To nie ja! Tak na­pi­sał cztery wieki temu Axel Oxen­stierna, ów­cze­sny kanc­lerz Szwe­cji. Od tam­tej pory - do­dał nie­mal szep­tem - nic się nie zmie­niło.

- No tak, mo­głem się do­my­ślić - za­śmiał się Wi­tek i po­krę­cił głową: - Tylko że w ra­diu i ga­ze­tach nie wi­dać tej wiel­kiej otwar­to­ści pre­miera.

- Nie wierz ra­diu - od­parł z wil­czym uśmie­chem Ta­dek.

- No nie­źle! - Wi­tek aż gwizd­nął. - Za ta­kie stwier­dze­nie mo­gliby cię za­mknąć w pu­dle.

- Mo­gliby. Je­śli­byś mnie wy­dał.

Wi­told nie wy­trzy­mał. Nie mógł zro­zu­mieć otwar­to­ści Ta­de­usza w obec­no­ści świadka. To było bar­dzo dziwne. Te­raz po­czuł, że na­tych­miast musi to wy­ja­śnić.

- Może cię wy­dać wła­sny szo­fer!

- Je­stem na to zbyt ostrożny - od­pa­ro­wał Halt i do­dał: - Ten czło­wiek jest głu­chy jak pień.

- Prze­ra­żasz mnie - jęk­nął Wi­tek.

Ta­de­usz się­gnął za poły płasz­cza:

- Po­każę ci coś. - Wy­jął port­fel i roz­chy­lił. We­wnątrz spo­czy­wała fo­to­gra­fia dwóch męż­czyzn w gar­ni­tu­rach. Stali bli­sko sie­bie i się uśmie­chali, a uśmie­chy wy­glą­dały na szczere.

- To on?

- I ja. Nie zbu­do­wał­bym na­dziei wy­łącz­nie na wła­snych spe­ku­la­cjach. Wi­du­jemy się dość re­gu­lar­nie na róż­nych od­pra­wach. Nie­dawno dał mi czy­telną pro­po­zy­cję, mó­wiąc, że mo­gli­by­śmy ra­zem po­pra­co­wać. Na sa­mym szczy­cie!

- Już zro­zu­mia­łem, że mó­wisz po­waż­nie. - Wi­told po­ki­wał głową.

- Ab­so­lut­nie! A tym­cza­sem... Za­pra­szam cię do sie­bie na par­tyjkę sno­okera. Po­znasz ele­ganc­kie kra­kow­skie to­wa­rzy­stwo i fajne dziew­czyny. Tro­chę zmie­nisz oto­cze­nie. Do­brze ci to zrobi.

- Sno­okera? - Wi­told sze­roko otwo­rzył oczy.

Wy­obraź­nia na­tych­miast przy­wo­łała ob­razy wie­czo­rów, które po mi­sjach spę­dzali z kum­plami z dy­wi­zjonu w kan­ty­nach przy ba­zie w Nor­tholt. Dziew­czyny, whi­sky i wła­śnie sno­oker nie­od­łącz­nie to­wa­rzy­szyły tam­tej za­dy­mio­nej at­mos­fe­rze an­giel­skich pu­bów. Po lo­tach chcieli przede wszyst­kim od­re­ago­wać, po­czuć ży­cie w dło­niach, do­póki jesz­cze trwało. Nie za­wsze wra­cali w kom­ple­cie i cza­sem trzeba było zwy­czaj­nie o wszyst­kim za­po­mnieć.

- Zdu­miony? - za­py­tał miękko Ta­de­usz.

Wi­told wa­hał się chwilę, po­tem ski­nął głową i po­wie­dział:

- Przy­jadę, ale ni­czego nie obie­cuję.

- I tak bę­dzie mi bar­dzo miło!

- Da­lej po­tra­fisz wy­pić tyle co kie­dyś?

- Oczy­wi­ście. I na­dal nic po mnie nie wi­dać.

Uści­snęli so­bie dło­nie. Ko­men­dant rzu­cił jesz­cze na od­chodne:

- Bądź u mnie ju­tro przed pięt­na­stą w ko­mi­sa­ria­cie. Spa­kuj nie­zbędne rze­czy oso­bi­ste.

- Tak od razu? Nie wiem, czy do­stanę wolne.

- Nie martw się. Ktoś tu za­dzwoni i wszystko za­ła­twi. Pro­szę je­dy­nie, że­byś za­brał ze sobą gar­ni­tur. Nie zdążę tak szybko zor­ga­ni­zo­wać krawca.

Po­ma­chali so­bie na po­że­gna­nie. Sa­mo­chód od­je­chał, z wolna ma­le­jąc w oczach, aż w końcu wy­glą­dał jak nie­wielki tu­man śniegu prze­mie­sza­nego z mgłą. Wi­told otrze­pał uni­form, po czym za­wró­cił w kie­runku ko­palni, czu­jąc, że coś nie­odwo­łal­nie się zmie­nia.

W szatni wło­żył swój przy­duży ko­żuch z ogrom­nym fu­trza­nym koł­nie­rzem. Po raz pierw­szy od lat pa­trzył na niego z cał­ko­wi­tym obrzy­dze­niem.

V

Kra­ków, 24 stycz­nia 1959, wcze­sny wie­czór

Oto­czona drze­wami willa spra­wiała wra­że­nie wy­bu­do­wa­nej naj­wy­żej rok, może dwa lata temu, po­dob­nie jak reszta bu­dyn­ków cią­gną­cych się wzdłuż ulicy. Dwu­pię­trowy dom miał roz­le­gły ta­ras wcho­dzący na za­drze­wiony ogród. La­tem, gdy go­spo­darz za­sia­dał tam w wi­kli­no­wym fo­telu, mu­siał sły­szeć ko­jący szum brzo­zo­wego li­sto­wia.

Ja­strzęb­skiego zu­peł­nie nie zdzi­wiło, że Ta­de­usz mieszka w pod­kra­kow­skiej dziel­nicy uprzy­wi­le­jo­wa­nych apa­rat­czy­ków. Prze­ciw­nie, wła­śnie cze­goś ta­kiego się spo­dzie­wał.

Halt przy­wi­tał go­ścia już w bra­mie i z wi­docz­nym za­do­wo­le­niem po­pro­wa­dził do spo­rego sa­lonu zaj­mu­ją­cego pra­wie całe przy­zie­mie. Pierw­szym za­sko­cze­niem był jazz dys­kret­nie pły­nący z nie­wi­docz­nych gło­śni­ków. W za­dy­mio­nym po­miesz­cze­niu Ja­strzęb­ski za­stał około tu­zina osób, z któ­rych po­łowę sta­no­wili męż­czyźni w po­roz­pi­na­nych mi­li­cyj­nych mun­du­rach. Młode ko­biety ro­biły pio­ru­nu­jące wra­że­nie w suk­niach z głę­bo­kimi de­kol­tami, z pew­no­ścią uszy­tych na miarę, bo Wi­tek nie wi­dy­wał tak ubra­nych ko­biet.

Ta­de­usz mru­gnął po­ro­zu­mie­waw­czo i mam­ro­cząc pod no­sem, dał do zro­zu­mie­nia, że ża­den z ka­cy­ków, wbrew de­kla­ra­cjom je­dy­nej słusz­nej par­tii, nie żyje skrom­nie w służ­bie uko­cha­nego na­rodu. Jako ko­men­dant wo­je­wódzki mi­li­cji mu­siał wie­dzieć o tym naj­le­piej.

- Do­chody z ła­pó­wek ukry­wają pod bo­aze­rią albo na za­gra­nicz­nych kon­tach - szep­nął ze znaw­stwem, nie za­prze­sta­jąc roz­da­wa­nia uśmie­chów. - Wielu ma da­czę nad je­zio­rem, a na pań­stwowe po­sady po­wsa­dzali krew­nych. W do­mach cze­kają na nich znu­dzone żony ob­wie­szone zło­tem i fu­trami, a poza do­mem młode ko­chanki. Jeż­dżą na wczasy do brat­nich Wę­gier, Buł­ga­rii i na Krym - re­cy­to­wał bez za­jąk­nię­cia. - Zwłasz­cza Wę­grzy nas ko­chają, po in­ter­wen­cji bloku wschod­niego w pięć­dzie­sią­tym szó­stym - do­dał ści­szo­nym gło­sem.

- A ty?

- Ja oczy­wi­ście też tak ro­bię. - Wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu. - W prze­ciw­nym wy­padku był­bym z miej­sca po­dej­rzany.

- Co ta­kiego?!

- No wiesz: je­śli wej­dziesz mię­dzy wrony...

Wi­tek tylko po­ki­wał głową.

Po­środku tego pry­wat­nego klubu był stół bi­lar­dowy, a pod ścianą znaj­do­wały się trzy sto­liki, przy któ­rych go­ście z we­so­łymi mi­nami grali w karty. W rogu, przy oknach z cięż­kimi czer­wo­nymi za­sło­nami, błysz­czał la­kie­rem do­brze za­opa­trzony ba­rek i szwedzki stół pełny wy­szu­ka­nych prze­ką­sek. W osob­nym sto­sie stały po­ma­rań­cze i ana­nasy.

- Ty masz tu inny świat. Taki mały Za­chód - pod­su­mo­wał z uzna­niem Wi­tek i do­dał: - Du­uuży kon­trast!

- Kon­trast do czego?

- Do tego, co za oknami.

- Rze­czy­wi­ście - przy­znał bez­na­mięt­nie Ta­de­usz. - Ale nie będę roz­dzie­rał szat, że ra­dzę so­bie le­piej niż inni - uciął krótko. - A jak mi­nęła droga?

- Je­cha­łem po­cią­giem. A w mie­ście tak­sówką. Po dro­dze za­ha­czy­łem o Nową Hutę.

- To bar­dzo nie­bez­pieczne miej­sce. - Ta­de­usz aż cmok­nął.

- Mnie także prze­ra­ziło, ale głów­nie mo­no­to­nią. Ki­lo­me­try iden­tycz­nych ce­gla­nych blo­ków, ule­pio­nych jak od sztancy. To wy­gląda bar­dziej na de­ko­ra­cję, na taką... - przez mo­ment szu­kał słowa - sce­no­gra­fię fil­mową niż na miej­sce do ży­cia.

Przy stole wy­ście­ła­nym zie­lo­nym płót­nem roz­gry­wano wła­śnie par­tyjkę sno­okera. Ta­de­usz przed­sta­wił go­ścia po­zo­sta­łym. Z krót­kich kur­tu­azyj­nych pre­zen­ta­cji Wi­told wy­chwy­cił, że to lo­kalni no­ta­ble oraz funk­cyjni ko­le­dzy z mi­li­cji. Jedni byli pod­pici i we­seli, inni prze­ciw­nie - kom­plet­nie sfla­czeli i zo­bo­jęt­niali. To­wa­rzy­szące im ko­biety nie zo­stały przed­sta­wione jako czy­je­kol­wiek żony. Same po­da­wały je­dy­nie imiona: Sa­bina, Ja­dzia, Ma­rianna. Była na­wet Na­ta­sza.

Po wy­mia­nie grzecz­no­ści Ta­dek za­pro­wa­dził go­ścia w za­ułek, dys­kret­nie umiesz­czony za fi­la­rem. Stały tam skó­rzana ka­napa i ob­szerny fo­tel, który swo­bod­nie po­mie­ściłby dwie osoby. Sze­roki za­okrą­glony za­głó­wek i ma­sywne po­rę­cze obito bo­gato zdo­bio­nym ma­te­ria­łem, jakby miał tam za­sia­dać sam bi­skup. Obok, na szkla­nym sto­liku le­żało pu­dełko cy­gar, stała też ka­rafka z cię­tego szkła, wy­peł­niona brą­zo­wym pły­nem.

Ta­de­usz za­siadł w fo­telu, wska­zu­jąc Wi­tol­dowi miej­sce na ka­na­pie.

- Wy­pi­jesz? - za­py­tał i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, na­peł­nił szklanki.

Wi­told pa­trzył z czy­stym sen­ty­men­tem w oczach. Po­woli za­nu­rzył ko­niu­szek ust i kosz­to­wał tru­nek z roz­bra­ja­jąco nie­skry­wa­nym za­chwy­tem.

- Scotch whi­sky! - wes­tchnął.

- Naj­praw­dziw­sza! Cu­dow­nie, prawda?

Wi­tek czuł lek­kie oszo­ło­mie­nie. Roz­siadł się wy­god­nie i roz­sma­ko­wy­wał w chwili. Zu­peł­nie jak kie­dyś w An­glii ob­ser­wo­wał nie­śpieszną grę za­wod­ni­ków i lekko ude­rzał w bok ka­napy, wy­stu­ku­jąc dło­nią rytm mu­zyki. Przy­mknął oczy i po­czuł od­prę­że­nie. W ta­kim mo­men­cie nie li­czyło się nic in­nego. W pew­nej chwili Ta­dek szturch­nął go łok­ciem.

- Wi­dzia­łeś te dziew­czyny?

- Mhm - mruk­nął obo­jęt­nie Wi­told.

Halt wy­glą­dał na za­sko­czo­nego.

- Nie bądź mruk - nie od­pusz­czał. Prze­chy­lił szklankę i za­py­tał, śle­dząc wzro­kiem prze­pastny de­kolt Sa­biny: - Mia­łeś tam ko­goś?

- W Wie­liczce? Nie, tylko prze­lotne zna­jo­mo­ści...

- Cho­dziło mi o An­glię.

Ja­strzęb­ski wzrok miał nie­wi­dzący. Pod­parł pię­ścią brodę i spra­wiał wra­że­nie, jakby nie in­te­re­so­wało go nic in­nego, poza ob­ser­wo­wa­niem par­tyjki trwa­ją­cej na pro­sto­kąt­nym stole.

- Halo, Wi­tek?!

Kiedy opo­wia­dał o Me­gan, oczy za­szły mu mgłą, a słowa grzę­zły w gar­dle. Po­znał ją po kilku mie­sią­cach ży­cia w An­glii. Cie­szyli się sobą przez dwa lata, in­ten­syw­nie i na­mięt­nie, jakby chcieli nad­ro­bić całe przy­szłe ży­cie. Przed wojną stu­dio­wała ar­chi­tek­turę. Pa­sjami opo­wia­dała o mo­der­ni­zmie, no­wym prą­dzie w bu­dow­nic­twie.

- Po woj­nie, na­wet je­śli będą duże znisz­cze­nia w ca­łej Eu­ro­pie, można je prze­cież wy­ko­rzy­stać jako szansę na zbu­do­wa­nie miast od nowa. Wresz­cie mogą być ja­sne, wy­godne i przy­ja­zne czło­wie­kowi - re­cy­to­wała z za­chwy­tem. - Wiesz, że oprócz Tel Awiwu w tym stylu zbu­do­wano jesz­cze tylko śród­mie­ście Gdyni?

Ten nie­prze­rwany dziew­częcy en­tu­zjazm spra­wiał, że Wi­tek spi­jał jej z ust każde słowo. Z za­sko­cze­niem stwier­dził, że sama ob­ser­wa­cja ko­biety tak ra­do­śnie za­prząt­nię­tej swoją ideą spra­wiała mu czy­stą przy­jem­ność. Me­gan była też prag­ma­tyczna i być może za to też ją po­ko­chał. Nie chciała wy­cho­dzić za mąż wcze­śniej, niż mi­nie wojna. Ma­wiała pro­ro­czym to­nem, że wszystko wy­gląda bar­dzo nie­pew­nie. Czy na tej beczce pro­chu można ro­bić wiel­kie plany? A na­wet ja­kie­kol­wiek?

Cza­sem rap­tow­nie za­prze­czał jej w dys­ku­sji, ale wie­dział, że tak na­prawdę miała ra­cję. Mo­gli być szczę­śliwi je­dy­nie na tyle, na ile po­zwa­lały im na to oko­licz­no­ści. I tak było.

Aż na­stą­piła ta tra­giczna noc: naj­pierw zło­wiesz­czo wy­jące sy­reny, póź­niej jed­no­stajne bu­cze­nie nad­cią­ga­ją­cych bom­bow­ców, a w końcu gwizd se­tek spa­da­ją­cych ton że­laza i tro­tylu. Kosz­marny na­lot, pod­czas któ­rego zi­ściło się pie­kło: bu­dynki roz­pa­dały się jak z wieże kloc­ków, a bry­tyj­skie ulice za­lała rzeka ognia, gru­zów i roz­pacz­li­wego krzyku po­grze­ba­nych żyw­cem. Me­gan nie zdą­żyła na­wet do­biec do schronu.

Gdy lu­dzie otrzy­mują wia­do­mość o śmierci uko­cha­nej osoby, po­dobno mają wra­że­nie, jakby sami umie­rali.

Wi­tek nie czuł, jakby umie­rał. To, co wtedy czuł, było znacz­nie gor­sze. Było tak, jakby jego część osu­nęła się w ni­cość, nie­od­wra­cal­nie spa­dła w ot­chłań, ra­zem ze wspólną pa­mię­cią o tym, co ra­zem prze­żyli.

- To zu­peł­nie nor­malne, że wciąż boli, przy­ja­cielu. Dzię­kuję, że mi się zwie­rzy­łeś. To dla mnie wiele zna­czy - rzekł Ta­dek.

Wi­told wy­raź­nie po­smut­niał, ale po­czuł ulgę. Przez te wszyst­kie lata nie miał komu tego opo­wie­dzieć. Wy­rzu­cić z sie­bie i za­koń­czyć wresz­cie tę dawną pieśń.

- Nie, już nie boli... To stara hi­sto­ria - po­wie­dział Wi­told. - Gdy wo­kół sza­leje wojna, za­czy­nasz my­śleć ina­czej. Le­piej dzia­łać, niż ża­ło­wać w ostat­niej chwili.

- To jak po prze­kro­cze­niu czter­dziestki. - Ta­de­usz uniósł szklankę. - Ru­bi­kon.

- Jaki Ru­bi­kon?

- Po­łowa ży­cia.

- Ru­bi­kon... ży­cia - po­wtó­rzył Wi­told, po czym za­py­tał: - Noo, a ty? Nie masz ja­kiejś babki na stałe?

Kom­pan dziar­sko wy­chy­lił whi­sky, a na twarz wstą­pił mu szel­mow­ski uśmie­szek.

- Cóż... - rzekł z za­sta­no­wie­niem. - Nie mam. Praw­do­po­dob­nie wiąże się to z fak­tem, że tak na­prawdę po­cią­gają mnie ko­biety, które w ogóle mnie nie chcą.

- Ale ra­dzisz so­bie ja­koś? - Ton Witka ba­lan­so­wał na gra­nicy śmie­chu i szy­der­stwa.

- Tak. Od­kry­łem, że nie ma lep­szego spo­sobu na ci­zię niż inna ci­zia!

- Kon­tro­wer­syjny po­gląd. Za­pewne nie za­sły­sza­łeś tego na nie­dziel­nym ka­za­niu?

- Nie, skądże znowu. Dawno temu otrzy­ma­łem ową cenną radę od pew­nego życz­li­wego bar­mana.

- Bar­mani za­zwy­czaj są życz­liwi dla zła­ma­nych serc - skwi­to­wał Wi­told. - No i za­wsze mnie to za­sta­na­wiało... - Ja­strzęb­ski miał za­fra­po­wany wy­raz twa­rzy.

- Życz­li­wość bar­ma­nów? Cho­dzi o to, że pi­jany i wy­słu­chany wię­cej za­mówi.

- Nie. To, skąd bie­rzesz te swoje bły­sko­tliwe sen­ten­cje. Nie zmie­ni­łeś się pod tym wzglę­dem.

- Phi - prych­nął osten­ta­cyj­nie lek­ce­wa­żą­cym to­nem ko­men­dant.

- Ale ja w tych mą­dro­ściach wy­czu­wam ziarno za­wo­alo­wa­nego buntu. An­ty­sys­te­mo­wego, do­dajmy!

- Zwie­rzy­łeś mi się, więc ja też ci się zwie­rzę - po­wie­dział Ta­de­usz.

- Ależ cze­ka­łem na to!

- Za­sta­na­wiasz się, czy mi z tym wszyst­kim do­brze. Otóż cza­sem my­ślę, że na­gle pęknę. Że nie wy­trzy­mam tej ca­łej gry, ma­sek, uda­wa­nia.

- I co wtedy?

- I wtedy wszyst­kim jebnę! - syk­nął Ta­dek, a Wi­tek wy­buchł śmie­chem.

- A co cię po­wstrzy­muje?

- Zmę­cze­nie. Nie mam już sił na kon­se­kwen­cje.

- Wy­pijmy za to - rzu­cił we­soło Wi­tek.

Po chwili Ta­dek wska­zał dziew­czynę przy ba­rze. Smu­kła sza­tynka na­le­wała wła­śnie drinka.

- Obej­rzyj ją so­bie. - Od­cze­kał chwilę, a po­tem za­py­tał: - No i?

- Jest nie­mal ide­alna. Ale nie ma w niej ni­czego, co mógł­bym po­ko­chać.

- A co po­winno w niej być, u li­cha?!

- Smu­tek - od­parł Wi­told. - Za­wsze cią­gnęło mnie do ko­biet z ja­kąś skazą.

- Za­wsze są­dzi­łem, że je­steś dziwny - mruk­nął prze­śmiew­czo Ta­dek. - A wiesz, co ja na­prawdę lu­bię? Eks­tre­malne emo­cje. Wtedy żyję. W cza­sie wojny czu­łem się sobą. A te­raz... Bez na­pię­cia ga­snę.

- Ale trzeba umieć też prze­ży­wać spo­kój...

- To ko­nieczne - przy­znał Ta­dek.

Sie­dzieli w ci­szy, słu­cha­jąc jazzu. Było do­kład­nie tak, jak po­winno być.

Po ja­kimś cza­sie Wi­told się­gnął po pa­pie­rosa. Przez mi­nutę ubi­jał ty­toń, stu­ka­jąc fil­trem pio­nowo o sto­lik.

- Słu­chaj, mia­łeś mi opo­wie­dzieć wię­cej o pol­skim foo fi­gh­ter. To musi być cho­ler­nie ważne, skoro aż pań­stwo za­an­ga­żo­wało cały swój apa­rat...

- Ale prze­cież przy­je­cha­łeś je­dy­nie na par­tyjkę sno­okera... - Trudno było roz­po­znać, czy Halt mówi po­waż­nie, czy tylko się dro­czy.

Wy­pili na­stępną ko­lejkę. W mię­dzy­cza­sie stół opu­sto­szał.

- Te­raz na­sza ko­lej, bra­chu.

Wi­told wstał i z wi­docz­nym pie­ty­zmem uło­żył bile. Na­sma­ro­wał wierz­cho­łek i ude­rzył. Kule nie­za­wod­nie roz­pierz­chły się po zie­lo­nym suk­nie. Dwie od razu wpa­dły do kie­szeni. Na twa­rzy męż­czy­zny roz­kwi­tła au­ten­tyczna sa­tys­fak­cja.

Wkrótce Wi­told za­to­pił się w grze, ma­jąc przy tym głę­bo­kie po­czu­cie, że ży­cie wraca na swoje do­tych­cza­sowe, pra­wi­dłowe tory. Zu­peł­nie jakby te dwa­dzie­ścia lat "po­mię­dzy" sta­no­wiło je­dy­nie małą prze­rwę, a dawny roz­mówca wszystko i bez naj­mniej­szego pro­blemu poj­mo­wał, po­nie­waż dzie­lił po­dobne i wciąż żywe do­świad­cze­nie.

Halt wbił dwie kule i opu­ścił kij. Nie od­ry­wa­jąc wzroku od stołu, za­py­tał nie­spo­dzie­wa­nie:

- Czego naj­bar­dziej ba­łeś się pod­czas wojny?

Wi­told od lat czuł, że nie za­mknie wo­jen­nego roz­działu, do­póki szcze­rze z kimś o tym nie po­roz­ma­wia. Z kimś zna­nym i za­ufa­nym. Może wła­śnie dla­tego chciał od­na­leźć sta­rych przy­ja­ciół?

Wbił dwie bile i od­sta­wił kij.

- Może się zdzi­wisz, ale naj­bar­dziej ba­li­śmy się nie śmierci, tylko tor­tur - za­czął. - Gdy le­cia­łem nad Niemcy, w kie­szeni no­si­łem cy­ja­nek. Wol­ność wy­boru by­wała ostat­nią bro­nią. Wiesz, co oni ro­bili więź­niom? - Po­chy­lił się nad sto­łem.

Ta­dek drgnął, jakby do­tarło do niego, że stoi przy stole do sno­okera. Przy­mie­rzył do­kład­nie i pchnął szybko kij. Wpa­dła jedna bila, lecz sy­tu­acja na stole po­zo­stała bez­na­dziejna.

Mi­les Da­vis są­czył się z gło­śni­ków, gdy Wi­told starł pot z czoła.

- Tadku. - Prze­rwał grę. Spoj­rzał na przy­ja­ciela i spy­tał: - Po co ci wła­ści­wie je­stem po­trzebny?

- Już mó­wi­łem. Do pracy.

- Mó­wi­łeś, ale bez szcze­gó­łów.

Ko­men­dant przyj­rzał się Wit­kowi. Odło­żył kij i pod­szedł do szafki. Wy­cią­gnął "Wie­czór Wy­brzeża" i kilka nu­me­rów "Dzien­nika Bał­tyc­kiego", po czym rzu­cił je na sto­lik i rzekł:

- Oto one.

VI

Wi­tek usiadł ob­ło­żony ga­ze­tami. Ja­kiś czas stu­dio­wał ko­lumny, które ktoś za­kre­ślił dłu­go­pi­sem:

Jak wy­nika z re­la­cji na­ocz­nych świad­ków, 21 stycz­nia około go­dziny 5 prze­le­ciał nad Gdy­nią świe­cący przed­miot ku­li­sty, który z szu­mem i gwiz­dem wpadł do ba­senu por­to­wego. Ob­ser­wa­cje po­czy­nione zo­stały m.in. przez T. So­bu­siaka z Or­łowa. Stwier­dza on, że wi­dział ogni­stą kulę więk­szą niż księ­życ w pełni, która w świe­tli­stej au­re­oli prze­su­wała się ni­sko nad zie­mią w stronę Gdyni. Prze­lot za­koń­czył się upad­kiem przed­miotu do ba­senu por­to­wego w od­le­gło­ści ok. 30 m od na­brzeża. Ze­tknię­ciu z po­wierzch­nią ba­senu to­wa­rzy­szyło zja­wi­sko ża­rze­nia przed­miotu i bul­got wrzą­cej wody.

- In­te­re­su­jące - wy­du­kał. - Kto to na­pi­sał?

- Ja­kaś ko­bieta. Chyba kie­ruje re­dak­cją w Gdyni. Czy to ma ja­kieś zna­cze­nie? - Halt bar­dziej stwier­dził, niż za­py­tał. - Prze­cież ważna jest tylko treść.

- Je­śli to funk­cjo­na­riuszka par­tyjna, to ow­szem. Wtedy ma to wpływ na treść.

- A wiesz... - W gło­sie Ta­de­usza po­brzmie­wało nie­do­wie­rza­nie. - Wbrew po­zo­rom jesz­cze nie wszy­scy dzien­ni­ka­rze prze­szli na drugą stronę...

- Kwe­stia czasu.

- Być może. Poza tym to nie ko­niec cie­ka­wo­stek.

- Nie? Czyli masz coś jesz­cze poza stertą ga­zet.

- Jest wiele re­la­cji o świa­tłach krą­żą­cych nad por­tem przez na­stępny dzień. Moim zda­niem naj­bar­dziej przy­po­mina to ogni­ste kule. Ta­kie jak te, które spo­ty­ka­li­ście pod­czas lo­tów bom­bo­wych. Zresztą obiekt, który spadł, także przy­po­mi­nał foo fi­gh­ter. - Ko­men­dant mó­wił z dość nie­pewną miną, tak jakby cze­kał, aż w końcu usły­szy okropny iro­niczny śmiech.

Wi­told jed­nak za­cho­wy­wał cał­ko­witą po­wagę. Do­kład­nie pa­mię­tał przej­mu­jącą grozę tam­tych spo­tkań.

- Po raz pierw­szy usły­sza­łem o czymś dziw­nym w po­wie­trzu w marcu czter­dzie­stego dru­giego roku od pi­lota li­be­ra­tora, Romka So­biń­skiego. La­tał z Trzy­sta Pierw­szym Dy­wi­zjo­nem. Za­sta­łem go w kan­ty­nie. Było wcze­sne po­po­łu­dnie, ale So­biń­ski sie­dział już cał­kiem za­lany. Na twa­rzy miał wy­ma­lo­wane prze­ra­że­nie. Wró­cił znad Es­sen, ale to nie bom­bar­do­wa­nie go tak wy­stra­szyło. Wy­raź­nie chciał się wy­ga­dać, więc bez więk­szych wstę­pów opo­wie­dział swoją hi­sto­rię. - Wi­told zło­żył na pół i od­dał ga­zety. - Mó­wił, że wra­cali w spo­koju, bez więk­szych uszko­dzeń w po­szy­ciu. Sil­niki pra­co­wały do­brze, za­pas pa­liwa po­zwa­lał na dłu­gie go­dziny lotu. Ale w Ho­lan­dii nad je­zio­rem IJs­sel­meer strze­lec na­gle za­mel­do­wał, że wi­dzi po­ma­rań­czowo świe­cący dysk. Ro­mek za­py­tał o od­le­głość. Wtedy usły­szał, że może to być za­le­d­wie sto pięć­dzie­siąt me­trów. Ob­le­ciał go strach i roz­ka­zał strze­lać.

- Strą­cili to coś?!

- Ka­no­nada nie przy­nio­sła żad­nego skutku. Strze­lali, aż w końcu za­bra­kło amu­ni­cji. Po­ci­ski na­wet nie dra­snęły po­jazdu. Chło­paki mieli już naj­czar­niej­sze my­śli, wła­ści­wie cze­kali na ko­niec. Ale po kwa­dran­sie dysk sam przy­spie­szył i po pro­stu znik­nął za ho­ry­zon­tem. Pręd­kość, z jaką to zro­bił, So­biń­ski opi­sał jako "mgnie­nie oka". Ni­komu nie spadł z głowy na­wet włos.

- O kurwa.

- No...

- So­biń­ski to wia­ry­godny świa­dek. - Ta­de­usz po­ki­wał głową. - Otrzy­mał Vir­tuti Mi­li­tari.

Wi­told nie­mal pod­sko­czył.

- Wró­cił do Pol­ski?!

- Nie­stety. Po woj­nie po­pły­nął do Ame­ryki.

- Szkoda... Chciał­bym z nim po­ga­dać. - En­tu­zjazm Witka zgasł rów­nie szybko, jak się po­ja­wił.

- A co na to do­wódz­two? Mó­wię o foo fi­gh­ter.

- Nikt nie pró­bo­wał twier­dzić, że to wy­my­sły. Po­dobne spra­woz­da­nia spły­wały po­noć dzie­siąt­kami, a to za dużo, żeby prze­mil­czeć sprawę. Im bli­żej było końca wojny, tym bar­dziej wzra­stała czę­sto­tli­wość ob­ser­wa­cji. In­ten­sywne świa­tła, żad­nych dźwię­ków, żad­nych uszko­dzeń. Naj­wię­cej kło­po­tów miała czte­ry­sta pięt­na­sta eska­dra my­śliw­ców noc­nych, gdy la­tały już nad Do­liną Środ­ko­wego Renu. Na do­bre za­częło się koło li­sto­pada, w przed­ostat­nim roku wojny. Chłopcy za­mel­do­wali, że wi­dzieli dzie­sięć ja­sno­po­ma­rań­czo­wych świa­teł le­cą­cych w po­bliżu sa­mo­lotu. Oczy­wi­ście ra­dary na­wet nie drgnęły. I od tego mo­mentu ra­porty spły­wały je­den po dru­gim. Świa­tła by­wały różne, raz czer­wone, raz zie­lone, in­nym ra­zem po­ma­rań­czowe. Cza­sem le­ciały po­je­dyn­czo.

- Ale po­dali wam ja­kąś swoją wer­sję?

- Py­tasz o prze­ło­żo­nych? Tak. Wci­skali taką, która miała w ja­kiś spo­sób uspo­ka­jać. Nas albo ich sa­mych... Mó­wili, że to musi być ja­kaś nie­miecka wun­der­waffe, spe­cjalne po­ci­ski prze­ciw­lot­ni­cze, eks­plo­du­jące ba­lony albo pio­runy ku­li­ste. I za­le­cali ostroż­ność. Po­wstała na­wet teo­ria, że to ha­lu­cy­na­cje spo­wo­do­wane prze­mę­cze­niem i wy­czer­pa­niem bo­jo­wym.

- Wy­godne wy­tłu­ma­cze­nia. I brzmią wia­ry­god­nie - przy­znał Halt.

- Tak, ale tylko dla la­ików. Każdy, kto są­dzi, że to flary albo pio­runy, jest w cał­ko­wi­tym błę­dzie. One nie la­tają gru­pami ani nie przy­spie­szają. To, co wy­pra­wiały świa­tła, te rap­towne zwroty... Ża­den czło­wiek nie zniósłby ta­kich prze­cią­żeń.

- Czy ktoś ku­pił tę wer­sję?

- Prze­stań! - par­sk­nął Wi­told. - Tego po pro­stu nie dało się za­ak­cep­to­wać. Pi­lot woj­skowy, zwłasz­cza w walce, musi umieć bły­ska­wicz­nie roz­po­znać, co koło niego leci. Od tego za­leży, czy w ogóle prze­żyje. Przy pręd­ko­ści sze­ściu­set ki­lo­me­trów na go­dzinę masz kilka se­kund na re­ak­cję. Po­tem mu­sisz strze­lać, żeby sa­memu nie zgi­nąć. Ro­zu­miesz?

- Tak. Ale za­wsze są ja­kieś wąt­pli­wo­ści. - Halt nie od­pusz­czał. Cały czas spra­wiał wra­że­nie, jakby słu­chał z naj­wyż­szą uwagą, a jed­no­cze­śnie kwe­stio­no­wał słowa Witka.

- To za­py­tam re­to­rycz­nie - cią­gnął Wi­told. - Czy ktoś zza biurka mógł wie­dzieć wię­cej o tym, co my wi­dzie­li­śmy bez­po­śred­nio?

- Czyli ty także nie do­pa­trzy­łeś się w tym zja­wi­sku pio­ru­nów ku­li­stych?

Wi­told prze­szył ko­men­danta gniew­nym wzro­kiem.

- Nie je­stem pe­wien: nie wie­rzysz w to, co mó­wię, czy po pro­stu, jak mi­li­cjant, chcesz mnie spro­wo­ko­wać, że­bym prze­ka­zał wię­cej in­for­ma­cji - po­wie­dział skwa­szony.

Halt w od­po­wie­dzi tylko lekko się uśmiech­nął.

- Ta­dek, na li­tość bo­ską! - Wi­told już nie ukry­wał zde­ner­wo­wa­nia. - Nie mo­gli­śmy tych świa­teł po­rów­nać z ni­czym, co zna­li­śmy! Gdyby siła stresu w cza­sie lotu po­wo­do­wała ja­kie­kol­wiek ha­lu­cy­na­cje, z pew­no­ścią nie mo­gli­by­śmy po­praw­nie wy­ko­ny­wać swo­ich za­dań. Prze­cież nie od­szu­ka­li­by­śmy miej­sca bom­bar­do­wa­nia od­le­głego o kilka ty­sięcy ki­lo­me­trów, bo to nie jest ro­bota dla sza­leń­ców. Mo­żesz so­bie wy­obra­zić celny zrzut w ta­kich wa­run­kach? A jed­nak bomby tra­fiały jak na­leży, a sa­mo­loty do­la­ty­wały z po­wro­tem na ma­cie­rzy­ste lot­ni­ska. Poza tym, po­myśl lo­gicz­nie: gdyby to była rze­czy­wi­ście cu­downa broń Hi­tlera, coś by nam w końcu zro­biła, no nie?! Do tego prze­cież służy broń. A my wra­ca­li­śmy bez żad­nych szkód!

Halt ścią­gnął usta i z wolna kiw­nął głową, zu­peł­nie jakby opu­ściły go wszel­kie wąt­pli­wo­ści.

- Ro­zu­miem, przyj­muję to, bra­chu. Mu­sia­łem do­py­tać do końca. A przy oka­zji: może cię za­in­te­re­so­wać, że od­na­la­złem cie­kawy wą­tek pol­ski. I to z cza­sów wojny.

- W spra­wie foo fi­gh­ter?

- Tak. Mówi ci coś na­zwi­sko Do­roba? To ma­ry­narz z "Pu­ła­skiego".

- Sły­sza­łem co nieco. To pol­ski sta­tek han­dlowy prze­wo­żący w cza­sie wojny bry­tyj­skie woj­sko. Ale fa­ceta nie znam.

- W su­mie nic dziw­nego, nie te re­jony. We wrze­śniu czter­dzie­stego pierw­szego roku wy­pły­nął z Da­karu do Su­ezu. W trak­cie rejsu nadał z po­kładu mel­du­nek skie­ro­wany do kontr­wy­wiadu. Opi­sał w nim, że pod­czas noc­nej wachty za­uwa­żył świe­tli­stą kulę le­cącą koło okrętu. Z pew­no­ścią nie miał ha­lu­cy­na­cji, bo obiekt ob­ser­wo­wał też an­giel­ski ofi­cer. Tak jak w twoim przy­padku, kula nie spo­wo­do­wała szkód i po ja­kimś cza­sie bły­ska­wicz­nie od­le­ciała. - Ta­de­usz umilkł i po­wiódł wzro­kiem po bie­siad­ni­kach, jakby spraw­dzał, czy nikt nie pod­słu­chuje tej dzi­wacz­nej opo­wie­ści. Gdy na­brał pew­no­ści, że wszy­scy są za­jęci sobą, do­dał: - Mam też coś z na­szego po­dwórka. Wiem, gdzie do­ko­nano pierw­szej ob­ser­wa­cji w kraju.

- Ob­ser­wa­cji w Pol­sce? - Ja­strzęb­ski nie wie­rzył w to, co sły­szy. - Nie­sły­chane!

- Jest na­wet zdję­cie. Obiekt wy­gląda tro­chę ina­czej niż świa­tła, które wi­dzia­łeś.

- Jak?! - Wi­tek za­czy­nał zdra­dzać co­raz więk­sze pod­eks­cy­to­wa­nie.

- Przy­po­mina me­ta­liczny dysk. Rzecz sfo­to­gra­fo­wano na Zie­miach Od­zy­ska­nych, a kon­kret­nie w Cza­plinku. Fo­to­gra­fię wy­ko­nano za dnia. Wy­raź­nie wi­dać szcze­góły te­renu, drzewa i wy­so­kość, na ja­kiej leci.

- Fiu, fiu! Po­ko­pa­łeś tro­chę - gwizd­nął z po­dzi­wem Wi­tek. - Ale te przy­padki ra­czej nie mają bez­po­śred­niego związku z na­szą sprawą z Gdyni, prawda?

- Prawda. To je­dy­nie cie­ka­wostki, tło. Po­ka­zuję ci, że li­zną­łem te­mat.

- Bar­dzo ład­nie, bar­dzo. - Wi­told udał, że klasz­cze. Na­gle się skrzy­wił i po­wie­dział: - Tak so­bie my­ślę...

- Po­trze­bu­jesz cze­goś? Może pie­nię­dzy? - za­gad­nął Ta­dek. - Miesz­ka­nie do­sta­niesz od ręki. Jest już go­towe.

- A wolny week­end?

- Co to ta­kiego?

- Wolny czas, na przy­kład na ma­lo­wa­nie ob­ra­zów lub inne pa­sje. Od piąt­ko­wego po­po­łu­dnia do nie­dzieli. W Wiel­kiej Bry­ta­nii tak jest. I to od dawna - wy­ja­śnił Wi­told, wy­cze­ku­jąco spo­glą­da­jąc na ko­legę.

- Żar­tu­jesz, prawda? Po pierw­sze, w ca­łej Pol­sce wolna jest tylko nie­dziela. Po dru­gie, to jest służba. Ak­cja może być na­wet w środku nocy albo w święta Bo­żego Na­ro­dze­nia.

- Oczy­wi­ście żar­tuję.

- To nie kpij. - Ta­dek wy­glą­dał na zdez­o­rien­to­wa­nego. - Mo­żesz pro­sić tylko o to, na co mam wpływ.

- A więc do­sko­nale się składa. - Wi­tek zwę­szył oka­zję do tar­gów. - Bo wi­dzisz, skoro mam po­móc jako były ofi­cer lot­nic­twa, to jesz­cze le­piej, gdy bę­dzie nas wię­cej. Co byś po­wie­dział, że­by­śmy od­na­leźli na­szych? Tych, z któ­rymi przy­pły­ną­łem z An­glii?

- Z An­glii? - Brwi mi­li­cjanta pod­je­chały nie­mal do sa­mej li­nii wło­sów.

- Mia­łem ta­kiego kum­pla, Szcze­pana Ści­biora. Tro­chę star­szy od nas, na­wet cza­sem mó­wi­li­śmy na niego "Oj­ciec". W marcu czter­dzie­stego szó­stego przy­pły­nę­li­śmy ra­zem do Gdyni. On też wi­dział foo fi­gh­ter. I paru in­nych, na­wet je­śli nie wspo­mnieli o tym w an­kie­tach.

- Po­my­ślimy - od­parł z ka­mienną miną Ta­dek. I na­tych­miast za­strzegł: - Ale tylko, je­żeli bę­dziesz w służ­bie.

- Okej. - Ja­strzęb­ski ski­nął z nie­chę­cią.

- Okej? Co to zna­czy?

- To taki an­giel­ski zwrot na znak apro­baty.

- Czyli mam ro­zu­mieć, że się zga­dzasz? - Twarz Tadka aż roz­bły­sła.

VII

Wi­told długo zwle­kał z od­po­wie­dzią, miękka głę­bia prze­past­nego fo­tela nie mo­gła jed­nak sta­no­wić żad­nego schro­nie­nia przed py­ta­niem Ta­de­usza.

Po­cią­gnął zdrowo whi­sky, od­sta­wił szkło i przy­mknął oczy. My­ślał o daw­nych przy­ja­cio­łach, któ­rzy z cza­sem stali się dla niego kimś na kształt ro­dziny. Nie­raz się kłó­cili, nie­kiedy za­zdro­ścili so­bie suk­ce­sów albo po­de­rwa­nych dziew­czyn. Ale za­wsze, gdy było trzeba, sta­wali je­den za dru­gim. Ta­dek zaj­mo­wał w tych wspo­mnie­niach ważne miej­sce. W pew­nym sen­sie to on ukształ­to­wał Witka. Przy­naj­mniej na naj­wcze­śniej­szym eta­pie, za­nim ten wszedł w do­ro­słość.

- Wi­dzę, że się wa­hasz. To i tak wię­cej, niż ocze­ki­wa­łem - wy­du­kał ugo­dowo Ta­dek, po czym za­nę­cił: - Ale mam coś jesz­cze! - Z we­wnętrz­nej kie­szeni ma­ry­narki wy­cią­gnął kartkę. Po roz­ło­że­niu oka­zało się, że to spo­rzą­dzony na ma­szy­nie do­ku­ment.

- Co to? - za­cie­ka­wił się Wi­told.

- Po pro­stu prze­czy­taj - od­parł ko­men­dant, od­da­jąc ko­le­dze druk.

Wi­told spoj­rzał uważ­nie na ar­kusz i zro­bił to, co ka­zał mu ko­lega.

"O praw­do­po­dob­nym spadku me­te­orytu do ba­senu por­to­wego w Gdyni.

Działo się to 21 stycz­nia 1959 r. około godz. 5 rano. Do­ker Jan Blok, lat 29, pra­cow­nik Za­rządu Portu w Gdyni Wydz. II (zam. w Bol­sze­wie, pow. Wej­he­rowo) znaj­do­wał się w tym cza­sie na po­kła­dzie statku PLO "Ja­ro­sław Dą­brow­ski" przy­cu­mo­wa­nym dzio­bem na SI w Ba­se­nie Por­to­wym nr IV w Gdyni na Na­brzeżu Pol­skim po­mię­dzy chłod­nią por­tową a ma­ga­zy­nem nr 6. Blok pra­co­wał wów­czas jako "lu­kowy" przy ła­do­wa­niu be­ko­nów. W pew­nej chwili (jak ze­znaje, było to około godz. 4.30) za­trzy­mał unos be­ko­nów nad ła­dow­nią statku ce­lem za­pa­le­nia pa­pie­rosa. Wtem za­uwa­żył czer­wony punkt na nie­bie, który zbli­żał się do niego z bły­ska­wiczną szyb­ko­ścią od strony mostku ka­pi­tań­skiego. Zda­wało mu się, że ów "punkt" leci pro­sto na niego, w związku z czym po­chy­lił się ca­łym cia­łem w prawą stronę, aby jak ze­znaje, "unik­nąć zde­rze­nia". Po chwili za­uwa­żył ja­sny błysk w for­mie stoż­ko­wej śred­nicy około 1,5 m i dłu­go­ści około 4 m. Świa­tło le­cą­cego przed­miotu tak go prze­ra­ziło i ośle­piło, że za­krył rę­koma oczy. Jed­no­cze­śnie usły­szał "bar­dzo silne tar­cie po­wie­trza" czy też dźwięk me­ta­liczny, "przy­po­mi­na­jący dźwięk bla­chy". Po­wyż­sze zja­wi­sko prze­le­ciało koło niego, nie­mal nad jego głową i zni­kło w wo­dzie. Wy­warło to na Bloku tak silne wra­że­nie, że do­znał cze­goś w ro­dzaju szoku ner­wo­wego, nie bę­dąc w sta­nie w ciągu paru go­dzin (do godz. 7) sku­pić my­śli i od­po­wia­dać na ja­kie­kol­wiek py­ta­nia ko­le­gów. Jak ze­znał, w ciągu kilku dni czuł się "oso­wiały", co spo­wo­do­wało u niego w pew­nym stop­niu "za­nik pa­mięci".

Zja­wi­ska świetlne i dźwię­kowe za­uwa­żone przez świad­ków są dość ty­powe dla spad­ków me­te­ory­tów".

Wi­told wy­glą­dał na po­ru­szo­nego. Spoj­rzał z nie­po­ko­jem w kie­runku przy­ja­ciela.

- Kto to na­pi­sał? - spy­tał.

- Nie­stety nie wiem. Ale się do­wiem. Ga­zety do­stały to jako ma­te­riał do wy­ko­rzy­sta­nia przy pu­bli­ka­cji, na wy­pa­dek gdyby lu­dzie do­ma­gali się in­for­ma­cji o wy­da­rze­niach w Gdyni. Przy­niósł mi to je­den z dzien­ni­ka­rzy, za­ko­twi­czony w miej­sco­wej re­dak­cji.

- Ten sprze­dajny wła­dzy?

- Jak wi­dzisz, cza­sem się przy­dają - skwi­to­wał bez­na­mięt­nie Ta­de­usz. - Waż­niej­sze jest co in­nego. A mia­no­wi­cie, czy ty oso­bi­ście je­steś w sta­nie w to uwie­rzyć.

Wi­told uło­żył kartkę na ko­la­nach i spoj­rzał na przy­ja­ciela.

- Ani odro­binę. To ofi­cjalny ko­mu­ni­kat władz, bez­piecz­nie skro­jony pod pu­bliczkę i cał­ko­wi­cie po­zba­wiony pod­staw - oce­nił krótko. - Skoro nie mają do­wodu, to jak mogą for­mu­ło­wać osta­teczne wnio­ski?

- Sam wi­dzisz, że ktoś tu chce coś ukryć. Albo fakty, albo swoją nie­wie­dzę.

Dawny pi­lot przez chwilę roz­my­ślał nad tym, co po­wie­dział Ta­de­usz. Za­stu­kał pal­cami w po­ręcz ka­napy i rzekł:

- Biorę tę ro­botę.

- No, bra­chu! - Ta­de­usz sze­roko roz­ło­żył ręce w ge­ście ra­do­ści.

- Przez wzgląd na stare czasy. - Wi­tek uniósł dłoń, stu­dząc en­tu­zjazm mi­li­cjanta. - I tylko na ja­kiś czas. To zna­czy do mo­mentu, aż roz­wią­żemy sprawę. A je­śli uznam, że to nie dla mnie, na­tych­miast re­zy­gnuję.

- Tak, oczy­wi­ście. Masz moje słowo.

- Ale za­strze­gam: sys­temu nie po­ko­cham! I mu­sisz to przy­jąć do wia­do­mo­ści.

- Do­brze, do­brze. Tylko bar­dzo cię pro­szę, nie bądź z tym zbyt osten­ta­cyjny. Ze wszyst­kich kło­po­tów cię nie wy­cią­gnę. Po pro­stu je­stem zbyt mały.

- Kie­dyś tak ro­bi­łeś - przy­po­mniał cie­pło Wi­told. Od­sta­wił szklankę i do­dał po­waż­nie: - Kiedy mógł­bym otrzy­mać wgląd do akt?

Ta­dek uciekł gdzieś wzro­kiem.

- Za ja­kiś czas - od­parł wy­mi­ja­jąco. Wy­glą­dał na stra­pio­nego. - Mu­simy prze­pro­wa­dzić wszyst­kie pro­ce­dury przy­zna­jące ci do­stęp. Sam wiesz, ile to biu­ro­kra­cji...

- Do­brze, więc za­cze­kam kilka dni. A te­raz do rze­czy: co wła­ści­wie miał­bym ro­bić?

Z Ta­de­usza wy­raź­nie ze­szło po­wie­trze. Nie od­po­wie­dział od razu. Za­miast tego znowu na­lał po ko­lejce i usiadł, roz­pie­ra­jąc ręce na pod­ło­kiet­ni­kach.

- Naj­da­lej po­ju­trze wy­je­dziesz do Gdyni - za­czął. - Na miej­scu na­tych­miast na­wią­żesz kon­takt z ko­men­dan­tem wo­je­wódz­kim. Z po­wo­dów ope­ra­cyj­nych bę­dzie z tobą roz­ma­wiał w ko­men­dzie miej­skiej przy Świę­to­jań­skiej za­miast w swo­jej sie­dzi­bie w Gdań­sku. Tak bę­dzie wy­god­niej. To mój od­po­wied­nik, ma na na­zwi­sko Rut­kow­ski. Mu­sisz z nim uwa­żać.

- Na co?

- Jego ulu­biony ko­lor to czer­wony. Rut­kow­ski jest za­ku­tym apa­rat­czy­kiem, który wła­sną matkę by sprze­dał, je­śliby tylko miał z tego pro­fity. O ta­kich lu­dziach mó­wię, że gdyby mie­rzono im nie tylko ilo­raz in­te­li­gen­cji, ale także mo­ral­no­ści, mie­liby po­ziom oran­gu­tana. Poza tym pa­mię­taj, że co naj­mniej raz na dwa dni mu­sisz za­pew­nić so­bie do­stęp do te­le­fonu i za­dzwo­nić, żeby zło­żyć mi mel­du­nek. Ro­zu­miesz?

Po tym opi­sie Ja­strzęb­ski po­czuł przy­pływ iry­ta­cji.

- Mu­sia­łeś mnie zde­kon­spi­ro­wać?! - wy­rzu­cił ko­le­dze. - Prze­cież mógł­bym po­je­chać tam z two­jego po­ru­cze­nia. A tak już na star­cie je­stem spa­lony!

- Wi­tek, ale jak ty to so­bie wy­obra­żasz?! - za­piał li­to­ści­wie Ta­de­usz. - Nie mo­żesz po pro­stu dzia­łać na cu­dzym te­re­nie i roz­py­ty­wać o różne sprawy. Lu­dzie są dziś po­dejrz­liwi i szybko by do­nie­śli, komu trzeba. Zo­stał­byś na­mie­rzony i aresz­to­wany, a do­piero po­tem za­da­wa­liby ci py­ta­nia. I to bez żad­nych sub­tel­no­ści. Gdań­ski ko­men­dant tak działa.

- Wszystko bym wy­ja­śnił w roz­mo­wie.

- Roz­mo­wie? - Ta­de­usz aż par­sk­nął. - Po wy­mia­nie kilku zdań wie­dzia­łem, że nie je­stem w sta­nie wejść na taki po­ziom cham­stwa, by roz­ma­wiać z nim jak równy z rów­nym. Uzna­łem się za po­ko­na­nego. I to z kre­te­sem!

- No to po­ka­zał­bym pa­piery z two­jej ko­mendy.

- Ta­kie pa­piery można dziś ku­pić na pchlim targu. Mu­sie­liby naj­pierw po­twier­dzić, że są au­ten­tyczne, czyli za­py­tać mnie, czy je na­prawdę wy­sta­wi­łem. A to kilka stra­co­nych dni. I to je­dy­nie pod wa­run­kiem, że wszystko pro­wa­dzi­liby bez ocią­ga­nia. Bo za­zwy­czaj naj­pierw trzy­mają go­ścia na dołku. Co naj­mniej przez ty­dzień, żeby tro­chę zmiękł, a do­piero po­tem za­dają py­ta­nia.

- No do­brze, już zro­zu­mia­łem. Co da­lej?

- Kwa­terę bę­dziesz miał w ho­telu, nad sa­mym mo­rzem.

Wi­told uśmiech­nął się do sie­bie.

- Co? - Ta­dek uniósł py­ta­jąco brwi.

- Nic, nic. Mów da­lej, pro­szę.

- Ko­men­dant po­wi­nien ci dać wszel­kie po­trzebne kon­takty i prze­pustki. Tyle musi.

- Musi?

- Tak, bo oczy­wi­ście nie chce. Ale ofi­cjal­nie nie może od­mó­wić po­mocy w kra­jo­wym śledz­twie, nie po­da­jąc do­brego po­wodu. Dla­tego od razu po przy­jeź­dzie grzecz­nie po­proś o wszystko, co mają, za­nim on so­bie ten po­wód znaj­dzie.

- Ale dla­czego miałby to zro­bić? Nie ro­zu­miem.

- Bo za­kła­dam, że wpadł na po­dobny po­mysł co ja. A w prak­tyce ozna­cza­łoby to, że je­ste­śmy kon­ku­ren­tami. Może nie do mi­ni­ste­rial­nego stołka, ale do roz­wią­za­nia za­gadki i prze­ku­cia jej w duże pro­fity. A jego zwy­cię­stwo wy­star­czy, by po­zba­wić sensu całą na­szą mi­sję. W każ­dym ra­zie nie licz, że bę­dzie ci uła­twiał sprawę - do­dał sta­now­czo Halt.

Taki ob­rót sprawy nie na­pa­wał Witka opty­mi­zmem. Pod­czas wojny głę­boko wie­rzył, że wszy­scy w dru­ży­nie grają do jed­nej bramki. Wspólna walka z wro­giem nie­praw­do­po­dob­nie ce­men­to­wała przy­jaź­nie. Chłopcy z Dy­wi­zjonu byli lo­jalni nie tylko w imię ide­ałów i wyż­szego do­bra, ale też po pro­stu dla wza­jem­nego bez­pie­czeń­stwa, ni­czym wilki w sta­dzie. Tak mu­siało być, ina­czej nie prze­ży­liby na­wet doby. Wy­glą­dało jed­nak na to, że w PRL-u ta­kie za­sady nie obo­wią­zy­wały.

- Pierw­szy ofi­cjalny świa­dek upadku tego "cze­goś", pra­cow­nik portu Jan Blok, po wszyst­kim sam zgło­sił się na mi­li­cję. Tak więc za­cznij od lek­tury jego ze­znań. Z do­nie­sień pra­so­wych wy­nika, że ana­lo­gicz­nie po­stą­piło jesz­cze parę osób. Może sam Blok wska­zał też ko­goś z na­zwi­ska. Po­proś o całą teczkę sprawy.

- Tak zro­bię.

Do końca wie­czoru nie za­mie­nili już ani słowa na te­mat mi­sji. Wkrótce po­chło­nęły ich gra, ta­niec i al­ko­hol. Wie­czór świet­nie się za­czy­nał. Zu­peł­nie jak daw­niej, gdy wra­cał z chło­pa­kami po uda­nym na­lo­cie.

Gdy już się roz­cho­dzili, Ta­de­usz rzekł ci­cho, kła­dąc Wit­kowi de­li­kat­nie dłoń na ra­mie­niu:

- Wi­told...

- Co?

- Nie strzel mi w plecy.

VIII

Kra­ków, miesz­ka­nie służ­bowe Wi­tolda Ja­strzęb­skiego, 25 stycz­nia 1959

Wi­told obu­dził się jak zwy­kle przed szó­stą. Za­miast spo­dzie­wa­nego chłodu po­czuł go­rące po­śladki sza­tynki.

Naga se­kre­tarka Ta­de­usza spała tuż obok. Na­dal nie znał jej imie­nia. Pa­mię­tał tylko, że wczo­raj na­le­wała drinki, czę­sto za­glą­dała mu głę­boko w oczy i de­li­kat­nie do­ty­kała w róż­nych miej­scach pod­czas tańca. Tak jakby do­kład­nie wie­działa, za czym tę­skni jego ciało. Miała klu­cze do służ­bówki Witka i za­pro­po­no­wała pod­wózkę au­tem. Cały ubie­gły wie­czór przy­po­mi­nał stare an­giel­skie czasy.

Za dwie go­dziny miało świ­tać, męż­czy­zna jed­nak nie mógł już spać. W piecu dawno wy­ga­sło, a po­wie­trze cuch­nęło wczo­raj­szym al­ko­ho­lem i wil­go­cią ka­mie­nicy. Ja­strzęb­ski pró­bo­wał wstać, lecz za­stygł, czu­jąc nad­cią­ga­jącą falę mdło­ści. Głowę świ­dro­wał mu prze­szy­wa­jący ból. Z su­fitu zwi­sała naga ża­rówka, ale włącz­nik wy­da­wał się być nie­wy­obra­żal­nie da­leko. Na­ma­cał za­pałki i za­pa­lił świecę. Po­sta­wił ją obok i opadł z po­wro­tem na łóżko. Przez chwilę li­czył spę­ka­nia su­fitu, które pro­wa­dziły do ciem­nych plam roz­sia­nych tu i ów­dzie w ką­tach po­koju. Na sto­liku, tuż obok ra­dia, do­strzegł swoją pro­tezę dłoni i nie­zły sto­sik go­tówki. Obok mi­li­cyj­nego pi­sto­letu le­żała wy­mięta ga­zeta. Ka­wa­łek pa­pieru, z po­wodu któ­rego tu przy­je­chał.

Wy­cią­gnął ra­mię i od­na­lazł przy­cisk od­bior­nika. Wi­dział do­kład­nie, jak przez szpary drew­nia­nej obu­dowy elek­tro­nowe lampy po­woli na­bie­rały żół­ta­wego ży­cia. Szła już koń­cówka wia­do­mo­ści; ani słowa o wy­bu­chu no­wej wojny. Mó­wili za to o czwar­tym Kon­kur­sie Pio­senki Eu­ro­wi­zji, który je­de­na­stego marca miał star­to­wać w Can­nes. Cóż za od­miana, skon­sta­to­wał z cierp­kim uśmie­chem.

W końcu wstał i po­ty­ka­jąc się o roz­rzu­cone buty, do­szedł do kranu. Woda miała ciem­nawą barwę i sma­ko­wała rdzą, ale prze­su­szone gar­dło z wdzięcz­no­ścią przyj­mo­wało każdy zimny łyk. Wła­ści­wie już do tego przy­wykł. Za­nim cztery lata temu otwo­rzyli za­kład uzdat­nia­nia w Ru­da­wie, było znacz­nie go­rzej. O ile woda w ogóle pły­nęła.

Po prze­ży­ciu wojny miał głę­boką świa­do­mość, że czło­wiek szybko umie przy­zwy­czaić się do róż­nych rze­czy. Wie­dział, że po cza­sie krót­szym, niż można so­bie wy­obra­zić, lu­dzie po­tra­fią uznać za normę zwłoki le­żące przez ty­dzień na ulicy, bez głowy, z osma­lo­nymi pa­znok­ciami, bled­nące od ku­rzu nie­ustan­nie wy­dy­cha­nego przez za­wa­lone zglisz­cza. Brą­zowa woda to przy tym nic.

Prze­su­nął męt­nym wzro­kiem po wnę­trzu miesz­ka­nia. Za całe wy­po­sa­że­nie po­koju słu­żyły jesz­cze tylko ogromna przed­wo­jenna szafa z mi­ster­nymi zdo­bie­niami, me­ta­lowa niecka i kilka krze­seł przy stole. Duże okno od po­łu­dnia sta­no­wiło je­dyną za­letę tego za­py­zia­łego miesz­ka­nia. W dzień mu­siało da­wać sporo świa­tła i piękną pa­no­ramę. Wi­told sku­pił wzrok na tym miej­scu: ide­alne, by po­sta­wić w nim szta­lugi.

Pre­cy­zyjna praca pędz­lem to je­dyna nić, jaka łą­czyła Witka z daw­nym przed­wo­jen­nym ży­ciem. Za­wsze po­ma­gała ze­brać my­śli i zna­leźć wy­ci­sze­nie. Co­raz czę­ściej jed­nak po po­wro­cie z pracy nie miał już na nic sił. Może to wiek, a może coś in­nego? W ta­kich sy­tu­acjach naj­czę­ściej my­ślał o na­gro­dzie - grun­tow­nym wy­po­czynku, któ­remu miałby od­dać się w nie­dzielę, a po­tem, wy­po­częty za­sia­dać do szta­lug. Ma­rzył tak w kółko, od kilku lat.

Od­chy­lił koł­drę i po­czuł dresz­cze. Wstał i z ogrom­nej wa­lizy wy­cią­gnął stary bry­tyj­ski szla­frok. Po­prze­cie­rany, wy­li­niały, z nie­do­pra­nymi pla­mami po ka­wie. A mimo to Ja­strzęb­ski nie miał serca wy­rzu­cić tego wy­słu­żo­nego kłębu ba­wełny. Roz­su­nął za­słony, żeby wpu­ścić odro­binę zi­mo­wego brza­sku, i opadł na krze­sło.

Znów po­czuł mdło­ści. Wy­pita woda roz­pa­lała żo­łą­dek. Po­dob­nie źle czuł się po po­wro­cie w czter­dzie­stym szó­stym, gdy tuż po zej­ściu na ląd w kil­ku­na­stu chłopa zło­żyli do­ku­menty do biura po­bo­ro­wego woj­ska, żeby da­lej słu­żyć w lot­nic­twie. Wi­tek stał pra­wie na końcu ko­lejki. Jesz­cze się wa­hał, ale ko­le­dzy cały czas na­ma­wiali. W ko­mi­sji sie­dział funk­cyjny żoł­nierz z ra­dziec­kiego lot­nic­twa. Zaj­mo­wał się szcze­gó­łową we­ry­fi­ka­cją stop­nia i prze­biegu służby.

Cho­ciaż kilku ko­le­gów z RAF-u przy­jęli, to więk­szość od­rzu­cili. Wów­czas Wi­tek po­sta­no­wił na za­wsze zo­sta­wić la­ta­nie i całą tę za­bawę w służbę oj­czyź­nie i od­bu­dowę kraju. Gdy na­stał wie­czór, każdy po­szedł w swoją stronę. Przy­rze­kli so­bie jesz­cze spo­tka­nie, ale ni­gdy do niego nie do­szło. Kon­takt się urwał.

Na wspo­mnie­nie tam­tych zda­rzeń Ja­strzęb­ski głę­boko wes­tchnął. Roz­tarł za­spaną twarz i na­ma­cał w szla­froku pa­pie­rosy. Za­pa­lił i za­cią­gnął się głę­boko. Ty­to­niowy aro­mat wy­peł­nił płuca. Spro­wa­dze­nie do kraju lucky strike'ów gra­ni­czyło z cu­dem, przez co han­dla­rze co kwar­tał pod­bi­jali cenę. Wi­told jed­nak nie chciał re­zy­gno­wać z tego zbytku. To jakby wy­ma­zać z pa­mięci tamto dawne ży­cie. I mło­dość.

Le­żąca obok młoda ko­bieta prze­cią­gnęła się i za­częła szu­kać ubra­nia. Wi­told mu­snął wzro­kiem jej na­gie uda. Pa­mięć przy­wo­łała ob­raz plaży i bez­tro­ski opa­la­nia. Nad mo­rzem spę­dził naj­szczę­śliw­sze chwile z Me­gan.

Od­kąd pa­mię­tał, za­wsze ma­rzył, by za­miesz­kać nad brze­giem. To miała być po­godna eme­ry­tura, a przy du­żym szczę­ściu, może na­wet ja­kaś część wieku doj­rza­łego. Chło­nąłby spo­kój i błę­kit i czer­pał przy­jem­ność z dłu­gich spa­ce­rów. Ma­rzył o domu w bo­rze ba­ży­no­wym, du­żej bi­blio­tece i fo­telu na wprost ka­mien­nego ko­minka. W wy­obraźni wi­dział, jak nad wodę pro­wa­dzi wą­ska ścieżka po­śród szu­mią­cych so­sen. Stopa wcho­dziła lekko w biały pia­sek, a wiatr niósł za­pach ży­wicy.

Głos dziew­czyny, która jesz­cze przed chwilą ogrze­wała mu łóżko, prze­rwał ci­szę:

- Ręce do góry!

Wi­told pa­trzył te­raz pro­sto w lufę wła­snego P-64.

- To dość nie­miłe uczu­cie.

- Puff! - Dziew­czyna udała, że strzela, po czym jej ru­baszny śmiech wy­peł­nił prze­strzeń. - Mu­szę już iść. By­łeś sło­dziutki - do­dała i wsu­nęła broń do ka­bury. Miała w tym jesz­cze więk­szą wprawę niż w roz­le­wa­niu al­ko­holu do kie­lisz­ków.

Wstała i bły­ska­wicz­nie się ubrała. Po kilku mi­nu­tach skrzyp­nęły za­my­kane drzwi. Wi­tek nie wie­dział, w ja­kim do­kład­nie była wieku. Za­uwa­żył je­dy­nie, że miała po­ry­wa­jąco zgrabne po­śladki. Zu­peł­nie jak Me­gan.

PRZĄDKA

IX

Gdy­nia, 26 stycz­nia rano

Na ro­gat­kach mia­sta po­ciąg za­czął lekko zwal­niać, by po kilku mi­nu­tach przejść w lekki trucht. Za szybą z wolna prze­pły­wały wzgó­rza i domy. Wi­told pod­szedł do okna i wy­chy­lił głowę. Dym lo­ko­mo­tywy tak zgęst­niał, że męż­czy­zna nie­mal po­czuł w ustach smak sa­dzy.

Za chwilę Gdy­nia, po­wstała od zera, z mo­rza i snów. Z be­to­no­wymi do­mami-okrę­tami pły­ną­cymi po­śród miej­skich ulic. Wy­star­czył tylko krok na po­kład statku, a cza­sem na­wet je­dy­nie do­tknię­cie roz­ko­ły­sa­nej ta­fli wody, by po­czuć tchnie­nie Wiel­kiego Świata.

W wa­go­nie oprócz Wi­tolda sie­dział męż­czy­zna w prąż­ko­wa­nym gar­ni­tu­rze i czer­wo­nym kra­wa­cie. W kla­pie ma­ry­narki błysz­czał przy­pięty sym­bol PZPR. Co ja­kiś czas apa­rat­czyk do­ty­kał go pal­cami, jakby upew­nia­jąc się, czy jest do­brze wy­eks­po­no­wany. Od­kąd wsiadł w Lę­borku, mil­czał, nie li­cząc burk­nię­cia ozna­cza­ją­cego po­wi­ta­nie. Szczel­nie za­sło­nięty ga­zetą spra­wiał wra­że­nie po­chło­nię­tego czy­ta­niem "Try­buny Ro­bot­ni­czej".

Skład je­chał już bar­dzo wolno, choć do Gdyni-Cen­trum po­zo­stało co naj­mniej dzie­sięć mi­nut drogi. Wi­told za­mknął okno i usiadł. Otwo­rzył wa­lizkę i jesz­cze raz przej­rzał wy­cinki z ga­zet. Wy­ło­wione na­zwi­ska za­pi­sał dru­ko­wa­nymi li­te­rami w ze­szy­cie. To bę­dzie pro­sta ro­bota, po­my­ślał, stu­ka­jąc czub­kiem ołówka w po­sta­wioną kropkę.

Po­sta­no­wił, że za­cznie od pa­pie­rów z ko­mendy. Po­tem do­trze do po­zo­sta­łych świad­ków, któ­rych ustali na pod­sta­wie do­nie­sień pra­so­wych. Było ich już paru: So­bu­siak, czło­wiek z Or­łowa, który wi­dział ogni­stą kulę więk­szą niż księ­życ w pełni. Ja­dwiga i Wło­dzi­mierz Pon­cze, pra­cow­nicy po­bli­skiego ma­ga­zynu. Wła­dy­sław Ku­czyń­ski, dźwi­gowy, któ­rego prze­ra­ziły dźwięk i wzbu­rzona po upadku ta­fla wody. I Sta­ni­sław Ko­ło­dziej­ski, bez­po­średni świa­dek ka­ta­strofy, jak to na­zwał - "dwu­stu­li­tro­wej beczki".

Wi­told czuł na­ra­sta­jącą eks­cy­ta­cję. Przez ostat­nie lata co­raz czę­ściej wąt­pił, czy na­prawdę to wszystko się wy­da­rzyło, czy rze­czy­wi­ście wi­dział kule ognia le­cące tuż przy skrzy­dle swo­jego sa­mo­lotu. Aż do te­raz nie spo­tkał ni­kogo, kto by to przy­po­mniał i oświad­czył z całą pew­no­ścią, że to nie fan­ta­zja i pa­mię­ciowy cho­chlik.

Tym­cza­sem, choć brzmiało to nie­praw­do­po­dob­nie, trzy­mał przed sobą go­tową li­stę lu­dzi po­twier­dza­ją­cych, że zjawy z da­le­kiej prze­szło­ści na­prawdę ist­nieją. Co wię­cej, wła­śnie te­raz osta­teczny do­wód po­wi­nien spo­czy­wać na płyt­kim dnie gdyń­skiego portu. W tej chwili chłodna woda Bał­tyku ob­my­wała coś nie­moż­li­wego do po­ję­cia, a mimo to świat się nie za­trzy­mał: pa­sa­że­ro­wie po­ciągu jak gdyby ni­gdy nic na­dal czy­tali ga­zety, a pra­cow­nicy ko­palni zjeż­dżali pod zie­mię jak co dzień. Wi­told sam nie mógł w to uwie­rzyć: nie­roz­wią­zana za­gadka sprzed lat do­go­niła go sama. Wszystko było na wy­cią­gnię­cie ręki. I cze­kało wła­śnie na niego...

Wi­told me­to­dycz­nie zło­żył wy­cinki i spa­ko­wał no­tatki do wa­lizki. Wziął głę­boki od­dech i po­woli, nie­mal bez­dź­więcz­nie, wy­pusz­czał po­wie­trze z płuc. Tym, czego po­trze­bo­wał naj­bar­dziej, były chłodna ocena fak­tów i bez­względne opa­no­wa­nie emo­cji. Tylko wtedy bę­dzie miał szansę roz­wią­zać tę ła­mi­główkę.

Za­trza­snął wa­lizkę, ale za­miast odło­żyć pod nogi, na­krył ją dłońmi. Przez dłuż­szy czas ślepo pa­trzył w opar­cie fo­tela na­prze­ciwko. Po uło­że­niu wy­cin­ków tylko je­den drobny szcze­gół nie pa­so­wał do ca­łej ukła­danki. Wi­told miał jed­nak pew­ność, że wy­star­czy kilka prze­słu­chań, żeby zna­leźć roz­wią­za­nie.

Ci­szę prze­działu prze­rwał męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze:

- Zwią­zek Ra­dziecki prze­ka­zał Po­la­kom "Oazę"! - za­piał zza roz­ło­żo­nej ga­zety.

- Prze­pra­szam, co ta­kiego? - wy­du­sił za­sko­czony Wi­told.

- To sta­cja ba­daw­cza na An­tark­ty­dzie - wy­ja­śnił par­tyj­niak z wyż­szo­ścią osoby wzno­szą­cej się po­nad nic nie­ro­zu­mie­jący tłum. Na­wet nie od­sło­nił twa­rzy. - Ra­dziecka! - pod­kre­ślił.

- Ro­zu­miem. - Wi­told po­ki­wał głową.

- Po­ka­żemy tym ła­chu­drom z Nie­miec!

Wi­dać było, że en­tu­zjazm fa­ceta nie wy­ga­śnie, je­żeli tylko Wi­told uła­twi mu sprawę i po­dej­mie roz­mowę. On jed­nak zu­peł­nie nie miał na to ochoty.

- My­ślą, że tu jesz­cze wrócą, ci hi­tle­rowcy. Ale nie­do­cze­ka­nie ich!

- Cho­dzi panu o li­sto­pa­dowe ul­ti­ma­tum Chrusz­czowa? - za­py­tał grzecz­nie Wi­told, choć wie­dział, że nic do­brego z tej roz­mowy nie wy­nik­nie. Przez chwilę miał na­wet na­dzieję, że tam­ten nie usły­szał.

Nic z tego. Zza ga­zety nie­mal na­tych­miast wy­chy­nęły po­dejrz­liwe oczka. Męż­czy­zna miał za­czer­wie­nione po­liczki.

- A i ow­szem! Pół roku i ani dnia dłu­żej! A je­żeli oni nie odejdą z Ber­lina, to my ich ato­mem! - za­in­to­no­wał tak sta­now­czo, jakby sam za­raz miał zde­cy­do­wać o ataku wojsk. - Mają już mało czasu.

- Chyba się prze­li­czą.

- Ale kto? Nie ro­zu­miem? - Apa­rat­czyk ner­wowo za­mru­gał, gwał­tow­nie opusz­cza­jąc pa­pie­rową płachtę na ko­lana.

- Zdaje pan so­bie sprawę, że je­śli my ich wal­niemy ato­mem, to oni na­tych­miast od­po­wie­dzą tym sa­mym? Prze­cież to ozna­cza cał­ko­wity ko­niec! Za­gładę nas wszyst­kich. Mnie i pana także.

- My mamy dużo wię­cej gło­wic. - Pa­sa­żer za­czął groź­nie wy­ma­chi­wać pię­ścią, przy­po­mi­na­jącą te­raz ciężką bu­ławę. - A poza tym Chrusz­czow to roz­sądny przy­wódca.

- Oby. Bo to cią­głe cze­ka­nie, aż ktoś w końcu za­cznie wojnę, jest zu­peł­nie nie do wy­trzy­ma­nia.

- Mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych ZSRR od­po­wie­dział, że je­śli ge­ne­ra­ło­wie za­chodni roz­poczną kon­flikt o Ber­lin, to siły zbrojne kra­jów de­mo­kra­cji lu­do­wej staną w obro­nie mia­sta. Zresztą Wa­szyng­ton po­wi­nien wie­dzieć, że ocean nie jest już ba­rierą bez­pie­czeń­stwa. Nie mu­simy do nich pły­nąć, bo mo­żemy wy­słać ra­kiety! Przez nich - pa­lec ko­mu­ni­sty oskar­ży­ciel­sko wska­zy­wał w kie­runku su­fitu - Ber­lin jest te­raz mia­stem fron­to­wym. Naj­bar­dziej nie­bez­pieczną raną na so­cja­li­stycz­nym ciele!

Wi­told miał wra­że­nie, że czło­wiek sie­dzący na­prze­ciwko mógłby wy­gła­szać mowy na wie­cach albo re­cy­to­wać par­tyjne enun­cja­cje z ra­dio­wego stu­dia. A może na­wet to ro­bił. Z całą pew­no­ścią mu­siał głę­boko wie­rzyć w nie­omyl­ność par­tii. Przy­naj­mniej tak długo, jak na tym ko­rzy­stał. Ja­strzęb­ski za­czy­nał mieć ochotę na utar­cie mu nosa.

- My­ślę, że trzeba od­dzie­lić po­li­tykę od fak­tów. Po obu stro­nach. Ale dzię­kuję bar­dzo za in­te­re­su­jącą dys­ku­sję. - Chciał osta­tecz­nie za­koń­czyć roz­mowę, ale od­niósł zgoła prze­ciwny sku­tek.

Fa­cet z ga­zetą wy­trzesz­czył oczy.

- Ale o co panu cho­dzi?! - pod­niósł głos, ści­ska­jąc brzeg ga­zety tak mocno, że pa­pier przy­brał kształt pa­su­jący do każ­dego z pal­ców. - Je­ste­śmy dużo sil­niejsi niż NATO! Trzeba wie­rzyć na­szym wła­dzom, a nie słu­chać wro­giej pro­pa­gandy jak pan - rzu­cił ner­wowo, po czym osten­ta­cyj­nie znowu od­gro­dził się czarno-bia­łymi szpal­tami.

Do końca po­dróży męż­czyźni nie za­mie­nili już ani słowa. Wi­told mi­mo­wol­nie rzu­cił okiem na na­główki. W oczy bił dość nie­po­ko­jący ty­tuł:

300 ra­kiet ato­mo­wych za­ku­puje Bun­de­swehra

Ko­mi­sja spraw woj­sko­wych Bun­de­stagu za­twier­dziła ostat­nio plany mi­ni­ster­stwa brony prze­wi­du­jące za­ku­pie­nie "na ra­zie" około 300 ra­kiet Ho­nest John za kwotę 17 mi­lio­nów ma­rek. Ra­kiety - jak prze­wi­dują eks­perci woj­skowi - mogą być do­star­czone za kilka mie­sięcy. Prze­ciwko za­ku­pie­niu ra­kiet ato­mo­wych gło­so­wali so­cjal­de­mo­kra­tyczni człon­ko­wie ko­mi­sji spraw woj­sko­wych Bun­de­stagu, któ­rzy wy­ra­zili po­gląd, iż uchwała ko­mi­sji sta­nowi nowy nie do przy­ję­cia krok na dro­dze do ato­mo­wego uzbro­je­nia Bun­de­swehry1.

Po­czuł złość. Po cho­lerę kar­mić lu­dzi ta­kimi tre­ściami i siać pa­nikę? Prze­cież znowu wszystko wy­ku­pią. Jak tylko dru­kują in­for­ma­cje o no­wym za­gro­że­niu, na­tych­miast tłumy bie­gną do skle­pów po ma­sło, ma­ka­ron i ziem­niaki. Wszystko mo­men­tal­nie dro­żeje, a i tak nie jest lekko.

Wkrótce po­ciąg zwol­nił na tyle, że Wi­told mógł swo­bod­nie li­czyć pod­kłady na są­sied­nim to­rze, a wi­dok za oknem po­zwa­lał cie­szyć oczy ro­sną­cym w oczach mia­stem.

Wi­told po­ko­chał Gdy­nię od pierw­szego wej­rze­nia, jak młodą dziew­czynę z cu­dow­nym per­ło­wym uśmie­chem. Po­ko­chał jesz­cze przed wojną, gdy jako chło­piec przy­je­chał z oj­cem na pierw­sze Dni Mo­rza. Ta­kich bu­dyn­ków i tylu lu­dzi ni­gdy wcze­śniej nie wi­dział. Po­dobno tłum li­czył aż sto pięć­dzie­siąt ty­sięcy osób. Tata tłu­ma­czył, że w kil­ka­na­ście lat Gdy­nia z ma­łej ry­bac­kiej osady uro­sła do jed­nego z naj­więk­szych miast od­ro­dzo­nego kraju, stała się nową dumą Pol­ski. Tam­tej Pol­ski, którą pa­mię­tał sprzed wojny...

Po­dobną eks­cy­ta­cję prze­żył jesz­cze raz, tuż po po­wro­cie do kraju "Ba­to­rym". Każdy krok po tra­pie w dół da­wał nową na­dzieję. Mia­sto miało ja­kiś nie­okre­ślony kli­mat spra­wia­jący, że za­wsze czuł tam przy­pływ ener­gii. Raz na kil­ka­na­ście lat przy­cią­gało go i nada­wało nowy kie­ru­nek ży­cia.

W chwilę póź­niej z czoła po­ciągu do­biegł ostry gwizd i skład sta­nął. Tłum pod­niósł się z sie­dzeń i ru­szył z har­mi­drem do wyj­ścia, cią­gnąc w swo­ich ży­wych trze­wiach Wi­tolda. Na ze­wnątrz słońce roz­świe­tlało rześki po­ra­nek, a lu­dzie za­lali cały pe­ron. Za­po­wia­dał się bar­dzo przy­jemny dzień, a mewy wy­da­wały tak samo we­sołe pi­ski, jak przed wielu laty. Wi­tek po­krę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem: jak to szybko mi­nęło. Zu­peł­nie nie do wiary!

Ro­zej­rzał się i zna­lazł główne wej­ście na dwo­rzec. Na no­wiut­kim bu­dynku za­wie­szono oka­zały na­pis: Ka­wiar­nia OR­BIS.

Wszedł do środka.

W noz­drza wdzie­rał się wszech­obecny za­pach re­stau­ra­cji. Ja­strzęb­ski na­tych­miast po­czuł bur­cze­nie w brzu­chu i zdał so­bie sprawę, że je­chał przez wiele go­dzin bez pro­wiantu. Idąc za strzał­kami skie­ro­wa­nymi w górę, mi­jał ma­ry­ni­styczne fre­ski zdo­biące różne czę­ści sal i ko­ry­ta­rzy. Na su­fi­cie, z le­wej strony od wej­ścia, wid­niało oso­bliwe ma­lo­wi­dło: trzy sym­bole zo­diaku umiesz­czone na czar­nym nie­bo­skło­nie. Co do dwóch nie miał pew­no­ści, ale je­den przed­sta­wiał rybę. W po­bliżu wy­ma­lo­wano także słońce, trzy­gło­wego smoka i niedź­wie­dzicę.

Spoj­rzał w kie­runku lady, za którą stała py­zata ko­bieta w bia­łym far­tu­chu i ob­szer­nym czepku.

- Dzień do­bry - rzekł na po­wi­ta­nie. - Co ma­cie do je­dze­nia?

- Bi­gos i scha­bowe.

Na końcu ję­zyka miał uwagę od­no­śnie do kul­tury, ale osta­tecz­nie po­sta­no­wił to prze­mil­czeć. Szkoda wy­siłku na pu­ste kon­fron­ta­cje. Nie czuł się ja­koś szcze­gól­nie do­tknięty bra­kiem "dzień do­bry", ale przez lata wy­ro­bił w so­bie pew­ność, że je­śli pierw­szy wy­po­wiada słowa po­wi­ta­nia w skle­pie, pra­wie ni­gdy nie usły­szy od­po­wie­dzi.

To mu­siała być ja­kaś nie­pi­sana za­sada per­so­nelu pra­cu­ją­cego w ta­kich miej­scach, nie mógł zna­leźć in­nego wy­tłu­ma­cze­nia. Pew­nie przy­jęli, że klient, który po­mija uprzej­mo­ści i od razu prze­cho­dzi do rze­czy, za­słu­guje na więk­szy sza­cu­nek. A może bu­dzi więk­szą obawę, że sprawi kło­poty? Ta wer­sja brzmiała dużo sen­sow­niej, choć w grun­cie rze­czy obie były ab­sur­dalne. Za­sada ta jed­nak spraw­dzała się nie­mal za każ­dym ra­zem.

- A cro­is­santy?

- Co? - Bu­fe­towa zmru­żyła po­dejrz­li­wie oczy, aż za­częły przy­po­mi­nać dwie po­ziome kre­ski oto­czone ko­łami opu­chli­zny.

- A nic, nic - od­parł roz­ba­wiony Wi­told. - Da pani ten bi­gos. I kawę.

- Po tu­recku?

- A jest inna? - za­py­tał z na­dzieją w gło­sie.

- Nie ma! - fuk­nęła ze zło­ścią ko­bieta.

Nie cze­kał długo na za­mó­wie­nie. Pa­mię­tał, że nie­zwłocz­nie po przy­jeź­dzie miał pójść na ko­mi­sa­riat, ale prze­cież nie mo­gli tam wie­dzieć, o któ­rej bę­dzie na miej­scu. Po­dróż trwała wiele go­dzin, a po­ciągi za­wsze się spóź­niały.

Wkrótce po je­dze­niu od­zy­skał hu­mor. Od­dał na­czy­nia do okienka i wy­szedł. Po dru­giej stro­nie dworca, na placu Kon­sty­tu­cji, po­czuł w końcu, że jest w mie­ście nad mo­rzem. Po­wie­trze nio­sło za­pach na­sy­co­nej solą wil­goci, wo­do­ro­stów i ży­wicy so­sno­wego boru.

Wy­star­czyło, że wszedł na Sta­ro­wiej­ską, a po kil­ku­dzie­się­ciu me­trach pie­rzeja otwie­rała się na za­tokę. Woda błę­kit­niała z da­leka, w prze­świ­cie po­mię­dzy bu­dyn­kami. Wi­told spoj­rzał tę­sk­nie w tamtą stronę, ale mu­siał iść da­lej. Ko­mi­sa­riat był cał­kiem bli­sko, przy Por­to­wej. Prze­ciął plac Ka­szub­ski i po kilku mi­nu­tach do­tarł do celu.

Wi­told dałby so­bie uciąć drugą dłoń w za­kła­dzie o to, czy ktoś z prze­by­wa­ją­cych w bu­dynku apa­rat­czy­ków ma choćby mgli­ste po­ję­cie o tym, że prze­bywa w klej­no­cie mo­der­ni­zmu z lat trzy­dzie­stych. To zna­mienne, że sie­dzibę mi­li­cji umiesz­czono w bu­dynku na­le­żą­cym do daw­nej spółki Ber­gen­ske, ob­ra­ca­ją­cej nie­gdyś ogrom­nym ka­pi­ta­łem, któ­rym so­cja­lizm osten­ta­cyj­nie prze­cież gar­dził. Poza tym sami ko­mu­ni­ści otwar­cie po­tę­piali ten ro­dzaj ar­chi­tek­tury. Te­raz wszę­dzie miał być tylko so­cre­alizm.

Oka­zały kan­cia­sty bu­dy­nek wy­glą­dał znacz­nie no­wo­cze­śniej niż wszyst­kie w oko­licy. Je­dy­nie czer­wona ta­bliczka z na­pi­sem "Ko­menda Miej­ska Mi­li­cji" za­kłó­cała nie­na­ganny po­rzą­dek ele­wa­cji, na któ­rej płyty z żół­ta­wego pia­skowca były je­dyną ozdobą ścian. "Mo­derne" to prze­cież no­wo­cze­sność. Naj­pierw funk­cjo­nal­ność, a po­tem forma. Tylko jedno miało tak na­prawdę zna­cze­nie dla ar­chi­tekta: wy­goda użyt­kow­nika.

Wi­told chciał już wejść, gdy na dro­dze sta­nął mu czło­wiek w dłu­gim po­pie­la­tym płasz­czu. Męż­czy­zna z czar­nym ka­pe­lu­szem z ron­dem i białą owijką nad­szedł za­ska­ku­jąco szyb­kim kro­kiem z na­prze­ciwka.

- Chyba za­raz za­cznie pa­dać? - rzekł po an­giel­sku i umilkł, pa­trząc z uwagą. Prze­stą­pił nie­cier­pli­wie z nogi na nogę. Naj­wy­raź­niej nie miał za­miaru odejść, do­póki nie usły­szy od­po­wie­dzi.

Pew­nie wa­riat, po­my­ślał Ja­strzęb­ski i uśmiech­nął się do niego uprze­dza­jąco uprzej­mie, zu­peł­nie jak do wa­riata.

- Tak, chyba... - przy­tak­nął grzecz­nie, rów­nież po an­giel­sku, le­d­wie otwie­ra­jąc usta.

Czło­wiek w ka­pe­lu­szu od­wza­jem­nił uśmiech, zu­peł­nie jakby ze­szło z niego całe na­pię­cie. Lekko skło­nił głowę, za­sa­lu­to­wał dwoma pal­cami o brzeg ka­pe­lu­sza i za­do­wo­lony po­szedł da­lej.

Wi­told po­krę­cił głową z dez­apro­batą. Od­wró­cił się od ulicy i na­parł ra­mie­niem na drzwi ko­mendy. Uchy­liły się z wy­wo­łu­ją­cym ciarki skrzy­pie­niem.

1. 300 ra­kiet ato­mo­wych za­ku­puje Bun­de­swehra, "Try­buna Ro­bot­ni­cza" 1959, nr 20, s 3.

X

Okna ga­bi­netu ko­men­danta wy­peł­niały sta­lowe pręty, ni­czym szpa­ler wy­pro­sto­wa­nych żoł­nie­rzy na de­fi­la­dzie. Można ści­gać ban­dy­tów i jed­no­cze­śnie czuć się jak je­den z nich, po­my­ślał Ja­strzęb­ski. We­wnątrz ob­szer­nego po­miesz­cze­nia cze­kało dwóch męż­czyzn o po­waż­nych twa­rzach.

Tym, co naj­bar­dziej rzu­cało się w oczy poza wście­kle czer­wo­nym dy­wa­nem na środku po­miesz­cze­nia, był wielki por­tret Ni­kity Chrusz­czowa. Wi­siał za ple­cami mun­du­ro­wego, roz­par­tego za gro­te­skowo ob­szer­nym biur­kiem. Obok ob­razu przy­mo­co­wano znacz­nie mniej­sze go­dło Pol­ski. Orzeł nie miał ko­rony.

Wy­da­wało się, że krępa jak niedź­wiedź po­stać ko­men­danta Rut­kow­skiego za chwilę roz­sa­dzi przy­cia­sny mi­li­cyjny mun­dur. Z rę­ka­wów wy­sta­wały grube, wy­glą­da­jące na opuch­nięte dło­nie, nie było wi­dać na­wet za­rysu nad­garst­ków. Szwy przy ra­mio­nach spra­wiały wra­że­nie na­pię­tych do gra­nic moż­li­wo­ści. Ol­brzym o ogo­rza­łej twa­rzy z wy­raźną iry­ta­cją prze­su­nął tłu­stymi pal­cami po uli­za­nych bry­lan­tyną wło­sach. Żół­tawa plama po­mię­dzy koł­nie­rzy­kiem a byle jak za­wią­za­nym kra­wa­tem zdra­dzała upodo­ba­nie do je­dze­nia za biur­kiem.

Obok stał czło­wiek w zie­lo­nym uni­for­mie, z na­szy­tymi pa­go­nami ra­dziec­kiej ar­mii. Miał lekko za­pad­nięte po­liczki i wą­skie szparki po­wiek skry­wa­jące li­sie oczy. Wy­glą­dał bar­dzo sztywno. Z pew­no­ścią słu­żył w KGB.

Wy­strój biura, na­le­żą­cego, jak wy­ni­kało z ta­bliczki, do nie­obec­nego ko­men­danta miej­skiego w Gdyni, za­wie­rał wy­łącz­nie pod­sta­wowe ele­menty: drew­niana szafa, w któ­rej za­pewne trzy­mał wódkę i kie­liszki, zie­lony sejf wiel­ko­ści czło­wieka oraz dwa sztan­dary za­tknięte na sto­jaku w rogu: pol­ski i ra­dziecki. Przed biur­kiem stało tylko jedno krze­sło. Żad­nych ozdób, kwia­tów czy ob­raz­ków.

- Dzień do­bry, pa­no­wie. - Wi­told wy­szcze­rzył zęby na prze­ła­ma­nie lo­dów. Ocze­ki­wał po­dob­nego ge­stu, ale na­po­tkał je­dy­nie chłodny wzrok lu­dzi wy­peł­nia­ją­cych roz­kazy.

- Mie­li­ście się sta­wić nie­zwłocz­nie po przy­jeź­dzie - za­grzmiał tu­balny głos ol­brzyma. My­śli­cie, że mamy aż tyle czasu, żeby cze­kać na każ­dego, kto się na­pa­to­czy?

- Bar­dzo prze­pra­szam, ja... - bąk­nął za­sko­czony Wi­told.

- To was od­de­le­go­wano do sprawy tego me­te­orytu?! - Gru­bas pod­niósł głos, prze­cho­dząc od razu do rze­czy.

Ru­ski żoł­dak na­wet nie drgnął.

- Me­te­orytu? - Wi­told nie mógł ukryć zdzi­wie­nia. - Wła­ści­wie to nie wiemy, czym był obiekt, który spadł do ba­senu por­to­wego. Dla­tego tu­taj je­stem. To wła­śnie mam wy­ja­śnić.

- A nie my­śle­li­ście, że to spadł ka­wa­łek ame­ry­kań­skiej ra­kiety? Bo tak też mó­wią.

- Ro­zu­miem, że dys­po­nu­jemy ja­ki­miś no­wymi in­for­ma­cjami z roz­po­zna­nia?

- Cze­kam jesz­cze na no­tatkę od na­szej brat­niej ar­mii. - Ko­men­dant ner­wowo wzru­szył ra­mio­nami. - Oni to wie­dzą naj­le­piej.

- Po­zwolę so­bie za­uwa­żyć, że ta­kiej cha­rak­te­ry­styki nie ma żadna ra­kieta ani sztuczny sa­te­lita. Są pewne po­do­bień­stwa do sondy księ­ży­co­wej. Ale to z pew­no­ścią nie łuna. Ona po­le­ciała znacz­nie da­lej. Są­dząc z do­stęp­nych opi­sów, to coś zu­peł­nie in­nego.

- Po­zwolę so­bie za­uwa­żyć... - po­wtó­rzył przez zęby ko­men­dant, przy­glą­da­jąc się swoim pa­znok­ciom.

Wi­tek za­czy­nał czuć złość. Dla do­bra sprawy po­sta­no­wił jed­nak za­cho­wy­wać po­zory grzecz­no­ści.

- Mogę usiąść? - po­wie­dział, wska­zu­jąc na krze­sło.

Cień z KGB wresz­cie drgnął i le­d­wie za­uwa­żal­nie ski­nął głową. Te­raz byli z ko­men­dan­tem twa­rzą w twarz. Mi­li­cjant otwo­rzył na­lane usta, uka­zu­jąc po­żół­kłe zęby.

- Z opi­sów? - ode­zwał się. - To wy jesz­cze nie wie­cie, że ci ga­ze­cia­rze sma­rują same ży­dow­skie kłam­stwa?

- Nie ro­zu­miem, o czym pan ko­men­dant mówi. I co do tego wszyst­kiego ma na­ród ży­dow­ski?

- Nie ro­zu­mie­cie? A może z was taki drugi Jó­zef Świa­tło, co? Ży­dek prze­far­bo­wał się na Po­laka i my­ślał, że już mu wszystko wolno! I w par­tii był, i na­wet ja mia­łem to ścierwo nad sobą, bo rzą­dził w mi­ni­ster­stwie bez­pie­czeń­stwa. I jak od­pła­cił par­tii? No? Wie­cie?!

- Chyba nie do końca.

- A wi­dzi­cie! Bo jak chce­cie być w na­szej służ­bie, to trzeba się ide­olo­gicz­nie do­kształ­cić. I wtedy by­ście wie­dzieli, że uciekł na Za­chód. Bo to był szpion! Dla­tego wszyst­kich, co przy­stają z żyd­kami, po­winno się po­za­my­kać!

Wi­tek po­my­ślał, że oto ma przed sobą czło­wieka, który nie tylko uległ an­ty­se­mic­kiej pro­pa­gan­dzie Hi­tlera, ale i trwa w niej do dziś. Prze­cież o to wła­śnie cho­dziło fa­szy­stom. Świat miał my­śleć, że to Ży­dzi byli wszyst­kiemu winni: gdyby nie oni, Hi­tler nie mu­siałby roz­po­czy­nać wojny.

Ra­dziecki służ­bi­sta urzę­dowo mil­czał, świ­dru­jąc Wi­tolda bez­dusz­nym wzro­kiem. Z pew­no­ścią nie był ko­men­dan­tem miej­skim Gdyni, któ­rego za­po­wia­dała ta­bliczka przy drzwiach. Tam­tego pew­nie gdzieś od­pra­wili, żeby przy­pad­kiem nie za­gar­nął im suk­cesu. Trudno w ogóle zro­zu­mieć, co czer­wony woj­skowy miał tu wła­ści­wie do ro­boty. Ta­de­usz wspo­mi­nał w Kra­ko­wie, że w ko­men­dach funk­cjo­nują ofi­ce­ro­wie po­li­tyczni, ale nie mó­wił nic o tym, żeby uczest­ni­czyli w czyn­no­ściach bez­po­śred­nio. Do ich za­dań na­le­żał ra­czej ci­chy nad­zór, pa­ra­fo­wa­nie roz­ka­zów, dys­kretna in­ge­ren­cja w dzia­ła­nia. Mu­sia­łoby zajść coś szcze­gól­nego, coś o bar­dzo wiel­kiej wa­dze, żeby ope­ra­cyj­nie uczest­ni­czyli w do­cho­dze­niu.

Po­li­truk sto­jący w ga­bi­ne­cie miał sto­pień po­rucz­nika. Pod ko­niec wojny Ro­sja­nie za­dbali, żeby ko­goś ta­kiego przy­kleić do pra­wie każ­dej pol­skiej jed­nostki for­mo­wa­nej na Wscho­dzie. I tak też zo­stało też w Pol­skiej Rzecz­po­spo­li­tej Lu­do­wej. Za­zwy­czaj stali w dru­gim albo trze­cim sze­regu, ni­gdy na czele. Ale i tak wszy­scy wie­dzieli, że "po­li­tyczni" zbie­rają in­for­ma­cje do par­tyj­nej cen­trali, a bez ich zgody nie mo­gło pójść do przodu ab­so­lut­nie nic.

- I co wy chce­cie sami zdzia­łać w Gdyni? - za­py­tał kpią­cym to­nem gru­bas. - Nie zna­cie te­renu, nie zna­cie lu­dzi. Ni­czego nie wie­cie. - Za­re­cho­tał.

- A pro­pos: po­trze­buję prze­pu­stek do róż­nych miejsc - wtrą­cił uprzej­mie Wi­told. Po­sta­no­wił nie brać wszyst­kiego do sie­bie. W końcu szefa miał w Kra­ko­wie, więc mógł so­bie po­zwo­lić na dy­stans do tego typa bez po­ni­ża­ją­cej słu­żal­czo­ści.

- Po co? - za­dud­niło py­ta­nie.

- Po­znam lu­dzi, po­znam te­ren. Co­kol­wiek ustalę, roz­py­tam.

- Po­zna te­ren... - wy­mam­ro­tał ko­men­dant, zer­ka­jąc na czer­wo­no­ar­mi­stę z kpią­cym uśmiesz­kiem. Tym ra­zem obaj za­re­cho­tali. - Mu­si­cie za­cze­kać. To trwa. Wie­cie, ro­zu­mie­cie...

- W ta­kim ra­zie nie będę mar­no­wał czasu. Po­pro­szę o akta sprawy do za­po­zna­nia.

Mun­du­rowy na­tych­miast wzmógł czuj­ność.

- Ja­kie akta?! - Nie po­tra­fił ukryć agre­sji.

- Akta tej sprawy - zi­ry­to­wał się Wi­told. - Prze­cież na ko­mi­sa­riat lu­dzie przy­cho­dzą z in­for­ma­cjami. Po­trze­buję ad­re­sów świad­ków. Chcę z nimi po­roz­ma­wiać.

- Z kim? Z tymi pi­ja­kami, co opo­wia­dają ja­kieś tam swoje widy? Wszystko to bzdury, nikt tego na­wet nie no­tuje.

- Czyli nie do­stanę akt?

- Nie ma żad­nych akt - od­parł ko­men­dant przez zęby.

Wi­told za­gryzł wargi. Po chwili wy­du­sił:

- A więc oby­wa­tele przy­cho­dzili i zgła­szali sprawę, ale nikt nie do­peł­niał z nimi for­mal­no­ści... To tro­chę dziwne, nie­praw­daż?

Ko­men­dant z ofi­ce­rem wy­mie­nili szyb­kie spoj­rze­nia. Po­li­cjant nie­spo­dzie­wa­nie przy­brał ła­god­niej­szy wy­raz twa­rzy.

- Idź­cie do ho­telu i spo­koj­nie cze­kaj­cie parę dni na in­for­ma­cję, to­wa­rzy­szu. Na pewno nie ma tu żad­nej "sprawy".

- Kilka dni?! - Wi­tolda aż pod­nio­sło. - Prze­cież mu­szę spi­sać ze­zna­nia, ze­brać do­wody. Nie mam tyle czasu!

Ko­men­dant rap­tow­nie ude­rzył pię­ścią w biurko i po­de­rwał się z miej­sca.

- Czy ja nie mó­wię po pol­sku?! - wy­krzyk­nął.

Wi­told onie­miał. Od lat nie sły­szał ta­kiego tonu pod swoim ad­re­sem. Na­wet w ko­palni. Nie po­tra­fił się jed­nak temu otwar­cie sprze­ci­wić. Prze­łknął ślinę i wy­du­kał ci­cho:

- Tak, oczy­wi­ście.

- Oczy­wi­ście, TO-WA-RZY-SZU!

- Oczy­wi­ście, to­wa­rzy­szu - po­wtó­rzył ugo­do­wym to­nem.

- Mo­że­cie odejść. Roz­mowa za­koń­czona.

Ra­dziecki ofi­cer nie ode­zwał się ani sło­wem. Na­dal tylko słu­chał.

Ja­strzęb­ski wstał, czu­jąc, jak z ner­wów drę­twieją mu nogi, miał na­wet wąt­pli­wo­ści, czy bę­dzie w sta­nie sa­mo­dziel­nie dojść do drzwi. Gdy po­ło­żył doń na klamce, znowu usły­szał tu­balny głos ko­men­danta:

- Stać!

Ze­sztyw­niały, po­woli od­wró­cił głowę, czu­jąc bez­rad­ność skar­co­nego uczniaka.

- Pa­mię­taj­cie, że mu­si­cie za­cze­kać na wszyst­kie prze­pustki. Bez nich nie wej­dzie­cie na­wet do portu. Ta­kie są pro­ce­dury. - Ko­men­dant po­now­nie roz­parł się w fo­telu z przy­kle­jo­nym do twa­rzy uśmiesz­kiem. - A jak się do­wiem, że dzia­ła­cie nie­le­gal­nie, to wy­fru­nie­cie ze służby szyb­ciej, niż do niej tra­fi­li­ście.

Nie pa­trząc w jego stronę, Wi­told szybko przy­tak­nął. Po chwili z ulgą za­mknął drzwi. Ko­ry­tarz pro­wa­dzący na ulicę wy­da­wał się znacz­nie dłuż­szy niż po­przed­nio.

Niebo po­ciem­niało i ze­rwał się silny wiatr. Wi­told ką­tem oka do­strzegł ruch w szo­ferce war­szawy za­par­ko­wa­nej na­prze­ciwko. Ktoś od­krę­cił szybę i wy­rzu­cił pa­pie­rosa. Za­raz po tym za­mru­czał za­pusz­czony sil­nik.

W od­dali mru­gnął pierw­szy błysk. Jesz­cze kwa­drans temu była świetna po­goda, po­my­ślał z dez­apro­batą Ja­strzęb­ski. To nie­do­rzeczne...

Na­tu­rze ten osąd był naj­wy­raź­niej obo­jętny. W ciągu kilku mi­nut roz­pę­tało się praw­dziwe pie­kło. Lało tak, jakby ja­kieś nie­znane siły roz­po­starły nad świa­tem ol­brzymi dursz­lak, przez który prze­cie­kała cała woda zgro­ma­dzona we wszyst­kich za­ka­mar­kach świata. Wi­told do­biegł do ho­telu prze­mo­czony do su­chej nitki.

- Co za czasy - rzu­cił w prze­strzeń, przy­wo­łu­jąc z pa­mięci dziw­nego czło­wieka, który bre­dził coś o nad­cho­dzą­cym desz­czu. - Dzi­siaj na­wet wa­riaci mogą mieć ra­cję!

XI

Ho­tel przy alei Czoł­gi­stów le­żał w nie­wiel­kiej do­li­nie, a wła­ści­wie w na­tu­ral­nej niecce osło­nię­tej nie­wiel­kimi pa­gór­kami od strony lądu i otwar­tej na mo­rze. Woda była na wy­cią­gnię­cie ręki. Wy­star­czyło mi­nąć ja­sny ogród, pójść w dół i ścieżką opa­da­jącą przez kil­ka­dzie­siąt me­trów dać się po­pro­wa­dzić nad sam brzeg. Duży na­pis wy­soko pod da­chem in­for­mo­wał, że Pol­skie Li­nie Oce­aniczne urzą­dziły w tym miej­scu Dom Ma­ry­na­rza.

Wi­told z roz­cza­ro­wa­niem stwier­dził, że ory­gi­nalne piękno bu­dynku znisz­czyła pry­mi­tywna so­cre­ali­styczna nad­bu­dowa. Na dzie­dzińcu stała ko­twica z "Bał­tyku". W cza­sie wojny szwaby po­cięli okręt na złom, tylko tyle z niego zo­stało.

W dro­dze do wej­ścia Wi­told przy­sta­nął, ogar­nia­jąc przy­sa­dzi­ste ko­lumny i mo­rze. Od po­czątku miał prze­czu­cie, że de­cy­zja o przy­ję­ciu tej ro­boty była zbyt po­chopna. Dużo za­szło przez te wszyst­kie lata. Ni­gdy nie zdo­łał po­jąć choćby odro­biny tego dzi­wacz­nego pa­ra­doksu, jak to jest moż­liwe, że garstka lu­dzi w gar­ni­tu­rach po­tra­fiła spo­wo­do­wać, że mi­liony ludz­kich ist­nień szły na śmierć.

Może Ta­dek nie jest już tym sa­mym czło­wie­kiem, któ­remu Wi­tek jako dzie­ciak ufał bez­gra­nicz­nie?

Nie­raz sły­szał też, jak lu­dzie mó­wili, że całe po­ko­le­nie, które do­ra­stało w cza­sie wojny, nie po­trafi już żyć w po­koju. Znało tylko walkę o prze­trwa­nie. Wielu oca­la­łych z obo­zów nie czuło ulgi po wy­zwo­le­niu - żyli, jakby wojna miała za­raz wró­cić.

W holu pa­no­wał gwar. Ciemne drewno na ścia­nach dość do­brze tłu­miło echo, mimo prze­past­nego ho­te­lo­wego wnę­trza. Ja­strzęb­ski z ulgą po­sta­wił wa­lizkę z rze­czami oso­bi­stymi i po­woli zlu­stro­wał oto­cze­nie. Od­bi­cia go­ści su­nęły po pod­ło­dze z czar­nych ka­mien­nych płyt, a głę­bo­kie skó­rzane fo­tele da­wały przy­tulne wy­tchnie­nie stru­dzo­nym po­dróż­ni­kom. Prze­wa­ża­jącą część klien­teli sta­no­wiły osoby ubrane w cha­rak­te­ry­styczne ciemne mun­dury z dwoma rzę­dami gu­zi­ków. Tu i ów­dzie sie­działo paru cy­wili, a na­wet ro­dzina z ma­łymi dziećmi. W po­wie­trzu po­brzmie­wały an­giel­skie i nie­miec­kie zwroty, pa­dało też tro­chę słów po fran­cu­sku.

Za kon­tu­arem stał po­czci­wie wy­glą­da­jący por­tier, bez żad­nych cech szcze­gól­nych, przy­po­mi­nał fry­zjera py­ta­ją­cego mi­mo­cho­dem o różne rze­czy, któ­remu każdy i tak w końcu opo­wie pół swo­jego ży­cia. Już od progu wy­ło­wił i przy­wo­łał Wi­tolda wzro­kiem. Ten pod­szedł i wy­cią­gnął przed sie­bie do­wód oso­bi­sty. Re­cep­cjo­ni­sta wy­ko­nał służ­bowy ukłon, po czym do­ku­ment znik­nął gdzieś za ladą. Po chwili do­biegł stam­tąd stłu­miony głos:

- Na długo u nas go­ścimy sza­now­nego pana? - Star­szy czło­wiek, ni­sko po­chy­lony nad książką go­ści, spraw­nie spi­sy­wał in­for­ma­cje.

- Pro­szę o mel­du­nek naj­da­lej do na­stęp­nego wtorku - od­parł Wi­told. Po chwili za­py­tał jesz­cze: - Czy ma­cie prasę z ostat­nich dni?

Re­cep­cjo­ni­sta, nie od­ry­wa­jąc wzroku znad pa­pie­rów, wska­zał w głąb holu.

- Ko­bieta? - mru­gnął po­ro­zu­mie­waw­czo.

- Nieee - od­parł prze­cią­gle Wi­tek, roz­bro­jony bez­po­śred­nio­ścią py­ta­nia. - Tylko służ­bowe sprawy.

- Aaaa. - Ho­te­larz ro­zu­mie­jąco po­ta­ki­wał głową, tak jakby te­raz wszystko, na­wet naj­drob­niej­sze szcze­góły wi­zyty, stało się cał­ko­wi­cie ja­sne.- Ooooch! - za­wo­łał w pew­nym mo­men­cie z in­to­na­cją godną ohyd­nego prze­kleń­stwa.

Wi­told zaj­rzał za kon­tuar i do­strzegł, że pi­szący zła­mał ołó­wek.

- Pro­szę o cier­pli­wość. - Re­cep­cjo­ni­sta wy­glą­dał na zmie­sza­nego. - To jesz­cze chwilę po­trwa. Za ten czas może ła­skawy pan spraw­dzi, czym dys­po­nu­jemy w ho­telu. Na par­te­rze mamy wielką salę re­stau­ra­cyjną, bi­lar­dową i dan­cin­gową. Tańce od­by­wają się co trzeci wie­czór.

- Dzię­kuję, słabo tań­czę. Pro­szę mnie za­wo­łać, gdy pan skoń­czy. Będę tuż obok.

Wi­told usiadł w jed­nym z prze­past­nych fo­teli i się­gnął po le­żące na sto­jaku ga­zety. Przej­rzał na­główki. Nie­które eg­zem­pla­rze no­siły datę sprzed kil­ku­na­stu dni.

Dru­giego stycz­nia ogło­szono na ła­mach "Wie­czoru Wy­brzeża":

"Wy­strze­lono "Łunę 1" w kie­runku Księ­życa. To wielki suk­ces so­wiec­kiej my­śli tech­nicz­nej i pierw­sza w świece mi­sja na to ciało nie­bie­skie!".

Ósmego stycz­nia:

"De Gaulle'a wy­brano pre­zy­den­tem Fran­cji!".

Szes­na­stego stycz­nia:

"Roz­po­częto pro­duk­cję ra­dziec­kich li­mu­zyn - gaz 13 i czajki".

Jedna ze stron za­wie­rała na­wet pa­sek ko­mik­sowy, co sta­no­wiło przy­jemną od­mianę: Ja­nusz Chri­sta opo­wia­dał hi­sto­ryjkę Kajtka i Koko.

Tak upły­nęło do­brych kilka chwil. Ja­strzęb­ski wyj­rzał zza opar­cia i do­strzegł, że re­cep­cjo­ni­sta prze­rwał pracę nad re­je­stra­cją. Wła­śnie roz­ma­wiał przez te­le­fon i de­li­kat­nie ge­sty­ku­lu­jąc, zer­kał co ja­kiś czas w kie­runku jego fo­tela.

Wi­told z za­cie­ka­wie­niem wró­cił do lek­tury.

Nu­mer z dwu­dzie­stego trze­ciego stycz­nia za­wie­rał tekst, któ­rego szu­kał. Ko­lejny raz po­my­ślał, że to dziwne wi­dzieć ta­kie wie­ści w Pol­sce:

Nasi Czy­tel­nicy, p. Wło­dzi­mierz i Ja­dwiga Płoncz­kier, o godz. 6.05 rano uj­rzeli na nie­bie od strony pół­noc­no­za­chod­niej "la­ta­jący ta­lerz". Za­ob­ser­wo­wany obiekt był du­żych roz­mia­rów i miał kształt koła. Ta­lerz ten był ko­loru po­ma­rań­czo­wego, jego brzegi za­bar­wione były na ró­żowo. Po chwili znik­nął za czło­nem do­mów, nie po­zo­sta­wia­jąc po so­bie żad­nych śla­dów na nie­bie. Chwilę póź­niej inni świad­ko­wie za­ob­ser­wo­wali roz­bi­cie się obiektu w gdyń­skim por­cie2.

Jesz­cze w Kra­ko­wie Ta­de­usz za­zna­czał, że ko­lejne ar­ty­kuły w spra­wie ta­jem­ni­czego obiektu dru­ko­wane są co­dzien­nie i końca tej hi­sto­rii nie wi­dać. Od­kąd po­po­łu­dniówka za­ape­lo­wała do czy­tel­ni­ków, in­for­ma­cje na­pły­wały wart­kim stru­mie­niem, zu­peł­nie jakby lu­dzie tylko cze­kali, aż ktoś ich wy­słu­cha. W na­stęp­nej ga­ze­cie ro­iło się od po­li­tyki, ale in­for­ma­cję nu­mer je­den i tak sta­no­wił tekst o upadku bo­lidu. Na końcu spra­woz­da­nia wid­niały ini­cjały: R. R.

Naj­wy­raź­niej znów działo się coś dziw­nego, nie­po­ko­jąco przy­po­mi­na­ją­cego spek­ta­kle świa­teł, które Ja­strzęb­ski wi­dział, la­ta­jąc nad Niem­cami. Tyle że tym ra­zem cho­dziło o coś znacz­nie wię­cej: po raz pierw­szy bę­dzie można tego cze­goś do­tknąć. Oczy­wi­ście, je­śli to wszystko nie okaże się czy­jąś in­sce­ni­za­cją, bo i tego nie można było wy­klu­czyć. Wi­told do­my­ślał się, że me­dia wiele razy dzia­łały na zle­ce­nie władz i roz­dmu­chi­wały fik­cyjne te­maty, od­wra­ca­jąc uwagę od cze­goś bar­dzo nie­wy­god­nego. Na przy­kład pu­stek w skle­pach.

Na­gle Wi­told wstał jak ra­żony pio­ru­nem. Wcią­gnął płaszcz na plecy i szyb­kim kro­kiem ru­szył do drzwi.

- Sza­nowny pan zmie­nił zda­nie? - Na­lane usta re­cep­cjo­ni­sty roz­chy­liły się w ocze­ki­wa­niu na od­po­wiedź.

- Skądże znowu! Tylko szkoda mi czasu. Mu­szę już wyjść. Póź­niej od­biorę do­wód. Moja wa­lizka stoi obok fo­tela.

- Bę­dzie w do­brych rę­kach, pro­szę być spo­koj­nym! A do­wód mogę już od­dać, bo skoń­czy­łem.

Wi­told pod­szedł do kon­tu­aru. Re­cep­cjo­ni­sta od­dał do­ku­ment i przy­brał kon­spi­ra­cyjny ton:

- Bo wie pan, cza­sem przy­cho­dzą tu pa­no­wie z pa­niami. I to ra­czej nie mąż z żoną - ści­szył głos jesz­cze bar­dziej. - I po­tem scho­dzą z góry po go­dzince, a cza­sem po dwóch. No i wie pan... Mó­wią, że re­zy­gnują.

- Re­zy­gnują?

- No, z noc­legu. Bo niby że plany się zmie­niły. Ro­zu­mie pan...

Wi­tek do­kład­niej zlu­stro­wał twarz re­cep­cjo­ni­sty. Cho­ciaż po­kry­wała ją sia­teczka nie­zli­czo­nych zmarsz­czek, a na gło­wie męż­czy­zna miał sporo si­wych wło­sów, te­raz bu­dził sko­ja­rze­nie je­dy­nie z tar­gową ku­moszką.

- Nie in­te­re­sują mnie plany ob­cych osób - uciął wy­nio­śle te­mat Wi­told. - Nie­długo wrócę. Pro­szę pa­mię­tać o ba­gażu.

Ho­te­larz na­tych­miast spo­waż­niał i wy­re­cy­to­wał, dla od­miany sto­jąc nie­mal na bacz­ność:

- Oczy­wi­ście, pro­szę pana! Bę­dzie tak, jak sza­nowny pan so­bie ży­czy.

2. La­ta­jący ta­lerz nad Gdy­nią?, "Wie­czór Wy­brzeża", 1959 rok, nr 18, s.1.

XII

Gdyń­skie przed­sta­wi­ciel­stwo "Wie­czoru Wy­brzeża" znaj­do­wało się przy ulicy 3 Maja, na par­te­rze "Ban­kowca". Gdy Wi­told do­tarł na miej­sce, aż za­darł głowę: ten bu­dy­nek to ab­so­lutna kla­syka mo­der­ni­zmu!

Mó­wiono nie tylko w Gdyni, że trans­atlan­tyk z ce­gły i ce­mentu, długi jak po­łowa "Ba­to­rego", jest jak okręt na lą­dzie. Rze­czy­wi­ście, pasy okien roz­cią­gnięte wzdłuż ja­snej ele­wa­cji z ka­mien­nych płyt jako żywo przy­po­mi­nały burtę statku. Nad wszyst­kim, ni­czym ka­pi­tań­ski mo­stek, gó­ro­wała pół­okrą­gła wie­życzka - nad­bu­dówka z masz­tem. Bu­dy­nek za­chwy­cał no­wo­cze­sno­ścią i trudno było uwie­rzyć, że po­wstał w mię­dzy­woj­niu. We­wnątrz były windy, schron, a na­wet ga­raże pod­ziemne. W Pol­sce cze­goś ta­kiego nie miał nikt. Te­raz, żach­nął się Wi­told, po­wsta­wały je­dy­nie kosz­marki co­fa­jące ar­chi­tek­turę o całe de­kady. Na­wet Pa­łac Kul­tury, choć im­po­nu­jący, mimo wszystko wznie­siono jako pro­jekt do bólu so­cre­ali­styczny.

Im­po­nu­jąca wi­tryna re­dak­cji wy­cho­dziła na ulicę 10 Lu­tego. Na mu­rze na­prze­ciw wej­ścia bił po oczach wy­ma­lo­wany czer­woną farbą na­pis "Ży­dzi do gazu". Wi­told, cze­ka­jąc, aż kan­ce­listka przy­woła osobę o ini­cja­łach RR, kil­ka­krot­nie prze­czy­tał go mimo woli.

- To o mnie cho­dzi - usły­szał zza ple­ców ko­biecy głos.

Jego spe­cy­ficzny ni­ski tembr krył w so­bie ja­kąś ta­jem­nicę. Zgrabna bru­netka o błysz­czą­cych oczach miała silny uścisk dłoni. Wy­ja­śnia­jąco kiw­nęła pod­bród­kiem w kie­runku na­pisu i wes­tchnęła, nie prze­sta­jąc trzy­mać dłoni Wi­tolda. Do­tyk jej skóry w ja­kiś nie­wy­tłu­ma­czalny spo­sób elek­try­zo­wał.

- Nie ro­zu­miem, jak po woj­nie można na­dal gło­sić coś ta­kiego - rze­kła, za­glą­da­jąc męż­czyź­nie pro­sto w twarz, tak jakby chciała spraw­dzić re­ak­cję na swoje słowa. Le­ciutko pod­krą­żone oczy ko­biety do­da­wały jej in­te­lek­tu­al­nego uroku i zdra­dzały dłu­gie wie­czory spę­dzone nad pa­pie­rami.

- Wy­gląda na to, że trzy mi­liony ofiar to dla nie­któ­rych wciąż zbyt mało. - Wi­told po­ki­wał głową. - A więc dzień do­bry pani. Chciał­bym po­roz­ma­wiać.

- Dzień do­bry. - Uśmiech­nęła się.

Mu­siała być kilka lat przed czter­dziestką. Biły od niej nie­wy­mu­szona ele­gan­cja i pew­ność sie­bie. Sty­lem przy­po­mi­nała Eu­ro­pejki z du­żych miast. Wi­told mi­jał cza­sem ta­kie ko­biety na lon­dyń­skich uli­cach: szy­kowne, dumne i pięk­nie pach­nące. Miała lekko za­krę­cone czarne włosy się­ga­jące tro­chę po­ni­żej ra­mion, bor­dową ka­mi­zelkę i ciem­no­gra­na­tową spód­nicę do ko­lan, która opi­nała szczel­nie jej pod­brzu­sze i lekko roz­py­cha­jące się bio­dra.

Na­tych­miast po­wró­ciło po­czu­cie kon­tra­stu, któ­rego Wi­tek do­świad­czył po po­wro­cie z An­glii. Przed wojną lu­dzie ubie­rali się po­dob­nie, jak cały tak zwany Wielki Świat. Te­raz zaś na ulicy nie dało się od­róż­nić ko­biety od sza­rego worka kar­to­fli. Bluzki za­pięte pod szyję, sze­ro­kie spód­nice, bez­kształtne fu­tra. Z cza­sem przy­wykł do by­le­ja­ko­ści, prze­stał ją do­strze­gać.

- Szu­kam osoby pod­pi­su­ją­cej tek­sty ini­cja­łami "R.R.".

- Po­now­nie cho­dzi o mnie. Ra­chela Ro­zen­berg. Kie­row­nik od­działu "Wie­czoru".

- Wi­told Ja­strzęb­ski. Chcę po­roz­ma­wiać o pani ar­ty­ku­łach. Je­stem z mi­li­cji.

Ko­bieta mo­men­tal­nie wy­co­fała dłoń. Na chwilę za­sty­gła z roz­chy­lo­nymi ustami, jakby chciała o coś za­py­tać.

Re­dak­torka zwró­ciła się do dziew­czyny sie­dzą­cej za kon­tu­arem:

- Helu, zo­staw nas sa­mych, pro­szę.

Ta bez słowa ubrała kurtkę i wy­szła na pa­pie­rosa. Ci­sza nie trwała zbyt długo.

- Nie pi­szę ni­czego, co pod­pa­da­łoby pod cen­zurę - ode­zwała się Ra­chela.

- Nie o to cho­dzi, pro­szę pani.

- Zro­bi­łam - upie­rała się - do­kład­nie tak, jak ka­zała cen­trala. Opu­bli­ko­wa­łam całe dwie szpalty o doj­ściu do wła­dzy to­wa­rzy­sza Ca­stro i re­wo­lu­cji na Ku­bie. Zresztą już kil­ka­na­ście dni temu.

- Nic mnie nie ob­cho­dzi ja­kiś Ca­stro.

Dziew­czyną wstrzą­snął dreszcz, jakby do­stała w twarz.

- Jak to? - wy­ją­kała z mie­sza­niną lęku i za­sko­cze­nia.

- Nie zro­biła pani ni­czego złego - od­parł. Czuł się rów­nie za­sko­czony jak ona. Nie po­trze­bo­wał wzbu­dzać stra­chu. A tym bar­dziej w pięk­nej ko­bie­cie. Prze­łknął ślinę i po­sta­rał się o cie­plej­szą barwę głosu: - Zbie­ram in­for­ma­cje o świa­tłach nad por­tem.

Ra­chela wy­raź­nie ode­tchnęła. Na­chy­liła głowę i prze­szła do szeptu:

- Wo­bec tego nie tu­taj. Pójdźmy w spo­koj­niej­sze miej­sce.

- Dla­czego?

Ko­bieta ro­zej­rzała się, jakby fak­tycz­nie obok stał tłum lu­dzi i uważ­nie słu­chał każ­dego słowa.

- Nie chcę, żeby wzięli mnie za wa­riatkę - wy­ja­śniła krótko.

Wi­told po­czuł mro­wie­nie.

- Z tego wy­nika, że wie pani wię­cej, niż pi­sze - pod­su­mo­wał. Lu­bił ta­kie pu­enty. Kon­kretne i mak­sy­mal­nie trafne. A na­wet je­śli nie, to tak mocno i de­fi­ni­tyw­nie szu­flad­ku­jące, że pro­wo­ko­wały do za­prze­czeń i od­sło­nię­cia prawdy. Tak czy siak, miały swoją uży­tecz­ność.

- To zbyt po­chopny wnio­sek - od­parła ko­bieta.

- Chodźmy więc gdzieś. Pani wy­biera, bo ja nie do końca wiem, gdzie są od­po­wied­nie lo­kale. Od­po­wied­nie dla pani, oczy­wi­ście - do­dał, tak­su­jąc ją wzro­kiem.

- Jak to? To pan nie jest stąd? - Spoj­rzała prze­ni­kli­wie.

- Z Kra­kowa.

- Ach! Więc mam do­bre prze­czu­cia co do tego spo­tka­nia. Znam ko­goś stam­tąd i to świetny czło­wiek. - Wło­żyła długi ja­sny płaszcz i ścią­gnęła z blatu to­rebkę, którą prze­wie­siła przez ra­mię. Była pro­sta i czy­sta, wła­ści­wie ele­gancka. Pa­so­wała do wła­ści­cielki. Na­raz ko­bieta sta­nęła i zła­pała Wi­tolda za rękę. - Se­kundkę... Czy chce mi pan za­bro­nić o tym pi­sać? To by­łoby fa­talne w skut­kach. Ga­zeta te­raz idzie jak woda!

- Ależ skąd... - prych­nął Wi­told.

Wzrok dzien­ni­karki zdra­dzał za­nie­po­ko­je­nie. Cof­nęła dłoń.

- I tak z tym nic nie zro­bię, trudno. Chodźmy do Café Cy­ga­ne­ria. To obok, też w "Ban­kowcu".

- Cy­ga­ne­ria?

- At­mos­fera od­po­wiada na­zwie.

- Ar­ty­ści?

- Głów­nie. Ma­la­rze, dzien­ni­ka­rze, po­eci. Ale nie o tej po­rze. Klien­tela o tej po­rze składa się ra­czej z pra­cu­siów.

- Ta­kich jak pani?

Nie od­po­wie­działa. W drzwiach rzu­ciła se­kre­tarce po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie i ru­szyła, nie cze­ka­jąc na mi­li­cjanta.

Ka­wiar­nia rze­czy­wi­ście była bar­dzo bli­sko, do­słow­nie o parę kro­ków. Ja­strzęb­ski na­wet nie zdą­żył za­piąć płasz­cza. W oknach lo­kalu za­mon­to­wano de­li­katne kraty. Miały co chro­nić, bo prze­szkle­nia się­gały od bruku do sa­mego su­fitu. Wi­tek nie mógł so­bie przy­po­mnieć, by wcze­śniej wi­dział gdzieś tak no­wo­cze­sne roz­wią­za­nie.

Za­nim jego wzrok po­wę­dro­wał do wnę­trza, na­po­tkał pierw­szy plan: w wi­try­nach lśniły wie­lo­ko­lo­rowe ob­razy. Stały na sto­ja­kach. Nie­które z nich na­ma­lo­wano w stylu, któ­rego Wi­tek nie po­tra­fił zi­den­ty­fi­ko­wać. Przy­po­mi­nały ob­razki spo­rzą­dzone dzie­cięcą ręką i z po­mocą ta­kiej sa­mej nie­win­nej wy­obraźni. Inne wy­glą­dały zu­peł­nie kla­sycz­nie, a ich war­tość le­żała za­pewne w jak naj­wier­niej­szym od­wzo­ro­wa­niu lu­dzi i kra­jo­bra­zów.

Go­ści wi­tały ozdobne ry­bac­kie sieci zwi­sa­jące nad we­wnętrzną stroną drzwi. Sta­nął pod nimi i za­darł­szy je, prze­pu­ścił re­dak­torkę przo­dem. Wnę­trze za­ska­ki­wało do­brym gu­stem. Sofy, kilka miejsc obia­do­wych z krze­słami, sto­no­wane ob­rusy i sporo drewna, a dla kon­tra­stu odro­bina nie­za­kry­tego be­tonu i ozdob­nych ce­gieł.

- Jest tak, jak pani obie­cała: zu­peł­nie spo­koj­nie. Za­le­d­wie parę osób.

- Mó­wi­łam prze­cież.

- Pro­szę po­zwo­lić so­bie po­móc z płasz­czem.

- Dzię­kuję, po­ra­dzę so­bie sama.

Pod­łogi były wy­ło­żone gor­se­ci­kami. Wi­told wi­dział je po raz pierw­szy. Nic dziw­nego, bo czy­tał, że ta no­wość z Ho­lan­dii sta­no­wiła ostatni krzyk mody spo­ty­kany je­dy­nie w War­sza­wie i w Gdyni. Małe te­ra­ko­towe płytki rze­czy­wi­ście przy­po­mi­nały część dam­skiej bie­li­zny - za­okrą­glone u góry i dołu, a wklę­słe po­środku nie mo­gły ko­ja­rzyć się z ni­czym in­nym.

Mimo róż­no­rod­no­ści wszyst­kie ele­menty wnę­trza ja­kimś cu­dem do sie­bie pa­so­wały, na­wet kilka wi­traży i ol­brzymi czarny słup no­śny, sto­jący nie­mal w sa­mym środku po­miesz­cze­nia.

Usie­dli przy naj­bliż­szym wol­nym sto­liku.

Ra­chela do­stała czarną kawę, o którą zna­jomy kel­ner za­py­tał, je­dy­nie uno­sząc brwi. Ko­bieta tylko ski­nęła, co naj­wy­raź­niej mu­siało być jej sta­łym ry­tu­ałem. Wi­dać było, że lubi to ci­che po­ro­zu­mie­nie.

Wi­told prze­glą­dał menu bez więk­szej uwagi. Li­sta dań była krótka. To naj­czę­ściej ozna­czało, że były za­wsze świeże. Po­pro­sił o to samo. Gdy kel­ner od­szedł, Wi­told się­gnął do we­wnętrz­nej kie­szeni i wy­cią­gnął pier­siówkę. Odro­bina wódki spły­nęła do czar­nego na­paru.

Z ra­dia są­czyła się na­stro­jowa me­lo­dia.

- Skądś znam tę pio­senkę... - za­gaił.

- To Sława Przy­byl­ska. Pa­mię­tasz, była je­sień. Wszy­scy to znają!

Rze­czy­wi­ście. Po wstę­pie wy­peł­nio­nym me­lo­dią smycz­ków po­pły­nęły słowa, które z pew­no­ścią gdzieś już sły­szał.

- No do­brze - za­czął z nie­wy­raź­nym wzro­kiem, jakby wła­śnie się ock­nął. - W ta­kim ra­zie pro­szę opo­wie­dzieć, co pani wie o świa­tłach nad por­tem.

- My­ślę, że tyle samo, co wszy­scy. Ni­czego nie ukry­łam. Wszystko jest w ar­ty­ku­łach. Zresztą po­zo­stałe re­dak­cje opi­sały do­kład­nie te same fakty. Czy coś jest nie tak?

- Rze­czy­wi­ście, z po­wodu liczby pu­bli­ka­cji od­nio­słem wra­że­nie, jakby obiekt wi­działo całe mia­sto. Wszyst­kie ar­ty­kuły, które czy­ta­łem, były w za­sa­dzie zgodne.

- W za­sa­dzie?

- Może tylko je­den szcze­gół...

- Nie ro­zu­miem... - W gło­sie re­dak­torki znów po­ja­wiło się na­pię­cie.

- Jest jedno mał­żeń­stwo świad­ków. Raz na­zy­wani są pań­stwem "Pon­cze", in­nym ra­zem pań­stwem "Płoncz­kier". To tro­chę dziwne.

- Nie­spe­cjal­nie. - Ko­bieta mach­nęła ręką. - Dziś już nie ma praw­dzi­wych dzien­ni­ka­rzy. Te­raz, jak to mó­wią, "co nie do­sły­szał, to wy­my­śli".

Wi­told po­chy­lił się i lekko zmarsz­czył czoło.

- Może to pani do­pre­cy­zo­wać? - spy­tał.

- Stare po­ko­le­nie już wy­marło albo zo­stało wy­bite na woj­nie. Ewen­tu­al­nie sie­dzi na emi­gra­cji. A nowe jesz­cze się nie wy­kształ­ciło. Zresztą nie wiem, czy w ogóle się wy­kształci, bo niby kto miałby uczyć za­wodu mło­dych? A ci, któ­rzy te­raz pra­cują w ga­ze­tach, to, no cóż...

- Chce pani po­wie­dzieć, że to zwy­kły błąd osoby, która no­to­wała in­for­ma­cje?

- "Pani"? A nie "to­wa­rzyszko"?

Męż­czy­zna umilkł za­sko­czony.

Prze­cież to on miał za­da­wać py­ta­nia. Tym­cza­sem po­znana za­le­d­wie chwilę temu dziew­czyna wo­dzi go za nos i bawi się roz­mową, z każdą mi­nutą skra­ca­jąc dy­stans. Brak re­spektu u po­ten­cjal­nej in­for­ma­torki tylko utwier­dzał Wi­tolda w prze­ko­na­niu, że nie zo­stał stwo­rzony do za­wodu gliny. Tu po­trzebna była zu­peł­nie inna wraż­li­wość.

Po­grze­bał w kie­szeni i wy­cią­gnął cha­rak­te­ry­styczną paczkę lucky strike'ów z wiel­kim czer­wo­nym ko­łem i po­ło­żył przed sobą. Przez twarz dzien­ni­karki prze­biegł dreszcz zdzi­wie­nia. Wy­glą­dała na zbitą z tropu.

Wi­told za­uwa­żył jej wzrok i wy­ja­śnił:

- La­ta­łem w RAF-ie. Ja­koś nie zdą­ży­łem na­siąk­nąć.

- Na­siąk­nąć?

Ko­bieta zręcz­nie prze­sko­czyła te­mat wojny, tak jakby co­dzien­nie spo­ty­kała zde­mo­bi­li­zo­wa­nych pi­lo­tów za­chod­nich my­śliw­ców, i parła na­przód. Mi­li­cjant miał co­raz więk­sze po­czu­cie, jakby to Ra­chela pro­wa­dziła prze­słu­cha­nie. Mimo to po­sta­wił na szcze­rość, li­cząc w du­chu, że jego roz­mów­czyni od­po­wie tym sa­mym:

- Wszel­kie ma­sowe ru­chy nie są dla mnie. Źle się czuję w zbio­ro­wym my­śle­niu.

- Czyli par­tyj­nym? Bar­dzo nie­bez­pieczne tak mó­wić w obec­nych cza­sach.

Wi­told zmie­rzył ją wzro­kiem z uwagą, ale bez lęku. Wy­pu­ścił dym i py­ta­jąco za­darł brwi.

- Za­de­nun­cjuje mnie pani?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRO­LOG

Gdy­nia, 21 stycz­nia 1959, wcze­sny ra­nek

Da­leko na fir­ma­men­cie za­iskrzył bla­do­ró­żowy punkt. Gdyby nie ko­lor, wy­glą­dałby jak gwiazda. Sta­tek "Ja­ro­sław Dą­brow­ski" za­ko­ły­sał się ni­czym wy­bu­dzony z nie­spo­koj­nego snu, gdy ta­flę ba­senu por­to­wego marsz­czyły ga­snące bu­rzowe prądy.

Do­ker Jan Blok uniósł ku­bek z gorzką her­batą. Oparty o nad­bu­dówkę, mach­nął do lu­dzi krzą­ta­ją­cych się na po­kła­dzie i upił odro­binę na­paru. Łuna za­pałki roz­ja­śniła ciem­ność. Męż­czy­zna wcią­gnął do płuc gry­zący dym z kiep­skiego ty­to­niu i po­dra­pał kciu­kiem kil­ku­dniowy za­rost. Po­tarł o sie­bie ręce. Mróz o tej po­rze trzy­mał jesz­cze mocno, zu­peł­nie jak w nocy.

Do­ker spraw­dził już wszystko, nic nie zo­stało do ro­boty. Ru­szył z ulgą do cie­płej ka­juty, gdy niebo prze­szył dziwny szmer. Z po­czątku nie­wy­raźny, szybko na­ra­stał, aż stał się gło­śnym gwiz­dem, co­raz trud­niej­szym do znie­sie­nia. Jan za­marł, zu­peł­nie jak wtedy, gdy pierw­szy raz usły­szał wy­cie nur­ku­ją­cych Jun­ker­sów. Prze­niósł wzrok nad mo­stek ka­pi­tań­ski, a po­tem wy­żej, na niebo. Ja­śnie­jące świa­tło, ni­czym roz­ża­rzony me­tal z pieca hut­ni­czego, cią­gnęło war­kocz wście­kłej czer­wieni. Do­piero po chwili męż­czy­zna zro­zu­miał, że kula ognia leci wprost na niego.

Dłoń bez­wied­nie roz­luź­niła chwyt i ku­bek upadł wprost na stopę. Obły, kil­ku­me­trowy kształt nad­cią­gał ze zgrzy­tem pra­so­wa­nego że­laza. Jan sły­szał po­dobny dźwięk pod­czas wojny, gdy czołg na­tarł na sa­mo­chód. Na wspo­mnie­nie krzy­ków do­bie­ga­ją­cych z wnę­trza miaż­dżo­nego auta od­czuł nie­mal fi­zyczny ból.

Do­ker miał jesz­cze trzy, może cztery se­kundy. Kom­plet­nie stra­cił orien­ta­cję, stał jak spa­ra­li­żo­wany. Ośle­pia­jąca ja­sność ka­zała za­ci­skać po­wieki. Już za późno, już nic nie można zro­bić. Prze­żył oku­pa­cję tylko po to, żeby przy­pad­kowo zgi­nąć w cy­wilu. Z prze­ra­że­niem padł tuż przy bur­cie.

W jed­nym mo­men­cie ci­szę wy­peł­nił ogromny huk. Za­miast ude­rze­nia męż­czy­zna po­czuł lo­do­waty po­dmuch. Po­kład za­dy­go­tał jak pod­czas nie­daw­nej bu­rzy. Po­tem znowu na­stała ci­sza. Kro­pelki wody długo jesz­cze opa­dały wo­kół drobną, pa­ru­jącą mżawką.

Do­ker otwo­rzył oczy. Kilku męż­czyzn na dzio­bie wska­zy­wało na ta­flę mo­rza. Ktoś krzyk­nął gło­sem bli­skim hi­ste­rii:

- Co to jest? Co to? Niech ktoś dzwoni na mi­li­cję!

Blok wstał z ko­lan, z tru­dem opa­no­wu­jąc drże­nie. Po­czuł silne za­wroty głowy. Szybko, ma­łymi por­cjami pró­bo­wał ła­pać po­wie­trze. Nogi miał jak z waty. Po­woli pod­szedł do re­lingu i zwy­mio­to­wał za burtę. Prze­ra­żony do­strzegł, jak dwa­dzie­ścia me­trów przed dzio­bem statku wrząca woda z sy­kiem po­chła­nia roz­ża­rzoną kulę.

Para gę­sta ni­czym fa­bryczny dym krze­pła jesz­cze przez kwa­drans, jakby na prze­kór lo­do­wa­tym po­ry­wom wia­tru, które już dawno po­winny ją roz­go­nić.