IV
Tadeusz Halt spuścił wzrok i pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Wiedziałem, że odmówisz wejścia do służby - odezwał się. - Milicja w tym kraju nie ma dobrej reputacji...
- Milicja w tym kraju służy przede wszystkim do utrzymywania opresyjnego systemu politycznego, a nie do ścigania przestępców - odparł zdecydowanie Jastrzębski. - Na widok radiowozu zamiast czuć się bezpieczniej, mam palpitacje.
- Prosiłem cię jako przyjaciel, a nie jako komendant.
Witold skinął potakująco, jakby chciał wyrazić zrozumienie.
- Mówiłem, że zaprzedałem duszę. Ale to nie do końca prawda - wydusił Tadeusz.
- Jak mam to rozumieć?
- Ten cyrograf nie jest podpisany zupełnie prawdziwym atramentem. Ani tym bardziej moją krwią.
- Co takiego?
- Zbyt mocno ją sobie cenię!
- I to mówi funkcjonariusz reżimu?! - Witek odruchowo się rozejrzał, ale nikogo w pobliżu nie zauważył.
W trakcie wojny szpiegami często były sekretarki i sprzątaczki. Teraz rzecz bardzo spowszedniała. Kapusia można było spotkać w sklepowej kolejce albo tuż za płotem.
- To mówi twój przyjaciel - skapitulował Tadek. - Odprowadź mnie kawałek. Powinno wystarczyć na kilka zdań wyjaśnienia. Jestem ci to winien.
Witek skinął głową i ruszyli. Powiało chłodem. Witek odruchowo chciał zatrzeć ręce. W ostatnim momencie wsunął poczerwieniałą dłoń pod pachę.
- Nie masz ręki... - zauważył ze współczuciem Tadeusz.
- Dłoni - poprawił go Jastrzębski.
- Przepraszam. - W głosie Tadeusza pobrzmiewało lekkie zmieszanie. - Czy wiesz, dlaczego tu trafiłeś?
- Z nakazu, mówiłem ci.
- I nie zastanowiło cię, dlaczego pilot z twoimi umiejętnościami nie został wykorzystany w swoim fachu?
- Na początku czułem żal. Ale słyszałem, co robili z takimi, którzy zadawali zbyt wiele pytań... Z czasem się z tym pogodziłem. To mógł być przypadek.
- Żaden przypadek. Wracałeś z Zachodu, więc z automatu sklasyfikowali cię jako element potencjalnie wrogi i skierowali do pracy niemającej znaczenia, marginalnej, a nawet potencjalnie szkodliwej.
- Ale dlaczego?! - Witold niemal krzyknął. - Za Polskę byłem gotów oddać życie. Przecież wiedzieli o tym, bo opisałem szczerze cały przebieg służby. To musiał być przypadek!
- Sam siebie oszukujesz. Uwierz mi, tutaj nie ma przypadków - oznajmił złowrogo Tadek.
- Ja pierdolę, kurwa mać! - wybuchł Witek. - Chcesz powiedzieć, że tkwię tu wyłącznie dlatego, że jakiś jełop celowo przydzielił mi kopalnię w nagrodę za ryzykowanie życia? - Wyciągnął z kieszeni papierosa i zapalił.
Komendant zerknął na to i pokiwał głową:
- Lucky strike, co? A jednak jest w tobie iskra z tamtych czasów!
Witold zignorował tę uwagę. Nie miał ochoty na sentymentalną dyskusję o "tamtych czasach". Jego oczy spoglądały w dal.
- Są z przemytu. Wsadzisz mnie?
Komendant nie odpowiedział. Przez dłuższy czas milczał, jakby pozwalał koledze przetrawić trudne wiadomości. W końcu zmienił temat.
- Ciężko jest w tej pracy? Fedrujesz?
- Praca jak praca. Marginalna i bez znaczenia - odparł obojętnie Witek.
- Nie to chciałem powiedzieć.
- Daj spokój, przecież wiem! I nie kopię. Dzięki kalectwu pozostałem na powierzchni. Siedzę przy windzie i mam święty spokój.
- Rozumiem. Zasymilowałeś się?
- Płacą kiepsko, ale ludzie są sympatyczni i nie gadają o wojnie. A jeśli chodzi o kraj... Rozczarowuje toporną propagandą i pustymi hasłami. Dlatego dałem sobie wolne od idei. Niczego przecież nie zmienię. I gdybyś pytał, nie mam zamiaru zostawać męczennikiem. Nie po tym, co już przeszedłem. Zresztą sytuacja staje się coraz gorsza, a odpowiadają za to jak zwykle politycy. Co rano włączam radio i nasłuchuję, czy już nie wybuchła wojna! - Witek gniewnie wydmuchał chmurę dymu. - A ty? Co o tym myślisz? Ach, wiem: jesteś z nimi, więc wszystko popierasz!
- Oni straszą nas, bo my straszymy ich. Nazywają to doktryną Trumana. Politycy wiedzą, jak skończy się wojna atomowa.
- No to mnie uspokoiłeś - burknął Jastrzębski. - Ta cała milicja w ogóle mi do ciebie nie pasuje. Wyłączenie krytycznego myślenia nie leży w twoim charakterze. Więc o co tak naprawdę chodzi?
Tadek tylko się uśmiechnął.
- Podobno Napoleona, zwanego Bogiem Wojny, przez całe życie rozrywały sprzeczności - rzekł po chwili - szczerze nienawidził rzemiosła, które dało mu władzę i uczyniło sławnym. Tak naprawdę chciał jedynie zaprowadzić społeczny porządek i zwykłą sprawiedliwość. Ciągle jednak znajdowali się tacy, którzy mieli interes, by stanąć mu na przeszkodzie. Sformował więc armię, która miała być narzędziem zaprowadzenia pokoju. I osiągnął najwyższą biegłość w sztuce wojny, czyli w posługiwaniu się tym narzędziem. Działał wyłącznie z takiej pobudki, by ów pokój ziścił się jak najszybciej. Wojny prowadził tylko z konieczności. Nie zamierzał robić tego dłużej, niż potrzeba. "Wojna jest najgorszym rozwiązaniem najtrudniejszych spraw". To jego słowa.
Witold za bardzo buzował od emocji, by to skomentować. Znów głęboko zaciągnął się papierosem, a potem długo wypuszczał białawą strużkę dymu.
- To co to za robota?
Halt wyprężył pierś na baczność i przybrał służbowy ton:
- Niebezpieczna, ma się rozumieć!
Mężczyźni zaśmiali się, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia. Witek niemal wbrew sobie poczuł przyjemne ciepło. Pewne gesty wracają po latach zupełnie niezmienione, bez cienia wątpliwości, że są prawdziwe. Takie same szelmowskie uśmiechy mieli wtedy, gdy po raz pierwszy poszli razem na wódkę do knajpy na Starym Mieście i ledwie wrócili do swoich domów.
Napięcie trochę zelżało. Komendant natychmiast poszedł za ciosem:
- Pewnie ciekawi cię, czego dotyczy śledztwo?
- Ani trochę - bąknął Witold.
- Chodzi o dziwne światła na niebie, które pojawiły się w Gdyni - wypalił Tadek. - Coś, co je emitowało, wpadło do wody. I to nie było lądowanie. To była katastrofa.
- Katastrofy się zdarzają.
- Wyobraź sobie, że wszystko wydarzyło się na oczach setek, a może i tysięcy ludzi. W dodatku właściwie w środku dużego miasta.
- A więc było widowisko.
- Problem w tym, że nie ma po tym nawet najmniejszego śladu.
- To, co mówisz, jest bez sensu. Kpisz czy o drogę pytasz?
- Moim zdaniem w tym konkretnym przypadku zachodzą wszelkie podobieństwa do zjawiska foo fighter.
Po tych słowach dawny pilot drgnął, jakby nagle zbudził się z głębokiego snu. Gwałtownie zaciągnął się papierosem i strzepnął nieistniejący popiół.
Tadeusz uśmiechnął się z satysfakcją i ciągnął:
- Nie mogę sobie inaczej tego wytłumaczyć. Po nich też nie zostawał najmniejszy trop. Tylko że tym razem może być inaczej. Powinno cię to zainteresować. Widziałeś je przecież w czasie wojny.
Witek poczuł, jakby cały bagaż wojennych wspomnień powrócił w tej właśnie chwili.
- Skąd o tym wiesz? - spytał zaintrygowany. - O tym, że je widziałem?
- Czytałem twoje akta osobowe - padła szybka odpowiedź.
- Masz moje akta?!
Tadek wzruszył ramionami i kontynuował opowieść, tak jakby posiadanie akt Witka było nic nieznaczącym detalem w wielkiej układance, którą tworzył w wyobraźni.
- Wjeżdżając do kraju, wypełniałeś formularz - wyjaśnił. - Wskazując na nietypowe doświadczenia wojenne, napisałeś właśnie te dwa słowa: foooo fighter - powtórzył, bardzo przeciągając pierwszą samogłoskę. - Gamonie mający zweryfikować twoją przydatność dla ojczyzny nawet nie zadali sobie trudu, żeby sprawdzić, o co w ogóle chodzi. Pewnie myśleli, że popisujesz się angielszczyzną, a to nie wszystkim się podoba. Zwłaszcza zakompleksionej klasie robotniczo-chłopskiej, świeżo awansowanej na urzędników. Ze wszystkich lotników powracających z Zachodu wyłącznie ty o tym napisałeś. Nie ma drugiej podobnej teczki w Polsce.
Witold energicznie rzucił kiepa na śnieg. Długo przydeptywał niedopałek gumiakiem, jakby zamierzał zetrzeć tytoń na proch.
- Ogniste kule - wydusił w końcu. - Często śmigały koło naszych maszyn w czasie nalotów nad Niemcami. Do teraz mam o nich sny...
- Czyli pamiętasz je dość dobrze? - Tadeusz wyraźnie się ożywił.
- Tego nie można zapomnieć.
- Opisz mi jakieś szczegóły. Nie jestem z tym zbytnio oswojony.
- Nie przypominają niczego znanego. Brakuje mi odpowiedniego porównania. - Witold ciężko westchnął.
- W takim razie powiedz mi cokolwiek.
- Po raz pierwszy spotkałem je w czterdziestym trzecim. Leciałem nad Hamburg z eskadrą mustangów, eskortowaliśmy wtedy lancastery. Chcieliśmy odpłacić Niemcom za Warszawę. Na dół poszły tysiące bomb zapalających. Pisaliśmy na ładunkach różne rzeczy, typu: "Gorące pozdrowienia dla Hitlera", i tak dalej. Gdy wybuchały, pomiędzy domami powstawały ogniowe tornada. Ludzie grzęźli w roztopionym asfalcie...
- To straszne.
- Wiem. Nawet w samym Londynie byli przeciwnicy nalotów dywanowych. Wierz mi, efekt takiego zrzutu to morze ognia!
- I nie puszczały wam nerwy?
- Za pierwszym razem, gdy nadlecieliśmy nad cel i bombardier miał zwolnić ładunek, ręce mu tak dygotały, że zrzut musiał wykonać strzelec. I tak doszedł do siebie dopiero podczas powrotu. My zresztą też. Wiedzieliśmy, że najgorsze za nami. Nawigator o czymś zażartował, ktoś inny wybuchł histerycznym śmiechem. Nagle, jakieś osiemdziesiąt mil od lotniska, wokół nas wyrosło znikąd kilkanaście świateł. Z bliska wyglądały jak metaliczne, spłaszczone kule, lekko chwiejące się w locie. Leciały tuż obok, może kilkadziesiąt metrów od końcówek naszych skrzydeł. Wszystkie z identyczną prędkością. Nie miałem wątpliwości, że ktoś nimi sterował.
- Co masz na myśli?
- Na przykład to, że leciały w formacji. Czasem nawet wyglądało to na zabawę. Reagowały na nasze manewry, ale nie wchodziły w konfrontację. Nawet kiedy strzelaliśmy.
- Strzelaliście?
- Tak. Gdy podeszły zbyt blisko, nie widzieliśmy innego wyjścia. Ale nie odpowiedziały ogniem. No i czasem skręcały pod kątem dziewięćdziesięciu stopni.
- Witek, to chyba niemożliwe?
- W tym właśnie rzecz. Byliśmy przerażeni, bo żadna maszyna tego nie potrafi. Takiego manewru nie zrobisz nawet na ziemi, jadąc rowerem.
- Zdumiewające, przyznaję. Z tego wynika, że dobrze się im przyjrzałeś.
- Trwało to przeszło godzinę. Sądzę, że tak. Przede wszystkim nie miały skrzydeł.
- Więc jak to możliwe, że leciały? Może to były rakiety?
- Rakieta ma chociaż stateczniki. No i ryczy, zostawiając smugę gazu. A te obiekty nie wydawały żadnego dźwięku. Największe miały wielkość dwóch tarcz księżyca, niektóre opalizowały.
- Czyli?
- Miały coś jakby poświatę zmieniającą barwy. Przypominały rozżarzony metal wyciągnięty z pieca.
- I ani razu nie zaatakowały?
- To jest właśnie najdziwniejsze. Naprawdę myśleliśmy, że już po nas. Miały nas na widelcu, nie mogliśmy nawet dobrze wycelować z broni pokładowej. To nie byłoby polowanie, a egzekucja. I w końcu, bez żadnej przyczyny, wszystkie odleciały z ogromną prędkością.
- Tak jak rakiety? - drążył Halt. - W końcu Niemcy mieli myśliwce z takim napędem. Me 163, o ile dobrze pamiętam.
- Skoro nie wierzysz w to, co mówię, to po jaką cholerę mamisz mnie tą całą historią z Gdyni? - Witold spojrzał na niego z nerwowym dystansem. - Przecież wiedzieliśmy o rakietowych messerschmittach, bo brytyjski wywiad doskonale działał. Tylko że foo fighter osiągało znacznie większe prędkości. Poza tym radary nigdy tego nie wykryły!
- Wybacz, ale muszę mieć pewność, czy opowiadacz nie dorobił sobie legendy. - Tadek z zakłopotaniem spuścił wzrok. - To taki nawyk z pracy. Chociaż dziwnie stosować technikę śledczą wobec kogoś, komu bezgranicznie ufam.
- Jak miło - mruknął Witold, zastanawiając się, dlaczego tak łatwo pozwala Tadkowi się rozbroić.
- Spotkałeś to tylko raz?
- Ja? Kilka. Ale wiem, że chłopcy widywali światła dziesiątkami.
- Dziesiątkami? Doprawdy nie zdołam pojąć, że brytyjskie dowództwo potrafiło to ignorować! A ty? Nie byłeś ciekaw, z czym masz do czynienia?
Witek znów zmierzył przyjaciela wzrokiem.
- Byłem i to jeszcze jak! Wszyscy chcieliśmy wiedzieć. To było coś realnego, żadne wymysły. Załogi zawsze działały fachowo. Nawet jeśli rozmowa w kantynie zeszła na temat świateł, nikt nie spekulował, czym mogłyby być. Składane raporty opisywały sytuację sucho, bez domysłów czy sugestii. Takie dostaliśmy zalecenia z dowództwa, żeby nie potęgować strachu, który i tak już był wielki - podkreślił Witek. Dopiero teraz zauważył, że Tadek słucha z lekko rozchylonymi ustami. - I co ty na to? - zapytał.
- Wszystko się zgadza. Doskonała pamięć. - Halt pokiwał głową z uznaniem i dodał ciszej: - Jak u mnie będziesz, otrzymasz więcej informacji o sytuacji w Polsce.
- Więc naprawdę pojawiły się w Polsce?!
Komendant ledwie zauważalnie skinął głową:
- Kreml twierdzi, że to jakieś amerykańskie urządzenia szpiegowskie. To im bardzo pasuje. Przecież sami mówią, że czasy są niebezpieczne, wojna atomowa wisi w powietrzu, a w opinii Ruskich Zachód tylko czeka na okazję, żeby nas zaatakować, ewentualnie przysłać szpiegów. I, jak na zamówienie propagandy, znienacka z nieba spada dziwny obiekt.
- A więc dopuszczasz myśl, że to może być coś innego niż w wersji Ruskich?
- Po prostu jestem bardzo ciekaw, co można znaleźć w środku - odparł Tadeusz i dodał tajemniczo: - Reszty nie mogę zdradzić cywilowi. Musisz wstąpić do służby.
- Reszty sam nie wiesz, a wersja czerwonych to bełkot rodem z partyjnych biuletynów! - wycedził Witold. - Poza tym ciekawość to nie powód, dla którego wstąpiłbym do milicji.
- Rozumiem - powiedział ugodowo Halt. - W takim razie zrób to wyłącznie dla mnie.
- Dla ciebie? Wpadasz po dwóch dekadach i jak gdyby nigdy nic prosisz mnie o pomoc? Halo, jest tam kto?! - Witold postukał się wymownie palcem w czoło.
- Już ci mówiłem, że to przez brak...
- Poza tym nie lubię niejasnych sytuacji - przerwał tłumaczenia Witold. - A nic mi tu nie gra!
- Taaak? A co dokładnie masz na myśli? - Tadeusz wyglądał na zaciekawionego.
- Na przykład to, że obiekt spadł w Gdyni. A ty jesteś komendantem wojewódzkim w Krakowie. Przecież to jest zadanie dla Komendy Wojewódzkiej w Gdańsku.
- Tylko teoretycznie. - Tadeusz najwyraźniej miał przygotowaną odpowiedź. - W rzeczywistości gra toczy się o znacznie większą stawkę. Sprawa Gdyni stanowi wielki problem dla służb, których jest kilka rodzajów. I każda chce pokazać swoją przydatność, tylko że żadna nie potrafi wyjaśnić zagadki premierowi Gomułce. Wyjaśnienie w postaci amerykańskiej dywersji, zważywszy na okoliczności i multum świadków, jest zbyt naciągane. Nawet jak na naszą propagandę. A więc tak, masz rację: nikt tu niczego nie rozumie.
- Ale...? - Witold zawiesił wyczekująco głos. Pamiętał, że Tadek nigdy nie wkładał zbyt wiele energii w coś, co go kompletnie nie obchodziło ani nie służyło jakiemuś celowi.
- Bo widzisz - rzekł Halt z absolutną powagą, która zmieniała jego tembr głosu na jeszcze ciemniejszy niż zazwyczaj - mam pewien plan.
- Tak podejrzewałem!
Za rogiem długiego ogrodzenia kopalni czekało lśniące auto z dużymi reflektorami, przywodzącymi na myśl profesorskie binokle. Czarna limuzyna przypominała opływowe fordy, które Witold widywał kiedyś płynące z gracją ulicami Londynu.
Przedni zderzak miał dwa charakterystyczne kły, drapieżnie odsłonięte, jakby auto planowało kogoś pogryźć. Na chromowanej chodnicy kłuła w oczy pięcioramienna stalowa gwiazda, nad którą sterczała metalowa figurka jelenia. Na widok nadchodzących mężczyzn kierowca zapuścił silnik. Po chwili zaczął oczyszczać szyby ze śniegu.
Przystanęli nieopodal.
- Co to za cacko? - Witkowi błysnęły oczy.
- Podoba ci się? To wołga. Świetna rzecz! - pochwalił Halt. - Właśnie zaczęli je produkować. To jeden z pierwszych egzemplarzy, ale jak ruszy produkcja seryjna, pewnie zobaczysz ich wiele na drogach.
- Taaa... U partyjnych dygnitarzy. A poza tym, to dokąd właściwie zmierzasz? Co chcesz osiągnąć?
- Odpowiem ci pytaniem - odparł cierpko Halt. - Czego najbardziej nie cierpisz w komunie?
Witek potarł brodę, zastanawiając się, co odpowiedzieć.
- Poważnie pytasz? Chyba bezrefleksyjności.
Tadeusz zmrużył oczy. Przez chwilę wyglądał, jakby szukał odpowiedzi wewnątrz siebie. Minęło kilka sekund, po których zapytał:
- Jak to rozumiesz?
- Chodzi o to, że ludzie mówią gotowymi myślami. Nawet w poglądach dalekich od służbowych, takich zupełnie ogólnych, o świecie czy życiu, powielają całe frazy rzucone tłumowi przez propagandę. To straszne.
- Przyznasz, że to mała cena za możliwości, jakie stwarza system.
- Możliwości? Ale o czym ty mówisz?
- Celuję w ministerstwo.
- O cholera, ambitny jesteś!
- To nie ambicja. To raczej pragmatyzm.
Przez chwilę mężczyźni patrzyli sobie w oczy.
- Jest takie powiedzenie: lepiej rządzić w piekle, niż być sługą w raju.
- Ty tak na serio? - Na twarzy Witolda odmalowało się zdumienie.
- To za krótkie spotkanie, żeby opowiedzieć wszystko, co trzeba - przypomniał Tadeusz, wchodząc do samochodu. - Wiem, że się wahasz. Przemyśl to. Wcale nie naciskam - dodał, siedząc już w środku.
- Dobra, dobra. Skończyłem już z wojaczką, bronią i tak dalej. I niewiele mi potrzeba. Chciałbym odnaleźć starych przyjaciół, powspominać przy szklaneczce...
Tadeusz zamknął drzwi. Po chwili uchylił okno. To, co powiedział, brzmiało jak kolejna zanęta:
- Milicja posiada teczki.
- Jakie teczki?
- Wiele różnych teczek. Bo każdy, kto wracał z wojny, taką teczkę ma. I w nich jest wszystko.
- Taka jak moja?
- Tak.
- Chcesz powiedzieć, że będę mieć do nich dostęp, jeśli wstąpię do służby?
Komendant znacząco milczał. W tym milczeniu była jakaś twarda nieustępliwość, charakterystyczna dla zawodnika wagi ciężkiej. Przez moment Witold miał wrażenie, że Tadeusz unika jego wzroku. W końcu Halt powtórzył wcześniejszy wykręt:
- Tajemnica państwowa. Nic więcej cywilowi powiedzieć nie mogę. Może jeszcze tylko to, że Komenda Krajowa Milicji rozesłała do wszystkich ośrodków wojewódzkich zapytanie, czy podejmą się ustalenia, co to było. Zapytanie, a nie rozkaz - podkreślił. - Uwierzyłbyś?
- Nic mi to nie mówi.
- To absolutna rzadkość! - Wyjaśnił Halt. - Na "górze" jest panika. Narobili rabanu, bo nawet Wicha, minister spraw wewnętrznych, który powinien trzymać służby twardą ręką, nie potrafi odpowiedzieć na pytanie pierwszego sekretarza i stwierdzić, co lata po naszym niebie. Dodatkowo Gomułka niedawno wrócił do władzy z niełaski i nie może okazać bezradności przed opinią publiczną. Nie w sytuacji, gdy naród na niego liczy i ciągle mu ufa.
- Dlatego prędzej czy później zażąda głów, nieprawdaż? Świetny splot okoliczności, lepszego już nie możesz mieć.
- Oto i sedno! - Twarz Tadeusz pojaśniała. - Dzięki starym długom wdzięczności bez trudu ustaliłem, że minister jest zagrożony. Co prawda z innych powodów, bo tak naprawdę politycznych, ale szukają dobrego pretekstu, żeby spławić tę mendę. I tylko to się liczy. A udowodnioną nieudolność jako powód odebrania teki każdy przyjmie bez mrugnięcia okiem. Nawet jego macierzysta frakcja polityczna.
- A więc najprościej nie robić zupełnie nic. Niczego przecież nie ustalą i za jakiś czas po prostu sam wypadnie z posady.
- Tak. Tylko że na jego miejsce powołają innego cymbała!
Witold stał się bardzo poważny. Pogardliwie wysunął dolną wargę i powiedział tak, jakby miał zaraz splunąć:
- Patrz, komu chcesz służyć. Niedługo nasz kraj zmieni nazwę i będzie jedną z republik radzieckich! - wysyczał. Rzucił to głośniej, niż zamierzał. Natychmiast spojrzał na szofera. Ten siedział wewnątrz auta z nieruchomym wzrokiem skierowanym daleko przed siebie.
- A chwytasz to - Tadek znów ściszył głos - że funkcjonując we właściwym miejscu, można pewnym rzeczom zapobiegać?
- O czym ty, u diabła, mówisz?
Tadek uniósł brodę. Miał przeszywający wzrok.
- Jeżeli ja z twoją pomocą ustalę, co spadło w basenie portowym, pójdę z tą wiedzą prosto do Gomułki. A sprawa jest teraz takiej wagi, że z pewnością zostanę ministrem. I nie dopuszczę do tego, żeby nieodpowiedni ludzie nadal niszczyli nasz kraj. A ty będziesz miał dostęp do takich teczek, o jakich nie śniłeś.
Lotnik długo przeżuwał te słowa. Nie miał pewności, czy Tadek kochał komunę jako ustrój, czy tylko śmietankę, którą może dzięki niemu spijać. A może cała ta fasada jest przykrywką i tak naprawdę Tadeusz ma zupełnie inny osąd sytuacji? Znając to, jaki był w przeszłości, wcale by się nie zdziwił. Ale nawet jeżeli tak było, maskował się doskonale.
- Znasz Gomułkę? - Witold zmienił temat. - To prawda, że chce zmieniać Polskę bez udziału Rosjan?
- Myślę, że tak - odparł krótko Tadeusz. - Poznaliśmy się, gdy przyjechał na wizytację do województwa. Potem do późnej nocy rozmawialiśmy przy szklaneczce. Twierdził, że bardzo potrzebuje odpowiednich ludzi. Tymczasem wszędzie jest pełno idiotów, osób przekupnych i nieoddanych Polsce, ale za to z ustami pełnymi frazesów. Również na głównych stanowiskach - podsumował, po czym dodał już do siebie: - Narody byłyby zdumione, wiedząc, jak mała mądrość rządzi światem...
- Co?!
- To nie ja! Tak napisał cztery wieki temu Axel Oxenstierna, ówczesny kanclerz Szwecji. Od tamtej pory - dodał niemal szeptem - nic się nie zmieniło.
- No tak, mogłem się domyślić - zaśmiał się Witek i pokręcił głową: - Tylko że w radiu i gazetach nie widać tej wielkiej otwartości premiera.
- Nie wierz radiu - odparł z wilczym uśmiechem Tadek.
- No nieźle! - Witek aż gwizdnął. - Za takie stwierdzenie mogliby cię zamknąć w pudle.
- Mogliby. Jeślibyś mnie wydał.
Witold nie wytrzymał. Nie mógł zrozumieć otwartości Tadeusza w obecności świadka. To było bardzo dziwne. Teraz poczuł, że natychmiast musi to wyjaśnić.
- Może cię wydać własny szofer!
- Jestem na to zbyt ostrożny - odparował Halt i dodał: - Ten człowiek jest głuchy jak pień.
- Przerażasz mnie - jęknął Witek.
Tadeusz sięgnął za poły płaszcza:
- Pokażę ci coś. - Wyjął portfel i rozchylił. Wewnątrz spoczywała fotografia dwóch mężczyzn w garniturach. Stali blisko siebie i się uśmiechali, a uśmiechy wyglądały na szczere.
- To on?
- I ja. Nie zbudowałbym nadziei wyłącznie na własnych spekulacjach. Widujemy się dość regularnie na różnych odprawach. Niedawno dał mi czytelną propozycję, mówiąc, że moglibyśmy razem popracować. Na samym szczycie!
- Już zrozumiałem, że mówisz poważnie. - Witold pokiwał głową.
- Absolutnie! A tymczasem... Zapraszam cię do siebie na partyjkę snookera. Poznasz eleganckie krakowskie towarzystwo i fajne dziewczyny. Trochę zmienisz otoczenie. Dobrze ci to zrobi.
- Snookera? - Witold szeroko otworzył oczy.
Wyobraźnia natychmiast przywołała obrazy wieczorów, które po misjach spędzali z kumplami z dywizjonu w kantynach przy bazie w Northolt. Dziewczyny, whisky i właśnie snooker nieodłącznie towarzyszyły tamtej zadymionej atmosferze angielskich pubów. Po lotach chcieli przede wszystkim odreagować, poczuć życie w dłoniach, dopóki jeszcze trwało. Nie zawsze wracali w komplecie i czasem trzeba było zwyczajnie o wszystkim zapomnieć.
- Zdumiony? - zapytał miękko Tadeusz.
Witold wahał się chwilę, potem skinął głową i powiedział:
- Przyjadę, ale niczego nie obiecuję.
- I tak będzie mi bardzo miło!
- Dalej potrafisz wypić tyle co kiedyś?
- Oczywiście. I nadal nic po mnie nie widać.
Uścisnęli sobie dłonie. Komendant rzucił jeszcze na odchodne:
- Bądź u mnie jutro przed piętnastą w komisariacie. Spakuj niezbędne rzeczy osobiste.
- Tak od razu? Nie wiem, czy dostanę wolne.
- Nie martw się. Ktoś tu zadzwoni i wszystko załatwi. Proszę jedynie, żebyś zabrał ze sobą garnitur. Nie zdążę tak szybko zorganizować krawca.
Pomachali sobie na pożegnanie. Samochód odjechał, z wolna malejąc w oczach, aż w końcu wyglądał jak niewielki tuman śniegu przemieszanego z mgłą. Witold otrzepał uniform, po czym zawrócił w kierunku kopalni, czując, że coś nieodwołalnie się zmienia.
W szatni włożył swój przyduży kożuch z ogromnym futrzanym kołnierzem. Po raz pierwszy od lat patrzył na niego z całkowitym obrzydzeniem.