R o z d z i a ł2
JAK RADZIĆ SOBIE Z CUKRZYCĄ
Czy pacjenci chorzy na cukrzycę typu 2 lub ze stanem przedcukrzycowym są w stanie cofnąć ich objawy, a nawet całkowicie się wyleczyć?
Roy Taylor, profesor medycyny i specjalista od metabolizmu na Uniwersytecie w Newcastle, kierujący również grupą badawczą zajmującą się cukrzycą, jest absolutnie przekonany, że tak. Sam jest szczupły i aktywny, a ponadto cechuje go dość sarkastyczne poczucie humoru.
Mimo że pacjenci zgodnie twierdzą, że zalecana przez profesora Taylora dieta niskokaloryczna całkowicie odmieniła ich życie, wielokrotnie próbowano zdyskredytować jego teorię. Między innymi odmówiono mu publikacji artykułu, gdyż wydawca uznał wyniki jego badań za niewiarygodne.
"Przez całe lata wmawiano studentom medycyny, a później lekarzom, że stan pacjentów chorych na cukrzycę typu 2 będzie się stopniowo pogarszał i skończą na zastrzykach insuliny - zwraca uwagę profesor. - Z artykułów publikowanych w czasopismach medycznych jednoznacznie wynika, że diabetycy muszą nauczyć się żyć z chorobą. A tu nagle pojawiam się ja i wbrew wszystkiemu twierdzę, że to wcale nie musi być prawdą".
Całkiem niedawno po odczycie podszedł do niego jeden z jego najbardziej zagorzałych krytyków i otwarcie przyznał, że się mylił.
Opór środowiska naukowego wobec badań profesora Taylora tym bardziej budzi zdziwienie, że od wielu lat istniały dowody na to, że cukrzycę typu 2 można cofnąć za pomocą gwałtownej redukcji wagi ciała. Najbardziej spektakularne efekty otrzymywano u pacjentów poddanych operacji bariatrycznej.
Profesor Taylor w latach osiemdziesiątych dostrzegł związek pomiędzy operacyjnym leczeniem otyłości a cukrzycą podczas wizyty w Greenville w Karolinie Północnej, mieście odznaczającym się wyjątkowo wysokim odsetkiem otyłych. Jak wspomina, miał wrażenie, że kiedy szedł ulicą, wszyscy dziwnie mu się przyglądali. "Chyba nie byli przyzwyczajeni do widoku takiego chudego faceta jak ja".
Jednym z chirurgów pracujących w Greenville był Walter Pories, który nie tylko wykonywał operacje bariatryczne, ale również śledził dalsze losy swoich pacjentów.
W ramach jednego ze swoich projektów badawczych ("Kto by pomyślał? Operacja jako najskuteczniejsza terapia cukrzycy typu 2"11) przez 14 lat prowadził obserwację 608 otyłych pacjentów. W większości przypadków spadek wagi był naprawdę imponujący. Pod koniec pierwszego roku jeden z pacjentów stracił aż 45 kilogramów, czyli prawie jedną trzecią swojej wagi wyjściowej, i przez następnych 14 lat nie przybrał ani kilograma. Wraz z pozbyciem się nadwagi następował spektakularny spadek poziomu cukru, poprawa jakości snu i znacząco spadło ryzyko śmierci z powodu choroby wieńcowej.
Jednak najbardziej zaskakujące zmiany zanotowano w organizmach pacjentów z zaburzeniami poziomu cukru we krwi - wśród badanych osób 161 chorowało na cukrzycę typu 2, a u 150 stwierdzono nieprawidłową tolerancję glukozy (stan przedcukrzycowy).
W większości przypadków po operacji zaobserwowano radykalny spadek stężenia glukozy we krwi. Jak stwierdzono, "cukrzyca ustępowała w szybkim tempie, na ogół w ciągu kilku dni, do tego stopnia, że u większości operowanych diabetyków można było odstawić leki przeciwcukrzycowe".
Jedna z pacjentek przyjmująca do tej pory duże dawki insuliny mogła odstawić ją już tydzień po operacji, a w ciągu następnych trzech miesięcy jej wyniki wróciły do normy. Co więcej, 14 lat później stan ten utrzymywał się zarówno u niej, jak i u 83 procent pozostałych byłych diabetyków.
Pacjenci, u których nie zaobserwowano tak zaskakująco dobrych wyników, to diabetycy, którzy przed operacją chorowali już od wielu lat.
Największe korzyści odniosły osoby ze stanem przedcukrzycowym - aż u 99 procent z nich poziom cukru we krwi wrócił do normy i utrzymywał się na prawidłowym poziomie.
Trzeba jednak zaznaczyć, że operacyjne leczenie otyłości ma swoje minusy. Mimo że odsetek umieralności jest niski, część pacjentów ponownie wymaga hospitalizacji z powodu zakażenia lub otwarcia rany. Możliwe jest również wystąpienie tzw. zespołu poposiłkowego, którego objawami są uczucie kołatania serca, bóle brzucha i nasilona biegunka.
Naukowcy zauważyli, że efektem operacji bariatrycznych są zmiany w poziomie hormonów regulujących łaknienie, wydzielanych przez przewód pokarmowy. Dlatego też doszli do wniosku, że tak radykalny spadek poziomu cukru we krwi u operowanych musi mieć coś wspólnego ze zmianami hormonalnymi spowodowanymi zabiegiem chirurgicznym.
Profesor Taylor nie podzielał jednak tego stanowiska. "Wiem, jak działają hormony układu pokarmowego - są istotne, lecz mają ograniczony wpływ na metabolizm. Dlatego od razu wiedziałem, że ta teoria jest z gruntu fałszywa. Jednak założenie, że zmiana aktywności hormonów reguluje poziom cukru we krwi, na dobre zakorzeniło się w świecie medycyny".
Jego zdaniem powód był zupełnie inny i mógł wyjaśnić, dlaczego wielu otyłych nie choruje na cukrzycę, a często dotyka ona osoby szczupłe.
Najgorsze miejsca na odkładanie się tłuszczu
Samo przybieranie na wadze zależy od działania insuliny, ale o tym, gdzie utyjemy, decyduje enzym o nazwie lipaza lipoproteinowa (LPL). Jak wiadomo, zbędne kilogramy nie odkładają się równomiernie na całym ciele (nie tyjemy, na przykład, na czole), ale w określonych miejscach. To właśnie LPL w dużej mierze sprawia, czy przybędzie nam w pasie, udach, biodrach czy pośladkach. Jej uaktywnienie, przy jednoczesnym działaniu insuliny, powoduje odkładanie tłuszczu z krwi do komórek.
Enzym ten u mężczyzn jest najbardziej aktywny w komórkach tłuszczowych na brzuchu, co tłumaczy tak powszechną u nich otyłość brzuszną. Z kolei u kobiet najwięcej występuje go w komórkach tłuszczowych wokół bioder i pośladków.
Na szczęście LPL jest obecna również w mięśniach. Jeśli aktywujemy ją poprzez wysiłek fizyczny, to właśnie do nich trafi nadmiar kalorii dostarczony organizmowi. Tam zostanie spalony i zamieniony na energię, tym samym nie odłoży się w postaci tkanki tłuszczowej.
Kilka lat temu podczas realizacji filmu dokumentalnego Cała prawda o ćwiczeniach wziąłem udział w eksperymencie przeprowadzonym na Uniwersytecie w Glasgow, którym miał wykazać, jak istotny dla organizmu jest nawet niewielki wysiłek fizyczny.
Polegał on na tym, że miałem zjeść obfite, dosłownie ociekające tłuszczem śniadanie - głównie jaja smażone na bekonie i haggis*. Godzinę później doktor Jason Gill pobrał mi próbkę krwi i w specjalnej wirówce oddzielił czerwone krwinki od osocza. Wówczas na własne oczy zobaczyłem na jego powierzchni mętną warstwę tłuszczu - tego samego, który pochłonąłem na śniadanie i który teraz krążył w moich żyłach.
* Szkocka potrawa z owczych podrobów (przyp. tłum.).
Potem miałem udać się na godzinny energiczny spacer. Następnego dnia wszystko się powtórzyło: zjadłem tłuste śniadanie, pobrano mi krew, a następnie odwirowano próbkę.
Tym razem warstwa tłuszczu na powierzchni osocza była o wiele cieńsza. Przyczynił się do tego spacer z poprzedniego dnia - aktywował geny w mięśniach nóg pobudzające znajdującą się w nich LPL, a enzym ten wychwycił większość tłuszczu z mojej krwi.
Niestety większość z nas rzadko wybiera się na długie, energiczne spacery po posiłkach. Dlatego istnieje znacznie większe prawdopodobieństwo, że kalorie dostarczone organizmowi zostaną przez insulinę skierowane do komórek tłuszczowych. Część z nich przekształci się w tłuszcz podskórny, gromadzący się na pośladkach, udach i ramionach. On jest jeszcze stosunkowo nieszkodliwy, jednak reszta zamieni się w tzw. tłuszcz trzewny, który odkłada się wokół narządów wewnętrznych - serca, wątroby czy żołądka. Jest niewidoczny z zewnątrz, więc zagraża również osobom generalnie szczupłym. Mówimy wówczas o tzw. syndromie TOFI (ang. Thin on the Outside, Fat Inside, czyli 'szczupły na zewnątrz, otyły w środku').
Ja również byłem jednym z nich.
Tłuszcz trzewny jest szczególnie niebezpieczny dla zdrowia, gdyż zaburza funkcjonowanie narządów wewnętrznych, takich jak wątroba czy trzustka.
Otłuszczona wątroba i trzustka - sedno problemu
Wbrew powszechnemu przekonaniu wątroba to jedno z pierwszych miejsc w naszym ciele, gdzie odkłada się tłuszcz. Przypomina nieco rachunek bieżący w banku - wygodny i szybki sposób na przechowanie nadmiaru gotówki. Jednak, jak podkreśla profesor Taylor, jego wysokie oprocentowanie jest dla nas zabójcze, bo może powodować nie tylko zaburzenia poziomu cukru we krwi, ale również niealkoholowe stłuszczeniowe zapalenie wątroby (NAFLD). Na tę chorobę, która często prowadzi do marskości i niewydolności wątroby, cierpi obecnie aż trzydzieści procent Europejczyków i Amerykanów.
Badania profesora Taylora wykazały, że głównym winowajcą takiego stanu rzeczy jest nagromadzenie tłuszczu w komórkach trzustki i wątroby. Narządy te są odpowiedzialne za wytwarzanie i rozkład insuliny, czyli de facto regulują stężenie glukozy we krwi. Jeśli ulegną stłuszczeniu, nie są w stanie współdziałać, a wtedy organizm przestaje produkować insulinę i rozwija się cukrzyca typu 2.
Profesor Taylor twierdzi również, że każdy z nas ma indywidualny próg tkanki tłuszczowej (PFT), w dużej mierze zależny od uwarunkowań genetycznych. Jest to coś w rodzaju punktu krytycznego, po przekroczeniu którego gromadzący się w organizmie tłuszcz zaczyna atakować wątrobę i trzustkę, wywołując cukrzycę typu 212. U niektórych osób próg ten jest wysoki, u innych zaskakująco niski.
Trzeba jednak pamiętać, że niezależnie od posiadanego PFT należy pozbyć się tłuszczu do tej pory nagromadzonego w wątrobie i trzustce (co umożliwia proponowana przeze mnie dieta). Dzięki temu można uwolnić się od cukrzycy i obniżyć stężenie glukozy we krwi do bezpiecznego poziomu. Zaniedbując to, narażamy się nie tylko na groźne powikłania cukrzycowe, ale i trwałe uszkodzenie wątroby.
Wszyscy powtarzali: "Lorna, nie masz się czym martwić, przecież jesteś szczupła".
Lekarz Lorny Norman był równie zaskoczony, jak ona, kiedy okazało się, że ma za wysoki poziom cukru we krwi.
Lorna jest wegetarianką i zawsze starała się zdrowo odżywiać. Chodziła codziennie na spacery z psami, regularnie odwiedzała basen i nigdy wcześniej nie miała problemów ze zdrowiem. Nie licząc przewlekłego zmęczenia - to głównie z tego powodu wybrała się do lekarza - nie zaobserwowała u siebie żadnych niepokojących objawów.
Lekarz odesłał ją do pielęgniarki, od której usłyszała, że ma się nie przejmować i żyć normalnie. "Z perspektywy czasu - przyznaje Lorna - powinnam była zrobić dokładnie na odwrót". (Typowy błąd numer 1).
"Wszyscy mi powtarzali: - Lorna, nie masz się czym martwić, przecież jesteś szczupła. Wyglądasz świetnie". (Typowy błąd numer 2).
Lorna jadła to co wcześniej, a więc duże ilości węglowodanów: makarony, pieczywo, pieczone ziemniaki. (Typowy błąd numer 3). "Teraz wiem, że to był błąd, ale przecież tak zalecali specjaliści". Przez kilka kolejnych lat jej wyniki utrzymywały się mniej więcej na niezmienionym poziomie.
Ale w pewnym momencie zaczęły się stopniowo, choć nieznacznie pogarszać. Wskazówka wagi, co prawda, nadal pokazywała 60 kilogramów, co przy jej wzroście 162 centymetrów nie oznaczało specjalnej nadwagi, ale - co bardziej istotne - nadprogramowe kilogramy odłożyły się głównie wokół jej talii.
Podczas kolejnej wizyty u lekarza okazało się, że poziom cukru we krwi znów podskoczył. Tym razem usłyszała przerażającą nowinę: zachorowała na cukrzycę i musi odtąd na stałe przyjmować leki. (Typowy błąd numer 4).
Kiedy Lorna opowiedziała lekarzowi o badaniach profesora Roya Taylora i zasugerowała, że chce spróbować zbić cukier za pomocą diety niskokalorycznej, nie spotkało się to z jego aprobatą. "Usłyszałam, że moje BMI (wskaźnik masy ciała) jest w porządku i nie mam nadwagi, więc taka dieta jest pozbawiona sensu". (Typowy błąd numer 5).
Lorna jednak go nie posłuchała. "Byłam gotowa chwytać się wszystkiego, byle tylko uniknąć leków przeciwcukrzycowych". Po chwili wahania dodała: "Moja córka powiedziałaby, że jak zwykle wszystko musi być tak, jak ja chcę".
W ciągu czterech tygodni jej BMI obniżyło się do 19. Skrupulatnie przestrzegała wszystkich zaleceń diety, pilnowała, żeby dostarczać organizmowi niezbędne składniki odżywcze, i wypijała dziennie trzy litry wody. Ale nie wszystko szło po jej myśli. Wyniki poprawiły się, ale były też momenty, że poziom cukru znów skakał do góry. "Pomyślałam sobie wtedy, że pewnie należę do osób, na które ta dieta nie działa". (Typowy błąd numer 6).
Ale nie rezygnowała, jedynie przestała się często badać, żeby oszczędzić sobie stresu. Dodatkowo zaczęła uprawiać jogę i medytację ("Wrzucam pranie do pralki i medytuję, aż program się skończy"). Dzięki temu obniżył się u niej poziom stresu, a wraz z nim poziom kortyzolu, hormonu powodującego skoki cukru we krwi.
Co więcej, udało się jej wytrwać na diecie, choć przez cały czas musiała gotować dla trzech dorosłych domowników. "Przygotowywałam dla nich normalne posiłki, a potem siadałam do stołu i zjadałam własną mikroskopijną porcję".
Najniższa waga, jaką udało się jej osiągnąć, to 54 kilogramy. "Mnóstwo osób twierdziło, że jestem za chuda, ale się tym nie przejmowałam. Ludzie znacznie częściej zwracają uwagę na wygląd, zamiast pogratulować wyleczenia się z groźnej choroby. To dla mnie naprawdę niepojęte".
Po dwóch miesiącach po cukrzycy nie zostało nawet śladu. W przypadku Lorny najprawdopodobniej zadziałało zmniejszenie obwodu w talii - aż o 10 centymetrów.
Co jest złego w przyjmowaniu leków?
Jak doskonale wiadomo, odchudzanie i utrzymanie prawidłowej wagi wymagają wielkiego wysiłku. Dlatego kiedy słyszymy od lekarza: "Tak, to cukrzyca, ale wystarczy na nią brać tabletki", większość pacjentów woli wybrać łatwiejsze rozwiązanie.
Ale leczenie tej choroby nie zawsze jest proste. Szacuje się, że nawet w przypadku przyjmowania leków skraca życie średnio o 10 lat. Poza tym leczenie farmakologiczne jest drogie i nie chodzi tylko o koszt całych leków, ale i powikłań oraz zwolnień chorobowych. Dodatkowo cukrzyca podwyższa koszty ubezpieczenia na życie, a nawet składkę zwykłej polisy turystycznej.
Jak się szacuje, leczenie cukrzycy typu 2 w Wielkiej Brytanii pochłania rocznie co najmniej 20 miliardów funtów, a w Stanach Zjednoczonych ponad 245 miliardów dolarów.
Najpopularniejszy obecnie lek przeciwcukrzycowy to metformina, której roczną sprzedaż oblicza się na dwa miliardy dolarów. Jest na rynku już od tak dawna, że siłą rzeczy można by uznać ją za bardzo skuteczną. Jednak z opublikowanego niedawno opracowania13, opartego na 13 randomizowanych próbach kontrolnych z udziałem ponad 13 tysięcy pacjentów, wynika, że nie ma przekonujących dowodów na to, że lek ten obniża ryzyko zawału serca lub amputacji stopy czy też wydłuża życie.
Metformina może, co prawda, powodować nieznaczny spadek wagi (jej częstym efektem ubocznym są mdłości), ale zazwyczaj jest tzw. lekiem pierwszego rzutu, a później pacjenci przechodzą na silniejsze i znacznie droższe. Większość z nich, w tym również insulina, pobudza apetyt, więc powoduje przybieranie na wadze. Jak stwierdził jeden ze specjalistów: "Im bardziej agresywne leczenie cukrzycy, tym większe problemy z tuszą".
Obecny problem z cukrzycą w pewnym stopniu przypomina mi mój pierwszy film dokumentalny, który zrealizowałem dla telewizji na początku lat dziewięćdziesiątych. Nosił tytuł Wojna o wrzody, a wystąpił w nim młody australijski lekarz Barry Marshall.
W tamtym czasie wrzody żołądka były powszechnym, bardzo bolesnym schorzeniem, spowodowanym - jak sądzono - nadmiarem kwasów żołądkowych. Uważano wtedy, że choroba jest wynikiem stresu i niewłaściwego trybu życia, czyli dopada człowieka na własne życzenie.
Jak zwykle niezawodne firmy farmaceutyczne momentalnie wypuściły na rynek leki łagodzące objawy choroby wrzodowej, które hamowały wydzielanie kwasów żołądkowych lub je zobojętniały. Ale ponieważ uznano ją za nieuleczalną, należało przyjmować je do końca życia, żeby ustrzec się nawrotu.
Jednak zdaniem doktora Marshalla geneza choroby wrzodowej była zupełnie inna. Przypisywał ją obecności nieznanej wcześniej bakterii, Helicobacter pylori, którą razem ze swoim kolegą, uczonym Robinem Warrenem, odkrył w wycinkach błony śluzowej żołądka pobranych od pacjentów z pękniętym wrzodem.
Doktor Marshall próbował zarazić bakterią Helicobacter zwierzęta laboratoryjne, a kiedy się to nie udało, postanowił sam wystąpić w roli królika doświadczalnego. Trzymał to w tajemnicy nawet przed własną żoną, bo jak to ujął, "na pewno chciałaby go przed tym powstrzymać".
Zanim jednak przystąpił do eksperymentu, poddał się gastroskopii, która wykazała, że ma całkowicie zdrowy żołądek. Następnie wypił kultury bakterii z wycinków żołądka zarażonych pacjentów. Niesamowite poświęcenie, prawda?
Kilka dni później - ku jego nieopisanej radości - zaczęły go nękać nudności i wymioty.
W trakcie ponownego badania tym razem wykryto uszkodzenie błony śluzowej żołądka. Badanie mikroskopowe pobranego wycinka wykazało w tkankach obecność bakterii Helicobacter pylori.
Ponieważ żona Marshalla kategorycznie zabroniła mu dalszych eksperymentów, zażył koktajl antybiotyków oraz środek o nazwie Pepto-Bismol (ma działanie antybakteryjne). Kilka dni później objawy wyraźnie złagodniały.
Zanim zrealizowałem film z jego udziałem, Barry Marshall wraz z innymi lekarzami wyleczył wielu pacjentów, udowadniając, że antybiotyki nie tylko są skuteczne w większości przypadków choroby wrzodowej, ale mogą też obniżać ryzyko wystąpienia u nich nowotworu żołądka.
Mimo to świat medycyny pozostał sceptyczny. Jedyną reakcją na mój film była recenzja w "British Medical Journal", w której określono go jako "jednostronny i tendencyjny", co w naukowym żargonie jest synonimem "kompletnej bzdury".
Jednak z biegiem lat pojawiło się tyle dowodów na poparcie tej teorii, że w leczeniu choroby wrzodowej zaczęto coraz powszechniej stosować antybiotykoterapię. A w 2000 roku Barry Marshall i Robin Warren za swoje odkrycie otrzymali Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny i fizjologii.
Podobnie jak w chorobie wrzodowej, objawy cukrzycy również można łagodzić za pomocą leków. Ale czy nie lepiej byłoby leczyć jej przyczynę, a nie skutki?
Lekarze twierdzą, że są zbyt zajęci, żeby nadzorować dietę pacjentów. Gdyby jednak się tym zajęli, oszczędziliby sobie w przyszłości bardzo dużo czasu.
63-letni Colin Beattie potrzebował aż czterech miesięcy, żeby ostatecznie przekonać swojego lekarza. Na szczęście jest politykiem - posłem w szkockim parlamencie - więc wie, jak dobierać argumenty. A potem je powtarzać aż do skutku. Kiedy cztery lata wcześniej zdiagnozowano u niego cukrzycę typu 2, niespecjalnie się tym przejął. Miał przyjmować po jednej tabletce metforminy rano i wieczorem. Ale dwa lata później, gdy poziom cukru we krwi systematycznie rósł, dawkę tę trzeba było podwoić - zażywał więc dziennie już cztery tabletki. Potem przepisano mu statyny. Pod koniec 2013 roku podczas wizyty u lekarza usłyszał, że ma za wysokie ciśnienie, i znów otrzymał kolejne leki - tym razem na poprawę dopływu krwi do nerek.
W tym momencie Colina poważnie zaniepokoiła stale rosnąca liczba leków, jakie miał codziennie przyjmować. "Przyszło mi do głowy - chwileczkę, czy tak ma wyglądać reszta mojego życia? Co jakiś czas nowe tabletki?".
Zaczął szperać w literaturze fachowej, gdzie natrafił na badania profesora Taylora na temat możliwości cofnięcia cukrzycy typu 2 za pomocą diety niskokalorycznej. Ale jego lekarz nie był do niej przekonany. "Chyba obawiał się pacjentów oczekujących od niego nadzoru nad dietą i tego, że nie będzie w stanie poświęcić im wystarczająco dużo czasu" - podejrzewa Colin.
Wcześniej Colin nie dostał żadnych szczegółowych zaleceń dietetycznych, jedynie ogólniki w stylu: jeść więcej warzyw i owoców oraz unikać tłustych pokarmów. "Brzmiało to bardziej jak przypomnienie, żeby starać się zdrowo odżywiać". Colin nie przywiązywał jednak do tego zbyt dużej uwagi. (To całkowicie zrozumiałe - skoro lekarz twierdzi, że wystarczy brać leki, kto by się przejmował dietą). "Jadłem więc, co się dało i kiedy tylko się dało. Ryba z frytkami, gulasz zapiekany w cieście, przekąski między posiłkami... Typowe szkockie jedzenie" - wspomina Colin.
Po jakimś czasie lekarz musiał mieć dość byłego bankiera inwestycyjnego, który nękał go, sypiąc jak z rękawa argumentami przemawiającymi na korzyść restrykcyjnej diety odchudzającej. Choć niechętnie i bez przekonania, ale wyraził zgodę i podjął się jej nadzorowania. Miało ono polegać na skierowaniu Colina na badania krwi przed rozpoczęciem diety, przeglądaniu jego cotygodniowych e-maili z podaną wagą i ciśnieniem krwi oraz informowaniu go, czy może zmniejszyć dawki leków. Jak widać, wbrew początkowym obawom lekarza, nie było to wcale aż tak bardzo absorbujące. Colin ze swojej strony - i to chyba było kluczem do sukcesu - potraktował dietę tak, jak gdyby była zaleceniem lekarskim. Ponieważ miał stresującą pracę i nieregularny tryb życia, zdecydował się na produkty dietetyczne zamiast normalnego jedzenia. Każdy posiłek mógł zawierać tylko około 200 kalorii - zazwyczaj była to saszetka z owsianką, zupa na lunch, baton dietetyczny na kolację oraz półmisek warzyw gotowanych na parze. W sumie zjadał nie więcej niż 800 kalorii dziennie.
"Były dwie rzeczy, które moim zdaniem bardzo mi pomogły - wspomina. - Dopilnowałem, żeby wszyscy wiedzieli, że jestem na diecie - w tym również dziennikarze. W ten sposób cały czas czułem presję otoczenia. I byłem całkowicie zdeterminowany, żeby ani na moment nie przerywać diety, bo wiedziałem, że wtedy będą kolejne razy. Wytrwałem przez cały ten czas, aż do wczoraj. Zjadłem w restauracji gulasz zapiekany w cieście. Nie ma sensu się nad tym rozwodzić, ostatecznie wszyscy jesteśmy tylko ludźmi".
W ciągu ośmiu tygodni stracił 20 kilogramów, a jego obwód w pasie zmniejszył się ze 101 do 86 centymetrów. Pod koniec diety nie musiał już przyjmować leków.
Pomimo sporadycznych grzeszków (ach ten gulasz w cieście!) Colinowi udaje się utrzymać wagę. Kiedy przybywa mu choć kilogram, momentalnie zaczyna ograniczać jedzenie. Obecnie przyjął sobie za cel rozpropagowanie diety niskokalorycznej. Nie może uwierzyć, jak wiele osób chorych na cukrzycę typu 2 prawie w ogóle pozbawionych jest jakiegokolwiek wsparcia. "Lekarze twierdzą, że są zbyt zajęci, żeby nadzorować dietę pacjentów. Gdyby jednak się tym zajęli, oszczędziliby sobie w przyszłości bardzo dużo czasu".
W Szkocji żyje 236 tysięcy pacjentów cierpiących na cukrzycę typu 2 (nie licząc osób wciąż jeszcze tego nieświadomych). W ubiegłym roku wśród nowo zdiagnozowanych znalazła się piątka dzieci poniżej 4. roku życia.
Badania na Uniwersytecie w Newcastle
Profesor Taylor był absolutnie przekonany, że jeśli diabetyk pozbędzie się określonej nadwagi, wątroba i trzustka oczyszczą się z magazynowanego w nich tłuszczu, a to spowoduje ustąpienie objawów cukrzycy typu 2. Ale ponieważ jego teoria została bardzo sceptycznie przyjęta przez środowisko medyczne, potrzebne mu były przekonujące dowody.
Na początek musiał opracować metodę pomiaru poziomu tłuszczu w wątrobie i trzustce, gdyż nie dało się tego zrobić tradycyjnie, wkłuwając igłę. Kieran Hollingsworth, fizyk z jego wydziału, już wcześniej przystosował ich aparaty do badań metodą rezonansu magnetycznego do pomiarów poziomu tłuszczu w wątrobie. Kiedy profesor Taylor spytał, czy byłoby to możliwe również w przypadku trzustki, naukowiec zawahał się, spojrzał w sufit, po czym odpowiedział twierdząco.
Kolejny etap to pozyskanie funduszy na badania. "Na szczęście udało się je zdobyć od fundacji Diabetes UK - wspomina. - Co prawda, jej zarząd nie był przekonany, ale jeden z członków uznał moją teorię za godną uwagi i zdołał namówić resztę komitetu. Dostałem niewiele - tylko tyle, by sfinansować roczne badania na niewielką skalę".
Zaangażowano do nich 14 pacjentów14, ale w początkowej fazie trzeba było z różnych powodów wycofać trójkę z nich, więc poddano obserwacji tylko 11 osób.
Pacjentom polecono odstawić leki przeciwcukrzycowe i przejść na rygorystyczną dietę 800 kalorii dziennie, złożoną z koktajli dietetycznych i warzyw niezawierających skrobi. W pierwszym tygodniu stracili na wadze średnio około 4 kilogramów, przy czym większość uznała, że przyszło im to z łatwością. "Ku mojemu zaskoczeniu po 48 godzinach przestawali odczuwać głód" - twierdzi profesor Taylor.
Po oczyszczeniu wątroby z tłuszczu objawy choroby złagodniały. "Stan wątroby wyraźnie poprawił się już po siedmiu dniach. Trudniej było z trzustką - w pierwszym tygodniu zanotowano tylko nieznaczną poprawę, ale w ciągu kolejnych ośmiu tygodni stopniowo wracała do normy - i to było nasze największe osiągnięcie".
Uczestnicy badań skrupulatnie przestrzegali diety 800 kalorii dziennie, w efekcie czego w ciągu zaledwie ośmiu tygodni pozbyli się średnio 15 kilogramów, chudnąc w pasie prawie 13 centymetrów. Pod koniec eksperymentu stężenie glukozy we krwi spadło do bezpiecznego poziomu.
Profesor Taylor był zaskoczony uzyskanymi wynikami. "Nie spodziewałem się, że będą aż tak obiecujące".
Dalsze badania
Jednym z obserwowanych pacjentów był 56-letni Alan - żonaty, ojciec czwórki synów. Ważył 97 kilogramów, gdy zdiagnozowano u niego cukrzycę. Usłyszał wtedy, że musi się przyzwyczaić do życia z chorobą. Kiedy dowiedział się, że profesor Taylor poszukuje ochotników do swoich badań, uznał, że warto spróbować. Jego lekarz nie był jednak przekonany i wątpił, czy uda mu się wytrwać na tego rodzaju diecie.
Ale Alan się nie poddał. "Nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby się wycofać. Czułem się jak prawdziwy pionier, miałem poczucie, że robię coś naprawdę ważnego".
W ciągu ośmiu tygodni Alan zgubił 13 kilogramów, a więc prawie 14 procent swojej wyjściowej wagi. Trzy lata później nadal utrzymywał ten wynik, a jego poziom cukru we krwi mieścił się w normie.
"Nie jestem ideałem. Wciąż zdarza mi się jadać fast foody i sery, a także pić wino i piwo. Mam specjalną czarną koszulę, idealnie dopasowaną. Co jakiś czas ją zakładam, żeby sprawdzić, czy się w niej mieszczę. Jeśli tak, to znaczy, że jest ze mną całkiem nieźle".
Trzeba jednak pamiętać, że u Alana, podobnie jak u innych uczestników badań, rozpoznano cukrzycę stosunkowo niedawno. A co z osobami, które chorują na nią już od dłuższego czasu?
W kolejnych badaniach, których wyniki opublikowano w 2015 roku15, zespół profesora Taylora obserwował efekty diety u 29 pacjentów z cukrzycą typu 2, z których część chorowała ponad osiem lat, reszta zaś maksymalnie cztery lata.
Po raz kolejny okazało się, że uczestnicy badania nie mieli problemów, żeby wytrwać na diecie, i uzyskali świetne rezultaty. Aż u 87 procent pacjentów z krótszą historią choroby oraz u 50 procent chorujących dłużej poziom cukru we krwi na czczo wrócił do normy bez konieczności przyjmowania leków.
Czy profesor Taylor widzi przeciwwskazania dla osób, które chciałyby we własnym zakresie wypróbować jego dietę?
"Żadnych - twierdzi. - Wyjątkiem są dwie sytuacje, obie związane z przyjmowaniem lekarstw". W przypadku leków na nadciśnienie przed rozpoczęciem diety należy skonsultować się z lekarzem i rozważyć ich odstawienie lub zmniejszenie dawki. Ponieważ dieta na ogół obniża ciśnienie, dalsze ich przyjmowanie groziłoby jeszcze większym spadkiem. Podobny problem dotyczy środków obniżających stężenie glukozy we krwi, takich jak glibenklamid czy gliklazyd, które należy odstawić, gdyż mogą zbić cukier do zbyt niskiego poziomu.
A co radziłby osobom, które obawiają się, że stosowanie przez dwa miesiące diety niskokalorycznej może być niekorzystne dla zdrowia?
"Opinie na temat jej szkodliwości są mocno przesadzone. Częściowo przyczyniły się do tego stosowane niegdyś w Ameryce niskojakościowe diety 400 kalorii. Dobrze zbilansowaną dietę 800 kalorii mogę z całym przekonaniem polecić każdemu, choć oczywiście idealnie byłoby skonsultować to wcześniej z lekarzem rodzinnym lub diabetykiem".
Co profesor sądzi o zastąpieniu koktajli dietetycznych zwykłym jedzeniem?
"Jestem jak najbardziej za. Kiedy pojawiły się pierwsze wzmianki na temat tej diety, 77 osób zastosowało ją na własną rękę, z czego połowa odżywiała się według jej zaleceń, lecz tradycyjnymi pokarmami. Okazało się, że stracili na wadze tyle samo, co pacjenci odchudzający się pod nadzorem naszego zespołu. Jak widać, efekty są takie same".
Zespół profesora Taylora udowodnił, że dzięki odpowiedniej motywacji diabetycy są w stanie doprowadzić do cofnięcia się choroby. Teraz najważniejsze jest, aby przetestować tę teorię na znacznie większej grupie pacjentów. Dzięki temu można będzie wyodrębnić osoby, u których przynosi najlepsze rezultaty, a przede wszystkim poznać jej długofalowe skutki.
Profesor Taylor i jego koledzy, w tym również profesor Mike Lean, specjalista od żywienia z Uniwersytetu w Glasgow, zajmują się obecnie znacznie szerszym projektem. Ochotnicy, którzy zgłaszają się do udziału w próbie klinicznej DiRECT (Remisja Kliniczna Cukrzycy), są losowo przydzielani do dwóch grup: w jednej zostają poddani najlepszej z obecnie dostępnych terapii cukrzycy typu 2, w drugiej zaś przechodzą na dietę 800 kalorii. Badania te, w których udział bierze ponad 30 brytyjskich lekarzy, zaplanowano na pięć lat.
Tymczasem, niezależnie od wysiłków naukowców, wiele osób decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce.
Byłem już przygotowany na śmierć, a tu nagle słyszę, że jest szansa na pozbycie się choroby!
Carlos Cervantes jest zdania, że powinien już dawno nie żyć - nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Rzeczywiście tuż przed tym jak ów 55-letni Amerykanin natknął się na badania profesora Taylora - zupełnie przez przypadek - doszedł do wniosku, że jego czas dobiegł końca. "Pomyślałem sobie, że lato to dobra pora na umieranie - wspomina Carlos. - To nie była chwila słabości, ale trzeźwa ocena mojej sytuacji".
A była ona naprawdę nie do pozazdroszczenia: 136 kilogramów wagi, 142 centymetry w pasie, siniejące palce u nóg i grzybicze zapalenie ucha. Na dodatek lekarz stwierdził, że z powodu niegojących się wrzodów grozi mu amputacja stopy. A przecież i tak od jakiegoś czasu po swoim domu, położonym na odludziu, na zboczach wulkanu St. Helens w stanie Waszyngton, poruszał się o kulach.
Zastrzyki insuliny najwyraźniej przestały działać. Podczas ostatnich badań nie udało się nawet dokonać odczytu stężenia glukozy w jego krwi - wynik musiał być poza skalą.
Ten skromny i łagodny mężczyzna znalazł się na skraju rozpaczy z co najmniej kilku przyczyn:
1. Nie otrzymał wsparcia ze strony lekarza. "To było traumatyczne przeżycie - wspomina. - Nikt nie chciał mi pomóc, a ja nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Byłem naprawdę ciężko chory". Na dodatek zażywał metforminę, po której jeszcze bardziej tył.
2. Cierpiał na ostrą cukrzycę typu 2. Wysoki poziom cukru był przyczyną nękającej go ciężkiej infekcji grzybiczej. Zdaniem specjalistów, u których się leczył, cukrzyca typu 2 to choroba progresywna, a on znajdował się w jej ostatnim stadium.
3. W przeszłości wypróbował mnóstwo diet, ale żadna nie była skuteczna. Od momentu, gdy w wieku pięciu lat stracił matkę, miał zwyczaj zajadać swoje smutki i szybko nabawił się nadwagi. Po raz pierwszy próbował się odchudzić w wieku dziewięciu lat, próbując diety Atkinsa. "Niewiele dała - relacjonuje dziś ze śmiechem. - Tak naprawdę nic na mnie nie działało. Za każdym razem udawało mi się zrzucić parę kilogramów, ale szybko wracały". Poza tym miał wielką słabość do czekoladowego brownie. I jeszcze kilku innych przysmaków.
4. Żył w ogromnym napięciu. Strata najbliższych osób sprawiła, że był kompletnie wypalony emocjonalnie. Na dodatek odmowa kredytu pogrążyła jego dobrze rozwijającą się firmę i miał poważne problemy finansowe.
Pewnego dnia, zupełnie przypadkowo, oglądając telewizję Al-Dżazira, natknął się na króciutką, zaledwie dwuminutową wzmiankę na temat diety opracowanej przez naukowców z Uniwersytetu w Newcastle. "Szykowałem się już na śmierć, gdy nagle słyszę, że jest szansa na pozbycie się choroby! Poczułem, jakby uderzył we mnie piorun. Dosłownie nie mogłem uwierzyć, w to słyszę".
Poszukując informacji na ten temat w Internecie, natrafił na adres e-mailowy Taylora. "Od razu wiedziałem, że mój lekarz uzna, że w moim przypadku dieta nie zadziała - wspomina Carlos. - Dlatego postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce".
Carlosowi nie przypadły do gustu koktajle dietetyczne, więc odżywiał się normalnym jedzeniem - oczywiście innym niż dotąd i w znacznie mniejszych ilościach. Jadał skrupulatnie odmierzone porcje warzyw, owoców, chudego drobiu i sałatek. Jeśli pozwalał sobie, na przykład, na ser, to tylko mały kawałeczek. Dzięki temu w dziesiątym dniu diety stężenie glukozy w jego krwi po raz pierwszy od dawna nieznacznie spadło. Po 64 dniach stracił 30 kilogramów. Kiedy osiągnął swoją docelową wagę 78 kilogramów, cukrzyca całkowicie ustąpiła. "Efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania - przyznaje. - Ta dieta to naprawdę cudowne lekarstwo".
Dzięki niej udało mu się całkowicie - no powiedzmy, że prawie całkowicie - zmienić sposób odżywiania. Jak ocenia, jego jadłospis składa się dziś w 95 procentach wyłącznie ze zdrowych rzeczy. "Większą część mojego talerza zajmuje fura gotowanych na parze warzyw, reszta to porcja pełnoziarnistych produktów zbożowych oraz kawałek kurczaka lub ryby". Wciąż zdarza mu się zjeść ciasto, lody czy chipsy kukurydziane, ale jak twierdzi, nie szkodzą mu tak jak kiedyś. "Jako diabetyk nie mogłem jadać tego typu rzeczy. Dzięki diecie pozbyłem się tłuszczu z wątroby i trzustki, więc nie przybieram już łatwo na wadze i nie mam problemów ze schudnięciem. Mam wrażenie, że mój metabolizm działa teraz jak u młodego człowieka".
Carlos kupuje sobie spodnie na 78 centymetrów w pasie. "Podoba mi się to, co widzę w lustrze. Choć czasem z trudem rozpoznaję samego siebie. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jaki byłem koszmarnie otyły przez całe dorosłe życie".
Obecnie Carlos udziela się w lokalnej grupie wsparcia dla osób z zaburzeniami odżywiania. Naszą rozmowę rozpoczął od stwierdzenia: "Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby jak najwięcej chorych na cukrzycę dowiedziało się, że jest nadzieja na wyzdrowienie". Udowodnił już wcześniej, że nie rzuca słów na wiatr.