Obłomow - Iwan Gonczarow

Kup ebooka

49.99 zł
41.49 zł (49,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Część I

I

Na ulicy Grochowej, w jednym z wielkich domów, którego mieszkańców starczyłoby na całe powiatowe miasto, leżał rankiem w łóżku w swym mieszkaniu Ilia Ilicz Obłomow.

Był to człowiek lat trzydziestu dwóch-trzech, średniego wzrostu, o przyjemnej powierzchowności i ciemnoszarych oczach. Twarz jego nie zdradzała jednak żadnej określonej myśli, rysom brakowało skupienia. Myśl jak wolny ptak igrała na twarzy, migotała w oczach, spoczywała na półotwartych wargach, kryła się w zmarszczkach czoła, potem znikała zupełnie, a wówczas całą twarz oświetlał spokojny płomyk beztroski, z twarzy przenosiła się ta beztroska na całą postać, a nawet na fałdy szlafroka.

Niekiedy spojrzenie leżącego przygasało i nabierało wyrazu jakby zmęczenia czy też nudy; ale ani zmęczenie, ani nuda nie mogły nawet na chwilę spędzić z jego oblicza łagodności, przeważającego i podstawowego wyrazu nie tylko twarzy, ale też duszy; dusza zaś tak szczerze, tak przejrzyście jaśniała w oczach, w uśmiechu, w każdym ruchu głowy, ręki... Powierzchowny obserwator, człowiek oziębły, rzuciwszy na Obłomowa przelotne spojrzenie, rzekłby: "Musi to być poczciwiec, natura nieskomplikowana!". Człowiek zaś bardziej głęboki, bardziej wrażliwy, wpatrując się długo w jego twarz, odszedłby w przyjemnej zadumie, z uśmiechem.

Cera Ilii Ilicza nie była ani rumiana, ani śniada, ani zdecydowanie blada, lecz barwy nieokreślonej, a może wydawała się taką, ponieważ Obłomow zgnuśniał jakoś przedwcześnie, czy to z braku ruchu, czy powietrza, a może z obu tych przyczyn. W ogóle zaś ciało jego wskutek matowego, zbyt białego koloru szyi, drobnych pulchnych rąk, wiotkich ramion zdawało się zniewieściałe.

Ruchy jego, nawet wówczas, gdy był czymś zaniepokojony, hamowała łagodność i niepozbawione wdzięku lenistwo. Gdy z głębi duszy wypływała na twarz chmura troski, wzrok stawał się zamglony, na czole ukazywały się poprzeczne zmarszczki, zaczynała się gra wątpliwości, smutku, lęku; niepokój ten jednak rzadko przybierał kształt jakiejś określonej myśli, a jeszcze rzadziej przeradzał się w zamiar. Cały niepokój wyładowywał się w westchnieniu, zamierał w apatii lub senności.

Jakże pasował domowy ubiór Obłomowa do spokojnych rysów jego twarzy, do jego wydelikaconego ciała! Miał na sobie szlafrok z perskiej tkaniny, prawdziwy chałat wschodni, niczym nieprzypominający europejskiego, bez chwastów, bez aksamitu, bez wcięcia w talii, tak obszerny, że Obłomow mógł się nim owinąć dwukrotnie. Rękawy, według niezmiennej mody azjatyckiej, rozszerzały się coraz bardziej od palców ku ramionom. I chociaż chałat ten stracił swą pierwotną świeżość, a jego dawny naturalny połysk miejscami został zastąpiony przez inny, nabyty, zachował jednak jaskrawość wschodnich barw i trwałość tkaniny.

Szlafrok ten w oczach Obłomowa miał mnóstwo nieocenionych zalet; był miękki, dobrze się układał, ciało nie czuło go na sobie, poddawał się najmniejszemu ruchowi jak posłuszny niewolnik.

W domu Obłomow chodził zawsze bez krawata i kamizelki, gdyż lubił być nieskrępowany i swobodny. Nosił pantofle długie, miękkie i szerokie; gdy spuszczał nogi z posłania na podłogę, nie patrząc, trafiał w nie od razu i niezawodnie.

Leżenie nie było dla Ilii Ilicza koniecznością jak dla chorego lub człowieka, który chce spać. Nie było też czymś przypadkowym jak dla kogoś, kto się zmęczył, ani rozkoszą jak dla próżniaka. Był to jego stan normalny. Kiedy był w domu - a w domu przebywał niemal stale - leżał ciągle, zawsze w tym samym pokoju, gdzie go zastaliśmy, pokoju, który służył mu jednocześnie za sypialnię, gabinet i bawialnię. Obłomow miał jeszcze trzy inne pokoje, lecz zaglądał tam rzadko, nie codziennie, i to tylko z rana, gdy służący zamiatał gabinet, czego nie robiło się dzień w dzień. W pokojach tych meble stały w pokrowcach, story były spuszczone.

Pokój, w którym leżał Ilia Ilicz, na pierwszy rzut oka wydawał się wspaniale umeblowany. Stał tam kantorek mahoniowy, dwie kanapy obite jedwabiem, piękne parawany haftowane w ptaki i owoce, jakie nigdy nie istniały w rzeczywistości. Były tam jedwabne kotary, dywany, kilka obrazów, brązy, porcelana i mnóstwo pięknych drobiazgów.

Lecz doświadczone oko człowieka o dobrym smaku, ogarniając jednym przelotnym spojrzeniem wszystko, co tu było, odgadłoby z łatwością chęć zachowania tylko decorum niezbędnej przyzwoitości - byle zadowolić ludzki wzrok. To było jedną troską Obłomowa, gdy meblował swój gabinet. Ciężkie, niezgrabne krzesła mahoniowe, chwiejne etażerki nie zadowoliłyby przecież wytwornego smaku. Oparcie jednej z kanap osunęło się ku dołowi, fornir miejscami odstawał.

Tak samo wyglądały obrazy, wazony i drobiazgi.

Jednakże sam gospodarz patrzył na umeblowanie swego gabinetu wzrokiem tak obojętnym i roztargnionym, jakby zapytywał: "Kto tu pościągał i poustawiał to wszystko?". Skutkiem tak obojętnego stosunku Obłomowa do swej własności, a może i z powodu bardziej jeszcze obojętnego do tych spraw stosunku służącego Zachara, widok gabinetu, gdy się obejrzało w nim wszystko uważnie, po prostu zdumiewał zaniedbaniem i niechlujstwem.

Na ścianach, koło obrazów, zwisała w kształcie festonów nasycona kurzem pajęczyna. Zwierciadła nie odbijały przedmiotów, lecz ze względu na kurz, którym były pokryte, mogły raczej służyć jako tablice do zapisywania notatek. Na dywanach pełno było plam. Na kanapie leżał zapomniany ręcznik; na stole prawie zawsze stał z rana niesprzątnięty po wczorajszej kolacji talerz z obgryzioną kostką i była też solniczka, a dookoła poniewierały się okruchy chleba.

Gdyby nie ten talerz, nie fajka, wypalona przed chwilą i oparta o posłanie, lub leżący na nim sam gospodarz, można by pomyśleć, że nikt tu nie mieszka - tak wszystko było zakurzone, wypełzłe i w ogóle pozbawione żywych śladów obecności człowieka. Co prawda na etażerkach leżały dwie czy trzy otwarte książki i porzucona gazeta, na biurku stał kałamarz i leżały pióra; lecz stronice, na których otwarte były książki, pokryły się kurzem i pożółkły; widocznie dawno je tak rzucono; gazeta była z ubiegłego roku, a gdyby ktoś umoczył pióro w kałamarzu, wyleciałaby chyba tylko z niego brzęcząca, przerażona mucha.

Ilia Ilicz obudził się wbrew przyzwyczajeniu bardzo wcześnie, około godziny ósmej. Był czymś mocno zatroskany. Na twarzy jego występowały kolejno ni to lęk, ni to zmartwienie i żal. Widać było, że gnębiła go walka wewnętrzna, umysł zaś jeszcze nie przyszedł z pomocą.

Chodziło o to, że poprzedniego dnia Obłomow otrzymał ze wsi od swego rządcy list o przykrej treści. Wiadomo, o jakich przykrościach może pisać rządca: nieurodzaj, zmniejszenie dochodu, chłopi zalegają z czynszem i tym podobne. Chociaż rządca pisał do swego pana takie same listy i w roku zeszłym, i w zaprzeszłym, to ten ostatni list podziałał silnie jak każda niemiła niespodzianka.

Bo czy to łatwa sprawa? Trzeba było pomyśleć o sposobach przedsięwzięcia jakichś kroków. Zresztą należy oddać sprawiedliwość dbałości Ilii Ilicza o własne sprawy. Już po pierwszym nieprzyjemnym liście, otrzymanym od rządcy przed kilku laty, zaczął tworzyć w myśli plan rozmaitych zmian i ulepszeń w systemie zarządzania majątkiem.

Plan ten przewidywał wprowadzenie pewnych nowych środków natury gospodarczej, policyjnej i innych. Jednak nie był jeszcze bynajmniej obmyślony do końca, przykre zaś listy rządcy powtarzały się rokrocznie, pobudzały Obłomowa do działalności, a co za tym idzie, zakłócały mu spokój. Obłomow zdawał sobie sprawę z konieczności powzięcia jakiejś stanowczej decyzji, zanim plan będzie gotów.

Gdy tylko się obudził, zamierzał natychmiast wstać, umyć się i po wypiciu herbaty pomyśleć poważnie, to i owo rozważyć, zapisać i w ogóle zająć się całą sprawą należycie.

Leżał jednak jeszcze z pół godziny, dręcząc się tym zamiarem, w końcu doszedł do wniosku, że równie dobrze zdąży to zrobić po herbacie, herbatę zaś można pić, jak zwykle, w łóżku, tym bardziej że nic nie przeszkadza myśleć i na leżąco.

Tak też uczynił. Po herbacie uniósł się już ze swego łoża i o mało co nie wstał; spoglądając na pantofle, zaczął nawet opuszczać z łóżka jedną nogę, lecz od razu ją cofnął.

Zegar wybił wpół do dziesiątej. Ilia Ilicz drgnął.

- Cóż to ja, doprawdy? - rzekł na głos niezadowolony. - Wstyd po prostu: czas do roboty. Tylko sobie trochę pofolgować, to zaraz... Zachar! - krzyknął.

W pokoju, oddzielonym od gabinetu Ilii Ilicza tylko niewielkim korytarzem, dało się słyszeć najprzód jakby warczenie psa podwórzowego, potem stukot zeskakujących z czegoś nóg. To Zachar zeskoczył z przypiecka, na którym zwykle spędzał czas, siedząc pogrążony w drzemce.

Do pokoju wszedł starszy mężczyzna w szarym surducie z dziurą pod pachą, skąd wystawał kawałek koszuli, w szarej kamizelce z miedzianymi guzikami, o łysej jak kolano głowie i o niezwykle szerokich i gęstych, siwiejących rudawych faworytach, z których każdy wystarczyłby na trzy brody.

Zachar nie starał się zmienić nie tylko wyglądu, jakim obdarzył go Pan Bóg, ale też ubioru, w którym chodził na wsi. Ubranie robiono mu na wzór tego, które przywiózł ze wsi. Szary surdut i kamizelkę lubił także dlatego, że to na pół mundurowe ubranie przypominało nieco liberię, którą nosił ongiś, towarzysząc swym nieżyjącym dziś państwu do cerkwi lub z wizytą; w jego wspomnieniu jedynie liberia reprezentowała dostojeństwo domu Obłomowów.

Nic więcej nie przypominało starego, szerokiego i spokojnego pańskiego sposobu życia w wiejskiej głuszy. Starzy państwo pomarli, portrety rodzinne zostały w domu i poniewierają się pewnie gdzieś na strychu, legendy o dawnym życiu i chwale rodu zanikają i żyją tylko w pamięci nielicznych pozostałych we wsi starców. Dlatego właśnie szary surdut drogi był Zacharowi; widział w nim cień wspomnień dawno minionej wielkości, jak dostrzegał go również w niektórych rysach twarzy i w sposobie bycia pana, przypominającym jeszcze rodziców, w jego kaprysach, na które gderał głośno i po cichu, które szanował jednak w głębi duszy jako przejaw pańskiej woli i pańskiego prawa.

Bez tych kaprysów nie czułby jakoś pana nad sobą; gdyby nie one, nic nie wskrzeszałoby jego młodości, wsi, którą obaj porzucili tak dawno, i legend pochylonego wiekiem dworu - jedynej jego kroniki prowadzonej przez starych służących, niańki, mamki i przekazywanej z pokolenia na pokolenie.

Dom Obłomowów był niegdyś bogaty i znakomity w okolicy, potem jednak, Bóg wie dlaczego, wciąż ubożał, podupadał i w końcu, nie wiadomo jak i kiedy, zagubił się wśród niestarych domów szlacheckich. Tylko posiwiali słudzy przechowywali troskliwie i przekazywali sobie kolejno wierną pamięć przeszłości, czcząc ją jak świętość.

Oto dlaczego Zachar tak lubił swój szary surdut.

Być może dlatego też cenił swe bokobrody, że widział w dzieciństwie wielu starych służących noszących tę dawną arystokratyczną ozdobę.

Ilia Ilicz, pogrążony w zadumie, długo nie dostrzegał obecności Zachara. Zachar stał przed nim, milcząc. W końcu kaszlnął.

- Czego chcesz? - spytał Ilia Ilicz.

- Przecie pan wołał?

- Wołałem? Po cóż to ja cię wołałem, nie pamiętam! - odpowiedział, przeciągając się. - Idź no tymczasem do siebie, a ja sobie przypomnę.

Zachar wyszedł, a Ilia Ilicz wciąż leżał i myślał o przeklętym liście.

Minął chyba kwadrans.

- No dosyć tego leżenia! - powiedział. - Trzeba wstać... A zresztą, niech tam, przeczytam jeszcze raz uważnie list rządcy, a potem zaraz wstanę. Zachar!

Znów ten sam skok i tym razem głośniejszy pomruk. Zachar wszedł, Obłomow zaś znowu pogrążył się w zadumie. Zachar postał ze dwie minuty, patrząc na pana nieprzychylnym okiem, nieco z ukosa, i w końcu poszedł ku drzwiom.

- Dokądże idziesz? - spytał nagle Obłomow.

- Pan nic nie mówi, po cóż więc stać tu po próżnicy? - wychrypiał Zachar, jako że inaczej nie umiał, gdyż jak twierdził, utracił głos na polowaniu z psami, kiedy jeździł ze starszym panem i kiedy to jakoby silny powiew wiatru wleciał mu do gardła.

Stał w półobrocie pośrodku pokoju i wciąż patrzył z ukosa na Obłomowa.

- A cóż to, nogi ci uschły, że nie możesz postać trochę? Widzisz przecie, że mam kłopoty, więc poczekaj! Jeszcześ się tam mało wyleżał? Odszukaj list, który wczoraj otrzymałem od rządcy. Gdzieś go podział?

- Jaki list? Nie widziałem żadnego listu - powiedział Zachar.

- Tyś go przecież odebrał od pocztyliona: brudny taki.

- Skądże mogę wiedzieć, gdzie pan go położył - mówił Zachar, poklepując dłonią po papierach i po różnych rzeczach leżących na stole.

- Ty nigdy nic nie wiesz. Tam w koszu popatrz! Może wpadł za kanapę? A oparcie kanapy dotychczas nienaprawione; tylko zawołać stolarza i naprawić. Przecież to ty złamałeś. O niczym nie pomyślisz!

- Ja nie złamałem - odpowiedział Zachar. - Samo się złamało, nie może przecie być wieczne; musi się kiedyś złamać.

Ilia Ilicz nie uważał za stosowne dowodzić czegoś przeciwnego.

- Znalazłeś czy nie? - spytał tylko.

- Tu są jakieś listy.

- To nie te.

- No to nie ma więcej - mówił Zachar.

- No dobrze, idź już! - rzekł zniecierpliwiony Ilia Ilicz. - Wstanę, to sam znajdę.

Zachar poszedł do siebie, ledwie jednak wsparł się oburącz o przypiecek, by wskoczyć na swe legowisko, znowu dało się słyszeć spieszne wołanie:

- Zachar! Zachar!

- Ach, mój Boże! - gderał Zachar, idąc znów do gabinetu. - Cóż to za mordęga! Żeby już śmierć przyszła prędzej! Czego pan chce? - rzekł, trzymając się jedną ręką drzwi gabinetu i na znak niełaski patrząc na Obłomowa do tego stopnia z ukosa, że mógł widzieć swego pana tylko połową oka, pan zaś widział zaledwie jeden ogromny faworyt, z którego tylko patrzeć, a wyfruną dwa lub trzy ptaki.

- Chustkę do nosa, prędzej! Sam byś się mógł domyślić: nie widzisz? - zauważył surowo Ilia Ilicz.

Zachar nie okazał żadnego szczególniejszego niezadowolenia ani zdziwienia, słysząc ten rozkaz i wyrzut pana. Uważał zapewne, że i jedno, i drugie było zupełnie naturalne.

- A któż ją wie, gdzie ta chustka? - gderał, obchodząc pokój i obmacując każde krzesło, choć i tak można było widzieć, że nic nie leży na krzesłach. - Wszystko pan gubi! - zauważył, otwierając drzwi do bawialni, by popatrzeć, czy tam jej nie ma.

- Dokąd? Tu szukaj! Już od trzech dni tam nie byłem. I prędzej trochę! - mówił Ilia Ilicz.

- Gdzie chustka? Nie ma chustki! - mówił Zachar, rozkładając ręce i rozglądając się po wszystkich kątach. - Tam jest przecie - zachrypiał nagle ze złością - pod panem! O, tu koniec wystaje. Sam pan leży na niej, a woła o chustkę!

Nie mówiąc nic więcej, Zachar zamierzał odejść. Obłomow poczuł się trochę zażenowany skutkiem własnego gapiostwa. Szybko jednak znalazł inny powód, żeby Zachara uczynić winowajcą.

- Czysto tu u ciebie wszędzie, nie ma co; ile kurzu, brudu, Boże drogi! Popatrz no tam, po kątach, nic nie robisz!

- Jeśli już ja nic nie robię... - przemówił Zachar obrażonym głosem. - Staram się, życia nie szczędzę! I kurze wycieram, i zamiatam prawie co dzień... - Wskazał na środek podłogi i na stół, przy którym Obłomow jadał obiad. - Tu przecie - mówił - wszędzie zamiecione, sprzątnięte jak na wesele... Czegóż jeszcze trzeba?

- A to co? - przerwał Ilia Ilicz, wskazując na ściany i sufit. - A to? A to? - Pokazał Zacharowi porzucony od wczoraj ręcznik i zapomniany na stole talerz z kromką chleba.

- No to mogę sprzątnąć - rzekł Zachar, biorąc łaskawie talerz.

- Tylko to! A kurz na ścianach, a pajęczyna?... - mówił Obłomow, wskazując na ściany.

- To sprzątam przed Wielkanocą: wtedy czyszczę ikony i zdejmuję pajęczynę.

- A odkurzyć książki i obrazy?

- Książki i obrazy przed Bożym Narodzeniem: przejrzymy wówczas z Anisją wszystkie szafy. A teraz jakże tu zacząć sprzątać? Pan wciąż siedzi w domu.

- Chodzę czasem do teatru czy z wizytą: mógłbyś wtedy...

- Jakie to sprzątanie po nocy!

Obłomow spojrzał na niego z wyrzutem, pokiwał głową i westchnął. Zachar zaś spojrzał obojętnie przez okno i westchnął również. Pan, zdaje się, myślał: "No, bracie, z ciebie jeszcze większy Obłomow niż ze mnie". A Zachar, kto wie, czy nie pomyślał: "Łżesz! Potrafisz tylko gadać niezrozumiałe i żałośliwe słowa, ale kurz i pajęczyna nic cię nie obchodzą".

- Czy ty rozumiesz - rzekł Ilia Ilicz - że z kurzu lęgną się mole? Czasem nawet widzę pluskwę na ścianie!

- U mnie są nawet pchły! - odezwał się obojętnie Zachar.

- I to ma być porządek? Przecież to obrzydliwe! - zauważył Obłomow.

Zachar uśmiechnął się całą twarzą, tak że uśmiech ten ogarnął nawet brwi i bokobrody, które skutkiem tego rozsunęły się na boki, a przez całą twarz aż do czoła przepłynęła czerwień.

- Cóżem ja winien, że na świecie są pluskwy? - powiedział naiwnie zdziwiony. - Czy ja je wymyśliłem?

- To z brudu - przerwał Obłomow. - Co ty wciąż kręcisz?

- Brud też nie ja wymyśliłem.

- U ciebie tam myszy harcują po nocy, nieraz słyszę.

- I myszy nie ja wymyśliłem. Takiego stworzenia jak myszy, koty czy pluskwy wszędzie dość.

- A dlaczego gdzie indziej nie ma moli ani pluskiew?

Na twarzy Zachara odmalowało się niedowierzanie albo raczej spokojna pewność, że to jest niemożliwe.

- Mam dosyć roboty - rzekł z uporem. - Każdej pluskwy nie upilnuję przecie, w szparkę za nią nie wlezę.

A wydaje się, że myślał: "I jakież to spanie bez pluskiew?".

- Zamiataj, wygarniaj śmieci z kątów, to nie będzie tego wszystkiego - pouczał Obłomow.

- Dziś się sprzątnie, a jutro będzie to samo - mówił Zachar.

- Nie będzie - przerwał pan. - Nie powinno być.

- Będzie, już ja wiem - powtarzał sługa.

- To wtedy znowu wymieć.

- Jakże tak? Co dzień przepatrywać wszystkie kąty? - spytał Zachar. - A cóż to za życie? Lepiej niech mnie już Pan Bóg zabierze z tego świata!

- Dlaczego u innych jest czysto? - odparł Obłomow. - Zobacz naprzeciwko, u stroiciela: aż miło spojrzeć, a raptem mają jedną dziewczynę...

- A skądże Niemcy wezmą brudu - zaoponował nagle Zachar. - Niech pan tylko spojrzy, jak oni żyją! Cała rodzina przez cały tydzień jedną kosteczkę ogryza. Surdut z ojca przechodzi na syna, a z syna znów na ojca. Żona i córki mają sukienczyny króciutkie; nogi tylko wciąż pod siebie podkurczają jak gęsi... Skądże się u nich brud weźmie? U nich nie tak jak u nas, żeby w szafach leżała całymi latami kupa starych znoszonych ubrań albo żeby przez zimę uzbierał się pełny kąt skórek od chleba... U nich nawet taka skórka nie pójdzie na marne. Sucharów narobią i zjedzą z piwem.

Zachar aż splunął przez zęby, rezonując o takim skąpstwie.

- Dość tego gadania! - odparł Ilia Ilicz. - Sprzątaj porządniej.

- Czasami to bym nawet sprzątnął, ale pan przecie sam nie daje - powiedział Zachar.

- Ten znów swoje! Zawsze mu przeszkadzam.

- Przecie, że pan; wciąż pan w domu siedzi: jakże zacznę sprzątać przy panu? Niech pan wyjdzie na cały dzień, to wtedy sprzątnę.

- Także wymyślił, wyjść! Idź no lepiej do siebie.

- Bo i prawda! - nastawał Zachar. - Niech by pan choć dzisiaj wyszedł, sprzątnęlibyśmy wszystko z Anisją. I to we dwoje nie damy rady; trzeba by jeszcze baby nająć, wyszorować wszystko.

- E! Także wymysły, baby! Wynoś się - mówił Ilia Ilicz.

Był już nierad, że wyciągnął Zachara na tę rozmowę. Zapominał wciąż, że wystarczy tylko dotknąć tego drażliwego tematu, a człowiek nie da sobie rady z kłopotami.

Obłomow chciałby nawet, żeby było czysto, ale pragnąłby, żeby się to zrobiło jakoś niepostrzeżenie, samo przez się; Zachar zaś zawsze wszczynał spór, gdy żądano od niego ścierania kurzu, mycia podłóg i tym podobnych. Zaczynał wtedy dowodzić konieczności wielkiego zamieszania w domu, wiedząc doskonale, że sama myśl o tym napełniała pana przerażeniem.

Zachar wyszedł, Obłomow zaś pogrążył się w rozmyślaniach. Po kilku minutach wybiło jeszcze pół godziny.

- Cóż to? - rzekł niemal z przerażeniem Ilia Ilicz. - Niedługo jedenasta, a ja jeszcze nie wstałem, nie myłem się dotąd. Zachar, Zachar!

- Och, mój Boże! Co? - Dało się słyszeć zza drzwi, po czym nastąpił znany skok.

- Do mycia przygotowane? - zapytał Obłomow.

- Dawno przygotowane! - powiedział Zachar. - Dlaczego pan nie wstaje?

- Czegóż nie powiesz, że przygotowane. Wstałbym przecież już dawno. Idźże, pójdę zaraz za tobą. Mam coś do roboty, siądę do pisania.

Zachar wyszedł, po chwili jednak wrócił z zapisanym, zatłuszczonym zeszytem i kawałkami papieru w ręku.

- A to, jeżeli pan będzie pisał, niech pan przy okazji raczy też sprawdzić rachunki; trzeba zapłacić pieniądze.

- Co za rachunki? Co za pieniądze? - spytał z niezadowoleniem Ilia Ilicz.

- Od rzeźnika, od zieleniarza, od praczki, od piekarza: wszyscy proszą o pieniądze.

- Wciąż tylko troszczyć się o pieniądze! - gderał Ilia Ilicz. - A ty dlaczego nie dajesz rachunków po trochu, tylko wszystkie od razu?

- Pan przecie zawsze mnie wyganiał: jutro i jutro...

- A teraz nie można by do jutra?

- Nie! Zanadto się dopominają, nie dają już na borg. Dzisiaj pierwszy.

- Ach! - rzekł zatroskany Obłomow. - Nowy kłopot! No czego stoisz? Połóż na stole. Zaraz wstanę, umyję się i przejrzę rachunki - powiedział Ilia Ilicz. - Więc do mycia przygotowane?

- Przygotowane! - rzekł Zachar.

- No więc...

Obłomow, stękając, zaczął podnosić się z posłania, żeby wstać.

- Zapomniałem panu powiedzieć - zaczął Zachar. - Niedawno, jak pan jeszcze spał, administrator przysłał stróża: mówi, że koniecznie musimy się przeprowadzić... mieszkanie potrzebne.

- Więc cóż takiego? Skoro potrzebne, to, naturalnie, przeniesiemy się. Czego mi dokuczasz? Już trzeci raz o tym mówisz.

- Mnie też dokuczają.

- Powiedz, że się wyprowadzimy.

- Administrator mówi, już od miesiąca, mówi, obiecaliście, a wciąż się nie wyprowadzacie, damy znać, mówi, na policję.

- Niech daje znać! - powiedział stanowczo Obłomow. - Sami się przecież wyprowadzimy, jak tylko będzie cieplej, za jakieś trzy tygodnie.

- Gdzie za trzy tygodnie! Administrator mówi, że za dwa tygodnie przyjdą robotnicy: będą wszystko rozwalać... "Wyprowadzajcie się, mówi, jutro albo pojutrze..."

- Eee! Tego już za wiele! Jeszcze czego? Może zaraz? Nie waż mi się nawet wspominać o mieszkaniu. Raz ci już zabroniłem, a ty znów, zapamiętaj sobie!

- Więc cóż mam robić? - zapytał Zachar.

- Co robić? Dobre sobie! - odpowiedział Ilia Ilicz. - Jeszcze się pyta! A mnie co do tego? Daj mi spokój, rozporządzaj się, jak chcesz, byleby się nie przeprowadzać. Nie może się postarać dla swego pana!

- Jakim to sposobem, proszę łaski pana, mam się rozporządzać? - wychrypiał cicho Zachar. - Dom przecie nie mój; jakże się nie wyprowadzać z cudzego domu, kiedy wyganiają? Żeby to był mój dom, ja bym nawet z wielką przyjemnością...

- Nie można by im tego jakoś wyperswadować? "Że, przecie, mieszkamy od dawna, płacimy akuratnie".

- Mówiłem.

- No i co?

- Co? Wciąż swoje: "Wyprowadźcie się, powiadają, musimy mieszkanie przerabiać". Chcą z mieszkania doktora i z naszego zrobić jedno duże mieszkanie przed weselem gospodarza.

- Ach, mój Boże! - rzekł z niezadowoleniem Obłomow. - Że też są jeszcze takie osły, co się żenią!

Obrócił się na wznak.

- Pan by napisał, proszę wielmożnego pana, do gospodarza - powiedział Zachar - to może by pana nie ruszał, a kazałby najprzód rozwalać tamto mieszkanie. - Wskazał przy tym ręką gdzieś na prawo.

- No dobrze, napiszę, jak wstanę... Idź już sobie, niech pomyślę. Nic nie umiesz załatwić - dodał. - Muszę sam się kłopotać o takie głupstwo.

Zachar wyszedł, Obłomow zaś zaczął myśleć.

Był jednak w kłopocie, o czym myśleć: czy o liście rządcy, czy o przeprowadzce na nowe mieszkanie. A może wziąć się do załatwienia rachunków? Tonął w powodzi trosk życiowych i wciąż leżał, przewracając się z boku na bok. Czasami słychać było jego urywane westchnienia:

- Ach, mój Boże! Doświadcza nas życie, dosięga wszędzie...

Nie wiadomo, jak długo trwałby jeszcze w swym niezdecydowaniu, gdy wtem w przedpokoju rozległ się dzwonek.

- Już ktoś przyszedł! - powiedział Obłomow, otulając się w szlafrok. - A ja jeszcze nie wstałem, wstyd po prostu! Któż to może być tak wcześnie? - I leżąc, z ciekawością patrzył na drzwi.

II

Wszedł młody człowiek lat około dwudziestu pięciu, tryskający zdrowiem, o śmiejących się policzkach, wargach i oczach. Zazdrość brała patrzeć na niego.

Uczesany i ubrany był bez zarzutu. Oślepiał świeżością swej twarzy, bielizny, rękawiczek i fraka. Na kamizelce wisiał wytworny łańcuszek z mnóstwem miniaturowych breloków. Wyjął z kieszeni chustkę z cieniutkiego batystu, powąchał aromaty Wschodu, potem niedbale musnął nią twarz i połyskujący kapelusz, otrzepał buciki.

- A, Wołkow, dzień dobry! - rzekł Ilia Ilicz.

- Dzień dobry, Obłomow - mówił wytworny pan, zbliżając się do niego.

- Nie podchodź pan, nie podchodź; pan z zimna! - bronił się gospodarz.

- Och, pieszczoch, sybaryta! - mówił Wołkow, patrząc, gdzie by położyć kapelusz, widząc jednak wszędzie kurz, nie położył go nigdzie; rozsunął poły fraka, aby usiąść, lecz popatrzywszy uważnie na fotel, stał dalej. - Pan jeszcze nie wstał! Co to za szlafrok ma pan na sobie? Takich od dawna już się nie nosi - zawstydzał Obłomowa.

- To nie szlafrok, tylko chałat - rzekł Obłomow, otulając się z lubością obszernymi połami szlafroka.

- Jak pańskie zdrowie? - spytał Wołkow.

- Jakie tam zdrowie! - rzekł Obłomow, ziewając. - Złe! Męczą mnie uderzenia krwi do głowy. A pan jak się miewa?

- Ja? Dziękuję: jestem zdrów i wesół - jeszcze jak wesół! - dodał z zapałem młody człowiek.

- Skąd pan tak wcześnie? - spytał Obłomow.

- Od krawca. Niech pan spojrzy, ładny frak? - mówił, obracając się przed Obłomowem.

- Doskonały! Uszyty z wielkim smakiem - rzekł Ilia Ilicz. - Tylko dlaczego taki szeroki z tyłu?

- To rajtrok, do konnej jazdy.

- Ach! Tak! Jeździ pan konno?

- Naturalnie! Frak zamówiłem specjalnie na dzisiaj. Dziś przecież pierwszy maja, jedziemy z Goriunowem do Jekatieringofu. Ach! Pan nie wie? Misza Goriunow awansował, dlatego dzisiaj szalejemy! - dodał z zachwytem Wołkow.

- Ach, tak! - powiedział Obłomow.

- On ma kasztana - ciągnął Wołkow. - W jego pułku są kasztany, mój jest kary. Pan jak się tam wybiera, piechotą czy powozem?

- Chyba... wcale - rzekł Obłomow.

- Nie być pierwszego maja w Jekatieringofie? Co też pan! - mówił zdumiony Wołkow. - Przecież tam będą wszyscy!

- Jak to wszyscy? Nie, nie wszyscy! - zauważył leniwie Obłomow.

- Niechże pan jedzie, kochany Ilio Iliczu! Sofia Mikołajewna z Lidią będą w powozie same, tam jest ławeczka, pojechałby pan z nami.

- Nie, nie zmieszczę się na ławeczce. Zresztą, co bym tam robił?

- No więc jeśli pan chce, Misza da panu drugiego konia.

- Bóg wie, co mu przychodzi do głowy! - rzekł niemal do siebie Obłomow. - Co pan się uczepił tych Goriunowów?

- Ach! - zawołał Wołkow, czerwieniąc się. - Powiedzieć?

- Proszę.

- Pan nie powie nikomu, słowo honoru? - ciągnął Wołkow, siadając koło niego na kanapie.

- Dobrze, nie powiem.

- Jestem... zakochany w Lidii - szepnął.

- Brawo! Od dawna? Zdaje się, że jest bardzo milutka.

- Już od trzech tygodni! - rzekł Wołkow, wzdychając głęboko. - A Misza zakochał się w Daszeńce.

- W jakiej Daszeńce?

- Czy pan z nieba spadł, Obłomow! Nie zna pan Daszeńki?! Tańczy tak, że całe miasto szaleje! Dziś idziemy z nim na balet; on rzuci bukiet. Trzeba go wprowadzić, jest jeszcze nieśmiały, nowicjusz... Ach, prawda, muszę jechać po kamelie...

- A to znów dokąd? Daj pan spokój, niech pan lepiej przyjdzie na obiad, pogadalibyśmy. Mam dwa zmartwienia.

- Nie mogę: mam obiad u księcia Tiumieniewa, będą wszyscy Goriunowowie i ona, ona... Lidieńka - dodał szeptem. - Czemu pan przestał bywać u księcia? Jaki wesoły dom! Na jakiej stopie! A ich willa! Tonie w kwiatach! Dobudowali galerię, gothique. Powiadają, że latem będą tańce, żywe obrazy. Pan będzie bywał?

- Nie, sądzę, że nie będę.

- Ach, cóż za dom! Tej zimy w środy zbierało się tam nie mniej niż pięćdziesiąt osób, a czasem dochodziło do stu...

- Mój Boże! Nudy musiały być chyba piekielne!

- Cóż znowu! Nudy? Przecież im więcej osób, tym weselej! Lidia też tam bywała. Nie zwracałem na nią uwagi, aż tu nagle...

Próżno się staram ją zapomnieć

I zapał zmysłów przezwyciężyć...

- zaśpiewał Wołkow, po czym niebacznie siadł na fotelu, lecz zerwał się natychmiast, strzepując kurz z ubrania. - Jaki tu kurz u pana! - powiedział.

- To wszystko przez Zachara! - poskarżył się Obłomow.

- No, czas na mnie! - zawołał Wołkow. - Pędzę po kamelie do bukietu Miszy. Au revoir!

- Niech pan przyjedzie z baletu wieczorem na herbatę, opowie mi pan, jak tam było - zapraszał Obłomow.

- Nie mogę, obiecałem się do Mussińskich; to ich dzień przyjęć. Niech pan jedzie ze mną. Chce pan, przedstawię pana?

- Nie, co bym tam robił?

- U Mussińskich? Zmiłuj się pan, przecież u nich bywa pół miasta. Jak to, co tam robić? To taki dom, w którym się mówi o wszystkim...

- To właśnie nudne, że o wszystkim - rzekł Obłomow.

- Więc niech pan bywa u Miezdrowów - przerwał Wołkow. - Tam już mówi się tylko na jeden temat: o sztuce; człowiek słyszy bez przerwy: szkoła wenecka, Beethoven i Bach, Leonardo da Vinci...

- Wciąż o jednym i tym samym, cóż za nuda! To muszą być pedanci! - rzekł Obłomow, ziewając.

- Trudno panu dogodzić! Czyż mało innych domów? Teraz wszyscy mają swoje dni; u Sawinowów obiady w czwartki, u Makłaszynów piątki, u Wiaznikowów niedziele, u księcia Tiumieniewa środy. Wszystkie dni mam zajęte! - zakończył Wołkow rozpromieniony.

- I chce się panu tak uganiać dzień w dzień?

- Co takiego? Czy mi się chce? Przecież to arcywesołe - mówił beztrosko Wołkow. - Z rana czytam, przecież trzeba być au courant ze wszystkim, znać nowości. Bogu dzięki, mam tego rodzaju stanowisko, że nie potrzebuję co dzień bywać w biurze. Posiedzę tam ze dwa razy w tygodniu, zjem obiad u generała, a potem jadę z wizytami tam, gdzie nie byłem dawno; no cóż jeszcze... nowa aktorka w teatrze rosyjskim albo francuskim. W sezonie wezmę abonament do opery. A teraz jestem zakochany... Na początek lata Misza ma obiecany urlop, pojedziemy do niego na wieś, na miesiąc. Dla urozmaicenia. Będziemy polować. Mają też bardzo miłe sąsiedztwo, urządzają bals champ?tres1. Będziemy z Lidią spacerować po lesie, jeździć łódką, zrywać kwiaty... Ach!... - I wykręcił się na pięcie z radości. - Jednakże czas już... Do widzenia! - mówił, na próżno usiłując przejrzeć się z przodu i z tyłu w zakurzonym lustrze.

- Czekaj pan - zatrzymywał go Obłomow. - Chciałem przecież pomówić z panem o interesach.

- Pardon, nie mam czasu - spieszył się Wołkow - może innym razem. A nie poszedłby pan ze mną na ostrygi? Opowiedziałby mi pan wtedy. Jedźmy. Dzisiaj podejmuje Misza.

- Nie, dajcie mi spokój! - rzekł Obłomow.

- W takim razie do widzenia.

Wyszedł, ale jeszcze zawrócił.

- A to pan widział? - spytał, pokazując rękę, na której rękawiczka leżała jak ulana.

- Cóż to takiego? - spytał Obłomow zdumiony.

- To nowe lacets2! Widzi pan, jak to doskonale ściąga: człowiek nie męczy się dwie godziny nad guzikiem, pociągnie za sznureczek i gotowe. Dopiero co z Paryża. Chce pan, przywiozę panu jedną parę na próbę.

- Dobrze, niech pan przywiezie! - powiedział Obłomow.

- A niech pan to obejrzy, prawda, że milutkie? - mówił, wybierając w pęku breloków jeden. - Bilet wizytowy z zagiętym rogiem.

- Nie mogę dojrzeć, co tam jest napisane.

- Mr. prince M. Michel - mówił Wołkow. - Nazwisko Tiumieniew nie zmieściło się już, podarował mi to na Wielkanoc zamiast jajeczka. Ale do widzenia, au revoir! Muszę jeszcze zdążyć w dziesięć miejsc. Mój Boże, jakiż wesoły ten świat.

I znikł.

"W dziesięć miejsc jednego dnia... nieszczęsny! - myślał Obłomow. - I to jest życie! - Mocno wzruszył ramionami. - Gdzie tu człowiek? Jakże on się rozdrabnia, jak rozprasza! Naturalnie, że nieźle jest zajrzeć do teatru i zakochać się w jakiejś Lidii... ładniutka! Zrywać z nią kwiaty na wsi, jeździć łódką: przyjemnie; ale jednego dnia w dziesięć miejsc... nieszczęsny!" - zakończył, przewracając się na wznak i ciesząc się, że sam nie ma tak pustych myśli i zachcianek, że nie ugania się po świecie, tylko leży tu oto, zachowując swą godność ludzką i spokój.

Dzwonek znów przerwał jego rozmyślania.

Wszedł nowy gość.

Był to pan w ciemnozielonym fraku z mundurowymi guzikami, gładko ogolony, o ciemnych bokobrodach równo okalających twarz, zużytą, zmęczoną, lecz z uśmiechem zadumy i wyrazem świadomego spokoju w oczach.

- Jak się masz, Sudbiński! - Obłomow powitał gościa wesoło. - Nareszcie wybrałeś się do starego kolegi! Nie zbliżaj się, nie zbliżaj! Przychodzisz z zimna.

- Jak się masz, Ilio Iliczu! Od dawna wybierałem się do ciebie - mówił gość - wiesz jednak, co za diabelną mamy robotę! Patrz, wiozę ze sobą do raportu całą walizę papierów; teraz także, jeśli tam zażądają czegoś, kazałem gońcowi pędzić tutaj. Człowiek nie może dysponować sobą ani przez chwilę.

- Dopiero do biura? Tak późno? - spytał Obłomow. - Dawniej już od dziesiątej...

- Dawniej - tak, a teraz co innego: jeżdżę na dwunastą. - Zaakcentował słowo "jeżdżę".

- Ach! Domyślam się! - rzekł Obłomow. - Naczelnik wydziału! Od dawna?

Sudbiński znacząco skinął głową.

- Od Wielkanocy - rzekł. - Ale ile roboty, coś okropnego! Od ósmej do dwunastej, od dwunastej do piątej w biurze i pracuję jeszcze wieczorem. Zupełnie odwykłem od ludzi.

- Hm! Naczelnik wydziału, proszę! - rzekł Obłomow. - Gratuluję! Pięknie! A przecie pracowaliśmy razem jako urzędnicy kancelaryjni. Sądzę, że w roku przyszłym wyskoczysz na radcę stanu.

- Gdzie tam! Daj spokój! W tym roku trzeba jeszcze zdobyć szlachectwo; sądziłem, że przedstawią mnie za wybitne zasługi, tymczasem objąłem nową funkcję; rok po roku nie można...

- Przyjdź na obiad, wypijemy za twój awans! - powiedział Obłomow.

- Nie, dziś jestem na obiedzie u wicedyrektora. Na czwartek muszę przygotować raport, piekielna robota! Polegać na sprawozdaniach z guberni nie można. Trzeba samemu sprawdzić spisy. Foma Fomicz jest taki podejrzliwy: wszystko chce sam. Dziś właśnie po obiedzie siądziemy do tego razem.

- Nawet po obiedzie? - spytał Obłomow z niedowierzaniem.

- A coś ty myślał? Dobrze jeszcze, jeśli skończymy wcześnie i zdążę przejechać się do Jekatieringofu... Ale, ale, zajrzałem przecież, by zapytać, czy nie pojechałbyś na ten festyn. Wstąpiłbym po ciebie.

- Jakoś źle się czuję, nie mogę! - odparł, krzywiąc się, Obłomow. - Roboty mam przy tym dużo... nie, nie mogę!

- Szkoda! - rzekł Sudbiński. - Taki ładny dzień. Dopiero dziś mam nadzieję odetchnąć.

- No cóż u was nowego? - spytał Obłomow.

- Sporo różności: w listach urzędowych zniesione jest: "najpokorniejszy sługa", pisze się: "proszę przyjąć zapewnienie", nie każą składać formularzy personalnych w dwóch egzemplarzach jak dawniej. Dodają nam trzy referaty i dwóch urzędników do specjalnych poruczeń. Komisja nasza została rozwiązana... Sporo!

- No a nasi byli koledzy?

- Na razie nic; Swinkin zagubił akta sprawy!

- Doprawdy? I co na to dyrektor? - spytał drżącym głosem Obłomow.

Strach go obleciał jak za dawnych czasów.

- Kazał zawiesić nagrodę, póki się nie odnajdzie. Sprawa poważna: chodzi o kary dyscyplinarne. Dyrektor sądzi - dodał niemal szeptem Sudbiński - że Swinkin zgubił je naumyślnie.

- Nie może być! - rzekł Obłomow.

- Oczywiście, że nie! - przytaknął poważnie, protekcjonalnym tonem Sudbiński. - Swinkin jest wartogłów. Diabli wiedzą, jak on czasem coś podsumuje, to wszystkie dane poplącze. Umęczenie z nim, ale żeby zrobił coś takiego... Nie, o to nie można go posądzić. Nie, nie, nie zrobił tego! Akta gdzieś się zawieruszyły; znajdą się później.

- Tak więc wciąż jesteś zajęty! - rzekł Obłomow. - Pracujesz!

- Okropność, okropność! No, naturalnie, z takim człowiekiem jak Foma Fomicz przyjemnie jest pracować; pamięta o nagrodach, nie zapomina nawet o tych, którzy nic nie robią. Gdy nadchodzi termin wyróżnień, natychmiast przedstawia; a jeśli dla kogoś nie nadszedł termin awansu czy orderu, stara się o pieniądze...

- Ile też dostajesz?

- A cóż: tysiąc dwieście rubli pensji, poza tym siedemset pięćdziesiąt dodatku na wyżywienie, sześćset na mieszkanie, dziewięćset zapomogi, pięćset na rozjazdy i do tysiąca rubli nagród.

- Tfu! Do diabła! - rzekł, zrywając się z posłania, Obłomow. - Czy to za piękny głos dostajesz? Niczym włoski śpiewak!

- To jeszcze nic! Taki na przykład Pierieswietow otrzymuje dodatek specjalny, a robi mniej ode mnie i nie ma o niczym pojęcia. No oczywiście nie ma też tej opinii co ja. Bardzo mnie cenią - dodał skromnie, spuszczając oczy. - Minister niedawno wyraził się o mnie, że jestem "ozdobą ministerstwa".

- Zuch z ciebie! - powiedział Obłomow. - Tylko że pracować od ósmej do dwunastej, od dwunastej do piątej i jeszcze w domu - och!

Pokręcił głową.

- A cóż bym robił, gdybym nie pracował w biurze? - spytał Sudbiński.

- Mało to miałbyś zajęć? Czytałbyś, pisał... - rzekł Obłomow.

- Ja przecież i teraz nic innego nie robię, tylko czytam i piszę.

- Nie o to chodzi: mógłbyś drukować.

- Nie wszyscy mogą być pisarzami. I ty przecież nie piszesz - odparł Sudbiński.

- Mam za to majątek na głowie - rzekł z westchnieniem Obłomow. - Układam nowy plan; wprowadzam różne ulepszenia. Męczę się, dręczę... Ty zaś pracujesz na cudzym, nie na swoim.

- Cóż robić? Trzeba pracować, skoro się bierze pieniądze. Latem odpocznę: Foma Fomicz obiecuje, że wymyśli dla mnie specjalny wyjazd służbowy, otrzymam wtedy drogowe na pięć koni, po trzy ruble dziennie diet, a potem nagrodę...

- Ciężki grosz! - rzekł z zawiścią Obłomow, później westchnął i się zamyślił.

- Potrzebuję pieniędzy; jesienią się żenię - dodał Sudbiński.

- Co, naprawdę, z kim? - rzekł z przejęciem Obłomow.

- Nie żartuję! Z Muraszyną. Pamiętasz, mieszkali obok mnie na letnisku? Widziałeś ją, będąc u mnie na herbatce.

- Nie, nie pamiętam! Ładna? - spytał Obłomow.

- Tak, bardzo miła. Chcesz, pojedziemy do nich na obiad...

Obłomow się zawahał.

- Tak... dobrze, tylko...

- W przyszłym tygodniu - rzekł Sudbiński.

- Tak, tak, w przyszłym tygodniu - ucieszył się Obłomow. - Moje ubranie jeszcze niegotowe. Cóż, dobra partia?

- Tak, ojciec, rzeczywisty radca stanu, daje dziesięć tysięcy, mieszkanie służbowe. Oddał nam całą połowę, dwanaście pokoi, meble rządowe, opał, światło również, można żyć.

- Tak, można! Jeszcze by też! Zuch z ciebie, Sudbiński! - dodał nie bez zazdrości Obłomow.

- Na wesele, Ilia Ilicz, proszę cię jako drużbę, pamiętaj...

- Oczywiście, na pewno! - rzekł Obłomow. - No a co Kuzniecow, Wasiliew, Machow?

- Kuzniecow dawno już żonaty, Machow przeszedł na moje miejsce, a Wasiliewa przeniesiono do Polski. Iwan Pietrowicz dostał Order Włodzimierza, Oleszkin jest już ekscelencją.

- To dobry chłop! - rzekł Obłomow.

- Tak, dobry, wart tego.

- Bardzo dobry, charakter ma łagodny, równy - powiedział Obłomow.

- Taki obowiązkowy człowiek - dodał Sudbiński - i nie ma tego, wiesz, żeby się wysługiwać, zrobić komuś świństwo, podstawić nogę, kogoś przeskoczyć... robi wszystko, co może.

- Wspaniały człowiek! Nieraz zdarzało się, poplącze coś człek w papierach, nie dopatrzy, przytoczy niewłaściwą opinię czy ustawę, a on nic: każe tylko, żeby kto inny przerobił. Wspaniały człowiek! - zakończył Obłomow.

- A na przykład nasz Siemion Siemionowicz zawsze niepoprawny - rzekł Sudbiński. - Potrafi tylko mydlić oczy. Wiesz, co zrobił niedawno: z guberni przyszedł wniosek, by przy podlegających nam budynkach wystawić budy dla psów celem ochrony majątku skarbowego przed grabieżą; architekt nasz, człowiek rzeczowy, kompetentny i uczciwy, sporządził kosztorys bardzo umiarkowany; Siemionowi Siemionowiczowi kosztorys ten wydał się nagle wygórowany i dalejże zbierać dane, ile też może kosztować wystawienie psiej budy. Znalazł gdzieś, że może być o trzydzieści kopiejek taniej i od razu raport w tej sprawie...

Znowu rozległ się dzwonek.

- Do widzenia - powiedział urzędnik. - Zagadałem się, a mogę tam być potrzebny.

- Posiedź jeszcze - zatrzymywał go Obłomow. - Przy okazji naradziłbym się z tobą; mam dwa zmartwienia...

- Nie, nie, wstąpię, w tych dniach - rzekł Sudbiński, wychodząc.

"Ugrzązłeś, kochaneczku, po uszy - myślał Obłomow, odprowadzając go wzrokiem. - Jest ślepy, głuchy i niemy na wszystkie inne sprawy na świecie. A wyjdzie na ludzi, będzie z czasem trząść urzędem i wysokich rang się dochrapie... To u nas też nazywa się karierą! Jakże tu mało potrzeba człowieka: jego rozumu, woli uczuć, po co? To zbytek! Przeżyje całe życie i niemal nic nie drgnie w jego duszy... A przecież, mimo to, pracuje od dwunastej do piątej w biurze, od ósmej do dwunastej w domu... nieszczęsny!"

Doznał uczucia spokojnego zadowolenia, że od dziewiątej do trzeciej, od ósmej do dziewiątej może przebywać u siebie na kanapie, i był dumny, że nie potrzebuje chodzić z raportem czy też pisać papierków, że jego uczucia, jego wyobraźnia mogą bujać swobodnie.

Obłomow filozofował i nie zauważył, że przy jego posłaniu stał bardzo chudy czarniutki pan z twarzą całkiem obrośniętą faworytami, wąsami i bródką hiszpańską. Ubiór jego był umyślnie niedbały.

- Dzień dobry, Ilio Iliczu!

- Dzień dobry, Pienkin, nie zbliżaj się, nie zbliżaj: pochodzi pan z zimna! - rzekł Obłomow.

- Ach, dziwak z pana! - powiedział tamten. - Wciąż ten sam niepoprawny, beztroski próżniak!

- Właśnie, beztroski! - rzekł Obłomow. - Zaraz panu pokażę list od rządcy; głowa pęka po prostu, a pan mówi: beztroski! Skąd pan idzie?

- Z księgarni, poszedłem dowiedzieć się, czy nie wyszły nowe pisma. Pan czytał mój artykuł?

- Nie.

- Przyślę panu, niech pan przeczyta.

- O czym? - spytał Obłomow, ziewając szeroko.

- O handlu, o emancypacji kobiet, o pięknych dniach kwietniowych, jakimi cieszyliśmy się, i o nowo wynalezionym płynie przeciwpożarowym. Jakże pan może tego nie czytać? Przecież to nasze codzienne życie. A przede wszystkim walczę o realny kierunek w literaturze.

- Dużo pan ma roboty? - spytał Obłomow.

- Tak, dość. Dwa artykuły do gazety co tydzień, piszę też krytyki literackie, teraz napisałem opowiadanie...

- O czym?

- O tym, jak w pewnym mieście horodniczy3 bije mieszczan po gębie...

- No to rzeczywiście realny kierunek - rzekł Obłomow.

- Nieprawdaż? - potaknął uradowany literat. - Oto moja myśl przewodnia, a wiem, że jest nowa i śmiała. Ktoś przejezdny był świadkiem tego bicia i przy spotkaniu z gubernatorem poskarżył się mu. Ten kazał urzędnikowi, który jechał na śledztwo, sprawdzić to przy okazji i w ogóle zebrać dane o osobie i zachowaniu się horodniczego. Urzędnik zebrał mieszczan, by pomówić z nimi niby to o handlu, a tymczasem starał się też dowiedzieć i o tamtej sprawie. I cóż mieszczanie? Kłaniają się i śmieją, a horodniczego obsypują pochwałami. Urzędnik zaczął dowiadywać się z boku, powiedziano mu, że mieszczanie to straszni oszuści, sprzedają zepsuty towar, oszukują na wadze i na mierze nawet skarb państwa, że to ludzie wyzuci z moralności, tak że bicie, które dostają, jest dla nich słuszną karą...

- Tak więc razy zadawane przez horodniczego występują w opowiadaniu w roli fatum jak u starożytnych tragików? - powiedział Obłomow.

- Właśnie - podchwycił Pienkin. - Pan ma wiele taktu, Ilio Iliczu, pan powinien pisać! A przy tym udało mi się wykazać i samowolę horodniczego, i zepsucie obyczajów wśród prostego ludu, brak organizacji w postępowaniu niższych urzędników i konieczność stosowania środków surowych, lecz sprawiedliwych... Prawda, że myśl ta jest... dość nowa?

- Tak, zwłaszcza dla mnie - rzekł Obłomow. - Czytam tak mało...

- Rzeczywiście, nie widać u pana książek! - powiedział Pienkin. - Błagam jednak pana, niech pan przeczyta jedną rzecz, jest w przygotowaniu poemat, rzec można wspaniały: Miłość łapownika do upadłej kobiety. Nie mogę panu powiedzieć, kto jest autorem; to jeszcze sekret.

- Cóż tam jest takiego?

- Odsłonięty został cały mechanizm naszego ruchu społecznego, wszystko w barwach poetyckich. Dotknięto wszystkich sprężyn, omówiono krytycznie po kolei wszystkie szczeble drabiny społecznej. Zostali tu przez autora wezwani jak na sąd: i słaby, lecz zepsuty magnat, i cały rój oszukujących go łapowników; rozpatrzone zostały wszystkie kategorie kobiet upadłych... Francuzki, Niemki, Czuchonki4, a we wszystkim, we wszystkim tkwi zdumiewająca, pulsująca życiem prawda... Słyszałem fragmenty, to wielki autor. Wyczuwa się w nim Dantego, Szekspira...

- Czy pan aby nie przesadza! - rzekł ze zdumieniem Obłomow, unosząc się na posłaniu.

Pienkin zamilkł nagle, widząc, że istotnie trochę przesadził.

- Niechże pan przeczyta, sam pan zobaczy - dodał z mniejszym zapałem.

- Nie, Pienkin, nie będę czytał.

- Dlaczego? To staje się głośne, wszyscy o tym mówią...

- A niech tam. Są ludzie, którym nie pozostaje nic innego, tylko mówić. To też swego rodzaju powołanie.

- Przeczytałby pan choć przez ciekawość.

- Cóż ja tam znajdę nowego? - rzekł Obłomow. - I po cóż to ludzie piszą, sami się tylko bawią...

- Jak to sami? Ależ podobieństwo, co za podobieństwo! Po prostu śmiech bierze. Zupełnie żywe portrety. Jak się do kogoś zabiorą, do kupca czy urzędnika, oficera czy stróża - malują go jakby żywcem.

- I po cóż się wysilają: chyba dla zabawy, że do kogokolwiek się zabiorą, będzie podobny? A życia brak przecież w tym wszystkim, nie ma ani zrozumienia, ani współczucia, brak tego, co się u nas nazywa humanitaryzmem. Tylko ludzka ambicja. Odtwarzają złodziei czy kobiety upadłe, jakby chwytali ich na ulicy i odprowadzali do więzienia. W opowiadaniu ich nie czuje się "niewidzialnych łez", lecz tylko widzialny, prostacki śmiech, złość...

- I czegóż jeszcze trzeba? To świetnie. Sam pan powiedział: to jest wrząca złość: zjadliwe prześladowanie występku, śmiech wzgardy nad upadłym człowiekiem... w tym jest wszystko!

- Nie, nie wszystko! - rzekł, zapalając się nagle, Obłomow. - Odtwórz złodzieja, upadłą kobietę czy oszukanego głupca, ale pamiętaj również o człowieku. A gdzież człowieczeństwo? Chcecie pisać tylko głową! - syczał niemal Obłomow. - Sądzicie, że dla myśli nie trzeba serca? Nie, właśnie miłość ją zapładnia. Wyciągnijcie rękę do upadłego człowieka, żeby go podnieść, lub płaczcie nad nim gorzko, gdy ginie, ale nie znęcajcie się nad nim. Kochajcie go, pamiętajcie o sobie samych w nim i traktujcie go jak siebie samego, wówczas będę was czytał i uchylę przed wami czoła... - rzekł, kładąc się znów spokojnie na kanapie. - Odtwarzają złodzieja, upadłą kobietę - mówił - a zapominają o człowieku lub nie potrafią go odtworzyć. Gdzież tu sztuka, gdzież pan tu znalazł barwy poetyckie? Piętnujcie rozpustę, brud, bez pretensji jednak, proszę, że to poezja.

- Więc cóż, każe pan odtwarzać naturę, róże, słowiki czy mroźny poranek, podczas gdy wszystko wokoło wre, porusza się? Nam potrzebna tylko naga fizjologia społeczeństwa; nie czas teraz na pieśni...

- Człowieka, człowieka mi dajcie! - mówił Obłomow. - Kochajcie go...

- Kochać lichwiarza, obłudnika, tępego urzędnika lub złodzieja? Jak pan może tak mówić! Widać zaraz, że pan nie zajmuje się literaturą! - gorączkował się Pienkin. - Nie, ich trzeba karać, usunąć ze społeczeństwa, z towarzystwa...

- Usunąć ze społeczeństwa! - rzekł nagle w natchnieniu Obłomow, stając przed Pienkinem. - To znaczy zapomnieć, że w tym niegodnym naczyniu tkwił pierwiastek wyższy, że to człowiek zepsuty, ale człowiek przecież, jak wy. Wyrzucić go? W jaki sposób wykluczycie go z kręgu ludzkości, z łona natury, z miłosierdzia bożego? - krzyknął niemal z ogniem w oczach.

- Czy pan aby nie przesadza? - rzekł z kolei zdumiony Pienkin.

Obłomow spostrzegł, że teraz i on posunął się zbyt daleko. Zamilkł nagle, postał chwilę, ziewnął i powoli położył się na kanapie.

Obaj pogrążyli się w milczeniu.

- Cóż pan czyta? - spytał Pienkin.

- Ja... tak, przeważnie o podróżach.

Znów milczenie.

- Więc... przeczyta pan ten poemat, gdy się ukaże? Mógłbym przynieść... - powiedział Pienkin.

Obłomow pokręcił przecząco głową.

- Więc przyślę panu moje opowiadanie?

Obłomow skinął głową na znak zgody.

- Muszę już iść do drukarni! - rzekł Pienkin. - Wie pan, po co przyszedłem do pana? Chciałem panu zaproponować przejażdżkę do Jekatieringofu, mam powóz. Jutro powinienem napisać artykuł o festynie, moglibyśmy razem robić obserwacje, podzieliłby się pan ze mną tym, czego nie spostrzegłbym sam, byłoby weselej. Jedźmy...

- Nie, niezbyt dobrze się czuję - powiedział Obłomow, krzywiąc się i okrywając kołdrą. - Boję się wilgoci, przecież nie obeschło na dworze. Przyszedłby pan lepiej dziś na obiad, pogadalibyśmy... Mam dwa zmartwienia...

- Nie, cała nasza redakcja będzie dziś u Saint George'a, stamtąd pojedziemy na festyn. A w nocy muszę pisać i skoro świt odesłać do drukarni. Do widzenia.

- Do widzenia, Pienkinie.

"Pisać po nocy - myślał Obłomow. - Kiedyż więc spać? A zarabia ponoć pięć tysięcy rocznie! Można żyć! Ale pisać wciąż, trwonić myśl, duszę własną na drobiazgi, zmieniać przekonania, kupczyć umysłem i wyobraźnią, gwałcić swą naturę, niepokoić się, wrzeć, płonąć, nie zaznać spokoju i wciąż dokądś dążyć... I wciąż pisać, wciąż pisać, w kółko jak maszyna: pisać tak jutro, pojutrze, gdy wypadnie święto, nadejdzie lato, wciąż tylko pisać? Kiedyż przerwa i odpoczynek? Nieszczęsny!"

Zwrócił głowę w stronę biurka, gdzie wszystko było nietknięte, gładkie, gdzie i atrament wysechł, i piór nie było widać - i ucieszył się, że leży oto tak, beztroski jak nowo narodzone niemowlę, że nie rozprasza się, nie sprzedaje niczego...

"A list rządcy, a mieszkanie?" - przypomniał sobie nagle i się zamyślił.

Ale oto znów ktoś dzwoni.

- Cóż to za raut dziś u mnie? - rzekł Obłomow i oczekiwał, kto też wejdzie.

Wszedł człowiek w wieku nieokreślonym, o twarzy nieokreślonej, trudno było odgadnąć, ile lat może sobie liczyć, ani był piękny, ani brzydki, nie wysoki, nie niski, ani blondyn, ani brunet. Natura nie wyposażyła go w żaden szczególny, bardziej wyrazisty rys, zły czy dobry. Wielu nazywało go Iwanem Iwanowiczem, inni - Iwanem Wasiliewiczem, jeszcze inni - Iwanem Michajłowiczem...

Nazwiska też dawano mu różne: jedni mówili, iż nazywa się Iwanow, inni nazywali go Wasiliewem lub Andriejewem, jeszcze inni myśleli, że to Aleksiejew. Ktoś obcy, widząc go po raz pierwszy, słysząc jego nazwisko - zapomni je natychmiast, zapomni i twarz; nie zwróci uwagi na to, co on powie. Obecność jego nic nie da towarzystwu, tak jak nieobecność niczego nie pozbawi. Umysłowi jego brak dowcipu, oryginalności i innych cech szczególnych tak samo, jak nie posiada ich jego ciało.

Może umiałby przynajmniej opowiedzieć wszystko, co widział i słyszał, żeby choć w ten sposób zainteresować kogoś, nie bywał jednak nigdzie; od chwili, gdy urodził się w Petersburgu, nigdzie stąd się nie ruszył, widział więc i słyszał tylko to, o czym wiedzieli inni.

Czy człowiek taki jest wrażliwy? Czy kocha, nienawidzi, czy cierpi? Powinien by, zdaje się, i kochać, i nie kochać, i cierpieć, gdyż jest to właściwe każdemu. Potrafił się jednak tak jakoś urządzić, że kochał wszystkich. Są tacy ludzie, że choćby się nie wiem jak o to starać - nie obudzi się w nich ducha niechęci, zemsty i tym podobnych. I żeby nie wiem jak ich traktować - zawsze się przymilają. Zresztą trzeba im przyznać, że gdyby nawet ich miłość podzielić na stopnie, nie dochodzi ona nigdy do temperatury wrzenia. I chociaż o ludziach takich mówi się, że kochają wszystkich, są więc dobrzy, w rzeczywistości nie kochają nikogo, a dobrzy są tylko dlatego, że nie są źli.

Gdy da się biednemu jałmużnę w obecności takiego człowieka, i on dorzuci swój grosz, jeśli zaś zwymyśla się, przepędzi czy wyśmieje - on również będzie wymyślał i śmiał się wraz z innymi. Nie można nazwać go bogatym, nie jest bowiem bogaty, raczej biedny, nie powiemy też jednak na pewno, iż jest biedny, zresztą tylko dlatego że jest wielu od niego biedniejszych.

Ma do trzystu rubli rocznie jakichś własnych dochodów, pracuje poza tym w jakiejś podrzędnej instytucji i otrzymuje niewysokie uposażenie; nie odczuwa biedy, od nikogo nie pożycza pieniędzy, ale też nikomu nie przychodzi do głowy, by pożyczyć od niego.

W biurze nie ma żadnego określonego zajęcia, gdyż koledzy i zwierzchnicy w żaden sposób nie mogli zauważyć, co robi gorzej, a co lepiej, tak żeby można określić, do czego się nadaje. Jeśli mu dadzą do roboty to lub owo, zrobi tak, że przełożony będzie zawsze w kłopocie, jak określić jego pracę, popatrzy, popatrzy, przeczyta, w końcu powie tylko: "Zostaw pan, przejrzę to później... zresztą to jest prawie tak, jak trzeba".

Na twarzy takiego człowieka nigdy nie da się dostrzec śladu troski, marzenia, czegoś, co mogłoby wskazywać, że w tej chwili rozmawia sam ze sobą, nigdy też nie można zauważyć, by człowiek taki skierował badawcze spojrzenie na jakiś przedmiot, z którym chciałby się zapoznać.

Spotkany na ulicy znajomy zapyta go: "Dokąd?". "Idę do pracy - powiada - do sklepu czy też odwiedzić kogoś". "Chodź pan lepiej ze mną - powie tamten - na pocztę albo wstąpmy do krawca lub przejdźmy się trochę" - i nasz Aleksiejew idzie z nim, wstępuje do krawca i na pocztę, i na przechadzkę pójdzie w przeciwną stronę niż ta, w którą szedł.

Nikt chyba, oprócz matki, nie zauważył jego przyjścia na świat, bardzo niewielu ludzi zauważa jego obecność w ciągu życia, lecz z pewnością nikt nie zauważy, gdy zniknie ze świata, nikt nie zapyta o niego, nikt go nie będzie żałował, nikt nawet nie ucieszy się z jego śmierci. Nie ma ani wrogów, ani przyjaciół, ma jednak mnóstwo znajomych. Może dopiero orszak pogrzebowy zwróci na siebie uwagę przechodnia, który uczci tę nieokreśloną postać, skłoniwszy się głęboko - szacunek okazany mu po raz pierwszy; może ktoś inny, ciekawy, zabiegnie temu orszakowi drogę, żeby dowiedzieć się nazwiska nieboszczyka, i - zapomni je natychmiast.

Cały ten Aleksiejew, Wasiliew, Andriejew, czy jak kto chce, jest jakąś niepełną, bezpostaciową aluzją do masy ludzkiej, jej głuchym echem, nikłym odblaskiem.

Nawet Zachar, który w szczerych rozmowach przy bramie lub w sklepie charakteryzował w różny sposób wszystkich gości odwiedzających jego pana, był zawsze w kłopocie, gdy kolej przychodziła na tego... dajmy na to, Aleksiejewa. Długo myślał, długo starał się uchwycić jakiś bardziej wydatny rys w powierzchowności, sposobie bycia czy charakterze tej postaci, w końcu, machnąwszy ręką, mówił tak: "A ten ani z pierza, ani z mięsa, i rozumu też nie ma!".

- A! - powitał go Obłomow. - To pan, Aleksiejew? Dzień dobry. Skąd pan przybywa? Nie podchodź pan, nie podchodź, nie podam panu ręki: przychodzi pan z zimna!

- Co też pan mówi, jakie znów zimno! Nie myślałem nawet, by wpaść do pana dzisiaj - rzekł Aleksiejew - spotkałem jednak Owczynina, który zawiózł mnie do siebie. Przyszedłem po pana, Ilio Iliczu.

- Dokądże?

- A jedziemy do Owczynina. Są tam Matwiej Andriejewicz Alianow, Kazimir Albertowicz Pchajło, Wasilij Sewastianowicz Kołymiagin.

- Po cóż się tam zebrali i czego chcą ode mnie?

- Owczynin prosi pana na obiad.

- Hm! Na obiad... - powtórzył monotonnie Obłomow.

- A potem wszyscy wybierają się do Jekatieringofu; kazali mi powiedzieć, żeby pan wynajął powóz.

- I co tam będziemy robić?

- Jak to? Dziś tam festyn. Czyż pan nie wie? Dziś pierwszy maja.

- Posiedź pan, zastanowimy się... - rzekł Obłomow.

- Niechże pan wstaje. Czas się ubierać.

- Poczekaj pan trochę, przecież jeszcze wcześnie.

- Jak to wcześnie! Prosili na dwunastą, obiad zjemy wcześniej, koło drugiej, i na festyn. Jedźmy prędzej! Czy zawołać służącego, żeby pomógł panu się ubierać?

- Jak to ubierać? Nie myłem się jeszcze.

- Więc niech pan się myje.

Aleksiejew zaczął chodzić tam i z powrotem po pokoju, potem zatrzymał się przed obrazem, który oglądał już tysiąc razy, przelotnie spojrzał w okno, wziął jakiś drobiazg z etażerki, obrócił w ręku, obejrzał ze wszystkich stron i raz jeszcze położył, po czym znów zaczął chodzić, pogwizdując - byle tylko nie przeszkadzać Obłomowowi we wstawaniu i myciu się. Minęło tak z dziesięć minut.

- Cóż pan? - spytał nagle Aleksiejew Ilię Ilicza.

- A co?

- Przecież pan wciąż leży?

- A czyż mam wstawać?

- Jak to? Czekają na pana. Chciał pan jechać.

- Dokąd jechać? Nigdzie nie chciałem jechać...

- Ilio Iliczu, mówiliśmy przecież przed chwilą, że jedziemy na obiad do Owczynina, a potem do Jekatieringofu...

- Mam jechać w taką wilgoć! I po co? Zbiera się przecież na deszcz, na dworze pochmurno - mówił leniwie Obłomow.

- Ani chmurki na niebie, a pan wymyślił deszcz. Pochmurno, bo okna u pana niemyte nie wiadomo odkąd! A brudu na nich, ależ brudu! Świata bożego nie widać, w dodatku jedna stora prawie zupełnie opuszczona.

- Tak, właśnie, niech pan spróbuje wspomnieć tylko o tym Zacharowi, zaraz zaproponuje, żeby nająć baby i wypędzi mnie z domu na cały dzień.

Obłomow zamyślił się, Aleksiejew zaś bębnił palcami po stole, przy którym siedział, wodząc roztargnionym wzrokiem po ścianach i po suficie.

- Więc jak? Co robimy? Będzie się pan ubierał czy tak pan zostanie? - zapytał po chwili.

- A bo co?

- Do Jekatieringofu przecie?...

- Co pan wciąż z tym Jekatieringofem, doprawdy! - odezwał się Obłomow z niezadowoleniem. - Źle panu tutaj? Zimno tu czy co, czy może pachnie niemile, że chciałby się pan stąd wyrwać?

- Nie, mnie zawsze dobrze u pana, bardzo mi przyjemnie - powiedział Aleksiejew.

- Więc skoro tu dobrze, po cóż jechać gdzie indziej? Zostań pan lepiej u mnie na cały dzień, zje pan obiad, a już wieczorem: jak pan chce!... A prawda, zapomniałem, nie mogę jechać! Tarantiew przyjdzie na obiad, dziś sobota.

- Jeżeli tak... dobrze... jak pan... - mówił Aleksiejew.

- A o moich sprawach nie opowiadałem panu? - spytał żywo Obłomow.

- O jakich sprawach? Nie wiem - rzekł Aleksiejew, wytrzeszczając oczy.

- Dlaczego tak długo nie wstaję? Leżałem tu przecież, wciąż myśląc, jak się wyplątać z kłopotów.

- Cóż znowu się stało? - spytał Aleksiejew, starając się nadać swej twarzy wyraz przestrachu.

- Dwa nieszczęścia. Nie wiem wprost, co robić.

- Cóż takiego?

- Wyrzucają mnie z mieszkania, niech pan sobie wyobrazi, muszę się przeprowadzić: szkody, bieganina, strach pomyśleć! Mieszkałem tu przecie osiem lat. Gospodarz robi mi kawał: wyprowadzaj się pan, powiada, jak najprędzej.

- Co? Jak najprędzej! Jeśli nagli, to trzeba. Wyprowadzać się to rzeczywiście okropne; z przeprowadzką zawsze jest mnóstwo kłopotów - powiedział Aleksiejew. - Pogubią, wytłuką, bardzo nieprzyjemne! A pan ma takie dobre mieszkanie... co pan płaci?

- Gdzież tu znaleźć drugie takie mieszkanie - mówił Obłomow - i w dodatku tak od razu? Sucho, ciepło, dom spokojny; raz zaledwie okradli! Sufit tylko, zdaje się, jakby niepewny: tynk odstaje zupełnie, ale przecież nie odpada.

- Co pan powie, rzeczywiście! - powiedział Aleksiejew, kiwając głową.

- Jak by to urządzić, żeby... się nie przenosić? - zastanawiał się na głos Obłomow.

- A pan wynajął mieszkanie za kontraktem? - spytał Aleksiejew, oglądając pokój od sufitu do podłogi.

- Tak, tylko termin kontraktu minął; przez cały ten czas płaciłem miesięcznie... ale nie pamiętam od jakiego czasu.

- Jakże pan zamierza - spytał po chwili milczenia Aleksiejew - przenieść się czy pozostać?

- Nic nie zamierzam - rzekł Obłomow. - Nawet mi się myśleć o tym nie chce. Niech Zachar coś wymyśli.

- A niektórzy tak lubią się przeprowadzać - powiedział Aleksiejew. - Znajdują w tym szczególną przyjemność, żeby zmieniać mieszkanie.

- No, niechże się sobie ci "niektórzy" przeprowadzają. A ja nie znoszę żadnych zmian! Ale mieszkanie to jeszcze nic! - zaczął Obłomow. - Niech pan tylko spojrzy, co pisze do mnie rządca. Zaraz panu pokażę list... Gdzież on jest? Zachar, Zachar!

- Królowo niebios! - zachrypiał u siebie Zachar, zeskakując z przypiecka. - Ach, kiedyż Bóg zabierze mnie do siebie?

Wszedł i mętnym wzrokiem spojrzał na pana.

- Cóż ty, nie znalazłeś listu?

- A gdzież ja go znajdę? Czyż ja wiem, jakiego listu panu potrzeba? Nie umiem czytać.

- Wszystko jedno, poszukaj - rzekł Obłomow.

- Pan sam wczoraj wieczorem czytał jakiś list - mówił Zachar - a potem go nie widziałem.

- Gdzież on jest? - odparł Ilia Ilicz z rozdrażnieniem. - Nie połknąłem go przecież. Bardzo dobrze pamiętam, że wziąłeś go ode mnie i gdzieś go tu położyłeś. O, patrz, gdzie on jest!

Potrząsnął kołdrą: z fałd wypadł na podłogę list.

- A pan zawsze tylko na mnie!

- No, no, dość już! - zawołali na siebie jednocześnie Obłomow i Zachar.

Zachar wyszedł, Obłomow zaś zaczął czytać list pisany jakby kwasem na szarym papierze z pieczęcią z brunatnego laku. Ogromne blade litery ciągnęły się w uroczystej procesji, nie dotykając się nawzajem, w linii skośnej, od rogu górnego do dolnego. Pochód ten przerywała niekiedy wielka plama bladego atramentu.

- "Jaśnie wielmożny panie - zaczął Obłomow - wielmożny ojcze nasz i żywicielu... - Tu Obłomow opuścił słowa powitania, życzenia zdrowia i ciągnął od środka: - Donoszę jaśnie panu, że w ojcowiźnie twej, żywicielu nasz, wszystko pomyślnie. Piąty tydzień, jak nie ma deszczu: widać rozgniewaliśmy Pana Boga, że nie ma deszczów. Takiej posuchy najstarsi ludzie nie pamiętają: jare zboże spalone jakby ogniem. Oziminę tutaj robactwo zniszczyło, tamoj mrozy wczesne zniszczyły, przeoralim tedy na jare, kto wie, czy się urodzi? Może Bóg miłosierny zlituje się nad jaśnie panem, a o siebie nie troszczymy się: niech już tam zdechniem. Na święty Jan jeszcze trzech chłopów uciekło: Łaptiew, Bałoczow i oddzielnie uciekł Waśka, kowalów syn. Pognałem baby po mężów, ale te baby nie wróciły, a przebywają, jak słychać, w Czółkach, a do Czółek pojechał mój kum z Wierchlowa; administrator posłał go tam: sochę, mówią, zamorską przywieźli, a administrator wysłał kuma do Czółek, żeby tę sochę obejrzał. Zapowiedziałem kumowi o zbiegłych chłopach, naczelnikowi policji kłaniałem się w powiecie, a ten: "Podanie, mówi, złóż, a wówczas wszelki krok będzie podjęty, by chłopów osadzić znów w ich miejscu zamieszkania". I prócz tego nie powiedział nic, a ja padłem mu do nóg i błagałem ze łzami, a on jak nie wrzaśnie na mnie: "Wynoś się! Powiedziano ci, że będzie wykonane, złóż podanie!". A podania nie składałem. A zgodzić tu nie ma kogo: wszyscy poszli na Wołgę, do roboty na barkach; taki tera głupi naród tu nastał, żywicielu nasz, ojcze Ilio Iliczu. Płótna naszego w tym roku na jarmarku nie będzie: suszarnię i bielarnię zamknąłem na klucz i postawiłem Syczuga, żeby dniem i nocą pilnował, chłop z niego trzeźwy, żeby zaś czegoś pańskiego nie ściągnął, patrzę za nim dzień i noc. Inni bardzo piją i proszą się na czynsz. W zaległościach nieściągniętych niedobory: w tym roku poślemy dochodu, będzie go, ojcze ty nasz, dobroczyńco, o jakie dwa tysiące mniej niż w tym roku, co minął, byleby tylko posucha nie zniszczyła wszystkiego do cna, to wyślemy, co też jaśnie panu przedkładamy".

Następowały potem wyrazy oddania i podpis: "Rządca twój, sługa najniższy, Prokofij Wytiaguszkin rękę własną przyłożył".

Z powodu nieznajomości sztuki pisania postawiony został krzyż. "A pisał ze słów onego rządcy szwagier jego, Diomka Kriwoj".

Obłomow spojrzał na zakończenie listu.

- Miesiąca i roku brak - powiedział. - List zapewne poniewierał się u rządcy od zeszłego roku, tu i święty Jan, i posucha. Rychło w czas sobie przypomniał!

Zamyślił się.

- Co? - ciągnął. - Jak się to panu podoba: proponuje "o jakie dwa tysiące mniej". Ileż więc zostanie? Ileż to ja tam otrzymywałem w roku zeszłym? - zapytał, patrząc na Aleksiejewa. - Nie mówiłem panu wtedy?

Aleksiejew podniósł oczy na sufit i się zamyślił.

- Trzeba będzie Sztolca spytać, gdy przyjedzie - mówił dalej Obłomow. - Zdaje się, siedem czy osiem tysięcy... Źle jest, jak się nie zapisuje! A teraz sadza mnie na sześć! Przecież ja z głodu umrę! Z czego tu żyć?

- Czegóż się tu niepokoić, Ilio Iliczu? - rzekł Aleksiejew. - Nie należy nigdy poddawać się rozpaczy: jakoś to będzie.

- Słyszy pan przecież, co on pisze? Przysłałby pieniędzy, ucieszył mnie w jakiś sposób, a on, jak na kpiny, sprawia mi tylko przykrości! I to samo co roku! Teraz sam nie wiem, co robić! "O jakie dwa tysiące mniej!".

- Tak, wielka strata! - rzekł Aleksiejew. - Dwa tysiące to nie żarty! Na przykład Aleksiej Login, mówią, w tym roku też otrzyma tylko dwanaście tysięcy zamiast siedemnastu!

- No to dwanaście, a nie sześć - przerwał Obłomow. - Zupełnie mnie ten rządca rozstroił. Jeśli nawet rzeczywiście jest nieurodzaj i posucha, po cóż mnie martwić zawczasu?

- Tak... w istocie... - zaczął Aleksiejew. - Nie powinien by, ale czyż to można oczekiwać jakiejś delikatności od chłopa? Tacy ludzie nic nie rozumieją.

- No cóż by pan zrobił na moim miejscu? - zapytał Obłomow, patrząc wyczekująco na Aleksiejewa w słodkiej nadziei; a nuż wymyśli on coś takiego, żeby go uspokoić.

- Trzeba pomyśleć, Ilio Iliczu, nie można decydować tak nagle - powiedział Aleksiejew.

- Do gubernatora napisać czy co? - rzekł zamyślony Obłomow.

- A kto tam jest gubernatorem? - spytał Aleksiejew.

Ilia Ilicz nie odpowiadał, zamyślił się. Aleksiejew zamilkł i także o czymś rozmyślał.

Obłomow, gniotąc list, wsparł głowę na rękach, łokcie oparł na kolanach i siedział tak jakiś czas, dręczony napływem bezużytecznych myśli.

- Żeby choć Sztolc wcześniej przyjechał! - rzekł. - Pisze, że będzie wkrótce, a diabli go wiedzą, gdzie się włóczy! On by poradził.

Znów się zasępił. Długo milczeli obaj. W końcu Obłomow ocknął się pierwszy.

- Oto co trzeba tu robić! - rzekł zdecydowanie i o mało nie wstał z posłania. - I to robić jak najszybciej, nie ma co zwlekać... Po pierwsze...

W tej chwili w przedpokoju rozległ się tak gwałtowny dzwonek, że Obłomow i Aleksiejew drgnęli, a Zachar w mgnieniu oka zeskoczył z przypiecka.

III

- Pan w domu? - zapytał ktoś głośno i szorstko w przedpokoju.

- A gdzie ma być o tej porze? - odpowiedział Zachar jeszcze bardziej szorstko.

Wszedł mężczyzna lat czterdziestu, z typu ludzi tęgich, wysoki, szeroki w barach i krzepki w sobie, o grubych rysach twarzy, wielkiej głowie i mocnej krótkiej szyi, wielkich wyłupiastych oczach i mięsistych wargach. Pobieżny rzut oka na niego nasuwał myśl o kimś ordynarnym i nieporządnym. Widać było, że człowiek ten nie dba, by odzież jego była wykwintna. Nie zawsze też można go było zobaczyć dokładnie ogolonego. Ale było mu to zapewne zupełnie obojętne: nie krępowało go ubranie i nosił je z jakąś cyniczną godnością.

Był to Michej Andriejewicz Tarantiew, ziomek Obłomowa.

Tarantiew patrzył na wszystko ponuro, nieco pogardliwie, z wyraźną nieżyczliwością wobec całego otoczenia. Gotów był ganić wszystko i wszystkich na świecie, jak człowiek niesłusznie pokrzywdzony lub niedoceniony albo jak silny charakter prześladowany przez los, któremu ulega z musu, nie poddając się.

Ruchy miał dziarskie i zamaszyste, mówił głośno, śmiało i zawsze niemal gniewnie: słysząc go z pewnej odległości, można by pomyśleć, że to trzy puste wozy jadą przez most. Nie krępował się nigdy niczyją obecnością i nie zapominał języka w gębie, w ogóle zawsze był grubiański wobec wszystkich, nie wyłączając przyjaciół, jakby chciał dać tym do zrozumienia, że rozmawiając z kimś, a nawet będąc u niego na obiedzie czy kolacji, robi mu wielki zaszczyt.

Tarantiew był człowiekiem o umyśle ruchliwym i przebiegłym, nikt lepiej od niego nie potrafił rozstrzygnąć jakiegoś szerszego zagadnienia życiowego lub zagmatwanej kwestii prawnej: w jednym i drugim wypadku potrafił natychmiast zbudować plan działania i bardzo subtelnie go uzasadnić, a w końcu niemal zawsze zwymyślać jeszcze tego, kto szukał u niego rady.

Sam zaś, jak wstąpił przed dwudziestu pięciu laty w charakterze kancelisty do jakiegoś urzędu, tak w służbie tej doczekał się siwych włosów. Ani jemu, ani nikomu nie przychodziło nawet do głowy, że mógłby awansować.

W gruncie rzeczy Tarantiew był mocny tylko w języku; gdy chodziło o słowa, rozstrzygał wszystko w sposób prosty i łatwy, zwłaszcza jeśli dotyczyło to innych: gdy jednak trzeba było kiwnąć bodaj palcem, ruszyć się z miejsca, zastosować w jakiejś sprawie stworzony przez siebie samego plan, nadać mu bieg praktyczny, wykazać sprawność i szybkość - Tarantiew stawał się zupełnie innym człowiekiem: temu nie mógł już sprostać, już mu się nagle i ciężko robiło, czuł się niezdrów albo coś nie układało się, albo nadarzała się inna sprawa, do której nie zabierał się również, a jeśli nawet się zabrał - to niech Bóg broni, co z tego wynikało. Zupełnie jak dziecko - tu nie dopatrzy, tam nie wie o jakiejś drobnostce, tam znów spóźni się, a skończy na tym, że porzuci sprawę w połowie drogi lub weźmie się do niej od końca i tak wszystko zapaskudzi, że nie można tego w żaden sposób naprawić, a w dodatku zacznie jeszcze wymyślać.

Ojciec jego, prowincjonalny skryba sądowy starej daty, przeznaczył synowi w spuściźnie sztukę i doświadczenie w zabiegach o cudze interesy oraz umiejętność zręcznego obracania się na polu działalności służbowej, lecz los zrządził inaczej. Ojciec, który na całą naukę wydał parę miedziaków, jak to wówczas w Rosji bywało, chciał, by syn nadążał za duchem czasu i nauczył się czegoś więcej niż zawiłej umiejętności załatwiania spraw. Posyłał go więc przez trzy lata do popa na naukę łaciny.

Zdolny z natury chłopiec w ciągu trzech lat przeszedł gramatykę i składnię łacińską i zaczął już nawet przerabiać Korneliusza Neposa, gdy ojciec doszedł do wniosku, iż tego, co umie, wystarczy, że nawet te wiadomości dają mu ogromną przewagę nad starszym pokoleniem i że wreszcie dalsze studia mogą mu tylko przeszkodzić w pracy w urzędzie.

Szesnastoletni Michej, nie wiedząc, co począć ze swą łaciną, stopniowo ją zapominał w domu rodziców, ale za to w oczekiwaniu honorów zasiadania w sądzie ziemskim czy powiatowym brał udział we wszystkich hulankach ojca i w owej to właśnie szkole, podczas otwarcie przy nim prowadzonych rozmów, umysł młodego człowieka rozwinął się w pełni.

Z młodzieńczą wrażliwością wsłuchiwał się w opowiadania ojca i jego kolegów o różnych sprawach cywilnych i karnych lub ciekawych wypadkach przechodzących przez ręce wszystkich tych kancelistów starej daty.

Wszystko to jednak nie doprowadziło do niczego. Michej nie wyrobił się na wygę i krętacza sądowego, choć wszystkie starania ojca zmierzały ku temu, z pewnością też zostałyby uwieńczone powodzeniem, gdyby los nie zniweczył zamiarów starego. Michej istotnie przyswoił sobie wszystkie teorie ojcowskie, pozostawało tylko zastosować je w praktyce, lecz w chwili śmierci ojca nie zdążył jeszcze wstąpić do sądu i został wywieziony do Petersburga przez któregoś z dobroczyńców, który znalazł mu posadę kancelisty w jednym z departamentów, a potem zupełnie o nim zapomniał.

Tak więc Tarantiew na całe życie pozostał tylko teoretykiem. Na służbie w Petersburgu nie znajdował zastosowania dla swej łaciny i subtelnej teorii rozstrzygania słusznych i niesłusznych spraw wedle własnego widzimisię. Tymczasem zaś nosił i czuł w sobie drzemiące siły, zamknięte na zawsze skutkiem wrogich okoliczności bez nadziei na wydostanie się, podobnie jak w bajkach zamykane były wśród ciasnych zaczarowanych murów złe duchy pozbawione siły szkodzenia. Być może świadomość tej bezużytecznej siły sprawiła, iż Tarantiew był ordynarny w obcowaniu, nieżyczliwy, wiecznie zagniewany i skory do wymysłów.

Z goryczą i wzgardą patrzył na swe obecne zajęcia: przepisywanie papierów, zszywanie akt i tym podobne. Uśmiechała mu się z oddali jedyna tylko, ostatnia nadzieja: przejścia na stanowisko urzędnika przy dzierżawach wódczanych. Tylko na tej drodze widział jeszcze korzystną zamianę pola działania pozostawionego mu w spadku przez ojca, a przecież nieosiągniętego. W oczekiwaniu zaś na to gotowa już, stworzona dla niego przez ojca teoria postępowania w życiu, teoria łapówek i krętactwa, ominąwszy główne, godne jej pole pracy na prowincji, objęła wszystkie szczegóły jego nędznego bytowania w Petersburgu i wkradła się - w braku oficjalnych - we wszystkie jego stosunki przyjacielskie.

Był łapownikiem z natury, z przekonania. W braku spraw i petentów potrafił brać łapówki od kolegów, od przyjaciół, Bóg wie jak i za co. Zmuszał, gdzie i kogo tylko mógł, przebiegłością czy natręctwem, by go podejmowano, żądał od wszystkich niezasłużonego zupełnie szacunku, szukał zwady. Nie odczuwał nigdy wstydu z powodu znoszonego ubrania, nieobcy mu jednak bywał niepokój, gdy w perspektywie dnia nie widział wystawnego obiadu z przyzwoitą ilością wina i wódki.

Dlatego też w kole swych znajomych grał rolę wielkiego psa podwórzowego, który szczeka na wszystkich, nie da się nikomu ruszyć, lecz który jednocześnie na pewno schwyci w locie kawałek mięsa bez względu na to, skąd i dokąd ten kęs leci.

Tacy byli dwaj ludzie najgorliwiej odwiedzający Obłomowa.

Po co ci dwaj rosyjscy proletariusze chodzili do niego? Wiedzieli dobrze po co: żeby pić, jeść, palić dobre cygara. Znajdowali tu ciepły, spokojny kąt i zawsze jednakowe, jeśli nie serdeczne, to obojętne, przyjęcie.

Dlaczego jednak przyjmował ich Obłomow - z tego sam chyba nie zdawał sobie sprawy. Czy nie dlatego jednak, iż dotąd jeszcze w naszych zapadłych Obłomówkach w każdym zamożnym domu gromadzi się czereda takich osób, płci obojga, bez środków do życia, bez zawodu, bez rąk zdolnych do pracy, za to z żołądkiem zdolnym do trawienia, prawie zawsze z tytułem i rangą.

Istnieją jeszcze sybaryci, dla których tego rodzaju uzupełnienie jest czymś niezbędnym w życiu: bez tego nudno im jakoś na świecie. Któż poda tabakierkę, która się gdzieś zapodziała, albo podniesie chustkę, która upadła na podłogę? Komuż poskarżyć się można na ból głowy, mając prawo do współczucia, opowiedzieć zły sen i zażądać wytłumaczenia? Któż poczyta książkę przed snem i pomoże zasnąć? Takiego proletariusza wysyła się też czasem do miasta po sprawunki, używa do pomocy w gospodarstwie - trudno się przecież fatygować samemu!

Tarantiew robił wiele hałasu, wyciągał Obłomowa ze stanu bezruchu i nudy. Krzyczał, kłócił się, urządzał pewnego rodzaju spektakl, oszczędzając tym samym leniwemu panu konieczności mówienia i działania. Do pokoju, w którym panował sen i spokój, Tarantiew wnosił życie, ruch, niekiedy też wieści z zewnątrz. Obłomow mógł, nie ruszając palcem, słuchać, patrzeć na coś żywego, co ruszało się i mówiło. Był poza tym o tyle naiwny, iż sądził, że Tarantiew istotnie może mu w czymś rozsądnie doradzić.

Wizyty Aleksiejewa Obłomow tolerował dla innej, nie mniej poważnej przyczyny. Jeśli chciał żyć po swojemu, to znaczy leżeć w milczeniu, drzemać czy chodzić po pokoju, Aleksiejewa jakby nie było w pobliżu: milczał także, drzemał, patrzył w książkę, leniwie ziewając aż do łez, oglądał obrazki i drobiazgi. Mógł tak przesiedzieć choćby i trzy doby. Jeśli zaś Obłomowowi znudziła się samotność i odczuł potrzebę wypowiedzenia się, rozmowy, czytania, rozważań, ujawnienia niepokoju czy wzruszeń - był zawsze na miejscu powolny i gotowy słuchacz, uczestnik dzielący zgodnie zarówno milczenie, jak i rozmowę, wzruszenie i bieg myśli wszelkiego rodzaju.

Inni goście zaglądali rzadko, na chwilę, jak pierwsi trzej. Bliskie stosunki urywały się z nimi wszystkimi coraz bardziej. Obłomow niekiedy interesował się jakąś nowiną, pięciominutową rozmową, potem, zaspokojony, milczał. Ludziom takim trzeba było wypłacać się wzajemnością, brać udział w tym, co ich interesowało. Nurzali się w ciżbie ludzkiej, każdy z nich pojmował życie na swój sposób, jak nie chciał go pojmować Obłomow, oni zaś wciągali go do tego życia; wszystko to nie podobało mu się, odpychało go, nie odpowiadało mu.

Jednego tylko człowieka lubił; ten również nie dawał mu spokoju, lubił nowości, świat, naukę, w ogóle życie, lecz głębiej jakoś, szczerzej - i Obłomow, choć był serdeczny dla wszystkich, naprawdę kochał tylko jego, jemu tylko ufał, może dlatego że wychowywał się, uczył i mieszkał z nim razem. Był to Andriej Karłowicz Sztolc.

Bawił w podróży, lecz Obłomow oczekiwał go z godziny na godzinę.

IV

- Jak się masz, ziomku? - rzekł krótko Tarantiew, wyciągając kosmatą dłoń do Obłomowa. - Cóż to, leżysz do tej pory jak kłoda?

- Nie zbliżaj się, nie zbliżaj: przychodzisz z zimna! - powiedział Obłomow, okrywając się kołdrą.

- Także coś wymyślił, z zimna! - ryknął Tarantiew. - No, no, bierz rękę, skoro daję! Niedługo dwunasta, a on się tu wyleguje!

Chciał podnieść Obłomowa z posłania, lecz ten uprzedził go, opuszczając szybko nogi i trafiając nimi od razu w oba pantofle.

- Sam już chciałem wstać - rzekł, ziewając.

- Już ja wiem, jak ty wstajesz: wylegiwałbyś się tu do obiadu. Hej, Zachar! Gdzie ty, stary durniu? Pomóż prędzej ubrać się panu.

- A pan niech najpierw zgodzi sobie swojego Zachara i dopiero wtedy go wyzywa! - zaczął mówić Zachar, wchodząc do pokoju i patrząc złym wzrokiem na Tarantiewa. - Jak to pan tu zadeptał, jak jaki roznosiciel! - dodał.

- No, jeszcze tu będziesz gadał, poczwaro! - powiedział Tarantiew i podniósł nogę, żeby kopnąć z tyłu przechodzącego Zachara; lecz Zachar zatrzymał się, odwrócił do niego i się najeżył.

- Niech mnie pan tylko ruszy! - zachrypiał wściekle. - Co to takiego? Pójdę sobie... - powiedział, wracając ku drzwiom.

- Dałbyś pan spokój, Micheju Andriejewiczu, jakiś ty niepohamowany! Po co go zaczepiasz? - rzekł Obłomow. - Zachar, dawaj, co trzeba!

Zachar wrócił i zezując w stronę Tarantiewa, zręcznie przemknął obok niego.

Obłomow, opierając się o Zachara, niechętnie, jak człowiek bardzo zmęczony, uniósł się z posłania i równie niechętnie przeszedł na wielki fotel, zagłębił się w nim i pozostał bez ruchu, tak jak usiadł.

Zachar wziął ze stolika pomadę, grzebień i szczotki, napomadował mu głowę, zrobił przedział, a potem uczesał go szczotką.

- Będzie się pan mył teraz czy jak? - zapytał.

- Poczekam jeszcze trochę - odpowiedział Obłomow. - A ty idź do siebie.

- Ach, to i pan tutaj? - rzekł nagle Tarantiew do Aleksiejewa, wówczas gdy Zachar czesał Obłomowa. - Nie zauważyłbym pana nawet. Po co pan tutaj? Ależ ten pański krewny to po prostu świnia! Dawno już chciałem panu powiedzieć...

- Jaki krewny? Nie mam żadnego krewnego - odpowiedział zmieszany Aleksiejew nieśmiało, wytrzeszczając na Tarantiewa oczy.

- No, ten, co pracuje tu w biurze, jak mu tam?... Afanasjew. Jak to nie krewny? Krewny.

- Przecież nie jestem Afanasjew. Nazywam się Aleksiejew - odparł. - Nie mam krewnego.

- Jakże nie krewny! Taki sam niepozorny jak pan i nazywa się też Wasilij Mikołajewicz.

- Daję słowo, że nie krewny, ja się nazywam Iwan Aleksiejewicz.

- No, wszystko jedno, podobny do pana. Tylko świnia z niego; powiedz mu to pan, jak go spotkasz.

- Nie znam go, nigdy go nie widziałem - rzekł Aleksiejew, otwierając tabakierkę.

- Daj no pan tabaki! - powiedział Tarantiew. - Co to, masz pan zwyczajną, nie francuską? Tak, właśnie - rzekł, wąchając. - Dlaczego nie francuska? - dodał potem surowo. - Tak, takiej świni jak pański krewny jeszcze nie widziałem - ciągnął Tarantiew. - Pożyczyłem od niego kiedyś, będzie już ze dwa lata, pięćdziesiąt rubli. No, czy to wielkie pieniądze, pięćdziesiąt rubli? Można, zdaje się, zapomnieć? Nie, on pamięta; po miesiącu, gdzie tylko mnie spotka: "A co tam z tym długiem?", mówi. Już mi się naprzykrzył! Mało tego, wczoraj przyszedł do nas, do departamentu: "Pan zapewne, mówi, otrzymał pobory, teraz pan może oddać". Dałem ja mu "pobory"; jak zwymyślałem go przy wszystkich, ledwie drzwi znalazł. "Biedny człowiek jestem, sam potrzebuję!" Jakbym ja nie potrzebował! Cóżem to za bogacz, żeby mu po pięćdziesiąt rubli odwalać! Daj no, ziomku, cygaro!

- Cygara są tam, w pudełku - odpowiedział Obłomow, wskazując na etażerkę.

Siedział zadumany w fotelu, w swej leniwej i pięknej pozie, nie zwracając uwagi na to, co działo się wokoło, nie słuchając tego, co mówiono. Oglądał z upodobaniem i głaskał swe drobne białe ręce.

- Ech! To wciąż te same? - spytał surowo Tarantiew, wyjmując cygaro i spoglądając na Obłomowa.

- Tak, te same - odpowiedział Obłomow machinalnie.

- A mówiłem ci, żebyś kupił inne, zagraniczne? Tak to pamiętasz, co się do ciebie mówi! Zapamiętaj sobie, żeby do przyszłej soboty były koniecznie, bo inaczej nieprędko tu przyjdę. A to świństwo! - mówił dalej, kiedy zapalił cygaro i puścił jeden kłąb dymu w powietrze, a wciągnął drugi. - Palić nie można.

- Wcześnie dziś przyszedłeś, Micheju Andriejewiczu - rzekł Obłomow, ziewając.

- Naprzykrzyłem ci się czy co?

- Nie, tak tylko zauważyłem, przychodzisz zwykle akurat na obiad, a teraz dopiero pierwsza.

- Umyślnie przyszedłem wcześniej, żeby się dowiedzieć, co będzie na obiad. Dajesz mi wciąż takie paskudztwo, że chcę się dowiedzieć, co też kazałeś przygotować dzisiaj.

- Dowiedz się tam w kuchni - rzekł Obłomow.

Tarantiew wyszedł.

- Zmiłuj się! - powiedział, wracając. - Wołowina i cielęcina! Ech, bracie Obłomow, nie umiesz ty żyć, i to dziedzic! Jaki z ciebie pan? Żyjesz jak mieszczuch, nie potrafisz ugościć przyjaciela! No co, madera kupiona?

- Nie wiem, spytaj Zachara - rzekł Obłomow, niemal go nie słuchając. - Tam chyba jest wino.

- To ta dawniejsza, od Niemca? Nie, bądź łaskaw kupić w sklepie angielskim.

- I ta będzie dobra - rzekł Obłomow. - Trzeba by znów posyłać!

- Czekaj no, daj pieniędzy, wstąpię po drodze i przyniosę, muszę jeszcze pójść tu i ówdzie.

Obłomow poszperał w szufladzie i wyjął ówczesny czerwony banknot dziesięciorublowy.

- Madera kosztuje siedem rubli - powiedział Obłomow - a tu jest dziesięć.

- Daj więc wszystko, wydadzą resztę, nie bój się!

Wyrwał z rąk Obłomowa banknot i zręcznie wsunął go do kieszeni.

- No, pójdę - rzekł Tarantiew, wkładając kapelusz - a na piątą będę. Muszę gdzieś wstąpić: obiecali mi posadę w kantorze wódczanym, kazali się dowiedzieć... I jeszcze jedno, Ilio Iliczu, czy nie wynająłbyś dziś powozu, żeby pojechać do Jekatieringofu? Zabrałbyś mnie.

Obłomow pokręcił przecząco głową.

- Co, nie chce ci się czy żal ci pieniędzy? Ech, ty worku! - powiedział. - No, bywaj tymczasem...

- Poczekaj, Micheju Andriejewiczu - przerwał Obłomow. - Muszę się z tobą nad czymś naradzić.

- Cóż tam jeszcze? Mów prędzej, nie mam czasu.

- Bo to, widzisz, spadły na mnie nagle dwa nieszczęścia. Z mieszkania mnie wyrzucają.

- Widocznie nie płacisz, mają rację! - rzekł Tarantiew i chciał odejść.

- Idźże! Płacę zawsze z góry. Nie, chcą tu zrobić inne mieszkanie... Czekaj! Dokąd pędzisz? Poradź, co robić; naglą, żeby się wynieść w ciągu tygodnia...

- A to co, mam być twoim doradcą? Cóż ty sobie wyobrażasz?

- Nic sobie nie wyobrażam - powiedział Obłomow. - Nie hałasuj i nie krzycz, tylko lepiej radź, co robić. Tyś człowiek praktyczny...

Tarantiew już go nie słuchał i o czymś rozmyślał.

- Niech już tak będzie, dziękuj mi - rzekł, zdejmując kapelusz i siadając - a do obiadu każ podać szampana; twoja sprawa już załatwiona.

- Co takiego? - spytał Obłomow.

- Szampan będzie?

- Przypuśćmy, jeśli rada warta tego...

- Nie, bo ty sam niewart jesteś rady. Cóż to, darmo ci będę radził? Możesz jego spytać - dodał, wskazując na Aleksiejewa - albo jego krewnego.

- No, no, dosyć, mów! - prosił Obłomow.

- Oto co: jutro będziesz łaskaw przeprowadzić się na nowe mieszkanie...

- E! Także pomysł! O tym sam wiedziałem.

- Czekaj, nie przerywaj! - krzyknął Tarantiew. - Jutro przeprowadzisz się do mojej kumy, na Wyborskie Przedmieście...

- A to co nowego! Na Wyborskie Przedmieście! Mówią, że tam przecież wilki zimą podchodzą.

- Zdarza się, zachodzą z wysp, a tobie co do tego?

- Nuda tam, pustka, nie ma nikogo.

- Bzdury! Tam mieszka moja kuma, ma własny dom z dużym ogrodem. Kobieta zacna, wdowa, z dwojgiem dzieci, mieszka z nią brat kawaler: głowa nie taka jak ta, co w kącie tutaj siedzi - powiedział, wskazując na Aleksiejewa. - Nas obu w kozi róg zapędzi!

- Co mnie to wszystko obchodzi? - rzekł Obłomow zniecierpliwiony. - Nie przeniosę się tam.

- No zobaczymy, czy się nie przeniesiesz. Nie, jeżeli już prosiłeś o radę, to musisz słuchać.

- Nie przeniosę się - powiedział Obłomow stanowczo.

- No to pal cię diabli! - odrzekł Tarantiew, wcisnął na głowę kapelusz i poszedł ku drzwiom. - Dziwak z ciebie! - rzekł, zawracając. - Tak ci tu słodko?

- Jak to? Blisko wszędzie - mówił Obłomow - i sklepy tu są, i teatr, i znajomi... centrum miasta, wszystko...

- Co-o? - przerwał Tarantiew. - A kiedyś ty wychodził z domu, powiedz no? Kiedyś był w teatrze? Do jakich znajomych chodzisz? Na jakiego diabła ci to centrum, pozwól zapytać.

- Jak to po co? Mało to powodów?

- Widzisz, sam nawet nie wiesz. A tam, pomyśl: mieszkać będziesz u mojej kumy, kobiety zacnej, spokojnie, cicho, nikt cię nie ruszy, ani hałasu, ani wrzasku, czysto, schludnie. Popatrz tylko, mieszkasz tu przecie jak w domu zajezdnym, i to pan, dziedzic! A tam czystość, cisza, masz z kim słówko zamienić, jak się znudzisz. Prócz mnie nikt tam do ciebie nie będzie przychodził. Dwoje dzieci, możesz się z nimi bawić, ile zechcesz! Czego ci więcej potrzeba! A oszczędność, oszczędność jaka! Ile tu płacisz?

- Półtora tysiąca.

- A tam tysiąc rubli prawie za cały dom! A jakie tam widniutkie, miłe pokoje! Kuma moja dawno już chciała mieć cichego porządnego lokatora, ciebie tedy przeznaczam...

Obłomow w roztargnieniu pokręcił głową na znak, że się nie zgadza.

- A właśnie, że przeprowadzisz się! - powiedział Tarantiew. - Weź pod uwagę, że cię to niemal dwa razy taniej będzie kosztowało, na samym mieszkaniu pięćset rubli wygrasz. Jedzenie będziesz miał dwa razy lepsze i porządniejsze; ani kucharka, ani Zachar nie będą kraść...

Z przedpokoju dało się słyszeć warczenie.

- I porządku więcej - mówił dalej Tarantiew. - Przecież teraz wstręt bierze siąść u ciebie do stołu! Szukasz pieprzu, nie ma, octu służba nie kupiła, noże niewyczyszczone, bielizna, mówisz, ginie, wszędzie kurz, jednym słowem: obrzydliwość. A tam kobieta będzie gospodarować: ani ty, ani twój głupi Zachar...

Warczenie w przedpokoju zabrzmiało głośniej.

- Ten stary pies - ciągnął Tarantiew - o niczym nie będzie potrzebował myśleć: wszystko, co trzeba, będziesz miał gotowe. Nad czym się tu zastanawiać? Przenoś się i koniec...

- Ale jakże tak nagle, ni z tego, ni z owego, na Wyborskie Przedmieście...

- Gadajże z nim! - powiedział Tarantiew, ocierając pot z twarzy. - Teraz lato, przecież to zupełnie jak letnisko. Cóż ty tu gnijesz latem, na Grochowej? Tarnogród księcia Biezborodki. Ochta pod bokiem, Newa o dwa kroki, własny ogród - ani kurzu, ani skwaru! Tu nie ma co się namyślać; zaraz, jeszcze przed obiadem polecę do niej, daj mi na dorożkarza. A jutro przeprowadzka...

- Cóż to za człowiek! - rzekł Obłomow. - Wymyśli nagle diabli wiedzą co: na Wyborskie Przedmieście... To nie sztuka. Nie, spróbuj coś takiego wymyślić, żeby pozostać na miejscu. Mieszkam tu osiem lat, więc zmieniać mi się nie chce...

- Szkoda gadania; przeniesiesz się. Zaraz jadę do kumy, o posadę dowiem się innym razem...

Chciał już wyjść.

- Czekaj, czekaj! Dokąd? - zatrzymał go Obłomow. - Mam jeszcze ważniejszą sprawę. Spójrz, jaki list dostałem od rządcy, i zdecyduj, co mam robić.

- Widzisz, jakiś to się urodził! - odparł Tarantiew. - Nic nie potrafisz zrobić sam. Wciąż ja i ja! I do czego ty się nadajesz? Nie człowiek z ciebie, po prostu słoma!

- Gdzie ten list? Zachar, Zachar! Znów go gdzieś podział! - powiedział Obłomow.

- Oto list rządcy - rzekł Aleksiejew, biorąc zgnieciony list.

- Tak, to ten - potwierdził Obłomow i zaczął czytać na głos. - Co powiesz? Co mam począć? - zapytał Ilia Ilicz po przeczytaniu. - Susze, niedobory...

- Skończony z ciebie człowiek, całkiem przepadły! - powiedział Tarantiew.

- Dlaczego skończony?

- No a czy nie skończony?

- Jeżeli skończony, to mów: co robić?

- A co za to dostanę?

- Powiedziałem już, że będzie szampan; czego jeszcze chcesz?

- Szampan to za znalezienie mieszkania; wyświadczyłem ci przecież dobrodziejstwo, a ty nie doceniasz tego, jeszcze się kłócisz, jesteś niewdzięczny! Spróbuj sam znaleźć mieszkanie! Główna rzecz, spokój, który mieć będziesz jak u rodzonej siostry. Dwoje dzieciaków, brat kawaler, ja co dzień będę zachodził...

- No dobrze, dobrze - przerwał Obłomow. - Powiedz teraz lepiej, co mam zrobić z rządcą.

- Nie, dodaj porter do obiadu, to powiem.

- Teraz znów porter! Mało ci jeszcze?

- No to do widzenia - rzekł Tarantiew, wkładając znów kapelusz.

- Ach, mój Boże! Tu rządca pisze, że dochodu "o jakie dwa tysiące mniej", a jemu jeszcze porter dawaj. No dobrze, kup porteru.

- Daj jeszcze pieniędzy! - powiedział Tarantiew.

- Przecie zostanie ci reszty z dziesięciorublówki.

- A na dorożkarza na Wyborskie Przedmieście?

Obłomow wyjął jeszcze rubla i podsunął mu niechętnie.

- Twój rządca to szubrawiec, tyle ci powiem - zaczął Tarantiew, chowając rubla do kieszeni - a ty mu wierzysz, rozdziawiwszy gębę. Widzisz, co on ci tu śpiewa! Susze, nieurodzaj, niedobory i chłopi uciekli. Łże, wszystko łże! Słyszałem, że w naszej okolicy, w posiadłościach Szumiłowa, zeszłorocznym urodzajem spłacono wszystkie długi, a u ciebie raptem susza i nieurodzaj. Szumiłowszczyzna przecie od ciebie o pięćdziesiąt wiorst. Dlaczego tam nie wypaliło zboża? I jeszcze niedobory wymyślił. A on od czego? Dlaczego zaniedbał? Skąd te niedobory? Czy to nie ma roboty i zbytu w naszych stronach? Ach, co za łotr! Już ja bym go nauczył! A chłopi porozłazili się, bo sam pewnie zdarł z nich, co mógł, i puścił ich na cztery wiatry, a naczelnikowi policji ani myślał nawet się skarżyć.

- Nie może być - powiedział Obłomow. - Przecież nawet odpowiedź naczelnika policji podaje w liście, w sposób tak naturalny...

- Ech, ty! Nic nie wiesz. Wszyscy szubrawcy piszą w sposób naturalny, wierzaj mi. Oto na przykład - ciągnął, wskazując na Aleksiejewa - siedzi tu zacna dusza, niewinna owieczka, czy napisze w ten sposób? Nigdy. A jego krewny, chociaż świnia i bestia jakich mało, ten napisze. Ty też nie napiszesz w sposób tak naturalny! Tak więc rządca twój jest bestią, już choćby dlatego że napisał zręcznie i w sposób naturalny. Widzisz przecie, jakich słów dobrał: "Odstawić do miejsca zamieszkania".

- Cóż więc z nim robić? - spytał Obłomow.

- Zwolnij go natychmiast.

- A kogóż wyznaczę? Skądże mam znać chłopów? Inny, kto wie, może będzie jeszcze gorszy. Nie byłem tam już od dwunastu lat.

- Jedź sam na wieś, inaczej nie można; spędź tam lato, jesienią zaś przyjedź wprost na nowe mieszkanie. Już się postaram tutaj, żeby było gotowe.

- Na nowe mieszkanie, na wieś, sam! Cóż za szaleństwa mi proponujesz! - rzekł z niezadowoleniem Obłomow. - Zamiast tego, żeby uniknąć ostateczności i trzymać się złotego środka...

- No, bracie Ilio Iliczu, zginiesz z kretesem. Ja przecież na twoim miejscu dawno zastawiłbym majątek i kupił inny albo tutaj dom w dobrym punkcie. To warte twojej wsi. A potem dom też bym zastawił i kupiłbym inny... Gdybym miał twój majątek, usłyszeliby o mnie ludzie.

- Przestań się chwalić, wymyśl lepiej, jak się nie przeprowadzić i nie jechać na wieś, a sprawa żeby była załatwiona... - zauważył Obłomow.

- Ruszysz ty się kiedy z miejsca? - powiedział Tarantiew. - Spójrz na siebie, coś ty wart? Jaki pożytek ma z ciebie ojczyzna? Na wieś nie może się wybrać!

- Za wcześnie dla mnie teraz jechać - odpowiedział Ilia Ilicz - daj mi najprzód skończyć plan reform, które zamierzam wprowadzić w majątku... Wiesz co, Micheju Andriejewiczu? - rzekł nagle Obłomow. - Jedź ty. Sprawę znasz, okolicę również, nie pożałowałbym kosztów.

- Cóżem to ja, twój rządca? - odparł Tarantiew dumnie. - Zresztą odwykłem już od obcowania z chłopami...

- Co robić? - rzekł Obłomow w zadumie. - Doprawdy nie wiem.

- No, napisz do naczelnika policji, zapytaj go, czy rządca mówił mu o zbiegłych chłopach - radził Tarantiew. - I poproś, żeby zajechał do wsi; potem napisz do gubernatora, żeby kazał naczelnikowi donieść o zachowaniu się rządcy. "Proszę Waszą Ekscelencję o ojcowskie podejście do sprawy, o wejrzenie miłosiernym okiem na nieuniknione, grożące mi najokropniejsze nieszczęście, spowodowane szaleńczymi postępkami rządcy; również ze względu na zupełną ruinę, która będzie nieuniknionym udziałem moim oraz mej żony z dwanaściorgiem małoletnich, pozostających bez jakiegokolwiek zaopatrzenia i kawałka chleba dzieci..."

Obłomow się roześmiał.

- Skądże ja wezmę tyle drobiazgu, jeżeli zażądają, żebym im pokazał te dzieci? - rzekł.

- Głupstwo, pisz: z dwanaściorgiem dzieci, to przemknie koło uszu, nikt nie będzie sprawdzać, będzie za to "naturalne"... Gubernator przekaże list sekretarzowi, ty zaś napiszesz w tym samym czasie również do niego, rozumie się "z załącznikiem", a ten już wyda rozporządzenie. Zwróć się też do sąsiadów. Kogo tam masz?

- Dobrynin jest tam blisko - rzekł Obłomow. - Widywałem się tu z nim często, teraz jest tam.

- Napisz i do niego, poproś go pięknie: "Zrobi mi pan w ten sposób prawdziwą łaskę, zobowiązując mnie jako chrześcijanin, jako przyjaciel i jako sąsiad". Dodaj też do listu jakiś prezent z Petersburga... cygara czy coś takiego. Tak powinieneś postąpić, nic innego nie wymyślisz. Przepadły człowieku! Zatańczyłby przede mną ten rządca, dałbym ja mu! Kiedy tam poczta odchodzi?

- Pojutrze - powiedział Obłomow.

- No więc siadaj i pisz zaraz.

- Pojutrze przecież, po cóż więc zaraz? - zauważył Obłomow. - Można i jutro. Słuchaj no jednak, Micheju Andriejewiczu - ciągnął. - Dopełnij już swych "dobrodziejstw", a ja, niech już będzie, dodam jeszcze do obiadu rybę lub coś z drobiu.

- Cóż jeszcze? - zapytał Tarantiew.

- Siądź i napisz. Cóż to dla ciebie znaczy skreślić trzy listy? Opowiadasz tak "naturalnie"... - dodał, usiłując ukryć uśmiech - a Iwan Aleksiejewicz przepisałby...

- Ech! Co za pomysły! - odpowiedział Tarantiew. - Żebym ja miał pisać! Nawet w biurze już trzeci dzień nie piszę, jak tylko siądę do pisania, zaraz z lewego oka łza wytryska, zawiało mię widać, i głowa ciąży, gdy się nachylę... Leniuch z ciebie, leniuch! Przepadniesz, bracie, Ilio Iliczu, jak nic...