7
- Wszystko schowane - mruczy Callie, kiedy dojeżdżamy na podmiejską ulicę w Canoga Park.
Mówi bardziej do siebie niż do mnie, ale kiedy rozglądam się dookoła, rozumiem jej komentarz. Canoga Park jest osiedlem w jednej z dzielnic Los Angeles - mieście, w którym nie istnieje wyraźna granica między centrum a przedmieściami. Można jechać po ulicy pełnej firm, aby zaledwie dwie przecznice dalej znaleźć się na osiedlu mieszkaniowym. Jest to niewymuszona transformacja; światła drogowe zmieniają się w znaki stopu i generalnie robi się po prostu ciszej.
Miasto pulsowało życiem tuż obok, nigdy nie zasypiając, zawsze pełne zgiełku, podczas gdy domy mieszkalne stały tu sobie, bezpiecznie schowane.
Ulica, w którą skręciłyśmy, należy do jednego z takich właśnie osiedli, ale wrażenie spokoju gdzieś przepadło. Dostrzegam przynajmniej pięć wozów policyjnych, półciężarówkę SWAT-u3 i dwa lub trzy nieoznakowane pojazdy. Do tego jeszcze oczywiście obowiązkowy helikopter, krążący nam nad głowami.
- Dzięki Bogu jeszcze jest jasno - zauważa Callie, spoglądając na helikopter. - Nie znoszę tych oślepiających reflektorów.
Wszędzie jest pełno ludzi. Co odważniejsi sąsiedzi stoją na swoich trawnikach, podczas gdy bardziej płochliwi wyglądają ciekawie zza zasłon w oknach. To zabawne, myślę sobie. Ludzie rozmawiają o przestępstwach w centralnych dzielnicach miast, a tymczasem najlepsze morderstwa zdarzają się na przedmieściach.
Callie parkuje przy krawężniku.
- Gotowa? - pytam ją.
- Urodziłam się gotowa, dawaj czy co tam chcesz. Wybierz sobie - odpowiada.
Kiedy wysiadamy z wozu, krzywi się i opiera dłoń o dach samochodu, żeby odzyskać równowagę.
- Wszystko w porządku? - pytam. Macha ręką zbywająco.
- Pozostałość bólu po postrzale. Nic, z czym nie mogę sobie poradzić. - Sięga do kieszeni kurtki i wyciąga buteleczkę z lekami na receptę. - Vicodin. Mały pomocnik współczesnych matek. - Otwiera butelkę i wysypuje na dłoń jedną tabletkę. Połyka ją i uśmiecha się. - Pycha.
Callie została postrzelona sześć miesięcy temu. Pocisk przeszedł obok kręgosłupa i przez cały bardzo napięty tydzień nie byliśmy pewni, czy będzie mogła znów chodzić. Myślałam, że od tamtego czasu już w pełni wyzdrowiała.
Widocznie się myliłam.
Myliłam się? Nosi ze sobą vicodin jakby to była paczka tic taców!
- Zobaczmy, o co chodzi w tym całym rozgardiaszu, dobra? - sugeruje.
- Uhm.
Ale nie myśl sobie, że ci to odpuszczę.
Ruszamy w stronę taśmy. Zatrzymuje nas dwudziestoparoletni dzielnicowy. Jest niczego sobie. Wyczuwam jego podniecenie faktem, że stał się częścią tej policyjnej kakofonii. Od razu zaczynam go lubić: widzi blizny na mojej twarzy i prawie nic nie daje po sobie poznać.
- Bardzo mi przykro, proszę pani, ale nie mogę nikogo tam teraz wpuścić - mówi.
Wyciągam legitymację służbową i pokazuję mu ją.
Callie robi to samo.
- Agentka specjalna Barrett - mówię.
- Przepraszam panią - odpowiada. - I panią również. - Spogląda na Callie.
- Nie przejmuj się.
Pośród grupy mundurowych i cywili dostrzegam Alana, ten imponujący gmach człowieka. Przewyższa ich wszystkich o głowę. Alan ma czterdzieści kilka lat, jest Afroamerykaninem, którego można opisać jedynie jako olbrzyma. Nie jest otyły, po prostu jest gargantuiczny. Jego skrzywiona mina potrafi sprawić, że pokój przesłuchań staje się nagle dla winnego przyciasną, niebezpieczną klitką.
Życie kocha ironię i Alan nie jest tutaj wyjątkiem od reguły. Mimo swoich rozmiarów to bardzo wrażliwy człowiek góra. W ciele obrońcy zawodnika futbolu amerykańskiego mieści się genialny umysł. Alan łączy drobiazgową dokładność z niemal nieskończoną cierpliwością. Jego zdolność wyłuskiwania szczegółów jest legendarna. Jednym z dowodów na jego wspaniały charakter jest fakt, że Elaina jest jego żoną i uwielbia go bezgranicznie.
Alan jest trzecim członkiem mojego zespołu, najstarszym i najbardziej stabilnym. Powiedział mi, że gdy u Elainy wykryto raka, rozważał odejście z FBI, aby spędzić więcej czasu z żoną. Od tamtej pory ani razu nie poruszył tego tematu, a ja również nie naciskałam. Nie znaczy to, że zapomniałam o sprawie.
Callie jest lekomanką, Alan myśli o przejściu na emeryturę - może ja też powinnam odejść? Pozwolić im odbudować zespół od zera?
- Przyjechała już - oznajmia Alan.
Zaczynam katalogować przeróżne reakcje ludzi na widok mojej twarzy, a potem sobie odpuszczam. Podoba się czy nie, mam to w nosie, chłopcy.
Jeden z mężczyzn wychodzi mi naprzeciw i wyciąga jedną rękę na przywitanie. W drugiej trzyma pistolet maszynowy MP5. Jest przyodziany w pełne regalia SWAT-u: kamizelkę kuloodporną, hełm i buty.
- Luke Dawes - przedstawia się. - Dowódca SWAT. Dziękuję za przybycie.
- Nie ma problemu. - Wskazuję na Alana: - Nie będzie pan miał nic przeciwko temu, żeby mój człowiek wprowadził mnie w sprawę? Bez urazy.
- Oczywiście.
Odwracam się do Alana, odsuwam na bok wewnętrzną kakofonię głosów i pozwalam przejąć działanie prostocie akcji i komendy.
- Zaczynaj - mówię.
- Jakieś półtorej godziny temu centrala dziewięćset jedenaście otrzymała telefon od mieszkańca sąsiedniego domu, wdowca, niejakiego Jenkinsa. Powiedział, że dziewczyna, Sarah Kingsley, wtoczyła się do ogrodu przed jego domem ubrana w koszulę nocną i cała umazana krwią.
- Skąd wiedział, że była w ogrodzie przed jego domem?
- Okna jego dużego pokoju wychodzą na tę stronę, a Jenkins trzyma zasłony rozsunięte do czasu, gdy kładzie się spać. Oglądał akurat telewizję i zobaczył ją kątem oka.
- Mów dalej.
- Był wstrząśnięty, ale zebrał się na odwagę, żeby wyjść i zobaczyć, co takiego się stało. Dziewczyna była otumaniona, jak to sam określił, i mamrotała coś o tym, że jej rodzina została zamordowana. Jenkins usiłował zabrać ją do siebie do domu, ale ona zaczęła wrzeszczeć i uciekła z powrotem do siebie.
- Rozumiem, że miał na tyle zdrowego rozsądku, żeby za nią nie iść?
- Tak. Jego odwaga sięgała jedynie ogrodu przed domem. Wrócił pędem do domu i zadzwonił pod dziewięćset jedenaście. Akurat w okolicy był patrol policyjny, więc podjechali tu, żeby sprawdzić, co się dzieje. Oficerowie - Alan sprawdza notatnik - Sims i Butler zajrzeli przez drzwi wejściowe, które były otwarte na oścież, a potem starali się wywołać dziewczynę na zewnątrz. Nie reagowała. Po krótkiej dyskusji postanowili wejść do środka i ją stamtąd wydostać. Może trochę ryzykowne, ale żaden z nich nie jest żółtodziobem, a poza tym martwili się o dziewczynę.
- To zrozumiałe - mruczę. - Sims i Butler nadal tu są?
- Uhm.
- Mów dalej.
- Weszli więc do domu i od razu zobaczyli, że była tu krwawa jatka.
- Byłeś tam? - przerywam mu.
- Nie. Nikt nie zaglądał do środka, od kiedy dziewczyna dorwała się do broni. W każdym razie gliniarze weszli i stało się oczywiste, że w domu wydarzyło się coś bardzo niedobrego, i to niedawno. Na szczęście dla nas Sims i Butler mieli już przedtem do czynienia ze scenami zabójstwa, więc nie stracili głów. Omijali z dala wszystko, co chociaż trochę wyglądało na dowody rzeczowe.
- To świetnie.
- Owszem. Usłyszeli hałasy dochodzące z drugiego piętra i zawołali dziewczynę. Nie odpowiedziała, więc weszli na górę po schodach. Znaleźli ją w głównej sypialni wraz z trzema trupami. Dziewczyna miała w ręku broń - Alan ponownie sprawdza notatki - pistolet, dziewięć milimetrów, nie wiadomo jaki rodzaj. To według oficerów. Od tej chwili wszystko zaczęło się zmieniać w błyskawicznym tempie. Chłopcy się zdenerwowali. Pomyśleli, że może to ona była odpowiedzialna za wszystko, co się tu wydarzyło. Wycelowali w nią swoje pistolety, powiedzieli, żeby rzuciła broń, i tak dalej. Wtedy dziewczyna przyłożyła sobie lufę do skroni.
- I znów wszystko się zmieniło?
- Dokładnie. Dziewczyna zaczęła płakać i krzyczeć na nich. Powiedziała, cytuję: "Chcę rozmawiać ze Smoky Barrett, inaczej się zabiję!", koniec cytatu. Oficerowie usiłowali ją jakoś przekonać, ale poddali się, kiedy kilka razy wycelowała w nich broń. Zgłosili sprawę do centrali i - rozkłada ramiona, wskazując na tłoczących się wkoło funkcjonariuszy - oto jesteśmy. - Kiwa głową w kierunku dowódcy SWAT. - Porucznik Dawes znał cię z nazwiska i kazał komuś skontaktować się ze mną. Przyjechałem tu, sprawdziłem wszystko i zadzwoniłem do ciebie.
Odwracam się w stronę Dawesa i przyglądam się mu uważnie. Widzę sprawnego, bystrego, zaprawionego w bojach, profesjonalnego policjanta o spokojnych dłoniach. Ma ciemnobrązowe, przystrzyżone na jeża włosy, jest dość niski, jakiś metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, szczupły, umięśniony i gotowy do działania. Emanuje spokojną pewnością siebie. To stereotyp SWAT-owca - coś, co zawsze wzbudzało we mnie zaufanie i otuchę.
- Co pan o tym myśli, poruczniku?
Przygląda mi się przez chwilę, a potem wzrusza ramionami.
- Dziewczyna ma szesnaście lat. Broń to broń, ale... - Znów wzrusza ramionami. - Ona ma szesnaście lat.
Jest za młoda, żeby umrzeć, to właśnie chce powiedzieć. Zdecydowanie zbyt młoda, żebym ją zabił i się tym nie przejął.
- Macie na miejscu negocjatora? - pytam.
Chodzi mi o negocjatora zakładników: kogoś przeszkolonego w rozmowie z niezrównoważonymi ludźmi posiadającymi broń. Negocjator to w zasadzie niewłaściwe określenie, ponieważ ludzie ci operują zazwyczaj w trzyosobowych zespołach.
- Nie - odpowiada Dawes. - Obecnie w LA mamy trzy zespoły negocjatorskie. Jakiś gość postanowił, że dziś akurat skoczy z dachu hotelu Roosevelt w Hollywood. To jeden. Jest również ojciec, któremu właśnie zamierzają odebrać możliwość opieki nad dziećmi. Postanowił więc, że się zastrzeli. To dwa. Ostatni zespół, niech sobie pani wyobrazi, miał wypadek samochodowy w drodze na szkolenie. - Potrząsa głową z dezaprobatą. - Walnęła w nich ciężarówka. Przeżyją, ale wszyscy są w szpitalu. Zostaliśmy sami. - Przerywa. - Mógłbym to rozwiązać na kilka sposobów, agentko Barrett. Gaz łzawiący, ślepa amunicja. Tylko że gaz zniszczy całą scenę morderstwa, a ślepaki, cóż... Dziewczyna nadal będzie w stanie się zastrzelić, nawet jeśli trafimy ją workiem kaszy. - Uśmiecha się ponuro. - Wydaje się, że najlepiej byłoby, gdyby pani tam poszła i pogadała z tą zwariowaną nastolatką.
Krzywię się, jakbym zjadła cytrynę.
- Dzięki.
Poważnieje.
- Musi pani założyć kamizelkę kuloodporną i mieć broń gotową do strzału. - Przekrzywia głowę i spogląda na mnie z zainteresowaniem w szarych oczach. - Jest pani czymś w rodzaju supersnajperki, tak?
- Annie Oakley - potwierdzam. Spogląda na mnie z powątpiewaniem.
- Smoky potrafi zgasić świecę jednym strzałem i zrobić dziurkę w ćwierćdolarówce - mówi Callie. - Sama widziałam.
- Ja też - potwierdza Alan głębokim barytonem.
Nie chcę się chwalić i nie jestem przesadnie pewna siebie. Mam po prostu niezwykłą relację z bronią. Naprawdę potrafię gasić strzałem świece i rzeczywiście zdarzało mi się przestrzelić ćwierćdolarówki po podrzuceniu ich w powietrze. Nie wiem, skąd wziął się u mnie ten talent, ponieważ nikt w mojej rodzinie nie lubił broni. Tata był łagodnym, przyjaznym w obejściu człowiekiem. Mama miała wprawdzie irlandzki temperament, ale zawsze zamykała oczy, gdy w oglądanych filmach rozgrywały się brutalne sceny przemocy.
Kiedy miałam siedem lat, przyjaciel mojego taty zabrał nas na strzelnicę. Okazało się, że jestem w stanie trafić we wszystko, w co chciałam, i to bez specjalnych instrukcji. Od tamtej pory zakochałam się w broni palnej.
- W porządku, wierzę wam. - Dawes unosi dłonie w geście poddania. Poważnieje i spogląda na mnie nieco chłodniej. - Cel to jedna rzecz. Czy kiedykolwiek strzelała pani do człowieka?
Nie obraża mnie jego pytanie. Ponieważ strzelałam do ludzi i zabiłam ich, rozumiem, dlaczego o to pyta, i wiem, że powinien to zrobić. Różnica jest znacząca, a człowiek nie ma pojęcia jak bardzo, dopóki tego nie zrobi.
- Tak - odpowiadam.
Myślę, że fakt, iż nie wdaję się w szczegółowe opisy, przekonuje go najbardziej. Sam również zabijał i wie, że to nie jest coś, nad czym człowiek lubi się rozwodzić albo czym chwalić - a nawet o czym myśleć, jeżeli może cokolwiek na to poradzić.
- W porządku. Zatem kamizelka kuloodporna, broń gotowa do strzału, a jeżeli dojdzie do wyboru między panią a dziewczyną, niech pani zrobi to, co trzeba. Mam nadzieję, że uda się pani ją przekonać.
- Ja też. - Spoglądam na Alana. - Czy wiemy, dlaczego prosiła o mnie? Cokolwiek na ten temat?
- Nie. - Potrząsa głową.
- Wiemy coś o niej samej? Jakieś szczegóły? Kim jest?
- Niewiele. Ludzie tutaj wychodzą z założenia, że wysokie płoty czynią dobrych sąsiadów. Ten starszy facet, Jenkins, powiedział, że była adoptowana.
- Naprawdę?
- Tak, jakiś rok temu. Nie przyjaźnił się zbytnio z rodziną, ale rozmawiał od czasu do czasu z ojcem na podjeździe. Stąd właśnie wiedział, kim była ta dziewczyna.
- Interesujące. Może w takim razie jest sprawczynią?
- To możliwe. Nikt inny nie ma nic istotnego do dodania. Kingsleyowie byli dobrymi sąsiadami, co oznacza, że zachowywali się cicho i pilnowali swojego nosa.
Wzdycham i spoglądam w kierunku domu. Wspaniały dzień zaczął właśnie gwałtownie zmieniać się w zły.
Spoglądam na Dawesa.
- Jeżeli mam być negocjatorką, oznacza to, że teraz ja przejmuję dowodzenie nad akcją. Macie z tym jakiś problem?
- Nie, proszę pani.
- Nie życzę sobie żadnych nadgorliwych snajperów, Dawes. Bez względu na to, jak długo mi to zajmie. Nie próbuj decydować za moimi plecami i zaczynać desantów po linach czy czegoś równie uroczego.
Dawes uśmiecha się, nieurażony. To standardowa waluta.
- Byłem już przy kilku takich negocjacjach, agentko Barrett. Wbrew powszechnemu przekonaniu moi ludzie wcale nie palą się do tego, żeby kogoś ustrzelić.
- Pracowałam z naszym własnym oddziałem SWAT, poruczniku, i wiem wszystko o ludziach, których świerzbią palce w oczekiwaniu na rozkaz.
- Mimo wszystko.
Przyglądam się mu uważnie. Wierzę mu. Kiwam głową.
- W takim razie czy ma pan jakąś kamizelkę kuloodporną, którą mogłabym wypożyczyć?
- Nie ma pani własnej?
- Miałam, ale musiałam ją zwrócić. Podobnie jak czterysta innych z tej samej partii okazała się wykonana z wadliwego kompozytu i w związku z tym nadmiernie krucha czy coś w tym stylu. Nadal czekam na nową.
- Auć. Dobrze, że wychwycili to w porę, co nie?
- Tak, tylko że zanim zorientowali się, że w zasadzie może nie zatrzymać kuli, miałam już ją na sobie trzy razy.
Wzrusza ramionami.
- Tak czy siak, kamizelka nie uchroni nikogo od strzału w głowę. To kwestia szczęścia. - I z tą pokrzepiającą obserwacją Dawes odchodzi, żeby zdobyć dla mnie kevlarowe wdzianko.
- Wydaje się dość opanowany - zauważa Alan.
- Mimo to miej na wszystko oko.
- Będą mieli do czynienia z nami obojgiem - obiecuje Callie. - W razie czego pokażę im ponętne udko, a Alan ich przestraszy i po problemie.
- Nie martw się o nic poza tym, co zrobić, jak już będziesz w środku - mówi Alan. - Negocjowałaś już kiedyś?
- Miałam zajęcia, ale nie, nigdy nie wykorzystałam wiedzy w praktyce.
- Podstawą jest słuchanie. I nie kłam, chyba że jesteś pewna, że ujdzie ci to na sucho. Wszystko opiera się na wzajemnym porozumieniu, więc kłamstwa nie popłacają. Szukaj impulsów wyzwalających i omijaj je szerokim łukiem.
- Bardzo proste. Nie ma sprawy.
- Aha, i nie daj się zabić.
- Bardzo śmieszne.
Dawes pojawia się z kamizelką.
- Ściągnąłem ją z jednej z policjantek. - Wyciąga ją w moim kierunku i marszczy czoło z niezadowoleniem. - Chyba będzie za duża.
- Wszystkie są za duże, chyba że dostanę taką na zamówienie.
Uśmiecha się szeroko.
- Widzę, że nie ma żadnych wymagań co do wzrostu, agentko Barrett.
Odbieram mu kamizelkę i się krzywię.
- Jak dla ciebie, Dawes, agentka specjalna Barrett. Uśmiech znika z jego twarzy.
- Uważaj na siebie, agentko specjalna Barrett.
- W takim wypadku nie powinnam się tam w ogóle pchać.
- Mimo wszystko.
Mimo wszystko, myślę. Co za doskonała riposta. Krótka i słodka, ale obfitująca (kolejne świetne słowo) w znaczenie.
Możesz tam umrzeć. Mimo wszystko.
3 Ang. Special Weapons and Tactics (Specjalne Wyposażenie i Taktyka) - wyspecjalizowana jednostka policji działająca w obrębie ważniejszych departamentów policji amerykańskiej. Stworzona do przeprowadzania działań o wysokim poziomie niebezpieczeństwa.