Właśnie o to chodzi w dorastaniu, prawda? O to, by nie dać po sobie poznać, że się cierpi.
Staliśmy przed blokiem, naciskając domofon, ale niestety nikt nie odbierał.
- Piotr, Robert nie podnosi słuchawki. Albo nie ma go, albo jest tak pijany, że nie odbierze.
- O, zobacz, ktoś akurat wychodzi, to wejdziemy. Dzień dobry pani, czy możemy wejść, bo chyba domofon nie działa - powiedział Piotr.
- Domofon działa. Dzień dobry, a państwo do kogo, jeśli można wiedzieć? - spytała wścibska sąsiadka z parteru, którą kojarzyłam z widzenia, bo to ona zawsze w oknie filuje przez firankę, obserwując każdego, kto wchodzi i wychodzi. Jest lepsza niż kamera, bo na bieżąco poinformowana.
- My do Roberta Mileckiego - powiedziałam.
- A to pani, siostra Roberta, tak? - spytała sąsiadka.
- Tak - odpowiedziałam.
- To niech pani zrobi z nim porządek, bo jeszcze trochę to go wyrzucą z tego mieszkania.
- Niby dlaczego? - spytał Piotr.
- Panie, co tam się dzieje?! Tam codziennie są libacje alkoholowe i pewnie skończy jak jego rodzice. Dlatego my, mieszkańcy, boimy się o swoje zdrowie, bezpieczeństwo i mieszkania.
- Piotr, idziemy - ponaglałam zdenerwowana, słysząc nowiny wścibskiej baby.
- Do widzenia - powiedział Piotr.
- Do widzenia. I zróbcie państwo z nim porządek, i to jak najszybciej, żeby nie spalił nam domu i przy okazji siebie, tak jak to się stało z waszymi rodzicami.
- Co za wstrętna baba - powiedziałam rozzłoszczona.
- Daria, powiedziała prawdę, wiesz, jaki jest twój braciszek, bardzo rozrywkowy i niestety nieodpowiedzialny.
- Wiem, ale nie musiała wspominać o moich rodzicach - dodałam smutno.
Wchodząc po schodach, słyszeliśmy jakieś wrzaski, krzyki. Im byliśmy bliżej drugiego piętra, tym dźwięki stawały się coraz głośniejsze i wyraźniejsze. Domyślałam się, jednocześnie nie będąc zaskoczoną, że u Roberta trwa właśnie kolejna pijacka impreza.
Nie musieliśmy pukać, drzwi były uchylone...
Kiedy weszliśmy, już w korytarzu czuć było odór alkoholu, jakiegoś bimbru, sama nie wiem, co tak śmierdziało. W każdym razie smród był tak okropny, że trzeba było zatykać nos.
W kuchni, gdzie popadło, stały butelki różnego koloru i wielkości. Na stole walały się resztki zepsutego już jedzenia, pety, smród był tak niemiłosierny, że Piotr szybko otworzył okno, żeby wpuścić do środka trochę świeżego powietrza.
Z kuchni wchodziło się do jedynego w mieszkaniu pokoju, a tam obraz nędzy i rozpaczy.
- O matko! - krzyknęłam, widząc trzech facetów. Jeden leżał w fotelu i chrapał, a dwóch, w tym Robert, siedziało, a właściwie chwiało się przy ławie. Pijani byli w sztok, bełkotali coś do siebie i trzymali w rękach kieliszki napełnione jakimś trunkiem. Na ławie również walały się puste butelki, resztki jedzenia, pety, po prostu jeden wielki chlew.
- O, siostrunia przyszła - bełkotliwie powiedział zaskoczony Robert.
- Dzień dobry pani - przywitał mnie gość Roberta, również bełkotliwym głosem, przy czym próbował wstać, ale niestety nie dał rady, bo chwiał się raz na lewo, raz na prawo, nie mogąc utrzymać równowagi.
- Siedź już pan na dupie - powiedział Piotr do niego.
- Robert, co to ma być?! - Byłam zła na brata.
- Impreza, siostro - bełkotał.
- Może znowu impreza urodzinowa, co?! - krzyknęłam wściekle.
- A tak, urodziny, ja mam dziś urodziny - powiedział kolega Roberta.
- Co ty znowu wyprawiasz, braciszku, znowu pijesz i sprowadzasz kolesi? Obiecałeś, że przestaniesz pić! - wrzeszczałam z bezsilności.
- Tylko dzisiaj, jak mogłem odmówić kumplowi, skoro ma urodziny - bełkotał Robert.
- Dzisiaj naprawdę są moje urodziny, droga pani.
- To życzymy panu wszystkiego najlepszego - powiedział Piotr.
- A może pan się napije za moje zdrowie, nalej chłopakowi, Robi.
- Nie piję, bo prowadzę - wykręcił się Piotr.
- A to szkoda, a może pani droga się napije za moje zdrowie.
Spiorunowałam mężczyznę wzrokiem i miałam ochotę wyrzucić całe to towarzystwo za drzwi.
- Pani też nie pije - powiedział Piotr, widząc moje spojrzenie.
- A to szkoda, bo dzisiaj są moje urodziny - powtarzał mężczyzna.
- Robert, czy ty chcesz skończyć jak rodzice? Masz mieszkanie i wiesz, że mogą cię stąd wyrzucić na bruk?
- Nie mają prawa - powiedział bełkotliwie Robert, wymachując przy tym rękoma.
- Mają, bo z tego, co mi mówiła sąsiadka, to codziennie robisz tu imprezy i libacje alkoholowe? Czy to prawda? - dopytywałam się.
- A tam, głupie babsko ci nagadało. Wścibska jędza.
- Ma rację, tak?
- Siadajcie, siostra i szwagier, no proszę - bełkotał Robert, zapraszając, żebyśmy usiedli.
- Postoimy, bo w tym syfie to nie ma nawet gdzie usiąść.
- O, wielka dama się odezwała! - powiedział Robert.
- Widzę, że nie wyciągnąłeś żadnych wniosków, nadal chlasz. Miałeś chodzić na terapię do klubu Anonimowych Alkoholików?
- E tam, byłem raz i więcej nie pójdę.
- A to dlaczego, braciszku?
- Nie podoba mi się tam i tyle, siostrunio. Nie będą mi mówić, co mam robić i kiedy mam przestać pić.
- Wiadomo, tam obowiązują pewne zasady. A ty? Co robisz? Robert, ja już więcej nie przyjdę tu z Piotrem. To jest nasza ostatnia wizyta. Tyle razy wyciągaliśmy do ciebie rękę, żeby ci pomóc, a ty i tak znowu robisz to samo. Chcesz stracić mieszkanie? I gdzie pójdziesz?! - wykrzyczałam mu w twarz.
- Do ciebie, siostro, pójdę.
- Chyba żartujesz, do nas nie masz wstępu, zwłaszcza w takim stanie. O tym, że cię przyjmiemy, jeśli cię wyrzucą, to zapomnij. Po prostu zapomnij. Masz mieszkanie, bo ci je załatwiłam, a jak je stracisz, zostanie ci tylko noclegownia dla bezdomnych, braciszku.
- Szwagier, co ona gada - powiedział bełkotliwie Robert.
- Ma rację. Robert, weź się w garść i przestań pić.
- Ale to tylko dzisiaj, bo urodziny Wiesia są, naprawdę.
- U ciebie to codziennie, jak nie urodziny to jakaś inna okazja, którą trzeba opić. Brak mi słów - powiedziałam zła.
- Robert, a ty w ogóle gdzieś pracujesz? - spytał Piotr.
- Nie - powiedział bełkotliwie Robert.
- Pewnie go znowu wywalili z roboty za chlanie, mam rację? - zapytałam.
- A nie, po prostu miałem dość tej roboty. Wyzysk był, no nie, Wiesiu? - Robert zwrócił się do kolegi, który próbował trzymać pion i nie zasypiać, ale niestety, nie udawało mu się to. Wyglądał bardzo komicznie, przechylając się to na prawą stronę, to na lewą.
- Tak, był wyzysk i dlatego koniec z tym, rzucilim pracę - powiedział szanowny kolega Wiesio.
- No tak, wszędzie, gdzie pracujesz, to wyzyskują cię, braciszku, biedny naprawdę jesteś. A ciekawa jestem, za co wy pijecie, co?
- A, mamy pieniądze - pochwalił się Wiesio.
- Pewnie jeszcze z wypłaty wam zostało i dlatego chlejecie, pijusy jedne! - powiedziałam zła.
- Tylko nie pijusy, droga pani - powiedział oburzony Wiesiu.
- To może pijaki? Brzmi lepiej, a może menele? - dodałam rozzłoszczona.
- O, wypraszam sobie, droga pani, tak nas nazywać - odezwał się Wiesio.
- Nie będziemy z panem dyskutować - uciął rozmowę Piotr.
- Robert, jeśli nie pójdziesz na odwyk i nie zaczniesz się leczyć, to nasza noga nie postanie tu więcej. Ty do nas też nie masz wstępu. Chyba że zaczniesz się leczyć. Przecież wiesz, że jesteśmy zawsze chętni, żeby ci pomóc. Ale ty, widzę, nie chcesz albo odrzucasz naszą pomoc.
- Jutro już nie będę pił.
- Jak zawsze nie dotrzymujesz słowa. Pamiętaj, że masz dziecko i musisz pracować na alimenty dla Karoliny.
- Wiem o tym. Mam córkę, moją Karolinkę.
- Ciekawa jestem, kiedy z nią się widziałeś, braciszku?
- Siostro, ale ja tylko dzisiaj piję - tłumaczył się bełkotliwie Robert.
- Jak zawsze, ta sama śpiewka, braciszku.
- Robert, ile razy obiecywałeś, że to już ostatni raz? - powiedział Piotr.
- Dzisiaj już ostatni raz, naprawdę - błagał pijackim tonem Robert.
- Albo odwyk, albo nie pokazuj się nam wcale. Bo ja nie będę marnowała swojego zdrowia i czasu dla ciebie. Tyle razy wyciągałam rękę do ciebie, spłacałam za ciebie długi, ale teraz kategorycznie mówię, że to koniec, rozumiesz, Robert, koniec! - wrzeszczałam głośno, żeby dotarło to do niego. Chociaż wiedziałam, że te krzyki niewiele dadzą. W takim stanie żadne słowa by do niego nie dotarły.
- Siostro?
- Zostaniesz sam, ciekawa jestem, czy któryś z tych swoich kumpli ci pomoże, jak będziesz w potrzebie?
- Ja na pewno pomogę Robiemu - powiedział Wiesio.
- Zamknij się pan, bo z panem nie rozmawiam - powiedziałam zła jak osa.
- Siostro, to tylko urodziny - dukał Robert.
- Piotr, wychodzimy! Zresztą nie mamy czego tu szukać. Do widzenia!
- Obiecuję poprawę.
- Do widzenia, Robercie - powiedział Piotr.
- Siostro, siostro, poczekaj! - wrzeszczał Robert i próbował podnieść się, ale efekt był taki sam jak u tego Wiesia. Dupa mu się chwiała i nie mogła podnieść się do góry, bo ponownie lądowała na wersalce. Była ciężka, jak i głowa, od tego picia. Usłyszeliśmy z Piotrem rumor, więc domyśleliśmy się, że usiadł znów na wersalce, nie mogąc się podnieść.
- Siostro, siostro! - słyszałam jeszcze za sobą głos Roberta coraz bardziej cichnący, w miarę jak schodziliśmy schodami.
Samotność jest jak ogród, w którym dusza usycha, a kwiaty przestają pachnieć.
Pielęgniarka właśnie kończyła przebierać Gabrielę, która była w śpiączce.
Starsza pani była bardzo blada, wręcz biała i przeraźliwie chuda. Sieć żyłek oplatała jej kościste ciało, dając wręcz upiorne wrażenie, jakby w łóżku leżał kościotrup, a nie wciąż jeszcze żywy człowiek. Jedynie aparatura, do której podłączona była Gabriela, pokazywała, że ta żyje, oddycha i być może słyszy.
- Dzień dobry - powiedziała Agnieszka, wchodząc do pokoju.
- Dzień dobry pani - powiedziała pielęgniarka.
- Jak się czuje moja mamusia? - spytała Agnieszka z udawaną troską.
- Jak na razie bez zmian. Właśnie przebrałam ją i zmieniłam opatrunki, bo zaczynają robić się odparzenia.
- Jak można było do tego dopuścić? - wysyczała oburzona Agnieszka.
- Proszę pani, my staramy się na bieżąco zmieniać opatrunki, smarować skórę, ale sama pani widzi, że mama leży, jest w podeszłym wieku... Czasami to nieuniknione - tłumaczyła się pielęgniarka.
- Powinniście częściej zmieniać opatrunki - powiedziała z wyrzutem Agnieszka.
- Staramy się.
- To za mało się staracie - skwitowała opryskliwie Agnieszka.
- Proszę pani, a kiedy pani była ostatnio u mamy? - spytała pielęgniarka.
- Nie mam czasu przychodzić tu często, bo dużo pracuję.
- Ja również pracuję, a pani mama nie jest naszą jedyną pacjentką, prawda? Tu leży wiele osób w tak ciężkim stanie - powiedziała pielęgniarka.
- W końcu za to macie płacone.
- Oczywiście, że mamy. Ale pani obowiązkiem, jako córki, jest pomagać nam w opiece, prawda? Przepraszam, ale muszę iść do następnej podopiecznej - powiedziała pielęgniarka i wyszła, z ulgą uwalniając się od nieprzyjemnej osóbki, która przychodziła do pani Malitowskiej.
- Co za okropne babsko, słyszałaś, matka? - powiedziała Agnieszka, zwracając się do Gabrieli.
Agnieszka przysunęła sobie krzesełko bliżej Gabrieli, żeby móc z nią rozmawiać tak, żeby nikt jej nie słyszał.
- Matka, ty się w końcu obudź, słyszysz mnie, tu twoja córeczka.
Słychać było tylko tykającą aparaturę i płytki oddech Gabrieli.
- Matka, ty musisz jeszcze żyć, rozumiesz. Obudź się wreszcie i nie planuj umierać. Bo przez ciebie nie dosyć, że straciliśmy mieszkanie i tyle pieniędzy, to jak umrzesz, jeszcze mi twoją emeryturę zabiorą. Muszę ją mieć jak najdłużej, rozumiesz? A zresztą ty nic nie rozumiesz, matka, dlatego musisz się obudzić, bo dzięki tobie to oni, ta patologia, też nie dostaną mieszkania! - mówiąc to, Agnieszka zaśmiała się szyderczo.