Wstęp
Filozoficzna rzecz ujmując, dzisiejsze poglądy na powojenne czasy w Polsce, nazywane ówcześnie "ludową demokracją" można skwitować skrótem - "Nie pamięta woł jak cielęciem boł" - (gwarowe). Na ogół są one czarno-białe i albo wynikają z przekonań oraz osobistych doświadczeń, albo są wynikiem koniunkturalizmu wyrachowanych osobników. Takich było niemało wtedy, nie brakuje teraz i nie zabraknie nigdy. Niezależnie od ustroju, stanowiska w nim zajmowanego i stopnia niezależności, na jaki tenże daje glejt, lub udaje, że daje. Brak obiektywizmu w ocenie okresu realnego socjalizmu w Polsce jest kwintesencją wielu przyczyn. Między innymi wynikających z niedostatku popularnych publikacji oceniających ten okres historyczny, w oparciu o pogłębione badania społeczne, polityczne i gospodarcze. Brak również w literaturze beletrystycznej tematyki obrazującej wielowątkowość tych ponurych dni, oraz nieobecność obiektywnych programów edukacji społecznej w szkolnictwie podstawowym i średnim. Dotychczasowe wykorzystywanie do celów politycznych przejaskrawionych problemów i zdarzeń ujmowanych zwykle w skrótowe formy: "Żołnierze wyklęci[1]", "tajni współpracownicy SB -TW[2]", lub "teczki"[3]. Negowano także historyczną ciągłość Państwa Polskiego, a badania naukowe w tym zakresie były ograniczone między innymi z powodu wadliwie działającego Instytutu Pamięci Narodowej. Poważnym cieniem na obiektywizmie poglądów Polaków położyła się również nasza skomplikowana historia od XVIII-tego wieku. Czasy I Rzeczpospolitej nacechowaną butą i prywatą warstwy szlachecko-magnackiej oraz poddaństwem chłopów, brakiem świadomości narodowej szerokich warstw społecznych uzewnętrzniającej się zarówno w czasie powstań narodowych, jak i po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w roku 1918. Rozbiory z rusyfikacją i zaprogramowanym konfliktowaniem warstw społecznych, wspólnot religijnych, grup narodowościowych tworzących przedrozbiorową, wielonarodową społeczność Rzeczypospolitej w zaborze rosyjskim, germanizacją społeczności ziem zaboru pruskiego, wynaradawianiem i przeciwstawianiem sobie Polaków i Ukraińców, mieszkańców Galicji Wschodniej w zaborze austriackim uniemożliwiały skutecznie tworzenie społeczeństwa obywatelskiego. Czasy rosnącego oporu przeciw rządom zaborców z jednej strony pozwalały przetrwać Polakom we względnej świadomości narodowej, z drugiej utrwalały mentalny podział świadomości społecznej, na my rządzeni i oni rządzący. Podział ten kładzie się do dziś cieniem na obywatelskim zaangażowaniu w życie polityczne państwa. Do tego czasy drugiej Rzeczpospolitej nacechowane trudami scalenia państwa, odbudowy gospodarki po zaborczej i wojennej dewastacji Rzeczpospolitej nieradzącej sobie z rozwarstwieniem społecznym, polityką narodowościową, otoczeniem politycznym i inklinacjami autorytarnymi szefa państwa. Był to czas zaniechań i błędów w organizacji edukacji społeczeństwa skutkujący wysokim analfabetyzmem i niską świadomością narodową przeważających grup społecznych. Po dwudziestu latach - kolejny kataklizm. Ponowna utrata niepodległości, okupacja hitlerowska z jej spektakularnymi skutkami gospodarczymi, politycznymi, utratą elit, oraz wzrostem patologii i demoralizacji powodowanej warunkami życia i przeżycia w okupowanym kraju.
Rok 1945 - koniec hitlerowskiej gehenny i następny cios historii, wynikiem którego były straty terytorialne, jałtańskie oddanie Polski pod wpływy Rosji Radzieckiej, wędrówka ludów spowodowana przesunięciem granic na zachód. Lata oporu zbrojnego przeciw okupantowi niemieckiemu, a potem przeciw narzuconej dominacji sowieckiej, kolejne straty elit narodowych, oraz utrata niezależności i swobód demokratycznych. Oto pakiet przyczyn rozchwiania poglądów społeczeństwa polskiego na własną historię. Przez lata skutkował brakiem utożsamiania się jednostek z państwem, słabym wyrobieniem odruchów demokratycznych, oraz brakiem zasad sprawowania władzy, jako służby społecznej wśród elit ją sprawujących. Skłonnością do poddawania się indoktrynacji i do utożsamiania posiadanej władzy z wszechwiedzą, niezależnie od posiadanej wiedzy faktycznej. Ponadto, normą było utożsamianie się władz z wyrocznią w zakresie wartości, niezależnie od rzeczywistych kwalifikacji moralnych. Przyczyn skutkujących tym, że w okresie tzw. realnego socjalizmu do narzuconych z zewnątrz wynaturzeń ustrojowych dochodziły wynaturzenia nabyte od pokoleń przez rządzących i społeczeństwo. Tworzyły one mozaikę dobra i zła w ustrojowych działaniach państwa mieniącego się być ludową demokracją i w czynach jego licznych obywateli. Działo się tak, gdy pełniąc jakieś funkcje byli zaangażowani w realizację ustrojowych wynaturzeń. Jednak zdarzało się też, że niezwiązani z władzą czynili zło z asekuranctwa, czy niskich pobudek, korzystając z ochrony patologicznych cech państwa, we własnym interesie.
Zresztą cechy te do dziś pokutują w wielu sferach politycznych, w otoczeniu rządzących i mogą zaistnieć, z braku ugruntowanej demokracji, pod przykrywką formalnych cech i słowa demokracja nadużywanego w nazwie ustroju państwa. Trudno, więc określić wszystko, co działo się w latach realnego socjalizmu, jako absolutnie czarne. Były działania Państwa, które trudno było jednoznacznie potępiać. Były też działania ludzi, których nikt nie wiązał z ciemną stroną ustroju, a daleko im było do społecznej bieli. Ta historycznie ukształtowana mozaika czynów i zdarzeń, aby kształtowała poprawne poglądy społeczne, wymagała też mozaikowych opisów. Względność tych powszechnych czarno-białych opinii należało nieco pokolorować, w oparciu o własne obserwacje poczynione w środowisku pracy, w górnictwie skupiającym zjawiska polityki i życia codziennego w kalejdoskopie zdarzeń aby ukazać niejednoznaczność tamtych czasów.
Ponieważ akcja rozgrywa się na Górnym Śląsku, nie sposób pominąć szczególnie skomplikowanej historii tego regionu z uwzględnieniem najnowszych lat. Ziemia śląska znalazła się w granicach polskiego państwa Piastów już za panowania Mieszka I pod koniec X w. Bogactwa naturalne, wczesne osadnictwo miejskie, i korzystne położenie stały się przyczyną, że ziemie te były areną wielu krwawych najazdów i terenem krzyżowania się polskich, niemieckich, czeskich i austriackich wpływów. Te wpływy są widoczne do dziś w kulturze i gospodarce regionu. Wpływy zarówno pozytywne jak i niszczące.
Na początku XII wieku rozbicie dzielnicowe Polski rozpoczęło okres oddalania się Śląska od Królestwa Piastów, trwający nieprzerwanie do zakończenia drugiej wojny światowej. Wskutek nieporozumień dynastycznych, utraty ziem na rzecz silniejszych sąsiadów, rozwoju miast na prawie niemieckim rosły wpływy niemieckie, a zanikały kontakty z Polską i świadomość piastowskiego rodowodu. W XIII wieku nastąpił podział książąt śląskich na Piastów górnośląskich i dolnośląskich, zanikła świadomość ongisiejszej przynależności obydwu tych linii do książąt śląskich. Górny Śląsk uległ znacznemu rozdrobnieniu. Na początku XIV wieku było tu około 18 księstewek, których książęta uważali się za niezależnych władców tych ziem. Miejsce wychowania naszego bohatera Kazimierza, wieś Ornontowice istniało już prawdopodobnie pod koniec XII w. Potwierdzenie istnienia znalazło na początku wieku XIII pod zmienioną nazwą Renoltowitz. w spisie wsi z roku 1305, z których należała się dziesięcina biskupowi diecezji Wrocławskiej.
Wrocław już w X wieku wyrósł na stolicę ziem śląskich.
W XVIII wieku w wyniku wojen śląskich prowadzonych przez Austrię i Prusy Śląsk podzielono na austriacki - obejmujący niewielki skrawek południowy wokół Cieszyna i pozostałą część Górnego i Dolny Śląsk, które pozostały pod panowaniem pruskim. Polska nie wykorzystała zdarzeń związanych z wojnami śląskimi i pozwoliła się bezkarnie usadowić na Śląsku Prusom. Trzeba przy tym przyznać, że to Prusacy doprowadzili Górny Śląsk do niezwykłego rozkwitu przemysłu i urbanizacji. Wykorzystując bogactwa naturalne tej ziemi rozwinęli tu przede wszystkim górnictwo i przemysł ciężki, który bogacił głównie sprowadzanych Niemców, kosztem ciężkiej pracy Ślązaków.
W roku 1914 tuż przed wybuchem I wojny światowej na terenie pruskiego Śląska było czynnych 67 kopalń węgla. Jedną z pierwszych kopalń na terenie Górnego Śląska wzniesiono w Murckach w rejonie obecnych Katowic w roku 1768 pod nazwą EMANUELSSEGEN-GRUBE. (Błogosławieństwo Emanuela)
W umyśle Kazka dzieje tej ziemi znalazły swój realny obraz w chwili, gdy jego świadomość dojrzała do samodzielnego poznawania otoczenia. Zanim to nastąpiło większość ziem śląskich straciła swój piastowski, polski rodowód. Na drodze wypierania pierwotnych władców, wprowadzania języka niemieckiego w administracji, zakazu używania języka polskiego w szkołach i kościołach to głównie zaborca pruski doprowadził do takiego stanu, że pod koniec wieku XVIII na silnie zgermanizowanym Dolnym Śląsku ludność polska stanowiła już tylko 20% ogółu. Natomiast Górny Śląsk zamieszkiwało wtedy jeszcze około 72% Polaków.
EMANUELSSEGEN-GRUBE - jedna z pierwszych kopalń na terenie Śląska -KWK Murcki, obecnie w dzielnicy Katowic
Taki Śląsk stał się przedmiotem starań władz odradzającego się państwa polskiego. Po zakończeniu wojny w 1919 roku alianci w traktacie wersalskim ustalili, że o przynależności Górnego Śląska zadecyduje plebiscyt. Agresywne działania wojsk niemieckich w stosunku do śląskich działaczy propolskich doprowadziły do wybuchu trzech kolejnych powstań. W roku 1919 pierwszego, 1920 drugiego i trzeciego już po plebiscycie, w którym 41% mieszkańców oddało głosy za Polską w roku 1921. To Trzecie było protestem przeciwko decyzji aliantów przydzielającej Polsce zbyt mały obszar ziem objętych plebiscytem. W rezultacie do polski trafiło 43,8 % powierzchni Górnego śląska z 53-ma spośród 67 istniejących tam kopalń węgla kamiennego i znaczną liczbą dużych miast jak Katowice, Chorzów czy Tarnowskie Góry, w których głos za Polską oddało w plebiscycie 61% ludności.
Ornontowice znalazły się, ku radości ich mieszkańców, w granicach Polski. W odległości zaledwie 15 km od granicy z Niemcami. Wtedy jednak nikt nie dostrzegł niebezpieczeństwa z tą odległością związanego. Był to dla tej ziemi okres zamętu. Plebiscytu, tłamszonych powstań, podziału na Śląsk polski i niemiecki po roku 1921 wraz z konsekwencjami społecznymi tych procesów dla Ślązaków, w umysłach, których rodzi się wtedy, lub pod wpływem dziejów utrwala świadomość śląska, niemiecka, lub polska. Były naciski germanizacyjne w części niemieckiej i polonizacyjne w części należącej do Polski, bo tak w swoim interesie za słuszne uważały rządy po obu stronach granicy, nie respektując historycznych przyczyn zaistniałego stanu rzeczy. Z okazywaniem przez władze braku zaufania, skutkującego niszczeniem więzi społecznych, odcinaniem od możliwości zajmowania kierowniczych stanowisk, rozżaleniem tej części Ślązaków, która w plebiscycie głosowała za Polską.
Przykrym policzkiem dla Ślązaków było prześladowanie Wojciecha Korfantego przywódcy Powstań Śląskich, polityka zasłużonego w odzyskanie części Śląska, bohatera ludu górnośląskiego przez Józefa Piłsudskiego i jego polityczne otoczenie. Po przewrocie majowym i rozwiązaniu Sejmu Śląskiego osadzono go w Berezie Kartuskiej, torturowano, następnie zmuszono do emigracji w Pradze, potem we Francji, a po powrocie do kraju w 1939 r. osadzono na Pawiaku.
Niestety, polityka władz państwa ludowego w odniesieniu do Ślązaków, po odzyskaniu niepodległości, nie różniła się od tej za sanacji. Wręcz była znacznie bardziej represyjna. Do lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, chociaż wysiedlono z Górnego Śląska ok. 300 tysięcy osób, pozostałych Górnoślązaków, mimo że posługiwali się polszczyzną, uważano za zgermanizowanych, ukrytych Niemców. W następnych latach skutkowało to licznymi emigracjami do RFN. Państwo nie przeciwstawiało się też wywózkom tysięcy górników do niewolniczej pracy w ZSRR. Pozbawiono Śląsk autonomii.
W latach stalinizmu widoczne były naciski na komunizację Śląska. Po śmierci Stalina w 1953 roku stolicę Górnego Śląska - Katowice przemianowano na Stalinogród, a województwo katowickie na stalinogrodzkie. Historyczne nazwy przywrócono dopiero w roku 1956. Kazek zapamiętał, jak to któregoś dnia w 1955 roku zamierzał kupić w kasie dworcowej w Ornontowicach, mimo tej zmiany nazwy, bilet kolejowy do Katowic, a kasjerka odpowiedziała, że biletów do Katowic nie ma. Zdezorientowany Kazek odszedł od kasy i dopiero uwaga innego podróżnego, że Katowic przecież nie ma, pozwoliła mu kupić bilet do Stalinogrodu. Ponieważ trudno było z pamięci Ślązaków wymazać historyczne nazwy, władze stosowały takie dziwne zakazy. W innych regionach Polski władze nie odważyły się na takie ekscesy. Toteż Ślązacy traktowali te zmiany, jako policzek w ich przywiązanie do ojczystej, śląskiej ziemi.
Fragment Trybuny Robotniczej z triumfalną wiadomością o dokonaniu zmiany nazwy Katowic dla uczczenia "Wielkiego Dzieła Stalina" po jego śmierci.
Podobnie negatywny był stosunek mieszkańców innych regionów Polski, którzy masowo przyjeżdżali na Śląsk za pracą. To oni zajmowali wyższe stanowiska, nawet nie mając kwalifikacji. To oni mówiących gwarą śląską nazywali szwabami. To oni szabrowali rejony, które w międzywojniu należały do Niemiec. Niezależnie od tego, czy dobra stanowiły własność deportowanych do Niemiec, górników wywożonych do syberyjskich kopalń, czy autochtonów mówiących gwarą. Kazek pamięta, jaką traumę przeżywał z mamą, która wracając z podróży pociągiem do Katowic płakała, opowiadając jak to eleganckie paniusie - gorolki[4] zwracały się ostentacyjnie do Ślązaczek rozmawiających gwarą: "Szwabki[5] nauczyłybyście się języka polskiego i tak darmo jecie ten polski chleb"
[1] Polnische Schweine - polskie świnie w j. niemieckim
[2] Szachta - kopalnia z j. rosyjskiego
[3] Kaputt - rozbita z j. niemieckiego
[4] Masarza - rzeźnika w gwarze śląskiej
[5] Harcówka - pomieszczenie w szkole, przeznaczone do prowadzenia zajęć harcerskich
[6] Szychta - dniówka w gwarze górniczej
[7] Futermeloki - pierniczki o kształcie prostokątów
[8] Zozwory- w gwarze śląskiej słodycze w kształcie płaskich kostek o smaku imbirowym
[9] Kaj leziesz - gdzie idziesz w gwarze śląskiej
[10] Tukej - tutaj, w gwarze śląskiej
[11] Godosz - mówisz, w gwarze śląskiej
[12] Gorol - przybysz spoza Śląska
[13] Był żech - byłem (tam)
[14] stypendium fundowane - w latach sześćdziesiątych XX w. stypendium wypłacane studentom przez zakłady poszukujące osób z wyższym wykształceniem w zamian za pracę po studiach przez okres taki, jak czas pobierania stypendium. Wyższe kwotowo od stypendium uczelnianego.
[15] Staż (pracy) - zwykle roczny okres zatrudnienia w wyuczonym zawodzie przeznaczony na poznanie zakładu i elementów przyszłych zajęć zakończony egzaminem. Przy niższym ustalonym dla danej branży wynagrodzeniu
[16] Ubowiec - funkcjonariusz UB w mowie potocznej - Urzędu Bezpieczeństwa w latach czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku, policja polityczna ochrona ustroju PRL o bardzo złej reputacji.
[17] Mierniczy górniczy - inż. geodezji górniczej z uprawnieniami państwowymi nadawanymi przez Wyższy Urząd górniczy po egzaminie i spełnieniu warunków określonych w prawie górniczym
Miernictwo
Zespól pracowników miernictwa na Bolesławie Śmiałym był w momencie zatrudnienia Kazka i Jarka naprawdę zgraną paczką. Od szefa Leona, przez jego zastępcę, do pomiarowego. Kazek i Jarek, nie z własnej winy, nieco w tym zespole namieszali. Ze względu na odmienne nieco od powszechnego w górnictwie podejście Kazka do picia alkoholu, pewien jego indywidualizm i dystans towarzyski, nastąpiła jakaś wyrwa w zespole. Do tego doszło szybkie złapanie wiatru koleżeństwa Jarka z zastępcą, które stworzyło podejrzenie kolesiostwa. Nie wiadomo czy zastępca, przy pomocy jak on, absolwentów AGH, chciał zbudować własną grupę mimo dotychczasowej jedności z szefem, czy obawiał się ich konkurencji. Dość, że postawa Kazka wyraźnie mu w czymś przeszkadzała. Próbował stosunki z Kazkiem ukształtować według swoich potrzeb. Nie było jednak między nimi wystarczającej chemii, która by to ułatwiała. W rezultacie była antypatia i złośliwości. To nie podobało się szefowi, a że polubił, odmiennie niż pan Wojtek, jakoś bardziej Kazka niż Jarka, powstały dwa obozy. Szef był zwolennikiem harmonii, ale i jemu nie w pełni udawały się próby złagodzenia istniejących niesnasek i niechęci. Pan Wojtek był zresztą bardzo miłym człowiekiem i brak było sensownych powodów powstałej między nimi dysharmonii.
Niestety. Prawdopodobnie miało to bardzo odległy w czasie, przykry skutek dla zastępcy. Po wielu latach, kiedy Kazek już dawno nie pracował na Bolesławie, a szef odchodził na emeryturę, zastępca nie został kierownikiem Działu Mierniczo Geologicznego. Wbrew ogólnemu przekonaniu, że za swoje długoletnie zasługi dla kopalni i za to, że dzięki niemu mógł funkcjonować Leon, mimo swoich niewielkich kwalifikacji był jedynym kandydatem. Nie został też kierownikiem działu Jarek, chociaż miał wszelkie kwalifikacje oprócz przynależności do partii.
Z inicjatywy Komitetu Powiatowego przy cichej, nielojalnej aprobacie Leona, zajął to miejsce mierniczy górniczy niezwiązany dotychczas z kopalnią.
Leon okazał się być pamiętliwy. Ruchy zastępcy wobec Kazka i Jarka z czasu początków ich zatrudnienia potraktował, jako próbę przejęcia większej władzy w dziale swoim kosztem i zapamiętał ten gest do chwili, kiedy ten nie był mu już potrzebny. Do tego momentu nie okazywał powziętego przekonania o nielojalności Wojtka, przy dotychczasowych wzajemnie korzystnych układach. Jedyne, co w zawoalowany sposób mogło na to wskazywać, to bardzo duże starania, jakie czynił, by Kazka zatrzymać, gdy ten zamierzał odejść z kopalni. Chciał ich mieć obu, Kazka i Jarka. Dla równowagi.
W dziale cała ta sytuacja niewiele zmieniała. Prawie nie była zauważona. Nadal były przyjazne stosunki. Szefowie dbali o warunki materialne i dobrą współpracę. Kształtowało się nawet wewnątrz działu sympatyczne małżeństwo. Inżynier geolog i pracująca jako sekretarka, córka byłego dyrektora kopalni z awansu, inżyniera wykształconego w specjalnej szkole dla przodowników.
Czy to chodziło o zastępstwo w pracy, pomoc finansową, czy trzymanie strony współpracowników w jakichkolwiek sporach, zawsze można było liczyć na siebie wzajemnie. Bez różnicy, czy chodziło o szefa, czy pomiarowego.
Pewnie Kazimierz nigdy nie zmieniłbym pracy, gdyby nie przyczyny materialne i rodzinne.
Szef walczył dla pracowników o dobre samopoczucie, o bezpieczeństwo, o pieniądze. Kiedy kopalnia zaczęła budowę mieszkań, również o miejsce w budowanych blokach dla każdego potrzebującego. Kazek znalazł się również wśród tych, dla których budowane mieszkania przeznaczono. Problem był tylko w ślamazarności budowy.
Towarzysz Leon, miał świetny zespół. Jedną miał tylko wadę. Nikt poza Leonem i jednym pomiarowym nie należał do partii, a ten nie bardzo naciskał.
Pierwsza Barbórka
Przyszedł grudzień i pierwsza Barbórka. W miernictwie na Bolesławie uroczystości barbórkowe odbywały się w szczególnej atmosferze. Wprawdzie w dziale każda wypłata była oblewana, i to z inicjatywy szefa, ale barbórka to były wielodniowe zabiegi. Składki, czyli ściepki, organizacja jadła i napojów, wybór miejsca świętowania. Ze względu na skalę uroczystości nie były to pomieszczenia biura, chociaż i tu przy różnych okazjach za kołnierz nie wylewano. W tym roku głównym organizatorem był młody technik zwany Sikorką. To u niego w domu zaplanowano celebrowanie święta.
Wracając do dnia wypłat. W tym czasie picie wódki na kopalniach było powszechne. Miernictwo[1] na Bolesławie nie było wyjątkiem.
A było tak. W dniu wypłaty szef przychodził do biura z wyciągniętą ręką, w której trzymał czapkę i wołał: - "co łaska, po dysze, jak zwykle". Po zbiórce dzwonił do dyrektora z informacją, że ma pilny wyjazd do urzędu górniczego w sprawie, najczęściej szkód górniczych. Jechał do zaprzyjaźnionego sklepu, w którym sprzedawano mu wódkę, mimo zakazu, jaki obowiązywał w dniach wypłaty, oraz zagrychę spod lady. Przywoził, szedł do dyrektora z jakąś fikcyjną informacją, a dziewczyny przygotowywały fetę. Do domu wracało się na rauszu.
Na Barbórkę zostali z Jarkiem specjalnie zaproszeni. To miała być ich inauguracja. Niestety, Kazek zaliczył kolejną wpadkę. Jego dziewczyna studiowała jeszcze w Krakowie na AGH. Zaplanowali już wcześniej udział w balu organizowanym, co roku w pomieszczeniach Akademii. Udał się więc do szefa z prośbą o urlop, mimo że mu się jeszcze nie należał. Było to przed zaproszeniem na barbórkę działową. Szefowi się to wyraźnie nie spodobało. Przedstawił propozycje działowe i powiedział, że wypadałoby wziąć udział w pierwszych obchodach Barbórki na kopalni. Kazek tłumaczył się kupionymi już biletami, dziewczyną na Akademii i urlop dostał. Szef wykazał jednak, zgodnie ze środowiskowym nawykiem, wyraźną awersję do jego postawy. Potraktował ją, jako niechęć do wspólnego z zespołem biesiadowania. Urlop dał, bo pewno zaważyła dziewczyna no i to, że Kazka wyraźnie lubił. Był to jednak następny niefart obciążający układy z zastępcą.
Jubel barbórkowy, jak wieść niosła, był niezwykły. Zużyto wszystkie kompoty w piwnicy Sikorki. Napojone w czasie libacji alkoholem jego koty wróciły dopiero po kilku dniach do domu. Kazek też nie byłby szczęśliwy, gdyby pod przymusem towarzyskim musiał w czasie tej Barbórki wypić nadmierną ilość wódy.
Praca dyplomowa
Barbórka spędzona w Krakowie była dla Kazka wspomnieniem niedawnych przeżyć studenckich. Równocześnie przypomnieniem zaległego obowiązku skończenia pracy dyplomowej i jej obrony. Nagle okazało się, że sprawa jest pilna. Profesor sterujący pracami na wydziale geodezji górniczej wysłał pisemne ponaglenia tym, którzy zalegali z obroną. W związku ze swoim wyjazdem do Indii, jako wykładowca na którąś z uczelni, wyznaczył graniczny termin obrony pracy do końca lutego 1961 roku. Jako alternatywę zaś czekanie na jego powrót w nieoznaczonym terminie. Czasu było niewiele. Został mu jeszcze temat z wykorzystaniem literatury niemieckiej i zakończenie części pisanej wspólnie z Jasiem.
Zaniepokojony wystąpił do szefa o obiecane dni wolne na zakończenie pracy i przygotowanie się do obrony. Miał wątpliwości, co do spełnienia przez niego obiecanki, bo tymczasem Jarek zdążył już pracę obronić.
Problemów jednak nie było. Leon bez zmrużenia oka urlop u dyrektora załatwił, mimo, że z formalnej strony nie była to sprawa oczywista. Kazek przede wszystkim nawiązał kontakt z Jasiem. Spotkali się i skończyli brakujący fragment wspólnego tematu rozpoczętego na kopalni Niwka Modrzejów. Następnie znalazł, przez znajomości, germanistkę, która mimo trudności i przy jego pomocy w zakresie pojęć technicznych, przetłumaczyła tekst w niemieckim czasopiśmie "Glückauf" z zakresu nauk górniczych. Teraz trzeba było opracować zadany temat pracy w oparciu o ten tłumaczony tekst i inne wiadomości. Temat nowatorski, bo obalający dotychczasową świętość - nienaruszalność filarów ochronnych szybów górniczych, w których węgiel więziono do zaprzestania ich użytkowania. Tymczasem zadaniem Kazka było opracowanie takiego projektu eksploatacji węgla w filarze szybowym, który gwarantowałby bezkolizyjne jego użytkowanie. Udało się nadspodziewanie. Pozostało przepisanie i oprawa pracy. Nie było w tym czasie komputerów, a o dobrą maszynistkę ze sprawną maszyną do pisania było trudniej niż o pomarańcze. Na szczęście była koleżeńska pomoc współpracowników. Szwagierka jednego z kolegów poproszonych, zgodziła się poświęcić czas po pracy, wieczorami i prawie nocą, by Kazkowi pracę przepisać. Przy jego nieczytelnym piśmie nie było mowy o samodzielnym przepisywaniu. Codziennie dojeżdżał na kopalnię na godzinę osiemnastą czasami dziewiętnastą i po kilka godzin dyktował maszynistce tekst pracy dyplomowej. Nocą wracał do domu. Te powroty też okazały się przygodą.
W czasie jednego z nich spotkał w pociągu dawną znajomą, która była kierowniczką poczty, taką prowincjonalną szychą. Okazało się, że wraca codziennie o tej porze, bo studiuje zaocznie w Katowicach. Umówili się, z jej inicjatywy, na spotkanie w pociągu w następnym dniu. Spotkanie nastąpiło, a Jolka, tak jej było na imię, okazała się bardzo Kazkiem zainteresowana. Rozmowa zeszła na kariery zawodowe. Jolka, zaoferowała Kazkowi jakieś możliwości w tym zakresie. W celu ich szerszego omówienia zaprosiła go do siebie na kawę. Było to w miejscu Kazka przesiadki. Spotkanie miało się odbyć na poczcie, której dyrektorowała i gdzie mieszkała. Oferta zaś była wynikiem znajomości Joli w kołach vipów górniczych, wśród kadry dyrektorskiej, a nawet w ministerstwie. Należała do grupy dam, które towarzyszyły tym szychom w polowaniach. Jak to określiła, przy ognisku, bigosie i napojach wyskokowych, po polowaniach, załatwiano tam wiele personalnych spraw.
Wizyta na poczcie się odbyła. Jolka podała kawę i drinki. Przy przygotowanych, już wcześniej świecach, kontynuowali rozpoczęte w pociągu rozmowy. Zaproponowała Kazkowi zaproszenie na najbliższe takie polowanie i obiecała poznanie wpływowych osób. Przebrawszy się w prowokujący strój stwierdziła: - "Jest już zbyt późno, Kazek byś wracał teraz do domu. Pojedziesz rano pierwszym pociągiem". Kuszenie było mocne. Kazek jednak miał dziewczynę, a w najbliższych planach zawarcie małżeństwa i propozycję, być może z żalem, ale odrzucił. Podziękował, wymigał się niepokojem rodziców i poszedł na dworzec. Przed wyjściem umówił się jednak na ponowne spotkanie, w domyśle z noclegiem, na dzień następny. Dotrzymywać obietnicy jednak nie zamierzał. Z kariery za pośrednictwem Joli wyszły nici.
Trzeba było kontynuować przepisywanie pracy dyplomowej. Po tygodniu, gdzieś w pierwszych dniach stycznia, tekst był przepisany. Teraz pospieszna oprawa pracy, przekazanie jej promotorowi i kolejne kłopoty. Okazało się, że oprawę pracy wykonano błędnie. Pomylono kolejność stron. W rezultacie jeden z promotorów stwierdził brak kilku stron tekstu, negatywnie ocenił korektę pracy i obniżył jej ocenę na dostatecznie. Ocena drugiego promotora była bardzo dobra. Dopuszczono pracę do obrony i wyznaczono termin. Spotkany przez Kazka na korytarzu Akademii profesor spytał o powód braku korekty. Kazek wytłumaczył, że pośpiech uniemożliwił zmianę złożonego błędnie tekstu i oprawy pracy. Jednak korekty dokonano, opisując w tekście miejsce położenia przestawionych stron. Wtedy profesor zwymyślał promotora zarzucając mu niedbalstwo w trakcie korekty i podniósł ocenę na dobrą. W trakcie obrony stanowisko promotorów było pozytywne. Jedynie przedstawiciel przemysłu, główny mierniczy resortu górnictwa, nazywany doniczką z racji kształtu głowy, zadawał jakieś kłopotliwe, niezrozumiałe pytania. Niestety nikt nie znajdował odpowiedzi zadowalającej pytającego. Chodziło o front eksploatacji[1], coś związanego z jego definicją w zależności od metody eksploatacji kopaliny. Niejasno sformułowane pytanie, bardzo mądre, dla "doniczki" pewnie miało jakiś sens. W końcu profesor skwitował sprawę przymówką do pytającego: "Jak się zamierza pytać to trzeba wiedzieć, o co." I pytanie wycofał. Na inne pytania Kazek odpowiedział gładko i pracę obronił. Po zdanym egzaminie broniący w tym dniu z przyjaciółmi udali się na wspólne oblewanie sukcesu. Tradycyjnie w winiarni "Pod Szóstką". Było ostro. Wiele miesięcy Kazimierz przechodził na drugą stronę ulicy zobaczywszy na wystawie sklepu wino "aksenti sewer". Następne oblewanie było na kopalni. Zorganizował je szef Leon, który sukcesy pracowników traktował jak własne. Też było mocno. Na dodatek to jedno jedyne biesiadowanie poprawiło nieco układy Kazka z zastępcą. Przynajmniej na jakiś czas. Nadszedł moment uregulowania sprawy kasowanego do obrony dyplomu stypendium zakładowego. Złożywszy dyplom w dziale kadr, po uprzedniej rozmowie z szefem, Kazek poszedł z odpisem, na wizytę do głównego księgowego. Podziękował za wypłacane przez kopalnię w ciągu dwóch lat stypendium zakładowe i pokazał dyplom, jako dowód zakończenia umowy w tej sprawie. Księgowy pogratulował, podziękował za informację, wprowadził datę zakończenia wypłaty stypendium 31.01.1961 I dodał: -"No to przez dwa lata nam nie uciekniesz". Można było uznać, że niebezpieczeństwo zwrotu stypendium wypłacanego po rozpoczęciu pracy na kopalni zostało zażegnane i skonsumować zgromadzoną dla bezpieczeństwa kwotę.
Socjalne artefakty
Jak na każdej kopalni, na Bolesławie istniało także centrum dowodzenia dobrami socjalnymi. Sterowała tym Rada Zakładowa. Taki dział specjalny od marchewki, ziemniaków, mieszkań i wczasów. Trzeba było być członkiem Związku Zawodowego i tam się wpisywać na rozdział tych trudnych do pozyskania w socjalizmie dóbr deficytowych.
Na tej kopalni Rada Zakładowa różniła od takich instytucji w innych zakładach. Autentycznie dbała głównie o tych, co mieli mniej i byli mniej zaradni. Kazka i Jarka wprowadził tam i zaprezentował szef Leon przy przyjęciu do pracy.
W najbliższe wakacje Rada miała do zaoferowania wyjątkową atrakcję. Pierwszą na tej kopalni wycieczkę zagraniczną. Dwa tygodnie na Węgrzech. W Budapeszcie i nad Balatonem. Chętnych, głównie tych ustosunkowanych, nie brakowało. Tymczasem przewodniczący rady, biorąc pod uwagę finansową sytuację stażystów, zadzwonił do szefa, przekazując propozycję: - "Przyślij tu tych swoich nowych inżynierów. Niech pojadą na Węgry poszerzać horyzonty. Wycieczka na dwa tygodnie kosztuje pracownika wyjątkowo mało, zaledwie 1200 zł. Pewnie ich będzie na to stać."
Szef propozycję przekazał i namawiał na wyjazd. Dla Kazka decyzja o wyjeździe nie była łatwa. Stwierdził, że mógłby pojechać tylko z dziewczyną, a to może być niewykonalne, bo nie jest żoną. Jeśli nawet możliwy byłby jej udział w wycieczce, to pewnie za pełną opłatą - 2400 zł, na którą nie będzie ich stać.
Przedstawił wątpliwości szefowi. Ten zadzwonił do przewodniczącego, przedstawił problem, odłożył słuchawkę i zakomunikował: - "Jedziesz z dziewczyną. Jako studentka i twoja partnerka, to jak żona, też ma zniżkę."
Skorzystali w trójkę. Kazek, jego dziewczyna Ewa i Jarek. To były piękne wakacje. Pierwszy w życiu wypad za granicę. Wspaniały pobyt nad Balatonem. Mieszkali w pięknym motelu w Siófok. Kazek próbował tu nawet sprostać znajomości trudnego języka węgierskiego. Prosząc o klucz w recepcji posłużył się wyuczonym zdaniem z rozmówek i poprosił o klucz od pokoju 201 w języku, wg niego, węgierskim, co fonetycznie zabrzmiało: "kerem ketsaseg" - wg zapisu - kerem kétszázegy. Na to starszy wiekiem recepcjonista podając klucz, powiedział w języku polskim: - "Panie Kazimierzu, gdybym nie pracował przed wojną 5 lat w hotelu w Warszawie, to bym nic nie zrozumiał i klucza by pan nie dostał."
Kąpiele, opalanie, zwiedzanie winnic w Balatonföldvár i Balatonfüred z degustacją win. Degustowali wspaniałą zupę rybną do wyśmienitego wina. Były wycieczki statkiem po Balatonie i autokarami wokół jeziora. Zwiedzanie zabytków w Tihany i Keszthely, z historią sięgającą Austro-Węgier i kąpiele w leczniczych wodach uzdrowiska Hévíz. Węgry to był wtedy znacznie lepiej prosperujący "barak", w tym przodującym obozie, niż Polska. Wszystko tam wzbudzało mniej lub bardziej uzasadniony entuzjazm uczestników. Do tego w Siofok nad Balatonem po raz pierwszy Kazek miał okazję zobaczyć występ Zespołu Pieśni i Tańca - Śląsk, którego nigdy nie oglądał w kraju. Siedzieli z Ewą na ławce pod jakimś ogrodzeniem, gdy usłyszeli znane sobie melodie. Zaciekawiony Kazek wszedł na oparcie ławki i zobaczył amfiteatr oraz zaplecze z przebierającymi się tancerzami. Krzyknął: "Śląsk". Wtedy jeden z tancerzy spytał: "Wy z Polski?" Odpowiedzieli entuzjastycznie. "Tak." Po kilku minutach para z zespołu podeszła do ich ławki i spytała: - "Chcecie zobaczyć występ?" - "Oczywiście" - odparli i po chwili byli na widowni. Po występie zostali zaproszeni na przyjęcie przygotowane dla zespołu przez Węgrów. Spotkali się jeszcze z członkami zespołu, gorąco przyjmowani, w hotelu Duna w Budapeszcie, gdzie nieźle zabalowali. Do tego po powrocie do kraju zwiedzili, dzięki tej znajomości, siedzibę zespołu w Koszęcinie. - Piękne wspomnienia. Warto przy tej okazji opowiedzieć o tchnieniu ustroju.
Do hotelu Keleti wrócili z tradycyjnej próby win organizowanej w uroczym parku pod Budapesztem. Próba win, to w ówczesnych czasach była niezwykła atrakcja. Przyjęcie z mnóstwem nieznanych dań węgierskich, takich jak choćby zupa gulasz. Obcych polskim turystom, a bardzo smacznych deserów, wśród których wyróżniały się pychotą naleśniki po węgiersku, świetne morele i brzoskwinie, których smak intensywnością nie przypominał tych kupowanych w naszych sklepach. No i obfitością podawanych win. Na ogół panie piły wino z ostrożnym umiarem, znacznie mniej niż panowie. Zostawało w dwójnasób dla ich partnerów. Jarek towarzyszył naszej przewodniczce i również korzystał z tej podwójnej racji. Tak się pod wpływem wypitego wina rozochocił, że mimo swej powściągliwości w mowie zaczął partnerkę uwodzić i jak to miał w zwyczaju, gdy chciał zabłysnąć, zabawiać ją dość prymitywnymi i nie zrozumiałymi osobom spoza branży, kawałami górniczymi.
Zaczął od takiego: "Hanys jo widzioł w niedziela dwa dupne psy, jedyn bioły, a drugi blank bioły. Sięgały mi prawie do głowy. Na to Hanys - Gustlik dyć to jest niemożliwe. Takich psów nie ma. Ja, ale jo to widzioł w Efie. Trza było zaroz tak godać. To je blank możliwe odpowiada Hanys."
Sąsiedzi rechotali, a przewodniczka niestety nie zrozumiała "finezji" tego kawału, przeplatanego słowami z podwórka i zgorszona opuściła jego towarzystwo.
Kazek nie miał takiego przywileju alkoholowego. Partnerka Kazka wyróżniła się tym, że wypijała każdą podaną lampkę, z braku doświadczenia i nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. Zauważyli to kelnerzy i poprosili ją, w imieniu kierownika sali, na specjalny poczęstunek. Podano jej dodatkowo, chyba dwie lampki Tokaju Aszu, który uchodził za najlepszy z węgierskich win, a do torebki dodano butelkę Tokaju Aszu - 6 puttoni. To był kres jej możliwości. Na zakończenie biesiady Kazek zmuszony był ją zanieść na swoich plecach do autokaru. Kiedy dojechali do hotelu, byli spóźnieni na następną imprezę. Rozpoczynał się zorganizowany dla nich bal powitalny. Bez wizyt w pokojach zajęli miejsca w sali balowej. Orkiestra grała już skoczne węgierskie tańce. Wtedy okazało się, że "winna" dziewczyna musi pilnie pójść do toalety. Sama nie była w stanie tego zrobić. Trzymając się mocno pod ręce dotarli z Kazkiem pod drzwi toalety. Kiedy chciał ją puścić samą pod drzwiami, okazało się, że samodzielnie nie dojdzie. Wprowadził ją więc do wnętrza damskiej toalety. I tu zaczął się prawdziwy skandal. Do toalety wpadł najpierw kierownik recepcji, potem dyrektor zmiany hotelu. Wrzeszczeli na Kazka, mężczyznę, który śmiał wprowadzić kobietę do damskiej toalety. Wreszcie przyprowadzono opiekunkę wycieczki, która znała język polski. Wytłumaczyła Kazka zachowanie. Nic to nie dało. Wyprowadzono go, trzymając pod ręce, by przypadkiem nie wrócił i straszono interwencją milicji. Przynajmniej opiekunka mogła zająć się polską turystką w toalecie. Obrażano oboje Polaków - bratanków, zarzucając im w domyśle chęć uprawiania seksu w toalecie. Po tym incydencie poszli oboje spać, nie korzystając już z przygotowanej dla nich imprezy. W następnym dniu nastawienie personelu hotelu też nie było przyjazne. W tej sytuacji opiekunka namówiła potraktowaną obcesowo parę do napisania (pod swoje dyktando) ostrej skargi do dyrektora hotelu i dyrektora węgierskiej organizacji turystycznej IBUSZ w Budapeszcie. Pisma przetłumaczyła i wręczyła adresatom. Odpowiedź organizacji była prawie natychmiastowa. Przeprosiny, zapewnienie lepszego nadzoru nad świadczonymi usługami hotelu i restauracji i zapewnienie rewanżu za straconą imprezę. Dyrektor hotelu po dwu dniach zaprosił oboje do siebie w towarzystwie opiekunki, serdecznie przeprosił, tłumacząc swój personel, poczęstował kawą i deserem, a na koniec wręczył zadośćuczynienie w formie kartonu tokaju aszu. Tak się ta węgierska, socjalistyczna "Moralność pani Dulskiej" skończyła. Personel po tym skandalu kłaniał się im w pas.
To było już kilka lat po radzieckiej pomocy. Rząd dusz był znacznie twardszy niż w naszym wesolutkim baraku. Za to sklepy, domy towarowe, kawiarnie o wiele bardziej od naszych zasobne. Budapeszt bardziej kolorowy, a metro wcześniejsze o kilkadziesiąt lat niż w Warszawie. Okno na świat w naszym "wesołym baraku", było nieco szerzej otwarte. Przynajmniej demoludy można było zobaczyć i porównać do naszego zgrzebnego "dobrobytu".
Moralność socjalistyczna - partia - seks na kopalni
Tymczasem życie na kopalni toczyło się wieloma torami niezależnie od drobnych prywatnych spraw nowicjuszy. Szczególnie ważny był tor partyjny.
Jak w każdej instytucji w tym czasie brylowali pierwsi sekretarze podstawowej organizacji partyjnej. Wszystkie dziedziny życia były pod ich kontrolą. Tak im się przynajmniej wydawało i tak być miało zgodnie z zasadami ustrojowymi. "Nasz" sekretarz miał przynajmniej polityczną wprawę nabytą w zlikwidowanym nie tak dawno Urzędzie Bezpieczeństwa.
Wśród zadań, jakie mu przypisał ustrój, w zamian za darowaną fuchę była też dbałość o tak zwaną moralność socjalistyczną.
Stanowisko partyjne było nagrodą za lata zaszczytnej służby w Urzędzie Bezpieczeństwa, szczególnie wtedy, gdy kandydat oprócz nieokreślonych walorów przydatnych ustrojowo nie posiadał żadnych kwalifikacji zawodowych. Walory moralne trudno zaś było dostrzec w tej upadłej firmie, w której praktykowali bardzo podłe nieraz usługi. Rodowód UB na Bolesławie miał nie tylko I Sekretarz. Poza nim i Leonem "mierniczym górniczym" było jeszcze kilku vipów pochodzących z tego źródełka, a nie koniecznie rozpoznanych. Dostawali te fuchy w nagrodę za zasługi w utrwalaniu ustroju, po likwidacji dotychczasowych stanowisk w UB. Stanowiło to równocześnie zobowiązanie, do pilnowania strategicznych pozycji gospodarczych i politycznych oraz dostarczania informacji o stanie umysłów załogi. I Sekretarz - tow. Borys, czuł się z przyzwyczajenia, wszechmocny i uwielbiał to okazywać.
Bardzo polubił np. kąpiele w łaźni dla dozoru. Szczególnym upodobaniem darzył zaś kabinę dyrektora. Zadbaną, dobrze wyposażoną i obsługiwaną przez wybrane łazienne. Korzystał z niej jak ze swojej, nie pytając dyrektora o zgodę. Pewnego popołudnia po zakończeniu obrad egzekutywy z udziałem sekretarza powiatowego tow. Antona, nazywanego tak z powodu jego reemigracji z Francji, towarzysz Borys postanowił pokazać swoją moc. Zaprosił gościa Antona na wspólną rekreacyjną kąpiel. Przez łazienne obsługujące część biesiadną egzekutywy zamówił przygotowanie dwóch kabin. Dla siebie i Antona. Naturalnie były to kabiny dyrektora i naczelnego inżyniera. Zamówił też przygotowanie tamże wyżerki stanowiącej okruchy z partyjnego stołu. Sam zabrał ze stołu dwie butelki Budafoku, włożył je dla niepoznaki w kieszenie spodni i gotów na relaks, z Antonem pod pachą, udał się na balneologię. Tam pod kabinami czekały już łazienne, Wera i Krysia, które pewnie nie pierwszy raz pełniły te role. W dyrektorskiej łaźni stał stolik, cztery krzesła i zagrycha. Towarzysze postanowili rozpocząć relaks od podniesienia poziomu testosteronu, powszechnie dostępnym afrodyzjakiem, który Borys przyniósł w kieszeni.
Usiedli w czwórkę i w szybkim tempie, w miarę znikania jadła i napoju, atmosfera stawała się coraz frywolniejsza. W stosownej chwili Borys zarządził kąpiel z myciem pleców. Pary się rozdzieliły. Słychać było tylko pluski i śmiechy. W pewnym momencie drzwi dyrektorskiej kabiny z trzaskiem się otworzyły i na korytarz wypadła Wera, a za nią na swych koślawych nóżkach, Borys. Oboje nadzy jak Adam i Ewa w raju. Gonitwa chwilę trwała. Zebrał się tłumek użytkowników łaźni. Borys, zanim dopadł Werę, niezgrabnie biegnąc, pośliznął się na śliskiej posadzce korytarza i wyrżnął z głośnym plaskiem. Zanim wyrżnął, zdążył wrzasnąć - "jebi twoja mać", prezentując partyjny intelekt zdobyty na Ubeckim, a wcześniej jeszcze KG-bowskim "uniwersytecie". Golusieńki na podłodze i do tego nieprzytomny. Ratować usiłowała towarzyszka Wera, ale bez skutku. Trzeba było wezwać pogotowie. Zgorszenie powszechne, ale zabarwione docinkami i natychmiastowym humorem politycznym o brataniu się partii z ludem. Druga para, ta z kabiny naczelnego, korzystając z zamieszania, zmyła się wyprowadzona przez trzeźwiejszą Werę. Sekretarz powiatowy uniknął kompromitacji. Zaś sprawa sekretarza Borysa stała się głośna na całej kopalni, mimo prób jej wyciszenia. Sekretarz jednak nie ucierpiał. Stał się za to, jakoś tak bardziej po ludzku, na pewien czas, popularniejszy wśród załogi. Sprawę pogmatwał jeszcze fakt, że do łaźni z zamiarem zjazdu na dół przybył dyrektor ze swoim gościem, dyrektorem zjednoczenia, który zapragnął wykorzystać udział w egzekutywie do dokonania wizytacji dołu kopalni. No i afery nastąpił ciąg dalszy. Kabiny zachlapane, łazienne niedysponowane. Trzeba było zrezygnować ze zjazdu i dyrektorowi zjednoczenia przedstawić jakąś łagodniejszą wersję wypadków. Tu pożyteczny, jak zwykle, okazał się mierniczy Leon, który brał udział w egzekutywie i wraz z dyrektorami jako ich asysta miał zjechać na dół kopalni.
Takie to były gry i zabawy towarzystwa na niższych szczeblach otoczki ideologicznej ludowego ustroju, który trwał już lat piętnaście. Piętnaście lat po wojennej i powojennej degrengoladzie, upadku moralnym społeczeństwa. Poziom moralny społeczeństwa zdążył się odrodzić mimo komplikacji ustrojowych. Beneficjenci tej zmiany, ci, którzy narzucali wtedy społeczeństwu bezwzględną siłą, własne komunistyczne poglądy, lub realizowali nakazy mocodawców i byli absolutnie bezkarni, nie zmienili swoich przyzwyczajeń mimo zmiany funkcji. Kiedyś byli na ogół ubekami upodlającymi naród z polecenia partii, a teraz funkcjonariuszami tej partii, ale w swojej świadomości uważali nadal, że im wolno wszystko, ciągle są bezkarni i nie muszą się liczyć z opinią otoczenia. Jaskrawym dowodem takiej postawy był kierownik Domu Górnika - hotelu robotniczego, w którym mieszkali pozyskani w całej Polsce chłopi werbowani na górników jeden z najpodlejszych moralnie typów z ubeckiego nadania. Nie był funkcjonariuszem partyjnym. Po prostu był okiem i uchem służb. Kazek mieszkał tam czasami, gdy warunki pracy nie pozwalały mu wrócić do domu. Stąd się znali. Kiedyś wychodząc z domu górnika, spotkał tegoż pana. Wylewnie i głośno Kazka powitał. Okazało się, że idą w tym samym kierunku. Rozmowa zeszła przypadkowo na czasy powojenne i wtedy towarzysz kierownik zaczął opowiadać, co w tym czasie porabiał. Był jakąś szychą w UB w Gdańsku, gdzie od roku 1945 zajmował się Niemcami, którzy nie zdążyli, lub nie zamierzali wyjechać przed wkroczeniem Rosjan i Kaszubami, których uważał za folksdojczów. Przetrzymywano ich w jakimś obozie niedaleko mola w Sopocie, w barakach, w których warunki przypominały (w jego opowieści) cele śmierci w Auschwitz-Birkenau. Chwalił się, jak ich katowano i trzymano w zalanych wodą celach, nie unikając opowiadania o swoich w tym zakresie wyczynach. Nawet jak ich likwidował, bez sądu, strzałami w tył głowy. Był zresztą, jak towarzysz Borys, po przeszkoleniu w KGB w Moskwie, skąd wrócił z wojskiem Berlinga. Oczywiście traktował to jako powód do chwały, zemstę za wyczyny okupacyjne hitlerowców. Przykłady czerpał ze współpracy z KGB, które było tam bardzo aktywne. Nie wiadomo, dlaczego to opowiadał Kazkowi. Pewnie uważał, że skoro skończył studia, to musi wyznawać taką jak on ideologię. Po likwidacji UB, kiedy nasze Ludowe Państwo postanowiło nieco zmniejszyć terror i pozbyć się najkrwawszych jego przedstawicieli, tacy jak on zostawali wśród innych dostępnych im funkcji kierownikami Domów Górnika. Wykorzystywał tam swoje doświadczenia w utrzymaniu reżimu i bycia uchem wśród zbieraniny osób z całej Polski podejmujących pracę w górnictwie z bardzo różnych, czasami politycznych, a nawet kryminalnych powodów. Wychowywał pospólstwo zwane w języku ustrojowym klasą robotniczą, metodami znanymi z przeszłych doświadczeń UB. Partia czuwała.
Dziwnym trafem na prawie identyczną postać trafili z Jasiem w czasie praktyki na kopalni Niwka Modrzejów, kilka miesięcy wcześniej. Mieszkali w domu górnika w Niwce i kiedyś również w drodze na dworzec spotkali jego kierownika. Służył w UB również w Gdańsku i chwalił się podobnymi "sukcesami" w zwalczaniu niemieckich resztek i kaszubskich... "dziadków z wermachtu". Przypadek, czy prawidłowość ustrojowa.
Domy Górnika
Przy tej okazji warto wspomnieć o Domach Górnika. W latach powojennych każda kopalnia oprócz obiektów przemysłowych dysponowała budynkami hotelowymi, w których kwaterowano górników zwerbowanych w miejscowościach całego kraju. Nazywano te hotele domami górnika. Był to z jednej strony ważny element uzupełniający stałe braki zatrudnienia w górnictwie, z drugiej możliwość pozyskania pracy przez mieszkańców odległych przeludnionych wsi. Dla mieszkańców osiedli sąsiadujących z domami górnika były one we wczesnych latach powojennych postrachem. Mieszkańcy, zwykle młodzi mężczyźni oderwani od swoich rodzin i środowisk nagle wzbogaceni w stosunkowo wysokie płace górnicze, spędzali zwykle wolny czas na pijaństwie. To zaś rodziło skłonności do agresji, bójek, włamań, awantur i ekscesów natury obyczajowej. Policja nie radziła sobie z zapewnieniem mieszkańcom spokoju. Okolice były po prostu niebezpieczne. Stąd też tak powszechne było zatrudnianie na stanowiskach kierowników domów górnika ludzi z ubecką przeszłością. Były też miejscem, gdzie chętnie w czasach PRL-u lokowano lokale wyborcze. Z poniższego opisu wynika powód.
Kazek w którymś roku pełnił w komisji wyborczej umieszczonej w domu górnika przy kopalni Szczygłowice rolę "męża zaufania" i z tej przyczyny był obecny w czasie liczenia głosów. Komisja była oczywiście "starannie dobrana".
Po zakończeniu głosowania przewodniczący komisji zarządził, by policzono ilu mieszkańców domu górnika nie głosowało. Następnie stosowną liczbę kart wyborczych polecił wrzucić do urny bez skreśleń. Był to powszechnie zalecany sposób głosowania. Następnie policzono oddane głosy. W tym "oddane" w opisany sposób. Zwiększyło to liczbę uczestników wyborów, oraz znacznie podwyższyło procent głosów oddanych "ZA" i "Bez skreśleń" w tym obwodzie. No i osiągnięty został cel propagandowy w zakresie liczby głosów oddanych zgodnie z zasadami ustroju. Takie praktyki jawnego fałszowania wyborów były możliwe tylko w obwodzie, w którym głosowali wyłącznie mieszkańcy domów górnika. Ze względu na specyficzny skład społeczny i sposób bytowania wybory nie interesowały ich bowiem absolutnie.
Na głęboką wodę
Wracając do spraw miernictwa. Kilka dni później nadarzyła się okazja rozdzielenia poróżnionych, Kazka i zastępcę, przestrzenią. Kopalnia składała się z kilku, nazwijmy to, zakładów w różnym stopniu autonomicznych. Na jednym z nich nazywanym Szybem Powstańców była nawet filia działu mierniczo geologicznego. Kierował nią dość oryginalny w zachowaniach technik geodeta górniczy, Felek, zwany też złotnikiem, który tam rezydował nie ze względu na wartość zawodową, a raczej tajemnicze konszachty łączące go z szefem. Po pierwsze był kumplem do wypitki i wybitki, inaczej mówiąc, do tańca i do różańca. Po drugie miał wiele za uszami. Tak wiele, że i milicja byłaby zainteresowana. Może zresztą i była, ale miała powody by nie reagować. To zaś dla szefa była cecha, w różnych gierkach, wielce pożyteczna. Po trzecie pracowitość i staranność nie cechowały go zbyt nachalnie. Miał raczej do tych pojęć podejście dość swobodne. To akurat nie stanowiłoby, w ocenie szefa, cechy zbyt pozytywnej, gdyby miał okazję ją zauważyć. Kolega ten był jednak szczęściarzem i umiejętnie to wykorzystywał. Miał do dyspozycji zgrany, pracowity zespół pomiarowych, świetnych fachowców. Dzięki nim często nawet nie wiedział, jakie prace miernicze zostały na kopalni wykonane. Robili je pomiarowi bez jego udziału. Zdarzało się jednak, że praca wymagała także wiedzy, której pomiarowym było brak. Kiedyś z bardzo pilnych przyczyn zobowiązano Felka telefonicznie do wykonania pomiaru geologicznego. W jednym z chodników natrafiono na niespodziewany uskok[1]. Dla dalszego prowadzenia robót górniczych należało szybko określić, w jakim kierunku i o ile metrów nastąpiło przemieszczenie pokładu węgla, w którym chodnik prowadzono. Zamierzano bowiem zaprojektować pochylnię[2] prowadzącą do przesuniętego pokładu w celu jego szybkiego udostępnienia do eksploatacji. Niestety Feluś oszczędzając swój wysiłek, wysłał do wykonania zadania pomiarowych, w celu pomierzenia miejsca przecięcia uskoku przez chodnik. Sam zaś wziął mapę pokładu i na podstawie danych uskoku z pomiaru w innych miejscach pokładu, przez porównanie, miał zamiar określić, o ile metrów i w jakim kierunku pokład został przesunięty. Zrobił to jednak niestarannie i nie zauważył, że w jednym z punktów parametry uskoku były wpisane wadliwie. Pechowo przyjął te właśnie wartości. Wynikało z nich, że pokład został przesunięty o około 30 m w dół od poziomu chodnika. Tymczasem było odwrotnie. Te fałszywe dane zostały wpisane na mapie. W oparciu o mapę wykonano projekt pochylni i ją wydrążono w skale płonnej[3], by dotrzeć do pokładu. Kiedy drążona pochylnia dotarła na poziom projektowany 30 m poniżej chodnika, na którym pomierzono uskok, a pokładu nie napotkano, w popłochu wykonano przekrój geologiczny wzdłuż pochylni i ponownie pomierzono uskok. Okazało się, że pokład został przez uskok wyniesiony 30 m powyżej chodnika, a pochylnię wykonano niepotrzebnie, ponosząc olbrzymie straty finansowe i powodując kilkumiesięczne opóźnienie eksploatacji pokładu węgla. Trzeba było wykonać pochylnię w odwrotnym kierunku. Trzydzieści m pionowo w górę, zamiast w dół.
Pod względem oceny technicznej jak i skutków ekonomicznych był to kuriozalny błąd. Nie dało się go zamieść pod dywan. W normalnych warunkach winowajca, Feluś wyleciałby z pracy bez możliwości zatrudnienia się gdziekolwiek w swoim zawodzie. Jednak szef, dla zachowania twarzy i dobrej opinii działu, dokonał cudu. Znalazł jakieś absurdalne wytłumaczenie łagodzące techniczny wyczyn Felusia i przekonał do niego dyrektora. Zaproponował też, zamiast zwolnienia, przeniesienie Felka na mniej odpowiedzialne stanowisko, obniżkę wynagrodzenia i obcięcie premii, (której i tak, ze względu na nie wykonywanie planów wydobycia, nie było) przez okres jednego roku. Felka przeniesiono z szybu Powstańców, gdzie był faktycznie kierownikiem filii działu mierniczo geologicznego, do głównej siedziby już tylko, jako wykonawcę robót pod czułym okiem zastępcy. Powstało wolne miejsce. W taki oto sposób Kazek został zesłany "na wygnanie" na szyb Powstańców. Z woli szefa, właśnie. Można to było już zrobić, bo skończył staż i miał odpowiedni angaż. Właściwie został awansowany przy braku praktyki i stosownych uprawnień jak kiepski pływak rzucony na głęboką wodę. Przy okazji szef załatwił problem konfliktu między Kazkiem i zastępcą Wojtkiem. Konfliktu, który go uwierał.
Kazek miał obiekcje. Trochę się tego obawiał. Jednak po namyśle, uznał propozycję szefa za wielostronnie korzystną. Jedynym minusem zdawał się dojazd. Trzeba było autobusem górniczym dojechać z dworca kolejowego w Łaziskach Dolnych na szyb Bolesław Śmiały, a stąd po przesiadce, na szyb Powstańców. Powodowało to półgodzinne spóźnienie do pracy. Jednak szef to zaakceptował. W towarzystwie szefa Kazek przejął nowe obowiązki od Felusia. Ten nie wykazywał przy tym żadnego niezadowolenia. Wręcz wyglądał na niezwykle zadowolonego. Przekazanie obowiązków trwało dwa dni z przeglądem obsługiwanych wyrobisk górniczych włącznie. Okazało się przy tym, że zespół pomiarowych jest jeszcze bardziej korzystny dla Kazka niż był dla Felka. Otóż jeden z pomiarowych, Janek, był jego kolegą z liceum, a ponadto próbował razem z nim startować na studia geodezyjne. Wprawdzie próba była nieudana, ale jakieś koleżeńskie echa zostały. Widać to było od pierwszych chwil wzajemnego poznania. Jasio był zdolnym plastykiem. Niestety finansowe warunki rodzinne nie pozwoliły mu na rozwijanie tych zdolności. Po maturze zaczął więc pracować na kopalni Bolesław Śmiały. Bez fachu jako pomiarowy w miernictwie. Obustronne zaskoczenie i zadowolenie. Z rozmów z Felkiem wynikło również, że i z Kazkiem nie są sobie zupełnie obcy, a przynajmniej mają wspólnego znajomego. Kuzyn Kazimierza, Stach, okazał się przyjacielem Felka. Obydwaj mieszkali w Katowicach. Znajomość zaś miała cechy zawodowe, choć niekoniecznie legalne. Kuzyn był pracownikiem Jubilera, gdzie trudnił się złotnictwem i zegarmistrzostwem. Felek, jak już wspomniałem, poza miernictwem zajmował się różnymi, niekoniecznie legalnymi sprawami. Handlem złotem oraz dolarami, co ich z kuzynem Kazka zbliżyło. Ten nie miał dotychczas pojęcia o dodatkowych zainteresowaniach Stacha. Przyjął to, jako ciekawostkę rodzinną i okazję do nawiązania towarzyskich kontaktów z Felkiem. Po przejęciu obowiązków przyszedł czas na poznanie kierownictwa szybu.
Kierownikiem był nadsztygar, którego przyjaciele tam zakamuflowali z powodu jego nadzwyczajnych skłonności do nadużywania napojów wyskokowych. Był alkoholikiem. Schowali go na szybie Powstańców dla ochrony przed zwolnieniem dyscyplinarnym. Kontroli tam było mniej, ale nadużywania nie koniecznie. Zawsze miał stosowną buteleczkę w biurku.
Właśnie, kiedy szef wraz z Kazkiem i Felkiem zapukali do drzwi, zajęty był chowaniem w biurku butelki Budafoku. Nie zdążył. Wobec tego zapoznanie nowego współpracownika było zakrapiane. Potem kiedykolwiek Kazek był zmuszony do służbowej wizyty w biurze kierownika szybu, kończyło się to propozycją drinka. Tym razem było gorzej. Szef Leon i wizytowany nadsztygar Władek byli po imieniu i pewnie po niejednym wspólnym drinku. Dlatego wizyta skończyła się dopiero po wyczerpaniu zapasów z biurka nadsztygara. W dość śpiewnym i wahadłowym stanie Władek zadzwonił po samochód służbowy w celu odwiezienia towarzystwa do Mikołowa, gdzie sam mieszkał.
Oczywiście transport był tylko pretekstem. Po drodze była bowiem knajpa odwiedzana powszechnie przez pracowników Bolesława Śmiałego.
Samochód zatrzymał się tam automatycznie, a wesolutki Władek zaprosił ferajnę na ciąg dalszy rozpoczętej w biurze popijawy. Kazek i Felek wykpili się rozkładem jazdy pociągów. Byłoby ciężko, ale sprawę wziął na swoje plecy Leon, który zresztą również nie wylewał za kołnierz. Ponadto miał mocną głowę i zamierzał Władka zaprowadzić bezpiecznie, bez izby wytrzeźwień, do domu.
Kazek nie będąc wielbicielem alkoholu, miał w czasie pracy na Szybie Powstańców nieustające problemy z propozycjami pana Władka zarówno w sprawie drinków w biurze, jak i towarzyszenia w przejazdach służbowymi pojazdami do Mikołowa z przystankiem w ulubionej knajpie. Stosunki z panem Władkiem były mimo to bardzo przyjazne.
Kazek polubił to miejsce mimo większych trudności z dojazdem. Powodem była samodzielność, niezależność od zastępcy i grupa pomiarowych z Jankiem, z którą zżył się szybko. Profesjonalnie i towarzysko. Były też ciekawostki zawodowe takie, jak kopalnia odkrywkowa należąca do zakładu, płytko eksploatowane złoża stwarzające ciekawe okoliczności pracy i interesująca grupa dozoru.
Ponadto zupełnie nieprzemysłowe otoczenie. Budynek dyrekcji był położony w ogrodzie, wśród drzew. Otwierając okno w biurze, miało się wrażenie, że to park. Stare rozłożyste drzewa z olbrzymimi, kształtnymi koronami. Brzęczenie pszczół w zieleni i chóralne śpiewy kosów. Niby opera natury w nietypowej inscenizacji kominów i wierz szybowych. Do tego w słoneczne dni zapierający dech w piersiach widok panoramy Beskidów.
Dojazdy
Codziennie Kazek spóźniał się do pracy w zależności od warunków od 30 minut do prawie godziny z powodu skomplikowanego dojazdu. Z domu pociągiem z przesiadką do stacji kolejowej Brada. Stąd autobusem dowożącym pracowników do biur kopalni pod dyrekcję w Łaziskach Średnich i dalej, po kolejnej przesiadce, na szyb Powstańców autobusem odwożącym górników z nocnej szychty do Wyr tzw. przewozem górniczym. Było to jednak bezkonfliktowe, uzgodnione z szefem. Powroty z pracy do domu również skomplikowane. Formalnie przewozem górniczym do Mikołowa, wysiadka przy dworcu kolejowym. Przesiadka na pociąg Katowice - Rybnik, przesiadka w Orzeszu na kolejny pociąg i jedna stacja do miejsca zamieszkania. To wszystko zgodnie z rozkładem jazdy niedostosowanym do godzin zakończenia pracy na kopalni, z oczekiwaniem na połączenia, wydłużało czas przejazdu z pracy do domu. I tak był codziennie poza domem od dwunastu do trzynastu godzin.
Codzienne spóźnienia nie stwarzały problemów w pracy, bo na posterunku była oddana grupa doświadczonych pomiarowych. Gdy górnicy zgłosili pilną potrzebę wykonania pomiarów, grupa fasowała sprzęt, zjeżdżała na dół kopalni i sama wykonywała konieczne prace. Różnica pomiędzy czasem Felka, a czasem Kazka polegała na tym, że grupa przekazywała Kazkowi dzienniki pomiarowe i wszelkie niezbędne informacje, a on wykonywał obliczenia, sprawdzał wyniki, korygując możliwe błędy i przekazywał potrzebne dane górnikom. Dzięki temu wszystko było pod kontrolą i nie doszło nigdy do jakiejś komplikacji w robotach górniczych z powodu wadliwego pomiaru. Przejazdy przewozami górniczymi były zaś dla Kazka niezwykłą atrakcją i ciekawostką psychologiczną zarazem. Pasażerowie, górnicy po ciężkiej szychcie i wypitych kuflach piwa, wracając do domów, skracali sobie czas nieustanną grą w skata i opowiadaniem specyficznych kawałów górniczych w gwarze śląskiej. Ktoś, kto znalazł się w takim autobusie jak Kazek, a nie znał tych obyczajów, chociaż znał gwarę, prawie zupełnie nie rozumiał licytacji karcianej, opowiadania kawałów i wybuchów śmiechu w reakcji na bery. Można powiedzieć, że czuł się jak na tureckim kazaniu.
Oto jeden z takich opowiadanych kawałów, który wzbudzał lawiny śmiechu wśród górników, a dla Kazka był jak opowieść w obcym języku:
- Gustlik zgodnij, co to jest - pado Hanys. - Zaczyno się na "p" i służy do picio.
- Gustlik nie wie.
- Przeca to je piwo, a ty tego nie wiesz - odpowiado Hanys.
- A zaczyno się na "k" i tyż służy do picia - pyto Hanys. - Kawa - odpowiada Gustlik. - Kaj tam Gustlik. To je krzynka piwa - godo zaś Hanys.
- No, ale to bydziesz na pewno wiedzioł.
- Gustlik - zaczyna się na "D" i służy do picio. - Nie wiem Hanys.
- Dyć to są dwie krzynki piwa.
Redaktor, korektor Wanda Lenc
Redaktor, korektor Marianna Borawska
Redaktor, korektor Halina Czajkowska
Projektant okładki Stefan Bajer
? Stefan Franciszek Bajer, 2024
? Stefan Bajer, projekt okładki, 2024
Autor chce pokazać "realny socjalizm" lat 1960 do 1975 na tle codzienności w górnictwie. Skrajne opinie o relacjach górnictwa i ustroju próbuje nieco urealnić w oparciu o obserwacje czynione w środowisku pracy, polityce i życiu w tle zdarzeń. Pokazać różność. Dzieje się na Górnym Śląsku. Nie sposób więc pominąć historii powstań, podziału na Śląsk polski i niemiecki po r 1921, skutków rozstrzygnięć r 1945 w umysłach Ślązaków, gdy rodzi się, lub utrwala świadomość śląska, polska, czy niemiecka.
ISBN 978-83-8384-366-7
Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero