1
Zdawało mi się, że znam strach.
Widziałem go: krzyczących i jęczących mężczyzn, ciała całe, ale umysły strzaskane przez walkę. Wąchałem jego smród: szczyny, gówno i rzygowiny, które towarzyszyły każdej bitwie. Czułem go: mięśnie mi drżały, szarpiąc się jak ryby w sieci. Czułem nawet jego smak: cuchnący kwas, który palił mi gardło, gdy kiszki się skręcały i zbierało mi się na wymioty.
Tak, po latach rozlewu krwi, latach rzezi, o których powiedziano mi, że to żołnierka, sądziłem, że znam strach.
Myliłem się.
To nie sama bitwa sprawiała, że trząsłem się jak osika, a łzy żłobiły sobie ścieżki w brudzie i krwi pokrywających moje zapadnięte policzki.
Chodziło o to, co miało nastąpić.
Stałem na polu trupów, dywan utkany ze zwłok tak gęsto, że człowiek mógł stąpać po nich jak dzieci przechodzące po kamieniach przez strumień. Przyglądałem się, jak te ciała były rąbane na kawałki przez germańskie ostrza, a potem żerowały na nich kruki, które nie były winne posłuszeństwa nikomu prócz bogów.
Było nas kilkuset. Żałosne kilka setek na wpół zagłodzonych i unurzanych we krwi stworzeń. Jedyni ocalali z rzymskich sił ekspedycyjnych, które wkroczyły do Germanii w sile trzech legionów tylko po to, żeby zostać rozerwane na strzępy w nieskończonym, mściwym lesie. Po okrutnym naporze wiatru i deszczu nastąpiły mordercze huragany germańskiego żelaza i widziałem, jak na tych ostrzach umierają moi towarzysze. Obok mnie stał tylko Kikut z prawie odciętym, zwisającym prawym uchem.
Tak, zdawało mi się, że wiem, co to strach, ale żadnej potyczki ani bitwy nie dało się porównać z przerażeniem, które teraz przepełniało mój umysł, bo już nie śmierci się obawiałem.
Tylko życia.
Życia jeńca.
Życia niewolnika.
- Musimy uciec - szepnąłem do Kikuta.
Mój towarzysz odpowiedział pustym spojrzeniem.
Nie wywalczyłem sobie drogi przez wojnę w Panonii i zdradę Arminiusza w lesie, żeby żyć i umrzeć jako niewolnik.
- Musimy uciec - powtórzyłem.
- Masz rację - usłyszałem za sobą.
Łacińskie słowa z obcym akcentem. Odwróciłem się i ujrzałem Batawa z wojsk pomocniczych, żołnierza lekkiej piechoty zwerbowanego do wojska w jednej z prowincji podległych Rzymowi.
Mężczyzna był wysoki, krępy, miał kilkudniowy jasny zarost pokrywający mu policzki i zachodzący na szyję. Batawowie byli takimi samymi Germanami jak ci, którzy nas pilnowali, ale zagorzałymi zwolennikami Rzymu. W tej bitwie stanęli po stronie przegranych.
Spojrzenie żywych niebieskich oczu mężczyzny było niemal szalone. Zwrócił się do mnie:
- Musimy działać szybko, póki jeszcze mamy siły.
Żołnierz, który nie potrafił uznać porażki pomimo otaczających go okrutnych dowodów.
Nie odpowiedziałem, tylko popatrzyłem w stronę kręgu wojowników przyglądających się nam takim wzrokiem jak wilki spętanej kozie. Rozległy się krzyki udręki kilku rzymskich oficerów, którzy nie umarli jeszcze w trakcie tortur. Każdy wrzask kwitowały drwiny Germanów.
- Nie - odpowiedziałem nieznajomemu. - Spójrz na nich. Są podnieceni, pełni energii. A popatrz na nas. - Stanowiliśmy ich przeciwieństwo, pokonani i umierający na stojąco. - Musimy zaczekać na odpowiedni moment. Odzyskać siły. Zabierają nas jako niewolników, a niewolnicy są użyteczni tylko wtedy, gdy mogą pracować. W końcu będą musieli nas nakarmić.
Bataw prychnął sfrustrowany, ale każdy rozumiał, że działanie w naszym obecnym stanie zaowocowałoby jedynie pewną i powolną śmiercią.
- A do tego czasu?
Nie odpowiedziałem mu, bo nie potrzebował wyjaśnień. Chciał tylko być słyszany. Pozostawać w ofensywie, przynajmniej werbalnie, podczas gdy inni poddali się losowi. Wiedział równie dobrze jak ja, że tłum jeńców będzie rzedł z godziny na godzinę, w miarę jak ludzie będą umierali z powodu ran, wyczerpania, głodu i pragnienia. To było pole walki, a nie targ niewolników. Popędzą nas stąd i wielu padnie w drodze.
Bataw znowu się odezwał, wyrywając mnie z ponurych myśli:
- Coś się dzieje.
Rozległy się warkotliwe rozkazy. W szeregach germańskiej armii zapanował ruch.
- Przygotowują się do wymarszu - przetłumaczył mój nowy towarzysz.
- Jak się nazywasz? - zapytałem go, świadom, że chcąc przeżyć, będę musiał być przewidujący.
- Brando. - Wskazał gestem dwóch Batawów, którzy siedzieli w milczeniu na ziemi. - To Folcher i Ekkebert. Jesteśmy z tej samej kohorty.
- Feliks. To jest Kikut. Jedna drużyna.
Nie musiałem mu wyjaśniać, co się stało z resztą naszych towarzyszy. Rufus zniknął z obozu, po czym znaleziono go powieszonego na drzewie, z wnętrznościami piętrzącymi się pod kołyszącymi się stopami. Kurczak, zaprawiony w bojach weteran, zginął, atakując ostatnią zaporę wroga. Młody Gnejusz wykrwawił się na moich oczach, gdy bezradny stałem nad nim, a krew wypływała z bulgotem z jego rozpłatanego gardła. Pavo, mój centurion, zniknął pod dudniącymi kopytami wierzchowca wroga. Po Pyzie i Mikonie nie było śladu. Tytus, dowódca naszej ośmioosobowej drużyny, wtopił się w las, kiedy armia została rozbita i cała nadzieja przepadła.
- Chłopaki. - Brando chwycił za ramiona swoich towarzyszy. - Wstawajcie.
Niebawem zobaczyłem to, co dostrzegł wyższy ode mnie mężczyzna: germańscy wojownicy grasowali żarłocznie na skraju tłumu jeńców, który poruszał się jak ławica makreli niepokojonych przez rekiny. Pojmując zamiar wrogów, przyciągnąłem Kikuta bliżej siebie. Po chwili usłyszałem znajomy odgłos topora wbijającego się w ciało.
Brando się skrzywił.
- Ciężko ranni.
Ze strony jeńców nie rozległy się żadne głosy protestu. Wszyscy wiedzieli, że otwarcie ust oznacza śmierć, i nadzieja sznurowała im wargi. Nadzieja, że przeżyją, żeby uciec z niewoli i wrócić do domu.
- Przynajmniej szybko jest po sprawie - zauważył Brando, a ja potwierdziłem skinieniem głowy.
Konanie naszych dowódców było rozciągnięte na godziny i skończyło się tylko dlatego, jak sądziłem, że Arminiusz chciał, żeby armia opuściła pole bitwy, a on mógł spożytkować swoje wielkie zwycięstwo.
Arminiusz. Człowiek, którego uważałem za godnego podziwu rzymskiego dowódcę, żeby później się przekonać, że to zdrajca, który starannie zaplanował unicestwienie legionów gubernatora Warusa, a tym samym także śmierć moich przyjaciół.
- Uśmiechasz się? - usłyszałem głos Germanina. Twarz miał obojętną.
- Owszem - przyznałem, przyłapując się na tym.
- Dlaczego?
Próbowałem wzruszyć ramionami, ale zamiast tego nagle zacząłem płakać. Płakałem nadal, kiedy nasi germańscy pogromcy odarli nas ze zbroi, po czym zostaliśmy stłoczeni w jedną ludzką masę i powlekliśmy się na północ, oddalając się od dywanu trupów.
- Wszyscy nie żyją - jęknął w końcu Kikut u mojego boku.
To nie była odpowiednia mowa pogrzebowa za naszych przyjaciół, ale w tej chwili tylko to mogliśmy im ofiarować.
Zaczęło się nasze życie jako niewolników.