Rozdział I
Najpierw ubiczujcie morze, a potem ukarzcie je rozgrzanym żelazem
czyli o bogach przed obleczeniem ich w kaftany
W jaskini pali się ognisko, z którego raz po raz strzelają iskry. Około trzydziestoletnia kobieta w koronie z żuchw saren oraz kości żurawia, muszli oraz piór siedzi na podwyższeniu. Jest pochylona nieco na prawo, jakby po coś chciała sięgać, jednak to jej zwykła poza. Dokoła niej zebrało się kilkadziesiąt osób, których cienie gną się i poruszają w niezwykłych pozach. Wszyscy nie mogą się doczekać tego, co się wydarzy. Twarze zdradzają ogromne napięcie, nerwowe ruchy są pełne wyczekiwania. Już najwyższy czas, już nadeszła pora... Wszystko zapowiada, że szamanka lada moment będzie miała widzenie.
Wtem po jaskini rozlega się głuchy pomruk. O tak, przyszłość znów stanie otworem. Szamanka zaczyna się trząść. Otwiera i zamyka powieki, a jakaś tajemnicza siła wprawia jej gałki oczne w szaleńcze drżenie. Z ust kobiety dobywa się długie westchnięcie. Następnie zaczyna bełkotać. Mówi o duchach, o nieoczywistych znakach i daje przestrogi. Jej słowa wprawiają członków plemienia w strach. Pobratymcy zerkają po sobie niepewnie.
Szamanka mówi coraz szybciej. Jej oczy zdają się wirować. Z kącika jej ust cieknie ślina, a mięśnie zaczynają spazmatycznie drżeć. Głos kobiety się obniża, wreszcie słowa stają się całkowicie niewyraźne. To apogeum transu. Dwie dziewczyny podtrzymują szamankę pod ramionami. Wiedzą, że lada moment straci przytomność i że trzeba zadbać, by nie rozbiła głowy o kamienie. Już. Koniec. Rytuał się dopełnia, przepowiednia została wypowiedziana, przestroga przeniknie serca członków plemienia. Grupa łowców-zbieraczy ustami szamanki otrzymała wskazówki od swoich bogów. Wiedzą, że żadne inne plemię nie doznało podobnej łaski. Nie ma obdarzonej tak wielką mocą jasnowidzącej, która nawiązuje kontakt z nadprzyrodzonymi bytami.
Kiedy kobieta umrze kilka lat później, zostanie pochowana w pozycji siedzącej, w tej samej koronie, ubrana w ceremonialną szatę. Dokoła niej zostanie rozsypanych mnóstwo letnich kwiatów, które utworzą wzorzysty kobierzec. Dodatkowo ciało i grób żałobnicy posypią sproszkowaną ochrą - czerwony barwnik zapewne symbolizował krew, a być może również odrodzenie. W ramionach szamanki spoczęło kilkumiesięczne dziecko, którego przyczyny śmierci dotąd nie udało się ustalić. Wiadomo jednak, że było spokrewnione z kobietą w dalekim stopniu.
Całości dopełniły narzędzia wykonane ze zwierzęcych kości i rogów, toporki krzemienne, żywica oraz swoista piękna szkatułka z kości żurawia, mieszcząca kilkadziesiąt miniaturowych ostrzy z minerałów. Grób zostanie odkryty około dziewięciu tysięcy lat później przez robotników pracujących w Bad Dürrenberg.
Był rok 1934, władzę w Niemczech od kilkunastu miesięcy sprawował Adolf Hitler. Choć nazistowska propaganda natychmiast okrzyknęła, iż trafiono na pochówek "pierwotnego Aryjczyka," późniejsze badania dokładniej opowiedziały historię zmarłej. Jednak okazało się również, że miała ona swoje, prawdopodobnie nieznane pobratymcom, tajemnice.
Oczywiście już na pierwszy rzut oka widać było specyficzny sposób poruszania się i trzymania przez kobietę głowy. Jednak jest wielce prawdopodobne, iż przez całe życie ukrywała, że wprowadza się w trans, utrzymując głowę w nietypowej pozycji. A może sama uważała to na przykład za pozycję modlitewną - pozycję przypisaną jej przez bogów? Pewne jest, że podstawa jej czaszki oraz atlas wykazują rzadką wadę wrodzoną. Poprzez charakterystyczne ułożenie ciała szamanka mogła mechanicznie zaciskać tętnicę kręgową, co istotnie ograniczało dopływ krwi do niektórych części mózgu. W wyniku ucisku wywoływała oczopląs - gwałtowny, mimowolny, wahadłowy ruch gałek ocznych. Po pewnym czasie popadała w omdlenie lub stan, który mógł być interpretowany jako trans.
Właśnie w ten sposób szamanka nawiązywała kontakt z bogami. Czy miała halucynacje, czy tylko odgrywała przedstawienie? Czy podzieliła się z kimkolwiek swoim sekretem? Na te pytania nie znajdziemy odpowiedzi. Możemy się tylko domyślać roli, jaką odgrywała w swej grupie. Roli całkowicie opartej na wadzie anatomicznej, a jednak rzutującej na stan psychiczny.
I chociaż można by, w myśl dysput filozoficzno-teologicznych wszystkich czasów, postawić tezę, że przecież za ową wadę odpowiadało jakieś bóstwo, jakaś siła wyższa, skupmy się na nauce. Szamanka nie zdołała wyleczyć własnego zaawansowanego ropnia zęba. Najprawdopodobniej w trakcie rytuałów ścierała siekacze tak, że doprowadziła do odsłonięcia kanałów zębowych, a w konsekwencji zakażenia bakteryjnego. Infekcja rozprzestrzeniła się na zatokę szczękową, następnie do krwiobiegu, skutkując śmiertelną sepsą. Kobieta zapewne umierała w potwornych męczarniach.
Oto sposób komunikacji z bogami, oto prehistoryczne źródła szaleństwa, transu i natchnienia. W erze nowożytnej z dużą dozą prawdopodobieństwa kobieta zostałaby oskarżona o czary albo trafiła do zamkniętego azylu. Być może władze miasta wydałyby "obłąkaną" załodze statku, która byłaby gotowa zabrać ją z miejskich ulic do jednego z odległych przytułków lub sanktuariów. Mogłaby również trafić pod opiekę lekarzy leczących ją upuszczaniem krwi, lewatywami albo elektrowstrząsami. Mogłaby zostać systemowo niemal zagłodzona, pobita i wyszydzona. Żyłaby na marginesie społecznym wraz z żebrakami i ograniczonymi umysłowo. W żadnym razie nie miałaby szansy na bogaty ceremonialny pochówek. Szaleńcy mieli szczęście, jeśli przyszli na świat przed nastaniem światłej nowożytności. Sami byli jak latarnia rozświetlająca duchowy mrok raczkującej ludzkości. Stanowili łącznik ze światem duchów, na który inni byli otwarci i który chłonęli. Wówczas żadne bóstwo nie miało jeszcze monopolu na dogmaty i szafowanie oceną moralną. Żadne bóstwo nie skazywało na potępienie tak łatwo jak w kolejnych tysiącleciach.
Człowiek od zawsze pragnął kontaktu z tym, co nadprzyrodzone. Być może była to potrzeba tak atawistyczna jak cały rodzaj ludzki (co w jakiejś mierze godziłoby w teorię ewolucji). Malowidła naskalne w niszach jaskiń Lascaux czy Altamira być może wcale nie służyły wyrażeniu potrzeby ekspresji artystycznej (co również, tyle że nieco słabiej, godzi we wspomnianą teorię), ale miały prawdopodobnie zgoła odmienne znaczenie.
Badania prowadzone przez naukowców z Uniwersytetu w Tel Awiwie wykazały coś niezwykle ciekawego. Palenie pochodni w głębokich korytarzach powodowało szybką zmianę składu chemicznego powietrza. Ogień pochłaniał tlen, obniżając jego stężenie poniżej 18 procent, co prowadziło do niedotlenienia mózgu. Niedotleniony mózg zaczynał gwałtownie produkować dopaminę oraz endorfiny, co w konsekwencji wywoływało omamy wzrokowe i euforię. Prehistoryczny haj był doświadczeniem metafizycznym, mogły mu towarzyszyć wizje podobne do tych wywoływanych przez narkotyki.1 Wszak i dziś popularna jest turystyka nastawiona na "otwarcie umysłów," tyle że nie przy użyciu prehistorycznych pochodni, ale znanych tak samo długo specyfików, w typie ayahuaski, peyotlu, maku lekarskiego, mandragory czy bielunia.
Postawiono również zyskującą w ostatnich latach na popularności tezę, zgodnie z którą wybrane jaskinie oraz groty przeznaczano na miejsca rytualne ze względu na akustykę. Wybierano te, w których niskie częstotliwości mogły specyficznie rezonować. Co więcej, grupowy śpiew i prymitywne prehistoryczne instrumenty doskonale nadawały się do wywołania zbiorowej ekstazy - wiele tysiącleci później na tej samej zasadzie dochodziło do epidemii choreomanii, o której będzie zresztą mowa.
Z jednej strony napady szaleństwa, owej zbiorowej ekstazy, służyły rytuałom, a indywidualne zdolności mogły określić pozycję społeczną, ale z drugiej dysponujemy świadectwami, że ludzie prehistoryczni dokonywali trepanacji czaszki. Istnieje wiele dowodów świadczących o przebytych operacjach. Procedura mogła uchodzić za świętą, biorąc pod uwagę, że tak zwane ronda - wycięte fragmenty kostne - noszone były w formie amuletów. Przeżywalność operacji, co możemy określić na podstawie analiz odnalezionych szkieletów i zrostu kości, sięgała w niektórych kulturach nawet 80 procent. Przypuszcza się, że stosowano przy tym aseptykę i naturalne antybiotyki, o których w późniejszych epokach na długo zapomniano.
Trepanacje wykonywano u osób noszących ślady obrażeń czaszki i prawdopodobnie miały one na celu dekompresję mózgu oraz danie ujścia krwiakom pourazowym. Wśród znalezionych szkieletów są jednak również takie, które poza śladami operacji nie noszą innych obrażeń. Może to świadczyć o tym, że otwieranie czaszki miało wymiar medyczny i mistyczny - jego celem było uwolnienie osoby od wpływu złych duchów objawiającego się zaburzeniami psychicznymi lub epilepsją. Pozwalałoby to postawić kolejną, dalej idącą tezę, iż schorzenia psychiczne od zarania dziejów dzielono na te "dobre - boskie" i "złe - demoniczne". Podział ten miał się zresztą utrzymać przez znaczną część dziejów ludzkości. Jeszcze współcześnie można dostrzec szacunek względem genialnych sawantów, a potępienie lub niechęć wobec osób cierpiących na niektóre choroby psychiczne czy nawet uchodzących za opętane.
Boska twarz obłędu
Z perspektywy współczesnego laicyzującego się świata coraz częściej reakcją na wszelkie religijne rytuały są jedynie ironiczne uśmiechy. Zapomina się o ich prozdrowotnym znaczeniu oraz pozytywnym wpływie na psychikę. A da się je dostrzec bardzo często, tak często, że trudno mówić jedynie o zbiegu okoliczności.
Rytmiczne odmawianie modlitw i medytacja zwalniają oddech i poprawiają funkcjonowanie układu krążenia. Obniżają poziom kortyzolu i wyciszają współczulny układ nerwowy. Wibracje podczas intonowania mantr pobudzają nerw błędny, prowadząc do aktywacji obszarów odpowiedzialnych za odpoczynek i regenerację.2
Rozmaite rytuały postne i dietetyczne, począwszy od Wielkiego Postu i Adwentu, przez ramadan, po diety wegetariańskie w hinduizmie i dżinizmie, znajdują odzwierciedlenie we współczesnych zaleceniach medycznych. Co więcej, miały wpływać na psychikę, spłycając problem dostępności żywności o określonych porach roku, ewentualnie tabuizując to, co niezdrowe. Interpretacje religijne tabu żywieniowych idą w parze z interpretacjami naukowymi. Zakaz spożywania świń przez muzułmanów może wynikać z faktu, iż zwierzęta te są wszystkożernymi istotami, których hodowla na terenie Bliskiego Wschodu byłaby nieekonomiczna i powodowałaby różnice społeczne. Świnie nie mają gruczołów potowych, przez co, aby schłodzić organizm, potrzebują dużej ilości wody lub błota, a w suchym klimacie mogli to zapewnić jedynie nieliczni hodowcy. Ze względów sanitarnych zakaz znajduje uzasadnienie również w powszechności niebezpiecznych dla ludzi pasożytów występujących w wieprzowinie oraz szybkości psucia się tego mięsa. Religijne tabu dbają o życie i zdrowie równie mocno jak przykazania.
W Indiach krowy były znacznie cenniejsze jako siła robocza, źródło taniego paliwa do gotowania oraz naturalny nawóz dla wyjałowionej gleby. Ich mleko stanowi źródło białka dostępne bez konieczności pozyskiwania mięsa. Równie ważne co zdrowie fizyczne jest zdrowie psychiczne.
W istocie szabatu nakazującej powstrzymanie się od jakiejkolwiek pracy zarobkowej doszukiwać się można pierwszego systemowego środka zapobiegającego wypaleniu zawodowemu oraz sprzyjającemu (przymusowemu) odpoczynkowi i zacieśnianiu więzi rodzinnych. Równowaga yin i yang nakazuje troskę o harmonię aktywności oraz regeneracji.
Ludy całego świata miały wypracowane rytuały związane z przeżywaniem żałoby - począwszy od szamanistycznych wędrówek odsyłających "zaginione dusze" do zaświatów, po słowiańskie dziady, które zapobiegały wypieraniu straty i zdejmowały lęk przed własną śmiercią. Wszelkie rytuały przejścia - czy to z wieku dziecięcego w dorosły,3 czy ze stanu wolnego w zamężny, czy między grupami społecznymi, miały na celu uniknięcie kryzysu tożsamości i jednoznaczne określenie konkretnej roli oraz związanych z nią obowiązków. Rytuał "odzyskiwania duszy" to właściwie wzorcowy model terapii antydysocjacyjnej. Polegał na poszukiwaniu w transie przez szamana, duszy osoby, która ją "utraciła" w wyniku traumy - czyli właśnie dysocjacji. Symboliczne wdmuchnięcie jej przez ciemiączko lub w serce pacjenta odpowiada współczesnym metodom zwalczania stresu pourazowego.
Buszmeni z Kalahari wierzą, że w brzuchu człowieka tkwi święta energia. Uwalnia się ona w trakcie ekstatycznego tańca, wędrując w górę kręgosłupa i powodując gwałtowne trzęsienie się ciała. Niektórzy badacze uważają, że to sposób na świadome uruchomienie mechanizmu układu nerwowego po sytuacjach stresowych. Współczesny człowiek Zachodu tłumi ten odruch - płacz czy drżenie ciała, doprowadzając do narastających problemów lub odrzucając naturalną terapię.4 Identyczne znaczenie ma rytualny taniec haka wykonywany przez Maorysów, który kojarzony jest głównie z meczami rugby.
Indianie Navajo rozumieli choroby psychiczne jako wypadnięcie ze stanu kosmicznej harmonii, na które środkiem zaradczym było usadowienie pacjenta w środku namiotu pośród symetrycznych, geometrycznych "świętych kształtów." Świadectwa powracających z II wojny światowej czy wojny wietnamskiej Indian dowodzą, że rytuał ten doskonale przeciwdziałał PTSD. Rytuały Towarzystwa Fałszywych Twarzy u Irokezów pozwalały pod ukryciem maski wyładować emocje, których reperkusji doszukiwano się również w sferze snów - i to ich przetwarzanie stanowiło istotny element zabaw.
To wszystko tylko jedna z twarzy obłędu. Twarz chorego, z którego chorobą podejmują walkę wierzenia całego świata. Inną, równie ciekawą, jest owa twarz walczącego - szamana, maga lub zwykłego wyznawcy. Gallowie - kapłani frygijskiej bogini Kybele i jej małżonka Attisa, dokonywali samokastracji, oddając męskość bogini. Następnie nosili kobiece stroje, biżuterię oraz makijaż. Czynili to wszystko na znak zawierzenia się Attisowi, który odciął sobie genitalia w ataku obłędu wywołanego przez zakochaną w nim Kybele.5
Osławiony kult Molocha w Kartaginie w momentach zagrożenia dla państwa dopuszczał rytualne składanie niemowląt, by przebłagać bóstwo. W czasie rytuału umieszczano dzieci na rozgrzanych od ognia ramionach posągu, skąd spadały wprost w płomienie. I nawet jeżeli tradycja biblijna naniesiona na państwo Kartagińczyków nie w pełni znajduje pokrycie naukowe, nie budzi wątpliwości, że na terenie obecnej Tunezji odkryto tysiące urn z prochami niemowląt oraz małych dzieci. Palenie ich w niezwykle kosztownym dla tamtej cywilizacji drewnie samo w sobie jest nader znamienne.6
Aztekowie rozcinali klatki piersiowe ofiar obsydianowym nożem i wyrywali im wciąż bijące serce, by przebłagać boga Słońca. Starożytni Chińczycy grzebali ludzi żywcem w ramach kultu przodków oraz jako ofiary zakładzinowe (mające dać pomyślność wznoszonym na nich budynkom7). Inkowie w rytuale Capacocha poświęcali bogom maleńkie dzieci, które uprzednio odurzali substancjami psychoaktywnymi. Ich ciała były wielokrotnie rażone piorunami, choć nie wiadomo, czy w ten sposób je uśmiercano, czy działo się to już po zgonach niemowląt. W Mezopotamii, Chinach, Egipcie, ale również w wielu kulturach afrykańskich czy indyjskich składano ofiary retencyjne - bliskich, sługi lub podwładnych zmarłych. Majowie i Germanowie w ramach daru dla bóstw deszczu oraz wody topili poświęcone im ofiary.
Podobnych rytuałów jest bez liku, występują jak Ziemia stara, długa i szeroka. Znajdujemy je u ludów Syberii i Środkowej Afryki, w Australii, Azji, Europie oraz w obu Amerykach. James Frazer w swym klasycznym dziele Złota gałąź dokonuje ciekawego podziału magii dawnych ludów, nadając nadrzędną kategorię magii sympatycznej i dzieląc ją na magię naśladowczą oraz zaraźliwą. Magia naśladowcza sprowadza się do prawa podobieństwa, czyli reguły, iż "podobne powoduje podobne" - niszczenie woskowej laleczki przedstawiającej wroga sprowadza na niego chorobę lub śmierć. Ten sam mechanizm mógł zostać wykorzystany przy zamienieniu ofiar z ludzi na ofiary z różnych "substytutów" i odstępowaniu od nich w kolejnych stuleciach.
Aztekowie wypiekali zwiastujące urodzaj figurki, a następnie je rytualnie dzielili i spożywali. W Szwecji wypiekano chleb w kształcie małej dziewczynki, jedzono go jako "Ducha Zboża." Podobne tradycje znajdujemy w starożytnym Egipcie, Grecji, a nawet u Aborygenów. I choć porównanie z Eucharystią nasuwa się samo, trudno mówić o wspólnym rdzeniu rytuałów. Mamy do czynienia z idealnym przykładem konwergencji duchowej lub tego, co Jung nazwał archetypem uniwersalnym. I właśnie owa międzyludzka tożsamość i podobieństwo w różnorodności uzasadniają ograniczenie materii, którą się zajmujemy, przede wszystkim do myśli cywilizacji szeroko rozumianego Zachodu. Pozwala to utrzymać w ryzach całą pracę, ale też dokonać ewentualnego ogólnego wnioskowania, wysnuwanego z ograniczonej treści. Nie tylko rytuały i dogmaty bywają dla ludzkości uniwersalne. Uniwersalna jest przede wszystkim śmierć i choroby, w tym obłęd. Nic, co ludzkie, nie jest nam obce. Nic, co obce, nie powinno być nieludzkie. I tym samym w pierwszej kolejności musimy przejść do... macicy.
Na arenę dziejów po raz pierwszy wkracza macica
Szaleństwo niemal zawsze funkcjonowało na pograniczu świata żywych oraz umarłych. Stanowiło wrota do świata, którego zdrowi na umyśle nie mogli widzieć ani doświadczać. Nawet jeżeli się go obawiano, zawsze bywał w jakiś sposób kuszący. Tak samo jak fascynujące były osoby dotknięte obłędem. Szaleństwo i obłęd w tym kontekście nie stanowią patologii ciała, ale anomalię duszy. Nie istnieje granica między medycyną, religią i magią, osadzone są na tym samym gruncie, a życie i śmierć pozostają ze sobą tak samo związane jak obłęd i zdrowie psychiczne. Ze względu na takie podejście do każdej diagnozy wplata się zagadnienie grzechu, wiary, oddawania czci bogom i ogólnej postawy chorego.
Sumerowie uzależniali zdrowie psychiczne od ścisłej współpracy człowieka i jego osobistego boga (swego rodzaju odpowiednika Ducha Świętego) - niemającego konkretnego imienia. Czuwał on nad człowiekiem i stanowił jego swoistą barierę autoimmunologiczną, do czasu gdy jego podopieczny nie popełnił poważnych występków względem norm społecznych - wówczas bóstwo z obrzydzeniem ulatywało gdzie pieprz rośnie. Na tym przykładzie doskonale widać, jak wielkiego znaczenia nabiera tabu. Jego złamanie stanowi przyczynę potępienia, a więc szaleństwa. W zasadzie potępienie oraz obłęd są dwoma przejawami tego samego zjawiska. Dwiema jego emanacjami.
Ze względu na trudności interpretacyjne, brak konkretnych źródeł, a także - prawdopodobnie - uwarunkowania miejscowe system wierzeń sumeryjskich, babilońskich i akadyjskich nie jest tak dobrze znany i rozumiany jak mitologie późniejsze albo w miarę im współczesna mitologia starożytnego Egiptu. Wiele - nomen omen - mitów narosło wokół najsłynniejszych bóstw: Pazuzu, Lamasztu, Asakku. W kontekście odkryć archeologicznych spojrzenie na nie zmienia się i nie jest już tak jednoznaczne jak niegdyś. Wystarczy fragment pisma na wypalanej czarce, by danemu bóstwu przypisać iście demoniczną rolę. Gdy badacze jednak natrafiają na amulet w kształcie owego bożka, postrzeganie zmienia się diametralnie. Dobro i zło w wielu ówczesnych religiach mają jedną twarz lub są dwiema twarzami jednego bytu. Reszta to pole interpretacji.
Teksty opisujące psychikę człowieka oraz sposoby radzenia sobie z niepożądanymi stanami znajdowano natomiast w Egipcie. Również tam za dolegliwości odpowiadały złe duchy wnikające w serce człowieka. W Papirusie Ebersa opisano prawdopodobnie depresję i schizofrenię. Szczególną uwagę zwraca jednak Papirus z Kahun. Jego treść opiera się na schemacie opisywania objawów, stawiania diagnozy oraz przedstawiania zalecanego leczenia. Pojawia się w nim koncepcja, która nadała kierunek leczeniu kobiet niemal do czasów współczesnych.8
Macica miała stanowić całkowicie oddzielny, żywy byt, wpływający na zachowanie oraz fizyczność kobiet (w pewien sposób jakże trafne!).
Badanie kobiety, którą oczy bolą tak, że nie widzi, a także ma bóle w szyi. Powinieneś o tym powiedzieć: to wydzieliny macicy w jej oczach. Powinieneś leczyć je poprzez okadzanie jej ciała kadzidłem i świeżym olejem, okadzanie tym jej macicy oraz okadzanie jej oczu tłuszczem z gęsiej nogi. Powinieneś podać jej do zjedzenia świeżą wątrobę osła.9
To tylko jeden z wielu przykładów. Czy to Egipcjanie stworzyli koncepcję wędrującej macicy, czy raczej dali wyraz myśli towarzyszącej ludzkości jeszcze wcześniej? Nie ma pisemnych świadectw ani żadnych innych dowodów, by koncepcja ta była znana w Ameryce Południowej czy na Dalekim Wschodzie. W przeciwieństwie do mnóstwa wytworów idei - czy to architektury, czy przedmiotów użytkowych - wspólny rdzeń w tym zakresie nie istnieje. Zresztą w ogóle starożytna medycyna wykazuje mnóstwo cech rozbieżnych w zależności od kontynentów, a nawet regionów świata. I mimo wspomnianej konwergencji to drugi powód, dla którego zagadnienie szaleństwa rozważam przede wszystkim na gruncie najbliższym kulturowo - europejskim i tym, który stanie się podwaliną europejskiej myśli medycznej kolejnych tysiącleci. A tych podwalin jest i tak wiele.
Powróćmy jeszcze do papirusu z Kahun. Przypuszczalnie odnotowano w nim jeden z pierwszych zapisów dotyczących postępowania w sytuacji depresji:
Badanie kobiety, która lubi swoje łóżko i nie chce z niego wstać, a jej ciało jest ociężałe. Powinieneś o tym powiedzieć: To są uściski macicy. Powinieneś je leczyć, dając jej wypić napój z wody i mąki jęczmiennej, tak by natychmiast go zwymiotowała.10
Znowu macica i wszystko przez macicę. Trudno jednoznacznie orzec, skąd się wzięło przekonanie o takiej doniosłości tego organu. O ile Grecy czy Rzymianie, co do zasady, nie praktykowali sekcji zwłok, o tyle Egipcjanie powinni zdawać sobie sprawę, jak mocno przytwierdzona jest więzadłami oraz mięśniami do miednicy. Choć niewykluczone, że po śmierci i na skutek suszenia zwłok w procesie balsamowania kurczyła się tak mocno, że zlewała się z innymi organami w papkowatą całość. Egipskie spostrzeżenia rzutowały tym samym na późniejsze myślenie helleńskie i hellenistyczne. Koncepcję wszechwładnej i wszechwinnej macicy rozwinęli Hipokrates oraz ludzie z jego otoczenia w Corpus Hippocraticum. Sam Platon w Timajosie odnotowuje:
U kobiet znowu są pochwy i macice tak zwane z tego samego powodu. To jest ukryte w ciele zwierzę, które chce rodzić dzieci. Kiedy w okresie dojrzałości długi czas owoców nie wydaje, cierpi i gniewa się. Błądzi po całym ciele, zatyka przewody powietrzne, odetchnąć nie daje, w kłopoty najgorsze wpędza i wszelkiego rodzaju inne choroby powoduje.11
Macica staje się zwierzęciem! Aretajos z Kapadocji ugruntowuje to myślenie już w czasach po urodzeniu Chrystusa:
Pośrodku boków kobiety leży macica, kobieca, lepka, bardzo przypominająca zwierzę; porusza się ona bowiem tu i tam po bokach, również w górę w linii prostej aż pod chrząstkę klatki piersiowej, a także ukośnie w prawo lub w lewo, albo do wątroby, albo do śledziony; jest również podatna na opadanie i, jednym słowem, jest całkowicie nieobliczalna. Rozkoszuje się też wonnymi zapachami i zbliża się do nich; a także unika cuchnących zapachów i ucieka przed nimi; ogólnie rzecz biorąc, macica jest jak zwierzę w zwierzęciu.12
Temat warto w tym miejscu jedynie zaznaczyć, aby nakreślić grunt koncepcji, która jak wspomniano, będzie miała swoje ogromne konsekwencje w medycynie, w tym psychiatrii, jeszcze w XIX wieku, gdy kobiety w zakładach psychiatrycznych staną się obiektem pokazów oraz "teatrów szaleńców." Powstanie mit o leczeniu obłędu wibratorem, będą praktykowane (całkowicie poważnie) terapie wodne kierowane na podbrzusze oraz leczenie zapachami, mającymi odciągnąć niesfornie wędrującą po damskim ciele macicę. W ciągu kilku tysięcy lat na tym gruncie medycyna prawie się nie zmieniła. W umysłach najświatlejszych europejskich uczonych wciąż tkwił starożytny egipski mag-medyk.
Obłęd w rękach marketingowców
Szaleństwo szybko stało się wygodnym narzędziem propagandy. Święta wieszczka, szamanka, przekształciła się w natchnionego złymi duchami "wroga," w końcu rozdział między dobrym a złym obłędem istniał w najlepsze, różnica była oczywista. Dobry obłęd legitymizował, zły - tworzył uzurpatora.
Jednym z pierwszych przejawów systemowej walki z "szaleństwem" jest wymazywanie z kart historii faraona Amenhotepa IV vel Echnatona. Lista zarzutów była długa, począwszy od zmiany imienia i nakazania monoteizmu, poprzez przeniesienie stolicy z Teb i Memfis na Achetaton, po rewolucję w sztuce oraz nieuzasadniony pacyfizm.
Czy faraon był szalony, czy jedynie stanowił przykład wizjonera - teorii jest wiele. Analizowano jego pochodzenie, ewentualne obciążenie chorobami genetycznymi, prześwietlono mumie członków rodu. Większość najbardziej sensacyjnych teorii upadała jedna po drugiej, pozostawiając tylko opowieść o człowieku, który chciał dokonać radykalnych zmian, zrywając z dotychczasowym porządkiem (oraz systemowymi patologiami (skąd my to znamy?).
Po akcji musiała nastąpić reakcja, po rewolucji - kontrrewolucja. Posągi Echnatona były masowo rozbijane, a ich twarze oraz oczy zeskrobywane, co miało zabić przebywające w zaświatach dusze. Splądrowano królewski grobowiec i rozbito sarkofag. Mumia została zapewne sprofanowana w niemal takim samym akcie jak prawie cztery tysiąclecia później zwłoki królów w trakcie rewolucji francuskiej, w bazylice Saint-Denis. Dokładnie tak samo usuwano wszelkie ślady po władcy - zapisy imienia, całe kroniki, drobne wzmianki. Lata panowania Echnatona dopisano Horemhebowi, aby wydawało się, że objął on władzę bezpośrednio po zgonie Amenhotepa III. O tak, niepamięć miała być najstraszniejszą karą. Starożytni Egipcjanie nie ekscytowali się samym obłędem faraona, nie zamierzali przypisywać mu dodatkowych szalonych decyzji ani zachowań. Niewykluczone, że obłęd władcy mógł być wtedy jeszcze przez pewne kręgi poczytywany jako natchniony - jako wyraz woli boskiej, bez względu na konsekwencje.
Zmieniło się to w ciągu kolejnych stuleci. Przewrót pałacowy Dariusza I Wielkiego zapewne stał się pretekstem do stworzenia pierwszego zakrojonego na wielką skalę negatywnego pijaru. Nie wymazywania z historii, nie przemilczania, ale przypisania "złego obłędu", co miało mieć potworną siłę rażenia i stać się powszechną praktyką przez kolejne wieki.
Kambyzes miał według Herodota popaść w stopniowe szaleństwo po dokonaniu świętokradztwa i zabiciu byka Apisa - świetego zwierzęcia Egipcjan. Klątwa oraz obłęd stały się ponownie bezpośrednią konsekwencją przełamania tabu, popełnienia grzechu - choćby na innej religii. Szaleństwo i grzech ponownie zyskują wspólną płaszczyznę. Cierpiący na paranoję król miał potajemnie zamordować brata, otwierać pradawne sarkofagi i palić święte księgi. Dopisano mu kazirodcze małżeństwa, szydzenie z bogów, okrucieństwo wobec poddanych i dworzan. Podczas jednej z libacji ponoć zastrzelił z łuku członka świty tylko po to, by pokazać, że ma "pewną dłoń". Zdaje się, że zdecydowana większość z tych zarzutów jest wymyślona. Doskonale jednak pokazują, jakie zachowania najmocniej godziły w poczucie "normalności" oraz jednocześnie stanowiły najpoważniejsze grzechy.
Okrucieństwo, kazirodztwo, świętokradztwo. Czyż nie te same przewiny przypisywano pierwszym chrześcijanom w Imperium Rzymskim? Chrześcijanom, którzy nazywali się kazirodczo nawzajem "braćmi i siostrami," którzy przekazywali sobie "pocałunki pokoju," nie składali ofiar bogom, a do tego spożywali ciało oraz krew swego Mesjasza?
Czy inne przewiny przypisywano templariuszom - profanującym krzyż homoseksualistom palącym nieślubne dzieci i robiącym maści z ich tłuszczu? Czyż to nie grzechy żydów porywających chrześcijańskie dzieci, by wytoczyć z nich krew do produkcji macy, bezczeszczących w synagogach hostie oraz praktykujących wewnątrz gmin zepsute kazirodztwo? Przykładów stygmatyzacji zarówno indywiduów, jak i całych grup społecznych jest bez liku, niektórym z nich zresztą jeszcze się przyjrzymy.
Czy do rozprzestrzeniania negatywnej propagandy mógł być zdolny ktoś tak prawy jak Leonidas? Czy wzór cnót oraz honoru stanąłby za intrygą mającą zdyskredytować prawowitego władcę? Można tak przypuszczać.
Oto uwięziony w dybach mężczyzna czeka, aż pozostanie sam na sam z jednym tylko strażnikiem. Kiedy wreszcie do tego dochodzi, przywołuje go skinieniem głowy.
- Daj mi nóż.
- Ależ...
- Daj mi nóż, bo skończysz w najgorszych męczarniach.
Strażnik nieśmiało ulega autorytetowi więźnia - jest nim wszak Kleomenes, król Sparty, który formalnie nadal sprawuje władzę, jednak ze względu na swe szaleństwa został odizolowany i dla własnego dobra skrępowany.
- Jeżeli będziesz chciał, panie, odejść - zastrzega strażnik - będę musiał cię powstrzymać.
- Nie zamierzam uciekać - odpowiada władca. - Nie martw się o to.
Helota oddala się na korytarz, pozostawiając Kleomenesa samego. Wtedy rozgrywa się jedna z owych makabrycznych scen, które staną się udziałem szaleństwa na przestrzeni dziejów. Król tnie nożem swoją skórę na pasy. Ściąga je jeden po drugim, jakby obierał zwierzynę. Stopy, golenie, uda... Rozpruwa się, nieczuły na ból ani upływ krwi. Kiedy dociera do brzucha, ze środka wypływają wnętrzności. Rozlewają się dokoła niego, cuchnąca treść jelit brudzi podłogę. Dopiero wtedy władca osuwa się martwy na ziemię.
Tak, to samobójstwo godne Spartanina, godne króla ludu, który posłał trzystu mężnych do wąwozu termopilskiego. Jednak czy aby możliwe? Zdaje się, że szok spowodowałby omdlenie znacznie wcześniej, niż dotarłoby się z darciem pasów z samego siebie do brzucha. Czy zatem i droga Kleomenesa do szaleństwa została utorowana na zlecenie, tak by wraz z jego śmiercią stanowić kolejny z mitów propagandowych uprawomocniających uzurpację tronu przez Leonidasa?
Wszak pisano, że Kleomenes od najmłodszych lat wykazywał niestabilność emocjonalną, miał obsesję na punkcie władzy i dążył do pozbycia się wszelkich oponentów. Władca miał przekupić wyrocznię delficką, by ogłosiła, że współrządzący z nim król Demaratos jest bękartem pozbawionym praw do tronu. Demaratos został wygnany, a zamiast niego na tronie zasiadł sprzyjający Kleomenesowi Leotychidas. Niebawem jednak przekupstwo wyszło na jaw, a wściekli Spartanie doprowadzili do obalenia Kleomenesa. Jakiś czas później zezwolono królowi na powrót i ponowne objęcie urzędu, ale rychło jego karierę przekreśliły doniesienia o postępującym szaleństwie. Kleomenes miał okładać laską mijanych obywateli Sparty, popadać w furię, a nawet - co w tamtejszym świecie było szczególnym przełamaniem tabu - upijać się.13 Takie zachowanie doprowadziło do jego wykluczenia ze społeczeństwa, a potem samobójstwa. Szaleniec skończył sam ze sobą. Jego córka została żoną Leonidasa, ale w tym przypadku bliskie pokrewieństwo nie stanowiło problemu. Ot - kwestia perspektywy. W świecie dbałości o sukcesję tronu i zabezpieczenie interesów dynastycznych kazirodztwo bywa uzasadnione. Liczy się interes dynastii.
Czarna propaganda prawdopodobnie dopadła również króla Kserksesa. Do jednych z najbardziej osobliwych wydarzeń opisanych przez Herodota doszło podczas drugiej wojny perskiej, gdy ów władca postanowił szybko przetransportować ogromną armię z Azji do Europy przez cieśninę Hellespont (obecnie Dardanele). Najwybitniejsi inżynierowie opracowali dwa wspaniałe mosty okrętowe, zbudowane z powiązanych linami jednostek. W chwili gdy wojska miały rozpocząć przeprawę przez cieśninę, rozpętał się potężny sztorm i konstrukcje całkowicie się rozpadły.
Pyszny (gr. hybris) władca wpadł w furię. Natura nie mogła się przeciwstawiać wszechwładnemu królowi! Natura musi być mu posłuszna. Natychmiast nakazano sprowadzenie na wybrzeże najlepszych państwowych katów.
- Wymierzcie morzu trzysta razów! - nakazał wściekły Kserkses. - I ani jednego mniej!
Rozpoczęło się biczowanie, ale i tego było królowi mało. Rozkazał, by w kipiel wrzucono kajdany, mające symbolicznie zniewolić morze. Rozżarzonym żelazem wypalano na nim natomiast piętno niczym na najpowszechniejszym przestępcy. Grzeszna furia Persa trwała w najlepsze:
Polecił tedy biczownikom, ażeby przy wykonywaniu tego, co im nakazał, wymawiali te barbarzyńskie i bezbożne słowa: "o gorzka wodo! oto pan twój tę karę ci nakłada za to, żeś go pokrzywdziła, żadnej szkody odeń nie doznawszy. A król Xerxes przekroczy ciebie, czy będziesz, czy nie będziesz chciała; wszakże sprawiedliwie żaden człowiek ofiar tobie nie składa, ponieważ jesteś mętną i słoną rzeką". Morze więc tak ukarać, przewodniczącym zaś związaniu Hellespontu głowy odciąć kazał.14
I znowuż Herodot staje się głównym źródłem sensacyjnych historii. Choć most pontonowy najprawdopodobniej istniał i rzeczywiście został zniszczony przez sztorm, biczowanie wydaje się nadzwyczaj wątpliwe. Mimo to Grecy doskonale podnosili własne morale i zarazem prowadzili własną narrację historyczną, ukazując władców Persji jako niepoczytalnych degeneratów. Przymiot owej pychy - hybris - stawiał ich w pierwszym szeregu najgorszych grzeszników. Któż bowiem sprzeciwia się naturze i bogom? Tylko najgorsi szaleńcy - i to szaleńcy w złym, ohydnym znaczeniu. Naprzeciw nich stają natomiast szaleńcy boscy - szaleńcy natchnieni.
Oczyszczenie przez przeczyszczenie i inne terapie
W dialogu Fajdros Platon wymienia cztery rodzaje szaleństwa, które traktuje nie jako potępienie, nie jako konsekwencję grzechu, lecz - wręcz przeciwnie - jako dar od bogów. Szaleństwo apolińskie (profetyczne) objawiało się u kapłanek i wyroczni, pozwalając wglądać w przyszłość - stanowiło bezpośrednią kontynuację natchnienia owej szamanki z Bad Dürrenberg, kontynuację odwiecznych pragnień i obaw ludzkości. Bardzo bliskie było mu szaleństwo mistyczne - będące owym szałem, obłędem religijnym, uwalniającym człowieka od trosk, a nawet chorób, w takcie obrzędów. To znowuż spuścizna rytualnych śpiewów w jaskiniach i tańców przy pochodniach odbierających powietrzu tlen. Dobre szaleństwo trwa od prehistorii i stanowi spuściznę pokoleń.
W starożytnej Grecji bachantki w czasie świąt popadały właśnie w ów święty obłęd - manię. Towarzyszył mu entuzjazm - dziś mający nieco inną wymowę, a w grece oznaczający dosłownie "wpuszczenie bóstwa do środka". Kobiety - menady - porzucały domy rodzinne i udawały się w góry, gdzie rytualnie ubrane oddawały się tańcowi w rytmie bębnów oraz piszczałek. Następnie w ramach obrzędu rozrywały ciała żywych zwierząt (sparagmos), po czym spożywały ich surowe mięso (omofagia), co miało symbolizować zjednoczenie z pierwotną naturą, a zdaniem niektórych stanowiło swoistą przedchrześcijańską komunię Dionizosa. Misteria orfickie opierały się na rytuale odnoszącym się do Dionizosa Zagreusa, który miał zostać rozszarpany właśnie w akcie sparmagos przez tytanów. Pożarto go, lecz Atenie udało się wykraść serce młodzieńca. Dzięki temu ciało zostało następnie wskrzeszone przez Zeusa. Bogowie potrzebowali kogoś, kto będzie rubasznie wznosił czarki z winem i przepijał do renty olimpijskiego towarzystwa.
Tutaj cielę żałośliwie beczy,
Dostatnio wykarmione: bachantka je srogo
Rozdziera na połowy, a tam znowu mnogo
Krów poszło, scharatanych na kęsy!
Tu leżą to żebra, to racice, krwią oblane świeżą,
Krew cieknie z świerków, z jodeł, na które kawały
Poszarpanego mięsa rzucał oszalały
Tłum niewiast. Nawet byki, w róg swój dufające,
O ziem runęły cielskiem, kiedy rąk tysiące
Tych młódek opętanych strasznie na nie parły.15
Plutarch pisał, jakoby w tych rytuałach miała brać udział nawet matka Aleksandra Wielkiego, Olimpias. Wzmianki o nim znajdują się również u jednego z pierwszych chrześcijańskich teologów - Klemensa Aleksandryjskiego. Oczywiście pojawiają się wątpliwości co do skali wspomnianych rytuałów, ich uczestników oraz ewentualnych ofiar. W tym wypadku czarny pijar mógł być dziełem patriarchalnego społeczeństwa, które przypisywało wyzwalającym się (raz na dwa lata) kobietom iście barbarzyńskie cechy.
Dwa pozostałe rodzaje platońskiego szaleństwa, to owo natchnienie czy też wena, spływające na twórców - szaleństwo artystyczne oraz szaleństwo miłosne. To ostanie jest zresztą uważane za najlepsze:
Sokrates: Bośmy powiedzieli, że Eros to pewnego rodzaju szaleństwo. Nieprawdaż?
Fajdros: Tak.
Sokrates: A szaleństwo ma formy dwie: jedna pochodzi z choroby ludzkiej, a druga z boskiego wyrzeczenia się zwyczajów i obyczajów ludzkich.
Fajdros: Tak, tak.
Sokrates: A boski szał wedle czterech bóstw na czteryśmy części podzielili i prorocze natchnienia przypisaliśmy Apollinowi, Dionizosowi mistyczne, Muzom zaś poetyckie, a o czwartym szale od Afrodyty i Erosa, o szale miłości, powiedzieliśmy, że najlepszy, a potem zaczęliśmy szał miłosny jakimiś dzikimi obrazami malować.16
Zasada jest całkiem prosta. Widok estetycznych rzeczy rozbudza w duszy wspomnienie Absolutnego Piękna, poznanego w świecie idei, przed narodzinami. Ta reminiscencja wprawia w stan uniesienia, który może być brany za zwykłe szaleństwo, ale w istocie jest czymś więcej. Oto w świat obłędu wkracza filozofia, więc najwygodniej byłoby po prostu zmienić temat. Niestety to okaże się wcale nie tak łatwe.
Z pewnością Platon doskonale znał powszechnie już akceptowaną teorię czterech płynów Hipokratesa. Ciało ludzkie miało podlegać tym samym prawom, którym podlegał wszechświat - a wraz z nim cztery żywioły, cztery pory roku, cztery stany materii. I znów w świecie praojca medycyny pojawiły się pojęcia immanentnie związane ze światem idei, ze światem filozoficznego pojmowania wszechrzeczy. Hipokratesowi trzeba jednak oddać, iż zerwał z koncepcją kardiocentryzmu na rzecz cerebracentryzmu - za najważniejszy organ uznając mózg. Jest to zresztą zagadnienie nakłaniające do ciekawych refleksji.17
Pamiętajmy, że Egipcjanie w trakcie mumifikacji pozbywali się mózgu wręcz jako podrobu, jako materii niewartej oddzielnego balsamowania, a już na pewno nie umieszczenia - jak na przykład serca - w szkatułce. Często wyciągano go rurką przez nos, uprzednio zamieniwszy go w miazgę za pomocą specjalnych narzędzi. Ośrodkiem życiowym, ośrodkiem myśli i pamięci było dla mieszkańców kraju faraonów jedynie serce. Dziś nie jesteśmy w stanie postrzegać człowieka inaczej niż przez pryzmat mózgu. Powstał nawet istotny dylemat - czy transplantacja mózgu do innego ciała sprawiłaby, że nadałby on tożsamość wszystkim pozostałym tkankom? Czy ciało w zetknięciu z mózgiem jest aż tak nieistotne? To tylko rozważania na marginesie.
Szaleństwo według Hipokratesa nie było karą zesłaną przez bogów ani skutkiem opętania. Stanowiło chorobę wynikającą z zaburzeń pracy mózgu i nierównowagi płynów (humorów) w organizmie, a także dodatkowych, jakże ciekawych czynników. W tym miejscu najlepiej oddać głos samemu Hipokratesowi (czy raczej jego uczniom, którzy spisali te koncepty):
Ludzie powinni wiedzieć, że z niczego innego, jak tylko z mózgu, pochodzą radości, rozkosze, śmiech i zabawy, a także smutki, żale, przygnębienie i narzekania. I dzięki temu, w szczególny sposób, nabywamy mądrości i wiedzy, widzimy, słyszymy i wiemy, co jest brzydkie, a co piękne, co złe, a co dobre, co słodkie, a co niesmaczne; niektóre rzeczy rozróżniamy z przyzwyczajenia, a inne postrzegamy po ich użyteczności. Dzięki niemu [mózgowi] odróżniamy przedmioty, które lubimy, od tych, których nie lubimy, w zależności od pory roku; a te same rzeczy nie zawsze nam się podobają. I przez ten sam narząd stajemy się szaleni i majaczymy, a lęki i przerażenia atakują nas, niektóre w nocy, a niektóre w dzień, i marzenia, i przedwczesne odejścia, i nieodpowiednie troski, i nieznajomość obecnych okoliczności, zaniedbanie i niezręczność. Na wszystkie te dolegliwości cierpimy z powodu mózgu, gdy nie jest zdrowy, gdy jest bardziej gorący, bardziej zimny, bardziej wilgotny lub bardziej suchy niż naturalnie, albo gdy cierpi na jakąkolwiek inną nadprzyrodzoną i niezwykłą dolegliwość. I z powodu jego wilgoci popadamy w obłęd. Gdy bowiem jest bardziej wilgotny niż naturalnie, musi się poruszać, a poruszone doznanie nie pozwala ani wzrokowi, ani słuchowi zaznać spokoju, a język mówi zgodnie ze wzrokiem i słuchem.18
Nie można temu odmówić pewnej logiki. Tak, w tym szaleństwie z pewnością jest metoda. I jeżeli się komuś wydaje, że podobne teorie mogły być snute jedynie w starożytności, a jeszcze lepiej w wiekach średnich, już teraz wypada nadmienić, że znajdą odzwierciedlenie w leczeniu chorób psychicznych niemal do końca XIX stulecia - a będą to terapie zaiste nieprawdopodobne. O tym jednak powiemy w swoim czasie.
Z myśli Hipokratesa wywiedziono pochodzenie melancholii od nadmiaru czarnej żółci, chłodzącej i zatruwającej mózg. Manie powodował nadmiar żółtej - gotującej się w mózgu - nomen omen - żółci. Paranoje oraz otępienie wiązano natomiast z niewłaściwym obiegiem śluzu, blokującym logiczne myślenie. Takie rozumowanie prowadziło do zasadniczego, iście rewolucyjnego wniosku - szaleństwo nie jest mistyczne ani natchnione, szaleństwo można leczyć, a nawet mu zapobiegać. Po raz pierwszy na dotychczasowym ugorze może wyrosnąć tak bujna myśl o zdrowiu psychicznym oraz opiece nad nim. Rozdźwięk świata idei Platona i świata medycyny mógł, w rzeczy samej, przyprawić o konfuzję.
Grecy w swoich teoriach byli konsekwentni (i konsekwentnie pozostawiali nam swoje dziedzictwo). Skoro szaleństwa i depresje wynikały z nadmiaru żółci, należało się jej pozbyć, by wyrównać równowagę płynów. Można to było robić w systemowy sposób. Nic dziwnego, że leżąca na brzegu Zatoki Korynckiej Antikyra stała się jednym z największych antycznych centrów leczenia chorób psychicznych. W tej miejscowości lekarze opracowali unikatowy przepis - zmieszawszy rosnący w okolicy ciemiernik (toksyczny) oraz inne rośliny, uzyskali silny, ale dość bezpieczny dla pacjenta środek wymiotny i przeczyszczający. Terapia właśnie tą miksturą miała uzdrowić samego Heraklesa. Efekty lub marketing były wyborne, gdyż Antikyra jeszcze w czasach rzymskich cieszyła się sławą uzdrowiska. Mawiano nawet: Naviga ad Anticyram, co stanowiło starożytny odpowiednik jakże nam dobrze znanej frazy: "Idź się leczyć". Ot, kolejny dowód, że świat, człowiek i człowiecze szaleństwa nie zmieniają się przez tysiąclecia.
I choć Herakles trafił do uzdrowiska, sam na swój sposób również był dla Greków lekarstwem. Ale by pojąć jego działanie, zarysujmy jeszcze pewien kontekst. Od boskiego szaleństwa, owej platońskiej czwórcy, należało odróżnić szaleństwo zewnętrzne - niszczycielską siłę zsyłaną przez bogów, która pozbawiała ofiary kontroli nad własnym losem. Często ten stan prowadził do "grzechu," do przełamania tabu - zbrodni, kazirodztwa, występku przeciw prawom natury. Co ciekawe, mamy w tym przypadku do czynienia z odwróceniem podstawowego modelu, iż to występek prowadzi do szaleństwa. To konflikt z bóstwem lub pycha, owa hybris, bywała czynnikiem zapalnym uruchamiającym reakcję tyleż metafizyczną, ile psychiczną. Jednym z przykładów owego boskiego destrukcyjnego obłędu był szał zesłany na Heraklesa za pośrednictwem Lyssy. Herakles, ów prawy obrońca uciśnionych i pogromca bestii, w amoku wziął własną żonę oraz dzieci za największych wrogów, po czym bezwzględnie ich wymordował.
Za drugi przykład służy historia Ajaksa, rozwścieczonego tym, że zbroja po Achillesie nie przypadła jemu, ale Odyseuszowi. Prawy i dumny dotąd wojownik postanowił pozbawić życia greckich wodzów, którzy tak plugawo obrazili jego honor. W nocy przed zaplanowaną zbrodnią Atena pomieszała mu jednak zmysły. Ajaks, tuż po przebudzeniu, wpadł do obozu i rzucił się z mieczem na stado owiec. Dokonał istnej rzezi, przekonany, że morduje Agamemnona i Odyseusza.
W jednym i drugim przypadku prawdziwy dramat nadchodzi wraz z ustaniem szaleństwa, wraz z odzyskaniem świadomości. Oto wspaniali bohaterowie, prawi i dumni, muszą się zmierzyć z własnymi czynami. Herakles chce się pozbawić życia, ale powstrzymuje go przed tym Tezeusz. Samobójstwo byłoby wszak najłatwiejszym aktem, niegodnym herosa i przypieczętowującym jego los jako zwykłego mordercy. Należy wybrać drogę trudniejszą - zmierzenia się z traumami i odpokutowania za nie. Wówczas wyrocznia delficka wyznacza Heraklesowi owych słynnych dwanaście prac, które mają mu przynieść odkupienie.
Sytuacja Ajaksa jest bardziej złożona. Wyśmiany przez niedawnych towarzyszy broni, upodlony i wykpiony, musi uratować honor wojownika. Zmyć hańbę może tylko w jeden sposób - rzuca się na własny obnażony miecz.
Oba mity stały się wspaniałą kanwą dla tragedii Eurypidesa i Sofoklesa. I właśnie w ten sposób, za pomocą katharsis, Herakles oraz Ajaks stawali się swoistymi lekarstwami, sposobami na oczyszczenie dusz oraz umysłów. Widzowie tragedii (ale przecież poniekąd również słuchacze mitów) doświadczali współczucia (eleos) i trwogi (phobos). Owe dramaty stawały się pierwszymi autoterapiami. Zrozumienie kruchości ludzkiego losu, tego, że nawet herosi mogą postradać zmysły i kontrolę nad sytuacją, pozwalało zaakceptować swoje słabości i lepiej radzić sobie z kryzysami we własnym życiu. Wszystko odbywało się przy tym w doskonale kontrolowanych, niemal kozetkowych warunkach - na trybunach teatru i przy zachowaniu bezpiecznego dystansu od rozgrywanych wydarzeń. Ciekawe w tym kontekście jest jeszcze przekonanie Greków owych czasów, iż ta swoista autoterapia, owo katharsis, nie jest jedynie rozrywką, nie jest dobrowolną kuracją, a swoistym obowiązkiem obywatelskim.19
Oczywiście, nie tylko tragedia grecka obrazuje helleńskie i hellenistyczne podejście do szaleństwa. Świat architektury oraz rzeźby przeniknięte były harmonią, która stanowiła niemal świętą zasadę. Menada wyrzeźbiona przez Skopasa łamie tabu, pokazując postać tańczącej bachantki zamiast w kontrapoście - z ciałem gwałtownie wygiętym w dynamicznej pozie (zob. il. 1). Odrzucona do tyłu głowa, odsłonięta szyja, rozpuszczone włosy - wszystko to obrazowało chaos. Skopas głęboko osadził oczy tańczącej, jej lekko rozwarte usta ukazują wewnętrzne cierpienie oraz lęk. Ach nie, to nic nowatorskiego ani rewolucyjnego. Całość to figura kogoś, kto utracił zmysły, kogoś, kto wymaga potępienia na równi z barbarzyńcami. Potępienia patriarchatu nad kobiecą wolnością.
O tak! Wyzwolona kobieta jest niczym barbarzynka. Nie zasługuje na spokój, na harmonię, na symetrię. Dołącza do całej plejady postaci, które w kontrze do pięknych i harmonijnych Greków są przedstawiane jak dzikie bestie. Oto centaurowie uwiecznieni choćby na metopach Partenonu, oto wiszący Marsjasz, który przeciwstawił się bogu ładu - Apollinowi, oto wreszcie Gal zabijający żonę, którego znamy z rzymskiej kopii. Ruch, brak harmonii, chaos - to objawy szaleństwa, bezsilności wobec fatum. Jakże wspaniałym przykładem jest przecież słynna Grupa Laokoona, arcymistrzowsko przedstawiająca ów obłęd wynikły z uwolnienia instynktu przetrwania. Do dziś zresztą neurobiolodzy wskazują na zbawienny wpływ symetrii, porządku i harmonii na umysł oraz psychikę. Szkoda, że współcześni artyści i architekci zdają się jednak o tym permanentnie zapominać.
W tym kontekście szczególnego znaczenia nabierają szaleństwa Diogenesa z Synopy, owego "Szalonego Sokratesa," jak mawiał o nim Platon. Radykalne przełamywanie zastanego porządku społecznego, zasad, musiało przypisać mu łatkę obłędu, jednak bez żadnych cech negatywnych - agresji, wściekłości czy bluźnierczego przełamywania tabu. Zamieszkanie w beczce na wino i ekscentryczne zachowania stawiały go na granicy poczytalności, pozwalając jednocześnie na postawienie się w roli niemal duchowego akuszera mądrości. Podobne intencje, choć przy innych środkach wyrazu, miał również "śmiejący się filozof" Demokryt z Abdery. Jego współziomkowie wezwali ponoć Hipokratesa, by zdiagnozował obłęd ekscentryka, lecz praojciec medycyny miał go uznać za najmądrzejszego z ludzi.
Nadmieniliśmy już co nieco o przyszłości terapii obłędu aż do XIX wieku, jednak tym bardziej warto wspomnieć, że Grecy w sanktuariach poświęconych Asklepiosowi poprzez przeczyszczanie i pobudzanie wymiotów jedynie przygotowali "oczyszczone ciało na oczyszczenie umysłu". Oprócz wymiotowania i wypróżniania składało się jednak na nie oglądanie sztuk teatralnych, post tudzież kąpiele w świętych źródłach. Po rytualnym przygotowaniu chorzy kładli się na specjalnych łożach w wydzielonych częściach sanktuariów, a w trakcie snu miał się im objawić Asklepios. Wokół nich pełzały i wiły się oswojone, niejadowite węże Eskulapa, których dotyk rzekomo miał działanie nasenne oraz uzdrawiające. Po przebudzeniu kuracjusze opowiadali sny kapłanom - występującym w rolach terapeutów, którzy po dokonaniu ich interpretacji zalecali dalsze postępowanie. Terapia mogła polegać na zmianie diety, zastosowaniu kuracji ziołowej, wodnej lub odpowiednich ćwiczeniach fizycznych.
Gdyby przeprowadzone leczenie nie odniosło skutku, istniała jeszcze możliwość pozbawienia kuracjusza lub niedoszłego kuracjusza władzy nad majątkiem. Specjalną procedurę zwaną paranoias dike dopuszczało, między innymi, prawo ateńskie. Polegała ona na odebraniu prawa zarządzania rodzinnym majątkiem głowie rodu - z powodu popadnięcia przez nią w obłęd lub otępienie starcze. Skargę kierowano do urzędnika - archonta, stojącego na straży praw rodzinnych w polis. Następnie trafiała do rozstrzygnięcia przed kolegialny sąd obywatelski - dikasterion. Cała procedura zabezpieczała zarówno interes prywatny, jak i państwowy - wszak zubożałe rody miały mniejszy wkład w świadczenia na rzecz państwa-miasta. Pragmatyzm ponad wszystko.
Jedną z osób poddanych procedurze miał być nawet Sofokles, oskarżony przez swego syna Jofona. Odczytanie błyskotliwego fragmentu najnowszej tragedii przekonało jednak sędziów, że jest on w pełni poczytalny. Dziś, co prawda, często kwestionuje się wiarygodność tej opowieści jako opartej na współczesnej Sofoklesowi komedii. Warto jednak odnotować, że w tym ideale demokracji, systemie bez skazy, którego krytyka dzisiaj wywołuje wściekłość lub zarzut o obłąkanie, kobiety pozostawały pod kuratelą mężczyzn - mężów, ojców lub najbliższych krewnych. Niczym szaleńcy.
Dalsza część w wersji pełnej