Obłęd rotmistrza von Egern - Szczepan Twardoch

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (34,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Obłęd rot­mi­strza von Egern

Za­chód na próżno szuka so­bie formy ago­nii god­nej wła­snej prze­szło­ści[1].

Emil Cio­ran

Pod ru­iny po­de­szli je­dyną drogą - od po­łu­dnia, ko­nie i tak mu­sieli zo­sta­wić ni­żej. Nie mieli szans zdo­być zamku jed­nym szwa­dro­nem. Hu­za­rzy byli do­brymi żoł­nie­rzami, ale tu­taj trzeba by sa­mo­bój­ców, ka­wa­le­rzy­ści zaś ko­chali swego do­wódcę wła­śnie za to, że nie ka­zał im umie­rać na próżno.

Do­wo­dzący szwa­dro­nem rot­mistrz za­blo­ko­wał tę je­dyną drogę, wie­dział, że po­wstańcy są zbyt wy­czer­pani, aby ro­bić ja­kieś wy­cieczki. Poza tym nie mieli do­kąd się prze­bi­jać. Tak na­prawdę to już nie była wojna - po bi­twie pod Aigey po­wsta­nie skoń­czyło się, de­fi­ni­tyw­nie i zu­peł­nie. W bi­twie wy­gra­nej kar­nymi sze­re­gami gre­na­die­rów lekka ka­wa­le­ria, w tym szwa­dron jego hu­za­rów, nie ode­grała żad­nej roli - po wszyst­kim wy­słano go w po­ścig z roz­ka­zem do­rzy­na­nia nie­do­bit­ków. I tak to trwało już ko­lejny mie­siąc.

Jo­achim von Egern zo­stał ofi­ce­rem ka­wa­le­rii, aby w sza­lo­nym ga­lo­pie roz­bi­jać sze­regi ba­gne­tów, a stał się goń­czym psem, szczu­tym na wy­da­ją­cego ostat­nie tchnie­nie zwie­rza. I tak nie było to naj­gor­sze z za­dań, ja­kie przy­szło mu wy­peł­nić; nie­raz jego szwa­dron ga­niał po le­sie żoł­nie­rzy spod wła­snych sztan­da­rów. Ła­pał de­zer­te­rów - za­zwy­czaj też jego hu­za­rzy je­chali zło­wiesz­czo po bo­kach i z tyłu dłu­gich ko­lumn li­nio­wej pie­choty, od­bie­ra­jąc in­fan­te­rii na­dzieję na szczę­śliwą ucieczkę. Nie­na­wi­dzono ich za to, a on od­wdzię­czał się pie­cho­cie po­dobną nie­na­wi­ścią. Hu­za­rzy rów­nież nie prze­pa­dali za pracą goń­czych psów, ale peł­nili swoją służbę su­mien­nie. Kie­dyś dzi­wił się tej su­mien­no­ści. Są­dził, że jego lu­dzie, po­dob­nie jak on, pra­gną wojny. Wojny jako próby cha­rak­te­rów, wojny jako sym­fo­nii mę­stwa i od­wagi. Jed­nak pierw­sza bi­twa, w któ­rej wi­dzieli dy­wan tru­pów z re­gu­lar­nym wzo­rem nie­bie­sko-żół­tych mun­du­rów pie­choty upstrzo­nych czer­wo­nymi kon­tra­punk­tami krwi, prze­ko­nała ich, że go­nie­nie po la­sach de­zer­te­rów nie jest naj­gor­szym, co mo­gło ich spo­tkać.

Więk­szość żoł­nie­rzy Jo­achima sie­działa w sio­dle, za­nim jesz­cze do­brze na­uczyła się cho­dzić. Jego szwa­dron w bi­twie pod May­ga­ro­szag prze­szedł przez pułk ki­ra­sje­rów, zo­sta­wia­jąc za sobą pu­ste sio­dła i ka­ski wa­la­jące się po zry­tym ko­py­tami polu. To dzięki swoim Ma­dzia­rom do ga­lo­wego mun­duru mógł za­ło­żyć na szyję gwiazdę na czte­ro­ko­lo­ro­wej wstążce, spo­czy­wa­jącą obec­nie w ku­frze. Lecz te­raz znów byli goń­czymi psami i uży­wali ra­czej ar­kana niż sza­bli.

Rot­mistrz Jo­achim von Egern ko­chał wojnę, po­ko­chał ją dzięki mło­dzień­czym lek­tu­rom i opo­wia­da­niom ojca. Ko­chał ją, ob­cu­jąc od dzie­ciń­stwa z he­ro­iczną hi­sto­rią swo­jego rodu, opo­wie­dzianą w pa­no­pliach wi­szą­cych na mu­rach ro­dzin­nego domu - sta­rych, przy­ku­rzo­nych i po­rdze­wia­łych sza­blach, pi­sto­le­tach pan­cer­zach, broni zwy­cięz­ców i zwy­cię­żo­nych. Tro­fea po­mie­szane z orę­żem ich zdo­byw­ców. Nikt już nie wie­dział, co na­le­żało do pra­dziada, co do jego wroga. Jo­achim ko­chał taką wojnę. Nie­na­wi­dził zaś tej, w któ­rej przy­szło mu brać udział. Nie­na­wi­dził za­dań, ja­kie mu­siał wy­ko­ny­wać. I po­wstań­ców, za to, że mimo ab­so­lut­nej klę­ski nie chcieli się pod­dać. Póki mo­gli, ucho­dzili przed nim z de­spe­ra­cją, ale też szybko, za­cie­ra­jąc wpraw­nie ślady, jakby mieli okre­ślony cel tej ucieczki, miej­sce, w któ­rym zdo­łają się ukryć - cho­ciaż wie­dzieli do­kład­nie, że te góry to mat­nia. Nie­na­wi­dził ich, bo wy­brali tak do­bre miej­sce do obrony.

W ru­inach schro­niło się ich czter­dzie­stu, za­bie­dzo­nych, ran­nych, z reszt­kami amu­ni­cji, i około trzech se­tek cy­wi­lów, przede wszyst­kim ko­biety i dzieci. Ich sy­no­wie, mę­żo­wie i oj­co­wie spo­częli pod cienką war­stwą ziemi, nie­opo­dal Aigey, Negg, May­ga­ro­szag, i wielu in­nych jesz­cze mie­ścin czy wio­sek, któ­rych nazw nikt nie po­mni. Jo­achim nie­na­wi­dził po­wstań­ców - wi­dział, co zro­bili z jego ro­da­kami w sto­licy, wie­dział, czym sta­nie się jego oj­czy­zna bez po­łu­dnio­wych por­tów - ale nie mógł od­mó­wić im mę­stwa i de­ter­mi­na­cji, tak jak nie mógł ich od­mó­wić ca­łemu temu na­ro­dowi.

Po­wstań­cami do­wo­dził młody, osiem­na­sto­letni chło­pak, książę, jak mó­wiono. Jo­achim za­pro­po­no­wał mu przez po­słów, że wy­pu­ści ko­biety i dzieci z ruin, niech idą wolne. Ten dum­nie od­po­wie­dział, że nie jego wolą jest za­trzy­my­wać te biedne nie­wia­sty. Je­żeli chcą, mogą odejść, ale żadna nie chce, bo twier­dzą, że le­piej im zgi­nąć tu­taj, wią­żąc swym mę­żom ban­daże, niż zdać się na ła­skę psa. Rot­mistrz dwa dni stał, nie wie­dząc, co da­lej czy­nić.

Droga do ruin była wą­ziutką ścieżką w skale, dawni bu­dow­ni­czo­wie for­tecy wie­dzieli, co ro­bią - dzie­się­ciu strzel­ców mo­gło bro­nić się tu­taj przed set­kami czy ty­sią­cami, oczy­wi­ście przy do­sta­tecz­nej ilo­ści amu­ni­cji. Po­wstańcy nie mieli jej za dużo, ale na pewno wię­cej niż Jo­achim lu­dzi, a strze­lali świet­nie. Sprawę mo­głaby roz­wią­zać ar­ty­le­ria, jego szwa­dron pro­wa­dził dwa lek­kie, gór­skie działka, jed­nak tej nie chciał użyć, nie zwykł bo­wiem strze­lać do ko­biet. Nie mógł też po pro­stu wziąć ruin sztur­mem, bo wol­ty­żer­skie zdol­no­ści jego hu­za­rów były tu­taj na nic. Gdyby po­bie­gli wszy­scy, jak pie­chota, do ataku, paru może do­tar­łoby do mu­rów, do­słow­nie kilku. Jo­achim znał matki swo­ich żoł­nie­rzy, dla­tego nie chciał, żeby umie­rali nie­po­trzeb­nie.

Po dwóch dniach sie­dze­nia na ka­mie­niu i tę­pego przy­glą­da­nia się za­ry­sowi mu­rów i za­tknię­tej na nich dum­nie cho­rą­gwi - sym­bo­lowi uporu i wier­no­ści spra­wie prze­gra­nej - Jo­achim pod­jął de­cy­zję. Wło­żył ga­lowy mun­dur, ka­zał za­wią­zać białą flagę na drążku, za­brał dwóch swo­ich lu­dzi i po­szedł. Cały jego roz­są­dek krzy­czał, że na­leży po­słać z wia­do­mo­ścią żoł­nie­rza, że prze­cież po­wstańcy, za­bi­ja­jąc go, po­zba­wią od­dział do­wódcy. Jed­nak za nic miał roz­wagę, co sam uświa­da­miał so­bie z nie­ja­kim zdzi­wie­niem. Sta­nął pod dziurą w mu­rze, która kie­dyś była bramą, i wrza­snął, że chce roz­ma­wiać z ko­men­dan­tem. Są­dził, że je­żeli usły­szy od­głos spa­la­nej pod­sypki, po­prze­dza­jący wy­strzał, zdąży usko­czyć. Wy­tę­żał więc słuch, wy­cze­ku­jąc tego dźwięku. Nic ta­kiego jed­nak nie na­stą­piło.

Po kilku chwi­lach wy­szedł ku niemu młody chło­pak, wy­soki, szczu­pły i piękny. Miał kru­czo­czarne, dłu­gie włosy, jak więk­szość męż­czyzn tu­taj, ale cerę ja­śniej­szą, rysy szla­chet­niej­sze od współ­braci. Trzy­mał się pro­sto i dum­nie, jego po­stawa wspa­niale har­mo­ni­zo­wała ze stro­jem, który, po­zba­wiony orien­tal­nego prze­py­chu, był ro­man­tyczną mie­szanką mody tu­tej­szej i mun­duru woj­sko­wego. Lewą dłoń opie­rał na hu­zar­skiej sza­bli, ta­kiej sa­mej jak sza­bla Jo­achima. Wi­dząc spoj­rze­nie rot­mi­strza, chło­piec przy­gła­dził le­d­wie wi­doczne wąsy i po­wie­dział:

- Jest u nas taki zwy­czaj, że męż­czy­zna za­trzy­muje na całe ży­cie pierw­szą broń, jaką wła­sno­ręcz­nie zdo­był na wrogu. Ten, któ­remu za­bra­łem tę sza­blę, no­sił taki sam mun­dur jak ty, pa­nie. Skrę­ci­łem mu kark, kiedy mia­łem szes­na­ście lat. Po co tu przy­sze­dłeś, uła­nie, dla­czego nie ata­ku­jesz? Nie mo­żemy się ukła­dać. Pod­dać się nie za­mie­rzamy, nic zaś in­nego nie mam do za­ofe­ro­wa­nia.

- Je­stem hu­za­rem, nie uła­nem. Nie ata­kuję, bo nie zwy­kłem pa­lić z ar­mat do ko­biet i dzieci. Przy­sze­dłem po­wie­dzieć ci, książę...

- Skąd wiesz, żem z ksią­żę­cego rodu?

- Tak sły­sza­łem, ale wcale nie je­stem tego pe­wien. Przy­sze­dłem po­wie­dzieć, że tylko tchórz albo dziecko chowa się za ple­cami ko­biet. Dla­tego nie je­stem pe­wien, czy mam do czy­nie­nia z księ­ciem, czy z dziec­kiem, czy tchó­rzem...

Mło­dzie­niec chwy­cił rę­ko­jeść sza­bli, wy­cią­gnął ją na parę cali z po­chwy, lecz kiedy spo­strzegł, że Jo­achim trwa w nie­zmie­nio­nej po­zy­cji, za­trzy­mał się, chwilę po­zo­stał z klingą na poły wy­su­niętą, pa­trząc prze­ciw­ni­kowi w oczy. Kiedy ten wy­trzy­mał spoj­rze­nie, chło­piec z trza­skiem scho­wał ostrze, za­ci­snął usta i bez słów od­wró­cił się i znik­nął za mu­rem.

Na­stęp­nego dnia nad ra­nem Jo­achima zbu­dził war­tow­nik, mel­du­jąc, że od zamku przy­szedł po­wsta­niec z li­stem. Książę wy­zwał rot­mi­strza na po­je­dy­nek. Na­stęp­nego dnia, rano, u pod­nóża góry, sza­ble, konno. Jo­achima nie zdzi­wiło, że mło­dzik chciał wal­czyć w sio­dle - taki był zwy­czaj w tym kraju. De­cy­zja o pój­ściu sa­memu do ruin była sza­lona, lecz rze­czy­wi­stość po­do­łała temu sza­leń­stwu.

Rot­mistrz sta­wił się przed cza­sem, ćwierć mili od obozu. Po­je­chał sa­mo­trzeć, z At­tilą i Imre Or­sza­ghami - braćmi, je­dy­nymi w jego od­dziale, któ­rych uwa­żał za szlachtę. Nie mieli pań­stwo­wego pa­tentu, ale po­cho­dzili ze szla­chec­kiej, choć zu­bo­ża­łej ro­dziny, i to mu wy­star­czało. Po chwili od ruin zje­chał młody ko­men­dant z jed­nym to­wa­rzy­szem, si­wym star­cem. Jo­achim z po­dzi­wem przy­glą­dał się, jak mi­strzow­sko książę pro­wa­dzi ko­nia po ar­cy­trud­nej ścieżce. Gdy sta­nął obok nich, rot­mistrz rzekł:

- Za­nim za­czniemy się bić, mu­simy usta­lić pewne sprawy.

- Ow­szem.

- Nasz po­je­dy­nek nie bę­dzie zwy­kłą sprawą ho­no­rową, bę­dzie są­dem bo­żym. Za­miast sza­fo­wać ży­ciem na­szych żoł­nie­rzy, któ­rym na­sze spory są obo­jętne, po­sta­wimy na szali na­sze ży­woty, książę.

- Wiem, pa­nie. Ob­ra­zi­łeś mnie zbyt nie­udol­nie, że­bym mógł przy­pusz­czać, że uczy­ni­łeś to z in­ten­cją ubli­że­nia. Nie ży­wię urazy, co naj­wy­żej czuję roz­ba­wie­nie. Mo­głeś, pa­nie, po­wie­dzieć od razu, o co cho­dzi, za­miast sto­so­wać śmieszne wy­biegi.

- A za­tem je­śli zwy­cię­żysz, książę, dwaj moi obecni tu­taj pod­ofi­ce­ro­wie jesz­cze dziś zwiną obóz i od­pro­wa­dzą stąd mój szwa­dron. Bę­dzie­cie mo­gli odejść nie nie­po­ko­jeni, do­kąd ze­chce­cie.

- Do­brze. A je­żeli to­bie los bę­dzie sprzy­jał, pa­nie, ja­kie są twoje wa­runki?

- Tu­szę, że obecny z tobą czło­wiek jest czło­wie­kiem ho­noru.

- Ow­szem, to mój stryj, szla­chetny Pa­ve­lič.

- A za­tem, je­żeli ja zwy­ciężę, zło­ży­cie broń, a ja trak­to­wał was będę jak jeń­ców wo­jen­nych, i swoim sło­wem rę­czę, że przez in­nych tak po­trak­to­wani bę­dzie­cie. Po­nadto za­trosz­czę się o los tych nie­szczę­snych ko­biet... Mam na­dzieję, że ro­zu­miesz brak pro­por­cji tu­taj, mój książę.

- Na­tu­ral­nie, to wy­nika z sy­tu­acji, że tak po­wiem, tak­tycz­nej. Je­stem w sta­nie go za­ak­cep­to­wać. Mam jesz­cze prośbę. Obie­caj mi, pa­nie, że je­żeli mnie za­bi­jesz, zaj­miesz się moją sio­strą. Stryj Pa­ve­lič, je­dyny jej, poza mną, opie­kun, pój­dzie do nie­woli, a ona nie znio­słaby hańby, która nie­chyb­nie sta­nie się jej udzia­łem, je­żeli po­zo­sta­nie bez mę­skiej opieki. Mo­żesz ją, je­śli ci się spodoba, po­ślu­bić, pa­nie, lub wy­dać za ja­kie­goś za­cnego szlach­cica. Kiedy wojna się skoń­czy, wskaże ci miej­sce, gdzie za­ko­pany jest skarb, który wy­star­czy na jej po­sag.

Jo­achim za­nie­mó­wił. Przy­zwy­czaił się już, że ko­biety trak­tuje się tu­taj ina­czej niż w ce­sar­stwie - ale swa­ta­nie go z sio­strą czło­wieka, któ­rego za­mie­rzał za­bić, wy­kra­czało poza ka­te­go­rie, w ja­kich zwykł ro­zu­mo­wać. Książę, do­strze­ga­jąc jego kon­fu­zję, po­wie­dział:

- Wi­dzę, pa­nie, że zdzi­wiła cię moja prośba. Wiem, że w wa­szym kraju pa­nują od­mienne oby­czaje, ale po­zwól, że uza­sad­nię to w na­stę­pu­jący spo­sób: da­jąc so­bie pola, przy­zna­jemy so­bie na­wza­jem war­tość, zga­dzamy się co do na­szej rów­no­ści i ho­noru. Wal­cząc ze sobą, sta­jemy się braćmi. Od­daję ci moją sio­strę, pa­nie, bo z chwilą, w któ­rej mnie za­bi­jesz, zo­sta­niesz je­dy­nym god­nym tego czło­wie­kiem. A za­tem czy się zga­dzasz?

Jo­achim mil­czał przez chwilę. To wszystko miało sens. Wresz­cie ski­nął głową i po­wie­dział:

- Zga­dzam się. Za­tem bijmy się.

- Jesz­cze chwila, wy­dam jeno dys­po­zy­cję szla­chet­nemu Pa­ve­li­ciowi.

Książę prze­mó­wił do stryja w swoim ję­zyku, parę zdań za­le­d­wie. Sta­rzec długo pa­trzył na chłopca, po­tem spoj­rzał na Jo­achima, po­krę­cił głową. Od­ma­wiał. Do­wódca po­wstań­ców pod­je­chał bli­żej do niego, wy­cią­gnął zza pasa bu­ławę, po­de­tknął ją stry­jowi pod nos i wark­nął coś z wście­kło­ścią. Stary z wi­doczną nie­chę­cią wy­grze­bał spod gru­bej ko­szuli duży, złoty, wy­sa­dzany klej­no­tami krzy­żyk za­wie­szony na rze­mie­niu, chwy­cił go mię­dzy kciuk i pa­lec wska­zu­jący pra­wej ręki i gło­śno, uro­czy­ście wy­mó­wił słowa przy­sięgi, nie­zro­zu­miałe dla Jo­achima. Scho­wał kru­cy­fiks, z pie­ty­zmem za­wią­zał rze­myki ko­szuli i oskar­ży­ciel­skim ge­stem wska­zał na rot­mi­strza, na co książę jesz­cze bar­dziej ka­te­go­rycz­nym ge­stem wska­zał na niebo i wy­rzu­cił z sie­bie kilka ostrych słów. Stary po­chy­lił głowę.

- Zrobi, co mu na­ka­za­łem - po­wie­dział młody ko­men­dant.

- Nie wąt­pię - rzekł hu­zar, ścią­ga­jąc kurtkę.

Jo­achim po­zo­stał w ko­szuli, książę ob­na­żył tors - miał wiotką klatkę pier­siową na­sto­latka. Do­sie­dli koni. Hu­zar pod­je­chał do swego prze­ciw­nika, po­dali so­bie pra­wice. Rot­mistrz do­strzegł w oczach mło­dzieńca coś, co mo­gło ucho­dzić za sym­pa­tię. Roz­je­chali się, od­da­lili się od sie­bie na strzał z pi­sto­letu. Koń po­wstańca, piękny hisz­pań­ski ogier, czuł chyba nad­cho­dzącą walkę, tań­czył i par­skał. Jo­achim pod­cią­gnął po­pręg, do­był sza­bli. Prze­ło­żył nad­gar­stek przez tem­blak, wo­dze okrę­cił wo­kół le­wej ręki, prze­że­gnał się rę­ko­je­ścią, mach­nął parę razy, niby ści­na­jąc głowę nie­ist­nie­ją­cego pie­cho­cińca, i za­sa­lu­to­wał prze­ciw­ni­kowi. Wi­dząc, że ten rów­nież jest go­towy, ści­snął łyd­kami wierz­chowca. Książę uczy­nił po­dob­nie. Po paru kro­kach kłusa ru­szyli ku so­bie ga­lo­pem.

Jo­achim roz­ko­szo­wał się pę­dem. Od­chy­lony, z prawą ręką swo­bod­nie opusz­czoną, wy­glą­dał, jakby za­po­mniał o celu tej ga­lo­pady. W ostat­niej chwili wzniósł sza­blę, ciął pierw­szy. Chło­piec od­bił cios, po czym roz­dzie­lił ich im­pet zde­rze­nia. Za­wró­cili. Jo­achim, z roz­wia­nymi dłu­gimi wło­sami, z oczami pół­przy­mknię­tymi z roz­ko­szy, spra­wiał wra­że­nie sza­leńca. Zwarli się po­now­nie. Ko­nie po­szły młyń­cem, sza­ble na prze­mian cięły i od­bi­jały cię­cia. Po kilku mi­nu­tach gwał­tow­nej wy­miany cio­sów książę już wie­dział na pewno to, co po­dej­rze­wał od sa­mego po­czątku - hu­zar był od niego o niebo lep­szym szer­mie­rzem.

Być może Jo­achim nie miał tak do­brych na­uczy­cieli - ale tu­zin lat wię­cej na karku, tu­zin lat spę­dzo­nych w sio­dle z sza­blą w ręku da­wało mu ogromną prze­wagę, którą sam Jo­achim rów­nież do­strze­gał. Gwał­tow­nie osa­dził ko­nia, po­chy­lił się za łbem i ciął od dołu, po­tęż­nie, dłu­gim, prze­cią­gnię­tym, głę­bo­kim chla­śnię­ciem przez brzuch, pierś, aż po ra­miona. Chło­piec na­wet nie pró­bo­wał się za­sło­nić - nie wi­dział cię­cia, które roz­pła­tało gładką skórę jego torsu sze­roką bruzdą. Broń wy­pa­dła mu z ręki, spoj­rzał na Jo­achima i bez jed­nego jęku czy okrzyku zwa­lił się na zie­mię. Hu­zar ze­sko­czył z ko­nia, wziął księ­cia w ra­miona. Mło­dzie­niec spoj­rzał mu w oczy, z ja­snym uśmie­chem po­wie­dział ci­cho:

- Taki szer­mierz wy­śmie­nity...

Każ­dej sy­la­bie to­wa­rzy­szył stru­myk krwi z ust, spły­wa­jący po bro­dzie.

- Pa­mię­taj, sio­stra moja... Ach, cóż za świat, gdyby nie ta wojna, mo­gli­by­śmy... Taki szla­chetny... Boże!

Książę za­mknął oczy i zwisł bez­wład­nie. Jo­achim po­ło­żył jego ciało na ziemi, wstał, cały we krwi. Do­piero te­raz za­uwa­żył pod­cho­dzą­cego Pa­ve­li­cia. Za nim szli jego hu­za­rzy, dzier­żąc w dło­niach pi­sto­lety. Rot­mistrz po­wstrzy­mał ich ru­chem ręki - sta­nęli, acz nie­chęt­nie. Stary zbli­żył się, pro­wa­dząc ko­nia. Wy­cią­gnął z ol­stra pi­sto­let, spoj­rzał Jo­achi­mowi w oczy, wy­ła­mał ku­rek i rzu­cił mu pod nogi. Pod­szedł do le­żą­cych obok wiel­kich, omsza­łych gła­zów, do­był sza­bli i zła­mał ją mię­dzy ka­mie­niami. Pie­czo­ło­wi­cie po­zbie­rał ułomki, wło­żył do po­chwy, od­piął pas, rzu­cił, po czym siadł obok trupa i za­czął gła­dzić go po wło­sach.

Jo­achim ru­chem głowy na­ka­zał Or­sza­ghom po­wrót do obozu. Od­na­lazł swoją po­chwę, za­ło­żył kurtkę i do­lman, nie przej­mu­jąc się za­krwa­wioną ko­szulą i spodniami, za­piął pas, przy­piął sza­blę, pod pa­chę wsa­dził broń księ­cia, po czym pod­niósł go i ru­szył w stronę ruin. Stary wstał, po­szedł za nim. Krew księ­cia bar­wiła srebrny sza­me­ru­nek kurtki, ha­fty na rę­ka­wach, zle­piała w kłaki fu­tro, któ­rym pod­bity był do­lman. Łzy Jo­achima zna­czyły ja­śniej­sze plamy na piersi chłopca. Kiedy zbli­żał się do for­tecy, za­uwa­żył wi­dzów. Ob­sie­dli każdy za­łom, każdą dziurę w roz­wa­lo­nym mu­rze. Pa­trzyli na niego w mil­cze­niu. Wszedł na dzie­dzi­niec. Wszę­dzie sie­działy ko­biety, baby, ba­biny, starcy i dzieci. Po­mię­dzy nimi stali uzbro­jeni po­wstańcy. Roz­stę­po­wali się przed rot­mi­strzem, scho­dząc mu z drogi.

Do­szedł do środka nie­wiel­kiego placu, sta­nął, po­ło­żył zwłoki na ziemi, ze­rwał z ra­mie­nia do­lman i przy­krył głowę i pierś za­bi­tego. Obok umie­ścił nie­sioną pod pa­chą sza­blę. Pod­niósł się i od­wró­cił do sta­rego. Nie zwa­ża­jąc na to, czy stryj księ­cia ro­zu­mie jego ję­zyk, po­wie­dział:

- Ma­cie dwa dni, wy­praw­cie mu taki po­grzeb, jaki mo­że­cie, po­cho­waj­cie u stóp góry, nie bę­dziemy was nie­po­koić. Po­tem pod­da­cie się.

Stary tylko ski­nął głową. Jo­achim od­wró­cił się i ru­szył w drogę po­wrotną do obozu. Na­gle unio­sło się łka­nie i za­wo­dze­nie - jak na ko­mendę wszyst­kie ko­biety za­częły wy­krzy­ki­wać ku niebu swój żal. Ci­skały w Jo­achima gru­dami ziemi, szar­pały go za no­gawki, chwy­tały za sza­blę, dra­pały, kiedy je mi­jał. Nie do­strze­gał ich.

Zszedł na dół, w na­mio­cie zdarł z sie­bie za­krwa­wione ubra­nie, wy­tarł ręce, wdział czy­ste spodnie i ko­szulę, wziął ko­nia i po­je­chał w las.

Pę­dził na oślep, na prze­łaj. Za­my­kał oczy i da­wał sma­gać się ga­łę­ziom, nie ba­cząc, że sieką go aż do krwi. W końcu ude­rzył czo­łem o ko­nar i spadł z sio­dła, tra­cąc przy­tom­ność. Gdy się ock­nął - nie wie­dział po jak dłu­gim cza­sie - koń stał obok, sku­biąc ja­kiś krzak, on zaś czuł wszyst­kie że­bra i po­tworny ból w skro­niach. Wstał, oparł się o drzewo, po czym zwy­mio­to­wał. Obo­lały po­szedł w kie­runku, jak mu się wy­da­wało, obozu, pro­wa­dząc za sobą wierz­chowca. Po chwili wy­szedł na po­lanę, na któ­rej dwóch męż­czyzn pie­kło na ogni­sku kurę. Ich obec­ność tu­taj po­winna dzi­wić, jed­nak Jo­achi­mowi wy­dała się oczy­wi­sta.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki