Obłęd - Horacio Castellanos Moya

Kup ebooka

46.00 zł
38.18 zł (46,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Dedykacja Motto Obłęd 1

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

4 5 7 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18

1

"Nie jestem spełna rozumu", głosiło zdanie, które podkreśliłem żółtym flamastrem i nawet przepisałem je sobie do osobistego notatnika, ponieważ w żadnym wypadku nie była to przypadkowa fraza, coś, co po prostu przychodzi do głowy; ta myśl pierwszego dnia pracy spędzonego na lekturze wstrząsnęła mną najmocniej, przez tę właśnie frazę zdębiałem, gdy po raz pierwszy zagłębiłem się w te tysiąc sto stron zapisanych gęstym drukiem, złożonych przez mojego przyjaciela Ericka na biurku, które miało stać się moim, żebym wyrobił sobie pogląd na czekające mnie zadanie. "Nie jestem spełna rozumu", powtórzyłem, wstrząśnięty stopniem pomieszania, w jakim musiał pogrążyć się tamten Indianin z plemienia Kachiquel, świadek mordu na swojej rodzinie, a także faktem, że ów Indianin z plemienia Kachiquel zapewne zdawał sobie sprawę, że jego aparat psychiczny właśnie ulega rozpadowi, ponieważ został zmuszony przyglądać się, ranny i bezradny, jak żołnierze armii jego własnego kraju metodycznie rozczłonkowują maczetami czworo jego malutkich dzieci, by następnie rzucić się na żonę, biedaczkę pogrążoną w szoku, bo i ona została zmuszona do przyglądania się, jak żołnierze zmieniają jej małe dzieci w drgające kawałki ludzkiego mięsa. Nikt, kto doświadczył czegoś podobnego, nie może być spełna rozumu, stwierdziłem, rozważając tę kwestię z chorobliwym zainteresowaniem; próbowałem wyobrazić sobie, jak mogło wyglądać przebudzenie tego Indianina, którego wzięto za zmarłego i pozostawiono między kawałkami ciał jego dzieci i żony, a który później, wiele lat później, miał możliwość przedstawić swoje świadectwo, żebym ja mógł je teraz przeczytać i poddać odpowiedniej redakcji językowej, świadectwo rozpoczynające się właśnie od zdania "Nie jestem spełna rozumu", tak dla mnie poruszającego, ponieważ najzwięźlej ujmowało stan umysłu dziesiątek tysięcy ocalałych z doświadczeń podobnych temu opowiedzianemu przez Indianina z plemienia Kachiquel, a także pozwalało uchwycić stan umysłu tysięcy żołnierzy i członków grup paramilitarnych, z najwyższą przyjemnością ćwiartujących ludzi, których określali przecież mianem swoich rodaków, choć muszę przyznać, że niebycie spełna rozumu na skutek przyglądania się rozczłonkowywaniu własnych dzieci nie jest tym samym, co niebycie spełna rozumu w wyniku rozczłonkowywania dzieci kogoś innego, co też stwierdziłem, zanim doszedłem do bezspornego wniosku, że ogół mieszkańców tego kraju nie jest spełna rozumu, co z kolei doprowadziło mnie do wniosku jeszcze gorszego i bardziej niepokojącego, a mianowicie: tylko ktoś, kto ma nie po kolei w głowie, mógł przenieść się do obcego kraju, gdzie ludność nie jest spełna rozumu, by podjąć się pracy polegającej na redakcji obszernego raportu długości tysiąca stu stron, gdzie udokumentowane zostały setki masakr, najlepszy dowód powszechnych zaburzeń. Ja także nie jestem spełna rozumu, powiedziałem sobie wtedy, tamtego pierwszego dnia pracy, siedząc przy biurku, które będzie moim na czas wykonywania redakcji, ze wzrokiem błąkającym się po wysokich i białych, prawie nagich ścianach gabinetu, który będę zajmował przez najbliższe trzy miesiące, wyposażonego tylko w biurko, komputer, krzesło, na którym dywagowałem, i krucyfiks za moimi plecami, dzięki któremu wysokie ściany nie były całkowicie nagie. Ja sam muszę być znacznie mniej spełna rozumu niż ci osobnicy, pomyślałem, kiedy siedząc na krześle, odchylałem do tyłu głowę, nie tracąc przy tym równowagi, i zapytywałem sam siebie, ile czasu mi zajmie przyzwyczajenie się do obecności krucyfiksu, a niech by mi w myślach nawet nie postało go stamtąd zdejmować, gabinet nie należał bowiem do mnie, a do biskupa, jak kilka godzin wcześniej wyjaśnił mi mój przyjaciel Erick, prowadząc mnie na miejsce, monse?or prawie nigdy gabinetu nie zajmował, jako że wolał ten na plebanii, gdzie mieszkał, w związku z czym dysponowałem gabinetem, jak chciałem, ale nie mogłem pozbyć się krucyfiksu i umieścić w tym miejscu czegoś innego, co podniosłoby mnie na duchu, czegoś tak odległego od każdej religii jak ja sam, mimo że w tej chwili i w nadchodzących tygodniach będę pracował w siedzibie arcybiskupstwa, znajdującej się, ni mniej, ni więcej, na tyłach katedry metropolitalnej - kolejny dowód, że "nie jestem spełna rozumu", powiedziałem do siebie szczerze zmartwiony, bo tylko w ten sposób można wyjaśnić, jak taki występny ateusz mógł rozpocząć pracę dla tego perfidnego Kościoła katolickiego, tylko w ten sposób można wyjaśnić, jak to się stało, że mimo głębokiego obrzydzenia, jakie budził we mnie Kościół katolicki i wszystkie inne Kościoły, jak małe by nie były, znajdowałem się właśnie w samej siedzibie arcybiskupstwa naprzeciw tysiąca stu stron zapisanych drobnym maczkiem, zawierających przerażające sprawozdania z dokonanych przez wojsko eksterminacji dziesiątek miejscowości wraz z ich mieszkańcami. Jestem najmniej spełna rozumu ze wszystkich! - pomyślałem pełen niepokoju, po czym podniosłem się i niczym zwierzę w klatce zacząłem krążyć po tym gabinecie, którego jedyne wychodzące na ulicę okno zostało zamurowane, by ani przechodnie, ani osoba znajdująca się w środku nie byli wodzeni na pokuszenie, zacząłem przechadzać się tak, jak to robiłem później każdego spędzonego w tych czterech ścianach dnia, wtedy, na skraju załamania nerwowego, kiedy zdałem sobie sprawę, że byłem na tyle niespełna rozumu, by przyjąć i rozpocząć pracę z księżami, co już samo w sobie było równoznaczne z wystawieniem się na strzał wojskowym tego kraju, jak gdybym nie miał wystarczających problemów z armią mojego własnego kraju, jak gdyby nie starczało mi wrogów w moim własnym kraju, byłem właśnie o krok od tego, by wetknąć nos w nie swoje sprawy, musiałem pilnować, by owe katolickie ręce, które szykowały się do złapania wojskowego tygrysa za jaja, były czyste i wypielęgnowane, bo na tym polegało moje zadanie, na czyszczeniu i pielęgnacji katolickich rąk, z nabożeństwem przygotowujących się, by złapać wojskowego tygrysa za jaja, pomyślałem, utkwiwszy wzrok w tym grzmocie o objętości tysiąca stu stron, spoczywającym na moim biurku, i nagle stanąłem jak wryty, uderzyło mnie bowiem, że nie będzie to łatwa rzecz przeczytać, podzielić na tomy i poprawić stylistycznie tysiąc sto stron w trzy miesiące, jak umówiłem się z moim przyjacielem Erickiem. Cholera! Samo to, że zgodziłem się zredagować ten raport w zaledwie trzy miesiące, dowodziło, że mój problem nie polegał wcale na niebyciu spełna rozumu, lecz na całkowitym obłędzie. Z nagła poczułem się uwięziony w tym gabinecie o wysokich i nagich ścianach, jak ofiara spisku zawiązanego przez księży i wojskowych na obcej ziemi, baranek, lada chwila złożony w ofierze z winy głupiego i niebezpiecznego entuzjazmu, który kazał mi zaufać mojemu przyjacielowi Erickowi, gdy miesiąc wcześniej dopijaliśmy wino rioja w pewnej starej hiszpańskiej knajpie znajdującej się w sąsiedztwie koszarów policji, a on zapytał, czy nie byłbym zainteresowany zredagowaniem raportu podsumowującego projekt, w który był on wówczas zaangażowany, a którego celem było odzyskanie pamięci setek świadków i ocalałych z masakr popełnionych w zamęcie, jak mawiano, konfliktu zbrojnego między armią a partyzantką, czy nie chciałbym zarobić mniej więcej pięć tysięcy dolarów w zamian za to, że w okresie trzech miesięcy pochyliłbym się nad około pięciuset stronami przygotowanymi przez cieszących się uznaniem dziennikarzy i akademików, złożą oni teksty praktycznie gotowe, ja zaś będę musiał tylko przejrzeć je w niezbędnym zakresie; w zasadzie był to nie lada interes, pięć tysięcy dolarów za nadanie ostatnich szlifów projektowi angażującemu dziesiątki i dziesiątki osób, poczynając od grup katechistów, którym udało się wydobyć świadectwa od ocalałych Indian, w większości niemówiących po hiszpańsku i nade wszystko pełnych obaw przed powrotem do traumatycznych wydarzeń, przez osoby odpowiedzialne za transkrypcję taśm oraz przetłumaczenie świadectw z różnych języków majańskich na hiszpański, bo w nim sporządzony miał zostać raport, kończąc zaś na zespołach wybitnych profesjonalistów dokonujących klasyfikacji oraz analizy świadectw, a także redagujących raport, jak wyszczególnił przy tamtej okazji mój przyjaciel Erick, bez większej emfazy, raczej spokojnie, w typowym dla siebie konspiracyjnym stylu, wiedząc, że nigdy nie odmówiłbym udziału w podobnym przedsięwzięciu, i to nawet nie z powodu entuzjazmu, w jaki wprawiło mnie dobre wino, ale ponieważ zdawał już sobie sprawę, że nie jestem spełna rozumu, wiedział więc, że nie tylko przyjmę propozycję, ale wręcz zapalę się do udziału w projekcie tego rodzaju, bez targowania się ani roztrząsania wszystkich za i przeciw, jak się w istocie stało.

Otworzyłem drzwi, raptownie, w przerażeniu, jak gdyby zabrakło mi powietrza i jakbym miał zaraz zasłabnąć pod wpływem nagłego ataku paranoi w tym zamurowanym pokoju, stanąłem u progu, z oczami, które prawdopodobnie wychodziły mi z orbit, jak to wywnioskowałem ze sposobu, w jaki zmierzyły mnie wzrokiem dwie sekretarki obrócone w moją stronę. Byłem zdecydowany zostawić drzwi otwarte tak długo, jak długo będę przyzwyczajał się do tego miejsca i mojej nowej pracy, choć fakt, że drzwi pozostaną otwarte, nie będzie bez znaczenia dla mojej koncentracji. Nie obchodziło mnie to, wolałem już, żeby coś mnie rozpraszało, zakłócając w ten sposób pracę nad tysiącem stu stronami, niż znosić kolejne ataki paranoi z powodu zamknięcia i mojej chorobliwej wyobraźni, zafiksowanej na frazie wcale może nie tak niewinnej, ale koniec końców jednej pośród setek, które przyjdzie mi przeczytać w nadchodzących tygodniach, by za jej sprawą wpuścić mnie w maliny i zostawić w stanie niemocy, jak właśnie konstatowałem, wracając od progu w stronę krzesła, gdzie siedziałem wcześniej ze spojrzeniem utkwionym w znanym już do imentu zdaniu: "Nie jestem spełna rozumu"; postanowiłem przeskoczyć natychmiast do następnego zdania, bez przerw na dywagacje, jakim niedawno się oddawałem, byleby tylko uniknąć groźnej blokady w ledwie rozpoczętej pracy, jednakże już w kilka sekund później zmuszony byłem poniechać planów, bo w moim gabinecie pojawił się kurdupel w okularach i z meksykańskim wąsikiem, którego gabinet przylegał do mojego gabinetu, a którego mój przyjaciel Erick przedstawił mi jakąś godzinę wcześniej, kiedy prowadził mnie na miejsce pracy, kurdupel był, ni mniej, ni więcej, tylko dyrektorem całego kompleksu biur arcybiskupstwa, czuwających nad przestrzeganiem praw człowieka, to prawa ręka monse?ora, wyjaśnił Erick, podczas gdy ja ściskałem dłoń kurdupla i lustrowałem rzucające się w oczy, oprawione zdjęcia zawieszone na ścianie, na których kurdupel występował obok papieża Jana Pawła II i prezydenta USA Williama Clintona, co niemal natychmiast uświadomiło mi, że nie podawałem ręki pierwszemu z brzegu kurduplowi, ale komuś, kto wcześniej podał tę samą rękę papieżowi oraz prezydentowi Clintonowi, a myśl ta w pierwszej chwili mnie onieśmieliła, biorąc pod uwagę, że papież i prezydent USA byli dwoma najpotężniejszymi ludźmi na świecie, kurdupel zaś (właśnie wchodził do mojego gabinetu) zrobił sobie zdjęcie z każdych z owych dygnitarzy, niemała rzecz, dlatego też w jednej chwili zerwałem się na równe nogi, by zapytać gorliwie, czego sobie życzy, na co kurdupel w tonie niezwykle sympatycznym poprosił, bym raczył wybaczyć mu najście, on zdaje sobie sprawę z czekającej mnie mozolnej pracy, powiedział, wskazując na tysiąc sto stron spoczywających na moim biurku, lecz korzystając z tego, że otworzyłem drzwi, niewątpliwie po to, by zrobić sobie pierwszą przerwę, on zdecydował się wpaść, by zaprosić mnie na obchód budynku, abym poznał cały personel, na obchód, którego mój przyjaciel Erick, spieszący od zadania do zadania, zaniechał, prowadząc mnie z portierni wprost do mojego przyszłego gabinetu, z jedynym przystankiem, o czym już wspominałem, właśnie u kurdupla. Niezwłocznie zgodziłem się na obchód prowadzący przez każde z biur tego budynku, który doprawdy nie był byle budynkiem, lecz kolonialną budowlą na tyłach katedry metropolitalnej o formie typowej dla pałacu arcybiskupiego: to dwupiętrowa, solidna konstrukcja z kamienia, o szerokich korytarzach wychodzących na kwadratowy dziedziniec, gdzie przebywali w tym czasie różni pracownicy cieszący się przerwą śniadaniową, a widząc mnie obok Mynora, bo tak też nazywał się kurduplowaty świecki dyrektor tej instytucji, witali się ze mną wylewnie i przemiło, jak gdybym był seminarzystą z nowego naboru, podczas gdy kurdupel podkreślał moje zawodowe zalety - dzięki nim raport o masakrach będzie pierwszorzędnym tekstem - ja natomiast mówiłem sobie, że gdzieś musieli poukrywać ładne dziewczyny, bo te, które przedstawiał mi kurdupel, nie tylko nie były spełna rozumu, ale i ciała, jako że brakowało im nawet cienia urody; tą kwestią bynajmniej nie podzieliłem się wtedy z moim przewodnikiem, by wraz z upływem czasu odkryć, że leżała ona w samej naturze tej instytucji, nie dotyczyła zatem tylko skrajnej lewicy, kiedyś bowiem myślałem, że brzydkie kobiety stanowiły wyłączny atrybut skrajnie lewicowych organizacji, nie, odkryłem wtedy, że tak samo miała się rzecz z katolickimi organizacjami czuwającymi nad przestrzeganiem praw człowieka, do tego wniosku doszedłem z czasem, jak już zgodnie z prawdą mówiłem, i ani razu nie podzieliłem się nim z kurduplem pozującym do fotografii obok Jana Pawła II i Billa Clintona, służącym mi za przewodnika w czasie całego obchodu, gabinet po gabinecie; koniec końców zostawił mnie na powrót samego przed tysiącem stu stronami czekającymi na biurku, nie zapominając nawet spytać, czy chcę, aby zamknął za sobą drzwi mojego gabinetu, na co odparłem, by lepiej zostawił je otwarte, wziąwszy pod uwagę, że znajdowaliśmy się w najspokojniejszym zakątku pałacu arcybiskupiego, gdzie nic nie będzie mi przeszkadzać i odrywać mnie od pracy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Tytuł oryginału Insensatez

Copyright ? Horacio Castellanos Moya, 2004 Published by arrangement of Casanovas & Lynch Literary Agency S.L.U. Spain and Book/Lab Literary Agency, Poland

Copyright ? for the Polish edition by Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 2025 Copyright ? for the Polish translation by Aleksander Trojanowski Posłowie: Copyright ? by Barbara Jaroszuk

Seria Z Kraju i ze Świata

Redaktor prowadzący Paweł Szroniak

Redakcja Adam Pluszka

Redakcja posłowia Paweł Szroniak

Korekta Izabela Poręba, Piotr Królak

Redakcja techniczna Agnieszka Sokołowska

Projekt okładki i stron tytułowych Wojtek Janikowski na podstawie koncepcji Przemka Dębowskiego

Zdjęcie wykorzystane na okładce

? Juan Jose Napuri / iStock by Getty Images

Opracowanie typograficzne, łamanie manufaktura

Zakład Narodowy im. Ossolińskich dokonuje zastrzeżenia swoich praw wobec wszelkich działań związanych z eksploracją tekstów zamieszczonych w niniejszej publikacji oraz wszystkich dotyczących niej danych, zarówno w całości, jak i w części, w tym wykorzystywania na potrzeby jakichkolwiek technologii służących do generowania, analizowania tekstów i danych oraz uczenia maszynowego. Działania te, podejmowane bez pisemnej zgody wydawcy, stanowić będą naruszenie jego praw.

Zakład Narodowy im. Ossolińskich Wydawnictwo Ossolineum ul. Szewska 37 50-139 Wrocław wydawnictwo@ossolineum.pl www.wydawnictwo.ossolineum.pl

Wydanie pierwsze Wrocław 2026

ISBN 978-83-66257-98-6

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.