Kilka słów do czytelników
Książka ta nie zawiera dedykacji, ponieważ jest dedykowana tobie -
czytelnikowi. Wszystkim czytelnikom.
Ukazuje, w jaki sposób czytanie i książki mogą odmienić twoje życie,
moim zdaniem, na lepsze. Opowiada również o przeprowadzce i zaczynaniu
wszystkiego od zera (coś wiem na ten temat) oraz o tym, jak wybór
miejsca zamieszkania wpływa na nasze samopoczucie. Znajdziesz tu również
odpowiedź na pytanie, czy miłość w prawdziwym życiu może przypominać tę
opisywaną w bajkach, i kilka wzmianek na temat serów, ponieważ niedawno
zamieszkałam w miejscu, w którym się je produkuje, i od tamtego czasu
nieustannie się nimi zajadam. Poznasz też psa, który wabi się Parsley,
czyli Pietruszka.
Najważniejszym motywem są jednak książki, ponieważ główna bohaterka,
Nina Redmond, marzy o otwarciu księgarni.
Poniżej zamieszczam kilka przydatnych wskazówek dotyczących najlepszych
miejsc do czytania, ponieważ chcę, abyś odnalazła najdogodniejsze dla
siebie miejsce. Jeśli pominęłam coś naprawdę oczywistego lub oddajesz
się lekturze jeszcze gdzie indziej, wyślij do mnie wiadomość za
pośrednictwem Facebooka lub platformy X na profilu @jennycolgan. Noszę w sobie staroświeckie przekonanie, że czytanie to przyjemność, którą
należy nieustannie i starannie pielęgnować, i mam szczerą nadzieję, że
czytanie tej książki będzie dla ciebie równie przyjemne, co dla mnie jej
pisanie, bez względu na to, gdzie postanowisz po nią sięgnąć.
Kąpiel
O godzinie 21.45 zazwyczaj zanurzam się w kąpieli, co doprowadza mojego
męża do szału, ponieważ jeśli woda nie jest wystarczająco ciepła (czyli
gdzieś w okolicach temperatury utrzymującej się na powierzchni słońca),
musi on majstrować przy termostacie. Dodatkowe utrudnienie stanowi to,
że nieustannie jej dolewam. Taka kąpiel w moim mniemaniu to prawdziwy
luksus. Nie przepadam jedynie za olejkami do kąpieli. Są obrzydliwe,
prawda? Taki olejek dodany do wody wszystko oblepia. Ale, ale, odbiegłam
od tematu. Czytanie w wannie. Papierowa książka jest oczywiście idealna.
Niestety może się wydarzyć najgorsze i zajdzie potrzeba wysuszenia jej
na grzejniku (wszystkie książki moich dzieci z serii Harry Potter są
pofalowane niczym wzburzone morze). Jeśli o mnie chodzi, dużo czytam na
e-czytniku i zdradzę ci pewien sekret - strony przewracam nosem. Być
może nie odziedziczyłaś okazałego szkocko-włoskiego nosa Petera
Capaldiego jak ja, ale przy odrobinie praktyki wkrótce może się okazać,
że trzymanie jednej ręki w wodzie i jednoczesne przewracanie stron nie
przypomina już mission impossible. Jeśli w twoim domu jest osobnik,
który ma w zwyczaju wpadać znienacka do łazienki, upewnij się, że drzwi
są zamknięte, ponieważ z mojego doświadczenia wynika, że ludzi niezwykle
bawi ten widok.
Istnieje jeszcze inne rozwiązanie. Moja przyjaciółka Sez używa obu rąk,
ale wkłada swój e-czytnik do foliowej torby. Bardzo rozsądnie.
Łóżko
Jedynym problemem z czytaniem w łóżku jest jego krótkotrwałość - po
dwóch, trzech stronach odpływasz. Jeśli masz za sobą wyjątkowo męczący
dzień, możesz kilka razy przysnąć, zanim sen zmorzy cię na dobre.
Następnego wieczoru bierzesz do ręki książkę i się zastanawiasz... czy
naprawdę przeczytałam, że po sali egzaminacyjnej biegał różowy
jednorożec, a ja goniłam go w piżamie? Niestety nie. Niczego takiego nie
znajdziesz w mojej książce. Obawiam się, że zmęczenie wzięło górę i musisz cofnąć się o kilka stron. Nadając imiona moim bohaterom,
zwracałam uwagę, aby nie były do siebie podobne, i mam nadzieję, że to
okaże się pomocne. Nie ma nic gorszego niż czytanie późną nocą o Cathy i Katie. Przecież ja nie chcę nikomu utrudniać życia.
Leżak
Rozłożony leżak to idealne miejsce do czytania w trakcie urlopu. I faktycznie, stopień moich oparzeń słonecznych jest wprost proporcjonalny
do genialności czytanej przeze mnie książki. Problem stanowi sposób jej
trzymania. Unosząc ją w górę, męczymy mięśnie ramion, a na naszym
opalonym ciele powstaje duży blady ślad w kształcie książki (co, jak
sądzę, w niektórych kręgach może się spotkać z bardzo pozytywnym
przyjęciem). Czytając w słońcu, mrużysz oczy i wyglądasz mało
atrakcyjnie. Siedząc po turecku na ręczniku, przyjmujesz pozycję, która
raczej nie dodaje uroku (coś o tym wiem; niektóre fragmenty mojego ciała
zaczynają nieco opadać). Leżąc na brzuchu, zaczynasz się pocić i czujesz, jak plastikowe elementy leżaka wrzynają się w twoje ciało.
Najlepszym rozwiązaniem jest wspaniały leżak z daszkiem, który można
nasunąć nad głową - jeśli jakimś cudem uda ci się taki znaleźć. Może i wygląda śmiesznie, ale przynajmniej możesz komfortowo czytać, a inni się
męczą, więc to ty jesteś na wygranej pozycji.
Chodzenie po chodniku
Dawniej chodzenie po chodniku z nosem w książce było w pełni
akceptowalne. Ludzie pobłażliwie się uśmiechali i schodzili ci z drogi,
ponieważ znali to uczucie, gdy rozpaczliwie potrzebujesz dokończyć
rozdział (pewnego razu widziałam, jak dziewczyna trzymająca za uchwyt w wagonie londyńskiego metra zwichnęła nadgarstek, próbując przesiąść się
na stacji Bank i jednocześnie skończyć powieść pod tytułem Pretendent
do ręki).
Jednak w dzisiejszych czasach wszyscy boją się oderwać wzrok od swojego
głupiego smartfonu, na wypadek gdyby na Facebooku pojawiło się zdjęcie
jakiegoś uroczego psa. Przecież nikt nie chce wysyłać łapki w górę z dwusekundowym opóźnieniem. Dlatego właśnie zwykłe przemieszczanie się po
chodniku zaczęło przypominać poruszanie się po torze przeszkód, nawet
bez książki w ręku. Zachowaj więc ostrożność.
Klub czytelniczy
Jeśli czytasz tę powieść, ponieważ jesteś członkiem klubu czytelniczego,
mogę cię tylko przeprosić. Podejrzewam, że jest 2.15 w nocy, a spotkanie
klubu przypada na dzień jutrzejszy. Mam wrażenie, że czytanie książek z obowiązku przypomina trochę szkołę. A przecież jeśli nadal interesuje
cię odrabianie zadań domowych, lepiej będzie zapisać się na studia
podyplomowe, które obiecujesz sobie rozpocząć, gdy tylko znajdziesz na
to czas. Zazwyczaj gdy czytasz w pośpiechu, robisz to, aby uniknąć
przykrej sytuacji, w której na pytanie: "Co sądzisz o tym zakończeniu?",
musisz kiwać głową z rozpaczliwą nadzieją, że książka nie kończy się
zaskakującym zwrotem akcji (przyznam się, że coś takiego mi się
przydarzyło). Dlatego pozwól, że cię uspokoję - książka ta nie ma
zaskakującego zakończenia. Choć pewnie to samo bym powiedziała, gdyby
było inaczej, prawda?
Hamak
Dawno, dawno temu, w młodości, miałam uroczego chłopaka, który podarował
mi hamak i zawiesił go na moim malutkim, ale niezbyt bezpiecznym tarasie
na poddaszu. Spędziłam w nim wiele szczęśliwych godzin, kołysząc się i czytając, podjadając chrupki i rozmyślając o moim cudownie przystojnym
chłopaku.
Później wyszłam za niego za mąż, dorobiliśmy się gromadki dzieci oraz
psa i przeprowadziliśmy się do miejsca, gdzie nieustannie pada deszcz. A hamak chyba wylądował w schowku. Tak, moi kochani, wygląda właśnie
zakończenie pod tytułem "i żyli długo i szczęśliwie".
Chwila wykradziona na czytanie
Ach, to najlepszy czas. Często przyjeżdżam po moje dzieci na dziesięć
minut przed zakończeniem ich zajęć na basenie albo po zakupach w supermarkecie kradnę kwadrans dla siebie. Siadam wówczas w samochodzie i w towarzystwie książki próbuję odzyskać od świata trochę swojego czasu.
Zasługujemy na to, a w dodatku takie chwile smakują dużo lepiej.
Dojazdy do pracy
Wspaniale się czyta podczas podróży do pracy, o ile wejdziesz w rytm.
Ponieważ poranne dojazdy przebiegają w ściśle ustalonym porządku -
wystarczy spojrzeć na nieobecny wzrok ludzi, którzy codziennie
rozpoczynają nieskończenie skomplikowany, choć jednocześnie piękny
taniec pomiędzy stacjami - twój mózg bezzwłocznie zastosuje się do
polecenia, aby oderwać się od tego wszystkiego na zwyczajowy czas twojej
podróży. Odłóż telefon na bok; problemami się zajmiesz, gdy dotrzesz do
pracy. To jest twoja nagroda za trud związany z dojazdami.
W podróży
Podróżowanie to nie to samo co dojazdy do pracy. Jestem, jak się pewnie
domyślacie, zagorzałą przeciwniczką Wi-Fi w samochodach i samolotach,
choć oczywiście tendencja jest odwrotna. Mimo to proponuję ci
zarezerwować z wyprzedzeniem miejsce przy oknie, abyś mogła przyjąć
wygodną pozycję. Następnie załóż słuchawki i wybierz z radia pokładowego
kojącą muzykę, a potem zanurz się na kilka godzin w historii
przedstawionej na kartkach zabranej ze sobą książki. Pamiętaj tylko, aby
zrobić sobie przerwę, zanim pojawi się wózek z napojami, ponieważ możesz
się zestresować, że zostaniesz pominięta, i w rezultacie ze
zdenerwowania nie będziesz mogła się skupić. Odłóż wtedy książkę i sięgnij po czasopismo. Sprawiaj wrażenie osoby wyluzowanej, której w ogóle nie zależy na tym, czy zostanie obsłużona, czy nie. Próbowałam
także jednocześnie jeść, pić, słuchać muzyki i czytać w fotelu
ekonomicznej linii lotniczej. Nie polecam, chyba że masz pod ręką
mnóstwo gotówki na opłacenie rachunków z pralni chemicznej swoich
współpasażerów.
Pociągi natomiast są stworzone do czytania. Uważam, że lepiej jest
zabrać dobre słuchawki niż wykupić miejsce w wagonie w strefie ciszy, w której i tak trzeba upominać hałaśliwych idiotów. Nie twierdzę, że
zasługują oni na więzienie. Ale też nie sprzeciwiałabym się zbyt mocno
takiemu rozwiązaniu.
Przed kominkiem
Jeśli nie posiadasz kominka, wystarczy świeca. Jedyna rzecz, na którą z utęsknieniem czekam, gdy nadchodzi wieczór, to przytulny kąt z ogniem
trzaskającym w kominku oraz dobra książka - im dłuższa, tym lepsza.
Uwielbiam zasiadać z długą powieścią, dużą filiżanką herbaty lub
kieliszkiem wina, zależnie od tego, czy weekend jest już blisko (lub czy
jestem w nastroju, aby rozszerzyć nieco jego definicję) oraz rozkoszować
się chwilą ciszy i spokoju. Obecność psa również pomaga. Psy są świetnym
dowodem na to, że nie musisz sprawdzać telefonu co dwie sekundy, aby
wieść szczęśliwe życie.
Szpital
Z różnych powodów spędziłam w szpitalach sporo czasu. W jednym
pracowałam, w innym wydawałam na świat gromadkę dzieci, które potem
przebywały tam wielokrotnie z powodu upadków z drzew, połamanych kończyn
i tak dalej.
W szpitalu czas płynie inaczej. Dużo, dużo wolniej. Nie zatrzymuje się w nocy. Przebywając w murach szpitalnych, popadasz w łagodną zadumę nad
tym, co się wokół dzieje, nad emocjonującymi chwilami, które większość z nas dobrze zna - jak strata kogoś bliskiego i pojawienie się nowego
życia, szczęście i najgłębsza żałoba. Wszystko to rozgrywa się wokół
ciebie, na wszystkich piętrach sterylnego, przegrzanego budynku, gdzie
przerażenie, ból i radość słychać w każdym kroku lekarza idącego po
wypolerowanym linoleum.
Trudno mi się czyta w szpitalu. Mam wówczas wrażenie, że płynę wielkim
statkiem przez niespokojne wody, podczas gdy ludzie na zewnątrz
spacerują i prowadzą zwyczajne życie na lądzie, nieświadomi tego, że tuż
obok inni żeglują pośród wzburzonych fal.
Uważam, że w szpitalu dobrze się sprawdza poezja. Krótkie formy, po
których można unieść wzrok znad strony i poczuć się nie do końca
kruchym, nie do końca oderwanym od rzeczywistości. Wszyscy bowiem tego
doświadczamy, doświadczyliśmy bądź doświadczymy w przyszłości.
Można też spełnić dobry uczynek i poczytać po cichu komuś innemu.
Dlatego też nie czuję moralnego oburzenia, gdy ludzie narzekają na
szpitalne sklepiki sprzedające ciastka i lody. Każdy szpital powinien je
oferować. Przynajmniej tyle może dla nas zrobić.
W cieniu drzewa w skąpanym w słońcu parku
Nic więcej nie trzeba. No, może tylko kręconego loda śmietankowego.
Inne
Do moich najbardziej imponujących osiągnięć należy odkrycie, jak czytać
podczas: karmienia piersią (z książką na poduszce pod główką dziecka);
suszenia włosów (moje nie współpracują); szczotkowania zębów (mam zdrowe
zęby, prawdopodobnie dlatego, że szczotkuję je znacznie dłużej, niż
nakazują oficjalne zalecenia); czekania, aż światło drogowe zmieni się z czerwonego na zielone; ukrywania się w łazience na niewiarygodnie nudnym
weselu (nie chodzi o moje); tkwienia w sali zabaw (pewnego deszczowego
popołudnia przeczytałam całą powieść, podczas gdy moje dzieci bawiły się
w basenie z piłeczkami; myślę, że dla wszystkich był to najlepszy dzień
w życiu); zabiegów pedicure (nigdy nie chodzę na manicure, ponieważ
wtedy nie mogę czytać); stania w kolejce; podróży służbowych, gdy
musiałam samotnie jeść w restauracjach (z książką nigdy nie jesteś
sama); a także w: kabriolecie (ryzykowne) i w kościele (wiem, że to
grzech, za który zostałam słusznie ukarana). Wracam również
wspomnieniami do miejsca, w którym wszystko się zaczęło; do milionów
godzin spędzonych na tylnym siedzeniu starego zielonego Saaba 99, gdy
czułam na kolanach ciężar kędzierzawej głowy mojego najmłodszego,
śpiącego jak kamień brata, oraz smak lizaka Fab w ustach.
Daj mi, proszę, znać, gdzie ty zwykle oddajesz się lekturze. Każdy dzień
spędzony na czytaniu jest lepszy od tego, w którym nie sięgnęłaś po
książkę, a ja życzę ci samych szczęśliwych dni.
A teraz pora poznać Ninę...
Całusy, Jenny.
Rozdział 1
Problem w tym, że gdy przydarza ci się w życiu coś dobrego, zazwyczaj na
pierwszy rzut oka się wydaje, że spotkało cię jakieś okropieństwo. Czy
nie byłoby cudownie, gdyby ktoś zwyczajnie poklepał cię po ramieniu i zapewnił: "Nie martw się, warto chwilę pocierpieć. Teraz ci się wydaje,
że sytuacja jest gówniana, ale uwierz mi, wszystko będzie dobrze". Twoja
odpowiedź mogłaby wówczas zabrzmieć następująco: "Dziękuję, Dobra
Wróżko". Zapytałabyś też: "Czy uda mi się zrzucić te nadprogramowe pięć
kilogramów?", na co ona odpowiedziałaby: "Ależ oczywiście, moje
dziecko!".
Takie rozwiązanie byłoby wprost idealne, ale rzeczywistość wygląda
inaczej. Dlatego też czasami zbyt długo koncentrujemy się na kwestiach,
które nas unieszczęśliwiają, lub zbyt szybko rezygnujemy z czegoś, co w ostatecznym rozrachunku może wyjść nam na dobre. Często też trudno jest
nam odróżnić jedno od drugiego.
Notoryczne patrzenie w przyszłość może być naprawdę irytujące. Tak w każdym razie uważała Nina.
Dwudziestodziewięcioletnia Nina Redmond powtarzała sobie w myślach:
"Tylko się nie rozpłacz, jesteś w miejscu publicznym". Jeśli
kiedykolwiek próbowałaś sobie coś nakazać, to wiesz, że nie jest to zbyt
skuteczna metoda. Była w pracy, na litość boską. Nie powinno się
przecież płakać w pracy.
Zastanawiała się, czy komuś się to kiedyś przytrafiło. I po chwili
doszła do wniosku, że prawdopodobnie wszystkim, nawet Cathy Neeson,
obdarzonej sztywnymi, zbyt jasnymi blond włosami i cienkimi ustami,
miłośniczce arkuszy kalkulacyjnych, która stała teraz w rogu sali,
obserwując pomieszczenie z założonymi rękami i ponurym wyrazem twarzy.
Właśnie wygłosiła do niewielkiego zespołu, którego częścią była Nina,
naszpikowane specjalistycznym żargonem przemówienie o szeroko
zakrojonych cięciach, o tym, że Birmingham nie może sobie pozwolić na
utrzymanie wszystkich miejskich bibliotek, a także o oszczędnościach, do
których każdy będzie się musiał przyzwyczaić.
Nina doszła do wniosku, że chyba jednak nie wszyscy płaczą. Niektórzy po
prostu nie mają w sobie miejsca na łzy.
(Nie wiedziała, że Cathy Neeson płakała w drodze do pracy i wracając do
domu - zazwyczaj po dwudziestej - za każdym razem, gdy musiała kogoś
zwolnić, gdy proszono ją o zaoszczędzenie kolejnych kilku procent z i tak już okrojonego budżetu, gdy kazano jej tworzyć kolejne ważne
dokumenty, a także za każdym razem, gdy o szesnastej w piątek jej szef,
tuż przed jednym z wielu wyjazdów na narty, zrzucał na nią mnóstwo pracy
administracyjnej.
Ostatecznie rzuciła to wszystko i znalazła pracę w sklepie z pamiątkami
w siedzibie National Trust. Zarabiała jedną piątą poprzedniej pensji,
pracowała o połowę krócej i straciła powody do płaczu. To nie jest
jednak książka o Cathy Neeson).
Chodzi o to - myślała Nina, próbując się pozbyć dławiącego uczucia w gardle - że nasza biblioteka jest taka mała.
Bajkowe poranki dla dzieci we wtorki i czwartki. Krótsze godziny
otwarcia w środę. Odrapany, staroświecki budynek z podłogami z wytartego
linoleum. Czasami trochę zalatujący stęchlizną, to prawda. Wielkie,
przeciekające kaloryfery, które rano potrzebowały sporo czasu, żeby się
nagrzać, a potem stawały się zbyt gorące, powodując lekki zaduch,
zwłaszcza gdy zjawiał się stary Charlie Evans w poszukiwaniu ciepłego
kąta oraz "Gwiazdy Porannej", którą czytał bardzo powoli od deski do
deski. Zastanawiała się, gdzie teraz podzieją się ludzie tacy jak on.
Cathy Neeson wyjaśniła, że zamierzają przenieść usługi biblioteczne do
centrum miasta, gdzie powstanie "hub" ze "strefą doświadczeń
multimedialnych" i kawiarnią oraz "wystawą multisensoryczną", cokolwiek
to miało znaczyć. Nieważne, że dla większości starszych lub
unieruchomionych na wózkach ludzi do centrum było zbyt daleko, ponieważ
dostanie się tam wymagało dwóch przesiadek autobusowych.
Stary, uroczy, choć sfatygowany budynek biblioteki z dwuspadowym dachem
został sprzedany i miał wkrótce zostać zaadaptowany na luksusowe
apartamenty do wynajęcia, których ceny będą znacznie przekraczać
możliwości finansowe bibliotekarza.
Natomiast Nina Redmond, mól książkowy z długimi kasztanowymi włosami,
bladą cerą, twarzą usianą piegami i wrodzoną nieśmiałością, przez którą
w najmniej odpowiednich momentach na jej policzki wypełzał rumieniec -
lub do oczu napływały łzy - miała wrażenie, że wkrótce zostanie wrzucona
prosto do paszczy okrutnego świata, w którym w ostatnim czasie pojawiło
się wielu bezrobotnych bibliotekarzy.
- Zatem - podsumowała Cathy Neeson - możecie się już zabierać za
pakowanie "książek".
Ostatnie słowo wypowiedziała w taki sposób, jakby coś takiego jak
książki w ogóle nie pasowało do nowej, świetlanej wizji Mediatech
Services. Te wszystkie zakurzone, nieatrakcyjne tomiszcza.
Nina powlokła się na zaplecze z ciężkim sercem i lekko zaczerwienionymi
oczami. Na szczęście pozostali pracownicy wyglądali mniej więcej tak
samo. Rita O'Leary, kobieta w podeszłym wieku, która prawdopodobnie
powinna przejść na emeryturę jakieś dziesięć lat temu, ale była tak miła
dla klientów, że wszyscy przymykali oko na to, iż nie widziała już
numerów systemu dziesiętnego Deweya i odkładała książki na półki na
chybił trafił, zalała się łzami. Nina zaczęła ją pocieszać i dzięki temu
zdołała ukryć własny smutek.
- Wiesz, kto jeszcze tak postępował? - wysyczał jej kolega Griffin przez
zęby ukryte wśród zmierzwionej brody, gdy przechodziła obok niego.
Rzucił nieufne spojrzenie w kierunku Cathy Neeson, która wciąż stała na
środku sali głównej. - Naziści. Zebrali wszystkie książki i zrobili z nich ognisko.
- Nikt tutaj nie pali książek! - stwierdziła Nina. - Przecież oni nie są
nazistami.
- Wszyscy tak myślą. A potem zanim się obejrzysz, wszędzie jest ich
pełno.
Z zapierającą dech w piersiach szybkością zorganizowano swego rodzaju
wyprzedaż, podczas której większość klientów biblioteki wynajdowała
stare, dobrze znane i ulubione tomy w pudełku z książkami za dziesięć
pensów, nie zwracając uwagi na błyszczące nowości.
W ciągu kolejnych dni mieli spakować resztę książek, aby wysłać je do
biblioteki głównej. Zazwyczaj ponura twarz Griffina wyglądała jeszcze
posępniej niż zwykle. Miał długą, nieprzyjemnie przerzedzoną brodę i pogardliwy stosunek do ludzi, którzy nie czytali jego ulubionych
książek. A ponieważ jedynymi książkami, które lubił, były mało znane
historie z lat pięćdziesiątych XX wieku opowiadające o sfrustrowanych
młodych mężczyznach, mieszkańcach londyńskiej dzielnicy Fitzrovia,
którzy nie stronili od alkoholu, miał sporo okazji, by utrwalać swoje
wrogie nastawienie. Nieustannie też wracał do tematu palenia książek.
- One nie idą na spalenie! Zostaną wysłane do głównej biblioteki w centrum miasta.
Nina nie potrafiła się zmusić, by wypowiedzieć słowo "Mediatech".
Griffin prychnął.
- Widziałaś plany? Kawa, komputery, DVD, rośliny, biura administracji i ludzie zajmujący się analizą zysków i strat oraz nękający bezrobotnych...
przepraszam, prowadzący "warsztaty uważności". Tam w ogóle nie ma
miejsca dla książek. - Gestem wskazał na dziesiątki pudeł. - Trafią na
wysypisko śmieci. Wykorzystają je przy budowie dróg.
- Nie zrobią tego!
- Ależ owszem! Nie wiedziałaś, że tak właśnie kończą stare książki?
Zamieniają je w podkład pod drogę. Ciężarówki będą się toczyć po
stuletnich myślach, ideach i odkryciach, metaforycznie wgniatając miłość
do zdobywania wiedzy w glebę swoimi głupimi, wielkimi oponami i niszcząc
planetę przy akompaniamencie wrzasków kretynów z Top Gear.
- Griffin, nie jesteś dziś w najlepszym nastroju, prawda?
- Czy moglibyście się trochę pospieszyć? - zaniepokojonym tonem
ponagliła ich Cathy Neeson, która właśnie wpadła do sali. Pieniędzy
starczyło im na wynajęcie aut transportowych wyłącznie na jedno
popołudnie. Jeśli więc nie uda im się załadować wszystkiego na czas,
będzie miała poważne kłopoty.
- Tak jest, komendancie Über-Führerze - odparł Griffin pod nosem, gdy
jej blond bob, nadal sztywny niczym pancerz, zniknął z pola widzenia. -
Boże, aż trudno uwierzyć, ile w tej kobiecie jest zła.
Nina odpłynęła myślami. Patrzyła z rozpaczą na otaczające ją tysiące
tomów i czuła nadzieję bijącą z ich pięknych okładek i optymistycznych
opisów. Świadomość, że mogą trafić na śmietnik, rozdzierała jej serce.
To przecież książki! Zdaniem Niny zamknięcie biblioteki przypominało
zamknięcie schroniska dla zwierząt. Poza tym wbrew oczekiwaniom Cathy
Neeson nie było mowy, żeby dzisiaj udało im się to wszystko spakować.
Dlatego też, gdy sześć godzin później Nina podjechała pod drzwi swojego
niewielkiego domku, który dzieliła z przyjaciółką, jej auto marki Mini
Metro było po dach zapakowane książkami.
- O nie - powiedziała Surinder, podchodząc do drzwi i krzyżując ramiona
na swoim dość imponującym biuście. Miała surowy wyraz twarzy. Nina
poznała matkę przyjaciółki, która pracowała jako nadinspektor policji, i wiedziała, że to po niej Surinder go odziedziczyła. Nina widywała go
dość często.
- Nie wniesiesz ich do środka. Nie ma mowy.
- Przecież... Popatrz, są w idealnym stanie.
- Nie o to chodzi - powiedziała Surinder. - I nie patrz na mnie, jakbym
chciała wyrzucić sieroty za drzwi.
- No, w pewnym sensie... - odparła Nina, starając się nie posyłać
przyjaciółce zbyt błagalnego spojrzenia.
- Nina, strop tego nie wytrzyma! Powtarzałam to wielokrotnie.
Od dnia, w którym Nina przyjechała z Chester do Edgbaston, czyli od
czterech lat, dzieliły z Surinder niewielki dom w zabudowie szeregowej.
Nie znały się wcześniej, a więc miały szczęście, ponieważ były
współlokatorkami, których z czasem połączyła przyjaźń, a nie
przyjaciółkami, które po zamieszkaniu pod jednym dachem nie mogły na
siebie patrzeć.
Nina martwiła się, że Surinder zwiąże się na poważnie z jakimś
chłopakiem i wyprowadzi się do niego lub sprowadzi go do ich wspólnego
domu. Lecz pomimo dużej liczby zalotników - ku zadowoleniu Niny -
jeszcze do tego nie doszło. Surinder wielokrotnie wspominała, że nie
tylko ona może stanąć w obliczu podobnej decyzji. Jednak paraliżująca
nieśmiałość Niny i jej nawyk nieustannego czytania w samotności
sprawiały, że zdaniem ich obu to Surinder miało się poszczęścić
pierwszej. Nina zawsze była małomówna i z boku obserwowała świat przez
pryzmat powieści, które uwielbiała czytać.
Ponadto, jak doszła do wniosku po kolejnym niefortunnym wieczorze
spędzonym na pogawędkach z niezdarnymi przyjaciółmi najnowszego
absztyfikanta Surinder, po prostu nie spotkała nikogo, kto dorównywałby
jej ulubionym bohaterom książkowym. Pan Darcy, Heathcliff, a nawet, gdy
wpadła w odpowiedni nastrój, Christian Grey... nerwowi chłopcy o lepkich
dłoniach, z którymi nie byłaby w stanie błyskotliwie ani dowcipnie
porozmawiać, naprawdę nie mogli się z nimi równać. Nie przechadzali się
po wrzosowiskach Yorkshire, nie mieli śniadej cery ani gniewu wypisanego
na twarzy. Nie odmawiali tańca podczas balu pomimo głęboko skrywanej i trwającej całe życie słabości do ciebie. Po prostu upijali się na
przyjęciach bożonarodzeniowych, tak jak Griffin, i próbowali wepchnąć ci
język do gardła, jednocześnie godzinami bełkocząc o tym, że wcale nie są
w poważnych związkach.
W każdym razie Surinder wyglądała na wściekłą, a co najgorsze, miała
rację. W domu nie było już miejsca na kolejne książki, ponieważ
zajmowały każdy jego zakątek. Leżały na półpiętrze i na schodach,
całkowicie wypełniały pokój Niny, stały starannie poukładane w salonie,
a nawet w toalecie, tak na wszelki wypadek. Nina zawsze lubiła czuć, że
Małe kobietki są pod ręką na wypadek kryzysu.
- Nie mogę ich przecież zostawić na mrozie - stwierdziła błagalnym
tonem.
- Nina, to kupa MARTWEGO DREWNA! Niektóre z nich cuchną!
- Ale...
Wyraz twarzy Surinder się nie zmienił i nadal posyłała przyjaciółce
surowe spojrzenie.
- Nina, już dość. To się wymyka spod kontroli. Przez cały tydzień
przywozisz tutaj zbiory biblioteczne. Będzie coraz gorzej.
Zrobiła krok do przodu i ze stosu książek wyciągnęła opasły romans
uwielbiany przez Ninę.
- Spójrz tylko! Przecież tę już masz.
- Wiem, ale to jest pierwsze wydanie w twardej oprawie. Przyznaj to,
proszę! Wygląda pięknie! Do tego jest nieużywana!
- I taka pozostanie, ponieważ twój stos z książkami czekającymi w kolejce do przeczytania jest wyższy ode mnie!
Obie teraz już stały na ulicy, ponieważ Surinder tak się wściekła, że
wybiegła na zewnątrz.
- Nie! - zaprotestowała Nina, podnosząc głos. - Nie. Tym razem wnoszę
kategoryczny sprzeciw.
Poczuła, że zaczyna się trząść. Zrozumiała, że są na skraju kłótni, a ona nie potrafiła znieść konfrontacji ani jakiejkolwiek innej formy
konfliktu. Surinder także zdawała sobie z tego sprawę.
- Proszę - spróbowała ponownie.
Surinder wzniosła ręce ku górze.
- Boże, to jak kopanie szczeniaka. Nie radzisz sobie z tą zmianą pracy,
prawda? W ogóle sobie nie radzisz. Po prostu się poddajesz.
- Wiesz co? - wyszeptała Nina, wpatrując się w chodnik, gdy za plecami
jej lokatorki zamknęły się drzwi. - Dziś rano zapomniałam wziąć klucze.
Wydaje mi się, że drzwi się zatrzasnęły.
Surinder wpatrywała się w nią wściekle z miną komisarza policji, ale po
chwili - dzięki Bogu - wybuchła śmiechem. Poszły na róg ulicy do małego,
przytulnego pubu z dobrym jedzeniem, który choć zwykle pękał w szwach,
dziś wyglądał spokojnie. Udało im się więc znaleźć przytulny kącik w rogu sali.
Surinder kupiła butelkę wina, na którą Nina spojrzała z rezerwą. Zwykle
zwiastowało to początek rozmowy pod tytułem "Co jest nie tak z Niną?",
która zazwyczaj rozpoczynała się po drugim kieliszku.
Przecież nie ma w tym nic złego, prawda? W miłości do książek, w miłości
do swojej pracy i w tym, że ktoś chce tak żyć? Miło i wygodnie. Zgodnie
z rutyną. A przynajmniej tak było do tej pory.
- Nie - powiedziała Surinder, odstawiając z westchnieniem kieliszek.
Nina posłała przyjaciółce spojrzenie pełne cierpliwości i gotowości do
słuchania. Surinder pracowała w firmie importującej biżuterię. Zajmowała
się księgowością oraz obsługą klienta biznesowego. Była świetnym
pracownikiem. Wszyscy się jej bali. Zarówno jej umiejętności
administracyjne, jak i liczba opuszczonych dni w pracy były legendarne.
- To nie wystarczy, prawda, Neens?
Nina wbiła wzrok w swój kieliszek, pragnąc skupić uwagę na czymś innym.
- Co powiedział doradca do spraw relokacji?
- Powiedział... powiedział, że po cięciach budżetowych w bibliotekach nie
ma zbyt wielu miejsc pracy. I że zamierzają obsadzić je
wolontariuszkami.
Surinder parsknęła śmiechem.
- Tymi uroczymi starszymi paniami?
Nina skinęła głową.
- Ale one nie potrafią polecić czytelnikom odpowiednich powieści! Nie
wiedzą, co powinien przeczytać dziewięciolatek po zakończeniu serii o Harrym Potterze.
- Na ostrzu noża Patricka Nessa - odpowiedziała automatycznie Nina.
- Właśnie o tym mówię! Doświadczenie! Czy one potrafią obsługiwać system
zamówień? Znają się na archiwizacji? Prowadzeniu dokumentacji?
Nina pokręciła głową.
- Nie za bardzo.
- Więc gdzie masz się podziać?
Nina wzruszyła ramionami.
- Prawdopodobnie w centrum medialnym będą potrzebować koordynatorów, ale
musiałabym zapisać się na kurs efektywnego budowania zespołu i ponownie
złożyć podanie o pracę.
- Kurs efektywnego budowania zespołu?
- Tak.
- Ty? - Surinder wybuchła śmiechem. - Zapisałaś się już?
Nina potrząsnęła głową.
- Za to Griffin tak.
- Musisz to zrobić.
Nina westchnęła.
- Pewnie masz rację.
- Tracisz pracę, Nina! Tracisz ją! Szwendanie się po domu przez całe
popołudnie z nosem w książce Georgette Heyer tego nie zmieni, prawda?
W odpowiedzi Nina przecząco pokręciła głową.
- Weź się w garść!
- Czy jeśli cię posłucham, będę mogła wnieść książki do domu?
- Nie!
Rozdział 2
Nina stawiła się na kursie efektywnego budowania zespołu cała w nerwach.
Nie wiedziała, czego się spodziewać. Poza tym jej samochód nadal
wypełniony był książkami. Griffin przyszedł wcześniej. Siedział z nogą
swobodnie opartą na kolanie drugiej, jakby próbował sprawiać wrażenie
najbardziej wyluzowanej osoby na świecie. Nie wyglądało to zbyt
przekonująco. Jego kucyk zwisał smętnie na tle jasnoszarej koszulki, a szkła okularów były zabrudzone.
- Żółtodzioby - szepnął do Niny, aby poprawić jej humor.
Nie podziałało. Poczuła się gorzej i zaczęła nerwowo poprawiać swoją
koszulę w kwiaty. Na zewnątrz wiosna nie mogła się zdecydować, czy
nadszedł już jej czas. W jednej chwili padał deszcz, a już po paru
minutach świeciło piękne słońce.
Surinder miała rację - najwyższa pora wziąć się w garść.
Czasami jednak Nina czuła, że świat nie został stworzony dla osób takich
jak ona. Ludzie pewni siebie, o wyrazistej osobowości, tacy jak
Surinder, po prostu jej nie rozumieli. Osoby, które nie są
ekstrawertyczne, które nie wysuwają się bez przerwy na pierwszy plan,
publikując niezliczone selfie, domagając się uwagi i nieustannie coś
mówiąc, są przez innych niezauważane. Zazwyczaj jej to nie
przeszkadzało.
Teraz jednak Nina zrozumiała, że grozi jej niezauważenie samej siebie.
Bez względu na to, ile książek próbowała ocalić, bez względu na to, co
próbowała zrobić, jej filia biblioteczna miała zostać zamknięta. Ona
sama traciła pracę i nie chodziło tylko o przejście w inne miejsce.
Bibliotekarze w całej Anglii mieli problem ze znalezieniem zatrudnienia.
Na jedno miejsce przypadało trzydzieści osób. To tak, jakby się było
serwisantem maszyn do pisania lub producentem faksów. W wieku dwudziestu
dziewięciu lat Nina czuła, że nie przystaje do wymagań stawianych przez
nowoczesny świat.
Na małe podium znajdujące się na zapleczu biblioteki wszedł młody
mężczyzna. Przed nim zgromadzili wszyscy pracownicy dwóch pozostałych
bibliotek z okolicy, które również przeznaczono do likwidacji. W powietrzu unosiły się liczne pomruki niezadowolenia i narzekania
skierowane pod adresem cholernego rządu, uwagi na temat beznadziejnych
rozwiązań oraz wyrazy niedowierzania, że ktoś może nie zdawać sobie
sprawy - w ogóle nie rozumieć - jak ogromną rolę odgrywają biblioteki w lokalnej społeczności.
Nina uważała, że rządzący świetnie zdają sobie z tego sprawę, tylko po
prostu ich to nie obchodzi.
- Witam! - powiedział młody mężczyzna ubrany w dżinsy i różową koszulę z rozpiętym kołnierzykiem.
- Ciekawe, ile mu za to płacą - szepnął Griffin. - Założę się, że więcej
niż nam.
Nina zamrugała. Nigdy nie robiła tego dla pieniędzy.
- Witam was wszystkich! - powtórzył prowadzący. W wypowiedziach stosował
intonację wznoszącą, przez co wszystko, co mówił, brzmiało jak pytanie.
- Rozumiem, że sytuacja nie jest idealna?
- Naprawdę? - prychnął Griffin.
- Ale jestem pewien, że pod koniec dnia wszyscy będziemy się świetnie
dogadywać... Nawiążemy więź, podbudujemy swoją pewność siebie?
Griffin ponownie prychnął. Nina natomiast pochyliła się nieco w przód.
Budowanie pewności siebie? Nie zaszkodzi spróbować.
Mijały kolejne godziny poranka. Uczestniczyli w grach budujących
zaufanie, aby przywrócić wiarę w to czy tamto, chociaż już wkrótce
wszyscy mieli konkurować ze sobą o kilka ostatnich miejsc pracy. Parę
chwil wcześniej Nina poruszała się po pomieszczeniu z zawiązanymi
oczami, kierowana jedynie instrukcjami werbalnymi pozostałych
uczestników kursu. A zaraz miała stanąć na stole, ponownie z zamkniętymi
oczami, i opaść do tyłu. Odczuwała jednocześnie zdenerwowanie i irytację. To nie było dla niej - krzyki, popisywanie się...
Mungo, młody mężczyzna, dodawał wszystkim otuchy.
- Pamiętajcie, nie ma rzeczy niemożliwych! - krzyknął. - Tak?
Griffin westchnął. Nina jednak spojrzała na prowadzącego. Może coś w tym
jest?
- Nie ma dla ciebie rzeczy niemożliwych, jeśli się postarasz.
- Świetnie, w takim razie chcę dołączyć do olimpijskiej drużyny
pływackiej - skomentował Griffin.
Uśmiech Munga ani na chwilę nie zszedł z jego twarzy. Następnie chłopak
uniósł nogawkę spodni i w pokoju wszyscy wstrzymali oddech. Jego noga
zrobiona była z gładkiego plastiku.
- Dałbym sobie szansę mimo wszystko - stwierdził. - No dalej. Co tak
naprawdę chcesz robić?
- Kierować działem w Mediatech - odpowiedział Griffin bez wahania. Nina
wiedziała, że kolega uważa Munga za korporacyjnego szpiega.
Prowadzący tylko skinął głową.
- Zróbmy rundkę po pokoju - zaproponował. - Mówcie szczerze. Nie ma tu
żadnych szpiegów.
Nina wycofała się na swoje krzesło. Nie znosiła wypowiadania się na
forum grupy. Z tyłu sali odezwał się gburowaty mężczyzna, którego nie
znała.
- Zawsze chciałem pracować ze zwierzętami - przyznał. - W ich naturalnym
środowisku. Obserwować je, monitorować ich liczebność, wiecie, co mam na
myśli?
- Brzmi niesamowicie - odparł Mungo i wydawało się, że mówi szczerze. -
Świetnie! Podejdź do przodu!
Nina zadrżała w środku, gdy wszyscy zebrali się wokół stołu, na którym
stanął mężczyzna. Po chwili opadł do tyłu, pozwalając tłumowi się
złapać.
- Zawsze chciałam pracować jako charakteryzatorka przy produkcji filmów
- powiedziała młoda recepcjonistka z centrali. - Robić makijaż wielkim
gwiazdom i tak dalej.
Mungo skinął głową i kobieta również weszła na stół, by po chwili dać
się złapać.
Nina nie mogła uwierzyć, z jaką swobodą wszyscy zaangażowali się w to
ćwiczenie.
- Pragnę po prostu pracować przy książkach - wyznała Rita. - Zawsze
chciałam robić tylko to.
Kolejne pomysły napływały z całej sali i przyjmowane były licznymi
skinięciami głowy oraz sporadycznymi oklaskami. Nie udało się jednak
nakłonić Rity, by rzuciła się ze stołu, ponieważ miała problemy z biodrami. Nawet Griffin zmienił swoją początkową odpowiedź, mamrocząc
pod nosem, że tak naprawdę chciałby zostać artystą komiksowym. Nina
milczała. W jej głowie kłębiły się różne myśli. W końcu zobaczyła, że
Mungo bacznie się jej przygląda.
- Tak?
- No dalej. Jesteś ostatnia. Musisz powiedzieć, czym chcesz się w życiu
zająć. Bądź z nami szczera.
Z ogromną niechęcią Nina podeszła do stołu.
- Nie zastanawiałam się nad tym.
- Na pewno o tym myślałaś - powiedział Mungo. - Każdy to robi.
- Ale to zabrzmi głupio. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach.
- W tym miejscu nic nie wydaje się głupie - zapewnił. - Wszyscy daliśmy
się złapać, spadając ze stołu.
Nina wspięła się na blat. Reszta grupy spoglądała na nią wyczekująco.
Poczuła, że zaschło jej w gardle, a w jej głowie pojawiła się pustka.
- Cóż - zaczęła, czując, jak jej twarz pokrywa się tym okropnym
rumieńcem. Z trudem przełknęła ślinę. - Ja... To znaczy. No tak. Od
zawsze... Od zawsze marzyłam, że pewnego dnia będę miał własną księgarnię.
Taką malutką.
Zapadła cisza. A potem w całym pomieszczeniu dało się słyszeć:
- Ja też!
- O tak!
- To brzmi NIESAMOWICIE.
- Zamknij oczy - poprosił Mungo łagodnym tonem.
Na dźwięk tych słów odchyliła się do tyłu, zamknęła oczy i wpadła w oczekujące na nią ramiona, które ją objęły, a potem delikatnie postawiły
na podłodze.
Gdy ponownie otworzyła oczy, zaczęła się zastanawiać...
- SKLEP? - Griffin, rzecz jasna, zlekceważył ten pomysł. - KSIĘGARNIA?
Upadłaś na głowę?
Nina wzruszyła ramionami.
- Nie wiem - przyznała. - Mogłabym sprzedawać w niej twoje komiksy.
Wciąż czuła się dziwnie zainspirowana. Mungo poprosił ją na bok podczas
przerwy i dyskutowali na temat jej pomysłu. Przyznała się, że nie zna
się na kosztach ogólnych działalności, zaopatrzeniu, zatrudnianiu
personelu ani na pozostałych istotnych, ale przyprawiających o zawrót
głowy zobowiązaniach, które wiążą się z prowadzeniem sklepu, a które jej
zdaniem przerastały jej możliwości. Łagodnie skinął głową. W końcu
wyznała, że ma w samochodzie towar, który mógłby wypełnić niejedną
księgarnię. Roześmiał się w odpowiedzi, a następnie uniósł dłoń.
- Wiesz - zaczął - istnieją mobilne księgarnie.
- Co masz na myśli?
- Zamiast sklepu generującego koszty, można inaczej to zorganizować.
Pokazał jej zdjęcie na stronie internetowej kobiety, która prowadziła
księgarnię na barce. Nina znała już jej historię i westchnęła z zazdrością.
- To nie musi być barka - dodał, a następnie wyświetlił na ekranie
swojego komputera kolejne strony. - Znałem kobietę z Kornwalii, która
prowadziła piekarnię w furgonetce.
- Prawdziwą piekarnię?
- Najprawdziwszą. Ludzie przyjeżdżali do niej z miejsc oddalonych o wiele kilometrów.
Nina zamrugała.
- Furgonetka?
- Dlaczego nie? Masz prawo jazdy?
- Tak.
- Mogłabyś ją całkiem fajnie wyposażyć, prawda?
Nina nie przyznała się, że nauka cofania po łuku zajęła jej wieczność.
Żywiołowy entuzjazm Mungo był tak wszechogarniający, że łatwiej było się
z nim po prostu zgodzić.
Pokazała Griffinowi ogłoszenie, które z pomocą podekscytowanego Munga
znalazła w gazecie podczas przerwy.
- Spójrz na to.
- Co to jest?
- Furgonetka.
- Śmierdzący stary food truck?
- Śmierdzący stary food truck - niechętnie zgodziła się Nina. - Okej, ta
prawdopodobnie się nie nadaje, ale spójrz na tę.
- Myślisz, że furgonetka jest odpowiedzią na wszystko - burknął Griffin.
- Tam jest pełno pluskiew.
- Przed chwilą powiedziałam, że food trucki odpadają! - Jej lekko
poirytowany ton sprawił, że Griffin uniósł zdumiony wzrok znad kufla,
jakby właśnie usłyszał ryk myszy. - Bądź rozsądny. Spójrz na to.
- To zwykła furgonetka - odparł Griffin z przesadnym sarkazmem. - Nie
wiem, czego ode mnie oczekujesz.
- Oczekuję, że powiesz: "Wow, Nina, to niesamowite". Wyobraź sobie, że
bierzesz odpowiedzialność za swoje życie i myślisz o czymś takim.
- Zabujałaś się w prowadzącym?
- Nie, Griffin, to jeszcze szczeniak. Ale podoba mi się jego
nastawienie.
- Nie rozumiem - powiedział Griffin. - Pokazujesz mi furgonetki.
Myślałem, że marzysz o prowadzeniu księgarni?
- Bo tak jest! - odparła Nina. - Nie stać mnie jednak na lokal, prawda?
- No, nie - przyznał Griffin. - Z punktu widzenia banku nie jesteś
wiarygodnym kredytobiorcą. Problem w tym, że nic nie wiesz o prowadzeniu
sklepu.
- Zdaję sobie z tego sprawę - zgodziła się Nina. - Ale znam się na
książkach, prawda?
Griffin spojrzał na nią.
- Zgadza się - mruknął niechętnie. - Całkiem dobrze sobie z nimi
radzisz.
- Poza tym dostanę odprawę - dodała Nina. - Mogę też sprzedać swoje
auto. Wydaje mi się... że byłoby mnie stać na furgonetkę... Chyba. No i mam
te książki z biblioteki. Zmieniłabym swoje życie. Ruszyła do przodu.
Mogłabym zacząć od tego, a potem zobaczyłabym, dokąd mnie to zaprowadzi.
- Faktycznie, masz za dużo książek - zauważył Griffin. - Nigdy nie
sądziłem, że kiedykolwiek wypowiem takie zdanie.
- No cóż - odparła Nina - jeśli będę miała towar... i furgonetkę...
- To?
- To nic nie stoi na przeszkodzie, żebym podróżowała, jednocześnie
sprzedając książki.
Czuła teraz prawdziwe podekscytowanie, coś rozkwitało w jej piersi.
Dlaczego nie ona? Dlaczego wszyscy inni mogli marzyć, tylko nie ona?
- Chcesz jeździć po dzielnicy Edgbaston?
- Nie - odrzekła Nina. - Będę musiała poszukać miejsca, w którym można
parkować bez ograniczeń.
- Takie miejsce nie istnieje.
- Gdzieś, gdzie nie ma zakazów. Gdzieś, gdzie będę mogła po prostu
sprzedawać książki.
- To chyba tak nie działa.
- Coś na kształt targu dla rolników, na którym pojawiają się raz w tygodniu, by sprzedawać swoje produkty.
- Więc będziesz pracować jeden dzień w tygodniu, a przez resztę czasu
będziesz uprawiać swoje książki?
- Przestań wylewać mi kubły zimnej wody na głowę.
- Nie robię tego, po prostu jestem realistą. Co byłby ze mnie za
przyjaciel, gdybym mówił tylko: "Tak, Nina, masz prawie trzydzieści lat,
nie wiadomo, czy dostaniesz tę pracę, ale rzuć wszystko i podążaj za
marzeniami, choć to tylko mrzonki"?
- Hm - odparła Nina z przygnębieniem.
- Chodzi o to - kontynuował Griffin - że podejmowanie śmiałego ryzyka
nie leży raczej w twojej naturze. Znamy się sześć lat i przez ten czas
zawsze punktualnie wracałaś z przerwy na lunch. Nigdy nie proponowałaś
żadnych zmian w organizacji pracy, nie narzekałaś, nie wykorzystywałaś
alarmów przeciwpożarowych, by dłużej zostać na dworze i wypić dodatkową
filiżankę kawy. Nic z tych rzeczy. Panna Pracownik Roku. Bibliotekarka
doskonała... a teraz zamierzasz kupić furgonetkę i bawić się w obwoźną
sprzedaż książek? W ramach pracy zarobkowej?
- Czy to brzmi jak szalony pomysł? - zapytała Nina.
- I to jak - odparł Griffin.
- Hmmm. A ty co zamierzasz robić? Będziesz szukał pracy w sklepach z komiksami, starał się o posadę ilustratora?
Griffin przez chwilę wyglądał na zakłopotanego.
- Ja... - odparł. - O Boże, raczej nie. Nie. Prawdopodobnie po prostu
złożę podanie o pracę w nowym centrum medialnym. No wiesz? Dla
bezpieczeństwa. Potrzebują koordynatorów.
Nina smutno skinęła głową.
- Tak, pewnie zrobię to samo.
- Nigdy nie będę ci tego wypominał - obiecał Griffin.
- Nie bądź niemądry, oczywiście, że będziesz - odparła Nina, spoglądając
ponownie na kartkę i czując, jak oblewa ją zawstydzający rumieniec.
Skupiła się na ogłoszeniu. - Ta furgonetka jest pewnie wiele kilometrów
stąd.
Griffin pochylił się nad nią, by spojrzeć na ogłoszenie, po czym
wybuchnął śmiechem.
- Nina, nie kupisz tej furgonetki!
- Dlaczego nie? Taką właśnie kupię! - Po chwili jednak się poprawiła. -
Taką bym właśnie kupiła.
Furgonetka była biała, kanciasta i wysłużona. Miała duże reflektory oraz
przesuwne drzwi z metalowymi rozkładanymi stopniami. Była w stylu retro
i wyglądała uroczo, a co najlepsze, w środku znajdowało się mnóstwo
miejsca na półki, ponieważ kiedyś służyła jako auto dostawcze do
rozwożenia pieczywa. Była wspaniała.
- Powodzenia - powiedział Griffin, wskazując na informację zamieszczoną
drobnym drukiem. - Spójrz, auto jest w Szkocji.
Rozdział 3
Cathy Neeson zaprosiła każdego kandydata na spotkanie indywidualne, aby
przyjrzeć się "rozwojowi kompetencji kluczowych". To nie była rozmowa
kwalifikacyjna. W żadnym wypadku. To były po prostu bezduszne tortury,
ale oczywiście nikt nie mógł tego przyznać. Przed wejściem na salę Nina
trzęsła się ze zdenerwowania jak galareta.
Cathy spojrzała w górę, a Ninę dopadła jeszcze większa niepewność,
ponieważ odniosła wrażenie, że prowadząca spotkanie jej nie rozpoznała
(naprawdę tak było, ponieważ dziecko Cathy miało krztusiec i usnęło
dopiero o trzeciej nad ranem). Cathy rzuciła okiem na swoje notatki.
- O, Nina - rozpoczęła. - Miło cię widzieć. - Ponownie spojrzała na
swoje zapiski i lekko zmarszczyła brwi. - Widzę, że lubiłaś pracę w bibliotece.
Nina skinęła głową.
- Tak, bardzo.
- Pewnie jesteś podekscytowana nowym kierunkiem, w którym zmierzamy,
prawda?
- Kurs efektywnego budowania zespołu bardzo mi pomógł - przyznała Nina.
Szczerze mówiąc, od tamtej pory nie myślała o niczym innym. Zastanawiała
się, jak mogłaby wyglądać jej furgonetka zaparkowana w oczekiwaniu na
klientów, lśniąca i zachęcająca do zajrzenia do środka, i nad tym, co
mogłaby umieścić w jej wnętrzu. Myślała też o tym, jak duża musiałaby
być jej kolekcja, aby każdy mógł znaleźć tam coś dla siebie, i gdzie
mogłaby zaopatrywać się w używane książki, gdyby zabrakło jej towaru...
Zdała sobie sprawę, że odpłynęła myślami, a tymczasem Cathy Neeson
uważnie się jej przyglądała.
(Cathy Neeson nienawidziła tej części swojej pracy tak bardzo, że miała
ochotę rzucić to wszystko w cholerę. Jej zadanie polegało na tym, aby
delikatnie zniechęcić nieodpowiednich kandydatów do składania podań o pracę i w ten sposób zaoszczędzić trochę czasu. Prawda była jednak taka,
że Cathy nie miała pewności, czy hałaśliwe dzieciaki, które w dzisiejszych czasach rozpychają się na rynku pracy, odpowiadały ich
potrzebom. Miłe usposobienie i opanowanie z pewnością były dużo
przydatniejsze. Niestety niełatwo było przemówić do rozsądku grubym
rybom na szczycie, ponieważ przepadali oni za krzykliwymi komunikatami o misji firmy oraz głośnymi uwagami wypowiadanymi pewnym siebie tonem).
- Nadal myślisz o złożeniu podania o pracę?
- Dlaczego pani pyta? - odpowiedziała Nina, a na jej twarzy pojawiła się
panika. - Nie powinnam tego robić?
Cathy Neeson westchnęła.
- Po prostu się zastanów, jak twój zestaw kompetencji wpasuje się w nowe
miejsce - odparła szczerze. - No i... powodzenia.
Co to, do cholery, miało znaczyć? - pomyślała Nina, z trudem podnosząc
się krzesła.
Nina wciąż wykazywała obsesję na punkcie ogłoszeń o sprzedaży samochodów
dostawczych, choć powinna rozpocząć przygotowania do rozmowy
kwalifikacyjnej. Nie znalazła jednak ani jednego auta nawet w przybliżeniu tak ładnego jak to, które na początku wpadło jej w oko.
Miało zabawną maskę przypominającą mały nosek i zaokrąglony dach. Nic
nie mogło się z nim równać. Będzie musiała więc pojechać do Szkocji.
Griffin stanął za nią, mrużąc oczy.
- Nie mówisz poważnie - stwierdził.
- Chcę tylko rzucić okiem - zaprotestowała. - Na razie tylko rozważam
taką opcję.
- Nie masz za dużo czasu na takie rozważania - zauważył Griffin. - Czy
mógłbym cię o coś poprosić?
- O co? - odparła Nina, czując, jak ogarnia ją uczucie niepokoju.
- Czy mogłabyś rzucić okiem na moje podanie? - zapytał, sprawiając
wrażenie zawstydzonego.
- Griffinie, wiesz, że staram się o tę samą pracę!
- Yhm. Ale dużo lepiej radzisz sobie w takich sytuacjach ode mnie.
- Nie boisz się, że udzielę ci złych rad i każę dopisać rzeczy, przez
które twoje podanie będzie okropne?
- Nie, jesteś na to zbyt miła.
- Może po prostu uśpiłam twoją czujność fałszywym poczuciem
bezpieczeństwa?
- Przez cztery lata?
- Dlaczego nie?
- E tam - odparł Griffin, posyłając jej pełne zadowolenia spojrzenie,
przez które Nina miała ochotę chlusnąć mu w twarz kawą. - Jesteś zbyt
słodka. Zbyt słodka, by odmówić mi pomocy, i zbyt słodka, żeby prowadzić
furgonetkę.
- Tak myślisz? - zdziwiła się Nina.
- Tak.
Przesunął podanie w jej stronę.
- Mogłabyś tylko je przejrzeć? Powiedzieć, co o nim sądzisz? Daj spokój,
i tak oboje musimy jeszcze przejść rozmowę kwalifikacyjną. Równie dobrze
możesz pomóc kumplowi analfabecie.
Nina spojrzała na niego. Wiedziała, że jej spotkanie z Cathy nie poszło
zbyt dobrze. Pomagając Griffinowi, miała wrażenie, że sabotuje samą
siebie, ale z drugiej strony, kolega potrzebował pomocy...
Z westchnieniem wzięła podanie do ręki i skupiła całą swoją uwagę na
niezrozumiałych akapitach dotyczących multimediów, zmian na lepsze i crowdsourcingu. Z każdym wersem narastało w niej przygnębienie. Czy do
tego właśnie zmierza świat? Bo jeśli tak, to nie była pewna, czy się do
tego nadaje. Próbowała pomóc Griffinowi w przebudowaniu kilku
niezrozumiałych zdań, ale nie mogła się powstrzymać przed porównywaniem
jego przemyśleń na temat wzorców, łamania schematów i zrównoważonego
rozwoju z jej własnym podaniem, w którym za pomocą krótkich, starannie
napisanych akapitów przekonywała, że biblioteki zajmują centralne
miejsce w życiu społeczności, a czytanie pomaga dzieciom rozwijać ich
potencjał. Z tego więc, co widziała, w podaniu jej kolegi przedstawione
zostały dużo bardziej imponujące cele.
Westchnęła i ponownie spojrzała na ogłoszenie o sprzedaży.
Furgonetka była długa i nie przypominała małych mobilnych lodziarni, a jej front przywoływał na myśl auta z dawnych czasów. Zdjęcia wnętrza
ukazywały całkowicie pustą przestrzeń, w której znajdowało się
wystarczająco dużo miejsca - narysowała nawet jego plan na papierze -
aby po obu stronach ustawić mnóstwo wysokich półek, urządzić niewielki
kącik czytelniczy, w którym mogłaby się zmieścić sofa, a do tego jeszcze
stojak z książeczkami dla dzieci... oraz kilka puf... Złapała się na tym, że
z rozmarzeniem wpatruje się przez otwarte okno w hałaśliwe wieczorne
Birmingham.
Na zewnątrz dwóch mężczyzn prowadziło głośną rozmowę o tym, jak wrobiono
ich w sprawę jakiegoś samochodu. Grupa idących ulicą nastolatków śmiała
się do rozpuku. Cztery stojące na skrzyżowaniu autobusy z jakiegoś
powodu trąbiły na siebie. Z pobliskiego wiaduktu dobiegał nieustanny
szum ruchu ulicznego. Nina jednak odcięła się od otaczających ją
dźwięków.
W głowie kreśliła plan na przyszłość. Wiedziała, że to się może udać.
Bez trudu mogła sobie wszystko wyobrazić. Trochę benzyny, zgromadzone
przez nią książki - znaczna ich część była w idealnym stanie. A skoro
wszystkie biblioteki się zamykają... Czy to możliwe, że zdołałaby
wykorzystać tę okropną sytuację i przemienić ją w coś wyjątkowego?
Ponownie spojrzała na adres. Kirrinfief. Sprawdziła, jak się tam dostać.
Dojazd autostradą byłby drogi, a lokalnymi drogami długi...
Miała jednak kilka tygodni zaległego urlopu, którego do tej pory nigdy
nie brała. Jeśli nie znajdzie nowej pracy, i tak wszystko przepadnie,
prawda? Równie dobrze mogła więc wykorzystać kilka ostatnich wolnych
dni, za które otrzyma wynagrodzenie.
Nim się spostrzegła, skończyła czytać pretensjonalne podanie o pracę
Griffina i kupiła bilet na autobus.
Rozdział 4
Nina odłożyła książkę na kolana, gdy poczuła, że robi się senna.
Nastał późny wieczór, a ona cały dzień spędziła w autobusie, nie licząc
krótkich postojów na rozprostowanie nóg i spacery po miejscach obsługi
podróżnych przy autostradzie; trzeba przyznać, że nie są to miejsca,
które sprzyjają relaksowi. Dzień chylił się ku końcowi, ale słońce wciąż
znajdowało się wysoko na niebie - w tych stronach zachodziło znacznie
później niż w Birmingham - i świeciło mocno przez okno po lewej stronie,
o które wsparła głowę, gdy przejeżdżali przez most nad zatoką Firth of
Forth. Od spokojnych wód zatoki bił różowy blask, przez co na pierwszy
rzut oka miało się wrażenie, że autokar przelatuje pomiędzy białymi
przęsłami tej ogromnej konstrukcji.
Nina nigdy wcześniej nie była w Szkocji. Co więcej, gdy kupowała bilet
autobusowy i zapłaciła mniej niż wynosił rachunek po wieczorze w pubie,
zdała sobie sprawę, że w wieku dwudziestu dziewięciu lat mogłaby wskazać
wiele miejsc, których nigdy nie odwiedziła. Oczywiście była w Narnii,
Małym Domku na Prerii i w Krainie Czarów, ale gdy zbliżali się do
Edynburga, poczuła w nozdrzach głęboki, bogaty, drożdżowy zapach starych
poszarzałych ulic, a pod siedzeniem kostkę brukową z czasów rzymskich,
przez którą niemal zleciała na podłogę. Zobaczyła niebo w kolorze żelaza
odbijające się w oknach wysokich domów - najstarszych wieżowców na
świecie. Usiadła więc na skraju fotela i wpatrywała się oczarowana w małe uliczki, które wiły się w różnych kierunkach i przeplatały z większymi alejami. Zachwycił ją również stojący na klifie zamek o surowym wyglądzie, który wyglądał, jakby spadł z nieba w sam środek
tętniącego życiem miasta.
Jechali dalej, cały czas na północ. Niebo wydawało się rosnąć, gdy
przekraczali wielki most, mijając po prawej stronie drugi, żelazny most
kolejowy. A kiedy minęli pofalowane pola uprawne i dotarli do surowych
skalistych terenów, wrzosowisk rozścielających się pod zachmurzonym
niebem, ruch zaczął stopniowo maleć.
Wewnątrz autokaru również ubywało pasażerów. W Newcastle, Berwick i Edynburgu wiele osób wsiadało i wysiadało, lecz teraz podróżowała tylko
w towarzystwie kilkorga starszych ludzi i paru dobrze zbudowanych
mężczyzn wyglądających na pracowników platform wiertniczych, którzy
siedzieli spokojnie, pomrukując do siebie, a na ich twarzach malowało
się skupienie.
Co jakiś czas unosiła wzrok znad książki. Raz jej oczom ukazała się
wielka brązowa równina, rozświetlona złotym blaskiem przebijającym się
przez gałązki wrzosów. Jakiś czas później w osłupienie wprawił ją widok
rybołowa pikującego nad drogą w kierunku jeziora; a gdy wjeżdżali na
kolejne wzniesienie, zza chmur wyłonił się snop słońca i postanowiła na
dobre odłożyć książkę.
Być może gdyby ten wiosenny weekend był deszczowy, wszystko potoczyłoby
się zupełnie inaczej.
Nina siedziałaby opatulona płaszczem z nosem w książce, zamieniłaby
kilka słów ze sprzedawcą furgonetki, potem grzecznie by mu podziękowała
i wróciła do domu, by wszystko ponownie przemyśleć.
Gdyby wiatr wiał od morza. Gdyby most został zamknięty dla ruchu z powodu porywistego wiatru. Gdyby doszło do miliona przeróżnych mało
znaczących zdarzeń.
Tak właśnie wygląda życie, prawda? Jeśli mielibyśmy rozpatrywać
wszystkie, nawet najdrobniejsze okoliczności, które w negatywny bądź
pozytywny sposób zmieniają nasze życiowe ścieżki, nie podjęlibyśmy już
żadnej decyzji.
I faktycznie niektórzy ludzie tak postępują. Idą przez życie, unikając
dokonywania zbyt poważnych wyborów, bo odczuwają nieustanną obawę przed
spróbowaniem czegoś nowego. Takie postępowanie to oczywiście również
jakiś wybór. Dotrzesz do pisanego ci miejsca bez względu na to, czy się
postarasz, czy nie. Jednak podejmowanie nowych wyzwań jest niesłychanie
trudne. I niewiele jest rzeczy, które w tej sytuacji mogą okazać się
pomocne.
Tego wieczoru, gdy Nina po raz pierwszy przybyła do Szkocji, dzień nie
był burzowy, deszczowy ani pochmurny, a obłoki nie wisiały nad ziemią
tak nisko, że zdawały się ucinać szczyty drzew. Wręcz przeciwnie. Można
było odnieść wrażenie, że cały kraj próbuje się pokazać z jak najlepszej
strony. Okolicę rozświetlała złota poświata. Północne słońce wydawało
się zarazem dziwne i piękne. Gdziekolwiek Nina spojrzała, widziała zamki
z szarego kamienia, rozległe, jasne krajobrazy, jagnięta hasające po
polach i jelenie umykające przed zbliżającym się autokarem w kierunku
drzew rosnących w oddali. Dwóch starszych mężczyzn, którzy wsiedli w Edynburgu, zaczęło po cichu rozmawiać ze sobą w języku gaelickim. Nina
nastawiła ucha i miała wrażenie, że słyszy nie tyle rozmowę, co śpiew.
Jednocześnie odczuwała podekscytowanie i zdumienie, że chociaż
technicznie rzecz ujmując, nadal przebywa na terenie Wielkiej Brytanii,
gdzie spędziła całe swoje życie, to nadal kraj ten wydaje jej się nieco
dziwny i obcy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki