Obietnice po zmierzchu - Sadie Matthews

-
Proszę czekać

Roz­dział trze­ci

W ho­te­lu mam mało cza­su, żeby po­zbie­rać swo­je rze­czy, po­nie­waż za­raz ru­sza­my na lot­ni­sko.

Ma­ria nie po­ja­wia się po­now­nie, toteż oprócz kie­row­cy sie­dzi­my w sa­mo­cho­dzie tyl­ko An­driej i ja. Czuję, że to ostat­nia oka­zja, bym po­wie­działa coś o pod­ro­bio­nym ob­ra­zie, ale nie je­stem pew­na, jak do tego po­dejść. Tak się cieszę z po­wro­tu do domu, że nie chcę spra­wiać żad­nych kłopotów. Coś mi pod­po­wia­da, że po­win­nam te­raz sie­dzieć ci­cho i po­zwo­lić, żeby spra­wy to­czyły się włas­nym to­rem. Za­raz jed­nak widzę wy­mi­ze­ro­waną twarz Mar­ka, jego oczy wyrażające za­ufa­nie, ja­kie pokłada we mnie i w An­drieju. Nie zniosę myśli, że mogłabym go za­wieść.

Gdy tak du­mam w roz­ter­ce, dojeżdżamy na lot­ni­sko i nie ma już oka­zji do na­mysłu. Ktoś nas pro­wa­dzi do od­rzu­tow­ca An­drie­ja i po krótkiej chwi­li wcho­dzi­my na pokład. Przy­jem­nie jest zna­leźć się na powrót w tym luk­su­so­wym wnętrzu. Śmieję się w du­chu, uzmysławiając so­bie, że ostat­nie trzy razy, kie­dy podróżowałam sa­mo­lo­tem, była to pry­wat­na i bar­dzo dro­ga ma­szy­na.

"Beth Vil­liers, da­jesz się roz­piesz­czać!".

Wiem jed­nak, że następną pod­niebną podróż odbędę ta­ni­mi li­nia­mi lot­ni­czy­mi, wciśnięta w wąski fo­tel, i jak po­zo­sta­li pasażero­wie, będę po­pi­jać kiepską kawę. War­to więc cie­szyć się luk­su­sem, póki mogę.

Kie­dy sa­mo­lot od­ry­wa się od zie­mi, je­stem wręcz upo­jo­na. Wra­ca­my do domu. Tęsknię do nor­mal­ności, do tego, by się wy­rwać z dziw­nej at­mos­fe­ry, jaka po­wstała między An­drie­jem a mną. Przed­tem, w dro­dze do Pe­ters­bur­ga, bałam się, że on będzie próbował jakoś się do mnie zbliżyć, ale nie zro­bił tego. Te­raz przy­pusz­czam, że po­nie­waż jest wściekły o ten fal­sy­fi­kat, zbliżenia w ogóle nie wchodzą w grę. Za­pew­ne nie chce mieć ze mną więcej nic wspólne­go.

"Cze­mu więc zadał so­bie trud, żeby mnie za­brać do sie­ro­cińca? Jak gdy­by wciąż chciał wy­wie­rać na mnie wrażenie. Może po pro­stu nie umie się po­wstrzy­mać, musi się po­pi­sy­wać, a ja, chcąc nie chcąc, stałam się wi­dow­nią".

Zer­kam na nie­go. Przez całą drogę z mia­sta na lot­ni­sko roz­ma­wiał przez te­le­fon, wyłączył go do­pie­ro tuż przed star­tem sa­mo­lo­tu. Te­raz wpa­tru­je się we mnie nie­prze­nik­nio­nym wzro­kiem spod przy­mkniętych po­wiek. "Od jak daw­na tak pa­trzy?".

Wiem, że mam nie­for­tunną cechę - wszyst­ko, o czym myślę, od razu ma­lu­je się na mo­jej twa­rzy. Ta­jem­ni­czość nie jest moją mocną stroną.

- W porządku, Beth? - pyta An­driej. - Niedługo po­dadzą obiad, a za kil­ka go­dzin będzie­my w Lon­dy­nie.

- A co po­tem? - ośmie­lam się za­py­tać. - Po po­wro­cie?

- Co masz na myśli?

Wle­piam w nie­go wzrok, nie bar­dzo wiedząc, jak zacząć. Nie chciałabym na­sta­wić go wro­go, chcę przemówić do jego ser­ca, a nie wzbu­dzić w nim gniew.

- Nie­sa­mo­wi­te było wi­dzieć cię dziś wśród tych dzie­ci - za­czy­nam. - Byłeś tak inną osobą... Oka­zy­wałeś do­broć, łagod­ność.

Le­ciut­ko uno­si brew.

- Chy­ba nie­wie­lu lu­dzi ma szansę oglądać cię od tej stro­ny - do­daję.

- Masz rację - mru­czy. - Bar­dzo nie­wie­lu.

- To mi przy­po­mniało o two­jej pełnej współczu­cia na­tu­rze i dla­te­go chciałam po­roz­ma­wiać z tobą o Mar­ku. - Prze­ry­wam, z tru­dem przełykam ślinę, a po­tem mówię szyb­ko, żeby nie stra­cić wątku. - Po­wie­działam ci, że Mark jest cho­ry, a ty od­niosłeś się do tego bar­dzo życz­li­wie. Chciałeś zna­leźć mu naj­lep­szych le­ka­rzy, opłacić le­cze­nie, zro­bić, co w two­jej mocy.

An­driej wciąż pa­trzy na mnie milcząco.

- Wte­dy jed­nak nie zda­wałam so­bie spra­wy z tego, jak ciężki jest jego stan. Wi­działam się z nim tuż przed wy­jaz­dem i zo­ba­czyłam, że to na­prawdę poważna cho­ro­ba. Nie po­wie­dział mi dokład­nie, co u nie­go wy­kry­to, ale domyślam się, że to rak gardła albo w każdym ra­zie usy­tu­owa­ny w szyi, to stamtąd usu­wa­li mu jakiś guz. Po­szedł do szpi­ta­la dzień przed na­szym przy­jaz­dem do Pe­ters­bur­ga.

An­driej nadal pa­trzy bez słowa. Nie mam pojęcia, czy moja prze­mo­wa w ogóle co­kol­wiek osiągnie. Ale zaczęłam, pociągnę więc da­lej. Pamiętam uśmiech­niętego, roześmia­ne­go An­drieja z sie­ro­cińca. Muszę uwie­rzyć, że to ten sam człowiek, do którego zwra­cam się te­raz. Biorę głęboki wdech.

- Nie po­win­nam była krzy­czeć na cie­bie tam w Pałacu Zi­mo­wym. Prze­pra­szam za to. Na­prawdę mi przy­kro. Ale muszę pod­trzy­mać sens tego, co wte­dy chciałam po­wie­dzieć: Mark od lat pra­cu­je dla cie­bie lo­jal­nie i w du­chu na pew­no przy­znasz, że nie po­pie­rał na­tych­mia­sto­we­go za­ku­pu tam­te­go ob­ra­zu. Proszę cię... błagam... nie ob­wi­niaj go o to. To znisz­czy jego re­pu­tację, na którą pra­co­wał uczci­wie przez wszyst­kie te lata. Ona zna­czy dla nie­go naj­więcej. Jego po­zy­cja w świe­cie sztu­ki, jego wie­dza i uczci­wość za­wo­do­wa są naj­ważniej­sze. Jeżeli rzu­cisz na nie­go oszczer­stwo, zra­nisz go tak głęboko, że może się z tego nie wydźwignąć.

An­driej przez cały czas trwa nie­ru­cho­mo jak posąg, lecz te­raz na­chy­la się w moją stronę.

- A ty, Beth? Ile to zna­czy dla cie­bie?

Wa­ham się z od­po­wie­dzią.

- Cóż... - Zbie­ram myśli. - Mnie to nie do­tknie w ten sam sposób. Je­stem tyl­ko asy­stentką, ale wszyst­ko, co zra­ni Mar­ka, będzie do­ty­czyć również mnie. A jeśli on stra­ci do­bre imię i klientów, ja będę bez pra­cy.

- Bar­dzo je­steś od­da­na Mar­ko­wi, praw­da?

- Tak. To do­bry człowiek. Ogrom­nie dla mnie życz­li­wy.

- Komu jesz­cze je­steś od­da­na, Beth?

- Co przez to ro­zu­miesz? Moją ro­dzinę?

- Nie. Je­stem pe­wien, że jako do­bra córka ko­chasz swoją ro­dzinę. Mam na myśli... sie­bie. Czy je­steś mi od­da­na? Czy byłem dla cie­bie życz­li­wy?

Nie wiem, co od­po­wie­dzieć. Za­sta­wia na mnie jakąś pułapkę? Roz­myślam i szyb­ko do­chodzę do wnio­sku, że od­po­wiedź jest tyl­ko jed­na.

- Tak, ty też je­steś nie­wia­ry­god­nie życz­li­wy. Dzięki to­bie miałam okazję od­wie­dzić miej­sca i zo­ba­czyć rze­czy, które nor­mal­nie nig­dy nie byłyby dla mnie dostępne. Chciałabym ci za to po­dziękować.

Uśmie­cha się odro­binkę, unosząc je­dy­nie kąciki ust.

- Przyj­muję po­dzięko­wa­nie. Ale czy mnie lu­bisz?

Nie po­zwa­la mi wy­winąć się od od­po­wie­dzi. A od­po­wie­dzieć mogę tyl­ko jed­no.

- Oczy­wiście, że tak. Wie­le ra­zem prze­szliśmy.

- Zde­cy­do­wa­nie. - Pa­trzy na mnie twar­do, nie­bie­skie oczy znów za­mie­niają się w la­se­ry wywołujące do­brze mi zna­ne uczu­cie: prze­wier­cają mnie i widzą, co kry­je się w środ­ku.

- Ale praw­da jest taka, że wciąż je­steś od­da­na Do­mi­ni­co­wi, tak?

Aż mnie za­ty­ka, tak je­stem za­sko­czo­na tym bez­pośred­nim py­ta­niem.

- Ja... cóż, noo... To skom­pli­ko­wa­ne. Ja... - za­ci­nam się.

An­driej od­chy­la się z po­wro­tem, spla­ta pal­ce i kładzie so­bie dłonie na pier­siach.

- Nie mu­sisz od­po­wia­dać. Widzę to w two­jej twa­rzy. Beth, po­win­naś o nim za­po­mnieć. Nic ci po nim, po­nad­to zdra­dził mnie.

"To nie­praw­da!" - chcę krzy­czeć. - "Po­dob­nie jak Mark, Do­mi­nic był two­im lo­jal­nym przy­bocz­nym pra­cow­ni­kiem. Te­raz za­mie­rza robić coś sa­mo­dziel­nie. To nie jest zdra­da!". Nic jed­nak nie mówię. Chwi­la jest pełna napięcia, nie chcę go roz­drażnić.

- Do­mi­nic nie jest mężczyzną, tyl­ko chłopcem - ciągnie da­lej An­driej. - Ma przed sobą jesz­cze długie do­ra­sta­nie i popełnił pożałowa­nia god­ny błąd, gdy wy­brał, abym z jego przy­ja­cie­la stał się wro­giem. Do­pie­ro się prze­ko­na, że sfe­ra mo­ich wpływów jest znacz­nie szer­sza, niż przy­pusz­czał. Je­stem w sta­nie znisz­czyć jego biz­nes jed­nym pstryk­nięciem palców. - Uno­si rękę i składa pal­ce jak do pstryk­nięcia. - Ale jesz­cze nie zde­cy­do­wałem, czy mam to zro­bić, czy nie. - Kładzie dłoń z po­wro­tem na pier­si. - Zo­ba­czy­my. Le­piej trzy­maj się od nie­go z da­le­ka, Beth, mówię poważnie. Po­trze­bu­jesz nie chłopca, lecz mężczy­zny. - Jego głos cich­nie do piesz­czo­tli­we­go po­mru­ku, a oczy, kie­dy patrzą na mnie, spo­wi­ja jakiś mrok. - Widzę w to­bie po­ten­cjał, Beth. Od sa­me­go początku, od na­sze­go pierw­sze­go spo­tka­nia. Nig­dy nie za­pomnę tego mo­men­tu rano w klasz­to­rze, gdy weszłaś taka pełna życia i ener­gii, roz­sie­wałaś wokół sie­bie moc własnej zmysłowości.

Ja też pamiętam tam­ten po­ra­nek. W nocy Do­mi­nic obu­dził mnie do życia, roz­pa­lił ogień w moim cie­le, po­ru­szył we mnie wszyst­ko, kie­dy uwiel­biał mnie swo­im ciałem. An­driej wi­dział je­dy­nie echa, od­bla­ski tam­tej nocy. Urzekło go to, co się wte­dy ze mną stało, ale nie było to prze­zna­czo­ne dla nie­go.

- Od tam­tej chwi­li wiem, że je­steśmy dla sie­bie stwo­rze­ni. - Jego głos znów jest miękki, nie­mal hip­no­tycz­ny. Kie­dy mówi w ten sposób, nie po­tra­fię po­wstrzy­mać się od mi­mo­wol­nej od­po­wie­dzi na pociąg fi­zycz­ny. Prze­ma­wiają do mnie jego sze­ro­kie ra­mio­na, mu­sku­lar­ne ciało, ma­gne­tycz­ny urok. - Też byś to zro­zu­miała, Beth, gdy­byś tyl­ko po­go­dziła się z tym, że Do­mi­nic nie jest dla cie­bie od­po­wied­nim mężczyzną.

"Właśnie, że jest, jest, jest!". Na­gle czuję tak in­ten­sywną tęsknotę za Do­mi­ni­kiem, że mam ochotę krzy­czeć. Tęsknię za siłą jego ra­mion, za nie­wia­ry­god­nie pięknym za­pa­chem jego skóry, sma­kiem jego ust... Ta myśl spra­wia, że prze­ta­cza się prze­ze mnie fala sil­ne­go pożąda­nia.

An­driej chy­ba ją wy­czu­wa. Na­chy­la się ku mnie i z płonącymi ocza­mi mówi:

- Po­win­naś mi po­zwo­lić, żebym się z tobą ko­chał. Słowo daję, na­tych­miast za­po­mnisz o swo­im dzie­cin­nym za­du­rze­niu. Do­wiesz się, jak to jest z praw­dzi­wym mężczyzną.

Wle­piam w nie­go wzrok. An­driej su­ge­ru­je, że nie ro­bi­liśmy tego jesz­cze. A to ozna­cza... Wy­rzu­cam z sie­bie szyb­ko:

- Ja­ski­nie, ka­ta­kum­by, tam­ta noc­na im­pre­za...

Uno­si py­tająco brwi.

- Muszę cię o coś za­py­tać. Za­brzmi dziw­nie, ale na­prawdę chcę wie­dzieć. Ty... nie próbowałeś dotąd ko­chać się ze mną?

"I już. Po­wie­działam. Wresz­cie!". Boję się te­raz jego re­ak­cji, ser­ce mi wali, ra­mio­na sztyw­nieją z napięcia. An­driej marsz­czy brwi, przez jego twarz prze­my­ka roz­ba­wie­nie.

- Mam na­dzieję, Beth, że ta­kie zda­rze­nie ra­czej byś za­pa­miętała.

Nie wiem, jak mu od­po­wie­dzieć. Pamiętam, co się wy­da­rzyło, ale nie je­stem pew­na, kto to był.

- Byłam pod wpływem nar­ko­ty­ku, sądzę, że przez Annę - mówię w końcu. - Przy­po­mi­nasz so­bie? Wspo­mniałam ci o tym w sa­mo­lo­cie w dro­dze do Pe­ters­bur­ga. Mam bar­dzo dziw­ne wspo­mnie­nia i nie wiem, czy są praw­dzi­we, czy nie.

- Anna przy jej psot­nej na­tu­rze za­pew­ne byłaby do tego zdol­na - za­uważa An­driej. - Pod wie­lo­ma względami na pew­no nie będzie mi jej bra­ko­wać, ale trze­ba przy­znać, że po­tra­fiła cie­ka­wie do­pra­wić życie. - Uśmie­cha się, jak­by dro­cze­nie się ze mną spra­wiało mu przy­jem­ność. - No, no. Masz wspo­mnie­nie do­tyczące nas dwoj­ga. In­te­re­sujące. Chciałbym wie­dzieć, cze­go ono do­tyczy. Z przy­jem­nością dzie­liłbym je z tobą.

Znów wpra­wia mnie w zakłopo­ta­nie. Czy to zna­czy, że ma własne wspo­mnie­nia, czy wręcz prze­ciw­nie? Tak da­le­ko za­brnęłam. Po­win­nam mieć pew­ność, te­raz albo nig­dy.

- An­driej, z tam­tej nocy po­zo­stały mi tyl­ko strzępki ob­razów. Muszę wie­dzieć, czy w ja­ski­niach coś między nami zaszło, czy nie.

Wpa­tru­je się we mnie, wyraźnie prze­ciągając moją udrękę. W końcu mówi:

- Beth, bar­dzo bym chciał, żeby między nami wte­dy coś się wy­da­rzyło, ale oba­wiam się, że do ni­cze­go nie doszło. Zna­lazłem cię ze­mdloną, a nie gu­stuję w nie­przy­tom­nych part­ner­kach. Wy­niosłem cię na po­wie­trze, żebyś się ocknęła. A według cie­bie, co mogło się zda­rzyć?

- Nic. Po pro­stu mu­siałam się upew­nić. - Za­le­wa mnie ogrom­na fala ulgi. Mam czy­ste su­mie­nie. Nie zro­biłam ni­cze­go, co mogło na­ra­zić na szwank mój związek z Do­mi­ni­kiem. "Dzięki Bogu". Na­tych­miast jed­nak ogar­nia mnie strasz­ny smu­tek. Gdy­bym tyl­ko mogła mu to po­wie­dzieć przed­tem, kie­dy mnie błagał o prawdę! Dla­cze­go nie za­py­tałam An­drie­ja wcześniej? W końcu nie było tak źle. "O mój Boże, na­prawdę na­mie­szałam. Jak mam te­raz to wszyst­ko na­pro­sto­wać?".

Czuję nie­prze­partą chęć, żeby na­tych­miast za­dzwo­nić do Do­mi­ni­ca i po­wie­dzieć mu prawdę: że za­wsze byłam mu wier­na w ser­cu, a te­raz nie mam już wątpli­wości, że do­cho­wałam tej wier­ności również ciałem. Rzecz ja­sna, nie mogę tego zro­bić przy An­drie­ju. Muszę ukry­wać moje de­spe­rac­kie uczu­cie i pra­gnie­nie jak naj­szyb­sze­go po­wro­tu do domu.

"Jesz­cze tyl­ko kil­ka go­dzin i będę wol­na".

Pod­noszę głowę i widzę, że An­driej wpa­tru­je się we mnie jakoś dziw­nie in­ten­syw­nie; pra­wie głod­nym wzro­kiem, jego oczy zno­wu za­chodzą mro­kiem, na ustach błądzi półuśmiech. Od­zy­wa się ni­skim głosem, którego szorst­kość prze­cho­dzi nie­mal w ak­sa­mit­ne brzmie­nie.

- Coś mogłoby się wy­da­rzyć te­raz, jeśli ze­chcesz, Beth. - Kie­ru­je spoj­rze­nie za sie­bie. - Za tam­ty­mi drzwia­mi jest sy­pial­nia, a w niej wy­god­ne łóżko z je­dwabną pościelą. Mo­gli­byśmy tam pójść te­raz i po­ka­załbym ci, że rze­czy­wi­stość wy­kra­cza poza najśmiel­sze wy­obrażenia.

Oczy mi się roz­sze­rzają, a ręce tężeją. "Jak to się stało, że zna­leźliśmy się w ta­kim punk­cie?".

Po­chy­la się i do­cie­ra do mnie piżmowy za­pach jego wody kolońskiej. Na­gle czuję się jak bez­bron­ne zwierzątko, do którego ukrad­kiem zbliża się prze­biegły ty­grys, hip­no­ty­zu­je wdziękiem, a jed­no­cześnie przyj­mu­je do­godną po­zycję do sko­ku.

- Obie­cuję, nie pożałujesz tego - mru­czy. Za­raz wyciągnie rękę i do­tknie mnie. - Wszyst­ko, o czym ma­rzyłaś, co­kol­wiek po­do­bało ci się w two­jej fan­ta­zji... możesz to mieć te­raz, jeśli ze­chcesz.

Przed ocza­mi na­tych­miast zja­wia mi się zdra­dziec­ki ob­raz: jego sze­ro­kie na­gie ple­cy, które obej­muję rękami, moja głowa od­rzu­co­na do tyłu, pod­czas gdy on się ze mną ko­cha...

"O mój Boże, Beth, prze­stań! Nie, nie, nie". On cię próbuje uwieść, nie wol­no go słuchać. Wiem, kogo pragnę, kogo pożądam naj­bar­dziej na świe­cie, i nie jest to An­driej.

- I?

- Ja... - Potrząsam głową. - Nie, nie mogę. - Patrzę mu w oczy, ale trud­no jest wy­trzy­mać jego spoj­rze­nie. Nie po­tra­fię ukryć zakłopo­ta­nia, a na­wet prze­rażenia.

Po dłuższej chwi­li An­driej wzdy­cha. Zni­ka elek­trycz­ne napięcie, które wi­siało w po­wie­trzu.

- Widzę po two­jej mi­nie, że się de­ner­wu­jesz. - Wygląda nie­mal smut­no, gdy to mówi. - Nie martw się, co­kol­wiek możesz o mnie myśleć, nie je­stem gwałci­cie­lem. Nie pod­nie­cają mnie niechętne ko­bie­ty, możesz mi wie­rzyć. - Jego głos na­bie­ra in­ten­syw­ności. - Beth, chciałbym, żebyś przyszła do mnie pełna pożąda­nia, go­to­wa i chętna. I za­cze­kam na to. Proszę tyl­ko o szansę.

Nic nie mówię w na­dziei, że nie będzie na­ci­skał, bym od­po­wie­działa.

Po­now­nie opie­ra się ple­ca­mi o opar­cie skórza­ne­go fo­te­la i przygląda mi się w sku­pie­niu.

- Chcesz, żebym ochra­niał Mar­ka. Do­brze. Będę chro­nił was obo­je. Mark to sta­ry przy­ja­ciel, cenię go i życzę mu jak naj­le­piej. Zro­bię wszyst­ko, co się da, aby mu pomóc w obec­nym kłopo­cie. A co do cie­bie, Beth... tak jak po­wie­działem, proszę tyl­ko o szansę. Dasz mi ją?

"Szansę na to, żebyśmy się ko­cha­li? Nig­dy tego nie zro­bię. Moje ser­ce należy do Do­mi­ni­ca, tak samo jak ciało. A może cho­dzi mu o szansę spędza­nia z nim cza­su?". Czuję, że py­ta­nie jest wie­lo­znacz­ne i od­po­wiedź też może być taka. An­driej właści­wie mówi, że od mo­jej zgo­dy zależy bez­pie­czeństwo Mar­ka.

W tym mo­men­cie otwie­rają się drzwi i do ka­bi­ny wcho­dzi ste­war­de­sa.

- Obiad go­to­wy do po­da­nia - oznaj­mia radośnie. - Proszę po­zwo­lić, że przy­go­tuję dla państwa stół.

- Oczy­wiście. - An­driej nie od­ry­wa ode mnie wzro­ku. Bezgłośnie pyta: - Szansę?

Wa­ham się jesz­cze, po czym ki­wam głową. Co in­ne­go mogę zro­bić?

Jest bar­dzo późno, kie­dy sa­mochód zo­sta­wia mnie na mo­jej uli­cy. Nie świe­ci się światło, Lau­ra na pew­no od daw­na już śpi. Wchodzę, niosąc wa­lizkę, żeby kółka nie hałaso­wały na podłodze, i idę do łóżka, mar­twiąc się układem, który za­warłam z An­drie­jem. Nie wspo­mniał już o nim więcej, pod­czas obia­du roz­ma­wia­liśmy o in­nych rze­czach. Na ko­niec podróży, za­nim każde z nas udało się w swoją stronę, posłał mi jed­no ze swo­ich in­ten­syw­nych spoj­rzeń i rzekł:

- Będę z tobą w kon­tak­cie, Beth. Mam dla cie­bie pracę.

"Co to, do li­cha, miało ozna­czać?".

Je­stem wy­czer­pa­na, ale nie mogę zasnąć. Myśli ga­lo­pują mi po głowie. Muszę od­szu­kać Do­mi­ni­ca i po­wie­dzieć mu, co te­raz wiem na pew­no: w ka­ta­kum­bach między An­drie­jem a mną nic nie zaszło. To ozna­cza, że ko­chałam się tam z Do­mi­ni­kiem, a ta myśl napełnia mnie ciepłą ulgą. Naj­pierw jed­nak po­win­nam zo­ba­czyć się z Mar­kiem. Trze­ba mu po­wie­dzieć, co się wy­da­rzyło w Pe­ters­bur­gu.

W pew­nym mo­men­cie mój roz­gorączko­wa­ny umysł za­pew­ne się roz­luźnił i po­zwo­lił mi zasnąć, po­nie­waż gdy bu­dzik dzwo­ni o ósmej, budzę się półprzy­tom­na ze zmęcze­nia.

- Do­bry dzio­nek! - woła Lau­ra z kuch­ni, widząc, że snuję się ko­ry­ta­rzem. - Jak wy­ciecz­ka?

- Świet­nie - od­po­wia­dam, zmie­rzając pod prysz­nic. - Ale cieszę się, że je­stem z po­wro­tem.

- Po­do­bał ci się Pe­ters­burg?

- Jest nie­sa­mo­wi­ty. Najchętniej wróciłabym tam i po­zwie­dzała, jak należy. Oglądałam go właści­wie tyl­ko z tyl­ne­go sie­dze­nia sa­mo­cho­du.

- Idę te­raz do pra­cy. - Lau­ra wy­cho­dzi z kuch­ni, żując ostat­ni kęs płatków śnia­da­nio­wych. Jest ele­ganc­ko ubra­na, go­to­wa na ko­lej­ny dzień w biu­rze. - Po­ga­da­my wie­czo­rem, okej?

- Tak, oczy­wiście. Miłego dnia. - Patrzę na nią z za­zdrością. Życie Lau­ry w porówna­niu z moim wy­da­je się bar­dzo pro­ste: nor­mal­na pra­ca w nor­mal­nym biu­rze. Wiem, że przy­ja­ciółka pra­cu­je ciężko i ma wy­czer­pujące obo­wiązki, ale przy­najm­niej nie na­po­ty­ka na każdym kro­ku ta­kich nie­przy­jem­nych nie­spo­dzia­nek jak ja.

Do­pro­wa­dzam się do porządku i za­sta­na­wiam, czy iść od razu do szpi­ta­la, by się zo­ba­czyć z Mar­kiem. Chy­ba jed­nak zbyt wcze­sna pora na wi­zytę w szpi­ta­lu, po­sta­na­wiam więc naj­pierw zaj­rzeć do jego domu w Bel­gra­vii. Może pod jego nie­obec­ność po­mogę w pro­wa­dze­niu biz­ne­su. Drzwi otwie­ra mi po­kojówka Gian­na, a za­raz po­tem po­ja­wia się Ca­ro­li­ne, stu­kając ob­ca­sa­mi na scho­dach.

- A, Beth! - woła. Wy­ma­wia to, siląc się na ak­cent z wyższych sfer, tak że moje imię brzmi ra­czej jak bath, co mnie bar­dzo śmie­szy. - Uro­czo, że do nas zaj­rzałaś. Jak podróż? Uda­na?

- Wi­taj, Ca­ro­li­ne. Wy­ciecz­ka była... in­te­re­sująca. Po­win­nam po­wia­do­mić Mar­ka o szczegółach.

Jej sze­ro­ka, zaróżowio­na twarz przy­bie­ra poważny wy­raz.

- Nie je­stem pew­na, czy to będzie możliwe, moja dro­ga.

Na­ra­sta we mnie nie­pokój.

- Jak on się czu­je? Jak się ma po ope­ra­cji?

- Wycięli mu guza i przy­pusz­czają, że zdążyli przed prze­rzu­ta­mi, choć nie są tego ab­so­lut­nie pew­ni. Pro­blem jed­nak w tym, że mu­sie­li też odciąć kawałek języka i jak­kol­wiek od razu zro­bi­li prze­szczep mięśnia z in­nej części ciała, go­je­nie po­trwa długo. Ból nadal jest trud­ny do znie­sie­nia i oba­wiam się, że Mark nie będzie mógł mówić, przy­najm­niej przez jakiś czas.

- O, bied­ny!

- Jest bar­dzo cho­ry. - Ca­ro­li­ne wy­po­wia­da to z za­smu­coną miną, lecz szyb­ko ukry­wa ją za sto­ic­kim wy­ra­zem twa­rzy. - Je­stem jed­nak pew­na, że wyj­dzie z tego. Wiesz, jest twar­dy i sil­ny. Gdy trochę wy­do­brze­je po za­bie­gu, za­mie­rzają le­czyć go ra­dio­te­ra­pią, żeby od razu zli­kwi­do­wać ewen­tu­al­ne prze­rzu­ty.

- Chciałabym się z nim zo­ba­czyć.

- Nie te­raz. - Ca­ro­li­ne kręci głową. - Nie sądzę, by była to od­po­wied­nia pora. Wiem, że bar­dzo chcesz się z nim wi­dzieć, ale on przez kil­ka dni po­trze­bu­je pełnego wy­po­czyn­ku, póki się nie upo­ra z naj­gor­szym bólem. A ja nie chcę, żeby się de­ner­wo­wał ani mar­twił, więc po­sta­raj­my się nie nie­po­koić go te­raz, do­brze?

Ki­wam głową.

- Oczy­wiście. Do­sto­suję się i zro­bię, co tyl­ko może mu pomóc.

- Dziękuję, moja dro­ga. Tak jak my wszy­scy.

Siedzę w pięknym okrągłym biu­rze Mar­ka i czuję się bar­dzo przygnębio­na. To on po­wi­nien tu być przy swo­im im­po­nującym biur­ku, śmiać się i żar­to­wać ze mną pod­czas po­ran­ne­go przeglądu pocz­ty. Nie czuję się do­brze, zaj­mując orze­cho­we krzesło i otwie­rając ko­per­ty jego gra­we­ro­wa­nym srebr­nym nożykiem. Nie ma mowy, żebym mu mogła prze­ka­zać no­wi­ny o pod­ro­bio­nym ob­ra­zie, nie te­raz. Byłby w roz­pa­czy, a tego nie mogę ry­zy­ko­wać, kie­dy jest taki cho­ry.

Na­gle uświa­da­miam so­bie, że w końcu wpadłam jed­nak w pułapkę An­drie­ja. Nie mogłam prze­cież po­zwo­lić, by rzu­cił Mar­ka na pożar­cie lwom, mu­siał się więc domyślić, że zgodzę się dać mu szansę.

To tyle, jeśli cho­dzi o hoj­ne­go do­bro­czyńcę sie­rot. I tak za­wsze do­sta­nie to, cze­go chce, nic mu nie prze­szko­dzi.

Roz­dział pierw­szy

Siedzę w błyszczącym, luk­su­so­wym ben­tleyu, opie­rając się o czarną skórzaną ta­pi­cerkę, i przez przy­ciem­nioną szybę spoglądam na zaśnieżone uli­ce Pe­ters­bur­ga. Z przo­du jadą kie­row­ca i zwa­li­sty ochro­niarz, obaj o sze­ro­kich kar­kach, krótko ostrzyżeni na jeża. Drzwi sa­mo­cho­du są za­mknięte i za­bez­pie­czo­ne blo­kadą, gu­zik pod oknem tkwi zagłębio­ny w czar­nym skórza­nym obi­ciu. Przez chwilę wy­obrażam so­bie, że próbuję wyciągnąć go na siłę pa­znok­cia­mi, ale wiem, że to nie jest możliwe. Nie ma dla mnie uciecz­ki. Gdy­bym się na­wet wy­do­stała z wozu, dokąd pójdę? Nie znam tego mia­sta, nie mówię po ro­syj­sku i nie mam pie­niędzy. Na­wet mój pasz­port za­mknięto w ho­te­lo­wym sej­fie. Po­nad­to ostrzeżono mnie, że to miej­sce jest nie­bez­piecz­ne, że ze względu na za­grożenia, dla mo­je­go własne­go do­bra poza ho­te­lem nie wol­no mi się nig­dzie ru­szać sa­mej. Mam wpraw­dzie komórkę, ale nie wiem, do kogo mogłabym za­dzwo­nić. Ro­dzi­ce są da­le­ko, w An­glii. Całym ser­cem pragnę być tam te­raz z nimi, wejść do na­szej przy­tul­nej kuch­ni, gdzie tato czy­ta ga­zetę przy filiżance her­ba­ty, a mama krząta się, usiłując robić sześć rze­czy na­raz, i prze­ga­nia tatę, żeby jej nie za­wa­dzał. Na ga­zie go­tu­je się coś sma­ko­wi­te­go, a ra­dio na­da­je jakiś kon­cert mu­zy­ki kla­sycz­nej. Ob­raz jest tak wy­ra­zi­sty, że nie­mal czuję za­pach po­traw­ki, słyszę dźwięki mu­zy­ki. Chcę pod­biec do ro­dziców, uści­skać ich i po­wie­dzieć, żeby się nie mar­twi­li. Ale oni się prze­cież nie mar­twią. Wiedzą, gdzie je­stem. Są prze­ko­na­ni, że za­dba­no o moje bez­pie­czeństwo. I to praw­da. Je­stem bar­dzo do­brze strzeżona. Zbyt do­brze? Sta­ram się stłumić drżenie, które lada chwi­la może wstrząsnąć moim ciałem.

In­ten­syw­nie nie­bie­skie oczy. Wiem, że są we mnie utkwio­ne, nie muszę na­wet zer­kać na siedzącego obok człowie­ka. Czuję, jak jego la­se­ro­we spoj­rze­nie pali mi skórę, i je­stem aż nad­to świa­do­ma obec­ności jego ciała, od którego od­dzie­la mnie sze­ro­kość środ­ko­we­go sie­dze­nia. Nie chcę, żeby się do­wie­dział o moim prze­rażeniu.

"Znów two­ja buj­na wy­obraźnia!" - stro­fuję sama sie­bie. - "Kie­dyś cię zgu­bi. Ab­so­lut­nie nic ci nie gro­zi. Nie za­trzy­ma­my się tu­taj długo. Wyjeżdżamy po­ju­trze".

Ta wy­ciecz­ka po­win­na być dla mnie spełnie­niem ma­rzeń. Je­stem tu, po­nie­waż mój szef Mark za­cho­ro­wał i nie może sam zająć się spra­wa­mi w Pe­ters­bur­gu. Mimo smut­nych oko­licz­ności, dla kogoś ta­kie­go jak ja to nie­sa­mo­wi­ta oka­zja. Za­wsze pragnęłam zwie­dzić Er­mi­taż, zna­leźć się w tej ogrom­nej skarb­ni­cy dzieł sztu­ki. I oto właśnie tam jadę, na­wet nie do sal wy­sta­wo­wych, tyl­ko do sa­me­go ser­ca ga­le­rii, na spo­tka­nie z jed­nym z jej eks­pertów. Tu, w Er­mi­tażu, dokład­nie zba­da­no za­gi­nio­ne i ostat­nio od­na­le­zio­ne ma­lo­widło Fra An­ge­li­ca, które za­ku­pił An­driej Du­brow­ski. Za­raz mamy się do­wie­dzieć, czy dzieło jest au­ten­ty­kiem. Taka wy­ciecz­ka zda­rza się raz na całe życie, po­win­nam więc być pod­eks­cy­to­wa­na, upo­jo­na szczęściem.

"Nie bać się".

Próbuję przy­ga­sić słowa, za­nim mi za­brzmią w głowie. Nie boję się. Cze­go miałabym się oba­wiać? A jed­nak...

Wylądo­wa­liśmy zeszłej nocy po podróży od­by­tej pry­wat­nym od­rzu­tow­cem Du­brow­skie­go. Jak zwy­kle for­mal­ności na lot­ni­sku załatwio­no szyb­ko i po­uf­nie. Za­sta­na­wiałam się, jak­by to było, gdy­bym mu­siała wy­stać się w ko­lej­kach do kon­tro­li do­ku­mentów i od­pra­wy bagażowej oraz wędro­wać da­le­ko w po­szu­ki­wa­niu bram­ki swo­je­go lotu. Tym­cza­sem je­stem trak­to­wa­na jak VIP i jeśli nie będę na sie­bie uważać, za­tracę kon­takt z nor­mal­nym świa­tem. Pro­sto z sa­mo­lo­tu prze­szliśmy do ogrom­nej czar­nej li­mu­zy­ny - nie­co bar­dziej krzy­kli­wej niż spo­dzie­wałabym się, znając gust Du­brow­skie­go, ale może w Ro­sji spra­wy wyglądają in­a­czej - i po­mknęliśmy drogą szyb­kie­go ru­chu do Pe­ters­bur­ga.

- Jak ci się po­do­ba Ro­sja? - za­gadnął An­driej, kie­dy wóz pędził, spraw­nie wy­mi­jając inne sa­mo­cho­dy na szo­sie.

Wbiłam wzrok w okno, ale nie było za bar­dzo nic widać. Da­le­ko z przo­du ciem­ność wy­da­wała się za­bar­wio­na po­ma­rańczo­wym od­cie­niem - na noc­nym nie­bie kładła się łuna świa­teł wiel­kie­go mia­sta.

- Trud­no po­wie­dzieć - od­parłam. - Rano będę miała ja­kieś zda­nie.

An­driej roześmiał się.

- Wiem, co wte­dy po­wiesz. Że jest okrop­nie zim­no. Uwierz mi, w porówna­niu z Pe­ters­bur­giem Lon­dyn wyda ci się tro­pi­kal­nym ra­jem.

Od­po­wie­działam śmie­chem i miałam na­dzieję, że za­brzmiał on prze­ko­nująco. Już pod­czas lotu w moje emo­cje wkradł się zamęt. An­driej, dla którego pra­cuję od kil­ku ty­go­dni, wy­ja­wił, że wie o moim związku z Do­mi­ni­kiem oraz o na­szym roz­sta­niu. Mimo to nie zadał so­bie tru­du, by oszczędzić mi przy­krości, i po­in­for­mo­wał, że jeżeli o nie­go cho­dzi, Do­mi­nic jest te­raz jego wro­giem. A po­tem dodał te trzy słowa, które przewróciły mój świat do góry no­ga­mi.

"Ko­niec z po­gry­wa­niem".

Dokład­nie to samo po­wie­dział do mnie mężczy­zna, z którym ko­chałam się namiętnie w ciem­ności pod­czas im­pre­zy w ka­ta­kum­bach. Wte­dy myślałam, że to Do­mi­nic, lecz odkąd usłyszałam iden­tycz­ne słowa w sa­mo­lo­cie, zaczęłam się oba­wiać, że byłam tam jed­nak z An­drie­jem. Wspo­mnie­nia są nie­ja­sne, po­nie­waż nie­mal na pew­no wcześniej na im­pre­zie zo­stałam po­trak­to­wa­na ja­kimś nar­ko­ty­kiem. Naj­praw­do­po­dob­niej do­sy­pała mi go do drin­ka Anna, obec­nie była pra­cow­ni­ca i eksko­chanka An­drie­ja, której za­bor­cze uczu­cia względem Do­mi­nica spra­wiły nam wie­le kłopotów.

Na samą myśl o tam­tej dziw­nej pod­ziem­nej im­pre­zie czuję, jak mi się coś prze­wra­ca w żołądku.

"Jeżeli ko­chałam się wte­dy z An­drie­jem, nie byłam wier­na Do­mi­ni­co­wi, świa­do­mie czy nie. A jeśli An­driej za­li­cza się do tego ro­dza­ju mężczyzn, którzy po­tra­fią wy­ko­rzy­stać ko­bietę, pod­czas gdy ona nie jest sobą, do cze­go jesz­cze będzie zdol­ny?".

Zer­kam szyb­ko na nie­go. Na chwilę od­ry­wa ode mnie wzrok, po­chy­la się do przo­du i mru­czy coś po ro­syj­sku do ochro­nia­rza. W jego atrak­cyj­nym wyglądzie kry­je się coś groźnego, pod ciem­nym płasz­czem ry­sują się sze­ro­kie ra­mio­na, ręce są duże i sil­ne. Ide­al­nie skro­jo­ny czar­ny wełnia­ny gar­ni­tur nie jest w sta­nie za­tu­szo­wać cha­rak­te­ru mu­sku­lar­ne­go twar­dzie­la. W po­brużdżonej twa­rzy lśnią prze­szy­wająco nie­bie­skie oczy, po­zba­wio­ne uśmie­chu usta i lek­ko wy­stająca dol­na war­ga świadczą o upo­rze. Mimo że ko­cham Do­mi­ni­ca, nie­raz zda­rza mi się po­czuć bijącą od An­drie­ja ma­gne­tyczną siłę przy­ciąga­nia. Nie­na­widzę sie­bie za to, ale nie mogę nic po­ra­dzić. Za­pew­ne dla­te­go taką udrękę spra­wia mi przy­pusz­cze­nie, że to być może z nim ko­chałam się tak namiętnie, opar­ta o zimną ka­mienną ścianę ja­ski­ni - jakaś część mo­jej podświa­do­mości wie­działa, że tego pragnę, choć próbowałam to so­bie wy­per­swa­do­wać.

Gdy­by to była praw­da, nie mogłabym po­wie­dzieć, że działał wbrew moim życze­niom. Za­py­tał, czy tego chcę, a ja nie­mal błagałam go, żeby mnie pie­przył jak naj­moc­niej. Seks zde­cy­do­wa­nie odbył się za obopólną zgodą.

"Z wyjątkiem jed­ne­go, drob­ne­go szczegółu: jego tożsamości. Czy wie­dział, że wzięłam go za Do­mi­ni­ca?".

Nie wyjaśnię tego w żaden sposób, jak tyl­ko py­tając go wprost, a na ta­kie py­ta­nia jesz­cze nie mam od­wa­gi.

- Co jest, Beth? - Szorst­ki, nie­mal ochrypły głos An­drie­ja wdzie­ra się w moje myśli. Wzdry­gam się za­sko­czo­na. Nie zda­wałam so­bie spra­wy z tego, że wciąż na nie­go patrzę, w mo­jej głowie kłębią się ode­rwa­ne, nie całkiem ja­sne wspo­mnie­nia ostat­nich wy­da­rzeń.

- N-nic - od­po­wia­dam z zająknięciem. Jak naj­szyb­ciej sta­ram się od­zy­skać równo­wagę. - Czy już dojeżdżamy?

Za­uważam, że zwol­ni­liśmy i od kil­ku mi­nut wle­cze­my się w śli­ma­czym tem­pie.

- Pe­ters­bur­skie kor­ki - mówi krótko An­driej. - Tak się u nas jeździ, zwłasz­cza gdy spad­nie śnieg, czy­li, jak so­bie możesz wy­obra­zić, całkiem często. Ale rze­czy­wiście je­steśmy już bli­sko.

Nie ma jesz­cze południa, lecz aura spra­wia wrażenie zmierz­chu - z ni­sko wiszących sza­rych chmur sy­pie się gęsty śnieg. Wyglądam przez okno i widzę, że dojeżdżamy do sze­ro­kiej rze­ki, wzdłuż której, na dru­gim brze­gu, bie­gnie w dal ciąg nie­wia­ry­god­nych bu­dynków. Ba­ro­ko­we fa­sa­dy spoglądają set­ka­mi połysk­li­wych okien, cisną się jed­na obok dru­giej, każda inna, a jed­nak tworzą do­pa­so­waną grupę. Do­mi­nu­je wśród nich pałac tak wiel­ki i bo­ga­to zdo­bio­ny, że wygląda, jak­by po­cho­dził z baśni albo fil­mu.

- Er­mi­taż - in­for­mu­je z dumą An­driej. - Naj­piękniej­sze mu­zeum na świe­cie. Do­stoj­ny, oka­zały, wspa­niały. - Wska­zu­je naj­większą z bu­dow­li, naj­bar­dziej ba­ro­kową, z rzędami białych ko­lumn o złoco­nych ka­pi­te­lach od­ci­nającymi się na tle zie­lon­ka­wych ścian. - Mieści się w Pałacu Zi­mo­wym. Tu miesz­ka­li ca­ro­wie Ro­sji i stąd rządzi­li swo­im im­pe­rium, zaj­mującym jedną szóstą po­wierzch­ni lądów Zie­mi i za­miesz­ka­nym przez sto dwa­dzieścia pięć mi­lionów dusz. Robi wrażenie, praw­da?

Ma rację, wi­dok jest im­po­nujący. Przez chwilę wy­obrażam so­bie, że ni­czym Ka­ta­rzy­na Wiel­ka zmie­rzam we wspa­niałym po­wo­zie do swo­jej oka­załej re­zy­den­cji pełnej nie­zwykłych dzieł sztu­ki, które ko­lek­cjo­nuję, do­ko­nując za­kupów w całej Eu­ro­pie. Wtem przy­po­mi­nam so­bie, jak mu­siał żyć zwy­czaj­ny Ro­sja­nin, nie­mający praw do luk­susów czy złoceń, a je­dy­nie do tego, by tru­dzić się przy wzno­sze­niu zna­ko­mi­tych bu­dow­li i płacić po­dat­ki, z których władcy ku­po­wa­li ob­ra­zy czy rzeźby nie­prze­zna­czo­ne dla oczu pospólstwa.

Lecz cza­sy się zmie­niły. Pałace są te­raz bu­dyn­ka­mi pu­blicz­ny­mi, wszy­scy mają do nich dostęp. Każdy może po­dzi­wiać piękno i skar­by za­mknięte w ich wnętrzu.

- Jak ci się po­do­ba? - An­driej na­ci­ska na od­po­wiedź.

- Nie­sa­mo­wi­te. - Tyl­ko tyle po­tra­fię po­wie­dzieć, tak je­stem przytłoczo­na wrażenia­mi.

Prze­jeżdżamy po moście i na­brzeżem zbliżamy się do Pałacu Zi­mo­we­go, po czym za­trzy­mu­je­my przed za­mkniętą bramą z ku­te­go żela­za. Chwilę później pod­bie­ga do niej jakiś człowiek, otwie­ra i ma­cha na nas, żebyśmy wje­cha­li. Wta­cza­my się na pałaco­wy dzie­dzi­niec ze skwe­rem pośrod­ku. Te­raz wszyst­ko po­kry­wa śnieg, bez­list­ne drze­wa wyciągają białe gałęzie. Bra­ma zo­sta­je za nami za­mknięta.

- Kie­dyś bawiły się tu­taj córki Mikołaja II - mówi An­driej, pod­czas gdy sa­mochód okrąża skwer i za­trzy­mu­je się przed ozdob­ny­mi fron­to­wy­mi drzwia­mi. - Wy­obraź so­bie czte­ry księżnicz­ki, jak bie­gają, śmieją się, rzu­cają śnieżkami w ochra­niających je żołnie­rzy, nie wiedząc, jaki nieszczęsny los je cze­ka.

Kie­row­ca już wy­siadł i te­raz otwie­ra drzwi po stro­nie An­drie­ja. Do ciepłego wnętrza wpa­da mroźne po­wie­trze i drżę zarówno z zim­na, jak i z przejęcia na myśl o śmier­ci car­skich dzie­ci.

Wkładam czapkę i ręka­wicz­ki, a tym­cza­sem kie­row­ca pod­cho­dzi z dru­giej stro­ny i otwie­ra moje drzwi. Po­ma­ga mi wyjść na ob­lo­dzoną dróżkę, po czym pro­wa­dzi mnie do miej­sca, gdzie cze­ka An­driej.

- Pry­wat­ne wejście - oznaj­mia i na jego ustach po­ja­wia się ślad uśmie­chu. Śmie­je się tak rzad­ko, lecz na­wet taka nie­znacz­na próba nie­co łago­dzi jego ostre rysy i chłód lo­do­wa­te­go spoj­rze­nia. - Te rze­czy da się załatwić.

"Za­tem pałac nie jest taki zno­wu dostępny dla wszyst­kich. Pie­niądze wciąż otwie­rają drzwi, które dla in­nych po­zo­stają za­mknięte".

Przez główne wejście wy­cho­dzi do nas mężczy­zna w śred­nim wie­ku. Jest ubra­ny w długi czar­ny płaszcz, fu­trzaną czapkę i wy­so­kie buty. Uśmie­cha się, mrużąc małe oczy za grubą czarną oprawą oku­larów. Śpie­szy w stronę An­drie­ja i wita go wy­lew­nie po ro­syj­sku. Roz­ma­wiają przez chwilę, a ja próbuję ukryć fakt, że mimo ciepłego okry­cia drżę z zim­na. Zer­kam za­zdrośnie na kie­rowcę, który zdążył już wrócić do ciepłego sa­mo­cho­du.

An­driej na­gle prze­cho­dzi na an­giel­ski i, wska­zując mnie ge­stem, mówi:

- A to jest Beth, do­ra­dza mi w spra­wach sztu­ki. Była przy tym, kie­dy kupiłem ten ob­raz. - Nie kłopo­cze się przed­sta­wia­niem swo­je­go rozmówcy, ale domyślam się, że to ktoś ważny w tym mu­zeum.

- Ma­dam Beth - od­zy­wa się tam­ten po an­giel­sku z ro­syj­skim ak­cen­tem i składa mi po­wi­tal­ny ukłon. - Proszę do środ­ka. Widzę, że pani zim­no.

Wcho­dzi­my za nim do pałacu. Na­tych­miast mam ochotę na głośne ochy i achy. Nikt oprócz mnie nie zwra­ca naj­mniej­szej uwa­gi na ota­czający nas splen­dor, obaj pa­no­wie są naj­wy­raźniej do nie­go przy­zwy­cza­je­ni, ja jed­nak je­stem oszołomio­na bo­gac­twem wy­stro­ju. Mar­mu­ro­we po­sadz­ki, złoco­ne lam­py z krysz­tałowy­mi klo­sza­mi, ozdob­ne zwier­ciadła, przy­ku­wające wzrok ob­ra­zy w pozłaca­nych ra­mach - wszyst­ko lśni, błysz­czy, pysz­ni się ko­lo­ra­mi aż do prze­sa­dy.

Idący przede mną mężczyźni znów roz­ma­wiają po ro­syj­sku, a ja podążam za nimi, na­pa­wając się pięknem oto­cze­nia. Oto je­stem w Pałacu Zi­mo­wym w Pe­ters­bur­gu. Dokoła nie ma żywej du­szy, za­tem znaj­du­je­my się za­pew­ne w po­miesz­cze­niach nie­dostępnych dla zwykłych zwie­dzających. Co za uśmiech losu... A jed­nak bez wyraźnego po­wo­du wciąż je­stem pełna obaw. Tra­fiłam w dziw­ne miej­sce, do ogrom­ne­go pałacu, i nie wiem, dokąd zmie­rzam. To­wa­rzysz An­drie­ja od­wra­ca się do mnie z uśmie­chem.

- To pani pierw­sza wi­zy­ta u nas, ma­dam Beth?

Ki­wam głową. Wolałabym, żeby po­minął zbędne uprzej­mości, ale nie mam pojęcia, jak o to po­pro­sić, nie narażając się na nie­takt.

- Pałac jest duży, bez­sprzecz­nie. Ma tysiąc pięćset po­koi oraz sto sie­dem­naście kla­tek scho­do­wych. Proszę się nie zgu­bić, nie byłoby łatwo panią zna­leźć! - Śmie­je się i znów zwra­ca się do An­drie­ja.

Per­spek­ty­wa zabłądze­nia w tym la­bi­ryn­cie jakoś nie wy­da­je mi się tak za­baw­na jak jemu.

Idzie­my da­lej. Pa­no­wie po­ru­szają się szyb­kim kro­kiem, nie mam więc zbyt­nio cza­su, aby na­cie­szyć wzrok mi­ja­ny­mi piękny­mi ob­ra­za­mi i in­ny­mi przed­mio­ta­mi. Sze­ro­kie, ciem­ne dębowe scho­dy pro­wadzą nas na piętro, gdzie prze­mie­rza­my jesz­cze kil­ka ko­ry­ta­rzy, aż wresz­cie do­cie­ra­my do celu, to jest do dużych drzwi z po­le­ro­wa­ne­go drew­na, ozdo­bio­nych tarczą her­bową. Nasz prze­wod­nik sięga do wymyślnej mosiężnej klam­ki i za­ma­szy­stym ge­stem za­pra­sza nas do środ­ka.

- Proszę wejść!

Wcho­dzi­my do re­pre­zen­ta­cyj­nej sali, w której pro­ste me­ble biu­ro­we dziw­nie kon­tra­stują ze złoco­nym su­fi­tem, potężnym żyran­do­lem i wiel­ki­mi okna­mi. Na obi­tych czer­wo­nym je­dwa­biem ścia­nach wiszą ogrom­ne ma­lo­widła w złoco­nych ra­mach, do­sko­na­le wy­eks­po­no­wa­ne na ta­kim tle. W kącie do­strze­gam duże szta­lu­gi, a na nich ob­raz zasłonięty kawałkiem zwykłej tka­ni­ny.

Nasz przy­ja­ciel za­czy­na mówić po ro­syj­sku, lecz An­driej uno­si rękę i, potrząsając głową, mówi:

- Nie, Nikołaj, po an­giel­sku, proszę, dla mo­jej do­rad­czy­ni.

- Oczy­wiście, oczy­wiście! - Nikołaj uśmie­cha się do mnie, naj­wy­raźniej chcąc się przy­po­do­bać. - Po­win­no być po an­giel­sku. - Zachęca ge­stem, żebyśmy usie­dli na pro­stych czar­nych krzesłach usta­wio­nych przed sza­rym la­mi­no­wa­nym biur­kiem. - Proszę, roz­gośćcie się.

- Nie je­steśmy tu­taj w ce­lach to­wa­rzy­skich - prze­ry­wa mu oschle An­driej. - Wiesz, cze­go chcę.

Ku­stosz wol­no zdej­mu­je swoją fu­trzaną czapkę, uka­zując lśniącą łysinkę na czub­ku głowy. Kładzie pa­pachę na biur­ku i za­czy­na roz­pi­nać płaszcz, lek­ko marszcząc czoło. Ściągając okry­cie, oznaj­mia:

- Nie ukry­wam, An­driej: to je­den z naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych przy­padków, z ja­ki­mi miałem do czy­nie­nia. Moi eks­per­ci wyjątko­wo sta­ran­nie prze­pro­wa­dzi­li ana­li­zy.

- I? - wtrąca Du­brow­ski z ogrom­nym spo­ko­jem.

Zer­kam na jego twarz. Usta ma moc­no zaciśnięte, dol­na war­ga wy­su­wa się w wy­ra­zie upo­ru, a oczy płoną in­ten­syw­nym, zim­nym ogniem. Wiem, jak bar­dzo chce usłyszeć właściwą od­po­wiedź. To ma­lo­widło wzbu­dziło już wie­le emo­cji. Sama się nie­po­koję, ser­ce bije mi głośno, chwi­la­mi tracę od­dech. Uświa­da­miam so­bie, że kur­czo­wo za­ci­skam dłonie w kie­sze­niach płasz­cza.

Nikołaj naj­wy­raźniej lubi po­trzy­mać słucha­czy w pełnej napięcia nie­pew­ności. Po­wo­li wie­sza swo­je okry­cie na opar­ciu krzesła, po czym prze­cho­dzi przez pokój do szta­lug. Chwy­ta za róg tka­ni­ny okry­wającej stojący tam ob­raz, za­sty­ga na mo­ment, po czym pociąga ma­te­riał, tak że ten wol­no opa­da na bok. I oto w całej kra­sie uka­zu­je się nam lśniąca od złotej far­by, cu­dow­na sce­na, którą ostat­nio wi­działam w chor­wac­kim klasz­to­rze. Nie­biańsko piękna Ma­don­na sie­dzi w swo­im wspa­niałym ogro­dzie z Dzie­ciątkiem na ko­la­nach, a wokół niej stoją pogrążeni w roz­mo­wie święci i za­kon­ni­cy. Ob­raz jest zna­ko­mi­ty i w mo­men­cie gdy widzę go po raz dru­gi, po­now­nie ożywa we mnie wia­ra w jego au­ten­tycz­ność. "Nie jest podróbką. Na pew­no. Czy byłby taki cu­dow­ny, gdy­by nie wy­szedł spod pędzla wiel­kie­go mi­strza?".

Wtem ze zdzi­wie­niem czuję nie­ocze­ki­wa­ny przypływ smut­ku. Bu­dzi się we mnie dogłębny żal na wspo­mnie­nie tego, co się zda­rzyło w tam­tym klasz­to­rze - po długiej rozłące spo­tkałam Do­mi­ni­ca i przy­pieczęto­wa­liśmy to we wspa­niały sposób. Wte­dy wie­działam, że to, co nas łączy, zapłonęło na nowo, z jesz­cze większą mocą. Te­raz zno­wu je­steśmy roz­dzie­le­ni i tym ra­zem, oba­wiam się, nig­dy nie po­ko­na­my prze­paści, która wy­rosła między nami.

Wciąż mam go przed oczy­ma - ta­kie­go, jaki był pod­czas na­sze­go ostat­nie­go spo­tka­nia. Wi­zja jest tak wyraźna i żywa, że biorę ostry, wstrzy­my­wa­ny wdech. Lecz na jego pięknej twa­rzy ma­lują się gniew i strach, oczy mu płoną. Znów słyszę tam­te słowa: "Chcę, żebyś uro­czyście przy­sięgła, że między tobą a Du­brow­skim nic się nie zda­rzyło. No, da­lej, Beth, przy­sięgnij".

A ja nie mogłam przy­siąc. Nie miałam pew­ności. I to nas roz­dzie­liło, a ra­czej roz­darło, znisz­czyło bez­cen­ne wza­jem­ne za­ufa­nie. Czy na za­wsze?

"Nie, na to nie po­zwolę. Zro­bię, co w mo­jej mocy".

Do teraźniej­szości przy­wra­ca mnie głos An­drie­ja, szorst­ki i nie­mal zgrzy­tli­wy. Prze­pełnia mnie roz­pacz­li­wa tęskno­ta za Do­mi­ni­kiem, pragnę być z nim, a nie tu­taj, w tym dziw­nym kra­ju, z człowie­kiem, który spro­wa­dził na nas kłopo­ty. To czy­ste sza­leństwo.

- Daj spokój, Nikołaj. Jak brzmi od­po­wiedź?

Ku­stosz zakłada oku­la­ry i bacz­nie przygląda się ma­lo­widłu z bli­ska, ci­cho kli­kając języ­kiem. W końcu za­bie­ra głos:

- Pociągnięcia pędzlem zna­ko­mi­te, dobór od­cie­ni ab­so­lut­nie mi­strzow­ski. Pa­sują dokład­nie do tego, cze­go spo­dzie­wa­li­byśmy się po ge­niu­szu Fra An­ge­li­ca. Wszyst­ko: kom­po­zy­cja, per­spek­ty­wa li­ne­ar­na, styl... Nie­mal do­sko­nałe dzieło.

- Nie­mal? - wtrąca An­driej.

Nikołaj ze smut­kiem kiwa głową.

- Do­sko­nały z jed­nym wyjątkiem. Ana­li­za pig­mentów i sa­me­go płótna wska­zu­je na to, że ma­lo­widło li­czy nie więcej niż dwieście lat. To bar­dzo uda­ny, za­chwy­cający, nie­zwy­kle eks­cy­tujący pa­stisz. Cu­dow­ne dzieło kogoś o wiel­kim ta­len­cie, ale nie Fra An­ge­li­ca. - Spogląda wprost na Du­brow­skie­go, który stoi sztyw­no ni­czym posąg, z po­bladłą twarzą. - Przy­kro mi, An­driej, ale nie ma co do tego wątpli­wości. Twój ob­raz to fal­sy­fi­kat.

Roz­dział dru­gi

Nie­omal biegnę przez Pałac Zi­mo­wy, próbując do­go­nić An­drie­ja, który od­da­la się szyb­ko wiel­ki­mi kro­ka­mi. Mam na­dzieję, że zna drogę do wyjścia, po­nie­waż ja zupełnie nie wiem, gdzie je­stem. Prze­mie­rza­my nie­skończe­nie długie ko­ry­ta­rze i już co naj­mniej raz scho­dzi­liśmy po scho­dach. "Tysiąc pięćset po­koi. Jeśli on nie pamięta dro­gi, będzie­my długo bie­gać po tym la­bi­ryn­cie, za­nim znajdzie­my wyjście".

Lecz An­driej naj­wy­raźniej wie, którędy się kie­ro­wać, po­nie­waż idzie pew­nie. Nie zwal­nia przy tym zabójcze­go kro­ku, aż do­cie­ra­my do drzwi, którymi we­szliśmy do środ­ka. Sięga do klam­ki.

- An­driej, proszę! - dyszę. - Za­cze­kaj!

Za­trzy­mu­je się i od­wra­ca. Ma strasz­ny wy­raz twa­rzy. Nig­dy dotąd nie wi­działam, by gniew wyrył się w czy­ichś ry­sach tak głęboko, a oczy ci­skały błyska­wi­ce.

- Ja... no... Przy­kro mi! - uda­je mi się wy­krztu­sić. Wciąż walczę o od­dech. - Wiem, ile ten ob­raz dla cie­bie zna­czył...

Jego usta wy­krzy­wia nie­przy­jem­ny gry­mas.

- Ty i twój przy­ja­ciel na­ra­zi­liście mnie na koszt dwóch mi­lionów funtów - rzu­ca opry­skli­wie głosem bar­dziej szorst­kim niż kie­dy­kol­wiek przed­tem. Dotąd nie zwra­całam uwa­gi na jego ak­cent; jeżeli brzmiał obco, to ra­czej z ame­ry­kańską nutą. Lecz te­raz słowa zo­stały wymówio­ne z ro­syj­skim brzmie­niem, jak gdy­by dla pod­kreśle­nia tego wszyst­kie­go, co nas dzie­li. - Chcesz to so­bie prze­myśleć, co?

Aż się co­fam z wrażenia.

- Co masz na myśli?

- Je­steście mo­imi ar­ty­stycz­ny­mi do­rad­ca­mi, tak? Ty i Mark, ra­zem, nie? Po­le­cie­liście ze mną do Chor­wa­cji, żeby mi do­ra­dzić przy za­ku­pie Fra An­ge­li­ca i to za waszą na­mową kupiłem ten cho­ler­ny ob­raz! Tyle, jeśli cho­dzi o waszą wiedzę.

Wstrząs na chwilę od­bie­ra mi mowę. To jaw­na nie­spra­wie­dli­wość. Przed oczy­ma sta­je mi nie­za­do­wo­lo­na mina Mar­ka. Nie chciał się wy­po­wie­dzieć w spra­wie au­ten­tycz­ności ma­lo­widła, po­trze­bo­wał cza­su do oce­ny dzieła, ale An­driej upie­rał się i na­ci­skał. Mark ra­dził, żeby po­cze­kać z za­ku­pem, aż do­ko­na pełnej eks­per­ty­zy, ale Du­brow­ski nie słuchał. Znów słyszę, jak Mark wyraża obawę o swoją za­wo­dową re­pu­tację, w ra­zie gdy­by ob­raz oka­zał się podróbką. "O Boże, Mark, to zruj­nu­je two­je do­bre imię!".

Na­ra­sta we mnie wiel­ki gniew. An­driej nie może ro­ze­grać tego w ten sposób. Kupił ten ob­raz wbrew ra­dom Mar­ka, nie po­wi­nien te­raz uda­wać, że było in­a­czej.

- Wiesz, że to nie­praw­da! - krzyczę. Go­tująca się we mnie wściekłość spra­wia, że głos mam moc­ny, pełen obu­rze­nia. - Nie po­zwolę, żebyś ob­wi­niał o to Mar­ka! Ostrze­gał cię, mówił, że le­piej się wstrzy­mać, ale go nie słuchałeś. Nie chciał, żebyś ku­po­wał to ma­lo­widło, lecz to­bie się śpie­szyło. Był wo­bec cie­bie taki lo­jal­ny, jak śmiesz zrzu­cać na nie­go winę?

An­driej nie od­po­wia­da. Bled­nie tyl­ko bar­dziej niż zwy­kle, brwi zle­wają mu się w jedną linię, gdy upo­rczy­wie wbi­ja we mnie wzrok.

Je­stem te­raz jesz­cze bar­dziej roz­ognio­na, mimo że gdzieś w głębi od­zy­wa się głos rozsądku, pod­po­wia­dający, żeby za­cho­wać ostrożność.

- To two­ja wina, wiesz o tym. Chciałeś wie­rzyć, że ob­raz jest au­ten­ty­kiem, więc postąpiłeś dokład­nie według własnych życzeń. Tak właśnie działasz? Rzu­casz lu­dzi na pożar­cie lwom, za­miast po­nieść kon­se­kwen­cje swo­ich de­cy­zji? Miałam o to­bie inne zda­nie. Ale za­czy­nam so­bie uświa­da­miać, że się co do cie­bie myliłam, i to w nie­jed­nym punk­cie.

Sama nie mogę uwie­rzyć, że to mówię. Żołądek skręca mi się ze stra­chu. "O, nie, po­sunęłam się za da­le­ko".

An­driej za­ci­ska zęby. Widać to po napięciu mięśni szczęki i pul­so­wa­niu po­liczków. Wygląda, jak­by chciał mnie zabić. Mija chwi­la dręczącej nie­pew­ności i rzu­ca krótko:

- Wsia­daj do wozu. Już. - I wy­cho­dzi, nie oglądając się, by spraw­dzić, czy posłucham.

Idąc za nim przez śnieg, prze­kli­nam własną po­chop­ność. Je­stem prze­cież zupełnie zda­na na jego łaskę. Nie pora na to, by mieć tego człowie­ka prze­ciw so­bie. Jed­nak nie mogłam się po­wstrzy­mać. Jeżeli od­po­wie­dzial­ność za tę sy­tu­ację spad­nie na Mar­ka i mnie, na­sze za­wo­do­we sto­sun­ki z bo­ga­tym Ro­sja­ni­nem i tak do­biegną końca. Ale co wte­dy, jeśli dane mi będzie po­znać inne ob­li­cze An­drie­ja Du­brow­skie­go? Wi­działam go kul­tu­ral­ne­go i układ­ne­go, tak­tow­ne­go, a na­wet uwo­dzi­ciel­skie­go, wiem prze­cież jed­nak, że pod maską świa­tow­ca kry­je się chłopak z mo­skiew­skich ciem­nych uli­czek, wy­cho­wa­ny w sie­ro­cińcu, za­har­to­wa­ny dzięki własnej de­ter­mi­na­cji i twar­de­mu po­dejściu do rze­czy­wi­stości, dążący do celu bez względu na kosz­ty.

"Do cze­go on z ko­lei może się po­sunąć, jeśli za­pra­gnie ze­msty?".

Kie­row­ca stoi obok sa­mo­cho­du i przy­trzy­mu­je dla mnie otwar­te drzwi. Wsia­dam, za­sta­na­wiając się, co mnie te­raz cze­ka. An­driej sie­dzi obok. Nic nie mówi, ale wy­czu­wam jątrzący się w nim gniew. In­stynkt pod­po­wia­da mi, żeby sie­dzieć ci­cho, nie py­tam więc na­wet, dokąd je­dzie­my. Roz­pacz­li­wie chcę zna­leźć się z po­wro­tem w swo­im po­ko­ju ho­te­lo­wym. Po­trze­buję chwi­li sa­mot­ności, żeby wszyst­ko prze­myśleć.

Sa­mochód ru­sza, wy­ta­cza się przez bramę i zno­wu su­nie wzdłuż rze­ki. Je­steśmy na New­skim Pro­spek­cie, głównej ar­te­rii Pe­ters­bur­ga. Poru­szamy się wol­no po za­kor­ko­wa­nej jezd­ni, z boków prze­su­wają się wiel­kie okna wy­sta­wo­we, usy­pa­ne kup­ki śnie­gu i ciepło oku­ta­ni prze­chod­nie. Mi­ja­my ozdob­ne domy to­wa­ro­we, ja­sno oświe­tlo­ne ga­le­rie han­dlo­we, ogrom­ne kościoły i piękne za­byt­ki. Po­win­nam czuć dresz­czyk emo­cji, a tym­cza­sem prze­ciw­nie - je­stem zde­ner­wo­wa­na i nieszczęśliwa, a moje myśli krążą tyl­ko wokół tego, co się te­raz może wy­da­rzyć.

An­driej nie od­zy­wa się przez całą drogę do ho­te­lu. Po­tem, kie­dy idzie­my przez mar­mu­ro­wy hol oświe­tlo­ny ogrom­ny­mi krysz­tałowy­mi lam­pa­mi, oznaj­mia:

- Będę w swo­im po­ko­ju. Zamów so­bie na lunch, co ze­chcesz. Bądź go­to­wa do wyjścia o dru­giej.

- Wra­ca­my do domu? - ośmie­lam się spy­tać.

Rzu­ca mi szyb­kie, prze­ni­kli­we spoj­rze­nie. Chy­ba do­strze­ga w mo­jej twa­rzy coś, co każe mu się wstrzy­mać od ostrych słów.

- Jesz­cze nie - od­po­wia­da nie­co łagod­niej­szym to­nem. - Wie­czo­rem. Tym­cza­sem mam jesz­cze jedną rzecz do załatwie­nia. - Przez chwilę od­noszę wrażenie, że chce coś dodać, ale uściśla tyl­ko su­cho: - O dru­giej. Punk­tu­al­nie.

Wra­cam do po­ko­ju wdzięczna lo­so­wi, że będę miała szansę otrząsnąć się trochę po po­ran­nym dra­ma­cie. Za­my­kam za sobą drzwi, opie­ram się o nie i wzdy­cham z ulgą. Po­tem zdej­muję buty, rzu­cam się na łóżko i patrzę w su­fit.

- A więc ob­raz jest podróbką - mówię głośno. - Nie mogę uwie­rzyć. Po tym wszyst­kim.

Za­sta­na­wiam się, co te­raz zro­bi An­driej. Nie chciałabym być na miej­scu opa­ta z tam­te­go klasz­to­ru, kie­dy od­bie­rze te­le­fon od Du­brow­skie­go. Ale sama też muszę za­dzwo­nić. Po­win­nam po­wia­do­mić Mar­ka o eks­per­ty­zie spe­cja­listów z Er­mi­tażu. Przy­po­mi­nam oso­bie ostat­ni raz, kie­dy go wi­działam, tuż przed wy­lo­tem do Ro­sji. Poszłam do nie­go, żeby zo­ba­czyć, jak się mie­wa, i ode­brać ostat­nie wskazówki, a za­stałam ener­giczną blon­dynkę, która przejęła do­wo­dze­nie w domu w Bel­gra­vii.

- To moja sio­stra Ca­ro­li­ne - przed­sta­wił ją Mark głosem słab­szym niż kie­dy­kol­wiek dotąd. - Za­trzy­ma się tu­taj i zaj­mie się do­mem.

- A ty? - spy­tałam, patrząc, jak Ca­ro­li­ne spra­wu­je rządy. Stu­kając ob­ca­sa­mi, wyszła na zewnątrz, by wydać in­struk­cje pra­cującym tam ro­bot­ni­kom, a jej donośny, pa­try­cju­szow­ski głos odbił się echem od ścian. To hałaśliwe, pew­ne sie­bie za­cho­wa­nie sil­nie kon­tra­sto­wało ze spo­kojną, sto­no­waną ele­gancją Mar­ka, aż trud­no było uwie­rzyć, że te dwie oso­by są ro­dzeństwem. - Czy o cie­bie też za­dba? - za­py­tałam. Wciąż nie mogłam się po­go­dzić z wia­do­mością o jego cho­ro­bie. Nie wie­działam na­wet, na ile jest ona poważna, po­nie­waż nie chciał mi zdra­dzić dia­gno­zy.

- Oczy­wiście, że tak. Będę miał dobrą opiekę. Ca­ro­li­ne zna­ko­mi­cie się na tym zna. - Mark uśmiechnął się i na ten wi­dok za­chciało mi się płakać. Uśmiech miał być ra­do­sny, ale wąskie usta roz­ciągnęły się nie­na­tu­ral­nie, a kości­sta twarz zda­wała się za­stygła w dziw­nym gry­ma­sie. Uświa­do­miłam so­bie, że jego zęby i oczy wy­dają się te­raz nie­nor­mal­nie, cho­ro­bli­wie duże.

"Jest na­prawdę cho­ry" - pomyślałam z nie­ja­kim zdzi­wie­niem. Oczy­wiście, wie­działam o jego cho­ro­bie, lecz prze­cież lu­dzie wy­chodzą z różnych do­le­gli­wości. Zda­rza się jed­nak, że stan pa­cjen­ta po­gar­sza się i po­gar­sza, aż...

- Wiesz, Beth - ode­zwał się Mark i zro­bił ruch, jak­by się chciał na­chy­lić ku mnie w po­uf­ny sposób, ale nie zna­lazł na to siły. - Czy ci mówiłem, że ju­tro mam ope­rację?

Pokręciłam głową, mając na­dzieję, że nie zo­ba­czy łez, które mi się zbie­rały w oczach.

- O, tak. Pierw­szy w ko­lej­ce do te­atru zwa­ne­go salą ope­ra­cyjną i osiem go­dzin na sce­nie na­zy­wa­nej stołem. Śpiesz­no im, bo je­stem bli­ski śmier­ci, a jesz­cze nie mar­twy. Cóż, obym tyl­ko nie za­grał w tej sztu­ce nie­bosz­czy­ka, nie o to cho­dzi w każdym ra­zie. - Za­krztu­sił się, chi­chocząc ze swo­je­go małego żartu. - Za­tem gdy będziesz pa­ra­do­wać po Pe­ters­bur­gu, pomyśl cza­sem o tym, jak wra­cam do zdro­wia w szpi­tal­nym łóżku. Ale nie martw się, Ca­ro­li­ne za­dba o moją opiekę.

Roz­myślając o Mar­ku, wpa­truję się w su­fit nad łóżkiem i na­gle przyłapuję się na tym, że wciąż od nowa liczę lamp­ki ha­lo­ge­no­we. Ope­ro­wa­no go za­pew­ne wczo­raj. Cho­dziło chy­ba o gardło, nie je­stem więc pew­na, czy będzie w sta­nie mówić, choćby dać sy­gnał, jak się czu­je. "O Boże, mam na­dzieję, że ope­ra­cja się udała". Zdążyłam bar­dzo po­lu­bić Mar­ka, jest dla mnie kimś znacz­nie więcej niż tyl­ko pra­co­dawcą, trak­tuję go jak przy­ja­cie­la i men­to­ra, który in­spi­ru­je do piękniej­sze­go życia.

Biorę komórkę i mój kciuk za­trzy­mu­je się przez chwilę nad kla­wia­turą. Po­tem odkładam te­le­fon na bok. Nie będę do nie­go dzwo­nić z tą wia­do­mością. Nie ma miłego spo­so­bu, żeby prze­ka­zać no­winę o tym, że An­driej za­mie­rza go pchnąć pod pociąg. A może jesz­cze uda mi się załago­dzić sy­tu­ację. W końcu mamy przed sobą ta­jem­niczą sprawę do załatwie­nia; po­sta­ram się przy tej oka­zji wy­wrzeć na An­drieja jakiś po­zy­tyw­ny wpływ.

"Tak, zde­cy­do­wa­nie muszę tego spróbować. Zro­bię, co w mo­jej mocy, żeby odwołać się do jego życz­li­wości. Na pew­no nie jest jej całkiem po­zba­wio­ny. I za­nim co­kol­wiek prze­każę Mar­ko­wi, naj­pierw do­wiem się, jak się mie­wa".

Z tym po­sta­no­wie­niem sia­dam i za­bie­ram się do za­ma­wia­nia lun­chu, żeby z nim zdążyć przed drugą.

Na wszel­ki wy­pa­dek sta­wiam się w holu ho­te­lo­wym dzie­sięć mi­nut przed cza­sem. Pięć mi­nut po mnie z win­dy wy­cho­dzi An­driej ubra­ny w ciem­no­nie­bie­ski płaszcz. Wszy­scy od razu go spo­strze­gają, jed­ni zer­kają cie­ka­wie, inni się gapią otwar­cie. Jego ener­gia pro­mie­niu­je na oto­cze­nie i przy­ciąga uwagę. Poza tym przy­jem­nie się na nie­go pa­trzy - jest wy­so­ki, do­brze zbu­do­wa­ny i nie­mal przy­stoj­ny. Po­brużdżona twarz o ciężkich, twar­dych ry­sach, z usta­mi zdra­dzającymi upór, ma w so­bie coś nie­zwykłego dzięki płonącym nie­bie­skim oczom.

Dziw­nie jest przy­po­mnieć so­bie, że wi­działam go, jak spogląda miękko oczy­ma za­snu­ty­mi mgiełką ni­czym let­nie nie­bo, że te świadczące o za­wziętości usta uśmie­chały się tyl­ko dla mnie. Jego szorst­ki głos słyszałam w zupełnie in­nych, łagod­nych to­nach, snujący obiet­ni­ce i prze­wi­dy­wa­nia, które po­ru­szały we mnie nie­zna­ne stru­ny na­wet wte­dy, kie­dy od nie­go stro­niłam.

- Je­steś. Do­brze - rzu­ca jak wark­nięcie.

"Też miło cię wi­dzieć!".

Właści­wie wolę tego An­drie­ja. Umiem so­bie po­ra­dzić z wy­bu­cho­wym, ego­istycz­nym, roz­pusz­czo­nym sa­mo­lu­bem. Znacz­nie trud­niej jest mi prze­sta­wać z jego czułą, wrażliwą, bar­dziej ludzką wersją.

"Prze­stań. Na­wet tego nie próbuj. Na­wet nie myśl".

W tym mo­men­cie spo­strze­gam, że nie jest sam. Tuż za nim idzie jakaś ko­bie­ta ubra­na w długi czar­ny płaszcz i okrągłą fu­trzaną czapkę - taką, jaką wi­działam tu­taj u wie­lu lu­dzi. Spod ciem­ne­go fu­tra wy­my­kają się ja­sne ko­smy­ki włosów, twarz jest bla­da, po­zba­wio­na wy­ra­zu. Ko­bie­ta pod­trzy­mu­je ręką dużą skórzaną torbę, którą ma prze­wie­szoną na pa­sku przez ramię. Za­uważam, że jest nie­co wyższa ode mnie.

"Nie idzie­my sami?". Ser­ce we mnie za­mie­ra. To będzie prze­szko­da w mo­ich pla­nach po­roz­ma­wia­nia o Mar­ku. An­driej wska­zu­je ge­stem swoją to­wa­rzyszkę.

- Beth, to jest Ma­ria. Dzi­siaj moja asy­stent­ka. Chodź ze mną, już wy­cho­dzi­my.

Idę posłusznie za Marią, a ona za An­drie­jem. W ta­kim porządku wy­cho­dzi­my z ho­te­lu, sta­no­wiąc za­pew­ne co­kol­wiek ko­micz­ny wi­dok, gdy tak kro­czy­my od naj­wyższe­go do naj­niższej. Sa­mochód cze­ka przed wejściem i po chwi­li sie­dzi­my w jego ciepłym wnętrzu. Drżę na­wet po tym krótkim po­by­cie na zewnątrz. Nie wy­da­je mi się, żebym kie­dy­kol­wiek w życiu była w równie zim­nym miej­scu jak Pe­ters­burg. Wy­pa­da się cie­szyć, że An­driej nie pomyślał o wy­ciecz­ce na Sy­be­rię.

Ru­sza­my. An­driej i Ma­ria za­czy­nają roz­ma­wiać i nie prze­stają przez całą półto­ra­go­dzinną jazdę - cały czas po ro­syj­sku, tak że ni­cze­go nie ro­zu­miem. Przez chwilę próbuję się sku­piać w na­dziei, że zo­rien­tuję się, o co cho­dzi, ale to bez­ce­lo­we. Asy­stent­ka wyjęła ze swo­jej po­jem­nej tor­by duży no­tes i pośpiesz­nie zapełnia jego stro­ny no­tat­ka­mi, które dla mnie są niezgłębio­nym szy­frem.

Opusz­cza­my re­pre­zen­ta­cyjną część Pe­ters­bur­ga i sce­ne­ria zmie­nia się, jak­by przy­gasły światła. Za­pa­da zmierzch, na­gle czuję się bar­dzo zmęczo­na. Opie­ram głowę o skórza­ny zagłówek i nie po­tra­fię wal­czyć z na­ra­stającym znużeniem. Po­wie­ki mi ciążą, wnętrze za­pa­da się w nieświa­do­mość. Sta­ram się nie zasnąć, ale po pro­stu nie mogę.

Bu­dzi mnie jakiś ruch. Widzę, że za­trzy­ma­liśmy się na małym par­kin­gu przed dużym, sza­rym bu­dyn­kiem wyglądającym, jak­by mieścił jakąś in­sty­tucję.

- Chodź, śpio­chu - mówi An­driej, jak zwy­kle szorst­ko, ale bez nie­uprzej­mości. - Je­steśmy na miej­scu. Nie martw się, to, co usłyszysz w środ­ku, na pew­no cię obu­dzi.

Trochę oszołomio­na potrząsam głową, by się po­zbyć sen­ności. Chwilę temu błądziłam w re­ali­stycz­nym śnie: byłam w domu i kłóciłam się o coś z mamą. O co? A, tak, kazała mi wra­cać. "Wy­star­czająco długo cię nie ma" - mówiła su­ro­wo. - "Nie po­do­ba mi się to, Beth!". A ja z roz­drażnie­niem próbowałam wyjaśnić, że nie mogę tak so­bie po pro­stu wrócić, muszę cze­kać na pry­wat­ny sa­mo­lot An­drie­ja i...

- Wy­chodź, Beth! - rzu­ca ostro An­driej.

Kie­row­ca przy­trzy­mu­je otwar­te drzwi, wy­sia­dam więc, owi­jając się w płaszcz naj­le­piej, jak się da. Zim­no jest tu okrut­ne, wdzie­ra się pod wierzch­nie okry­cie i ubra­nie, jak­bym nic nie miała na so­bie. Muszę jak naj­szyb­ciej wy­nieść się z tego mro­zu; sto­py mam już zdrętwiałe od lo­do­wa­te­go podłoża, ciało, po­kry­te gęsią skórką, pro­te­stu­je przed postępującą utratą ciepła.

An­driej zmie­rza ścieżką do drzwi fron­to­wych, a Ma­ria i ja podążamy za nim, uważając, żeby się nie pośliznąć na ob­lo­dzo­nej po­wierzch­ni, śli­skiej mimo że ją wy­sy­pa­no pia­skiem. Z per­spek­ty­wy główne­go wejścia bu­dow­la wygląda jesz­cze bar­dziej po­nu­ro niż z par­kin­gu - nad na­szy­mi głowa­mi wznoszą się czte­ry sza­re kon­dy­gna­cje, okien­ni­ce są za­mknięte i nig­dzie nie ma zna­ku życia.

- Gdzie my je­steśmy? - nie po­tra­fię po­wstrzy­mać się od py­ta­nia.

- Zo­ba­czysz - od­po­wia­da krótko An­driej. Przy­ci­ska gu­zik z boku drzwi.

Zda­je się, że zza gru­bych drzwi do­bie­ga jakiś dźwięk, coś jak­by pi­skli­we za­wo­dze­nie. Chwilę później drzwi się otwie­rają i sta­je w nich krępa, si­wowłosa ko­bie­ta w śred­nim wie­ku. Jej po­stać w pro­stej spódni­cy i swe­trze ry­su­je się wyraźnie na tle wypełnio­ne­go światłem pro­stokątne­go wejścia. Na wi­dok An­drie­ja wy­ry­wa jej się okrzyk za­sko­cze­nia, oczy się roz­sze­rzają, a na ustach po­ja­wia się sze­ro­ki uśmiech. Za­raz po­tem ko­bie­ta wy­mie­nia z An­drie­jem kil­ka ożywio­nych zdań po ro­syj­sku, a następnie - ku mo­je­mu zdu­mie­niu - obej­mu­je go mimo jego gru­be­go płasz­cza i ści­ska ser­decz­nie.

Z głębi bu­dyn­ku do­bie­gają pi­skli­we głosy i inne dźwięki: pośpiesz­na pa­pla­ni­na, kro­ki małych stóp, szu­ra­nie krze­seł, tu­pot na scho­dach. Przy­szliśmy z wi­zytą do szkoły albo do...

Wcho­dzi­my do środ­ka. Si­wowłosa ko­bie­ta wypuściła An­drie­ja z uści­sku i te­raz ciągnie go za rękę, a jed­no­cześnie nawołuje głośno do lu­dzi w bu­dyn­ku. Ma­ria stoi obok mnie, jej bladą, szpi­czastą twarz roz­jaśnia uśmiech. Te­raz za­czy­nam się domyślać, gdzie je­steśmy. W dużym, ja­sno oświe­tlo­nym holu, cu­dow­nie ciepłym w porówna­niu z mro­zem pa­nującym na zewnątrz, wiem już na pew­no, co to za miej­sce.

U stóp schodów zgro­ma­dziło się około sześćdzie­sięcior­ga dzie­ci. Wiercą się, mam­roczą, szepczą do sie­bie, ale gdy się przy nich za­trzy­mu­je­my, za­pa­da ci­sza i sześćdzie­siąt par oczu wpa­tru­je się w inną ko­bietę, stojącą przed nimi. Ta uno­si ręce, od­li­cza i za­czy­na dy­ry­go­wać, pod­czas gdy dzie­cięce głosy śpie­wają pieśń.

Nie roz­po­znaję me­lo­dii ani nie ro­zu­miem słów, lecz brzmie­nie jest prze­piękne. Wy­da­je mi się, że ten śpiew ma coś wspólne­go z Bożym Na­ro­dze­niem, może to dla­te­go, że ko­ry­tarz i poręcz schodów są ozdo­bio­ne do­mo­wej ro­bo­ty łańcu­cha­mi z błyszczącego pa­pie­ru. No ja­sne. Zbliżają się święta... Już gru­dzień.

Dzie­ci mają na so­bie zno­szo­ne, pod­nisz­czo­ne ubra­nia, ale ich twa­rzycz­ki są ja­sne i czy­ste. Patrzę na najmłod­szych - tych, którzy chy­ba nie do końca poj­mują słowa, ale śpie­wają naj­le­piej, jak po­tra­fią. Po­tem spoglądam na star­szych, tych z pu­sty­mi miej­sca­mi po zębach mlecz­nych. Jed­ni sku­piają się i z po­wagą wpa­trują w na­uczy­cielkę, in­nych roz­pra­sza łokieć ko­le­gi albo opadły ko­niec pa­pie­ro­we­go łańcu­cha. Dzie­ci są najróżniej­sze: dziew­czyn­ki z my­si­mi ogon­ka­mi albo z błyszczącymi spin­ka­mi w roz­pusz­czo­nych włosach, dziew­czyn­ki w gru­bych oku­la­rach, dziew­czyn­ki w spodniach i dziew­czyn­ki w su­kien­kach. Chłopcy ostrzyżeni na jeża, chłopcy z ku­cy­kiem i chłopcy z fry­zurą "cze­ski me­tal". Chłopcy wyglądający jak aniołki i chłopcy z si­nia­ka­mi i za­dra­pa­nia­mi. Pucołowa­te gru­ba­ski i chu­de tycz­ki o kości­stych po­licz­kach. Wszy­scy śpie­wają.

Zer­kam na An­drie­ja i je­stem zdu­mio­na. Uśmie­cha się w sposób, ja­kie­go nig­dy u nie­go nie wi­działam: sze­ro­ko, otwar­cie, z radością i dumą. Stoi, trzy­mając dłonie ra­zem, i w takt pio­sen­ki lek­ko uno­si się na pal­cach w przód i w tył. Wygląda jak za­do­wo­lo­ny oj­ciec, którego dzie­ci właśnie dają kon­cert kolęd.

Więc to jest sie­ro­ci­niec An­drie­ja. Wspo­mniał mi w sa­mo­lo­cie, że spon­so­ru­je dom dziec­ka i chce, aby to miej­sce było ko­lo­ro­we, pełne radości, a nie ta­kie po­nu­re jak in­sty­tu­cja, w której sam do­ra­stał. Rozglądam się dys­kret­nie. Tak, mimo funk­cjo­nal­nej sza­rości jest tu­taj wie­le ko­lorów. Mnóstwo. Na ścia­nach zdjęcia i inne ob­raz­ki, na krzesłach wesołe po­dusz­ki, na podłodze bez­barw­ne li­no­leum kry­je się pod wzo­rzy­sty­mi dy­wa­ni­ka­mi. Miej­sce jest ra­dos­ne, mimo że at­mos­fe­ra nie spra­wia wrażenia do­mo­wej.

Zno­wu patrzę na dzie­ci. Które z nich naj­bar­dziej przy­po­mi­nałoby małego An­drie­ja? Ten nie­bie­sko­oki chłopczyk o okrągłej twa­rzy, wkładający w swój śpiew całe ser­ce? Wtem do­strze­gam chłopa­ka stojącego zupełnie z tyłu. Ma około dzie­sięciu lat i jest wyższy od po­zo­stałych, może więc dla­te­go usta­wia się tak, by nie rzu­cać się w oczy. Próbuje ukryć swój wzrost czy nie lubi śpie­wać? Le­d­wie po­ru­sza usta­mi, jak­by robił to pod przy­mu­sem. Twarz ma pociągłą, może z po­wo­du szyb­kie­go do­ra­sta­nia, a minę nie­określoną, trudną do przej­rze­nia. W pew­nym mo­men­cie jego spoj­rze­nie wędru­je na An­drie­ja i na twa­rzy chłopca ma­lu­je się bez­gra­nicz­ne uwiel­bie­nie dla bo­ha­te­ra.

Pieśń do­bie­ga końca, dzie­ci zwra­cają ku An­drie­jo­wi przejęte twa­rze, a ja mru­gam, żeby roz­pro­szyć napływające do oczu łzy. On za to wy­bu­cha grom­kim śmie­chem i klasz­cze, mimo że jesz­cze nie zdjął gru­bych zi­mo­wych ręka­wic. Mówi coś po ro­syj­sku, co wywołuje uśmiech dzie­ci - za­pew­ne je po­chwa­lił. Następnie, zdej­mując ręka­wice, coś ogłasza. Pod­opiecz­ni sie­ro­cińca re­agują na to ra­dos­nym zdzi­wie­niem i ożywio­ny­mi roz­mo­wa­mi. Włącza się si­wowłosa ko­bie­ta, która nam otwo­rzyła drzwi. Głośno wy­da­je po­le­ce­nie i w ciągu kil­ku mi­nut dzie­ciaki siedzą grzecz­niut­ko na podłodze, a An­driej za­bie­ra głos. Nie wiem, co ma im do prze­ka­za­nia, widzę tyl­ko, że cza­sa­mi się śmieją albo zgłaszają do od­po­wie­dzi. W miarę jak prze­ma­wia, twa­rzycz­ki im się roz­jaśniają i ma­lu­je się na nich co­raz więcej szczęścia. W pew­nym mo­men­cie słyszę: "Ooooch" i wszyst­kie spoj­rze­nia kie­rują się na drzwi wejścio­we. Te otwie­rają się, wpusz­czając ogromną, już przy­stro­joną cho­inkę. Wnoszą ją ostrożnie dwaj mężczyźni w kom­bi­ne­zo­nach ro­bo­czych.

Dzie­ci śmieją się i klaszczą, a drzew­ko tym­cza­sem su­nie przez ko­ry­tarz i tra­fia na ho­no­ro­we miej­sce. Ktoś wkłada wtyczkę do kon­tak­tu, za­pa­lają się mi­go­tli­we świa­tełka i dzie­ci wzdy­chają z za­chwy­tu. Cho­in­ka wygląda pięknie - zwieńczo­na złotą gwiazdą, ob­wie­szo­na bomb­ka­mi i cze­ko­lad­ka­mi.

An­driej sia­da na pod­su­niętym krześle i za­raz inny ro­bot­nik wno­si ogrom­ny wo­rek. Ma­ria pod­po­wia­da, żeby go po­sta­wić obok An­drieja. Ja wy­co­fuję się pod ścianę, gdzie sia­dam na wol­nym krześle i przyglądam się z boku. To piękny czas, wspa­niała sce­na do po­dzi­wia­nia. An­driej wywołuje dzie­ci po ko­lei i za każdym ra­zem mały człowiek z przejęciem zry­wa się na równe nogi, by po­dejść do nie­go i otrzy­mać pre­zent. Ze­bra­ni w holu wkrótce dzielą się na tych, którzy kur­czo­wo za­ci­skają dłonie na po­dar­kach, i tych, którzy pełni napięcia cze­kają na wywołanie. Każdy, od naj­mniej­sze­go pulch­ne­go trzy­lat­ka po naj­chud­sze­go dzie­sięcio­lat­ka, przed wręcze­niem pre­zentu zo­sta­je o coś za­py­ta­ny i za­mie­nia z An­driejem kil­ka słów. Chłopak, który pod­czas śpie­wa­nia wpa­try­wał się w nie­go z uwiel­bie­niem, te­raz, kie­dy przy­cho­dzi jego ko­lej, le­d­wie umie wy­krztu­sić z sie­bie od­po­wiedź, tak jest onieśmie­lo­ny. An­driej ści­ska mu dłoń po męsku, kle­pie go po ple­cach i odsyła uszczęśli­wio­ne­go na miej­sce.

"A więc tym się zaj­mu­je. Do pew­ne­go stop­nia zastępuje im ojca. Kogoś, kogo mogą ko­chać, uwiel­biać, dla kogo war­to się sta­rać".

Nig­dy wcześniej nie wi­działam An­drie­ja w ta­kim wcie­le­niu. Uśmie­cha się już od po­nad go­dzi­ny, to jakiś re­kord. Roz­kwi­ta w to­wa­rzy­stwie tych po­zba­wio­nych ro­dzin dzie­ci. Zna je i ro­zu­mie, po­nie­waż sam był kie­dyś kimś ta­kim.

Ma­ria za­zna­cza na liście ob­da­ro­wa­ne dzie­ci i znów coś no­tu­je. Po roz­da­niu pre­zentów dzie­ci zo­stają odesłane na górę, gdzie przy­pusz­czal­nie będą mogły roz­pa­ko­wać swo­je skar­by. An­driej, Ma­ria i ja prze­cho­dzi­my da­lej pro­wa­dze­ni przez ko­bietę, która za­pew­ne jest kie­row­niczką sie­ro­cińca. Sia­da­my w przy­jem­nym sa­lo­ni­ku z ogniem na ko­min­ku i do­sta­je­my do pi­cia słodką her­batę w ozdob­nych szklan­kach.

Są tu również inni pra­cow­ni­cy tego domu. Wszy­scy bar­dzo grzecz­ni, uśmie­chają się, kie­dy na­po­ty­kają mój wzrok, pro­po­nują więcej her­ba­ty, częstują pie­go­wa­ty­mi cia­stecz­ka­mi. To­czy się miła roz­mo­wa, z której nie ro­zu­miem ani słowa. Widzę jed­nak, ile życz­li­wości i au­ten­tycz­ne­go ciepła ota­cza An­drie­ja, a przy tym czuję, że ja też - mimo wcześniej­szych przeżyć - czer­pię praw­dziwą przy­jem­ność z tego spo­tka­nia. Na po­gawędce mija mniej więcej pół go­dzi­ny, po czym An­driej wsta­je, a ze­bra­ne to­wa­rzy­stwo idzie w jego ślady. Kie­row­nicz­ka wygłasza krótką mowę i całuje do­bro­czyńcę w oba po­licz­ki. On z ko­lei do­da­je kil­ka słów od sie­bie i po chwi­li idą ramię w ramię do fron­to­wych drzwi, w dru­giej pa­rze Ma­ria ze mną, a za nami cała resz­ta.

Na zewnątrz pa­nują egip­skie ciem­ności. Tyl­ko gwiaz­dy błyszczą na ide­al­nie czar­nym nie­bie. Ostat­nie słowa pożegna­nia i płynący skądś łatwo roz­po­zna­wal­ny za­pach szkol­ne­go obia­du. Więc w Ro­sji jest tak samo jak u nas. Wy­obrażam so­bie, jak wszyst­kie te dzie­ci za­sia­dają w sali ja­dal­nej do obia­du, cze­kając na gu­lasz z klu­ska­mi czy inną stołówkową po­trawę, a każde ma przed ocza­mi wspa­niały pre­zent, który cze­ka na nie na górze. Po­tem idę za An­drie­jem ścieżką do sa­mo­cho­du.

W dro­dze po­wrot­nej Ma­ria sie­dzi z przo­du obok kie­row­cy, od­dzie­lo­na od nas szklaną prze­grodą.

- I jak? - pyta An­driej, gdy je­dzie­my z po­wro­tem do Pe­ters­bur­ga.

Uśmie­cham się.

- To było uro­cze! Te wszyst­kie dzie­ci... Dałeś im tyle szczęścia!

- Od­wie­dzam je, kie­dy mogę. Nie­zbyt często. Za­wsze je­stem w roz­jaz­dach i nie mam cza­su.

- To były bożona­ro­dze­nio­we pre­zen­ty?

- No, nie­zu­pełnie. Tu z Bożym Na­ro­dze­niem jest in­a­czej niż u was. Kie­dy byłem mały, w cza­sach so­wiec­kich, Boże Na­ro­dze­nie było za­ka­za­ne, ale na­wet na­sza władza zro­zu­miała war­tość ko­lo­ro­we­go święta przy­pa­dającego w środ­ku ciem­nej zimy, dla­te­go prze­nie­sio­no ob­cho­dy na Nowy Rok. I to właśnie wte­dy do dzie­ci przy­cho­dzi Dzia­dek Mróz, od­po­wied­nik wa­sze­go Świętego Mikołaja. Mamy cho­inkę i wręcza­my so­bie pre­zen­ty. Po­wie­działem dzie­ciom, że tym ra­zem urządzi­my so­bie Nowy Rok trochę wcześniej, to wszyst­ko.

- Więc nie ob­cho­dzi­cie Bożego Na­ro­dze­nia dwu­dzie­ste­go piątego grud­nia? - py­tam za­sko­czo­na. Wiem oczy­wiście, że na świe­cie są różne świątecz­ne tra­dy­cje, ale trud­no mi so­bie wy­obra­zić, żeby święto­wa­no w in­nym dniu.

- Ob­cho­dzi­my Boże Na­ro­dze­nie - An­driej uśmie­cha się, gdy to mówi - tyl­ko że dwu­dzie­sty piąty grud­nia wy­pa­da u nas siódme­go stycz­nia, po­nie­waż Cer­kiew pra­wosławna trzy­ma się ka­len­da­rza ju­liańskie­go.

- Och, ro­zu­miem - od­po­wia­dam, choć nadal je­stem nie­co skołowa­na. Przy­po­mi­nam so­bie jed­nak radość ma­lującą się na twa­rzycz­kach sie­rot. - Te dzie­ci dużo ci za­wdzięczają - za­uważam.

Jego nie­bie­skie oczy, mniej ogni­ste niż zwy­kle, krzyżują spoj­rze­nie z mo­imi.

- Tyl­ko tyle mogę zro­bić. Mam mnóstwo pie­niędzy, ale je­stem bez dzie­ci. To słuszne i właściwe, żeby dać coś tym ma­lu­chom, które jak ja stra­ciły ro­dziców.

Czuję, że z gardła za­raz wy­rwie mi się szloch. Mi­mo­wol­nie przy­po­mi­nam so­bie własny ciepły, pełen miłości dom, jego bałaga­niarską przy­tul­ność, cha­otycz­nie prze­mie­sza­ne rze­czy moje i mo­ich bra­ci. Nie wy­obrażam so­bie życia bez mamy, do której za­wsze mogę się zwrócić, ani bez wspar­cia taty. Nie wiem, jak­bym się czuła ani kim byłabym bez ich bez­wa­run­ko­wej miłości, za­wsze obec­nej w życiu. Mam przed ocza­mi ja­sne twa­rzycz­ki śpie­wających dzie­ci, szcze­re i nie­win­ne, i nie po­tra­fię znieść myśli, że nikt ich nie tuli do snu, nie całuje w po­licz­ki ani nie mówi, że je ko­cha. Czuję w no­sie pie­cze­nie i mro­wie­nie, a w oczach wzbie­rające łzy, przez które nie­wie­le widzę.

- W porządku? - pyta An­driej miękko.

- Tak - od­po­wia­dam zdu­szo­nym głosem i mam na­dzieję, że nie będzie mnie da­lej wy­py­ty­wał, bo mogłabym się roz­kleić zupełnie. Czuję jego dłoń na swo­jej, prze­ka­zu­je mi lek­ki uścisk.

- Nie smuć się - po­cie­sza mnie spo­koj­nie. - Na­prawdę dzie­ci są tam szczęśliwe. Wi­działem dziś wie­le no­wych twa­rzy. To ozna­cza, że zwol­niły się miej­sca, czy­li dużo dzie­ci odeszło do ro­dzin zastępczych albo zo­stało ad­op­to­wa­nych. Właśnie tym się zaj­mu­je­my: szu­ka­my dla nich od­po­wied­nich, wy­god­nych domów, w których będą ko­cha­ne. Tym­cza­sem kształcimy je i wy­cho­wu­je­my.

Jego duża, ciepła dłoń spo­czy­wa na mo­jej. Zdu­mie­wające, jak szyb­ko i nie­ustan­nie zmie­niam opi­nię o tym człowie­ku. Rano sądziłam, że po­ka­zał mi swo­je praw­dzi­we ob­li­cze, ob­wi­niając Mar­ka i mnie o za­kup fal­sy­fi­ka­tu. Te­raz myślę, że wi­działam praw­dzi­wego An­drie­ja, małego chłopca kryjącego się w cie­le do­rosłego mężczy­zny. Życz­liwą duszę, która ni­cze­go in­ne­go nie pra­gnie, jak tyl­ko wcie­lać się w Świętego Mikołaja i dawać sie­ro­tom coś od sie­bie.

- Beth?

Pod­noszę na nie­go wzrok. W półmro­ku trud­no od­gadnąć, co myśli. Oczy mu błyszczą, kie­dy na mnie pa­trzy, i mimo że się nie uśmie­cha, rysy twa­rzy wy­dają się miękkie, nie­mal łagod­ne.

- Tak?

- Cieszę się, że byłaś tam dzi­siaj. Wie­działem, że zro­zu­miesz.

Nie od­po­wia­dam, tyl­ko od­wra­cam wzrok i wbi­jam go w ciem­ny kra­jo­braz za oknem, ciągnący się ku od­ległym światłom Pe­ters­bur­ga.