Rozdział 1
Warszawa -?jesień 2021 roku
Dwudziestoparoletnia kobieta z rozpuszczonymi, gęstymi blond włosami i w ostrym makijażu szła wzdłuż Kruczej. W pewnym momencie zmieniła kierunek
marszu i przecięła ulicę w poprzek. Zatrzymawszy się po drugiej stronie,
postawiła spory kołnierz w swoim grafitowym trenczu. Sięgający do kolan
płaszcz spięty był w talii paskiem z klamrą, która połyskiwała w świetle
ulicznych latarni. Kobieta skręciła następnie w prawo, w ulicę Wspólną.
W pewnym momencie, nie zatrzymując się, roztrzepała dłonią włosy, aby te
częściowo zakrywały jej twarz.
Wysokie nad kolana buty i krótka obcisła sukienka migająca pod połami
płaszcza odrzucanymi przez energicznie stawiane kroki podkreślały jej
wyzywający wizerunek. Czarny kaszmirowy szal na ramionach opadał
swobodnie, wijąc się pod rękawami. Całości dopełniał miarowy stukot
obcasów uderzających o betonowe płyty chodnika. Uważny obserwator mógłby
dojść do wniosku, że w jej twarzy była jakaś egzotyczna nuta. Że jej
uroda nie jest polska ani nawet słowiańska. Ale o tej godzinie, w środku
nocy, w tym rejonie miasta nie było osób, które mogłyby dojść do takiego
przekonania. Zimna jesienna pogoda nie zachęcała nikogo do spacerów,
zwłaszcza że deszcz nieprzerwanie siąpił w Warszawie cały dzień, tworząc
gdzieniegdzie wielkie kałuże. Jakiś przypadkowy przechodzień mógłby co
najwyżej skonkludować, że dziewczyna wraca z pobliskiego night clubu z występów lub zmierza do jednego ze śródmiejskich hoteli, do czekającego
z niecierpliwością napalonego na nią ekskluzywnego klienta. W tej
okolicy bowiem widok takiej kobiety nie był raczej czymś niezwykłym.
Doszedłszy do końca mijanego po przeciwnej stronie ulicy gmachu
Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, u wylotu niewielkiej uliczki,
dziewczyna nagle przystanęła. Wyjęła z zawieszonej na ramieniu dużej
torby paczkę papierosów i nie zdejmując z dłoni czarnych rękawiczek,
zapaliła jednego. Rozejrzała się dyskretnie, rozpięła płaszcz i ponownie
poprawiła kołnierz. Odczekała chwilę potrzebną na zaciągnięcie się kilka
razy papierosem, po czym ruszyła dalej. Teraz szła nieco wolniej,
wypuszczając dym wydatnymi ustami pokrytymi grubą warstwą czerwonej
szminki. Na wysokości niebieskiej koperty rezerwującej miejsce
parkingowe dla osób niepełnosprawnych, rzuciła papierosa na chodnik i zdusiła go podeszwą buta.
Mężczyźni siedzący kilka metrów dalej w granatowym vauxhallu grandland
na brytyjskich tablicach rejestracyjnych dostrzegli tę atrakcyjną
kobietę już dużo wcześniej, kiedy ta skręciła z Kruczej. Jednak rząd
zaparkowanych samochodów nie pozwalał im dokładniej się jej przyjrzeć.
Dopiero kiedy zatrzymała się i zapaliła papierosa, mieli ją jak na
dłoni. Przynajmniej ci siedzący na przednich fotelach. Nie spuszczali
jej z oczu nawet na moment. Intensywnie śledzili wzrokiem każdy jej
ruch, każdy gest. Mogłoby się wydawać, że byli w pewien sposób
zahipnotyzowani jej całym anturażem tworzącym swoisty nocny spektakl.
Brak ruchu samochodowego i przechodniów oraz światła miasta odbijające
się w kałużach przydawały sytuacji jakiegoś szczególnego wyrazu, jakiejś
tajemniczości połączonej z prowokacyjnym erotyzmem blondynki.
Kobieta coraz bardziej się do nich zbliżała. W końcu minęła ich i nagle
przystanęła parę kroków przed bramą przedwojennej, odrestaurowanej
kilkanaście lat temu kamienicy. Ujęła w dłoń pasek torby, zsunęła nieco
z ramion płaszcz i szal. Podeszła bliżej. Zapukała kilka razy w szybkę
drzwi wejściowych osadzonych w bramie. Potem znowu i znowu. Niczym
zmęczona po ciężkim dniu pracy, całym ciałem przywarła do przeszklonej
powierzchni. Palcem w czarnej rękawiczce powiodła po przyciskach
domofonu, zatrzymując się na jednym z nich. Nie nacisnęła go jednak.
Płaszcz z szalem jeszcze bardziej zsunął jej się z ramion. Spod
głębokiego dekoltu obcisłej sukienki wystawał koronkowy czarny stanik,
wyraźnie kontrastujący z bielą nieopalonej części piersi. Znowu zapukała
palcami w szybę i przywarła mocniej biustem do zimnego szkła.
Jednocześnie zaczęła nerwowo to podnosić do tyłu nogę, to ją opuszczać,
stukając przy tym głośno o bruk obcasem zakończonym metalowym flekiem.
Zaspany ochroniarz włączył lampkę biurową stojącą przy monitorze systemu
CCTV, wstał zza kontuaru i powoli podszedł do drzwi, przecierając
zmrużone oczy.
-?Czego pani chce? Proszę stąd odejść! -?rzucił, jakby miał już ów tekst
przygotowany na tego typu okazje.
-?Proszę otworzyć. Please. Pan... counselor Erva Keskin prosił, żebym
zostawiła my passport dla niego -?mówiła po angielsku z dziwnym,
nietypowym akcentem, wplatając w to słowa i całe określenia po polsku. -
Counselor Keskin to mój wujek. Please. Będzie panu bardzo wdzięczny
za okazaną mi pomoc. On specjalnie jutro przyjdzie do pracy. A teraz
jest... out of Warsaw, bo przecież jest weekend. Proszę pana bardzo.
Bardzo. Please.
Kobieta wyjęła z torby turecki paszport i przyłożyła okładkę do szyby.
-?Proszę pani, pani wie, która jest godzina? Niech pani jutro przyjdzie,
skoro pan radca też będzie jutro -?negocjował ochroniarz, nie
spuszczając jednocześnie oczu z ciała młodej kobiety.
-?Wiem, przepraszam. I am sorry. Trochę zabalowałam w Warszawie. Moja
matka jest Polką. Jestem u jej rodziny i my passport mi się kończy.
Powiedzieli mi tak on airport. Zapomniałam. Jutro wcześnie rano jadę
do Świeradów -?wypowiedziała z trudem. -?Do grandmother... do babci. Ona
tam czeka na mnie. Ma taki beautiful... piękny drewniany dom. To bardzo
daleko, far away za Wrocław. Przez tę fucking pandemia COVID nie
widziałam jej już ze dwa lata. Proszę pana bardzo. Please.
Kobieta uśmiechała się, jednocześnie wkładając w paszport
pięćdziesięciodolarowy banknot.
-?Niech pan tylko weźmie my passport i po południu odda wujkowi, to
znaczy counselor Keskin.
Ochroniarz pokręcił głową jakby z dezaprobatą. Takim samym powolnym
tempem jak przyszedł, wrócił za kontuar. Po krótkich poszukiwaniach
podszedł do drzwi z pękiem kluczy. Zaczął przekładać jeden po drugim. W końcu znalazł ten od drzwi w bramie. Po chwili włożył go do zamka i przekręcił. Niepewnym ruchem lekko uchylił drzwi, wyciągając rękę po
dokument. W tym momencie padł głuchy strzał z rewolweru z tłumikiem,
który dziewczyna trzymała w dłoni. Potem drugi. Oba pociski dosięgły
czoła ochroniarza. Dziewczyna niemal jednocześnie z drugim strzałem
popchnęła silnie opadające bezwładne ciało mężczyzny do wewnątrz bramy.
Siedzący na przednich fotelach vauxhalla mężczyźni błyskawicznie
wyskoczyli z samochodu. Za nimi ruszyła dwójka z tylnej kanapy.
W bramie jeden z pasażerów vauxhalla przejął od zabójczyni rewolwer.
Dziewczyna ruszyła szybkim krokiem w kierunku Marszałkowskiej, a napastnicy weszli do budynku i zamknęli drzwi od środka. Jakby na rozkaz
dwóch z nich złapało ochroniarza za ręce i nogi, zaciągnęło go za
kontuar i posadziło na krześle, opierając zwłoki głową o blat biurka, co
miało pozorować, że ten po prostu śpi. Wyłączyli lampkę oświetlającą
blat i szklaną przesłonę na kontuarze. Zamknęli drzwi, a pęk kluczy
przekazali mężczyźnie z bronią. Potem wyciągnęli z przewieszonych przez
ramię toreb mokre szmaty i wzięli się do wycierania śladów krwi na
podłodze.
-?Le'net be...! W?ran be...! -?powiedział pod nosem jeden z czyszczących
podłogę.
Wcześniej podciągnął kominiarkę na czoło odkrywając pomazaną czarnym
kamuflażem twarz. Zrobił gest, jakby wszystko podeszło mu do gardła i chciało mu się wymiotować. Dotknął się kilka razy dłonią ściśniętą w pięść pod przyciśniętą do klatki piersiowej brodą. Na ten widok drugi ze
zmywających podłogę przyłożył palec do ust, dając towarzyszowi znać, aby
nic nie mówił, po czym złapał go mocno dłonią za ramię i lekko nim
potrząsnął. Coś powiedział spod kominiarki.
-?L?re here...! Li vir nemîne...! -?rzucił z przekąsem w odpowiedzi
mężczyzna i aby się uspokoić, zaczął powoli liczyć szeptem.
Kiedy doszedł do sześciu, zsunął z powrotem kominiarkę na twarz, kilka
razy głęboko odetchnął i wrócił do pracy.
Dwaj pozostali napastnicy zaczęli majstrować przy systemie monitoringu.
Po chwili wyłączyli kamery CCTV w całym budynku. Złożyli sprzęt do
skrzynki i wskazali dwójce kończącej szorowanie podłogi szklane
przepierzenie z drzwiami oddzielającymi korytarz bramy od wewnętrznego
patio kamienicy.
* * *
Deszcz, po krótkiej przerwie, znowu się rozpadał. Teraz była to już
prawie ulewa. Dziewczyna zmierzała w kierunku ronda Dmowskiego, po
drodze próbując bezskutecznie i nerwowo przewiązać swój płaszcz paskiem.
W końcu po wielu próbach jej się to udało. Wcześniej otuliła się czarnym
szalem. Szła coraz mniej uważnie. Kilka razy się potknęła. Zmęczenie i napięcie dawały o sobie znać. Jednak wciąż pozostawała w jakimś amoku.
Na ten moment, na te strzały w bramie, czekała w podekscytowaniu od
kilku tygodni. Od chwili, gdy wczoraj opuściła Szwecję, wiedziała, że
musi być wyjątkowo skoncentrowana na tym zadaniu. W perspektywie czasu
doszła do wniosku, że to wyczekiwanie, ten czas spędzony na morzu
bardziej ją wyczerpał niż zrealizowana przez nią tego dnia trasa
sprawdzeniowa, którą rozpoczęła w Gdyni po zejściu z promu z Karlskrony.
Przerwa na odpoczynek w hotelu przy warszawskim Lotnisku Chopina dała
jej jedynie trochę oddechu. Potem napięcie wróciło, i to ze zdwojoną
siłą. A doszedł do tego jeszcze stres. Zwłaszcza wtedy, kiedy dawała
mężczyznom w samochodzie znaki, które wskazywały na gotowość do
realizacji zadania i jednocześnie informowały, że nie wykryła
obserwacji.
Teraz musiała jak najszybciej wrócić do hotelu. Samolot do Stambułu
miała po południu, a stamtąd lot do Irbilu w irackim Kurdystanie.
Pozostało jej tylko pozbycie się butów, sukienki, peruki i płaszcza.
Musiała zmienić makijaż, a co najważniejsze, zniszczyć fałszywy turecki
paszport. "Cholera, nie zajrzałam do tej walizki, którą mi przygotowali.
Mam nadzieję, że o niczym nie zapomnieli, że są tam odpowiednie ubrania,
a zwłaszcza jakaś ciepła kurtka. Jak nie ma, to poproszę, żeby mi kupili
na lotnisku albo gdzieś na mieście. Będzie w końcu jeszcze sporo czasu"
-?rozważała, łapiąc przygodną taksówkę koło klubu nocnego w rejonie
Nowogrodzkiej, gdzie mimo późnej pory kręciło się wiele osób, w tym
podobnie do niej ubranych kobiet. Do tego licznie podjeżdżające i odjeżdżające taksówki i samochody prywatne. "Szkoda będzie tylko tych
delikatnych, pięknych czarnych rękawiczek z koziej skóry" -?pomyślała.
Po niecałej półgodzinie wysiadała przy parkingu wielopoziomowym
znajdującym się naprzeciwko terminala pasażerskiego warszawskiego
lotniska. Kwadrans później była już w hotelu. Wyglądała zupełnie
inaczej. Przebrała się i wszystkie rzeczy zostawiła w podstawionym
wcześniej samochodzie. Wsiadła do windy, prawie zasypiając na stojąco.
Po chwili weszła do swojego pokoju. Spojrzała na zegarek. Do spotkania
miała jeszcze, jak oszacowała, ponad pięć godzin. Rozebrała się do
bielizny i rzuciła ciężko na łóżko. Nie miała siły ani wziąć prysznica,
ani zmyć makijażu. Wślizgnęła się w zimną pościel i zapadła w głęboki
sen.
* * *
Wąski strumień zimnego, biało-błękitnego światła omiótł przedpokój
dużego mieszkania zajmowanego przez sekretariat Radcy Biura Handlowego
Ambasady Turcji w Warszawie. Potem dołączyły trzy wąskie światła z pozostałych latarek trzymanych przez intruzów. Mężczyzna w kominiarce
stał nieruchomo w przedpokoju i obserwował ekran tabletu podłączonego
długim kablem do urządzenia przypominającego laptop; znajdowało się ono
w otwartej skrzynce transportowej. Na ekranie wyświetlacza instalacji
alarmowej pokazywały się różne cyfry, migotały zielone, żółte i czerwone
diody. Po chwili mężczyzna rozbrajający alarm kiwnął do pozostałych
głową na znak, że jest bezpiecznie i można wchodzić dalej.
Stojący jako pierwszy przed wysokimi drzwiami mężczyzna, ściskający w dłoni rewolwer z dokręconym tłumikiem, nacisnął na mosiężną klamkę.
Popchnął delikatnie drzwi. Te z lekkim skrzypnięciem otworzyły się
dostojnie. Cała czwórka ruszyła powoli. Teraz do tamtego skrzypnięcia
dołączył dźwięk dębowego parkietu ułożonego w jodełkę, lekko uginającego
się pod stopami mężczyzn. Salon, do którego weszli, był urządzony jak
typowe biuro. Darmo byłoby szukać secesyjnych foteli i kanap,
biedermeierowskich biurek, stołów czy szafek art déco dawnych
mieszkańców. Były tu tylko nowoczesne meble: dwa wielkie biurka należące
zapewne do sekretarki oraz niższego rangą asystenta tureckiego
dyplomaty, kanapa, dwa fotele, stolik kawowy, przeznaczone zapewne dla
gości oczekujących na spotkanie z radcą. Na ścianach wisiały plakaty
oprawione w antyramy przedstawiające Hagię Sophię w Stambule, turecką
riwierę z rzędem nadmorskich hoteli z niebieskimi basenami u ich stóp,
Kapadocję z charakterystycznymi, drążonymi w skałach budowlami,
kolumnadę monumentalnego Mauzoleum Atatürka w Ankarze. Na regałach
zalegały kolorowe foldery, broszury, materiały reklamowe i informacyjne.
Światło jednej z latarek powędrowało na tabliczkę z napisem: ticari
Danisman Ofisi. Intruz z pistoletem kiwnął głową do jednego ze swoich
towarzyszy, rozkazując mu tym gestem, by wszedł do środka. Po czym to
samo przekazał następnym. Jakby doskonale znał rozkład mieszkania,
wskazał na oba biurka i stojące na nich komputery oraz na szafy z segregatorami. Mężczyźni rozeszli się po pomieszczeniu prawie
bezszelestnie. Wszyscy przystąpili do regularnej demolki. Wyciągali
segregatory, wyrywali z nich i chowali do przewieszonych przez ramię
toreb poszczególne, wybrane dokumenty. Potem rzucali teczki niedbale na
podłogę. Wyciągali szuflady i wysypywali z nich różne biurowe szpargały.
Tymczasem rozbrajający wcześniej alarm mężczyzna przystąpił do
wymontowania twardych dysków z obu komputerów. Wcześniej porozrywał
niewielkim łomem ich obudowy. Gdy osiągnął cel, dołączył do pozostałych,
przebywających w zdemolowanym już gabinecie radcy handlowego. Po chwili
zrobił to samo z jego komputerem. Do łupów włamywaczy dołączyła kaseta
na pieniądze, laptop, zegarek Rolexa, złote spinki do koszuli oraz kilka
wiecznych piór w eleganckich futerałach przygotowanych na prezenty.
Napastnicy, którzy wcześniej zajmowali się segregatorami w sekretariacie, weszli do gabinetu. Spojrzeli na flagę turecką powieszoną
na błyszczącym stojaku. Podeszli do niej. Najpierw na nią napluli, potem
zerwali, poszarpali i rzucili na podłogę. Mężczyzna z rewolwerem
popatrzył na nich, a następnie spojrzał na zegarek. Dochodziła trzecia w nocy. Zdecydowanym krokiem podszedł do każdego z ekipy i ruchem dłoni
nakazał jednoznacznie opuszczenie pomieszczenia. Przed wyjściem jeden z włamywaczy rozbił uprzednio rozbrojony alarm. Czterech zamaskowanych
osobników schodziło teraz ostrożnie po schodach i kierowało się na
patio. Po kilkunastu sekundach cała czwórka stanęła przed bocznymi,
solidnymi drewnianymi drzwiami prowadzącymi na wąską klatkę schodową
oficyny.
* * *
Po przeciwnej stronie Marszałkowskiej, również na Wspólnej, na wysokości
salonu optycznego, stała zaparkowana niewielka biała blaszanka -?toyota
proace city. Pojazd wewnątrz miał zamontowane dwie zakamuflowane kamery
wysokiej rozdzielczości, które obejmowały swoim zasięgiem całą okolicę:
Wspólną z kierunku Kruczej i skrzyżowanie z Marszałkowską. Natomiast
kilka pięter wyżej, w jednym z apartamentów siedział wysoki, szczupły,
około pięćdziesięcioletni mężczyzna, z bujną, nieco przyprószoną już
siwizną czupryną. Wpatrywał się w obraz z tych kamer wyświetlanych na
dwóch laptopach. Powoli sączył ze szklanki jedyny tej nocy drink, jego
ulubiony wenezuelski rum Santa Teresa z colą, limonką i grubymi kostkami
lodu. Lubił ten słodki zapach ciemnego alkoholu pomieszany ze świeżym
cytrusem. Każdorazowo, zanim upił łyk, zaciągał się jego wonią. A nade
wszystko lubił ten dźwięk kostek lodu głośno obijających się o grube
szkło. Kiedy bywał w nadmorskich tropikach czy na egzotycznym wyspach, w czasie zachodu słońca podnosił wysoko szklankę i patrzył przez nią na
kryjące się w ciemnościach morza żółte i czerwone promienie odległej
gwiazdy. Tutaj, w tym pokoju mógł popatrzeć przez nią jedynie na zimne
ekrany laptopów.
Mężczyzna co chwila przeciągał się na wygodnym, miękkim fotelu. Od czasu
do czasu spoglądał również na wyświetlacz w krótkofalówce i niezmiennie,
nieco nerwowo poprawiał słuchawkę w uchu. Obok stały stacja ładowania
baterii do sprzętu radiowego oraz niewielki skaner GSM i podpięty do
niego kolejny laptop w solidnej, przeciwwstrząsowej obudowie.
* * *
Mimo szczelnych szyb co jakiś czas do pokoju hotelu Courtyard by
Marriott wpadały dźwięki podrywających się do startu samolotów.
Dziewczyna w półśnie słyszała ten mocno stłumiony ryk silników, powoli
oddalający się, aż w końcu zanikający. Potem następny i następny.
Podświadomie zaczynała je liczyć i czekać na kolejny. Nagle się
poderwała. Spojrzała na łóżko, na którym leżała granatowa bluza z kapturem. Zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Na oparciu krzesła
zwisały w nieporządku dżinsy, biały T-shirt, pikowana czarna krótka
kurtka i zielona baseballówka. Na podłodze znajdowały się sportowe buty
New Balance z charakterystyczną literą "N". Ziewnęła. Wyprostowała się i przeciągnęła. Rzuciła okiem przez okno. Przed terminalem panował duży
ruch. Podjeżdżały taksówki i samochody. Ludzie wychodzili z pojazdów,
ciągnąc za sobą walizki na terkoczących kółeczkach. Inni pchali z parkingu obładowane wózki bagażowe. Zerknęła na szafkę nocną, gdzie
leżał jej fałszywy turecki paszport. Dotknęła go palcami zakończonymi
sztucznymi, długimi czerwonymi paznokciami. Dopiero w tym momencie
dotarło do niej, gdzie jest. Znowu położyła się na łóżku. Odpłynęła w swoich myślach do tego, co lubiła najbardziej, co ją najbardziej
relaksowało, dawało siły -?do wielkiej wanny z gorącą wodą i różową
pianą. Zaczęła sobie przypominać te jej długie kąpiele w półmrocznej
łazience oświetlanej drżącym blaskiem padającym z grubych czarnych świec
o zapachu opium i tych rudych i kremowych o zapachu cynamonu i wanilii.
Zaczęła sobie wyobrażać, jak myje swoje gładkie, aksamitne ciało miękką,
naturalną gąbką, a gdzieś z daleka dochodzą do niej dźwięki utworów
Sade. W tym momencie usłyszała delikatne pukanie do drzwi. Podniosła
się. Nasłuchiwała. Po chwili znowu usłyszała takie samo pukanie.
Popatrzyła na złoty zegarek na przegubie dłoni. Było kilka minut po
dziewiątej. "To on. Jak zwykle punktualny" -?przeszło jej przez głowę.
Wstała i podeszła do drzwi. Spojrzała przez wizjer. Na korytarzu stał
wysoki, szczupły, około pięćdziesięcioletni nieco szpakowaty mężczyzna.
Dziewczyna sięgnęła z łazienki po gruby biały ręcznik i owinęła się nim.
Uchyliła drzwi. Mężczyzna wślizgnął się do wewnątrz i skinął do niej
głową. Zamknęła za nim i zaryglowała drzwi. Położył na stole trzy torby
z laptopami oraz skrzynkę transportową ze skanerem GSM. Spojrzał na nią
i bez słowa chwycił za ręcznik. Przyciągnął ją do siebie. Mocnym
szarpnięciem zerwał go z niej i rzucił na podłogę. Popatrzył
przenikliwym wzrokiem na jej smukłe nogi w czarnych pończochach
podtrzymywanych cienkimi paseczkami przyczepionymi do koronkowego
gorsetu. Jej przezroczyste, skromne stringi ledwie przykrywały łono.
Patrzył na nią coraz bardziej pożądliwie. Ona odwzajemniała się tym
samym. Wielkie ciemne oczy podkreślone były przez ciut rozmazany
makijaż. Kruczoczarne, kręcone, roztrzepane po krótkim śnie długie włosy
dodawały dziewczynie uroku. Stali tak przez chwilę, patrząc zachłannie
na siebie. Jakby nie pamiętali, co stało się tej nocy przy Wspólnej, a może jakby na chwilę chcieli o tym zapomnieć. On o tygodniach
przygotowań, żmudnych ustaleń, o godzinach rozmów, o wielokrotnym
sprawdzaniu każdego ze szczegółów operacji. Ona o trudach morskiej
podróży, nad wyraz długiej trasie sprawdzeniowej, wcześniejszych
szkoleniach, próbach, różnych testach. Jednak nie mogła wymazać z pamięci jednego widoku. Był to powracający tej nocy kilkakrotnie obraz
zaskoczonej i przerażonej twarzy starszego człowieka, do którego
strzeliła, jego opadającego bezwładnie na kamienną podłogę ciała. I on,
i ona potrzebowali teraz swoistej amnezji i ucieczki od rzeczywistości.
Pragnęli uspokojenia.
Mężczyzna zrzucił kurtkę, ciskając ją na oparcie krzesła. Z kieszeni
wyleciał przy tym z brzękiem kluczyk do toyoty i przyczepiony do niego
breloczek. Dziewczyna gorączkowo rozpinała jego ciemną koszulę. Zaczęła
całować jego nagi tors. Potem trzasnęła metalowa klamra paska, po czym
rozległ się krótki, charakterystyczny dźwięk rozpinanego zamka
błyskawicznego. Dziewczyna usiadła na brzegu łóżka i wymownie spojrzała
do góry spod roztrzepanych włosów opadających na wylewające się z obcisłego gorsetu szczyty piersi. Mężczyzna zbliżył się do niej,
przymknął oczy i położył delikatnie dłonie na jej głowie, która weszła
po chwili w miarowy ruch. Dziewczyna co jakiś czas, nie przerywając,
obserwowała kochanka, szukając potwierdzenia, że daje mu rozkosz. Po
kilku chwilach mężczyzna chwycił za ramiączka jej gorsetu i opuścił go w dół. Spojrzał na jej nagie piersi i ciemne, sterczące z podniecenia
sutki. Popchnął ją lekko, a gdy tylko jej ciało opadło na materac,
położył się na niej. Jej nogi natychmiast oplotły mocno jego biodra.
Kiedy znalazł się w niej, wszedł w miarowy ruch -?najpierw spokojny,
potem coraz szybszy.
Rozdział 2
Ukraina, Kijów -?luty 2022 roku
Dowodzący akcją kapitan grupy specjalnej "A" Służby Bezpieczeństwa
Ukrainy siedział od dwóch godzin w dużym szarym mercedesie sprinterze
blaszance. Samochód oklejony był na tę operację biało-zielonymi napisami
i znakami firmowymi Kijwkomunservis. Stał zaparkowany w bocznej uliczce
dochodzącej do dużego placu przed Muzeum Historycznych Kosztowności
Ukrainy. Obok mężczyzny siedziało kilku innych funkcjonariuszy
wpatrzonych w monitory z obrazem z zakamuflowanych kamer umieszczonych w newralgicznych miejscach Ławry Pieczarskiej.
-?Kapitanie! Oleksij!
-?Tak, co znowu? I ciszej, mówiłem ci już dzisiaj!
-?Co tam wypatrzyłeś u siebie na kamerze? Bo u mnie nuda. Nic się nie
dzieje. Żadnego ruchu -?powiedział podwładny.
-?I bardzo dobrze, że nic się nie dzieje -?odpowiedział kapitan i zawiesił na moment głos. -?A ty o czym myślisz? Bo widzę, że cię coś
dzisiaj nosi. Jakiś niespokojny jesteś czy mi się wydaje?
-?Wiesz, pierwszy raz od powrotu z Bagdadu nie byliśmy wszyscy razem na
grobie Danyla. Jak sobie przypomnę, to mam ochotę tych wszystkich
kacapów z tej ławry wystrzelać...
-?A jak ja sobie przypomnę, że wtedy na parkingu przed Ministerstwem
Spraw Zagranicznych w Bagdadzie o mało nie doszło do strzelaniny z grupą
ochronną rosyjskiej ambasady, to... Ech. Ledwo cię wtedy powstrzymałem.
Zresztą pozostałych chłopaków też. -?Kapitan znowu zawiesił głos. -?Ja
wiem, że wtedy w Donbasie Danylo zmarł ci na rękach, ale teraz to
precyzyjna robota. Żadnej strzelaniny.
-?To po co my w takim razie tu jesteśmy!? -?drążył podwładny.
-?Po to, że jednak czasem życie zmienia plany i trzeba będzie wejść, bo
ja wiem... w poszukiwaniu terrorystów, złodziei dóbr kultury czy co tam
jeszcze major Burdenko z wywiadu przygotował jako legendę na taką
awaryjną sytuację. -?Zrobił pauzę, tym razem dłuższą. -?Poza tym co ci
będę tłumaczył. Przecież widzicie wszyscy, co się szykuje na wschodzie?
Przez chwilę w mercedesie trwało milczenie. Wnętrze samochodu
rozjaśniało tylko zimne, niebieskie światło z monitorów i migające
różnokolorowe lampki na tunerach, nagrywarce i innych urządzeniach
mobilnego systemu CCTV.
-?Kapitanie... w zasadzie to dlaczego tę akcję realizuje wywiad? Nie dziwi
cię to?
-?A co ty dzisiaj taki dociekliwy? Jak nie wspominki, to teraz to. Im
już mówiłem -?wskazał głową pozostałych -?ciebie akurat wtedy nie było,
poszedłeś na rozpoznanie. To jakaś szersza operacja związana z zagranicą. Tyle wiem. Podobno wyjątkowo tajna i ważna. Może właśnie
związana z tym, że kacapy się na nas gotują na granicy.
-?W Donbasie?
-?W jakim Donbasie?!
-?Znajomy z GUR, z wywiadu wojskowego, mówił mi, że na te ćwiczenia przy
naszej wschodniej i północnej granicy kacapy wyruszyli z koszar z zapasami amunicji. Kolumny cystern z paliwem jadą za jednostkami
zmechanizowanymi i pancernymi. Kiedyś na poligon dowieźli trochę zapasów
i starczyło, a teraz? Cały nasz oddział z Połtawy od paru dni w strefie
nadgranicznej ma pełne ręce roboty. Co chwila ujawniają jakieś grupy
dywersyjne, a nawet pojedynczych dywersantów. Rozumiesz? To oznacza
jedno...
-?Wojna.
-?Tak, i to na pełną skalę. Czekaj! Patrzcie. Zdaje się, że wychodzą ci
dwaj mnisi.
-?Czerniec odin i czerniec dwa opuścili obiekt. Powtarzam: Czerniec
odin i czerniec dwa opuścili obiekt -?rzucił kapitan przez radio.
-?Zrozumiw -?popłynęło z głośnika. -?Zakincziennaja dija. Diakuju -
dodał po chwili głos.
-?Dobra, chłopaki. Poważną robotę kończymy. Teraz legendowanie, czyli
pomarańczowe kamizelki, narzędzie w dłoń i brać się do zdejmowania
kamer. Żeby byli na Kudriawskiej z was zadowoleni, z tej roboty z miotłą
w dłoni -?zaśmiał się i zaraz dodał: -?Tylko uważnie. Trochę Ruskich
może jeszcze tu być w tych... świętych murach. Ja idę do majora pogadać.
Przez radio podam wam, kiedy przyjechać po mnie. Adres znacie. Za
apteką, naprzeciwko tej prywatnej kliniki mniej więcej.
-?Tak jest! -?powiedzieli wszyscy prawie jednocześnie półszeptem.
-?Aha. Gdzieś po drodze zdejmijcie te oznakowania samochodu. Bo na razie
miasta nie będziecie sprzątać, przynajmniej nie z takich śmieci -
zadysponował dowódca.
Wyskoczywszy z mercedesa, kapitan skierował się przez plac w kierunku
szerokiej ulicy. Do przejścia miał kilkaset metrów. Bazę nocnych działań
specjalnych major Stanisław Burdenko zorganizował w jednym z apartamentów przy Ławrskiej. Po kilkunastu minutach kapitan siedział,
popijając kawę z majorem. Obok, na laptopach przeglądali zdjęcia dwaj
nieznani mu oficerowie wywiadu. Przy nich leżały na podłodze dwie skufie
-?prawosławne nakrycia głowy, oraz dwie czarne szaty zakonników.
-?Coś ciekawego znaleźliście? -?zapytał po kilkunastu minutach kapitan.
-?Wstępnie wygląda, że aż za dużo. Zastanawiam się, ilu z nich, z tych
mnichów i pracowników administracyjnych w całej ławrze było kadrowymi
funkcjonariuszami SWR, GRU czy tego departamentu zagranicznego w FSB lub
ich współpracownikami.
-?Albo ilu wciąż ich tam jeszcze jest -?dodał sarkastycznie znad
filiżanki kapitan.
-?Słuchajcie, po rzeczach widać, że cały czas jeszcze są. Jest ich
mniej. Ale są. Nie wszyscy wyjechali w ostatnim tygodniu w tej grupie.
-?A wiadomo, która to służba nadzorowała czy organizowała u kacapów? -
dopytywał kapitan.
-?Nie, nie wiadomo. Biorąc pod uwagę sytuację w kręgach władzy na Kremlu
i poziom rozpracowania moskiewskiej Cerkwi, odpowiadać za to może FSB.
Poza tym sporo śladów pozostawili. To dla nich charakterystyczne. Choć
na mój nos, wobec tego, co się dzieje na granicy, myślę, że ci z wywiadu
wojskowego, z GRU, też w tym są albo nawet przejęli częściowo od nich tę
operację. Powinniśmy byli wcześniej przyjrzeć się temu miejscu pod kątem
kontrwywiadowczym -?odpowiedział major.
-?W końcu trzeba ich stąd pogonić. Nasi z kontrwywiadu z SBU chyba mają
wystarczająco dużo materiałów? A teraz wy coś dołożycie, prawda? -
rzucił kapitan.
-?Prawda. Trzeba tych moskiewskich mnichów za dupę wziąć i kopniaka
mocnego dać. Tyle że obecnie zaostrzyłoby to sytuację, a Kreml
propagandowo grzałby temat -?stwierdził major i upił duży łyk kawy. -
Wykorzystają wszystko, co im wpadnie w ręce. Nie możemy dać im
pretekstu. Oni na to czekają.
-?Wiesz, Stanisław, ja to myślę, że kacapy już w czasie pomarańczowej
rewolucji mocno się tutaj zainstalowali. Pamiętasz tę akcję później,
tego oszołoma z Białej Cerkwi, z tymi jego tituszkami, którzy zajęli...
-?Majorze! -?krzyknął znad laptopa mężczyzna przeglądający zdjęcia z tajnego przeszukania. -?Sporo w tych rzeczach jest jakichś, bo ja wiem,
śmieci turystycznych czy prywatnych związanych z Sewastopolem. Jakby tam
wielu z nich często jeździło.
-?I to po aneksji Krymu, jak wynika z tych materiałów! Trudno określić
na pierwszy rzut oka -?dodał drugi mężczyzna.
-?Skąd ten wniosek?
-?Mam na przykład rachunek z poprzedniego miesiąca z restauracji...
Pomidoro, nawet są zdjęcia, o proszę. -?Wskazał palcem na ekran. -
Piękne, miękkie niebieskie i beżowe fotele, na pewno przyjemne w dotyku
poduchy, ciepłe światło z sufitu... Kurwa, kacapy to sobie żyją na naszym
Krymie.
-?Ja wiem, majorze, gdzie to jest! -?wtrącił drugi z przeglądających
zdjęcia. -?To w centrum handlowym Novus przy ulicy Wakulenczuka
dwadzieścia. Pamiętam, bo to niedaleko obiektów, które wpisaliśmy... -
spojrzał na kapitana, potem na majora, który kiwnął głową -?które
wpisaliśmy jako cele dla naszego napadu powietrznego, rakietowego lub
lotniczego w Sewastopolu w przypadku, gdyby zaczęło się z kacapami na
poważnie. Jakieś cztery kilometry od głównego celu w tym mieście.
-?Panie majorze -?znowu głośno rzucił patrzący w ekran laptopa -?jest
jeszcze coś ciekawego. Porównujemy mapy, zdjęcia, jakieś zapiski
dotyczące Kijowa, które tam mieli. Wychodzi na to, że interesowali się
głównie paroma wybranymi obiektami.
-?Którymi?
-?Sztab Generalny, Ministerstwo Obrony, nasza siedziba, dwa lotniska w Hostomelu i Boryspolu.
-?To żadne odkrycie. Standardowe zainteresowanie wywiadowcze.
-?Tak. Ale jest też coś dziwnego. Obok tych oczywistych celów.
-?Co dziwnego? -?głośno zapytał major i poderwał się.
-?Takie adresy jak Instytutska dziewięć, Sołomianska dwadzieścia cztery,
Puchiwska siedem i Wołodymirska dwa.
-?Co to za adresy? Co się tam mieści?
-?Już sprawdzamy. Chwila... Mam . Bank Centralny Ukrainy, Centralne
Archiwum Państwowe, Wytwórnia Papierów Wartościowych Narodowego Banku
Ukrainy, Narodowe Muzeum Historii Ukrainy.
Wszyscy spojrzeli po sobie, jakby szukali odpowiedzi, o co może chodzić.
Dlaczego takie obiekty niezwiązane z bezpieczeństwem czy obronnością ich
kraju znalazły się w kręgu zainteresowania rosyjskiego wywiadu.
-?Jebak, jebak mienie -?przeklął major.
-?Aż tak źle, Stanisław? -?rzucił kapitan
-?Oleksij. To bardzo poważna sprawa. To życie lub śmierć wolnej Ukrainy.
Rozumiesz? To nasza przyszłość po czasie wielkiej próby, do której się
zbliżamy. -?Zaczął trzeć dłońmi twarz. -?Gdzie jest przeciek? Przecież
to nie przypadek! -?mówił pod nosem jakby do siebie.
-?Nie znam szczegółów, ale rozumiem, że po tym, co zdarzyło się na
Krymie w dwa tysiące czternastym, jeszcze Moskwa ma swoich szpygunów u nas w służbach i wojsku. Nawet mnie to nie dziwi. Ale, zdaje się, masz
rację, że nadchodzi czas próby. Dla nas wszystkich.
-?Ech, Oleksij, Oleksjij. Wse piszło po pyzdi. Żebyś wiedział, ile się
nad tym narobiliśmy. A tu gówno.
-?Stanisław, może nie wszystko stracone? Jak to mówił mój znajomy
Marcin, oficer polskiego wywiadu...
-?Ten Łodyna? -?zapytał major.
-?Tak, ten Łodyna. Liczy się w tej robocie przede wszystkim szczęście.
Może ono wciąż jest przy nas. Pomyśl! -?Zrobił pauzę. -?Pane majore, to
szczo. Może ne wse piszło po pyzdi? A ty go znasz? -?dodał kapitan.
Stanisław nie odpowiedział, tylko rzucił:
-?Oleksij, ty go poznałeś w Bagdadzie.
-?Marcina?
-?Tak. A potem to niespodziewane spotkanie we Lwowie w czasie akcji w hotelu George i przy tym antykwariacie przy Archiwalnej u tego, jak mu
tam , Kuzniecowa!
-?W Bagdadzie przedstawiono mi go na jednym z przyjęć u nas w ambasadzie. Wtedy byłem dowódcą naszej grupy ochronnej. Pamiętam, jak
była okazja, zawsze dużo rozmawialiśmy o multikulturalnym,
wielonarodowościowym, przedwojennym Lwowie. On lubi historię, ale taką
bez emocji. Ja mu wcześniej mówiłem, że stamtąd pochodzę.
-?A kiedy się z nim widziałeś ostatni raz?
-?Jakiś czas temu. To znaczy wtedy, we Lwowie -?skłamał. -?A czemu
pytasz?
Cztery lata wcześniej, w czasie pobytu Łodyny we Lwowie Oleksij pomógł
nieoficjalnie Polakowi w przeszukaniu mieszkania i przesłuchaniu pewnego
Ukraińca, krewnego antykwariusza Kuzniecowa. Ów mężczyzna posiadał w domu stary pamiętnik pułkownika NKWD operującego pod koniec wojny i w pierwszych dniach po jej zakończeniu na Dolnym Śląsku. Wtedy Oleksij
otrzymał od Łodyny za tę pomoc łapówkę w postaci kilku tysięcy euro.
-?A tak jakoś mi się on przypomniał -?odpowiedział major. -?Muszę z tym
wszystkim -?wskazał głową na laptopy -?walić do szefa z samego rana,
czyli... -?spojrzał na zegarek -?za dwie godziny. Do tego szybko zrobić
analizę materiałów. Bo nie ma czasu. Wiesz, co się dzieje po tamtej
stronie granicy na kierunku charkowskim i kijowskim.
Kapitan pokiwał głową ze smutkiem na twarzy.
Osiem lat temu na osobę Stanisława Burdenki, wtedy drugiego sekretarza
ambasady Ukrainy w Kiszyniowie, trafiła ówczesna przełożona Łodyny Magda
Sierpecka. Zwróciła na niego uwagę nie tylko dlatego, że Burdenko
zachwycał się Polską, jej osiągnięciami ekonomicznymi, drogą, jaką
Polska pokonała do struktur euroatlantyckich, ale przede wszystkim
dlatego, że doskonale znał miejscowe uwarunkowania. Sierpecka
zorientowała się, że szczególnie interesował się sprawami
separatystycznej Republiki Naddniestrza. Szybko doszła do wniosku, że
jest on oficerem SZRU -?wywiadu ukraińskiego. Zrobił na niej dobre
wrażenie do tego stopnia, że sporządziła w jego sprawie raport dla szefa
Agencji Wywiadu.
W czasie operacji specjalnej w Rumunii i w Ukrainie centrala AW w Warszawie zdecydowała, aby kontakt do niego przekazać Amerykanom. W Kiszynowie podjął go znajomy Łodyny ze stacji CIA w Bagdadzie, Edd,
występujący pod nazwiskiem Consantinescu.
Rozdział 3
Bieszczady -?luty 2022 roku
Trzy dość leciwe, ale solidne samochody terenowe ruszyły z rykiem
rozgrzewanych wcześniej silników jeden za drugim. Z pensjonatu
Przystanek Krzywe zaczęły toczyć się niespiesznie w kierunku głównej
szosy. Po kwadransie dotarły do Cisnej, a po chwili mijały tory kolejki
leśnej i zakręt w Majdanie. Kierowały się do Lisznej. Offroadowe opony
pojazdów wyrzucały do góry niewielkie grudki śniegu pomieszane z kawałkami lodu. Głośne pomrukiwanie ich silników odbijało się od ściany
lasu porastającego stoki masywu Hyrlatej z jednej strony, a Małego Jasła
i Jasła z drugiej. Dodatkowe reflektory zamontowane na dachach
oświetlały wyraźnie drogę i pobocze na co najmniej sto metrów przed
nimi. Po jakimś kwadransie pojazdy minęły dawny budynek strażnicy Straży
Granicznej i WOP, by po kolejnych paru minutach jazdy krętą drogą
dotrzeć na przełęcz nad Roztokami Górnymi. Samochody się zatrzymały. Z terenówek zaczęli wychodzić ich pasażerowie. Trzask zamykanych drzwi
niósł się po górach. Każda z osób pierwsze, co robiła, to zarzucała
plecak na ramiona, dopinała suwak w kurtce, wkładała czapkę i naciągała
rękawiczki. Następnie wszyscy powoli zebrali się koło betonowej
konstrukcji -?pozostałości po przedwojennym przejściu granicznym, stacji
benzynowej Shella oraz punkcie wymiany poczty międzynarodowej. Po
chwili, po krótkiej rozmowie z przewodniczką, grupa ruszyła, zostawiając
za sobą pomrukujące terenówki, których silniki pracowały na wolnych
obrotach. Znalazłszy się wyżej, niektórzy jakby na pożegnanie odwracali
się, patrząc na znikające w ciemnej otchłani lasu światła samochodowych
reflektorów.
Ścieżka niebieskiego szlaku z przełęczy biegnąca wzdłuż granicy
polsko-słowackiej prowadziła grupę kilkunastu osób powoli w górę, wprost
na Okrąglik. Ciemna, nieruchoma czeluść lasu przyglądająca się z obu
stron turystom wyglądała, jakby skrywała wiele tajemnic z burzliwych
okresów tego regionu. Jedynie lekkie powiewy wiatru poruszały co jakiś
czas mniejszymi gałęziami bezlistnych buków o przedziwnych kształtach i zielonymi czubkami świerków.
Warunki pogodowe jak na tę porę roku były bardzo dobre. Zmiany
klimatyczne ostatniej dekady dotarły i tutaj. Jeszcze przed wyruszeniem
przewodniczka Lucyna sprawdzała prognozę dla okolic Cisnej. Temperatura
o drugiej w nocy oscylowała wokół zera. Istniała szansa, że w czasie
wschodu słońca będzie niezła widoczność, że niebo będzie jedynie
częściowo zachmurzone. Nie zapowiadano opadów śniegu. Prognozowano
jednak, że u celu ich wędrówki, czyli na szczycie Jasła może być
znacznie chłodniej, co przy niewielkim nawet wietrze spotęguje odczucie
zimna. Lucyna kilka razy zwracała na to uwagę uczestnikom wycieczki. Tak
samo jak na konieczność wyłączenia usługi mobilnego internetu w smartfonach oraz w przypadku rozmów telefonicznych sprawdzania, czy
łączność nie pochodzi przypadkiem od operatora zagranicznego.
-?Jeśli to będzie słowacki operator, to pół biedy. Nic się nie stanie.
Ale jeśli załapiemy się na ukraińskiego, to może być dla państwa
kosztowne połączenie -?przypominała Lucyna. -?Mijamy teraz pozostałości
okopów konfederatów barskich. Na górze będą podobne umocnienia, ale z okresu pierwszej wojny światowej. Jednak prawdę powiedziawszy, teraz nic
nie zauważycie. Wróćcie tutaj latem albo wcześniej, wiosną -?rzuciła
jakby od niechcenia, wskazując palcem na niewielkie zagłębienia terenu
pokryte zmrożoną warstwą śniegu.
Na ledwie widocznym wypiętrzeniu zrobili krótki odpoczynek, wymieniając
między sobą parę uwag. Po pięciu minutach kontynuowali marsz.
Śnieg nie skrzypiał turystom pod butami. Jego powierzchnia, lekko
roztopiona w dzień, w nocy wyżej w górach zamarzała, co teraz było dla
grupy największym utrudnieniem. Lucyna co chwilę spoglądała za siebie,
czy nikt nie zostaje. Ale grupa wydawała się dość sprawna kondycyjnie.
Nie było żadnego marudera.
W końcu dotarli na szczyt Okrąglika, zatrzymując się przy tablicy
informacyjnej z polskimi i słowackimi oznaczeniami. Lucyna spojrzała na
zegarek. Dochodziła godzina czwarta. Do świtu mieli jeszcze ponad dwie
godziny, w tym do dojścia na Jasło około pół godziny. "W tych warunkach
zajmie nam pewnie najwyżej ze czterdzieści minut" -?pomyślała.
Zaplanowała, że na szczycie Jasła zjedzą śniadanie, napiją się gorącej
herbaty i kawy. Na odkrytym wierzchołku Okrąglika, z którego w końcu
mogli coś dostrzec, złapali trochę oddechu i znowu ruszyli dalej.
* * *
-?Pani Lucyno -?odezwał się jeden z uczestników wycieczki organizowanej
przez lokalne biuro podróży -?co dzisiaj zaproponuje nam pani na
kolację?
-?Prawdę powiedziawszy, teraz myślę tylko o śniadaniu -?odpowiedziała
kobieta, która lekko sapiąc ze zmęczenia, oparła się o betonowy trójnóg
z żółtą tabliczką i napisem "Jasło 1153 m n.p.m.". -?Tak jak obiecałam,
coś regionalnego. Może hreczanki, zwane też hreczanykami z sosem
borowikowym.
Pytający zrobił zdziwioną minę i podszedł bliżej Lucyny.
-?A co to za wynalazek?
-?A taki miejscowy. Dawni mieszkańcy tych gór -?zrobiła gest ręką
pokazując na okolice -?jedli to może nie na co dzień, a od święta... To
jest mięso mieszane z kaszą. Takie kotleciki -?wyjaśniła Lucyna.
Grupa powoli zaczęła rozpakowywać plecaki. Jedni wyjmowali kanapki,
kubki, termosy, inni przyświecali im czołówkami. Ktoś rozłożył
srebrno-złotą folię NRC, żeby usiąść na niej, a inny wyjął wielką, mocno
wysłużoną morską lornetkę, która stanowiła zapewne pokaźne obciążenie w jego plecaku.
W czasie śniadania Lucyna opowiadała turystom różne historie. A to o serze bunc mieszanym z czosnkiem niedźwiedzim, a to o spotkaniach z misiem, bynajmniej nie Puchatkiem, w jej przewodnickim życiu, a to o swoich wrodzonych zdolnościach węchowych, które pozwalają jej po zapachu
rozpoznać ślady obecności zwierząt, a to wreszcie o legendach związanych
z obserwowaniem przez turystów w dziewiętnastym wieku świateł Lwowa z nieodległej góry Łopiennik.
Powoli zaczynała się robić szarówka. Od wschodu widać było już łunę
podnoszącego się słońca. Z każdą minutą widok wydawał się coraz bardziej
fascynujący. Ciemne kontury okolicznych szczytów wyostrzały się i stawały coraz lepiej widoczne. Wydawało się, jakby były granatowe. Z wszechobecnej czerni i szarości wyłaniało się coraz więcej szczegółów.
Gdzieniegdzie w oddali dało się dostrzec pojedyncze światła domów
zagubionych u podnóża gór. Wszyscy stali jak urzeczeni, patrząc na ten
teatr cieni i pojawiających się nieśmiało kolorów.
-?Pani Lucyno, tam w dole to Krzywe i Przysłup? -?Mężczyzna wskazał na
majaczące w dolinie światełka, a przewodniczka kiwnęła głową. -?A dokładnie to te nasze domki są... -?przerwał, mocno szturchnięty przez
kolegę w rękę.
-?Czekaj, nie mów nic! -?rzucił zdecydowanie i głośno mężczyzna
ściskający w dłoni wielką lornetkę.
Wszyscy spojrzeli na niego badawczo, a najbaczniej chyba Lucyna.
-?Słyszycie to buczenie w górze? Słyszycie?!
-?Co niby mamy słyszeć...
-?Oj, wsłuchaj się! Nic nie mów! -?przerwał z irytacją mężczyzna z lornetką.
Zdziwienie nie schodziło z twarzy uczestników wycieczki. Wszyscy, chcąc
nie chcąc, zaczęli nasłuchiwać.
-?Słyszycie czy nie słyszycie?! To takie równomierne... Jakieś samoloty
czy co? -?dodał i przytknął zimne szkła lornetki do oczu. -?Bo raczej
nie samochody. Za daleko i za głośno -?dodał mężczyzna, nie odrywając
się od obserwacji.
Cała grupa jakby odruchowo spojrzała na siebie, wytężyła jeszcze
bardziej słuch i zaczęła spoglądać w różnych kierunkach w niebo.
-?Słyszę! -?rzuciła Lucyna. -?Słyszę! Jakby od południowego wschodu.
Wyraźne, jednostajne buczenie. Na pewno samolot.
-?Tak. Ale nie jeden! Kilka. W dodatku nisko lecące -?powiedział ktoś z grupy.
Lucyna zaczęła intensywnie spoglądać w kierunku wyraźnie już widocznej
Połoniny Wetlińskiej.
-?Samoloty!? Ale jak? Tak nisko? Nad parkiem narodowym jest zakaz
schodzenia do pewnej wysokości. Niech pan tam popatrzy! -?Szarpnęła
mężczyznę z lornetką za ramię i wskazała dłonią kierunek. -?Coś widać?
Niech pan sprawdzi! Panie! Słyszysz pan?! -?ponaglała.
Mężczyzna intensywnie lustrował niebo przesłonięte nielicznymi chmurami.
Nagle nad szczytem Smereka jeden za drugim pokazały się cztery
turbośmigłowe samoloty transportowe. Leciały naprawdę nisko. Po chwili
kilka osób jakby odruchowo schyliło głowy, choć od samolotów dzieliło
ich dwieście-trzysta metrów, a może więcej. Wrażenie bliskości wzmagał
przerażający dźwięk silników maszyn. Przez chwilę turyści spoglądali to
na samoloty, to na przewodniczkę, to na towarzyszy wyprawy. Byli
zdezorientowani -?zniknęły gdzieś radość i podekscytowanie wycieczką,
widokami, niezwykłym spektaklem przyrody.
Tymczasem szaro-białe, wyraźnie widoczne cielska samolotów przewalały
się nad ośnieżonymi i oświetlanymi pierwszymi promieniami słońca
Bieszczadami. Mijały sekundy. Wszyscy uczestnicy wycieczki z zadartymi
głowami odprowadzali wzrokiem odchodzące maszyny.
-?Miały znaki na statecznikach, niebieskie i... z żółtym czymś. W żółtej
obwódce -?relacjonował mężczyzna z lornetką. -?To żółte to był tryzub.
Tak, na pewno tryzub. Ukraińcy -?dodał po chwili wahania.
Lucyna dobrze pamiętała ze swoich rodzinnych opowieści, co w tej okolicy
oznacza i z czym się kojarzy słowo tryzub. Przeszedł ją dreszcz, jakaś
niewytłumaczalna obawa, a nawet strach. W kilka chwil przeleciały jej
przez głowę wszystkie znane jej historie związane z powojennymi losami
tych gór. Nigdy dotąd tak się nie poczuła. Nigdy nie była tak blisko
tych wspomnień jak w tej krótkiej chwili.
-?Daj pan, zobaczę! -?powiedziała, wyrywając bezceremonialnie lornetkę z dłoni mężczyzny.
Ciemnoszare sylwetki samolotów oddalały się z każdą sekundą. Kiedy
przewodniczka skierowała okulary w ich stronę, były już za daleko, aby
dostrzec to, o czym mówił mężczyzna.
-?Trzy lecą w kierunku... zachodnim. Pewnie gdzieś w stronę Krosna,
Tarnowa, może Krakowa nawet? Jeden, ten ostatni, skręcił na północ... -
Zawiesiła głos. -?Pewnie kieruje się do Rzeszowa -?relacjonowała wciąż
osłupiałym turystom. -?O co tu chodzi, co się dzieje? -?zaczęła się
głośno zastanawiać.
Lornetka zaczęła krążyć w grupie, niemal wyrywana poprzednikom przez
kolejne osoby chcące zobaczyć oddalające się szybko ukraińskie maszyny.
Po kilku minutach nad bieszczadzkimi szczytami ponownie zapanowała
cisza. Wszystko wyglądało tak jak wcześniej. Tylko zdezorientowani
turyści stojący przy trójnożnym słupie mieli teraz zupełnie inne wyrazy
twarzy. Przez całe to zdarzenie nikt z grupy nie zauważył, że zrobiło
się jasno. Czerwonopomarańczowe słońce stawało się coraz bardziej żółte
i przebijało się promieniami przez chmury. Jedynie w głębokich dolinach
panowała jeszcze poranna szarość. Lucyna obserwowała milczących i zerkających pytającym wzrokiem na siebie uczestników nocno-porannej
wycieczki. Spojrzała na zegarek. Był kwadrans przed siódmą. "Może
zadzwonię do Marcina? Może mi coś podpowie. Mieliśmy się jutro spotkać w "Siekierezadzie". Mówił, że jest tu gdzieś w okolicy od kilku dni. Tylko
że to cholernie wczesna godzina! Trudno, najwyżej mnie opieprzy" -
pomyślała. Wyjęła z kieszeni kurtki smartfon i wybrała numer Łodyny.
Była trochę zdenerwowana, nawet nie zwróciła uwagi na napis "SK Orange",
co znaczyło, że zalogowała się do słowackiej sieci telefonii komórkowej
wraz z usługą mobilnego internetu.
* * *
Marcin Łodyna i jego żona Ewa spali w niewielkim pokoju na piętrze.
Położyli się jakieś trzy godziny temu. Obok nich, w drugiej sypialni,
spali z kolei ich synowie: dziewięcioletni Michał i czteroletni Kuba.
Pokój chłopców rodzice szybko określili mianem terrarium i trollowni ze
względu na bałagan zrobiony i permanentnie utrzymywany przez dzieci.
Dzień wcześniej Ewa i Marcin siedzieli długo przy kominku w salonie
białego domku, jak od wielu lat nazywał Marcin chatę wynajętą w Buku -
dawnej wsi, obecnie jedynie osady leśnej dziesięć kilometrów od Cisnej.
Od czasu, jak sprzedali dom letniskowy w Łodynie koło Ustrzyk Dolnych,
spędzali tu co jakiś czas część ferii zimowych i wakacji. Niekiedy
przyjeżdżali ze znajomymi jesienią na rykowisko.
Sygnał przychodzącego połączenia wyrwał Łodynę z głębokiego snu.
-?Co jest, kurwa! O tej godzinie?! Kogoś pojebało? -?rzucił pod nosem i wziął smartfon z szafki.
-?Kochanie, kto, do cholery, dzwoni do ciebie o tej godzinie? Niedawno
położyliśmy się spać! -?wymamrotała Ewa z pretensją w głosie i nie
otwierając oczu, energicznie naciągnęła na siebie zabraną przez Marcina
kołdrę.
Łodyna nie mógł się całkiem obudzić. Przez chwilę nawet nie kojarzył,
gdzie jest. Słyszał słowa Ewy i niekończący się sygnał przychodzącego
połączenia. Czuł się tak samo, jak kiedy jako oficer wywiadu, będąc za
granicą, w hotelach, pensjonatach, ambasadach podrywał się na łóżku
czymś obudzony i nie wiedział, gdzie się znajduje. To samo miał, kiedy
wracał zmęczony do domu. Kiedy był na jet lagu i z opadającym poziomem
adrenaliny. Kiedy łapał przeziębienie za sprawą klimatyzacji w samolocie
albo kiedy dopadł go nieżyt żołądka po jakichś orientalnych potrawach
typu grillowany szczur, prażone karaluchy, jądra barana w sosie
jogurtowym czy oczy wielkiej ryby na zimno serwowane niczym ostrygi.
Bywało, że w pierwszych chwilach po obudzeniu nie poznawał nawet śpiącej
koło niego Ewy. Taka sytuacja trwała zwykle kilka lub kilkanaście
sekund, choć kiedyś zdarzyło się, że kilka minut, co doprowadziło do
poważnej wymiany zdań z żoną.
Tym razem nie miał wątpliwości, że to Ewa, tym bardziej że to ona
podniosła się pierwsza, otworzyła oczy, popatrzyła na zegarek i położyła
się z powrotem, podciągając kołdrę pod brodę.
-?Jeszcze nie ma siódmej! Ktoś zwariował... I proszę cię, zmień ten
cholerny dzwonek, to AC/DC z ich hałaśliwym
Shoot to Thrill. Tyle razy ci mówiłam. Podrywa na równe nogi.
Łodyna odrzucił połączenie, nie patrząc na wyświetlacz.
-?A w ogóle to mnie trochę suszy po tym seszelskim rumie od Przemka. Jak
on się nazywa? Aaaa! Takamaka? -?mamrotała Ewa i zaczęła szukać na
podłodze koło łóżka butelki z wodą.
-?Właśnie, co do Przemka, zapomniałem ci powiedzieć, ma nową partnerkę,
Magda, trzydzieści parę lat.
-?Ale dlaczego mi o tym mówisz teraz?
-?A tak mi się przypomniało, jak powiedziałaś o tym rumie.
-?A kim ona jest? Także z branży jachtowej, żeglarskiej?
-?Niezupełnie. To dziennikarka. Robi filmy dokumentalne, ostatnio
również o tematyce morskiej. Chyba tak się poznali. Przemek mówił mi, że
ma dobre kontakty w Rosji. Pracowała tam parę lat dla niemieckiej ZDF.
Teraz bardziej zajmuje się Ukrainą.
-?Niemka?
-?Polka, ale mieszka czy mieszkała dłuższy czas w Berlinie.
Ewa pokiwała kilka razy głową. Napiła się wody, położyła i odwróciła się
do Marcina plecami, otulając się przy tym szczelniej kołdrą. Po chwili
znowu rozbrzmiał sygnał przychodzącego połączenia. Łodyna spojrzał na
wyświetlacz, bo Shoot to Thrill nie odpuszczał.
-?Lucyna? Co się stało, do cholery? Przecież jesteśmy umówieni na obiad,
a nie na śniadanie -?powiedział do siebie szeptem i nacisnął symbol z zieloną słuchawką.
-?Lucyna! Czy ty wiesz, kobieto... -?urwał.
Przewodniczka zrelacjonowała mu dokładnie całą sytuację z Jasła,
pytając, o co tu chodzi. Co się dzieje? Co to może oznaczać? Marcin
natychmiast otrzeźwiał. To, co usłyszał, postawiło go do pionu. Usiadł
na łóżku.
-?Czekaj. Moment. Zaraz do ciebie odzwonię. Słyszysz? Zaraz oddzwonię -
powtórzył i przerwał połączenie, bo odezwało się w nim jakieś
przeczucie, które coś mu zasygnalizowało.
Włączył nocną lampkę stojącą na szafce, przetarł oczy, otworzył szybko
aplikację Twittera, potem Facebooka. Informacje spływające w mediach
społecznościowych nie pozostawiały wątpliwości. Zaczął czytać czołówki
portali informacyjnych, stron internetowych stacji telewizyjnych
polskich i amerykańskich.
-?Witryny słabo się ściągają i te cholerne problemy z otwarciem... -
mruczał do siebie pod nosem.
Bezwiednie stuknął parę razy smartfonem w poduszkę, jakby to mogło w czymś pomóc i poprawić zasięg internetu.
-?Sporo filmów, grafik... Dobra, jakoś idzie -?mówił cały czas, czytając i oglądając relacje z frontu.
Po kilku minutach Łodyna wybrał numer Lucyny.
-?Co się stało, Marcin? -?zapytała zaspana Ewa, która już wcześniej
odwróciła się i przypatrywała mężowi.
Znała aż za dobrze ten wyraz jego twarzy -?coś musiało się stać.
-?Czekaj, zaraz ci powiem. Teraz muszę coś przekazać Lucynie.
-?Jakiej znowu Lucynie? -?dopytywała się Ewa.
-?Oj, mówiłem ci. Tej przewodniczce i bieszczadzkiej... animatorce. To z nią jesteśmy dzisiaj umówieni na obiad.
-?Ach tak, rzeczywiście wspominałeś.
-?Lucyna? To ja. Nie masz włączonego internetu? Nie wiesz, co się
dzieje? No tak, faktycznie. Sam ci kiedyś mówiłem, że trzeba uważać
bliżej granicy ukraińskiej. Posłuchaj -?zrobił wyraźną pauzę -?Rosja
zaatakowała Ukrainę. Wszystko wskazuje na to, że to wojna... Tak. Wojna.
Pełnoskalowa... Dobrze. Widzimy się w Siekierce o piętnastej. Pogadamy.
Cześć -?rozłączył się.
-?Marcin, co ty opowiadasz?! Co się dzieje?! Jaka wojna?! -?zapytała już
całkiem obudzona Ewa.
-?Patrz! -?odpowiedział i zaczął wyświetlać poranne wiadomości o atakach
rakietowych, bombowych i inwazji sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej na
Ukrainę.
Ewa zaczęła płakać. Marcin mocno ją objął i przytulił. Po chwili zaczął
opowiadać.
-?Lucyna dzisiaj jest właśnie z wycieczką na Jaśle. Wiesz, chcieli
zobaczyć wschód słońca. Widzieli cztery samoloty transportowe.
Ukraińskie. Leciały dość nisko, prawdopodobnie w kierunku Krosna i Rzeszowa.
-?Co ty opowiadasz?! Kurwa, Marcin, znowu samoloty?! Znowu coś z tym
związane?! Nienawidzę samolotów, Bieszczadów, tej całej cholernej
okolicy -?mówiła przez łzy.
-?Uspokój się, kochanie.
-?Czy ty wiesz, że od prawie dziesięciu lat, ile razy tu przyjeżdżam, to
mam przed oczami tę sytuację u ciebie w domu, w Łodynie. Jak musieliśmy
uciekać. A potem w telewizji, kiedy widziałam ten rozbity na stokach
góry... -?Ewa zawiesiła głos i otarła dłonią mokre policzki.
-?Kamienna Laworta -?uzupełnił Marcin.
-?Tak... Ten rozbity samolot i te nadpalone zdjęcia, które w nim znaleźli,
z tej rosyjskiej imprezy w hotelu Khanzad w Kurdystanie. I ja, a w zasadzie moja sukienka na nich... -?Umilkła i na chwilę zakryła twarz
dłońmi. -?Wyobrażam sobie, że znów ktoś do nas w nocy przyjdzie, że
jakieś kacapskie killery skrzywdzą mnie, ciebie i naszych chłopców. Nie
rozumiesz tego!? Naprawdę?! Marcin! A ty mi znowu opowiadasz, właśnie
tu, w tych górach, o jakichś samolotach... -?Zrobiła pauzę. -?A teraz w dodatku jeszcze o wojnie. Muszę zadzwonić natychmiast do Kijowa, do mamy
i siostry -?wyrzuciła z siebie jednym tchem i sięgnęła po smartfon do
torebki stojącej na szafce nocnej.
-?Tak. Tak. Rozumiem, kochanie. Wszystko rozumiem, że te wspomnienia, to
miejsce... -?Marcin jeszcze mocniej ją przytulił i odsunął jej dłoń od
torebki. -?Poczekaj, posłuchaj mnie: oni tam teraz mają na głowie inne
sprawy. Sprawdźmy, co się tam dzieje. Które miasta są atakowane. Proszę
-?powiedział i pocałował ją w usta.
Jesienią dwa tysiące dwunastego roku, po powrocie z Bliskiego Wschodu,
Marcin spotkał się ze swoją przyszłą żoną Ewą Petrowską w domku
letniskowym we wsi Łodyna w Górach Sanocko-Turczańskich nieopodal
Ustrzyk Dolnych. Ewę, Ukrainkę polskiego pochodzenia, lekarkę z misji
ONZ w Bagdadzie, poznał podczas pobytu w Iraku. Pierwszej nocy spędzonej
w domku w Łodynie obudził ich i postawił na nogi rumor łamanych gałęzi,
nieokreślony metaliczny hałas z przeciwległych stoków górskich oraz
ludzkie krzyki. Jak się okazało, na Kamiennej Laworcie rozbił się
niewielki samolot sportowo-turystyczny PZL Gawron. Marcin, obserwując
wówczas to zdarzenie z tarasu swojego domku przez niewielki noktowizor,
dostrzegł, że z samolotu wydostali się uzbrojeni osobnicy. Rodzaj ich
broni i zachowanie nie wskazywały, że są to myśliwi. Nie namyślając się
długo, natychmiast spakowali się i wyjechali, a w zasadzie uciekli
bocznymi drogami do Warszawy. Później w telewizji, oglądając relację z miejsca wypadku, Marcin nie miał wątpliwości, że byli to ludzie, którzy
przybyli go zlikwidować, a wcześniej, jak zapewne zakładali, znaleźć
ukryte przez niego materiały, które były cenne dla rosyjskiego wywiadu.
Rozdział 4
Warszawa -?marzec 2022 roku
Zawsze kiedy przyjeżdżał do centrali Agencji Wywiadu przy ulicy
Miłobędzkiej 55, ujmowała go ta niezmienność. Szlaban opuszczający się
standardowo ze stuknięciem po wjeżdżającym samochodzie, przykładanie
identyfikatora do czytnika, ponowna wędrówka szlabanu w górę, opadanie
kolczatki, potem w wejściu do budynku rozsuwanie się szklanych drzwi i w końcu stukot kołowrotków. Oczywiście w miarę rozwoju systemów
zabezpieczenia dochodziły różne nowe elementy, ale tamte pozostawały
niezmienne. Nie był tu przez dłuższy czasu, bo od dymisji szefa AW
Sznajdera nawet okazjonalne kontakty zupełnie ustały.
Koło stanowiska oficera dyżurnego czekała na niego Zosia, której nie
widział... chyba od akcji w Wiedniu.
-?Cześć, Zosiu. -?Łodyna mocno przycisnął dziewczynę i pocałował w policzek.
-?Witaj, kierowniku. Arrived venue! -?Uśmiechnęła się.
-?Tak, jestem na miejscu.
-?Ile to już lat? Sześć?
-?Sześć. Zmieniłaś się, Zosiu. Oczywiście na plus.
-?A wiesz, że kiedy myślę czasem o tobie czy jak rozmawiamy przez
telefon, to ja zawsze mam przed oczami ciebie w chwili, gdy
odprowadzałam cię przed wylotem do Bagdadu? Pamiętam, to było dla mnie
takie wyróżnienie, że mogłam ci życzyć na lotnisku udanej operacji -
odpowiedziała.
Marcin popatrzył na nią z sympatią. Przed oczami przeleciały mu tamte
chwile związane z trudnym dla niego osobiście czasem. Z rozstaniem z Elą, jego pierwszą żoną, i wyprowadzką. Z pomieszkiwaniem kątem u znajomych, nawet przez krótki czas u Zosi.
-?Świetnie się, kierowniku, trzymasz. Wiosenna opalenizna, biała lniana
koszula, niebieska casualowa marynarka. Pachnie morzem -?zaśmiała się. -
Widziałam na Fejsie, Seszele, jacht na oceanie, jakiś klub jachtowy w Gdyni, motorówki na morzu, wiosłowanie na SUP-ie. Tylko pozazdrościć
takiej emerytury. Ach!
-?Staram się trzymać formę, Zosiu. Michał jest na miejscu? -?zapytał.
-?Nie wiem. Człowiek w różowej albo błękitnej koszulce w serek, chyba
gdzieś wyjechał, ale nie jestem pewna. Zdaje się, że przymierza się, by
zostać... nauczycielem w lesie.
-?Michał!? W Starych Kiejkutach?! No wiesz co... Nie widzę go w mundurze.
I tym galowym, i polowym -?skwitował ze zdziwieniem Łodyna.
-?Nie tylko ty go nie widzisz. Te jego T-shirty wystające z tyłu ze
spodni. Ech... -?rzuciła dziewczyna szeptem.
-?Czyli to też się nie zmieniło -?powiedział półgłosem i uśmiechnął się
do niej.
Łodyna wraz z Zosią oraz oddelegowanym do tego Michałem -?dwójką młodych
oficerów -?realizowali kilka lat wcześniej wspólne przedsięwzięcie
specjalne z amerykańską CIA w Wiedniu. Akcją kierowała jego przełożona
Magda Sierpecka. W wyniku tych działań, poza ujawnieniem w jednym z antykwariatów dziupli rosyjskiego wywiadu, Łodyna ustalił, że agentem
pracującym dla SWR jest wicepremier rządu RP. Krótko po tym Marcin
przeszedł na emeryturę.
-?Chodźmy. Pani pułkownik Sierpecka i Piotrek czekają na ciebie.
Właściwie... właściwie to Piotrek jest, a szefowa zaraz powinna kończyć
jakąś odprawę przedwyjazdową czy coś takiego i zejdzie do nas -
powiedziała Zosia i weszli do windy.
-?Zosiu, zaczekaj chwilę. -?Przytrzymał ją delikatnie za dłoń. -?Jak
patrzysz na to, co się dzieje u nas w kraju, jak to przyjmujesz? Te
wszystkie draństwa... Powiedz mi. Przecież to widzicie!
-?Daj spokój, Marcin. Wakacje idą, trzeba żyć. Zawodowo mam się dobrze.
Nie wchodzę w takie dywagacje.
-?Naprawdę?
-?Wolę o tym nie rozmawiać... Wiadomo.
-?Aż taki konformizm? Nie chce mi się wierzyć... -?Łodyna spojrzał na nią
i pokręcił głową.
-?Może wyparcie? -?odpowiedziała.
Po chwili Łodyna i Zosia weszli do gabinetu, w którym czekał już jego
były podwładny Piotrek Bałtożak. Jak zawsze przywitali się serdecznie.
Piotra poznał w czasie pobytu na placówce w Bagdadzie w dwa tysiące
dwunastym roku. Był on wówczas polskim konsulem, ale też po
przeszkoleniu indywidualnym już od kilku lat pracował poza centralą AW,
o czym zresztą na początku ich znajomości Łodyna nie wiedział.
-?Siadaj, Marcin. Zosiu, dziękuję ci. Poproszę cię za chwilę. Bądź u siebie -?powiedział Bałtożak. -?Napijesz się czegoś? -?zwrócił się do
Łodyny.
-?RTB, Piotruś, czyli return to base -?odpowiedział Marcin i rozejrzał
się po dobrze znanym mu gabinecie.
Nabrał głęboko powietrza i powoli je wypuścił.
-?A do picia pewnie soczek. Takie teraz czasy.
-?Bez przesady. Po prostu nie proponuję ci nic innego, bo podpisywałem
ci przepustkę na wjazd samochodem -?zaśmiał się Piotr i wyjął z lodówki
kilka pękatych butelek soków owocowych. -?Jak zdrowie na emeryturze?
-?Dziękuję. Wyniki mam dużo lepsze niż przed przejściem na emeryturę.
Pamiętasz, co zawsze twierdził nasz nieodżałowany pan doktor. Stres,
stres i stres...
-?I genetyka -?wtrącił Bałtożak.
-?Tak. Genetyka i przodkowie, na co i tak nie mamy wpływu.
-?Posłuchaj Marcin, Magda zaraz będzie, to...
-?To teraz powiedz mi, co u ciebie, co u żony? Skąd ten nagły powrót z placówki?! Wybieraliśmy się do was w wakacje. Zaskoczyłeś mnie tym
odwołaniem -?zapytał Łodyna, przerywając Piotrowi.
-?W sumie to spadł mi z nieba ten powrót, to całe nagłe odwołanie. W ambasadzie po odwołaniu ambasadora zaczęła rządzić jakaś pani chargé
d'affaires, z dupy po prostu. Bez doświadczenia, taki przykład obecnych
kadr na Szucha. Pindzia z głębokiej prowincji, z małomiasteczkowym
postrzeganiem świata.
-?Ooo, widać, że zaszła ci za skórę.
-?Mnie, Marcin, to ona mogła... wiesz, co zrobić? Naskoczyć. Ale moją żonę
dociskała. Wyobraź sobie, że przyjechała niedawno delegacja z MSZ, znana
ci zapewne pani dyrektor -?Bałtożak wskazał ręką w górę -?i jakiś
naczelnik. Taka kontrola okresowa. I żona opiekowała się nimi. Wiesz,
odbiór z lotniska, wypad turystyczny po godzinach, restauracja nad
morzem. A ta pindzia zakazała jej brać samochód służbowy i rozliczać
wszelkie wydatki związane z ich pobytem. Pieprzyła, że to nie wakacje.
No i w ogóle zakazała jej się nimi opiekować.
-?To sobie strzeliła durna baba w kolano.
-?Dokładnie. Jak można być takim półgłówkiem. Wyobraź sobie, co może się
dziać kiedyś, kiedy będzie jakaś ewakuacja czy jakaś kolejna wojna
wybuchnie, o co w tym regionie nietrudno. Ona miałaby to koordynować?!
Będzie wielka porażka!
-?Takie kadry są ostatnio nie tylko w MSZ, ale jak słyszę, i w innych
ministerstwach czy instytucjach.
-?Rozmawiałem zaraz po powrocie do kraju z tą panią dyrektor i wnioski
pokontrolne... -?Bałtożak przerwał, bo do gabinetu weszła Sierpecka.
-?Cześć, Marcin. Słyszałam, że wziąłeś się do produkcji filmowej i scenariuszy. Długo się nie widzieliśmy.
Podeszła do Łodyny, ucałowali się w policzki, a gdy potem Marcin
zmierzył ją wzrokiem, zaczęła się śmiać.
-?Tylko, proszę, nie mów mi, że brązowy żakiet w drobną kratkę postarza.
Marcin kiwnął głową.
-?Znajomi rzeczywiście wciągają mnie w te filmowe tematy. Jakieś
scenariusze do poprawy, pomoc w produkcji, konsultacja i takie tam
różności. W każdym razie do czerwonego dywanu bardzo daleko -?zaśmiał
się i wymownie zawiesił głos. -?Tak... Długo się nie widzieliśmy, Magda,
ale chyba się nie dziwisz. Miałem poważne wątpliwości, kiedy Piotr
zatelefonował i zaprosił mnie na spotkanie z wami.
-?Jakiej natury? -?zapytała Sierpecka
-?Nie domyślasz się? A dlaczego odszedłem na emeryturę? Mam ci
przypomnieć? -?Spojrzał na koleżankę, potem na Piotra.
-?Piotr zna sprawę... pana wicepremiera -?odpowiedziała.
-?Który cały czas trwa przy żłobie. Ten ruski szpion. I to teraz, kiedy
wojna w Ukrainie na całego się rozwinęła i nie wiadomo, jak i kiedy się
zakończy. Ruskie zacierają ręce i wznoszą toasty za takie sukcesy
agenturalne w Polsce.
-?Został odsunięty, jest tylko w strukturach partyjnych. -?Sierpecka na
moment zamilkła. -?Podobno tłumaczył się swojemu prezesowi, że to spisek
służb, byłych esbeków i ich wychowanków, że to jego zainteresowania
zawodowe, że chodziło o dobra narodowe zrabowane w czasie wojny przez
Niemców, i takie tam. Przecież wiesz, że jakby się wydało to, co na
niego mieliśmy, to oznaczałoby totalną porażkę całej ekipy rządzącej i naszą także. O partnerach zza oceanu nie wspominając.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki